Księga dżungli. II

Księga dżungli. II

Autorzy: Rudyard Kipling

Wydawnictwo: Ventigo Media

Kategorie: Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 5.96 zł

Zbiór opowiadań autorstwa angielskiego pisarza i noblisty Rudyarda Kiplinga, tworzącego w nurcie wiktorianizmu. Opowiadania wchodzące w skład zbioru dotyczą indyjskich dżungli. Autor zdobył niezbędną wiedzę o faunie i florze Indii poprzez obserwacje, badania oraz dzięki zasłyszanym opowieściom. Opowiadania powstały, gdy mieszkał on w Vermoncie. Ukazały się one w latach 1893 i 1894.

Rudyard Kipling

Księga dżungli II

Tłumaczenie: Józef Birkenmajer

Warszawa 2014

Spis treści

Bracia Mowgliego

Łowy węża Kaa

„Tygrys! Tygrys!”

Pieśń, którą Mowgli odśpiewał na Skale Narady tańcząc na skórze zdartej z Shere Khana

Biała foka

Lukannon

Rikki-Tikki-Tavi

Pieśń, którą śpiewał Darzee na cześć Rikki-Tikki-Tavi

Toomai, druh słoni

Sziwa i świerszczyk

Słudzy Jej Królewskiej Mości

Śpiew zwierząt obozowych na wojskowym przeglądzie

Bracia Mowgliego

Hasło dał Chil ścierwnik – i już z mrocznych wądołów

Mang nietoperz wyfrunął bez tremy.

Pospędzano już trzody do zamkniętej zagrody –

Teraz do dnia my hasać będziemy!

Hejże, nadszedł czas luby naszej siły i chluby!

Górą kły i pazury, i szpony!

Hej, słuchajcie wezwania! – Dobrych łowów każdemu,

Kto przestrzega Praw Dżungli zielonej!

(Nocny śpiew dżungli)

Pewnego bardzo ciepłego wieczoru o godzinie siódmej zbudził się Ojciec Wilk, zażywający całodziennego wypoczynku wśród wzgórz Seeonee. Podrapał się, ziewnął i zaczął wyciągać jedną łapę po drugiej, chcąc pozbyć się sennego odrętwienia, jakie wyczuwał jeszcze w koniuszkach pazurów. Matka Wilczyca leżała na ziemi, zwiesiwszy wielki, szary nochal ponad czwórką szamoczących się z sobą i popiskujących wilczątek, a blask księżyca zaglądał w otwór jaskini, która była mieszkaniem całej tej gromadki.

– Wrr! – odezwał się Ojciec Wilk. – Czas wziąć się znów do polowania! I już miał wyskoczyć na zbocze wzgórza, gdy jakiś mały cień z puszystym ogonem przeszedł przez próg i zajęczał:

– Niech ci sprzyja szczęście, Wodzu Wilków; niech szczęście i mocne białe kły sprzyjają twojej szlachetnej dziatwie, by nigdy nie zapomniała o głodnych na tym świecie. Był to szakal Tabaqui, pieczeniarz i lizus. Wilki, żyjące w Indiach, czują do Tabaquiego odrazę za to, że ten włóczy się wszędzie, płatając psoty, znosząc plotki i zjadając łachmany oraz strzępy skóry ze śmietników wiejskich. Poza tym jednak boją się go, gdyż Tabaqui w większym stopniu niż ktokolwiek w dżungli jest skłonny do ulegania szaleństwu; wówczas zapomina, że bał się kogoś kiedykolwiek, i biegnie przez las, kąsając każdego, kogo napotka. Nawet tygrys ucieka i kryje się, ilekroć Tabaqui oszaleje, gdyż szaleństwo jest największym nieszczęściem, jakie spaść może na dzikie stworzenie. My chorobę tę zwiemy wścieklizną, ale zwierzęta dżungli nadają jej nazwę dewanee – szaleństwo – i uciekają przed nią.

– Wejdźże więc i rozejrzyj się wokoło – odrzekł Ojciec Wilk – ale jedzenia tu nie znajdziesz. – Jużci, dla wilka go nie starczy – rzekł Tabaqui – ale dla takiego chudziny jak ja nawet sucha kość będzie wspaniałą ucztą. Kimże jesteśmy – my gidur-log (szakale) – byśmy mogli grymasić i wybredzać w jedzeniu? Powlókł się w głąb jaskini. Znalazł tam kość antylopy z odrobiną mięsa. Usiadł i jął z radością chrupać niedogryzek.

– Wielkie dzięki za tak smaczny posiłek – odezwał się, oblizując wargi. – Jakże piękne są twe szlachetne szczenięta! Jakże piękne mają ślepia! A przy tym jakie jeszcze młode! Zaprawdę, powinienem mieć w pamięci, że dzieci królów są od samego urodzenia dorosłe. Tabaqui, równie jak ktokolwiek inny, wiedział dobrze, że nie ma gorszego nieszczęścia, jak mówić pochlebstwa w oczy dzieciom – więc miło mu było patrzeć na zmartwioną minę Matki Wilczycy i Ojca Wilka.

Siedział spokojnie, radując się wyrządzoną przez siebie przykrością, po czym rzekł złośliwie:

– Shere Khan, który jest Olbrzymi, zmienił łowisko. W ciągu najbliższego miesiąca będzie polował pośród naszych gór. Sam mi o tym opowiadał. Shere Khan był to tygrys, który przemieszkiwał o dwadzieścia mil opodal nad brzegami rzeki Waingangi.

– Wara! – szczeknął gniewnie Ojciec Wilk. – Według Praw Dżungli nie wolno mu bez stosownego ostrzeżenia zmieniać siedziby. On tu nam wypłoszy wszelką zwierzynę w okręgu mil dziesięciu, a ja... ja muszę teraz polować za dwoje.

– Jego matka nie bez powodu nazwała go Lungri (Kuternogą) – odezwała się spokojnie Matka Wilczyca. – Od urodzenia kulał na jedną nogę. Z tego powodu zabijał jedynie bydło. Teraz wieśniacy znad Waingangi są źli na niego, więc on tu nadciągnął, żeby rozeźlić naszych wieśniaków. Będą przeszukiwali dżunglę, by go wytropić, gdy jego już dawno w niej nie będzie, a my i nasze dzieci musimy uciekać, gdy trawy staną w ogniu. Doprawdy, żywimy dla Shere Khana wielką wdzięczność!

– Czy mam mu donieść o waszej wdzięczności? – zapytał Tabaqui.

– Fora ze dwora! – warknął Ojciec Wilk. – Wynoś się i poluj wraz ze swym panem. Jak na jedną noc, wyrządziłeś aż nazbyt wiele szkody!

– Odchodzę – odpowiedział spokojnie Tabaqui. – Możecie usłyszeć głos Shere Khana... tam poniżej... w zaroślach. Ja wolałbym uwolnić się od tego posłowania.

Ojciec Wilk jął nadsłuchiwać. Hen w dolinie zbiegającej ku małej rzeczułce posłyszał oschłe, gniewne, chrapliwe, przeciągłe miaukoty tygrysa, który nic nie złowił i nie zważa na to, iż cała dżungla wie już o tym.

– Głupiec! – odezwał się Ojciec Wilk. – Od takiego hałasu rozpoczyna nocną pracę! Czyżby sądził, że nasze antylopy są podobne do opasłych bawołów znad Waingangi, z którymi dotąd miewał do czynienia?

– Pst! Nie na bawołu ani antylopę poluje on dzisiejszej nocy – odpowiedziała Matka Wilczyca. – On poluje na Człowieka.

Miauczenie przeszło w huczący pomruk, który zdawał się nadchodzić ze wszystkich naraz stron świata. Jest to ten hałas, który do dzikiej trwogi doprowadza drwali i włóczęgów śpiących pod gołym niebem i nieraz sprawia, iż wpadają w samą paszczękę tygrysa.

– Człowieka – odezwał się Ojciec Wilk ukazując wszystkie lśniąco białe zęby. – Fe! Czyż tak mało chrząszczy i żab w zbiornikach wody, iż on musi zjadać ludzi... i to jeszcze na naszych łowiskach?

Prawo Dżungli, które niczego nie nakazuje bez powodu, zabrania wszelkim zwierzętom zjadać Człowieka, wyjąwszy ten wypadek, gdy ktoś zabija, by pokazać swym dzieciom, jak się zabija, a wtedy musi polować poza terenem łowieckim swej gromady lub plemienia. Istotna przyczyna leży w tym, że zabijanie ludzi pociąga za sobą prędzej czy później nadejście białych ludzi, siedzących na słoniach i zbrojnych w strzelby, oraz setek brunatnych ludzi z gongami, rakietami i pochodniami. Cierpi na tym wszystko, co żyje w dżungli. Ale zwierzęta w rozmowach z sobą podają inną przyczynę: oto Człowiek jest najsłabszym i najbardziej bezbronnym ze wszystkich żywiąt, więc czynienie mu krzywdy nie licowałoby z honorem myśliwca. Powiadają też – a to już jest prawdą – że zjadacze ludzi nabawiają się świerzbu i tracą zęby.

Pomruk stawał się głośniejszy i zakończył się wydartym z pełnego gardła krzykiem: „Aaarh!” Było to hasło tygrysiego natarcia. Następnie rozległo się wycie – wprost nietygrysie wycie – Shere Khana.

– Chybił! – ozwała się Matka Wilczyca. – Co to takiego! Ojciec Wilk wybiegł na kilka kroków i posłyszał, jak Shere Khan mruczał i mamrotał gniewnie, tarzając się w zaroślach.

– Dureń! Nie zdobył się na nic innego, jak na to, by skoczyć na ognisko obozujących drwali i poparzyć sobie stopy! – rzekł Ojciec Wilk pochrząkując. – Tabaqui jest przy nim.

– Coś wdziera się na wzgórze – odezwała się Matka Wilczyca nadstawiając ucha. – Bądźcie gotowi!

Krzaki w gęstwinie zaszeleściły z cicha. Ojciec Wilk przypadł plackiem do ziemi, gotów poderwać się każdej chwili. Gdybyście wówczas byli świadkami tej sceny, zobaczylibyście najdziwniejszą rzecz pod słońcem: wilk zatrzymał się w pół skoku! Zanim rozpoznał to, na co miał się rzucić, już dał susa, a następnie usiłował się cofnąć. W rezultacie zrobił szczupaka na jakie cztery do pięciu stóp w górę i spadł niemal w tym samym miejscu, gdzie był odbił się od ziemi.

– Człowiek! – warknął. – Szczenię ludzkie. Patrzcie no!

Wprost przed nim stał, trzymając się niskiej gałęzi, naguśki, o brunatnej cerze bobas, który dopiero co nauczył się chodzić – miła kruszyna, z dołkami na pulchnej buzi, jakiej jeszcze nigdy dotąd nocną porą nie widziano w wilczej jaskini. Spojrzał prosto w twarz wilkowi i roześmiał się.

– Więc to jest ludzkie szczenię? – zapytała Matka Wilczyca. – Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć małego człowieka. Dawać go tu!

Wilk, przyzwyczajony do przenoszenia swych małych, potrafi w razie potrzeby trzymać w pysku jajko, nie naruszając skorupy. Choć więc szczęki Ojca Wilczura zwarły się tuż przy plecach chłopaka, jednakże dziecko, gdy je złożył pomiędzy wilczętami, nie miało nigdzie nawet skóry zdrapanej od jego zębów.

– Jaki mały! Jaki naguśki, jaki odważny i śmiały! – przemówiła tkliwie Matka Wilczyca. Tymczasem bobas przepychał się między wilczętami, by dostać się jak najbliżej do ciepłej, kosmatej piersi wilczycy. – Oho! On już wraz z innymi zabrał się do jedzenia. A więc to tak wygląda szczenię ludzkie! No, no! Byłże kiedy taki wilk, który by się mógł tym poszczycić, że wśród swej dziatwy miał szczenię ludzkie?

– Słyszałem nieraz o podobnych wypadkach... nie zdarzyło się to jednak nigdy w naszych czasach ani w naszym stadzie – odpowiedział Ojciec Wilk. – On jest zupełnie nieowłosiony, a ja mógłbym go zabić jednym ruchem łapy. Ale spójrz no, on patrzy prosto w oczy i wcale się nie boi.

W tej chwili blask księżyca, oświecający przednią część jaskini, uległ zaćmieniu, gdyż u wejścia pojawił się olbrzymi, kanciasty łeb i szerokie barki Shere Khana. Poza nim zaś rozległ się piskliwy głos Tabaquiego:

– Wszedł tutaj, tu wszedł, łaskawy panie!

– Shere Khan czyni nam wielki zaszczyt swą obecnością – przemówił Ojciec Wilk, ale z oczu bił mu wielki gniew. – W jakimże celu Shere Khan do nas zawitał?

– Po moją zdobycz – odpowiedział Shere Khan. – Tędy przechodziło szczenią ludzkie. Jego rodzice zbiegli przede mną. Oddajcie mi je!

Prawdziwe były słowa Ojca Wilka! Shere Khan skoczył był na ognisko drwala i poparzył sobie stopy, a ból stąd powstały przywiódł go do wściekłości. Atoli Ojciec Wilk wiedział, że wylot jaskini był nazbyt wąski, by tygrys mógł się przezeń przedostać. Nawet w tym miejscu, gdzie Shere Khan w danej chwili się znajdował, było tak ciasno, iż cztery łapska i tułów zwierzęcia nie miały najmniejszej swobody działania... W podobnym położeniu byłby człowiek, który by chciał walczyć wlazłszy do beczki.

– Wilki są Wolnym Plemieniem – odrzekł Ojciec Wilk – przeto podlegają rozkazom Naczelnika Gromady, a nie pierwszego lepszego pręgatego bydłobójcy. Ludzkie szczenię do nas należy... i możemy je zabić, jeśli taka nasza wola.

– Wasza wola i nie wasza wola! Co tu gadać o czyjejś woli? Na Byka, któregom zabił! Czyż mam tu stać z nosem wetkniętym w waszą psią norę, by wypraszać to, co mi się prawnie należy?! To ja, Shere Khan, do was mówię! Ryczenie tygrysa napełniło grzmotem całą jaskinię. Matka Wilczyca oderwała się od swych małych i skoczyła w przód, a jej oczy mignęły zielonawym blaskiem w ciemności, niby dwa księżyce, mierząc się z rozjarzonymi oczyma Shere Khana.

– A ja, Raksha (Diablica), odpowiem ci na to! Szczenię ludzkie do mnie należy... wiedz o tym, Lungri! Jest moje i do mnie należy! My go nie zabijemy! Będzie żyło, by mogło biegać i polować wraz z naszą Gromadą... aż w końcu... wiedz no o tym, ty łowco małych, nieowłosionych szczeniąt, zjadaczu żab, morderco ryb!... Ono zapoluje i na ciebie! A teraz zabieraj się stąd, bo na Sambhura, któregom zabiła (ja nie żywię się zdychającym bydłem!), powleczesz się do swej mamy, bardziej jeszcze utykając na nogę niż kiedykolwiek w życiu, ty bestio napiętnowana ogniem na pośmiewisko całej dżungli! Kysz-sz!

Ojciec Wilk patrzył w zdumieniu... Już niemal zatarły mu się w pamięci owe dni, gdy w chlubnej walce z pięcioma wilczurami zdobył Matkę Wilczycę i gdy ona biegała ze stadem, nie bezpodstawnie nosząc przydomek Diablicy. Wpierw Shere Khan nie wahał się patrzeć w oczy Ojcu Wilkowi, teraz jednak nie śmiał zadzierać z Matką Wilczycą, gdyż wiedział, że w obecnej sytuacji miała nad nim, ze względu na swe stanowisko, stanowczą przewagę i gotowa była walczyć na śmierć i życie. Warcząc wycofał się z wylotu jaskini, a znalazłszy się na swobodzie, krzyknął:

– Szczekaj, burku, na swoim podwórku! Zobaczymy, co o tym przyhołubianiu ludzkich szczeniąt powie wasza Gromada! Szczenię do mnie należy i wiedzcie o tym, kitoogoniaści złodzieje, iż kiedyś dostanę je w swoje łapy!

Matka Wilczyca sapiąc legła znów pośród wilczątek, a Ojciec Wilk odezwał się do niej z powagą:

– W słowach Shere Khana było sporo prawdy. Musimy pokazać to szczenię Gromadzie. Czy jeszcze masz ochotę chować je, Matko?

– Chować je! – żachnęła się wilczyca. – Przyszło to-to w nocy, goluteńkie, przez wszystkich opuszczone i głodniuśkie... a nie bało się nic a nic! Patrz, już ci jednego z mych smyków odtrąciło na bok! Ten kulawy rzeźnik byłby zabił to maleństwo i uciekłby nad Waingangę, a tutejsi wieśniacy, powodowani zemstą, urządziliby obławę na nasze leżyska! Czy mam go chować? Jużci, że będę go chowała! Leż spokojnie, żabuchno. O mój Mowgli – bo będę cię odtąd nazywała Mowglim, czyli Żabą – nadejdzie czas, kiedy zapolujesz na Shere Khana, jak on dziś polował na ciebie!

– Ale co na to powie Gromada? – zagadnął Ojciec Wilk, Prawo Dżungli całkiem wyraźnie głosi, że wilkowi mającemu rodzinę wolno mieszkać z dala od Gromady, do której należy, ale gdy jego wilczęta na tyle już podrosną, iż mogą stać o własnej sile, winien przyprowadzić je na Wiec Gromadzki, odbywający się zazwyczaj raz na miesiąc przy pełni księżyca, by wilki mogły się z nimi zapoznać. Po tych oględzinach wilczęta mogą sobie hasać, gdzie im się podoba – a póki nie upolują pierwszego kozła, byłoby zbrodnią nie do przebaczenia, gdyby który z dorosłych wilków, należących do Gromady, ważył się choćby jedno z nich zabić. Zabójcę – o ile dowiedzie mu się winy – czeka kara śmierci. Zastanowiwszy się nieco, sami dojdziecie do wniosku, że inaczej być nie może.

Ojciec Wilk czekał do czasu, póki jego małe nie nauczyły się jako tako biegać, po czym w noc Wiecu Gromadzkiego powiódł je wraz z Mowglim i Matką Wilczycą na Skałę Narady. Tę nazwę nosił wierzchołek wzgórza zasypany rumowiskiem kamiennych brył i głazów, gdzie mogło się przyczaić choćby sto wilków. Akela, wielki, szary Wilk Samotnik, który dzięki swej sile przewodził całej gromadzie, rozciągnął się jak długi na głazie stanowiącym zwykłe jego siedlisko, poniżej zaś zasiadło czterdzieści – a może i więcej – wilków wszelakiej maści i wielkości: począwszy od weteranów o borsukowatej sierści, którzy w pojedynkę dawali sobie radę z kozłem antylopy, a skończywszy na młodych, czarnych trzylatkach, które mniemały, iż potrafią dokonać tegoż czynu. Wilk Samotnik już od roku przewodził Gromadzie. W latach młodszych dwukrotnie złapano go w pastkę, a raz oćwiczono go kijami i porzucono, mniemając, że już puścił z siebie ostatnią parę. Miał więc sposobność poznać zwyczaje i nałogi ludzkie.

Na Skale Narady nie marnowano nigdy słów bez potrzeby. Wilczęta harcowały i borykały się z sobą pośrodku koła, w którym zasiadały ich matki i ojcowie, od czasu do czasu zaś ten lub ów starszy wilk spokojnie podchodził ku któremuś z wilcząt, przyglądał mu się bacznie i powracał na swoje miejsce, nie czyniąc przy tym najmniejszego szelestu. Czasami któraś z matek wyprowadzała swoje wilczątko na przestrzeń lepiej oświetloną księżycem, chcąc się upewnić, że nie przeoczono jej pociechy. Akela ze swego siedziska wołał ustawicznie:

– Znacie Prawo... znacie Prawo! Przypatrzcie się im dobrze, o Wilcy!

A trwożne matki podchwytywały okrzyk: – Przypatrzcie się... przypatrzcie się dobrze, o Wilcy!

Aż przyszedł czas, gdy Matce Wilczycy zjeżyła się szczecina na szyi, bo oto Ojciec Wilk wprowadził Mowgliego, czyli Żabę (jak oboje nazywali chłopca), w sam środek koła. Chłopak usiadł śmiejąc się wesoło i zaczął bawić się okrągłymi kamykami, połyskującymi w świetle księżyca.

Akela ani razu nie podniósł łba wtulonego pomiędzy przednie łapy, ale wciąż jednostajnym głosem powtarzał nawoływanie:

– Przypatrzcie się dobrze-e-e!

Naraz spoza skał ozwał się ryk stłumiony – i głos Shere Khana zawrzasnął:

– To szczenię do mnie należy! Oddajcie mi je! Cóż może obchodzić Wolne Plemię dola ludzkiego szczenięcia!

Akela nawet nie nadstawił słuchów baczniej. Odezwał się tylko:

– Przypatrzcie się dobrze, o Wilcy! Cóż mogą obchodzić Wolne Plemię czyjekolwiek rozkazy, prócz rozkazów Wolnego Plemienia? Przypatrzcie się dobrze-e-e!

Tymczasem rozległ się chór głuchych pomruków i jeden z czterolatków rzucił Akeli pytanie postawione przez Shere Khana:

– Co może obchodzić Wolne Plemię dola ludzkiego szczenięcia?

Prawa Dżungli głoszą, że jeżeli zachodzi spór, czy młode szczenię ma być przyjęte do Gromady, tedy musi za nim głosować przynajmniej dwoje członków Gromady, którzy nie są ani jego ojcem, ani matką.

– Kto głosuje za tym szczenięciem? – zapytał Akela. – Kto z Wolnego Plemienia głosuje za nim?

Nikt nie odpowiedział na to wezwanie, a Matka stała w pogotowiu, by w razie czego wystąpić do walki, która – wedle jej mniemania – byłaby już ostatnią walką w jej życiu.

Ale nagle zerwał się z miejsca jedyny obcy zwierz, dopuszczony do udziału w Wiecu Gromady. Był nim Baloo, opasły niedźwiedź brunatny, wykładający wilczętom Prawo Dżungli – stary Baloo, któremu wolna chadzać, gdzie mu się tylko podoba, jako że żywi się jedynie korzonkami, miodem i orzechami. Stanął na tylnych łapach i chrząknął głośno.

– Chodzi o ludzkie szczenię... o ludzkie szczenię? – odezwał się. – Ja głosuję za ludzkim szczenięciem! Ludzkie szczenię nie może nam zrobić nic złego. Nie mam ci ja daru wymowy, ale mówię świętą prawdę. Pozwólcie mu biegać z Gromadą i zaliczcie go w jej poczet. Ja biorę na siebie jego naukę.

– Jeszcze jednego nam potrzeba – ozwał się Akela. – Baloo, który jest nauczycielem naszych dzieci, dał głos za ludzkim szczenięciem. Kto dołączy się do głosu Baloo?

Jakiś czarny cień spadł nagle w sam środek koła. Była to Czarna Pantera, Bagheera. Miała na całym ciele skórą czarną jak atrament – jednakże w pewnym oświetleniu można było dostrzec na niej cętki podobne do wzorców na adamaszku. Każdy znał Bagheerę i nikt nie miał ochoty włazić jej w drogę: była bowiem przebiegła jak Tabaqui, odważna jak dziki bawół, a bezwzględna jak słoń zraniony. Głos jednak miała słodki jak miód dzikich pszczół sączący się z dziupli, a skórę miększą od puchu.

– Cny Akelo i ty, Wolne Plemię! – zamruczała. – Nie jestem, upoważniona do udziału w waszym zgromadzeniu... atoli Prawo Dżungli powiada, że w wypadkach spornych wolno za pomocą okupu ocalić życie nowego szczenięcia. Prawo to jednakże nie określa, komu wolno czy nie wolno składać ten okup.

Czy nie mam racji?

– Słusznie mówi! Słusznie! – ozwały się młode, głodne wilczęta. – Słuchajcie Bagheery. Można złożyć okup za szczenię.

Tak głosi Prawo.

– Ponieważ wiem, że nie jestem upoważniona do przemawiania na tym miejscu, proszę was o udzielenie mi głosu.

– Mów! Mów! – zawołało ze dwadzieścia głosów.

– Byłoby hańbą zabijać nieowłosione szczenię. Czyż nie lepiej zapolować na nie, gdy podrośnie? Baloo przed chwilą wziął je w obronę. Otóż ja do słów Baloo dodam byka, i to tłustego – świeżo zabitego o pół mili stąd – jeżeli zgodnie z Prawem przyjmiecie ludzkie szczenię do swego grona. Czy macie jakie skrupuły?

Na to zerwała się wrzawa kilkudziesięciu głosów:

– Czym tu się przejmować? Szczenię i tak zemrze w czasie deszczów zimowych... lub wypali się od słonecznego skwaru. Cóż złego może nam wyrządzić ta goła żaba? Niech sobie biega z naszą Gromadą! Gdzież ten byk, Bagheero?... Przyjmijmy to szczenię do naszego grona!

A potem rozległo się głuche naszczekiwanie Akeli:

– Przypatrzcie się dobrze... przypatrzcie się dobrze, o Wilcy!

Mowgli wciąż zabawiał się kamyczkami i nie zwracał uwagi na to, że wilki – jeden po drugim – podchodziły ku niemu i przyglądały mu się ze wszystkich stron. W końcu wszystkie zeszły ze wzgórza, by zabrać zabitego byka; pozostali jedynie Akela, Bagheera, Baloo i pobratymcy Mowgliego. Shere Khan ryczał jeszcze przez noc całą, gdyż gniewało go to niepomiernie, że Mowgli nie dostał się w jego ręce.

– Rycz sobie zdrowo! – mruknęła Bagheera pod wąsem. – Nadejdzie czas, kiedy to gołe stworzonko każe ci ryczeć na inną nutę... chyba że nie znam się na ludziach.

– Dobrze postąpiłaś – odezwał się Akela. – Ludzie, jako też ich szczenięta, są niesłychanie mądrzy. Ten malec może się kiedyś przydać...

– Tak jest, może się przydać w potrzebie... bo nikt nie może żywić nadziei, byś miał po wieczne czasy przewodzić Gromadzie! – dodała Bagheera.

Akela nic nie odpowiedział. Zamyślił się o tej chwili, która przyjść musi na prowodyra wszelkiej gromady – o chwili, gdy opuszczać go zaczynają siły, aż do cna osłabiony ginie pod kłami podwładnych mu wilków, a jego miejsce obejmuje nowy naczelnik, by w swoim czasie zginąć też w sposób podobny.

– Zabierz go stąd! – odezwał się Baloo do Ojca Wilka. – Wychowuj go, jak przystało na członka Wolnego Plemienia.

W ten sposób – dzięki poczciwemu słowu niedźwiedzia Baloo oraz za cenę byka – Mowgli stał się obywatelem Gromady Wilków Seeoneeńskich.

A teraz musicie się z tym zgodzić, że przeskoczymy całe dziesięć czy jedenaście lat i tylko domyślać się będziemy tego czarownego trybu życia, jakie wiódł Mowgli pomiędzy wilkami; gdyby to wszystko spisać, zapełniłoby się tym niejedną książkę. Wzrastał w gronie wilcząt, choć te – rzecz oczywista – były już dorosłymi wilkami, gdy on jeszcze nie przestał być dzieckiem. Ojciec Wilk wdrażał go do swego zawodu i pouczał o różnych sprawach dżungli – aż w końcu każdy szelest w trawie, każde tchnienie ciepłego nocnego powiewu, każde westchnienie sowy przelatującej nad jego głową, każdy zgrzyt pazurków nietoperza przysiadającego na chwilę na drzewie i każde pluśnięcie rybki w stawie nabrały dlań tego znaczenia, jakie ma personel kancelaryjny w życiu człowieka prowadzącego rozległe interesy. Gdy nie był zajęty nauką, kładł się w słońcu i spał, pożywiał się i znów kładł się do spania. Gdy mu dokuczał brud lub gorąco, taplał się i pływał w leśnych jeziorkach, a gdy miał oskomę na miód (Baloo opowiadał mu, że miód i orzechy są równie dobre w smaku, jak surowe mięso), wdrapywał się ku barciom, a Bagheera pokazywała mu, jak się to robi. Kładła się na jednym z konarów i nawoływała:

– Chodź no tutaj, Mały Bracie!

Początkowo Mowgli gramolił się jak trójpalcowy leniwiec; później jednak nauczył się skakać z gałęzi na gałąź niemal tak śmiało jak szara małpa.

W czasie zebrań gromadzkich miał swoje miejsce na Skale Narady. Tam dokonał następującego odkrycia: ilekroć wpatrzył się uporczywie w jakiegoś wilka, wilk natychmiast spuszczał oczy w dół. Odtąd Mowgli często dla zabawy wpatrywał się w oczy wilkom. Kiedy indziej zabawiał się wyciąganiem długich cierni z łap swych przyjaciół – albowiem wilkom bardzo dokuczają ciernie i rzepie, które wpijają się im w skórę.

Nocą schodził ku uprawnym niwom u podnóża góry i z wielką ciekawością przyglądał się wieśniakom po chatach – ale do ludzi żywił nieufność, gdyż Bagheera pokazała mu czworoboczną skrzynię z potrzaskiem, tak zręcznie ukrytą wśród dżungli, iż o mało nie wpadł do niej – i wyjaśniła mu, że to pastka do chwytania zwierząt.

Nade wszystko lubił chodzić z Bagheerą w mroczną i ciepłą głąb matecznika, przesypiać gnuśnie wlokące się dnie, a nocą przyglądać się, jak poluje Bagheera. Gdy jej dokuczał głód, polowała na prawo i lewo; tak samo postępował Mowgli – z jednym tylko wyjątkiem: gdy już na tyle podrósł, że mógł to i owo zrozumieć, Bagheera pouczyła go, iż nie wolno mu nigdy tknąć bydła, jako że za cenę byka został przyjęty do Gromady Wilczej.

– Cała dżungla do ciebie należy – mówiła Bagheera – i możesz zabijać wszystko, co tylko potrafisz zabić; jednakże przez wzgląd na byka, który był twoim okupem, nie wolno ci zabijać ani zjadać bydła zarówno starego, jak i młodego. Tak nakazuje Prawo Dżungli.

A Mowgli stosował się ściśle do tego nakazu. I tak rósł i nabierał sił, jak to bywa z chłopcem, który nic nie wie o uczeniu się lekcji i który nie potrzebuje myśleć o niczym, jak tylko o jedzeniu.

Matka Wilczyca wspominała mu kilkakrotnie, że Shere Khan jest stworzeniem, któremu nie należy ufać, oraz kładła mu w uszy, że kiedyś powinien zabić Shere Khana. Gdyby takiej rady udzieliła któremu z młodych wilcząt, pamiętałoby zawsze o jej słowach. Mowgli jednak zapominał o nich, ponieważ był tylko chłopcem – choć gdyby umiał mówić którymkolwiek z ludzkich języków, nazywałby sam siebie niewątpliwie wilkiem.

A Shere Khan wciąż stawał mu na drodze w dżungli. W miarę jak stary Akela niedołężniał z wiekiem, kulawy tygrys jął coraz silniej bratać się z młodszym pokoleniem Plemienia Wilków. Za byle ochłap młode wilczki były gotowe pójść za nim – do czego Akela nigdy by nie dopuścił, gdyby czuł się na siłach utrzymywać należny sobie posłuch i poszanowanie. Przeto Shere Khan głaskał próżność swych towarzyszów, wyrażając zdziwienie, że tak dzielni łowcy dają się za nos wodzić zdychającemu wilkowi i ludzkiemu szczenięciu.

– Mówiono mi – powiadał Shere Khan – że na Wiecu Gromadzkim nie odważacie się spojrzeć mu w oczy.

A młode wilczęta jeżyły groźnie sierść i warczały.

Bagheera, która umiała zawsze wypatrzyć i podsłuchać, co się święci, kilkakrotnie klarowała Mowgliemu, że Shere Khan nosi się z myślą, by pewnego pięknego dnia sprzątnąć go ze świata. Ale Mowgli, śmiejąc się, odpowiadał:

– Mam za sobą Gromadę i mam ciebie... a i Baloo, choć tak ociężały, potrafiłby ze dwa razy machnąć łapą w mej obronie. Czegóż miałbym się obawiać?

Pewnego bardzo ciepłego dnia doszła do Bagheery nowa wieść, przyniesiona przez kogoś, kto ją słyszał własnymi uszyma; być może, że tym zwiastunem był jeżozwierz Ikki. W każdym razie, gdy Mowgli spoczywał w mateczniku dżungli, złożywszy głowę na pięknym, czarnym futrze Bagheery, ona odezwała się do niego:

– Mały Bracie, ileż to razy mówiłam ci, że Shere Khan jest twym wrogiem?

– Tyle razy, ile jest orzechów na tej palmie – odpowiedział Mowgli, który, ma się rozumieć, nie umiał liczyć. – I cóż z tego? Chce mi się spać, Bagheero... a Shere Khan to istota długoogoniasta i hałaśliwa... jak paw Mao.

– Teraz nie czas na spanie. Baloo wie o tymi, wiem ja, wie i Gromada... wiedzą nawet głupiuśkie sarniuki. Także i Tabaqui mówił mi o tymi.

– Ho! Ho! – odrzekł Mowgli. – Tabaqui przyszedł niedawno do mnie, plotąc trzy po trzy, że jestem nieowłosionym szczenięciem, ludzkim i że nie umiem wykopywać trufli. W odpowiedzi na to złapałem Tabaquiego za ogon i grzmotnąłem nim dwa razy o pień palmy, by dać mu lekcję dobrego wychowania.

– Postąpiłeś niemądrze, bo choć Tabaqui jest wielkim szkodnikiem, jednakże mógłbyś od niego dowiedzieć się niejednej rzeczy, która by ci się bardzo przydała. Otwórz oczy, Mały Bracie! Shere Khan nie waży się zabić ciebie w dżungli; ale pamiętaj, że Akela bardzo się zestarzał, a wkrótce nadejdzie dzień, w którym nie potrafi upolować kozła... odtąd nie będzie on już naczelnikiem Plemienia. Również i wilki, które ci się przyglądały, gdy cię przyprowadzono po raz pierwszy na Skałę Narady, dziś przeważnie już zestarzały się, a młode wilczki, podbechtane przez Shere Khana, uważają, że dla ludzkiego szczenięcia nie ma miejsca W Wilczej Gromadzie. Wkrótce wyrośniesz; na człowieka.

– I czemuż to dorosłemu człowiekowi nie wolno biegać wraz z braćmi? – odburknął Mowgli. – Wszak urodziłem się w dżungli, a w naszej Gromadzie nie było takiego wilka, któremu bym nie wyciągnął ciernia z łapy. Któż by wątpił, że oni są moimi braćmi? Bagheera wyciągnęła się całą długością ciała i przymrużyła oczy.

– Mały Bracie – odezwała się – dotknij mnie tu, pod szczęką.

Mowgli wyciągnął brunatną, krzepką rękę i tuż pod jedwabistym podbródkiem Bagheery, gdzie olbrzymie, falujące muskuły kryły się za osłoną gładkiego owłosienia, namacał skrawek skóry całkowicie wyliniały.

– W całej dżungli nikt nie wie, że ja, Bagheera, noszę to piętno... ten ślad obroży. A przecie, Mały Bracie, jam urodziła się pomiędzy ludźmi i matka moja zmarła pomiędzy ludźmi... w królewskim zwierzyńcu w Udajpurze. To było powodem, że zapłaciłam okup za ciebie na Wiecu Wilczej Gromady, gdy byłeś małym, goluśkim szczeniątkiem. Tak jest, ja także urodziłam się pomiędzy ludźmi. Wówczas to ani razu nie widziałam dżungli; poprzez kraty podawano mi jadło na żelaznej misie. Pewnej nocy poczułam, że jestem panterą – Bagheera – a nie zabawką ludzką. Jednym ciosem łapy skruszyłam słabą kratę i uciekłam... a ponieważ nauczyłam się ludzkich fortelów, stałam się większym postrachem dżungli niźli Shere Khan. Nie jest że to prawdą?

– Tak jest – odpowiedział Mowgli. – Cała dżungla boi się Bagheery... wyjątkiem jest tylko Mowgli.

– Ach, ty jesteś ludzkim szczenięciem – rzekła z wielką tkliwością Czarna Pantera – i jak ja powróciłam do mej dżungli, tak samo ty w końcu musisz powrócić do ludzi... do ludzi, którzy są twoimi braćmi... Musisz powrócić... o ile nie zabiją cię wilki na Wiecu Gromadzkim.

– Ale czemu... czemu ktoś pragnąłby mnie zabić? – zapytał Mowgli.

– Patrz mi w oczy – odrzekła Bagheera.

Mowgli jął wpatrywać się w jej oczy. W pół minuty później wielka pantera odwróciła w bok głowę.

– Oto jest przyczyna – odpowiedziała przebierając łapą wśród liści. – Nawet ja nie umiem patrzeć ci w oczy... a przecież urodziłam się między ludźmi i kocham cię, Mały Bracie. Inni nienawidzą cię za to, że nie mogą zmierzyć się z tobą wzrokiem... za to, że jesteś mądry... że wyciągałeś im z łap ciernie... za to, że jesteś człowiekiem.

– Nie wiedziałem o tymi – odrzekł Mowgli markotnie, a brew mu się nasępiła ciężkim łukiem.

– Jak opiewa Prawo Dżungli? Najpierw uderzaj, a potem dopiero głosu dobywaj. Już z samej twej beztroski zwierzęta poznają w tobie człowieka. Ale miejże się na baczności. Trapi mnie myśl, że skoro tylko Akela poszkapi się w łowach (a na każdej wyprawie coraz mu ciężej przychodzi upolować kozła), Gromada wywrze swój gniew na nim i na tobie. Zwołają wiec na Skale Narady... a wówczas... a wówczas...

Ledwie domówiwszy tych słów Bagheera poderwała się z miejsca.

– Mam, mam pomysł! Biegnij co żywo w dolinę, ku chatom ludzkim, i przynieś no stamtąd odrobinę Czerwonego Kwiecia, które oni hodują... a gdy przyjdzie odpowiednia pora, będziesz miał potężnego sprzymierzeńca... potężniejszego niż ja i Baloo oraz ci z Gromady, którzy cię kochają. Biegnij po Czerwone Kwiecie!

Mówiąc o Czerwonym Kwieciu, Bagheera miała na myśli ogień. Żywioł ten budzi w każdym dzikim zwierzęciu śmiertelną trwogę, przeto żaden z mieszkańców matecznika nie waży się nazwać ognia po imieniu, ale wynajduje tysiące sposobów na jego opisanie.

– Czerwone Kwiecie? – zapytał Mowgli. – Aha! Ono zakwita o zmierzchu w ich osadach. Owszem, przyniosę je tutaj.

– Tak oto przemawia szczenię ludzkie! – rzekła z dumą Bagheera. – Pamiętaj, że Kwiat ten rośnie w małych doniczkach. Przynieś jedną z nich i zachowaj przy sobie na wypadek potrzeby.

– Dobrze! – odrzekł Mowgli. – Już idę! Ale czy jesteś pewna, moja Bagheero – to mówiąc otoczył ramieniem jej wspaniałą szyję i zajrzał w źrenice jej ogromnych oczu – czy jesteś pewna, że wszystko to, o czym mówiłaś, jest naprawdę sprawką Shere Khana?

– Na Wyłamaną Kratę, dzięki której odzyskałam wolność! Jestem tego pewna, Mały Bracie!

– A zatem – na Byka, który był okupem za mnie! – zapłacę Shere Khanowi wszystko co do joty, a może i z nawiązką! To rzekłszy Mowgli zerwał się z miejsca i oddalił się w wielkich susach.

– To człowiek! To człowiek w każdymi calu – odezwała się Bagheera sama do siebie, kładąc się znów na ziemi. – Ha, Shere Khanie! Jak świat światem, nie oglądano łowów nieszczęśliwszych nad to żabołówstwo, które uprawiałeś przed dziesięcioma laty!

Mowgli mknął i mknął co sił poprzez knieje, a serce pałało mu w piersi. Gdy dotarł do jaskini, nad ziemią snuła się mgła wieczorna. Odetchnął głęboko i spojrzał w dolinę. Wilczków młodych nie zastał – jeno Matka Wilczyca spoczywała w głębi jaskini. Słysząc jego głośny oddech, od razu się domyśliła, że jej Żabuchnę nurtuje jakiś niepokój.

– Co ci jest, synku? – zapytała.

– E, słyszałem jakieś gackowate gadania o Shere Khanie! – krzyknął jej w odpowiedzi. – Dziś nocą będę polował na uprawnych polach!

I dał nurka w zarośla, kierując się ku rzece na dnie doliny. Tam zatrzymał się, posłyszawszy wrzawę polującej Wilczej Gromady. W chwilę później do uszu jego doszło pobekiwanie sambhura oraz parsknięcie, świadczące, że poszczuty kozioł zwrócił się ku ścigającym; wówczas rozległy się zapamiętałe, złośliwe wycia młodych wilków:

– Akela! Akela! Niech no Samotny Wilk pokaże, co umie! Ustąpić z drogi Naczelnikowi Gromady! Nuże, do dzieła, Akelo!

Snadź Samotny Wilk rzucił się na ofiarę i nie dopadł jej, gdyż Mowgli posłyszał głośne kłapnięcie jego szczęk, a następnie poszczekiwanie nieboraka powalonego przez sambhura na ziemię uderzeniem przednich nóg.

Chłopak nie czekał dalszego przebiegu walki, lecz puścił się biegiem przed siebie. Wrzawa wilków cichła coraz bardziej, w miarę jak zapuszczał się w głąb uprawnego obszaru, zamieszkanego przez ludzi.

– Prawdę mówiła Bagheera – szepnął zziajany, usadowiwszy się na stogu siana pod oknem jakiejś chaty. – Dzień jutrzejszy będzie równie ważny dla mnie, jak i dla Akeli.

Przysunął twarz tuż do okna i zapatrzył się w ogień płonący na palenisku. W nocy widział, jak żona człowieka wstawała i za pomocą czarnych bryłek podsycała ognisko. Gdy zaś nastał poranek i wszędy wokoło bieliły się chłodne mgły, obaczył, iż dziecko człowiecze wyciągnęło wiklinowy koszyk, wylepiony wewnątrz gliną, nasypało weń rozżarzonych węgli, ukryło go pod opończą i wyszło na dwór, by wypędzić na paszę krowy zamknięte w oborze.

– Więc to tylko tyle? – rzekł Mowgli do siebie. – Jeżeli takie szczeniątko daje sobie z tym radę, to nie ma czego się obawiać!

Okrążywszy róg chałupy, zaszedł drogę pastuszkowi, wyjął mu z rąk naczynie i przepadł we mgle, pozostawiając chłopaka wrzeszczącego wniebogłosy z przerażenia.

– Ludzie są bardzo podobni do mnie – zauważył Mowgli dmuchając W naczynie, jak to był podpatrzył u wieśniaczki. – Ale to licho jeszcze mi zdechnie, jeżeli mu nie dam czegoś do jedzenia...

To mówiąc rzucił garstkę badyli i suchej kory na pastwę czerwonemu żywiołowi. W połowie wzgórza spotkał Bagheerę, na której futrze perliły się lśniące krople rosy.

– Akela się poszkapił – oznajmiła mu pantera. – Już w noc ubiegłą zgładzono by go ze świata, gdyby nie to, że wraz z nim chciano sprzątnąć i ciebie. Czatowano na ciebie na szczycie wzgórza.

– Przebywałem wśród pól uprawnych. Jestem już gotów! Przypatrz no się! I podniósł pokrywę przyniesionego koszyka z węgielkami.

– Byczo! Teraz słuchaj, co ci jeszcze powiem, Widywałam, jak ludzie wtykali w to-to suchą gałąź... i nagle na jej końcu rozkwitało Czerwone Kwiecie. Czy ty się nie lękasz?

– Gdzie tam! Czegóż miałbym się lękać? Przypominam sobie teraz (a może mi się tylko śniło), że zanim zostałem wilkiem, nieraz spoczywałem koło Czerwonego Kwiecia... Było mi wówczas tak ciepło i przyjemnie!

Cały ów dzień Mowgli przesiedział w jaskini, doglądając ognia i wrzucając doń suche gałązki, by nasycić oczy ich widokiem. W końcu znalazł gałąź, która mogła rozgorzeć dostatecznym płomieniem. Gdy zaś wieczorem przyszedł pod jaskinię Tabaqui i szorstkim tonem oznajmił Mowgliemu, że wezwano go na Skałę Narady, chłopak począł śmiać się tak serdecznie, że Tabaqui, nie wiedząc, co się święci, zbiegł jak niepyszny.

Ostatecznie jednak Mowgli, acz zanosząc się od śmiechu, przybył na zebranie. Samotny Wilk Akela leżał obok swego głazu, na znak, że miejsce naczelnika jest opróżnione. Shere Khan całkiem jawnie przechadzał się tam i na powrót wraz z orszakiem łaszących się doń wilków, wypasionych odpadkami jego żywności. Bagheera ułożyła się koło Mowgliego, który kolanami osłonił fajerkę. Gdy wszyscy już się zebrali, pierwszy zabrał głos Shere Khan – do czego nie dopuszczono by za nic w świecie, póki Akela był jeszcze w pełni sił męskich.

– On nie ma prawa przemawiać – szepnęła Bagheera. – Powiedz mu to! Ten psubrat się zlęknie! Mowgli zerwał się z miejsca.

– Obywatele Wolnego Plemienia! – zawołał. – Odkąd to Shere Khan został naczelnikiem Gromady? Kto pozwolił tygrysowi przewodzić nad nami?

– Ponieważ widziałem, że miejsce naczelnika jeszcze jest nie zajęte, i ponieważ proszono mnie, bym przemawiał... – jął tłumaczyć się Shere Khan.

– Kto cię prosił? – huknął Mowgli. – Czyż wszyscy tu obecni są szakalami, by łasić się do tego bydłobójcy? Jedynie Gromada ma prawo rozstrzygać sprawę naszego zwierzchnictwa! Rozległy się wrzaski:

– Stul pysk, szczeniaku ludzki!

– Pozwólcie mu mówić!

– On przestrzegał naszych praw!

W końcu zagłuszyła wrzawę starszyzna Gromady wołając:

– Pozwólcie mówić Zdechłemu Wilkowi! Gdy naczelnik Gromady poszkapi się w łowach, nosi odtąd miano „Zdechłego Wilka” przez resztę – niedługiego zazwyczaj – żywota.

Akela z wysiłkiem podniósł łeb sędziwy.

– Obywatele Wolnego Plemienia oraz wy, szakale Shere Khana! Przez wiele pór deszczowych i gorących wiodłem was na łowy i w triumfie odprowadzałem was z powrotem. Przez cały ten czas żaden z was nie wpadł w pułapkę ani nie poniósł szwanku na ciele. Teraz nie poszczęściło mi się w łowach. Wszystkim wam wiadomo, jak przygotowano tę zasadzkę na mnie. Wszystkim wiadomo, że chcąc ujawnić moją słabość, kazaliście mi rzucić się na kozła, któregom jeszcze nie wypróbował... Postąpiliście bardzo sprytnie... a teraz macie prawo zabić mnie tutaj, na Skale Narady. Zapytuję was przeto: kto wystąpi, by zadać cios śmiertelny Samotnemu Wilkowi? Albowiem Prawa Dżungli dozwalają mi potykać się z wami w pojedynkę.

Zapanowała dłuższa cisza, gdyż żaden z wilków nie śmiał stanąć do śmiertelnej rozprawy z Akela. Naraz rozległ się ryk Shere Khana:

– Hej, co tam sobie głowę zaprzątać tym bezzębnym durniem! Toż jemu i tak śmierć pisana! Ale to szczenię ludzkie za długo już przebywa na tym świecie. Obywatele Wolnego Plemienia! Ten szczeniak już od pierwszej chwili swego życia dany mi był na pożarcie. Oddajcie mi go! Dość już tej jego błazenady, tej zabawy w wilkołaka! Już od dziesięciu pór deszczowych nieznośny szczeniak trapi naszą dżunglę. Oddajcie mi go... bo w przeciwnym razie będę polował tu ustawicznie, a dla was nie okroi się z tego ani kosteczka. On jest człowiekiem... człowieczym dziecięciem... a ja go nienawidzę aż do szpiku kości!

Wówczas z górą połowa Wilczej Gromady zawyła:

– Człowiek! Człowiek! Co tu porabia człowiek pośród nas? Niech się wynosi tam, skąd przyszedł!

– ...Żeby podburzył przeciw nam całą ludność wiejską? – huczał Shere Khan. – Nie! Oddajcie go w moje łapy! On jest człowiekiem i żaden z nas nie wydzierży patrzeć mu w oczy!

Akela znów podniósł łeb i odezwał się:

– On jadał naszą strawę, sypiał z nami, ścigał dla nas zwierzynę. Nie złamał najdrobniejszego przepisu Praw Dżungli.

– A należy też pamiętać, że dałam wam byka w okupie za niego! Cena byka nie jest wielka, ale honor Bagheery wart jest tego, by stoczyć choćby zawziętą walkę w jego obronie – ozwała się Bagheera najłagodniejszym głosem, na jaki ją stać było.

– Co tam wspominać byka danego w okupie przed dziesięcioma laty! – zawarczała zgraja. – Co nas obchodzą kości sprzed lat dziesięciu?

– ...i dana przez was rękojmia? – dorzuciła Bagheera szczerząc białe zębce. – Zaiste! Słusznie was nazwano Wolnym Plemieniem! U was wszystko wolno... wolno nawet nie liczyć się z honorem!

– Szczenię ludzkie nie powinno bratać się z Plemionami Dżungli! Oddajcie mi moją własność!

– Ono jest naszym bratem, różniącym się od nas jedynie krwią – ciągnął dalej Akela – a wy oto tego brata chcecie zabić? Zaprawdę, zbyt już długo żyłem na tym świecie. Niektórzy z was pożerają bydło, a o innych słyszałem, że za wzorem Shere Khana podchodzą ciemną nocą do wsi i porywają z chat niemowlęta. Wnoszę stąd, że jesteśmy tchórzami... więc też mówią do was jak do tchórzów. Szkoda, że rychło umrę i że moje życie nie przedstawia żadnej wartości... gdyby było inaczej, ofiarowałbym je chętnie w zamian za życie ludzkiego szczenięcia. Jednakże na honor Gromady (o którym, niby o rzeczy błahej, zapomnieliście od chwili, gdy utraciliście wodza!), na honor Gromady obiecuję wam, że jeżeli pozwolicie ludzkiemu szczenięciu odejść, gdzie mu się żywnie podoba, nie wyszczerzę ani jednego zęba przeciwko wam, lecz zginę bez walki. W ten sposób co najmniej trzej członkowie Gromady będą zachowani przy życiu. Więcej uczynić nie potrafię; w każdym razie, o ile się zgodzicie, ocalę was od hańby, jaka spada na tego, kto morduje brata nieponoszącego względem was żadnej winy... brata przyjętego i wkupionego do Gromady według Praw Dżungli.

– On jest człowiekiem – człowiekiem – człowiekiem! – warknęła Gromada i większość wilków skupiła się dokoła Shere Khana, który jął z gniewu wymachiwać ogonem.

– Teraz od ciebie wszystko zależy – mruknęła do Mowgliego Bagheera. – Nie pozostało nam nic innego, jak walka.

Mowgli stanął na równe nogi, dzierżąc koszyk z węgielkami. Przeciągnął się i ziewnął, chcąc okazać wzgardę wiecującym; atoli w sercu gorzał bólem i wściekłością, nigdy bowiem dotąd wilki taką wilczą mową nie wyraziły mu, jak go nienawidzą.

– Słuchajcie, wy...! – krzyknął. – Dość już tego psiego szczekania! Przez całą noc dzisiejszą wypominaliście mi ustawicznie, że jestem człowiekiem. Więc choć, dalibóg, wolałbym być wilkiem i przebywać wśród was do końca życia, uświadomiłem sobie w końcu, że słowa wasze są prawdziwe. Odtąd nie będę nazywał was braćmi, ale psami, sag, jak zwykł nazywać was człowiek. Nie waszą jest rzeczą rozstrzygać, jak macie względem mnie postąpić. Sprawa cała zależy jedynie ode mnie... Chcąc wam ją lepiej wyjaśnić, ja – człowiek – przyniosłem wam odrobinę Czerwonego Kwiecia, którego wy tak się boicie, psy nikczemne!

To rzekłszy cisnął na ziemię koszyk. Kilka żarzących się węgli upadło na kępę suchego mchu, która natychmiast zajęła się jasnym ogniem. Na widok wybuchających płomieni całe zgromadzenie rozbiegło się w popłochu.

Mowgli wetknął w ogień uschłą gałąź, a gdy jej odrośle poczęły jarzyć się i trzeszczeć, wzniósł tę żagiew i począł wywijać nią ponad głową. Wilki struchlały i w trwodze przypadły do ziemi.

– Teraz jesteś ich panem! – rzekła półgłosem Bagheera. – Ocal od śmierci Akelę. On zawsze był ci przyjacielem.

Akela, posępne stare wilczysko, który nikogo w życiu nie prosił o zmiłowanie, rzucił błagalne spojrzenie na Mowgliego. Chłopak stał nagi w świetle gorejącej żagwi, rozrzucającej wokoło drżące i chybotliwe cienie, a grzywa czarnych włosów rozwiała mu się groźnie nad karkiem.

– Dobrze! – ozwał się Mowgli wodząc dokoła roziskrzonym wzrokiem. – Widzę, że jesteście psubraty! Porzucę was i pójdę do moich współplemieńców... o ile oni istotnie są moimi współplemieńcami. Dżungla jest przede mną zamknięta, winienem zatrzeć W sobie pamięć waszej gwary i obcowania z wami... ale okażę się bardziej wspaniałomyślny od was. Ponieważ byłem waszym bratem, różniącym się od was jedynie krwią, przeto obiecuję wam, że gdy będę człowiekiem i zamieszkam między ludźmi, nie zdradzę was, jak wyście mnie zdradzili, nędznicy!

Kopnął nogą ognisko, aż skry rozsypały się wokoło.

– Ani ja, ani nikt z moich nie będzie napastował Wilczej Gromady. Ale zanim od was odejdę, muszę wpierw uiścić się z pewnego długu.

Podszedł do Shere Khana, wpatrującego się głupowato przymrużonymi oczyma w ogień, i schwycił go za sierść na podgardlu. Bagheera na wszelki wypadek nie odstępowała ani na krok od przyjaciela.

– Wstawaj, psubracie! – krzyknął Mowgli. – Wstań, gdy mówi do ciebie człowiek! Jeżeli mnie nie posłuchasz, to ci tą żagwią osmalę futro!

Shere Khan złożył potulnie uszy po sobie i przymknął oczy, bo płonąca gałąź mignęła mu tuż przed nosem.

– Ten bydłobójca zapowiadał, że zabije mnie wobec waszego Zgromadzenia, ponieważ nie udało mu się zabić mnie, gdym był jeszcze niemowlęciem. Ale my, gdy wyrastamy na dojrzałych ludzi, sprawiamy psom tęgie lanie... tak, o tak, tak, tak! Spróbuj no choć wąsem ruszyć, Lungri, a wpakuję ci Czerwony Kwiat w samą gardziel!

To mówiąc tłukł zawzięcie Shere Khana po łbie gałęzią, a tygrys skomlał i skowytał, przejęty śmiertelną trwogą.

– Tfu!... A teraz umykaj, oszelmowany leśny kocie! Ale zakarbuj sobie w pamięci, że gdy następnym razem przyjdę, już jako człowiek, na Skałę Narady, głową moją i plecy zdobić będzie skóra Shere Khana!... Posłuchajcie i wy, pozostali! Akela będzie żył i ma prawo chodzić, gdzie mu się podoba. Wy nie odważycie się go zabić... bo ja na to nie pozwolę! Nie myślcie też, że pozwolę wam tu jeszcze siedzieć i bezczelnie wywalać jęzory, jakbyście byli czymś więcej niż psami, które w tej chwili przegonię na cztery wiatry!... Huzia! Huzia!...

Płomień na końcu gałęzi rozgorzał oślepiającym blaskiem, a Mowgli siekł na odlew w prawo i w lewo po całym zgromadzeniu. Wilki wśród przeraźliwego wycia zaczęły uciekać – iście jak oparzone – gdyż sypiące się iskry poczęły już tlić się w ich kudłach. W końcu pozostali na placu tylko Akela, Bagheera oraz co najwyżej dziesiątek wilków stojących zawsze wiernie po stronie Mowgliego.

A wówczas – ni stąd, ni zowąd – poczęło Mowgliego coś boleć na wnętrzu, jak nie bolało go nigdy dotychczas. Westchnął głęboko i zaszlochał, a łzy pociekły mu po twarzy.

– Co to takiego? Co to takiego? – odezwał się sam do siebie. – Nie mogę opuścić dżungli... i sam nie wiem, co się ze mną dzieje... Czyżbym już miał umrzeć, Bagheero?

– Nie, Mały Bracie! To tylko łzy... spotyka się je nieraz u ludzi... – odpowiedziała Bagheera. – Teraz wiem, że jesteś już człowiekiem, a nie ludzkim szczenięciem. Odtąd już dżungla naprawdę jest zamknięta przed tobą!... To tylko łzy, mój Mowgli... Nic to! Niech sobie płyną!

Przeto Mowgli usiadł i płakał rzewnie, jakby mu serce pęknąć miało. Był to pierwszy płacz w jego życiu...

– A teraz – odezwał się nagle – pójdę pomiędzy ludzi! Ale wpierw muszę się pożegnać z matką.

To rzekłszy podążył do jaskini, gdzie mieszkał Ojciec Wilk z Matką Wilczycą. Przytulił się do jej futra i płakał na cały głos, a wilczęta wtórzyły mu żałosnym wyciem.

– Nie zapomnicie o mnie? – spytał Mowgli.

– Nigdy, o nigdy, póki tylko będziemy umiały zwęszyć twe ślady – odpowiedziały wilczęta. – Gdy będziesz człowiekiem, przychodź czasami do podnóża naszej góry, byśmy mogły pogwarzyć z tobą; my zaś będziem zachodzić na uprawne pola, by pobawić się z tobą w nocy.

– Wracaj rychło! – rzekł Ojciec Wilk. – Wróć do nas jak najrychlej, mądra Żabuchno... bo i matka twoja, i ja jesteśmy już mocno starzy!

– Wracaj rychło, synusiu, mój ty mały golasku! – dodała Matka Wilczyca. – Bo przyznam ci się, dziecię człowiecze, żem kochała cię bardziej, niż potrafiłabym kochać rodzone moje szczenięta!

– Przyjdę, przyjdę z pewnością – odpowiedział Mowgli – a gdy powrócę, rozścielę skórę Shere Khana na Skale Narady. Nie zapominajcie o mnie! Powiedzcie mieszkańcom dżungli, by nigdy o mnie nie zapominali...

Świt począł rozjaśniać niebo, gdy Mowgli samotnie schodził ze zbocza góry, by spotkać się z tajemniczymi istotami, noszącymi miano ludzi.

PIEŚŃ MYŚLIWSKA GROMADY SEEONEEŃSKIEJ

Gdy świt błysnął na niebie, sambhur beczeć zaczyna –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

I już jeleń wyskoczył – i już jeleń wyskoczył –

Z gąszczy lasu, znad stawu, gdzie żeruje zwierzyna.

Jam na czatach samotnych go zoczył –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

Gdy świt błysnął na niebie, sambhur beczeć zaczyna –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

I wnet wilk się przekrada – i wnet wilk się przekrada –

By wieść zanieść radosną do drużyny, do stada –

A my tropim i węszym, i głosimy na śladach –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

Gdy świt błysnął, zawyła cała Wilcza Drużyna –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

Wierna puszcza nie zdradzi wilczych śladów i kroku!

Nasze ślepia nam drogę oświecają w półmroku!

Język trzymać na wodzy! Baczność! Czas już do skoku –

Najpierw raz – potem drugi i trzeci!

Łowy węża Kaa

Cętki są chlubą lamparta, a dumą bawołu są rogi;

Bądź czysty, bo tęgich myśliwców poznajem po skórze chędogiej!

Jeśli stwierdzisz, że bodzie buhaj lub sambhur włochaty,

Nie ucz nas tego – bo myśmy już o tym wiedzieli przed laty!

Nie dręcz cudzych szczeniątek, lecz sercem do nich lgnij łatwo,

Bo choć są niezgrabne i małe, mogą niedźwiedzia być dziatwą!

„Nie masz nade mnie!” – powiada szczenię, gdy pierwszy je triumf omami;

Lecz wielka jest dżungla, a szczenię tak małe! Niech język ma za zębami!

(Przykazania misia Baloo)

Wszystko, co tu opowiemy, zdarzyło się w jakiś czas przedtem, nim Mowgli porzucił Gromadą Wilków Seeoneeńskich i zemścił się na tygrysie Shere Khanie. Było to w dniach, kiedy miś Baloo uczył go Praw Dżungli. Wielkie, poważne, brunatne niedźwiedzisko nie posiadało się z radości, że ma tak pojętnego ucznia. Albowiem młode wilczki zwykły przyswajać sobie z Praw Dżungli tylko to, co znajduje zastosowanie w obrębie ich gromady i plemienia – i wymykają się na wagary, gdy tylko umieją powtórzyć następującą zasadę łowiecką:

Stopy, które nie czynią szelestu –

oczy, które potrafią przeniknąć ciemność –

uszy, które zdolne są przechwycić tchnienie wiatru powstającego –

białe i ostre zębce –

oto przymioty, które cechują naszych braci,

z wyjątkiem znienawidzonego przez nas szakala Tabaqui

i równie znienawidzonej hieny.

Atoli Mowgli, jako że był szczenięciem ludzkim, musiał uczyć się znacznie więcej. Czarna Pantera, Bagheera, nieraz skradała się nieobaczkiem przez dżunglę, by podpatrzyć, jakie postępy czyni jej pupilek, i oparłszy głowę o pień drzewa, mruczała z zadowoleniem, gdy Mowgli wygłaszał zadane lekcje wobec Baloo. Chłopak umiał równie dobrze wspinać się po drzewach, jak pływać, a pływał równie dobrze, jak biegał. Przeto nauczyciel Prawa, Baloo, uczył go wszelkich przepisów; zarówno leśnych, jak i wodnych. Uczył go więc, jak odróżnić gałąź zdrową od spróchniałej; jak przemawiać grzecznie do dzikich pszczół na wypadek, gdyby zdarzyło mu się zetknąć z ich rojem na wysokości pięćdziesięciu stóp ponad ziemią; jak odzywać się do nietoperza Manga, gdyby zdarzyło się przerwać jego drzemkę południową wśród gałęzi; i jak ostrzegać śpiące w kałużach węże wodne, zanim da nurka w głąb wody. Żadne z Plemion Dżungli nie lubi, by mu zakłócać spokój, i każde z nich jest nader skłonne do tego, by sprawić tęgą wcierę dokucznikowi.

Z czasem Mowgli nauczył się także Łowieckiego Hasła Przybyszów, które należało powtarzać głośno, póki nie otrzyma się odpowiedzi – ilekroć wypadnie polować poza obrębem własnego łowiska. Hasło to, w przekładzie na język ludzki, brzmi:

– Pozwólcie mi polować tutaj, bo jestem gło-o-odny! A odpowiedź jest następująca:

– Polujże więc, ale z potrzeby, nie dla przyjemno-o-ści!

Z tego wszystkiego widać, ilu to rzeczy musiał Mowgli nauczyć się na pamięć; nic też dziwnego, że nieraz bardzo go męczyło powtarzanie po sto razy tej samej rzeczy. Ale oto co Bagheerze oświadczył Baloo pewnego dnia, gdy Mowgli dostał w skórę i uciekł z lekcji na wagary:

– Ludzkie szczenię jest ludzkim szczenięciem, więc powinno nauczyć się wszystkich Praw Dżungli!

– Ale miejże na uwadze, że on jeszcze mały! – odpowiedziała Czarna Pantera, która na pewno by na nic rozpieściła Mowgliego, gdyby go powierzono jej opiece. – Jakże ta mała głowina pomieści tyle mądrości?

– Jest że w puszczy stworzenie tak małe, by nie można go było zabić? O, nie!... Dlatego to uczą go wszystkiego i dlatego biję go, bardzo delikatnie zresztą, ilekroć czegoś zapomni.

– Delikatnie! – mruknęła Bagheera. – Ładne masz pojęcie o delikatności, stary Waliskóro! Dowodem twej delikatności są zapewne te sińce, które upstrzyły całą twarz chłopca... Och!

– Chyba lepiej, żeby został pobity na miazgę przeze mnie, który go miłuje, niż żeby nieuctwo miało narażać go na gorsze klęski! – odpowiedział Baloo z wielką powagą. – Właśnie uczą go Czarnoksięskich Słów Dżungli, które zapewnią mu pomoc ze strony Ptaków i Plemienia Wężów, i wszelkich czworonogów, z wyjątkiem własnej gromady. Teraz może wzywać pomocy od wszystkich zwierząt, jakie żyją w dżungli... o ile tylko będzie pamiętał owe słowa. Czyż dla tej korzyści nie warto dostać czasami w skórą?

– No, no... tylko uważaj, żebyś mi nie zabił ludzkiego szczenięcia! Toż on nie jest kłodą, byś na nim ostrzył stępione pazury! Ale jakież to są owe Czarnoksięskie Słowa? Wprawdzie wolę udzielać innym pomocy niż prosić o nią – to mówiąc Bagheera wyprostowała jedną łapą i z lubością przyglądała się dłutkowatym, drapieżnym pazurom, o sinym, stalowym; odbłysku – jednakże pragnęłabym ich się nauczyć!

– Zawołam Mowgliego, to ci je powtórzy, o ile będzie miał ochotę. Chodź no, Mały Bracie!

– E, w głowie mi szumi, jakby się w niej osiedlił cały rój pszczół – odpowiedział niechętny głosik ponad ich głowami. W tejże chwili po pniu drzewnym ześliznął się Mowgli, bardzo gniewny i nadąsany. Stanąwszy na ziemi, dorzucił:

– Przychodzę do Bagheery, a nie do ciebie, stary, opasły Baloo!

– Wszystko mi jedno! – odpowiedział Baloo, choć czuł się mocno dotknięty. – Powtórz więc Bagheerze Czarnoksięskie Słowa Dżungli, jakich nauczyłem cię dzisiaj.

– Czarnoksięskie Słowa?... Ale dla jakiego plemienia? – zapytał Mowgli, wielce rad, że będzie mógł się popisać. – Dżungla mówi wieloma językami... Ja znam wszystkie!

– Trochę ich znasz, ale nie tak dużo, mój synku! Przypatrz no się, Bagheero, jak te smyki nigdy nie okażą wdzięczności swym nauczycielom! Nie zdarzyło się jeszcze, by które z małych wilcząt przyszło podziękować staremu Baloo za naukę. Powiedzże więc, wielki mędrcze, jakich to Czarnoksięskich Słów używają Plemiona Polujące.

– Ja i Wy jesteśmy jednej krwi! – przemówił Mowgli, nadając tym słowom akcent niedźwiedzi, używany przez wszystkie Plemiona Polujące.

– Dobrze! A teraz... jak się przemawia do Ptaków? Mowgli powtórzył całe zdanie i zakończył je gwizdem, jaki wydaje kania przed deszczem.

– A teraz przemów do Plemienia Wężów!

W odpowiedzi na to rozległ się syk, niedający się zgoła odtworzyć, po czym Mowgli wierzgnął nogami w tył, klasnął w dłonie na znak zadowolenia i skoczywszy na grzbiet Bagheery, siadł na nim okrakiem, bębniąc piętami po jej gładkim futrze i wykrzywiając się do starego Baloo, jak tylko umiał najzłośliwiej.

– Widzicie go, widzicie! Warto by mu za to trochę skórę wyłoić! – odezwał się z czułością bury niedźwiedź. – Ale przyjdzie czas, że będziesz o mnie pamiętał!

Po czyni obrócił się w bok i zaczął opowiadać Bagheerze, jak wyprosił owe Czarnoksięskie Słowa od dzikiego słonia Hathi, który zna się na nich wybornie – jak wspomniany Hathi zaprowadził Mowgliego do leśnego bajorka, by od węża wodnego wyuczył się Zaklęcia Wężów, którego Baloo nie umiał wymówić – i jak to obecnie Mowgli był skutecznie zabezpieczony przeciwko wszelkim przygodom na obszarze dżungli, ponieważ ani żmija, ani ptak, ani żadne zwierzę nie mogły mu uczynić krzywdy.

– Nie potrzebuje się więc lękać nikogo! – zakończył Baloo, klepiąc się z dumą po kosmatym brzuchu.

– Z wyjątkiem własnego plemienia! – mruknęła półgłosem Bagheera, po czym już głośno ozwała się do Mowgliego: – Uważaj na moje żebra, Mały Bracie! Co mają oznaczać te koziołki po moim grzbiecie?

Mowgli już od dłuższego czasu starał się zwrócić na siebie uwagę rozmawiających, skubiąc Bagheerę za włosy poniżej karku i kopiąc ją z całej siły. Kiedy oboje umilkli i byli gotowi go słuchać, począł wrzeszczeć na całe gardło:

– Aha! I ja będę miał swoją własną gromadę i będę ją całymi dniami wodził po gałęziach drzew.

– Co ci się znów przyśniło, mały marzycielu? – ofuknęła go Bagheera.

– Tak jest!... I będę rzucał gałęźmi i błotem na głowę starego Baloo! – ciągnął dalej Mowgli. – Już mi to obiecali moi koledzy! Aha!

– U-uff! Ogromne łapsko niedźwiedzia ściągnęło Mowgliego z grzbietu Bagheery. Znalazłszy się w jego potężnych objęciach, chłopak zmiarkował, że nauczyciel jest niepomiernie rozgniewany.

– Mowgli – odezwał się Baloo – widzę, że się spoufaliłeś z bandar-log, Plemieniem Małp!

Mowgli spojrzał na Bagheerę, by przekonać się, czy i ona się na niego gniewa. Oczy Bagheery wpatrzone były weń uporczywie i twardo – podobne dwom bryłkom jaspisu.

– Przestawałeś z Plemieniem Małp... z szarymi koczkodanami... plemieniem bez Praw... wszystkożerną hałastrą! Wstyd! Hańba!

– Gdy Baloo rozbił mi głowę – odrzekł Mowgli leżąc na wznak – poszedłem sobie precz, na wagary! Wtedy szare małpy zlazły z drzew i okazały mi wielkie współczucie. Poza tym nikt nie ulitował się nade mną.

– Ładne mi współczucie ze strony Małpiego Plemienia! – burknął Baloo. – Równie dobrze można by mówić o spokoju górskiego strumyka lub chłodzie słońca w porze letniej... A cóż było potem, ludzkie szczenię?

– Potem... potem... przyniosły mi orzechów i innych dobrych rzeczy... i... zaniosły mnie na rękach aż na sam wierzchołek drzewa... i powiedziały mi, że jestem ich krewnym... tylko bez ogona... i że kiedyś zostanę... ich naczelnikiem.

– One nie mają naczelnika! – przerwała Bagheera. – Małpy skłamały! One zawsze kłamią!

– Były bardzo grzeczne dla mnie... i prosiły, żebym je odwiedził powtórnie. Czemu to nikt dotąd nie zaprowadził mnie do Małpiego Plemienia? One chodzą na dwóch nogach, podobnie jak ja... nie biją mnie twardą łapą... i bawią się po całych dniach. Pozwól mi wstać... pozwól mi wstać, niedobry Baloo! Ja chcę się z nimi bawić!

– Słuchaj, ludzkie szczenię! – ozwał się niedźwiedź, a głos jego huczał jak grzmot w noc upalną. – Nauczyłem cię Praw obowiązujących wszystkie Plemiona Dżungli prócz Plemienia Małp, żyjącego na konarach drzew. Plemię to nie podlega żadnym Prawom. To wyrzutki społeczeństwa! Nie mają nawet własnej mowy, ale posługują się kradzionymi wyrazami, jakie uda im się tu i ówdzie podchwycić, gdy nadsłuchują, podpatrują i czatują na wierzchołkach drzew. Ich obyczaje nie mają nic wspólnego z naszymi... Te małpy nie mają nad sobą żadnego zwierzchnictwa, a daremnie byś u nich szukał śladu jakiejkolwiek pamięci. Lubią dużo gadać, przechwalać się i udawać, że są plemieniem znamienitym, powołanym do wielkich spraw w dżungli, ale niech no spadnie jaki orzech z drzewa – już im się plącze wątek myśli, zapominają o wszystkim, co mówiły, i pokładają się od śmiechu. Nas, obywateli dżungli, z tymi małpiszonami nic nie łączy! Nie chodzimy tam, gdzie one chodzą, nie pijemy tam, gdzie one piją, i nie polujemy tam, gdzie one polują, a nawet nie umieramy pospołu z nimi. Czy do dnia dzisiejszego słyszałeś kiedy z ust moich choćby najmniejszą wzmiankę o bandar-log?

– Nie! – odpowiedział Mowgli szeptem, albowiem po przemówieniu Baloo zapanowała w całym lesie dziwna jakaś cisza.

– Plemiona Dżungli nie wspominają o nich nie tylko w słowach, ale nawet i w myśli. Stworzenia te, które zwiemy małpami, są bardzo liczne, złośliwe, brudne i bezwstydne. Jeżeli mają jakiś określony cel w życiu, to chyba tylko ten, by zwrócić na siebie uwagą mieszkańców dżungli. Ale my nie zważamy na nie wcale, nawet wtedy, gdy zaczną rzucać orzechy i różne śmieci na nasze głowy.

Ledwo tych słów domówił, gdy z koron drzewnych posypał się grad orzechów i drobnych gałązek, a jednocześnie rozległy się małpie pochrząkiwania, skowyty i chrzęst gniewnych harców pośród listowia.

– Z Plemieniem Małp nie wolno się zadawać – oświadczył raz jeszcze Baloo – nie wolno mieszkańcom dżungli kumać się z nimi. Zapamiętaj to sobie!

– Nie wolno – powtórzyła Bagheera. – Jednakże jestem zdania, że Baloo powinien był ostrzec cię przed nimi, Mały Bracie!

– Ja?... Ja?... Nawet mi przez myśl nie przeszło, że on mógłby bawić się z tą plugawą małpią czeredą... Tfu!

Nowy grad pocisków posypał się na ich głowy, przeto Bagheera i Baloo oddalili się żwawo, zabierając z sobą Mowgliego.

To, co Baloo mówił o małpach, było świętą prawdą. Siedliskiem tych stworzeń były wierzchołki drzew, a ponieważ zwierzęta puszczańskie nader rzadko spoglądają wzwyż, przeto nieczęsto właziły małpom w drogę. Natomiast małpy, ilekroć zdybały chorego wilka, zranionego niedźwiedzia czy tygrysa, zawsze znęcały się nad nim bezlitośnie; poza tym miały zwyczaj obrzucać wszelkie zwierzę orzechami i patykami – bądź dla zabawy, bądź też celem zwrócenia na siebie uwagi. Kiedy indziej wyły wniebogłosy i wyśpiewywały niedorzeczne piosenki, wzywając mieszkańców dżungli, by włazili na drzewa i tu staczali z nimi bójkę. To znów walczyły między sobą zaciekle, pozostawiając trupy zabitych małp w takim miejscu, by mogły rzucać się w oczy Plemionom Dżungli. Stale nosiły się z zamiarem, by za chwilę obrać sobie naczelnika, ustanowić własne prawa i obyczaje, ale zamiaru tego nigdy nie wcieliły w czyn, gdyż niezdolne były zachować niczego w pamięci choćby przez dzień jeden. Nie przejmowały się jednak niczym, na pociechę powtarzając ukute przez siebie przysłowie:

– Bandar-log dziś rozmyśla o tym, o czym dżungla ma jeszcze czas myśleć!

Żadne ze zwierząt nie umiało ich dosięgnąć, ale też żadne nie zwracało na nie uwagi. Przeto wielce uradowały się małpy, że zdołały wciągnąć Mowgliego do zabawy i że ściągnęły na siebie taki gniew starego Baloo. Na niczym więcej im nie zależało – boć plemieniu bandar-log nigdy na niczym nie zależy. Atoli jednej z małp przyszedł do łba pomysł, który uznała za świetny: oznajmiła towarzyszkom, że obecność Mowgliego mogłaby przynieść ich społeczeństwu wielki pożytek, gdyż chłopak umie pleść z gałązek zasłony od wiatrów, przeto gdyby go schwytały, mógłby nauczyć je tego rzemiosła. Istotnie Mowgli, który był synem drwala, miał zwyczaj – snadź pod wpływem dziedzicznego instynktu – splatać małe szałasy z opadłych gałęzi, sam nie wiedząc, gdzie się tego nauczył. Małpy, siedzące na drzewach, przyglądały się jego zabawie – i spodobała im się nadzwyczajnie. Powiedziały sobie, że tym razem już naprawdę będą miały zwierzchnika i staną się najmędrszym plemieniem w dżungli – tak mądrym, że każdy będzie im zazdrościł i zwracał na nie szczególną uwagę.

Przeto cichaczem, bez najmniejszego szelestu, szły trop w trop za niedźwiedziem Baloo, Bagheera i Mowglim przez całą dżunglę, póki nie nadszedł czas południowej drzemki. Wówczas Mowgli, markotny i zbity z pantałyku, położył się między panterą i niedźwiedziem postanowiwszy sobie, że nie będzie nigdy się zadawał z Małpim Plemieniem – zasnął głęboko.

Ocknąwszy się, uświadomił sobie najpierw, że jakieś drobne, ale szorstkie i krzepkie rączęta pochwyciły go za ramiona i nogi – potem, że poczęły go bić po twarzy jakieś trzeszczące gałązki – a wreszcie, że znajduje się na pomoście rozbujanych konarów i spogląda w dół, ku ziemi, kędy widać było niedźwiedzia Baloo, budzącego dżunglę basowym rykiem, oraz Bagheerę, która wyszczerzywszy zęby poczęła właśnie wdzierać się na pień drzewa. Bandar-log zawył triumfalnie i czmychając na najwyższe gałęzie, dokąd nie ośmieliła się dojść Bagheera, wrzeszczał wniebogłosy:

– Dostrzegła nas! Bagheera nas dostrzegła! Wszystkie zwierzęta dżungli podziwiają naszą zręczność i roztropność!

Następnie małpy poczęły uciekać. Ucieczka Małpiego Plemienia przez obszary drzew – to rzecz, której opisać się nie da. Na wysokości pięćdziesięciu do siedemdziesięciu stóp ponad ziemią mają istne gościńce i boczne drogi biegnące to w dół, to pod górę, po których w razie potrzeby umieją podróżować choćby nocą. Dwie najsilniejsze małpy wzięły Mowgliego pod pachy i pomknęły z nim ponad wierzchołkami drzew, sadząc skokami, z których każdy mierzył dwadzieścia stóp. Gdyby były same, potrafiłyby biec dwakroć prędzej, ale ciężar jeńca powstrzymywał je w biegu. Pomimo bólu i zawrotu głowy Mowgli nie mógł się oprzeć uczuciu radości z powodu tej niezwykłej gonitwy, jakkolwiek przerażeniem napełniał go widok skrawków ziemi leżących hen nisko, a straszliwy wstrząs po każdym skoku nad próżnią zapędzał mu duszę w pięty. Eskortujące go małpy raz po raz taszczyły go na sam wierzchołek drzewa, aż czuł, jak cienkie gałązki gną się i trzeszczą pod ich ciężarem – a następnie wśród chrząkań i pohukiwań rzucały się kędyś daleko i nisko – i lądowały na niższych odroślach najbliższego drzewa, którego uczepiały się rękoma lub stopami. Niekiedy miał przed sobą na przestrzeni kilku mil widok na cichą, zieloną dżunglę – jak czatownik ze szczytu masztu widzi wokoło całe dziesiątki mil morskiego przestworza – aż tu w chwilę potem już gałęzie i listowie chłostały go po twarzy, a on sam wraz ze swymi dwoma strażnikami znajdował się z powrotem niemal tuż nad ziemią. Tak to wśród skoków, trzasków, huków i wrzasków całe plemię bandar-log pędziło jak oszalałe po drzewnych gościńcach, unosząc z sobą Mowgliego jako jeńca.

Przez czas jakiś lękał się, że spadnie, potem jęła go ogarniać coraz większa złość. Ponieważ jednak wiedział, że opór na nic się nie zda, więc zaczął przemyśliwać nad tym, co ma zrobić. Uznał, że pierwszym jego obowiązkiem było przesłać wieść o sobie Bagheerze i niedźwiedziowi Baloo – albowiem z szybkości, z jaką posuwały się małpy, miarkował, że jego przyjaciele musieli pozostać znacznie w tyle. Daremnym trudem było patrzeć w dół, bo tam widać było tylko gęstwę gałęzi – wobec tego jął spoglądać w górę. Hen daleko wśród błękitu ujrzał ścierwnika Chila, który krążył chwiejnym lotem nad puszczą, wypatrując żeru. Zauważywszy, że małpy coś niosą, Chil opuścił się o kilkaset sążni w dół, by zobaczyć, czy w ich tobołkach nie ma przypadkiem jakich smakołyków. Aż zagwizdał ze zdumienia, gdy ujrzał Mowgliego bujającego się po drzewach w sposób tak niezwykły i posłyszał wydane przezeń hasło w narzeczu ścierwników:

– Ja i Ty jesteśmy jednej krwi-i-i!

W tejże chwili zwarło się nad chłopcem falujące morze zieleni, ale Chil, kołysząc się na skrzydłach, zdążył jeszcze w czas dolecieć do następnego drzewa, by dostrzec wyłaniającą się znów z gałęzi małą, brązową buzię.

– Uważaj na mój ślad! – krzyknął Mowgli. – Zanieś wieść niedźwiedziowi Baloo z Wilczej Gromady Seeoneeńskiej i Bagheerze, co mieszka przy Skale Narady.

– W czyim imieniu mam mówić, Bracie? – zapytał Chil, bo choć słyszał to i owo o Mowglim, jeszcze go był dotąd nie widział na własne oczy.

– W imieniu Mowgliego, czyli Żaby. Oni mnie przezywają ludzkim szczenięciem! Zważaj na mój ślad!

Ostatnie słowa zostały wypowiedziane głosem: przeraźliwym, gdyż właśnie w tej chwili małpy dały olbrzymiego susa w powietrzu. Chil tylko kiwnął głową i wzbił się w górę tak wysoko, iż wydał się nie większy od ziarenka pyłu – i zawisł w błękicie, wpatrując się daleko widzącymi oczyma w chwiejbę koron drzewnych, przez które przemykała się skłębiona gromada małp eskortujących Mowgliego.

– One nie potrafią zajść daleko! – zawyrokował śmiejąc się wesoło. – Nie zdarzyło się jeszcze, by wykonały w zupełności to, co zamierzyły! Och, ten bandar-log, ten bandar-log! Zawsze się im zachciewa czegoś nowego. Ale tym razem, o ile mnie wzrok nie myli, zachciało się im własnego nieszczęścia... bo Baloo to nie pisklę, a Bagheera, o ile mi wiadomo, umie polować nie tylko na kozły! Tak sobie dumając ważył się na skrzydłach, podgarnął pod siebie szpony – i wyczekiwał.

Tymczasem Baloo i Bagheera szaleli z gniewu i strapienia. Bagheera jęła wspinać się na drzewa tak wysoko, jak nigdy wpierw, ale cienkie gałązki łamały się pod jej ciężarem, więc ześliznęła się w dół, mając pełno kory za pazurami.

– Czemuż nie ostrzegłeś ludzkiego szczenięcia? – huknęła na nieboraka Baloo, który drałował niezgrabnym kłusem, zapewne w myśli, że dopędzi uciekające małpy. – I cóż mu przyszło z twojego katowania, skoro nie ostrzegłeś go przed tym niebezpieczeństwem!

– Spieszmy się!... Spieszmy! Może... może zdołamy je dogonić – sapał Baloo.

– Z takim, pośpiechem!... Ph!... Nie dogoniłbyś nawet zdychającej krowy... Nauczycielu Prawa... oprawco szczeniąt! Toż gdyby ci przyszło katulać się tak choć przez milę tam i z powrotem, pękłbyś na ćwierci! Usiądź spokojnie i zastanów się nad całą sprawą... obmyśl sposób postępowania... Nie mamy czasu na próżne gonitwy. Jeżeli podejdziemy za blisko, te małpiszony gotowe dla własnego ocalenia rzucić chłopca na ziemię.

– Arrrala! Hu-u! One może go już cisnęły na ziemię, bo im się znudziło go dźwigać! Któż je tam wie! Wszystkiego można się spodziewać po bandar-logu! Zwalcież mi teraz na łeb furę zdechłych nietoperzy! Dajcie mi do ogryzania spróchniałe kości! Wrzućcie mnie do barci dzikich pszczół, żeby mnie na śmierć pokąsały, i pochowajcie mnie obok hieny... bom jest najnieszczęśliwszy pomiędzy niedźwiedziami! Arra-lala! Ua-hua! O mój Mowgli, mój Mowgli! Czemuż to, zamiast nabijać ci guzy na głowie, nie ostrzegałem cię przed Małpim Plemieniem:... Może wybiłem ci z głowy wszystkie zadane lekcje... i cóż teraz poczniesz, moja biedotko, sam w lesie, nie znając Słów Czarnoksięskich?!...

To rzekłszy Baloo schwycił się obiema łapami za łeb i zaczął z jękiem tarzać się po ziemi.

– E, co znowu! Przecież dopiero co wyrecytował przede mną bez zająknienia wszystkie Słowa! – odezwała się zniecierpliwiona Bagheera. – Mój Baloo, toż ty na starość postradałeś nie tylko pamięć, ale i godność osobistą! Cóż by pomyślała sobie dżungla, gdybym ja, Czarna Pantera, wiła się po ziemi, niczym jeżozwierz Ikki, i wyła wniebogłosy?!

– Nie dbam o to, co sobie pomyśli o mnie dżungla! Ale on... on może już nie żyje!

– O ile go te koczkodany dla jakichś małpich figlów nie zrzucą z gałęzi albo nie uduszą z nudów, tedy nie lękam się zgoła o los ludzkiego szczenięcia. Mowgli jest mądry sam z siebie i przeszedł dobrą szkołę, a co najważniejsze, ma takie oczy uroczne, które budzą postrach we wszystkich Plemionach Dżungli. Ku wielkiemu jednak swemu nieszczęściu znalazł się obecnie w mocy bandar-logu... tej niecnej hałastry, która hasa po drzewach i nic sobie nie robi z naszych plemion.

To rzekłszy Bagheera poczęła w zadumie ssać własną łapę.

– Ależ ci to głupiec ze mnie! Bury, sadłem nalany głupiec, który nie umie nic innego, tylko wykopywać korzonki z ziemi! – ozwał się ni stąd, ni zowąd Baloo, zrywając się na równe nogi. – Miał chyba rację dziki słoń Hathi, gdy mawiał: Każda pokraka ma swego straszaka! Ma swego straszaka i bandar-log! Ich postrachem jest Skalny Wąż Kaa, który nie gorzej od nich wspina się na drzewa i wykrada nocą małe małpięta. Dość szeptem wspomnieć jego imię, a po małpach już ciarki przechodzą po sam koniuszek ogona. Chodźmy do węża Kaa!

– I cóż on nam pomoże? – spytała Bagheera. – Wszak on jest obcoplemieńcem... nie ma nóg... a za to ma tak: złowrogie oczy!

– Ho, ho! To bardzo stare i bardzo przebiegłe wężysko... a co najważniejsza, zawsze głodne! – odpowiedział Baloo z wielką ufnością. – Trzeba mu przyrzec sporą porcję zwierzyny!

– Podobno, gdy się obeżre, śpi potem przez cały miesiąc. Może właśnie teraz śpi... a jeżeli nie śpi, to czyż nie przyjdzie mu ochota upolować osobiście porcję zwierzyny dla siebie?

Bagheera mało dotąd słyszała o wężu Kaa, z natury zaś była podejrzliwa.

– Gdyby nawet tak było, to tak starzy łowcy, jak ty i ja, potrafimy we dwójkę nauczyć go rozumu!

To rzekłszy Baloo otarł się wyliniałą brunatną łapą o grzbiet pantery i oboje wyruszyli razem na poszukiwanie Skalnego Pytona Kaa.

Gdy go zdybali, spoczywał jak długi na: krawędzi skały, wygrzanej blaskami popołudniowego słońca, i z lubością przyglądał się otrzymanej niedawno, pięknej odzieży. Dziesięć dni ostatnich spędził w zaciszu swego prywatnego domostwa, przebierając się w nową skórę, a teraz przedstawiał się imponująco, gdy wymachiwał olbrzymim, płaskim łbem ponad ziemią, wykręcał długachne – trzydzieści stóp mierzące – cielsko w cudaczne krzywizny i węzły i oblizywał sobie paszczę na myśl o czekającym go obiedzie.

– Jeszcze nic nie jadł! – odsapnął z ulgą Baloo, dostrzegłszy jego kaftan, pięknie wzorzysty w barwę żółtawą i brunatną. – Miej się na baczności, Bagheero! Po zmianie skóry wąż Kaa widzi trochę kiepsko, a bywa nader skory do napaści.

Kaa nie był wężem jadowitym – owszem, czuł dla żmij, jako wielkich tchórzów, prawie że wzgardę. Siła jego leżała w ogromie cielska – a kogo raz otulił objęciem swych olbrzymich splotów, ten nie wykręcił się już z nich ani prośbą, ani groźbą.

– Szczęśliwych łowów! – zawołał Baloo przysiadłszy na tylnych łapach.

Kaa, jak wszystkie węże z jego gatunku, był nieco głuchawy, więc zrazu nie dosłyszał wołania. Potem pochylił głowę i podwinął tułów, gotów na wszelki wypadek.

– Bodaj się nam wszystkim szczęściło w łowach – odpowiedział. – Hej, Baloo, cóż ty tu porabiasz? Pomyślnych łowów, Bagheero. Co najmniej jeden z nas tu obecnych miałby szczerą ochotę nieco się pożywić. Czy nie doszły cię wieści o jakiej zwierzynie w tej okolicy? O jakim rogaczu, a choćby i o młodym koziołku? Mój kałdun jest próżny niczym wyschnięta studnia!

– Właśnie polujemy – odezwał się Baloo jakby od niechcenia. Wiedział, że wężowi Kaa, który jest istotą wielką, należy dawać sporo czasu do namysłu.

– Pozwólcie mi wybrać się razem z wami – rzekł Kaa. – Dla was, Baloo czy Bagheero, jedno uderzenie mniej czy więcej to fraszka, ale ja... ja muszę czatować całymi dniami na leśnej ścieżynie i przez połowę nocy wspinać się na drzewo, by upolować jedno szare małpiątko! O fe! Już i gałęzie na drzewach nie są takie, jakie były za dni mojej młodości... dziś nie znajdziesz innych, jak tylko pogniłe pręty i uschłe badyle!

– Może i twój ciężar odgrywa w tym niejaką rolę? – zauważył Baloo.

– O tak, jestem bardzo długi... bardzo długi – odrzekł Kaa z odcieniem dumy. – Mimo wszystko, główną winę ponosi kruchość dzisiejszych drzew. Na ostatnim polowaniu o mało co... tak jest, o mało co nie spadłem na ziemię. Nie objąłem dobrze pnia ogonem i zsunąłem się w dół z takim trzaskiem, że zbudziłem małpy, które zaczęły mnie obrzucać najplugawszymi przezwiskami.

– „Beznoga gadzina... glista ziemna” – zamruczała Bagheera pod wąsem, jak gdyby usiłowała sobie coś przypomnieć.

– Ssss! Więc to tak mnie one przezywały! – zaperzył się Kaa.

– Coś podobnego krzyczały w naszą stronę podczas ostatniej pełni księżycowej... ale my nigdy nie zwracamy na nie uwagi. Nie ma istot bardziej bezwstydnych niż bandar-log. Zawsze paplą, co im ślina przyniesie na język... choćby to, jakobyś ty już utracił wszystkie zęby i polował jedynie na młode koźlątka, ponieważ... ponieważ boisz się rogów kozła... – ciągnęła Bagheera słodkim głosem.

Wprawdzie węże, szczególnie tak stare i przezorne pytony, jakim był Kaa, rzadko okazują po sobie, że są gniewne, jednakże Baloo i Bagheera spostrzegli, że olbrzymie mięśnie przełykowe po obu stronach gardzieli węża Kaa napęczniały i poczęły drgać kurczowo.

– Bandar-log przeniósł się w inne siedliska – odezwał się spokojnie. – Gdym dziś rozpoczynał kąpiel słoneczną, słyszałem, jak małpiska nawoływały się, skacząc po konarach drzew.

– My... my właśnie idziemy w trop za plemieniem bandar-log... – zaczął Baloo, ale słowa uwięzły mu w gardle, bo odkąd sięgała jego pamięć, po raz pierwszy zdarzyło się, by ktoś z obywateli dżungli raczył zainteresować się sprawami Małpiego Plemienia.

– Tak? Nie wątpię tedy, że niemałej snadź wagi musi być ta sprawa, która dwoje łowców tak znamienitych... wodzów swej kniei, jako tuszę... przywiodła do tego, by szli tropem plemienia bandar-log – odrzekł Kaa z wytworną uprzejmością, a pierś rozsadzało mu zaciekawienie.

– Prawdę powiedziawszy – zaczął znów Baloo – nie jestem niczym więcej, jak starym i już czasami wielce głupawym nauczycielem, który wykłada naukę Prawa wilczętom seeoneeńskim, a obecna tu Bagheera...

– Jest po prostu Bagheera i – kłapnęła zębami Czarna Pantera nie wierząc, by taka czołobitność mogła odnieść należyty skutek. – Powiem ci, Kaa, o co chodzi. Te zbijacze orzechów i zjadacze liści palmowych ukradły nam nasze ludzkie szczenię, o którym może doszły cię wieści.

– Tak jest! Jeżozwierz Ikki (który dufny w swe kolce, nie robi sobie nic z nikogo!) opowiadał mi coś niecoś o jakimś człeczynie, co przystał do Gromady Wilków, ja jednakże nie dawałem wiary jego opowieściom. Ikki zwykł roznosić plotki źle dosłyszane, a jeszcze gorzej opowiedziane.

– Tym razem jednak powiedział prawdę. Takiego szczenięcia ludzkiego, dalibóg, jeszcze świat nie widział! – mówił Baloo. – Jest to najlepsze, najmądrzejsze i najodważniejsze ze wszystkich ludzkich szczeniąt... mój wychowanek, który rozsławi imię Baloo po wszystkich kniejach... a przy tym... trzeba ci wiedzieć, mój Kaa... kocham go... to jest... chciałem powiedzieć... kochamy go bardzo oboje.

– Csss! Csss! – zasyczał Kaa kręcąc głową – I ja też kiedyś poznałem, co to miłość. Mógłbym wam opowiedzieć niejedną historię o tym, jak...

– Przyjdziemy tu w jasną noc księżycową, gdy wszyscy będziemy najedzeni do syta, to nam bardziej do gustu przypadnie twoja opowieść – przerwała mu pośpiesznie Bagheera. – Nasze szczeniątko ludzkie znajduje się obecnie w rękach plemienia bandar-log, my zaś wiemy, że ta hołota nikogo w całej puszczy się nie lęka, prócz ciebie jednego, wężu Kaa.

– Prawda, one tylko mnie się boją... i mają rację! – odpowiedział Kaa. – Małpy są gadatliwe, zarozumiałe i głupie... głupie, zarozumiałe i gadatliwe... ale człowieka, który dostał się w ich ręce, może spotkać nieszczęście. Wszak nieraz, gdy sprzykrzą się im zerwane z drzewa orzechy, rzucają je bez ceremonii na ziemię. Bywa też, że przez pół dnia wloką gałąź, chcąc z niej sporządzić rzekomo jakąś rzecz niezwykłą, a potem ni stąd, ni zowąd łamią ją w kawałki. Nie do pozazdroszczenia jest los onego człowieka... Poza tym one przezwały mnie... żółtą rybą... czy nie tak?

– Glistą... glistą... glistą ziemną! – poprawiła go Bagheera. – A nie szczędziły ci też innych przezwisk, których przez wzgląd na przyzwoitość nie powtórzę.

– Trzeba więc dać im nauczkę, jak mają się wyrażać o swoim panu! A-a-a-sz-szr-sz! Musimy dopomóc ich słabej pamięci! Ale dokądże to one uciekły z tym szczenięciem?

– Jedynie dżungla mogłaby o tym coś powiedzieć! – odrzekł Baloo. – Zdaje mi się, że w stronę zachodnią. Myśleliśmy, że ty nam coś o tym powiesz, wężu Kaa!

– Ja? S-skądże? Czasem schrupię jaką małpę, gdy mi wlezie w drogę, ale nie mam zwyczaju polować na plemię bandar-log, podobnie jak nie poluję na żaby... ani też na ten zielony skrzek, co się zbiera niby szumowiny na powierzchni bajora.

– Wzwy-y-ż! wzwyż! wzwyż! Hola! hej! hej! Spojrzyj wzwyż, niedźwiedziu Baloo z Wilczej Gromady Seeoneeńskiej!

Baloo spojrzał w górę, by zobaczyć, skąd ten krzyk dochodzi, i ujrzał nadlatującego ścierwnika Chila, którego szeroko rozpięte skrzydła lśniły po brzegach poświatą słoneczną. Już zbliżała się pora, w której Chil zwykł układać się do spoczynku, mimo to on wciąż jeszcze krążył nad dżunglą, wypatrując niedźwiedzia – wszakoż nie mógł go dostrzec przez gęstwę listowia.

– Cóż to znowu? – zaryczał Baloo.

– Widziałem Mowgliego pomiędzy gromadą bandar-log. Prosił mnie, bym was zawiadomił. Śledziłem, co się z nim dzieje. Plemię Małp uprowadziło go za rzekę do Małpiego Miasta, noszącego nazwę Chłodnych Legowisk. Zatrzymają się tam może na noc, może dziesięć nocy, może tylko godzinę. Nakazałem nietoperzom, aby czatowały podczas nocy. Spełniłem me posłannictwo, a teraz wam wszystkim w dole życzę szczęśliwych łowów!

– Życzę ci jadła po samą grdykę i spokojnego snu, mój Chilu! – odkrzyknęła Bagheera. – Będę pamiętała o tobie podczas najbliższych łowów... i tylko dla ciebie, o najmilszy ze ścierwników, odsunę się na bok od jadła!

– Nie ma za co dziękować! Nie ma za co! Chłopak rzucił mi Czarnoksięskie Słowo. Nie mogłem mniej uczynić dla niego!

To rzekłszy Chil jął zataczać kręgi – szybując w górę w stronę swojego siedliska.

– Chłopak nie zapomniał języka w gębie! – rzekł Baloo z odcieniem dumy w głosie. – I pomyśleć, że taki malec już sobie zapamiętał Czarnoksięskie Słowa Ptaków... i to jeszcze w chwili, gdy go ciągano po gałęziach drzew!

– Widocznie mocno wbiłeś mu je w głowę! – zauważyła Bagheera. – I ja też jestem z niego dumna!... Ale teraz podążmy czym prędzej do Chłodnych Legowisk.

Wszyscy wiedzieli, gdzie znajdowała się owa miejscowość, ale mało kto z mieszkańców dżungli był tam kiedy. Nazwę Chłodnych Legowisk nosiło stare, z dawna opustoszałe osiedle ludzkie, zagubione i zapadłe w ostępie. Dzikie zwierzęta nader rzadko przebywają w miejscach, gdzie przebywał niegdyś człowiek; co najwyżej czasami zawita tam odyniec – nigdy natomiast plemiona łowieckie. Poza tym małpy wiodły tam taki tryb życia, jaki – rzec można – wiodły wszędzie, przeto żadne szanujące się stworzenie nie podchodziło ku Chłodnym Legowiskom – chyba w czasie posuchy, gdy w rozwalonych na poły cysternach i zbiornikach znaleźć można było odrobinę wody.

–– Przy wielkim pośpiechu można tam zajść przed północą – zdecydowała Bagheera.

Baloo przybrał minę wielce poważną.

– Będę biegł, jak tylko potrafię najszybciej! – zapewniał markotnie.

– Nie możemy przez ciebie narażać się na zwłokę! – odpowiedziała Bagheera. – Idź za naszym śladem, Baloo. My oboje, Kaa i ja, musimy biec co sił w nogach.

– W nogach albo i nie w nogach! Ja, choć bez nóg, nie dam ci się prześcignąć, nawet gdy będziesz biegła... na czworakach! – odciął się Kaa.

Baloo czynił rozpaczliwe wysiłki, by nadążyć za nimi, ale zasapał się i musiał odpoczywać, by choć z opóźnieniem zajść na miejsce. Tymczasem Bagheera mknęła przed siebie rączym kłusem. Kaa nic nie mówił, ale choćby Bagheera nie wiem jak pędziła, olbrzymi Skalny Pyton zawsze potrafi się z nią zrównać. Kiedy doszli do strumienia górskiego, Bagheera wyprzedziła swego towarzysza, gdyż przesadziła jednym skokiem przeszkodę, którą on musiał dopiero przepływać, wznosząc łeb i kark na dwie stopy ponad wodę; na suchym gruncie jednak Kaa znów wyrównał odległość.

– Na Wyłamaną Kratę, dzięki której odzyskałam wolność! – ozwała się Bagheera, gdy zapadł zmrok. – Z ciebie nie lada szybkobiegacz!

– Jestem głodny – odparł Kaa. – Poza tym małpy te przezywały mnie nakrapianą ropuchą!

– Glistą... ziemną glistą... i to jeszcze żółtą!

– Wszystko jedno! Idźmy dalej!

Kaa zdawał się pływać po ziemi i zawsze wypatrywał bystrymi oczyma najkrótszą drogę; nie zbaczał z niej ani na włosek.

Małpy, przebywające w Chłodnych Legowiskach, już zgoła nie zaprzątały sobie głowy myślami o sprzymierzeńcach Mowgliego. Przyniósłszy chłopca do Zaginionego Miasta, były przez pewien czas bardzo z siebie zadowolone. Mowgli nigdy nie widział indyjskiego miasta, Więc to, które obaczył, wydało mu się takie wspaniałe i pełne dziwów! – aczkolwiek w znacznej części było ono już kupą zwalisk. Wybudował je tutaj na małym wzgórku jakiś król w bardzo dawnych czasach. Tu i ówdzie widać było brukowane chodniki, wiodące ku rozwalonym bramom, gdzie na zgryzionych rdzą zawiasach trzymały się jeszcze szczątki drewnianych wrót. Wokół murów i na murach powyrastały drzewa; blanki strzelnic rozkruszyły się i pospadały na ziemię, a kostropate, gałęziste girlandy dzikich pnączy zwisały z okien wieżyc obronnych.

Na szczycie wzgórza wznosił się rozległy pałac, ale już bez dachu. Spękane marmurowe płyty dziedzińców i cembrowiny wodotrysków spełzły czerwonym i zielonym porostem, a trawa i młode drzewa popodważały i odwaliły gruby bruk wielkiego ogrodzenia, w którym niegdyś przemieszkiwały słonie królewskie. Z pałacu widać było ciągnące się wszędy, gęste szeregi domów, pozbawionych dachu – dzięki którym miasto z dala wyglądało jak pusty plaster miodu napełniony czarną masą. Widać było też bezkształtny głaz kamienny – ongi wyobrażenie bożyszcza – sterczący pośrodku placu, gdzie zbiegały się cztery ulice. Na rogach ulic, gdzie dawniej znajdowały się publiczne studnie, dostrzec można było jamy i nieznaczne zagłębienia w ziemi. Tu i ówdzie widniały rozsypujące się już w gruzy kopuły świątyń, do których tuliły się dzikie drzewa figowe.

Małpy nazywały to miejsce swoim miastem – w związku z czym okazywały wielką wzgardę zwierzętom przemieszkującym w kniei. Pomimo tych pretensji nie miały zielonego pojęcia o tym, w jakim celu pobudowano te gmachy i jak należało z nich korzystać. Siadywały kupą pod cienistą kolumnadą królewskiej sali radnej, iskały się, biły pchły i wyobrażały sobie przy tym, że są ludźmi; to znów biegały tam i z powrotem po odsłoniętych gzymsach domów, wydłubując kawałki tynku czy też starych cegieł, gromadziły je w jednym z kącików, by za chwilę zapomnieć o tym, gdzie je schowały; to znów zbijały się w gromadę, z krzykiem przewracały się wzajemnie i wiodły zawzięte bójki, a gdy nagle strzeliło im co innego do głowy, wybiegały na taras królewskiego ogrodu, gdzie rozpoczynały szaloną gonitwę, otrząsając różokrzewy i drzewka pomarańczowe i radując się widokiem spadającego kwiecia i owoców. Lubiły też przetrząsać najrozmaitsze korytarze i ciemne lochy pałacu oraz setki ciemnych pokoików, ale nigdy nie potrafiły zapamiętać sobie, co już zwiedziły, a czego jeszcze nie zdążyły zwiedzić; przeto wałęsały się wszędzie na oślep, bądź pojedynczo, bądź parami, bądź nawet całą gromadą, zapewniając się wzajem, że zachowują się zupełnie jak ludzie. Pijąc wodę ze zbiorników, zawsze musiały zmącić ją i zbrudzić aż do dna, po czym – stoczywszy o nią wiele krwawych bójek – wybiegały bezładną zgrają, wrzeszcząc przeraźliwie:

– W całej dżungli nie ma plemienia tak mądrego, obyczajnego, grzecznego, łagodnego i potężnego jak bandar-log!

Potem znów szło to samo – na odwyrtkę – póki na koniec małpom nie sprzykrzył się pobyt w mieście. Wówczas wracały na wierzchołki drzew i znów starały się zwrócić na siebie uwagę Plemion Dżungli.

Mowgli, który wychował się podług Praw Dżungli, nie rozumiał tego małpiego trybu życia i nie znajdował w nim upodobania. Gdy małpy przywlokły go do Chłodnych Legowisk, było już dość późno i Mowgli miał szczerą ochotę zdrzemnąć się po tak długiej podróży – cóż, kiedy małpięta nie dały mu odpocząć! Wzięły się za ręce i jęły tańczyć wokół chłopca, wyśpiewując przy tym co najgłupsze piosenki. Jedna z nich palnęła mówkę, ogłaszając towarzyszkom, że pojmanie Mowgliego jest początkiem nowej ery w dziejach plemienia bandar-log... oto bowiem Mowgli pokaże im, jak należy splatać patyki i trzciny, by zrobić z nich ochronę od deszczu i zimna. Mowgli zerwał kilka pnących się łodyg i wziął się do roboty. Małpy zrazu starały się naśladować każdy ruch jego – ale w parę chwil potem, straciwszy ochotę do tego zajęcia, poczęły targać się wzajem za ogony, pokaszliwać, wskakiwać jedna na drugą i fikać koziołki.

– Chciałbym co zjeść – odezwał się Mowgli. – W tej połaci dżungli znalazłem się po raz pierwszy. Przynieście mi coś do jedzenia albo pozwólcie, bym tu zapolował.

Dwadzieścia albo trzydzieści małp skoczyło w te pędy, by przynieść mu orzechów i dzikiej papawy. Po drodze jednak zaczęły bić się z sobą, pogubiły owoce i nie zadały sobie nawet trudu, by z ich resztką powrócić do chłopca. Mowgli był równie głodny, jak gniewny i zmęczony. Począł błąkać się po bezludnym mieście, rzucając od czasu do czasu Łowieckie Hasło Przybyszów. Nikt nie odpowiadał, toteż Mowgli w rychle zrozumiał, że dostał się w nader kiepskie środowisko.

„Okazuje się, że prawdą było wszystko, co Baloo mówił o bandar-logu! – przemknęło mu przez myśl. – Te powsinogi nie mają ani praw, ani haseł łowieckich, ani kierowników... Jedyną rzeczą, jaką u nich zauważyć można, jest ta ciągła paplanina bez sensu, ustawiczne natręctwo, dokuczliwość oraz nieposzanowanie cudzej własności. Jeżeli więc zginę z głodu albo też z ich drobnych, złodziejskich rączek, cała wina będzie po mojej stronie. Trzeba wszakże spróbować, czy mi się jakoś nie uda wrócić do mej rodzinnej kniei. Baloo z pewnością wyłoi mi skórę... ale wolę już to skórobicie niż przestawanie z plemieniem bandar-log... niż bezcelową gonitwę za listkami różokrzewów!”

Poszedł więc w stronę murów miejskich, chcąc wydostać się na zewnątrz. Ale małpy, spostrzegłszy to, rzuciły się ku niemu i zawróciły go z drogi, czyniąc mu wyrzuty, iż nie umie ocenić należycie swego szczęścia, oraz szczypiąc go zawzięcie, celem obudzenia w nim uczucia wdzięczności. Zacisnął zęby i nie mówiąc już ani słowa, podążył z rozwrzeszczaną hordą na taras, pod którym znajdowały się cysterny z czerwonego piaskowca, do połowy napełnione wodą. Pośrodku tarasu wznosiła się biała marmurowa altana, zbudowana dla księżniczek zmarłych przed stuleciami, a dziś już sypiąca się w gruzy. Sklepienie tej budowli w połowie zawaliło się i zatarasowało podziemny korytarz, przez który księżniczki przedostawały się tutaj z pałacu. Ściany były wyłożone płytami z mlecznobiałego marmuru, dzierganymi w przepiękne desenie i nabijanymi suto jaspisem, agatami, chalcedonem i lapis-lazuli; właśnie nad wzgórkiem wzniósł się księżyc i przez rzeźbione otwory zaglądał do wnętrza, rozsnuwając po ziemi cienie podobne do czarnego, aksamitnego haftu.

Mowgli, choć obolały na całym ciele, senny i zgłodniały, nie mógł powstrzymać się od śmiechu, gdy małpy – po dwadzieścia naraz – jęły go przekonywać, jak potężne, mądre, wielkie i szlachetne jest plemię bandar-log i jak niemądrze postąpił zamierzając je opuścić.

– Jesteśmy wielkie! Jesteśmy swobodne! – wrzeszczały. – Jesteśmy zachwycające! Jesteśmy najznakomitszym plemieniem w całej dżungli! Wszystkie jesteśmy tego zdania, więc musi to być prawdą! Ponieważ zyskałyśmy w tobie nowego słuchacza, który może zanieść Plemionom Dżungli nasze słowa – by odtąd te Plemiona zechciały zwracać na nas należytą uwagę – przeto opowiemy ci wszystko, co powinieneś wiedzieć o naszych niezrównanych osobach!

Mowgli nie sprzeciwiał się temu, przeto małpy całymi setkami zgromadziły się na tarasie, przysłuchując się mówcom opiewającym chwałę plemienia bandar-log. Ilekroć który z mówców przerwał, nie czując już tchu w piersi, cała małpia zgraja darła się chórem wniebogłosy:

– To prawda! To prawda! My wszystkie mówimy to samo!

Mowgli tylko kiwał głową, mrugał oczyma i przytakiwał, ilekroć zadano mu jakieś pytanie. Cały ten hałas przyprawiał go wprost o zawrót głowy.

„Chyba pokąsał je szakal Tabaqui, że tak do cna poszalały! Tak jest, niewątpliwie ogarnęło je szaleństwo – dewanee... Czyż one nigdy nie sypiają? Oho, właśnie jakaś chmura zaczyna przesłaniać księżyc... O ile potrafi go całkiem zasłonić, spróbuję czmychnąć w ciemności... Ależ jestem piekielnie zmęczony!”

Tej samej chmurze przyglądali się w tejże chwili obaj zacni sprzymierzeńcy Mowgliego, przyczajeni w zasypanej na poły fosie u stóp muru miejskiego. Zarówno Bagheera, jak i Kaa nie chcieli bez ważnego powodu narażać się na niebezpieczeństwo, gdyż dobrze wiedzieli, jak groźne bywają małpy, gdy znajdą się w większej gromadzie. Nie występują one bowiem nigdy do walki w mniejszej liczbie niż, sto przeciw jednemu, a mało kto w dżungli waży się na tak nierówne szansę.

– Podpełznę pod mur od zachodniej strony – szepnął Kaa – i spadnę na nie znienacka, bo tam jest dogodna dla mnie pochyłość gruntu. Pomimo swej przewagi liczebnej nie odważą się uderzyć na mnie, ale...

– Wiem, o co idzie – przerwała Bagheera. – Przydałaby mi się tu obecność Baloo... ale trudno, trzeba robić, co w naszej mocy! Gdy ta chmura zasłoni księżyc, pobiegnę na taras. One tam odbywają jakąś naradę nad losem chłopca.

– Szczęśliwych łowów! – syknął Kaa złowrogo i poczołgał się ku zachodniej połaci muru. Okazało się, że ta właśnie część muru była najmniej zniszczona, toteż wężysko zmitrężyło sporo czasu, zanim zdołało odnaleźć drogę pośród kamieni.

W sam raz wtedy chmura zasłoniła księżyc, a Mowgli, który właśnie rozmyślał nad tym, co się z nim stanie za chwilę, usłyszał na tarasie lekkie stąpanie Bagheery.

Czarna Pantera bowiem nie zgapiła się ani na chwilę, lecz wbiegła pędem, choć cichcem zupełnym, na wzgórek i nie tracąc czasu na zagryzanie, poczęła tłuc łapą na prawo i na lewo, przedzierając się przez szeregi małp, zwartym koliskiem otaczających Mowgliego. Szeregów tych było kilkadziesiąt, więc sprawa byłą niełatwa. Rozległo się przeraźliwe wycie, pełne jednocześnie lęku i wściekłości, a Bagheera parła wciąż naprzód, tratując małpie cielska tarzające się po ziemi i wijące w skurczach bólu.

Naraz jedna z małp zawołała:

– Ona jest tu tylko jedna, a nas cała gromada! Zabić, zabić śmiałka!

Skłębiona tłuszcza małp rzuciła się na Bagheerę, gryząc, skubiąc, szarpiąc, drapiąc; jednocześnie zaś kilka z nich pochwyciło Mowgliego, wyciągnęło go na mur altany i wepchnęło w otwór rozwalonego sklepienia. Inny jakiś chłopak – wychowany po ludzku – pewno by się potłukł haniebnie, spadając z wysokości przeszło piętnastu stóp, ale Mowgli, nauczony przez niedźwiedzia Baloo, wiedział, jak należy zeskakiwać na ziemię, przeto bez szwanku stanął zgrabnie na nogach.

– Posiedź sobie tutaj, póki nie zabijemy twych przyjaciół – krzyknęły małpy – a potem pohulamy i z tobą... o ile Jadowite Żmije zostawią cię przy życiu!

– Ja i Wy jes-s-steś-ś-śmy jednej krwi – syknął Mowgli, niezwłocznie wydając okrzyk używany przez Plemię Wężów. Posłyszał szmery i syki w otaczającym go rumowisku, więc dla pewności jeszcze raz powtórzył hasło.

– Tak właś-ś-ś-śnie! Dos-s-s-skonale! Ps-s-s-st! Nie napas-s-s-stujmy go! To s-s-s-wój! S-s-schowajcie z-z-z-ębi-s-s-ka! – syknęło z sześć głosów, jakby uciszając się wzajemnie. – S-s-s-tój s-s-s-pokojnie, Braciszku, żebyś-ś-ś s-s-wą s-s-s-topą nie wyrządził nam sz-sz-kody!

Każda ruina w Indiach prędzej czy później staje się siedliskiem wężów, przeto wnętrze altany aż roiło się od okularników.

Mowgli stał jak mógł najspokojniej, zerkając okiem poprzez rzeźbione otwory w murze i wsłuchując się w szaleńczy harmider zawziętego boju, toczącego się wokół Czarnej Pantery. Wyróżniał wycia, bełkoty i hałaśliwe szamotanie się koczkodanów oraz chrapliwe porykiwanie Bagheery, to przemykającej się, to beczkującej, to koziołkującej, to znów nurkującej wśród ciżby nieprzyjaciół. Po raz pierwszy, odkąd na świat przyszła, Bagheera była zmuszona walczyć w obronie własnego życia.

„Baloo musi być gdzieś w pobliżu; Bagheera z pewnością nie wybrałaby się samopas!” – pomyślał Mowgli, po czym zawołał głośno:

– Do zbiornika, Bagheero! Zsuń się ku zbiornikom. Hul w wodę! W wodę!

Bagheera posłyszawszy ten krzyk, świadczący, że Mowgliemu nic się nie stało, nabrała nowej odwagi. Nie odzywając się ani słówkiem, tłukła wrogów, przebijając się uporczywie – cal za calem – w stronę zbiorników.

Nagle spoza zwalonego muru, przylegającego do kniei, rozległ się grzmiący okrzyk bojowy niedźwiedzia Baloo.

– Jestem, jestem, Bagheero! – nawoływał. – Biegnę co tchu! Wdzieram, się na mur. Ahu-u-u-ra! Kamienie wymykają mi się spod nóg! Czekajcie, podłe małpiszony! Dam ja wam łupnia, niech no tylko do was przyjdę!

Sapiąc i zipiąc, wgramolił się na taras. W tejże chwili opadły go małpięta i zakryły aż po samą głowę; on jednakże tylko przysiadł niezgrabnie i rozpostarłszy szeroko łapy przednie, jednym uściskiem zdusił wielką liczbę napastników. A potem: pac! pac! pac! – jął walić łapami tak prędko i równomiernie, że wokół słychać było łoskot przypominający dudnienie kół parowca. Nagły trzask i pluskot był dla Mowgliego znakiem, że Bagheera utorowała sobie drogę do zbiornika, gdzie małpy nie mogły już jej dosięgnąć. Zanurzywszy się po głowę W wodzie, dyszała ciężko, a tymczasem małpy ustawiły się w trzy rzędy na czerwonych schodach, biegając z wściekłością tam i z powrotem, gotowe rzucić się ze wszech stron na Bagheerę, gdyby poważyła się pośpieszyć z odsieczą niedźwiedziowi.

Wówczas to Bagheera podniosła ociekający wodą podbródek i w rozpaczy jęła wołać o pomoc, rzucając hasło w języku wężów:

– Ja i Wy jes-s-teśmy jednej krwi!

Była bowiem przekonana, że wąż Kaa zdradził sprawę i w ostatniej chwili czmychnął nikczemnie.

Nawet Baloo, choć na poły zduszony nawałą małp nacierających na brzeg tarasu, nie mógł powstrzymać się od skrytego śmiechu, gdy posłyszał, że Bagheera woła o pomoc.

Kaa właśnie wdarł się na mur od strony zachodniej i zsunął się z niego z takim impetem, że zwalił w fosę jeden z kamieni szczytowych. Chcąc wyzyskać w całej pełni przewagę swego stanowiska, zwinął się i rozwinął parokrotnie, by sprawdzić, czy każda piędź olbrzymiego cielska działa z należytą sprawnością. Przez ten czas małpy w dalszym ciągu toczyły zażartą walkę z niedźwiedziem Baloo i z przeraźliwym wyciem oblegały Bagheerę w cysternie. Nietoperz Mang, latając tam i na powrót, rozniósł po całej dżungli wieść o wielkiej bitwie, aż w końcu sam dziki słoń Hathi zaczął trąbić na alarm. Hen w dali zerwały się ze snu rozproszone gromady Małpiego Plemienia i mknąc po drzewach, nadbiegały z pomocą swym współplemieńcom z Chłodnych Legowisk; zgiełk bitwy zbudził wszystkie ptaki dzienne na wiele mil wokoło.

Wówczas to Kaa wyprostował się jak struna i błyskawicznym ruchem rzucił się w wir walki, by szerzyć rzeź okrutną.

Bojową przewagę dawać zwykło pytonowi wartkie uderzenie głową, wsparte całą siłą i ciężarem olbrzymiego cielska. Wyobraźcie sobie olbrzymi dziryt, taran lub młot, ważący bez mała pół tony i pchnięty jakąś chłodną, nieugiętą siłą, utajoną w jego rękojeści – a jeszcze będziecie mieli słabe pojęcie o tym, czym był wąż Kaa podczas walki. Pyton mierzący cztery lub pięć stóp zdoła przewrócić człowieka uderzywszy go w pierś głową – a Kaa, jak wam wiadomo, miał trzydzieści stóp długości. Zwarłszy mocno paszczękę, by nie zdradzić się ani słówkiem, wymierzył pierwszy cios w sam środek gromady otaczającej niedźwiedzia... i spadł na nią niespodzianie. Wrażenie było ogromne – tak iż drugi cios okazał się już zbyteczny. Małpy rozpierzchły się na wszystkie strony, krzycząc przeraźliwie:

– To Kaa!... Ach, to Kaa!... Uciekajmy!... Uciekajmy!...

Od całych pokoleń panował w Małpim Plemieniu ten obyczaj, że starsi, ilekroć nie mogli sobie dać rady z niesforną dziatwą, straszyli ją opowiadaniami o groźnym wężu Kaa, srogim nocnym rozbójniku, który nieznacznie i cicho, niby porost mchu, pełznie po konarach zdradziecko porywa co najsilniejsze małpiska; o starym, przebiegłym wężu Kaa, który umie tak upodobnić się do spróchniałego pniaka lub uschniętej gałęzi, że nawet najmędrsze, najdoświadczeńsze małpidrągi ulegają złudzeniu, póki ów rzekomy pniak czy gałąź nie capnie ich i nie spowije w swe objęcia. Kaa był w całej dżungli jedyną istotą, jakiej obawiały się małpy, gdyż żadna z nich nie znała granic jego potęgi i władzy, żadna nie ośmieliła się spojrzeć mu w oczy – no i żadna nie wyszła cało z jego uścisków.

Przeto pojękując z śmiertelnej trwogi, jęły umykać na dachy i mury domów. Baloo odetchnął z głęboką ulgą. Wprawdzie miał skórę grubszą i gęstsze kudły niż Bagheera, ale i tak odniósł w boju dotkliwe obrażenia.

Wówczas Kaa po raz pierwszy rozwarł paszczękę i przeciągłym sykiem obwieścił – jedno tylko słowo. Posłyszawszy ten dźwięk, małpy śpieszące z odległych stron na odsiecz swym towarzyszkom z Chłodnych Legowisk przykucnęły nieruchomo na gałęziach, które poczęły giąć się i trzeszczeć pod ich ciężarem; ucichły i krzyki małp siedzących na murach i dachach pustych domów, a w ciszy, która zaległa całe miasto, Mowgli posłyszał prychanie i otrząsanie się zmokłej Bagheery, wychodzącej ze zbiornika. Nagle wrzawa znów wybuchła. Małpy poczęły wdzierać się jeszcze wyżej na mury, siadały na karkach ogromnym kamiennym bożyszczom i, wrzeszcząc jak opętane, skakały po strzelnicach, a tymczasem Mowgli pląsał z radości po całej altanie, wyzierał to przez jedną, to przez drugą szczelinę w murze i pogwizdywał przez zęby jak puszczyk na znak szyderstwa i wzgardy dla wrogów.

– Uwolnijcie ludzkie szczenię z tej pułapki – westchnęła Bagheera omdlewającym głosem. – Mnie już brak sił. Zabierzmy ludzkie szczenię i odejdźmy precz. One mogą znów na nas uderzyć.

– One się nie rusz-sz-szą, aż-ż ja im dam roz-z-kaz-z – syknął Kaa. – S-s-s-tójcie s-s-spokojnie, głupie be-s-s-s-tie!

W całym mieście zaległa ponownie głucha cisza, z czego korzystając Kaa przemówił do Bagheery:

– Nie mogłem przyjść wcześniej, Bagheero... ale zdaje mi się, że słyszałem, jak wzywałaś pomocy...

– Ja?... Ja?... Być może, że wyrwał mi się jakiś okrzyk w czasie walki – odpowiedziała Bagheera. – Baloo, tyś zraniony?

– Uff! – odrzekł Baloo z powagą, potrząsając każdą łapą z osobna. – Dalibóg nie wiem, czy te drapichrusty nie rozszarpały mnie na sto małych niedźwiedziątek! U-u-o-u! Ależ mnie bolą kościska! Mój Kaa, zdaje mi się, że oboje... Bagheera i ja, zawdzięczamy ci ocalenie życia...

– E, fraszka! Gdzież to człowieczątko?

– Tu, w tej pułapce! – zawołał Mowgli. – Nie mogę stąd się wydostać!

Istotnie, krzywizna rozwalonego sklepienia udaremniała wszelkie wyjście.

– Zabierzcie go s-stąd! On tańczy i wierci się wkoło jak paw Mao. Jeszcze nam pozabija młode! – zawołały kobry gnieżdżące się w altanie.

– He, he, he! – zaśmiał się wąż Kaa. – Ten człowieczek wszędy znajduje przyjaciół. Cofnij się, człowieczku... pochowajcie się, Jadowite Węże! Zaraz rozwalę tę ścianę!

Obejrzał uważnie budowlę, aż w końcu dostrzegł w płycie marmurowej rysę odmiennego koloru, wskazującą, że w miejscu tym kamień skruszał od wilgoci. Postukał w nią kilkakrotnie z lekka głową, wziął rozmach, a następnie wzniósłszy sześć piędzi swego ciała ponad ziemię i wytknąwszy nos naprzód, grzmotnął nim z całej siły z jakie sześć razy w ową ścianę. Ściana pękła i runęła wśród kłębów kurzu i rumowiska, a Mowgli wyskoczył spoza niej i rzucił się między niedźwiedzia Baloo i Bagheerę – każdemu z nich jednym ramieniem opasując wielką szyję.

– Czy aby nie jesteś zraniony? – zapytał Baloo przytulając go z czułością do siebie.

– Jestem zmęczony, głodny, ale nie mam ani jednego sińca... za to jakże was te małpy nikczemne pokiereszowały, o Bracia moi! Cali ociekacie krwią!

– Nie tylko my, ale i nasi przeciwnicy – odpowiedziała Bagheera oblizując wargi i spoglądając na stosy małpich trupów na tarasie i wokół cysterny.

– O, to wszystko drobnostka... to wszystko drobnostka... byłeś tylko ty był zdrów i żywy, o moja chlubo... najmilsze ze wszystkich żabiątek! – skomlał Baloo.

– O tym wszystkim później będziemy mówić! – zauważyła Bagheera tonem oschłym, który wcale, a wcale nie podobał się Mowgliemu. – Ale oto wąż Kaa, któremu my zawdzięczamy wygraną, a ty zawdzięczasz życie! Podziękujże mu według naszych zwyczajów.

Mowgli odwrócił się i ujrzał łeb pytona, kołyszący się o piędź nad jego własną głową.

– Aha, więc tak wygląda młode człowieczątko! – syknął Kaa. – S-s-skórę ma gładką i ś-ś-ślis-s-ską, ale poza tym jes-st do-s-syć podobne do plemienia bandar-log! Miejże się na baczności, człowieczku, bo przy s-s-słabym ś-ś-świetle zmierzchu, z-z-zwłaszcza po ś-ś-świeżej zmianie s-s-skóry, mogę pomylić się i wziąć cię za małpę...

– Ja i Ty jes-s-s-teśmy jednej krwi! – odpowiedział Mowgli. – Dzisiejszej nocy dzięki tobie ocaliłem życie. Ilekroć będziesz głodny, wężu Kaa, moja zdobycz będzie twoją zdobyczą.

– S-serdeczne dzięki, Mały Bracie – odpowiedział Kaa mrugając przy tym powiekami. – A na cóż to poluję tak ś-śmiały myśliwiec? Pytam o to dlatego, bym mógł mu towarzyszyć, gdy w najbliższym czasie wybierze się na łowy.

– Nie zabijam jeszcze niczego... jeszcze jestem za mały... za to umiem naganiać kozły ku myśliwcom, którzy potrafią sobie z nimi dać radę. Gdy będziesz głodny, przyjdź do mnie, a zobaczysz, czy mówię prawdę. Umiem zręcznie władać tym oto – to mówiąc wyciągnął przed siebie ręce – a jeżeli kiedy znajdziesz się w pułapce, rad będę uiścić się z długu, jaki zaciągnąłem względem ciebie, względem Bagheery i starego Baloo. Życzę wam szczęśliwych łowów, moi mistrzowie!

– Jak on ładnie się wyraża! – wymamrotał Baloo rad, że Mowgli podziękował tak grzecznie. Pyton złożył lekko na chwilę łeb swój na ramieniu chłopca i odezwał się:

– Dzielne masz serce i wytworny język; dzięki temu zyskasz szeroki rozgłos w dżungli, mój człowieczku. Ale teraz odejdź stąd czym prędzej razem ze swymi przyjaciółmi. Idź i prześpij się, bo księżyc już zachodzi, a nie jest rzeczą pożądaną, byś miał obaczyć to, co teraz nastąpi.

Księżyc już zniżał się poza krawędź wzgórz, a szeregi drżących małp, stłoczonych na murach i blankach, wyglądały w jego poświetli niby strzępy i cienie jakichś nieokreślonych przedmiotów. Baloo zszedł do zbiornika, by napić się wody, a Bagheera poczęła doprowadzać do porządku swoje futerko. Tymczasem Kaa wypełznął na środek tarasu i tak głośno kłapnął szczękami, że oczy wszystkich małp w jednej chwili zwróciły się w jego stronę.

– Księżyc zachodzi – odezwał się. – Czy jeszcze jest na tyle jasno, byście mnie widziały?

Z murów nadbiegł jęk przeciągły, podobny do szmeru wiatru w koronach drzew:

– Widzimy cię, o Kaa!

– Dos-s-skonale! A teraz-z zacznie s-się plas-s-s... głodowy taniec węża Kaa. Siedźcież s-s-spokojnie i s-spoglądajcie!

To rzekłszy, ze dwa razy zatoczył olbrzymi krąg, wymachując przy tym łbem to w prawo, to w lewo. Potem zaczął na wszystkie strony wykręcać swym cielskiem, zwijając je to w pętlę, to w kształt ósemki, to znów w giętkie, rozlewne trójkąty, które niebawem przeobrażały się w kwadraty i pięcioboki, a w końcu pięły się w górę kłębami pierścieni... Kręcił się i kręcił bez wytchnienia, ale i bez pośpiechu, ani na chwilę nie przerywając głuchego, brzęczącego przyśpiewu, Ściemniało się coraz bardziej, aż na koniec wijące się ustawicznie sploty węża znikły całkowicie w mroku i słychać było jedynie chrzęst łusek uderzających wciąż jedna o drugą.

Baloo i Bagheera stali w miejscu jak skamieniali, warcząc po cichu, a szczeć mu się jeżyła na karku. Mowgli patrzył spokojnie i dziwował się.

– S-s-słuchaj, plemię bandar-log! – zabrzmiał w końcu głos węża Kaa. – Czy który z-z-z was-s-s potrafi bez-z-z mojego roz-z-z-kazu rusz-szyć ręką lub nogą? Powiedzcież-ż-ż!

– Bez twego rozkazu, o wężu Kaa, nikt z nas nie potrafi ruszyć ręką ani nogą! – odpowiedziały chórem małpy.

– Do-s-s-skonale! Podejdźcież więc na krok bliżej ku mnie!

Szeregi małp posunęły się naprzód bezwolne i uległe – a wraz z nimi podążył bezwładnym krokiem niedźwiedź Baloo i Ba-gheera.

– Bliżej! – syknął Kaa i znów wszystkie zwierzęta poruszyły się w kierunku pytona.

Mowgli pochwycił oburącz Bagheerę i niedźwiedzia, chcąc ich powstrzymać. Potężne zwierzmy drgnęły, jakby nagle przebudzone ze snu.

– Trzymaj mi rękę na karku! – szepnęła Bagheera – Trzymaj mnie... inaczej wrócę... wrócę ku wężowi Kaa... O-och!

– E! Wielkie mi dziwy, że stary Kaa kręci się w kółko po piasku! – skrzywił się Mowgli. – Chodźmy już stąd!

We trójkę przeleźli przez wyłom w murze i dali nura w knieję.

– U-uff! – – westchnął Baloo, gdy znaleźli się znowu pod osłoną drzew. – Nigdy już nie wezmę węża Kaa za sprzymierzeńca!

Dreszcz zgrozy przeszedł mu po całym ciele.

–– On umie znacznie więcej niż my! – odezwała się Bagheera, również dygocąc ze wzruszenia. – Gdybym choć chwilkę dłużej została w miejscu, już bym się teraz znajdowała w jego gardzieli.

– Niejeden się tam znajdzie, nim znowu wzejdzie księżyc – odpowiedział Baloo. – Kaa będzie miał pomyślne łowy... na swój sposób!

– Ale cóż to wszystko miało oznaczać? – zapytał Mowgli, który nigdy nie słyszał o uroku, jaki umieją rzucać pytony. – Nie widziałem nic innego, oprócz wielkiego węża, który kręcił się w kółko jak głupi, póki nie ściemniało się zupełnie... A jaki on, miał rozbity nochal... Cha! Cha! Cha!

– Mowgli – ozwała się z gniewem Bagheera. – Jeśli nos jego był rozbity, to rozbił on go sobie jedynie dla twego dobra... podobnie jak ja dla twojego dobra naraziłam się na pogryzienie moich uszu, boków i łap, a Baloo na pokiereszowanie szyi i grzbietu. Ani ja, ani Baloo nie będziemy przez czas dłuższy mogli zakosztować rozkoszy łowów.

– E, drobnostka! – rzekł miękko Baloo. – Za to odzyskaliśmy nasze ludzkie szczeniątko!

– To prawda! Ale kosztowało to nas wiele... Przypłaciliśmy to i zmarnotrawieniem czasu, który można było spędzić na miłych łowach... i krwią naszą... i szczecią, której mi moc wydarto z grzbietu... a wreszcie po trosze i uszczerbkiem na honorze... Bo przypomnij sobie, Mowgli, że ja, Czarna Pantera, byłam zmuszona wzywać pomocy węża Kaa... a Baloo i ja zgłupieliśmy, jak małe pisklęta, na widok głodowego tańca. A wszystko to, o ludzkie szczenię, wynikło z twych zabaw z plemieniem bandar-log.

– To prawda... prawda! – rzekł Mowgli ze skruchą. – Jestem niedobrym szczenięciem ludzkim, więc we wnętrzu ściska mnie wielki smutek z tego powodu!

– Hm! Powiedz mi, Baloo, co w tej mierze głoszą Prawa Dżungli? Baloo nie chciał czynić Mowgliemu nowej przykrości, ale nie mógł pozostawać w zatargu z Prawami Dżungli, więc mruknął pod nosem:

– Skrucha nigdy nie wyklucza kary. Ale pamiętaj, Bagheero, że on jeszcze taki maleńki.

– Będę pamiętała... Ale kto narobił szkody, musi dostać w skórę. Mowgli, czy masz co na swoją obronę?

– Nic... Postąpiłem brzydko... narobiłem szkody... Baloo i ty odnieśliście rany... Należy mi się kara.

Bagheera wymierzyła mu po przyjacielsku sześć klapsów. Klapsy te w mniemaniu pantery były lekkie, gdyż nie byłyby w stanie nawet przebudzić pierwszego lepszego śpiącego panterzątka; jednakże dla siedmioletniego chłopca była to chłosta tak dotkliwa, że każdy z was na pewno by jej chciał uniknąć. Gdy się skończyło to skórobicie, Mowgli kichnął głośno, po czym zerwał się ha nogi, nie mówiąc ani słowa.

– A teraz – odezwała się Bagheera – hops na mój grzbiet, Braciszku! Pojedziemy do domu.

Pięknym rysem Prawa Dżungli jest to, że kara bywa ostatecznym załatwieniem wszelkich porachunków, po którym już nie następują żadne nagany ni wyrzuty. Mowgli oparł głowę o grzbiet Bagheery i zasnął tak twardo, że nie obudził się nawet wtedy, gdy ułożono go koło Matki Wilczycy w rodzinnej jaskini.

PIEŚŃ WAGANCKA BANDAR-LOGU

Ciągniem się niby wiszący most

Hen w górę, w górę – pod księżyc wprost!

Nie chcielibyście tak hasać w krąg?

Nie zazdrościcie nam dwóch par rąk?

Nie mielibyście przypadkiem chętki,

Jak ciało węża – ogon mieć giętki?

Dąsasz się na nas, ale... – pal sześć! –

Bracie, trza wyżej ogon nieść!

A oto siedzim na drzewnych pniach,

Myśląc tak mądrze – że aż strach!

Dumając: ile wspaniałych dzieł

Spełnić możemy, wziąwszy na kieł,

Co możem zdobyć – ot! – w chwilkę małą,

Gdyby nam tylko się spodobało!

A właśnie mamy zdziałać... – pal sześć! –

Bracie, trza wyżej ogon nieść!

Na całym świecie – wzdłuż i wszerz –

Wiemy, jak gada ptak czy zwierz,

Gacek czy ryba, gad czy płaz –

O wszystkim gwarzym prędko – i wraz!

Jeszcze raz! Świetnie! Pysznie! O cudzie!

Teraz mówimy już tak jak ludzie!

Możem udawać, żeśmy... – pal sześć! –

Bracie, trza wyżej ogon nieść!

Taka jest życia małpiego treść!

Więc społem w pląs radosny! Nurkujmy poprzez sosny,

Sięgajmy ku owocom, które dziko wzrosły

Po naszym cnym gadaniu i bójkach przy wstawaniu

Miarkujcie, że piastujem właśnie w duchu cel wyniosły!

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księga Dżungli Księga Dżungli. Literatura klasyczna Literatura klasyczna. Księga Dżungli Zwodne światło Księga dżungli Księga dżungli i Druga Księga dżungli 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Sześć światów Hain