Trylogia Szpiegowska

Trylogia Szpiegowska

Autorzy: Vincent V. Severski

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 2480

Cena książki papierowej: 109.99 zł

cena od: 11.50 zł

Polskie powieści na miarę kultowego Millennium!

Misternie skonstruowane thrillery szpiegowskie osadzone w realiach polskich służb specjalnych. Osobiste porachunki, polityczne ambicje, zdrady i spiski w cieniu zagrożenia atakami terrorystycznymi i światowym konfliktem zbrojnym.

Mrożące krew w żyłach losy Konrada Wolskiego i jego ekipy.

Vincent V. Severski ─ pseudonim literacki pułkownika polskiego wywiadu. Przez wiele lat pracował poza granicami kraju pod przybraną tożsamością. Zajmował jedno z najwyższych stanowisk kierowniczych w Agencji Wywiadu. Odszedł ze służby w 2007 roku. Wielokrotnie odznaczany i wyróżniany przez najwyższe władze RP, uhonorowany Legią Zasługi przez prezydenta Baracka Obamę.

Nielegalni

Konrad powraca do Warszawy po zakończonej fiaskiem misji na Bliskim Wschodzie: znów nie udało mu się dopaść „Karola” vel Safira as-Salama, polskiego odszczepieńca, łącznika Al-Kaidy... Niejaki Hans Jorgensen szuka w szwedzkiej prasie niewinnych na pozór ogłoszeń, z których następnie odszyfrowuje zakodowane informacje... Pułkownik Stiepanowycz z mińskiego KGB krótko cieszy się z zarobionych na przemycie dolarów, gdyż pada ofiarą napadu... W październiku 1939 roku w Moskwie Beria, naczelnik NKWD, słucha referatu majora Zarubina na temat działań wywiadowczo-operacyjnych na terenie Polski. W gabinecie prezesa IPN zjawia się profesor Barda i twierdzi, że ma dokumenty, które rzucają całkiem nowe światło na zbrodnię katyńską... We współczesnej Polsce stanowisko prezydenta piastuje Stanisław Zieliński, lecz rzeczywista władza spoczywa w rękach szefa jego kancelarii, Marcina Kamińskiego – osobnika o niezbyt reprezentacyjnej aparycji, za to cieszącego się poparciem konserwatywnego elektoratu.

Wszystkie te na pierwszy rzut oka odległe od siebie wątki, postacie, miejsca i wydarzenia łączą się w niezwykłą, precyzyjnie skonstruowaną fabułę, tworząc kilkuset stronicową wciągającą historię o wyjątkowej mocy.

Niewierni

Agenci polskiego wywiadu z zespołu Konrada Wolskiego wpadają na trop tajemniczego spotkania w hotelu Marriott. Nie podejrzewają, że wydarzenie to postawi na nogi służby wywiadowcze wielkich mocarstw. Nowe zagrożenie terrorystyczne uruchamia lawinę wydarzeń od Jemenu po Irlandię.

Nieuchwytny Safir as-Salam, polski terrorysta w szeregach Al-Kaidy jest gotowy do decydującego starcia. Wszystkie tropy prowadzą do Szwecji, gdzie uwagę służb zaprząta genialny haker antyglobalista...

Nieśmiertelni

Ekipa Konrada Wolskiego znów rusza do akcji daleko poza granice kraju. Dostają niezwykle trudne zadanie. Jadą do Teheranu, by zapobiec konfliktowi zbrojnemu na skalę światową. Niestety wszystko zaczyna się komplikować. Czy Konrad i Sara wygrają wyścig z czasem i uratują życie swoich ludzi?

Tymczasem na politechnice w Sztokholmie zostają brutalnie zamordowane cztery osoby. Do gry wraca inspektor Gunnar Selander, który wraz z genialną hakerką Harriet Berghen i naczelnik wydziału ds. zwalczania terroryzmu Lindą Lund mają rozwiązać tę zagadkę. Śledztwo jest jednak zbyt trudne, by poradzili sobie z nim sami. Rozpoczynają arcytrudną rozgrywkę ze światem szpiegów i zdrajców.

W Moskwie dochodzi do cichego zamachu stanu. Michaił Popowski, chcąc wspomóc spiskowców, wyjeżdża do Sztokholmu na ostatnią misję. Jagan wraz ze swoim oddziałem podąża za Aminą na Kaukaz.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

NIELEGALNI

Nielegał

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

51

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

NIEWIERNI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

NIEŚMIERTELNI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

Epilog

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Redak­cja try­lo­gii: Miro­sław Gra­bow­ski

Pro­jekty okła­dek do try­lo­gii: Magda Kuc

Nie­le­galni

Zdję­cia na okładce © Magda Kuc

Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Wero­nika Girys-Cza­go­wiec, Jolanta Spodar

Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2011

Nie­wierni

Zdję­cia na okładce:

kobieta w czerni (modelka – Elż­bieta Kwinta) © Magda Kuc

Modern ocean liner © Melissa Madia/Shut­ter­stock

Per­sian and Medean Guards, Per­se­po­lis, Iran © Danita Deli­mont/Gallo

Ima­ges/Getty Ima­ges/Flash Press Media

Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Anna Zaremba

Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2012

Nie­śmier­telni

Zdję­cia na okładce: Kobieta, samo­lot i góry © Magda Kuc

Per­sian and Medean Guards, Per­se­po­lis, Iran © Danita Deli­mont/Gallo Ima­ges/Getty Ima­ges/Flash Press Media

Korekta: Mał­go­rzata Denys, Maciej Kor­ba­siń­ski

Text © copy­ri­ght by Vin­cent V. Sever­ski

Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © by Wydaw­nic­two Czarna Owca, 2014

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

ISBN 978-83-8015-075-1

Wydaw­nic­two Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 War­szawa

www.czar­na­owca.pl

Redak­cja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redak­cja@czar­na­owca.pl

Dział han­dlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: han­del@czar­na­owca.pl

Księ­gar­nia i sklep inter­ne­towy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czar­na­owca.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

NIE­LE­GALNI

Zbież­ność wyda­rzeń opi­sa­nych w niniej­szej książce z praw­dzi­wymi jest na ogół przy­pad­kowa, ale nie zawsze. Nie­któ­rzy w tej powie­ści zoba­czą sie­bie. Przed­sta­wi­łem te posta­cie tak, jak je widzia­łem, i chciał­bym, żeby takie pozo­stały w mojej pamięci.

Vin­cent V. Sever­ski

NIE­LE­GAŁ to ofi­cer wywiadu dzia­ła­jący za gra­nicą pod przy­braną toż­sa­mo­ścią. W odróż­nie­niu od ofi­cerów legal­nych rezy­den­tur nie obej­muje go immu­ni­tet dyplo­ma­tyczny. Toż­sa­mość nie­le­gała budo­wana jest naj­czę­ściej na pod­sta­wie tak zwa­nych danych wtór­ni­ko­wych, to zna­czy „skra­dzio­nego” życio­rysu auten­tycz­nej osoby, lub zgod­nie z fik­cyj­nym, lecz wia­ry­god­nym wzo­rem. Naro­do­wość i – co za tym idzie – oby­wa­tel­stwo dobiera się tak, by nie wzbu­dzał podej­rzeń i mógł się swo­bod­nie prze­miesz­czać. Naj­więk­sze wywiady świata wyko­rzy­stują nie­le­ga­łów do naj­trud­niej­szych zadań, dla­tego są oni nara­żeni na szcze­gólne nie­bez­pie­czeń­stwo. Tę formę dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej opa­no­wał i roz­wi­nął w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym Zwią­zek Radziecki, a do mistrzo­stwa dopro­wa­dził ją po II woj­nie świa­to­wej. Nie­le­ga­ło­wie są naj­pil­niej strze­żoną tajem­nicą tych nie­licz­nych służb na świe­cie, które są w sta­nie posłu­gi­wać się tą jedną z naj­trud­niej­szych, naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­nych i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych tech­nik wywia­dow­czych.

1

Pomruk czte­rech wiru­ją­cych sil­ni­ków potęż­nego air­busa 340 zapo­wia­dał bli­ski start.

Wraz z grupą spóź­nio­nych pasa­że­rów jako ostatni wszedł na pokład Kon­rad Wol­ski. Ste­war­desa Lufthansy w nie­na­gan­nym gra­na­to­wym kostiu­mie wska­zała mu drogę do prze­działu klasy biz­nes.

Wrzu­cił ple­cak do luku baga­żo­wego i ciężko opadł na fotel przy oknie. Wszyst­kie miej­sca oprócz sąsied­niego były zajęte. Po pra­wej stro­nie, w środ­ko­wym rzę­dzie, sie­dział męż­czy­zna około trzy­dziestki, w bia­łej koszuli, bez kra­wata, i z wyraź­nym zaan­ga­żo­wa­niem pisał na lap­to­pie. Kon­rad przy­glą­dał mu się przez chwilę i pomy­ślał, że jest prze­cież trze­cia w nocy. Będzie tak stu­kał do rana?

– Nie­ważne… – mruk­nął do sie­bie, nieco zre­zy­gno­wany. Nie był w dobrym nastroju, czuł skutki alko­holu wypi­tego przez ostat­nie dwa dni.

Miał nadzieję, że szybko się roz­luźni i zaśnie, że napię­cie i roz­cza­ro­wa­nie bez­owocną akcją w górach Jemenu ustą­pią cho­ciaż na jakiś czas. Od początku wie­dział, że szanse powo­dze­nia są nie­wiel­kie, a nie była to prze­cież jego pierw­sza misja wywia­dow­cza, mimo to obwi­niał się o jej fia­sko.

Przez całą poprzed­nią noc, w miarę roz­bra­ja­nia mini­baru w pokoju 347 hotelu Al Bustan Rotana, Wil­liam Sten­ton sta­rał się mu wytłu­ma­czyć, że to nie jego wina, taki po pro­stu mają zawód. Jed­nakże wraz z upły­wem czasu Kon­rad coraz bar­dziej się roz­rzew­niał, a Wil­liam popa­dał w coraz więk­szą deter­mi­na­cję. Każdy z nich bro­nił swo­jej opi­nii do tego stop­nia, że następ­nego dnia zgod­nie zre­zy­gno­wali ze śnia­da­nia.

Kon­rad lubił pra­co­wać z Wil­lia­mem. Widział, że jest on zupeł­nie inny niż pozo­stali ofi­ce­ro­wie Secret Intel­li­gence Service, a w końcu znał ich wielu – od her­bo­wych ary­sto­kra­tów, walij­skich gór­ni­ków, Irland­czy­ków, Żydów do zadzi­wia­ją­cych lon­dyń­czy­ków, jakich można spo­tkać mię­dzy Bri­xton, Soho a East Endem. Jed­nym z nich był wła­śnie Sten­ton, tro­chę młod­szy od Kon­rada, ale z dużym szpie­gow­skim talen­tem, bez­błędną zna­jo­mo­ścią arab­skiego, pol­skim cwa­niac­twem, odpor­no­ścią Rosja­nina i urodą fiń­skiego chłopa.

To już nasza kolejna wspólna robota, a che­mia wciąż się zga­dza – pomy­ślał. No i dobrze… bo lubię tego Bry­tola!

Miał totalny zamęt w gło­wie. Osą­dził, że sta­now­czo prze­sa­dzili z ilo­ścią czer­wo­nego wina i bur­bona, wypitą pod­czas dwu­go­dzin­nego ocze­ki­wa­nia na lot­ni­sku w Dubaju.

Bill wyle­ciał godzinę wcze­śniej do Lon­dynu – pomy­ślał z zazdro­ścią – a mnie czeka jesz­cze prze­siadka we Frank­fur­cie. W War­sza­wie będę dopiero o jede­na­stej.

Spoj­rzał na zega­rek.

Naj­gor­sza godzina! Reszta dnia stra­cona.

Przez moment mu zaświ­tało, że po dro­dze z lot­ni­ska mógłby wpaść do Agen­cji na Miło­będzką, ale natych­miast zro­zu­miał, że wła­ści­wie nie ma powodu i że takie myśli to zwy­kły odruch Paw­łowa.

Cie­kawe, czy w Wydziale udało się uzy­skać coś nowego w spra­wie tego cho­ler­nego „Karola”, Safira as-Salama.

Zadzi­wia­jący przy­pa­dek, ten „Karol”! Po raz kolejny Kon­rad ana­li­zo­wał sprawę i cho­ciaż znał ją tak dobrze jak sie­bie samego, to wciąż nie mógł zna­leźć odpo­wie­dzi na wiele pytań, w tym na naj­waż­niej­sze: Dla­czego? Dla­czego Polak kon­wer­tyta, dwa fakul­tety, pięć języ­ków: arab­ski, fran­cu­ski, angiel­ski, nie­miecki i wło­ski, mistrz walk wschod­nich, został łącz­ni­kiem mię­dzy Al-Kaidą w Jeme­nie i Paki­sta­nie a resztą świata? Co zro­bił, że powie­rzono mu ważną i deli­katną funk­cję zaufa­nego współ­pra­cow­nika Sajeda al-Sza­riego? Musiał udo­wod­nić swoje odda­nie dżi­ha­dowi i Kora­nowi, prze­le­wa­jąc krew nie­wier­nych! To jasne! Ta myśl napa­wała Kon­rada wście­kło­ścią.

Trudno to teraz zwe­ry­fi­ko­wać, ale praw­do­po­dob­nie to on pomógł lokal­nym ter­ro­ry­stom porwać naszego amba­sa­dora w Jeme­nie w 2000 roku. Może to wła­śnie była jego prze­pustka do Al-Kaidy.

Roz­ma­wia­li­śmy ze wszyst­kimi, któ­rzy go znają, i nikt nie potra­fił zna­leźć roz­sąd­nej odpo­wie­dzi. Kim on jest? Dla­czego napi­sał do swo­jej para­fii w Ursu­sie, że wystę­puje z Kościoła kato­lic­kiego? Już tyle mie­sięcy Kon­rad powta­rzał sobie te same pyta­nia. Gdyby znał na nie odpo­wiedź, już dawno dopadłby „Karola”.

A tu cią­gle to męczące, idio­tyczne „dla­czego?”. Przy­pa­dek nie do wyja­śnie­nia, cho­ciaż wszy­scy myślą, że wie­dzą, w czym rzecz. Jak ten mój szef, gene­rał szpie­go­stwa! On też zawsze wszystko wie… Dla­czego kana­dyj­ski geniusz Gerald Bull budo­wał super­działo dla babi­loń­skiego geniu­sza Sad­dama? Dla­czego został zamor­do­wany? Pro­ste pyta­nia, trudne odpo­wie­dzi. „Gene­rał” zawsze odpo­wiada na pyta­nie „dla­czego?” zda­niami wie­lo­krot­nie zło­żo­nymi i nie jest to odpo­wiedź zaczy­na­jąca się od „nie wiem, ale…” czy „bo to jest tak…”. Kon­rad wciąż czuł nie­smak po nie­uda­nym pościgu za Safi­rem bez­dro­żami Sza­bwy i roz­pie­rała go wście­kłość towa­rzy­sząca porażce.

Musi wie­dzieć, że go ści­gamy, ma to prze­cież wkal­ku­lo­wane w swój los, to jego ryzyko! Cóż, sam sobie wybrał… Co też mi cho­dzi po łbie! – obru­szył się. Prze­cież dla­tego znowu zwiał, że wie, iż jest dla nas bez­cenny.

Leżał w opusz­czo­nym fotelu, przy­mknąw­szy powieki, gdy ktoś deli­kat­nie szarp­nął go za ramię.

Ste­war­desa z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem przy­po­mniała o pod­nie­sie­niu fotela i zapię­ciu pasów. Poczuł ulgę, gdy prze­rwała mu te męczące myśli.

Zapiął pas i dopiero teraz zauwa­żył, że tygo­dnie spę­dzone w górach Jemenu i Omanu zdjęły z niego kilka kilo­gra­mów. Jesz­cze przez chwilę się moco­wał, by roz­sz­nu­ro­wać i zdjąć buty trek­kin­gowe, po czym oparł głowę o szybę i obser­wo­wał, jak samo­lot toczy się po pły­cie lot­ni­ska. Przy­ga­sło świa­tło i ciężki air­bus roz­po­czął swój długi roz­bieg, by wresz­cie pode­rwać się do spo­koj­nego, mia­ro­wego lotu.

Prze­le­cia­łem w swoim życiu już chyba na Księ­życ i z powro­tem, ale do star­tów ni­gdy się nie przy­zwy­czaję. Z wyjąt­kiem air­busa 340! – pomy­ślał, wciąż wyglą­da­jąc przez okno w nadziei, że w końcu zoba­czy słynną pal­mową wyspę i mapę świata. Samo­lot jed­nak dopiero się wzno­sił i z tej wyso­ko­ści nie­wiele było widać. Wpa­trzony w widok za oknem, Kon­rad nawet nie zauwa­żył, kiedy zgasł sygnał „zapiąć pasy” i zapa­liło się świa­tło.

Roz­ło­żył fotel, który wychy­lił się nie­mal hory­zon­tal­nie. Lubił latać klasą biz­nes, bo przy jego wzro­ście, pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt, zapew­niała mu odpo­wiedni kom­fort.

Ste­war­desa podała kartę posił­ków. Bez zasta­no­wie­nia zamó­wił rybę i podwójną whi­sky, mając nadzieję, że szybko zaśnie. Obie­cał sobie, że zaraz po powro­cie weź­mie tydzień wol­nego i poje­dzie poże­glo­wać na Mazury. Myśl o jezio­rach i soczy­stej zie­leni bez czter­dzie­sto­stop­nio­wego upału spra­wiła mu wyraźną przy­jem­ność. Poczuł, jak popra­wia się jego nastrój.

Włą­czył moni­tor kina pokła­do­wego i przej­rzał zestaw tytu­łów. Wybrał na chy­bił tra­fił film 300. Tym­cza­sem ste­war­desa przy­nio­sła mu szkla­neczkę whi­sky z brzę­czą­cym lodem. Zało­żył słu­chawki i włą­czył film. Posta­no­wił zacze­kać na posi­łek, a potem oglą­dać tak długo, aż zaśnie.

Nie zasnął. Obej­rzał do końca i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że film zro­bił na nim wra­że­nie. Zaczął się inten­syw­nie zasta­na­wiać, co go tak poru­szyło. Czy to, że komik­sowa, barwna i tan­detna histo­ria trzy­stu Spar­tan nie odbie­gała tak bar­dzo od świata, w któ­rym żył? Świata szpie­gów, wywia­dów, peł­nego kłam­stwa i hipo­kry­zji, choć także przy­jaźni i boha­ter­stwa. Świata, w któ­rym nic nie jest tym, na co wygląda, świata, w któ­rym nie ist­nieją słowa „wiem” i „nie wiem”, kolory zaś są kwe­stią umowy. Nie ma nazwisk, tylko imiona, a praw­dziwe są może jedy­nie twa­rze.

Ale w tym fil­mie wszystko wydaje się takie jasne, szczere… Chciał­bym, żeby takie było moje życie, chciał­bym być takim Leoni­da­sem.

Odbie­rał film zmy­słami wyostrzo­nymi przez alko­hol. Odre­ago­wy­wał w ten spo­sób ostat­nie cięż­kie mie­siące. Był to natu­ralny odruch obronny, który pozwa­lał cho­ciaż przez chwilę wie­rzyć, że świat jest prost­szy i ludzie są lepsi. Że ist­nieją honor, god­ność i zasady. Jak żona, to taka jak Gorgo, jak zdrajca, to taki jak Efial­tes, jak zwierzch­nicy, to tacy jak efo­ro­wie, a moral­ność i poli­tyka, które w fil­mie uosa­biał Teron, oparte na jasnych, pro­stych regu­łach.

Ale tak nie jest i ni­gdy nie będzie. W tym zawo­dzie naprawdę trudno zna­leźć jakiś wyraźny punkt odnie­sie­nia. Trudno więc wie­rzyć także w Boga, o ile to w ogóle moż­liwe. A w zasa­dzie lepiej nie wie­rzyć. Widać zresztą, jak poboż­ność ofi­ce­rów maleje wraz ze wzro­stem ich doświad­cze­nia.

Jeśli szpieg w cokol­wiek wie­rzy, to tylko w to, że może mu się uda – myślał Kon­rad, leżąc w fotelu przy­kryty kocem, i nagle zorien­to­wał się, że nie pamięta, czy zjadł już posi­łek, czy nie. Na oczach miał opa­skę i czuł, że oło­wiane ręce odmó­wi­łyby mu posłu­szeń­stwa, gdyby kazał im się ruszyć.

2

Obu­dził się, lecz pozo­stał jesz­cze w łóżku. Pokój wypeł­niało blade świa­tło roz­po­czy­na­ją­cego się dnia.

Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen – pomy­ślał.

– Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen – powie­dział pół­gło­sem, akcen­tu­jąc nie­na­tu­ral­nie mocno „H” i „J”. – Jestem Duń­czy­kiem i miesz­kam w Szwe­cji.

Zapa­lił lampkę i spoj­rzał na zegar: docho­dziła piąta trzy­dzie­ści. Usły­szał gło­śne trza­śnię­cie meta­lo­wej klapki w drzwiach, gdy dorę­czy­ciel wrzu­cił do środka gazetę. Lubił ten dźwięk, poranny sygnał dnia zapo­wia­da­jący nowe wyda­rze­nia.

W miesz­ka­niu uno­sił się wyraźny aro­mat kawy.

Auto­mat też już się obu­dził – pomy­ślał i poczuł przy­pływ dobrego nastroju.

Przez chwilę leżał jesz­cze w łóżku i myślał o Ingrid, która przez tyle lat parzyła mu kawę dokład­nie o pią­tej trzy­dzie­ści. Odkąd ode­szła, jej rolę prze­jęło to bez­duszne urzą­dze­nie.

Pode­rwał się żwawo, zado­wo­lony, że mimo osiem­dzie­siątki na karku wciąż jest w dobrej for­mie. Wie­dział, że osią­gnął to nie bez wysiłku.

Wyko­nał kilka ćwi­czeń, by roz­luź­nić stę­żałe po nocy mię­śnie. Przy­po­mniał sobie, że nie wyku­pił jesz­cze kar­netu na basen, na który uczęsz­czał regu­lar­nie przez ostat­nie trzy­dzie­ści sie­dem lat.

Wło­żył szla­frok i zaczął przy­go­to­wy­wać śnia­da­nie. Z lodówki wyjął tubkę pasty ryb­nej Kal­les. Przyj­rzał się bli­żej opa­ko­wa­niu i stwier­dził, że wczo­raj upły­nął ter­min przy­dat­no­ści do spo­ży­cia. Sporo jesz­cze zostało, więc wyci­snął tubkę do końca. Wystar­czyło na dwie kromki ciem­nego chleba.

– Jak typowy stary Szwed – powie­dział, cho­ciaż rzadko myślał o sobie w ten spo­sób.

Pod­szedł do drzwi, pod­niósł z pod­łogi gazetę „Sven­ska Dag­bla­det” i jak codzien­nie pod­czas śnia­da­nia zaczął ją prze­glą­dać. Naj­pierw rzu­cił okiem na pierw­szą stronę i tytuły arty­ku­łów. Szybko jed­nak prze­sko­czył do stron z ogło­sze­niami. W dziale „sprze­dam”, sunąc pal­cem po tek­ście, przej­rzał uważ­nie anonse na literę „Z”. Nie potrze­bo­wał oku­la­rów.

Czyn­ność tę wyko­ny­wał dzień w dzień od czter­dzie­stu trzech lat i ani razu jej nie zanie­dbał. Mimo że z nie­ma­łym tru­dem opa­no­wał obsługę Inter­netu, wolał posłu­gi­wać się gazetą.

Prze­pra­co­waw­szy ponad czter­dzie­ści lat jako naczel­nik wydziału Urzędu Imi­gra­cyj­nego w Sztok­hol­mie, odszedł na eme­ry­turę tuż przed kolejną kom­pu­te­ry­za­cją. Wie­dział aż nazbyt dobrze, że nie pora­dziłby sobie w nowych warun­kach. Był jed­nak dumny ze swo­jego przy­wią­za­nia do cze­goś, co nazy­wał tra­dy­cją i zasa­dami Hansa.

Na ostat­nim miej­scu w kolum­nie „sprze­dam” dostrzegł ogło­sze­nie: „Zain­te­re­so­wani szki­cem E. Dahl­ber­gha, Ryga, tel. 0859011678”.

Drgnął, poczuł nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Zawsze tak reago­wał, gdy czy­tał ten anons, choć ostat­nio nie zda­rzało się to czę­sto. Pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, który to już raz.

Nie jestem pewien – pomy­ślał – ale chyba co naj­mniej pięć­dzie­siąty.

Pod­szedł do biblio­teki, wyjął książkę, w któ­rej zazna­czał numery stron odpo­wia­da­jące kolej­nym ogło­sze­niom. Obli­czył, że to jest pięć­dzie­siąte piąte, i aż się zdzi­wił, stwier­dziw­szy, że poprzed­nie uka­zało się zale­d­wie dwa mie­siące wcze­śniej. A był czas, że nie uka­zy­wało się przez dwa lata.

Sta­nął przed lustrem w przed­po­koju i uśmiech­nął się do sie­bie. Miał poczu­cie, jakby satys­fak­cja mie­szała się z mło­dzień­czym wigo­rem. Ten stan, któ­rego doświad­czał cał­kiem czę­sto, koja­rzył mu się zawsze z pega­zem. Nie wie­dział wła­ści­wie dla­czego, ale darzył sym­pa­tią to niby-zwie­rzę, któ­rego tan­detna figurka stała na regale. Ingrid kupiła ją wiele lat temu na targu sta­roci na Skärholmen.

Prze­szedł do salonu. Spoj­rzał na zdję­cie uśmiech­nię­tej Ingrid, obej­mu­ją­cej wysoką syl­wetkę ich syna Carla w gra­na­to­wym mun­du­rze ofi­cera Szwedz­kiej Mary­narki Wojen­nej. Przez chwilę się zasta­na­wiał, gdzie on teraz może być. Od wielu dni nie miał z nim kon­taktu. Ale tak jest zawsze, gdy Carl wyjeż­dża na ćwi­cze­nia.

Musiał zająć się ogło­sze­niem. Wie­dział, że ma na to tylko dwa­na­ście godzin. Nie oba­wiał się żad­nych kom­pli­ka­cji. Był pro­fe­sjo­na­li­stą i ni­gdy się nie pomy­lił.

Spo­koj­nie dokoń­czył śnia­da­nie, powta­rza­jąc w pamięci numer tele­fonu. Przy­cho­dziło mu to z łatwo­ścią dzięki wyćwi­czo­nej zasa­dzie sko­ja­rzeń. Umie­jęt­ność zapa­mię­ty­wa­nia fak­tów, obra­zów, a cyfr w szcze­gól­no­ści, opa­no­wał już dawno i mimo upływu pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat wciąż dosko­nale sobie radził. Był prze­ko­nany, że pomy­lić się nie może. Waż­niej­sze było jed­nak to, że znów zdał swój egza­min z alzhe­imera. Bał się tej cho­roby bar­dziej niż jakiej­kol­wiek innej. Znał ją dobrze, bo zma­gała się z nią Ingrid.

Mimo że od wielu lat był na eme­ry­tu­rze, czuł ogromną potrzebę aktyw­no­ści. Nie prze­szka­dzało mu, że jest teraz wyko­rzy­sty­wany w mniej­szym stop­niu niż daw­niej. Tak czy owak wciąż cie­szył się zaufa­niem i był potrzebny.

– Życie w samot­no­ści wymaga szcze­gól­nego hartu. I ja go mam. Taka samot­ność dłu­go­dy­stan­sowca – mruk­nął pod nosem.

Kolejny raz przy­ła­pał się na tym, że coraz czę­ściej mówi do sie­bie. Znów pomy­ślał o Carlu. Odkąd ode­szła Ingrid, tęsk­nił za nim jesz­cze bar­dziej i tro­chę dał się ponieść emo­cjom.

No pro­szę, zabra­kło mleka do kawy. Ona ni­gdy by o tym nie zapo­mniała – pomy­ślał. Więc co? Mam dzi­siaj dwie sprawy do zała­twie­nia: kupić mleko i odpo­wie­dzieć na ogło­sze­nie.

– Jestem cza­sami tro­chę za bar­dzo cyniczny – powie­dział do sie­bie i stwier­dze­nie to spra­wiło mu przy­jem­ność.

Wziął prysz­nic i ubrał się.

Stał teraz na środku salonu. Lubił go, choć wielu mógł się wyda­wać sta­ro­modny i nie­prak­tyczny. Ni­gdy nie prze­ko­nał się do pro­duk­tów Ikei, bo zawsze odrzu­cała go myśl, że będzie musiał je skrę­cać. Żało­wał jedy­nie, że po odej­ściu Carla z domu sprze­dał wszyst­kie jego meble, tak jakby chciał wyrzu­cić go z pamięci, a to prze­cież nie­prawda.

Nie ma to jak moja przed­wo­jenna komoda – pomy­ślał, patrząc na ponury mebel, który Ingrid kupiła gdzieś na pchlim targu. Prze­cho­dząc obok, prze­je­chał pal­cem po bla­cie, żeby spraw­dzić poziom kurzu.

W przed­po­koju wło­żył zie­loną kurtkę Bar­bo­ura, którą miał od pięt­na­stu lat, i sto­jąc już z klu­czami w ręku, spoj­rzał jesz­cze raz na pokój i kuch­nię. Utrwa­lił ten widok w umy­śle jak na foto­gra­fii. Sta­rał się zapa­mię­tać usta­wie­nie wszyst­kich przed­mio­tów do naj­drob­niej­szego szcze­gółu. Odkąd został sam, zawsze tak robił, kiedy opusz­czał miesz­ka­nie na dłu­żej. Może nie­po­trzeb­nie, ale pod­świa­do­mość nie pozwa­lała mu o tym zapo­mnieć.

Zamknął za sobą drzwi, dwu­krot­nie się upew­nia­jąc, czy zamek zasko­czył. To bar­dziej intu­icja niż prze­zor­ność, ale od czasu wła­ma­nia do sąsia­dów stał się jesz­cze bar­dziej ostrożny.

Zszedł z pierw­szego pię­tra i wyszedł na pustą ulicę. Poczuł silne szarp­nię­cie wia­tru. Było już oczy­wi­ste, że tego dnia nie będzie ład­nej pogody. Zaczerp­nął głę­boko powie­trza i poczuł się wyraź­nie oży­wiony.

Pod­szedł do swo­jego wysłu­żo­nego volvo 245, które stało na par­kingu za domem, cho­ciaż nieco dalej miał garaż. Wie­lo­krot­nie myślał o zmia­nie samo­chodu, ale z tym pojaz­dem wią­zały się jego naj­waż­niej­sze wspo­mnie­nia.

Ingrid była znacz­nie lep­szym kie­rowcą niż ja – skon­sta­to­wał i zła­pał się na tym, że coraz czę­ściej ją ide­ali­zuje. To takie typowe dla samot­nego czło­wieka…

Wsiadł do zim­nego samo­chodu, włą­czył sil­nik, ogrze­wa­nie i na końcu radio. Roz­le­gły się dźwięki Sta­bat Mater Vival­diego. Lubił tę kom­po­zy­cję. Wcze­śniej słu­chali jej zawsze z dużej płyty winy­lo­wej pod­czas wiel­ka­noc­nego śnia­da­nia. Przy­po­mniał sobie małego Carla z opa­da­jącą na oczy jasną czu­pryną i pogodną Ingrid krzą­ta­jącą się wokół świą­tecz­nego stołu.

Nie sły­szał tego utworu od jej śmierci.

Teraz musiał jechać do swo­jego let­niego domu nad brze­giem morza, kilka kilo­me­trów od miej­sco­wo­ści Åkersberga, na pół­noc od Sztok­holmu.

Gdy uci­chła muzyka, zdał sobie sprawę, że sie­dział w samo­cho­dzie kil­ka­na­ście minut. Miał jesz­cze czas na spraw­dze­nie numeru tele­fonu zamiesz­czo­nego w ogło­sze­niu, ale był zły na sie­bie, że przy­po­mniał sobie o tym tak późno. Wła­ści­wie nic się nie stało, nie­mniej potrak­to­wał to jako ostrze­że­nie: powi­nien być bar­dziej skon­cen­tro­wany.

Jest wcze­śnie rano, muszę się roz­ru­szać – pomy­ślał, odrzu­ca­jąc w ten spo­sób podej­rze­nie, że się sta­rzeje.

Zje­chał na sta­cję ben­zy­nową Shella na Värmevägen, kupił kartę tele­fo­niczną za dwa­dzie­ścia pięć koron i zadzwo­nił z auto­matu. Ode­brała zaspana kobieta, zasko­czona pyta­niem o sztych Dahl­ber­gha. Po chwili, żeby się upew­nić, wyko­nał jesz­cze jeden, tym razem głu­chy tele­fon na ten sam numer. Od początku wie­dział, że nie ma się czym nie­po­koić, ale teraz poczuł się jesz­cze lepiej.

Dojazd do Åkersbergi zajął mu o tej porze trzy­dzie­ści minut.

Wszedł do domu. Rozej­rzał się i od razu nabrał pew­no­ści, że wszystko jest w takim samym porządku jak trzy tygo­dnie temu, kiedy stąd wycho­dził.

Otwo­rzył okna, by wpu­ścić tro­chę świe­żego powie­trza. Wyszedł na taras i ode­tchnął głę­boko. Wsta­wał dzień. Cisza, prze­pla­tana wia­trem i nie­wy­raź­nym odgło­sem mor­skich fal, dzia­łała kojąco.

Po chwili zro­biło mu się zimno. Wszedł do domu, zdjął kurtkę i wło­żył grub­szą, któ­rej uży­wał do pracy w ogro­dzie. Bar­dziej jed­nak nie chciał pobru­dzić swo­jego sta­rego bar­bo­ura, który nie nada­wał się do pra­nia. Był z nim zwią­zany jak z naj­bliż­szym towa­rzy­szem i wcale nie uwa­żał, że to może być śmieszne.

Pod­szedł do włazu w pod­ło­dze, obok wej­ścia do kuchni, i z pew­nym tru­dem go otwo­rzył. Poczuł zna­jomą lekką woń stę­chli­zny.

Czy to może być zapach sta­ro­ści?

– Co za idio­tyzm! – powie­dział do sie­bie po cichu.

Nie lubił słowa „sta­rość” i szybko odpę­dził tę coraz bar­dziej natrętną myśl. Teraz ma się czym zająć, czymś waż­nym, waż­niej­szym niż tak pro­za­iczna sprawa jak sta­rość.

Stał przez chwilę przed ciem­nym i wil­got­nym wej­ściem do piw­nicy. Zszedł jede­na­ście stopni w dół po pra­wie stu­let­nich schod­kach. Potknął się na uszko­dzo­nym dzie­wią­tym stop­niu, ale szybko odzy­skał rów­no­wagę. Zapa­lił świa­tło, cho­ciaż i bez niego tra­fiłby bez­błęd­nie. Przy świe­tle czuł się jed­nak pew­niej. Znowu zapo­mniał ręka­wi­czek. Owi­nął dłoń ręka­wem kurtki i zaczął roz­gar­niać narzę­dzia ogro­dowe.

Nagle odsko­czył. Czarny kosmaty pająk tkwił w bez­ru­chu na ogrom­nej sza­rej paję­czy­nie.

Zawa­hał się tylko sekundę i wymie­rzył sta­ranny cios butem.

– Chyba ni­gdy się z tego nie wyle­czę – wyszep­tał.

Wyda­wało mu się, że już dawno poko­nał tę sła­bość, ale lekka gorycz w ustach wska­zy­wała, że jed­nak nie do końca. Jak przez mgłę zoba­czył nie­bie­ski, nie­do­świe­tlony pokój z dzie­ciń­stwa i pra­wie usły­szał prze­raź­liwy krzyk chłopca sto­ją­cego naprze­ciw bru­nat­nej zasłony, po któ­rej powoli sunął tłu­sty pająk… i śmiech dziew­czynki z war­ko­czami. Olga… Ale nie­wy­raźny obraz szybko się roz­pły­nął.

Powró­cił do pracy. Odsta­wił narzę­dzia i otwo­rzył dobrze zama­sko­wane przej­ście do dru­giego, nie­du­żego, wąskiego pomiesz­cze­nia. Zga­sił świa­tło w piw­nicy i zamknął za sobą drzwi. Teraz mógł włą­czyć świa­tło w bun­krze.

Powiódł ręką po murze, wyczuł nie­zau­wa­żalne dla innych zgru­bie­nie i deli­kat­nie prze­su­nął w prawo kamienną narośl. Kiedy usły­szał zgrzyt, pew­nym ruchem przy­cią­gnął do sie­bie wysta­jący kawa­łek ściany.

Cie­kawe – pomy­ślał – tyle lat, a mecha­nizm działa bez zarzutu. Muszę go jed­nak naoli­wić.

Był dumny ze swo­jego pomy­słu, a jesz­cze bar­dziej z jego reali­za­cji. Poprzed­nia, kla­syczna skrytka, mimo że wyko­nana przez fachow­ców, była, jak się póź­niej oka­zało, bar­dziej zawodna. Słu­żyła mu tylko dzie­sięć lat.

Teraz jest dobrze. Bar­dzo dobrze – pomy­ślał.

Scho­wek miał co naj­mniej sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Był za to dość niski.

Z wnę­trza wyjął gruby notat­nik w skó­rza­nej opra­wie i z mosięż­nym zam­kiem szy­fro­wym. Usiadł na krze­śle przy stole, nad któ­rym wisiała meta­lowa lampa ze stu­wa­tową żarówką. Otwo­rzył notat­nik na pierw­szej stro­nie. Od góry, w pię­ciu pierw­szych wier­szach, bie­gły grupy pię­cio­cy­fro­wych odręcz­nych zapi­sów, pozo­stała część kartki była jesz­cze nie­za­peł­niona. Z pojem­nika na stole wybrał zwy­kły, dobrze zaostrzony ołó­wek. Wpi­sał numer tele­fonu z ogło­sze­nia w „Sven­ska Dag­bla­det” i dodał do niego pierw­sze dzie­sięć cyfr zapi­sa­nych powy­żej.

Przy­su­nął się do stołu, opu­ścił lampę i przez chwilę nasłu­chi­wał odgło­sów z zewnątrz.

Po zsu­mo­wa­niu powstał dwu­krot­nie dłuż­szy nowy zestaw cyfr. Na wyklejce okładki notat­nika znaj­do­wał się tezau­rus, który pozwo­lił odczy­tać tekst poprzez przy­pi­sa­nie kolej­nym dwóm cyfrom odpo­wied­niej litery. Powoli wyło­nił się tekst: „5 dni, miej­sce 12”.

Szybko prze­rzu­cił kartki do czer­wo­nej zakładki i spraw­dził, czy pamięć go nie zawo­dzi, choć dobrze pamię­tał miej­sce numer 12 w Visby na Gotlan­dii, które sam przy­go­to­wał.

– Naresz­cie! – wes­tchnął w poczu­ciu zado­wo­le­nia.

Od dłuż­szego już czasu nie otrzy­my­wał ofen­syw­nych zadań ope­ra­cyj­nych, jedy­nie usta­le­niowe czy zabez­pie­cza­jące, choć cza­sami dość skom­pli­ko­wane. Dla­tego już dwu­krot­nie pro­sił Cen­tralę o przy­sła­nie nowych doku­men­tów lega­li­za­cyj­nych. Swoje duń­skie papiery wyko­rzy­sty­wał już wie­lo­krot­nie, toteż za każ­dym kolej­nym razem zwięk­szało się nie­bez­pie­czeń­stwo wpadki.

Się­gnął głę­biej do ciem­nego schowka i wyjął zawi­nięty w naoli­wioną szmatkę pisto­let Wal­ther PP. Roz­wi­nął go, poło­żył na stole i pomy­ślał, że może trzeba go wyczy­ścić. Nie pamię­tał, kiedy robił to ostatni raz. Ni­gdy z niego nie strze­lał. Nie miał emo­cjo­nal­nego sto­sunku do broni. Nawet nie był pewien, czy amu­ni­cja po tylu latach może się jesz­cze do cze­goś przy­dać.

A wła­ści­wie do czego? Cie­kawe, że też się tym nie inte­re­sują – pomy­ślał z prze­ką­sem.

Zawi­nął pisto­let i wło­żył z powro­tem do skrytki. Jed­no­cze­śnie wyjął her­me­tyczną kopertę ze swo­imi doku­men­tami. Spraw­dził je i stwier­dził po raz kolejny, że pasz­port stra­cił już waż­ność. Zaklął. Był pra­wie pewien, że naresz­cie wysłu­chano jego bła­gań i że na Gotlan­dii odbie­rze nowe doku­menty. Od jakie­goś czasu ta sprawa dziw­nie go dener­wo­wała, cho­ciaż zda­rzały się i gor­sze sytu­acje w rela­cjach z Cen­tralą.

No tak! Zro­bił się już ze mnie typowy zgryź­liwy Svens­son! – pomy­ślał z auto­iro­nią.

Tak jak zwy­kle kartkę z roz­szy­fro­waną wia­do­mo­ścią wyrwał z notat­nika i spa­lił w dużej kamien­nej misce. Teraz naj­waż­niej­sza była reali­za­cja zada­nia. Lubił to uczu­cie, wra­że­nie prze­pro­gra­mo­wa­nia. Sta­wał się jakby auto­ma­tem, nie­za­wod­nie pra­cu­jącą maszyną, mecha­nicz­nym cudem daw­nych rze­mieśl­ni­ków, a nie jakimś zapi­sem w pro­gra­mie kom­pu­te­ro­wym.

3

Samo­lot wylą­do­wał w War­sza­wie pięt­na­ście minut przed cza­sem. Pilot poże­gnał się z pasa­że­rami, infor­mu­jąc, że na zewnątrz jest trzy­dzie­ści stopni cie­pła. Roz­wiało się marze­nie Kon­rada o desz­czu i chło­dzie.

Zanim zga­sły sil­niki, w samo­lo­cie zabrzmiały róż­no­barwne sygnały tele­fo­nów komór­ko­wych.

Kon­rad miał dwa SMS-y. Pierw­szy od Mar­cina – „Cze­kamy” – i drugi od Wil­liama – „W porządku? Ni­gdy wię­cej mie­szanki! Będę za tydzień. OK?”. Zdał sobie sprawę, że zapo­mniał o usta­le­niach, jakie zro­bili z Wil­lia­mem w Dubaju. O koniecz­no­ści pil­nego pod­su­mo­wa­nia sprawy Safira i wypra­co­wa­nia jakiejś nowej kon­cep­cji dal­szego dzia­ła­nia.

Myśl o wyjeź­dzie na Mazury, jesz­cze przed chwilą tak miła, stała się nagle nie­re­alna.

Prze­cież muszę napi­sać raport z wyjazdu, co w opty­mi­stycz­nym warian­cie zaj­mie mi przy­naj­mniej tydzień. Nie zdążę się przy­go­to­wać do dys­ku­sji z Wil­lia­mem, a jesz­cze cze­kają na mnie sprawy bie­żące. Z pew­no­ścią w Wydziale nagro­ma­dziło się ich mnó­stwo… ale dzięki Bogu Sara czuwa nad tym wszyst­kim.

W holu przy­lo­tów nowego ter­mi­nalu na Okę­ciu, w sta­łym, dys­kret­nym miej­scu, cze­kał Mar­cin.

Wysoki, w ciem­nych oku­la­rach za mini­mum pół­tora tysiąca zło­tych, z wło­sami zacze­sa­nymi do tyłu za pomocą potęż­nej dawki żelu i kil­ku­dnio­wym zaro­stem, w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i bia­łym pod­ko­szulku, wyglą­dał jak gro­te­skowy szpieg macho z kosz­mar­nego snu reży­sera pol­skich seriali sen­sa­cyj­nych. Tak się ubrać potra­fił tylko on.

Swoim wido­kiem roz­ba­wił Kon­rada, tym bar­dziej że on sam przy­po­mi­nał teraz Jeffa Cor­wina, poszu­ki­wa­cza przy­gód z kanału Ani­mal Pla­net. Ni­gdy się głę­biej nie zasta­na­wiał, czy to arty­styczna dusza zmu­sza Mar­cina do tych meta­mor­foz, czy też pró­buje on w ten spo­sób wabić kobiety, co prze­cież i tak przy­cho­dziło mu łatwo.

– Witam w ojczyź­nie, sze­fie – rzu­cił Mar­cin na powi­ta­nie i zało­żył oku­lary na czoło jak wło­ski żigo­lak. Wziął od Kon­rada ple­cak i skie­ro­wał się pro­sto do wyj­ścia. – Sara czeka przed ter­mi­na­lem… wia­domo, tu jest zakaz pale­nia – dodał, co było oczy­wi­ste, bo Sara paliła nie­ustan­nie, jed­nak w miarę moż­no­ści sta­rała się prze­strze­gać zaka­zów.

Na zewnątrz było wyjąt­kowo duszno.

Sara stała przy popiel­niczce. Na widok Kon­rada uśmiech­nęła się pogod­nie.

– Naresz­cie jesteś! Stę­sk­ni­li­śmy się za tobą… Jak lot? – zapy­tała z teatral­nym gry­ma­sem, gdy Kon­rad objął ją po przy­ja­ciel­sku. – Czuję i widzę, że tro­chę męczący… Szkoda, że nie dopa­dli­ście tego Safira, ale nie martw się, mamy nowe infor­ma­cje na jego temat. Nie prze­sła­łam ich, bo wyma­gają wery­fi­ka­cji. Sam zresztą oce­nisz. Poza tym to nie takie pilne… ale cie­kawe! – Mówiła z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego. – Schu­dłeś! Ładna opa­le­ni­zna! – dorzu­ciła, tak­su­jąc go wzro­kiem.

Wsie­dli do gra­na­to­wego volks­wa­gena touarega zapar­ko­wa­nego w garażu.

– Jedziemy do domu… Kabaty? – zapy­tał Mar­cin z waha­niem.

– A ty myśla­łeś, że dokąd, do roboty? Jedziemy do domu! – odpo­wie­dział Kon­rad.

– Sorry, sze­fie, ale Sara mówiła, że numer dwa od rana dopy­tuje się o szefa. Czy już szef przy­le­ciał… i takie tam. Dla­tego pomy­śla­łem, że… – urwał w pół zda­nia.

– O co cho­dzi, Saro? – zapy­tał spo­koj­nie Kon­rad. – Prze­cież zna­li­ście ter­min mojego powrotu. Nie poin­for­mo­wa­łaś go?

Był abso­lut­nie pewny, że Sara powia­do­miła numer dwa, czyli zastępcę szefa Agen­cji do spraw ope­ra­cyj­nych, pod­puł­kow­nika Lecha Zabłoc­kiego, z powodu zwa­li­stej syl­wetki powszech­nie zwa­nego „Cięż­kim”. Od razu zro­zu­miał, że ten chce go widzieć – choć raczej nie w spra­wie „Karola” – bo jak zwy­kle ma kło­poty z pod­ję­ciem jakiejś decy­zji. Przy­zwy­czaił się już do tego, ale ukry­wał cha­rak­ter i nie­kom­pe­ten­cję „Cięż­kiego” przed młod­szymi ofi­ce­rami, by nie szko­dzić dodat­kowo i tak już zszar­ga­nemu auto­ry­te­towi służb spe­cjal­nych.

– Oczy­wi­ście, że go poin­for­mo­wa­łam! – odpo­wie­działa sucho Sara, patrząc przez okno. – Jak wrócę do Cen­trali, to zadzwo­nię i powiem, że jesteś zmę­czony po podróży i będziesz jutro o dzie­sią­tej. No, chyba że „Ciężki” wyzna­czy inny ter­min… A może sam teraz do niego zadzwoń i zamel­duj, że już jesteś – dodała tro­chę ofi­cjal­nie, choć dobrze wie­działa, że tego nie zrobi.

Przez sie­dem lat prze­ko­pała z nim świat od Kam­czatki do Bośni, od Archan­giel­ska do Mom­basy i znała go na tyle dobrze, by mieć pew­ność, że jego sza­cu­nek dla cią­gle zmie­nia­ją­cych się i cza­sem przy­pad­ko­wych prze­ło­żo­nych był w isto­cie sza­cun­kiem dla kraju, przy­ja­ciół i sie­bie samego.

Kon­rad nie zare­ago­wał i było to dla niej oczy­wi­ste.

Mar­cin ostro pro­wa­dził potęż­nego touarega z widoczną rado­ścią dużego dziecka. Kon­rad nie lubił takiej zabawy, ale mu na nią pozwa­lał, przy­naj­mniej do pierw­szego upo­mnie­nia. Teraz jed­nak sta­nęli w nie­koń­czą­cym się korku na skrzy­żo­wa­niu Poleczki i Puław­skiej i Mar­cin cier­piał.

– Byłam dwa tygo­dnie temu w twoim miesz­ka­niu. Umy­łam lodówkę, bo jak zwy­kle zapo­mnia­łeś ją opróż­nić przed wyjaz­dem. Trzeba było wie­trzyć całe miesz­ka­nie po makreli, która wyglą­dała, jakby ją ktoś ubrał we wło­chaty zie­lony kożuch. Smród nie­mi­ło­sierny! – Sara zmie­niła temat. – Mar­cin wysa­dzi mnie przy skle­pie, a cie­bie zawie­zie do domu. Ja tym­cza­sem zro­bię zakupy. Co chcesz do jedze­nia? – zapy­tała.

– Cokol­wiek! – odpo­wie­dział.

Czuł się tro­chę nie­swojo za każ­dym razem, gdy inni, a w szcze­gól­no­ści pod­władni, wyświad­czali mu jaką­kol­wiek przy­sługę. Ale godził się na to. Tłu­ma­czył sobie, że żyją w związku, który nie jest tylko zwy­kłą przy­jaź­nią, i takie gesty są czymś natu­ral­nym, co wiąże ich emo­cjo­nal­nie, bo prze­cież w tym zawo­dzie nie można rzą­dzić za pomocą roz­ka­zów i pole­ceń. Może to tro­chę cyniczne – jak uwa­żał – ale wszy­scy świa­do­mie się na to godzą. Wię­cej! Chcą i potrze­bują tego, bo to odruch samo­obronny przed ciemną stroną ich codzien­nego życia w Wydziale Spe­cjal­nym „Q” Agen­cji Wywiadu.

To lek­kie, podobne do wstydu skrę­po­wa­nie czuł zawsze wtedy, gdy Sara robiła dla niego o jeden krok wię­cej, niż było to nor­mal­nie potrzebne.

Uczu­cie to towa­rzy­szyło mu od czasu, gdy wyszedł ze szpi­tala w Sara­je­wie i zro­zu­miał, że żyje dzięki niej. Do dzi­siaj nie potrafi pojąć, jak ta dziew­czyna zdo­łała wycią­gnąć go nie­przy­tom­nego z pło­ną­cego domu, z kulą w nodze, i dowieźć do odle­głego o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów Sara­jewa. Ile­kroć pro­sił ją o szcze­góły tam­tych wyda­rzeń, odpo­wia­dała z uśmie­chem: „Zanio­słam cię na rękach, sze­fie”.

Za tę i za wiele innych akcji Sara cie­szyła się uzna­niem wszyst­kich ofi­ce­rów, któ­rzy z nią pra­co­wali i znali jej doro­bek. Dla­tego tak naprawdę to ona liczyła się naj­bar­dziej w Wydziale „Q”, a nie kapi­tan Marek Belik, któ­rego przy­niósł kolejny zakręt histo­rii.

Sara paliła kolej­nego papie­rosa, wydmu­chi­wała dym przez lekko uchy­lone okno samo­chodu i nie widziała, że Kon­rad na nią patrzy. Nie widziała, ale zawsze potra­fiła wyczuć na sobie czyjś wzrok.

Wró­ciła z zaku­pami i wło­żyła je do lodówki. Mar­cin sie­dział w kuchni i prze­glą­dał stary numer „Poli­tyki”.

– Zaraz jedziemy! Musisz odpo­cząć – zarzą­dziła zde­cy­do­wa­nie, wcho­dząc do pokoju, gdzie roz­pa­ko­wy­wał się Kon­rad. – Zapalę jesz­cze papie­rosa… na bal­ko­nie… chodź ze mną! Chcę ci coś powie­dzieć. – Mówiąc to, spoj­rzała na Mar­cina.

Usie­dli w słońcu na bal­ko­nie, a Kon­rad opu­ścił mar­kizę.

– Posłu­chaj… – zaczęła – dzieje się coś dziw­nego. Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego pro­wa­dzi docho­dze­nie, praw­do­po­dob­nie w spra­wie Mar­cina. Nie mam naj­mniej­szego poję­cia, o co cho­dzi, wiem tylko, że wzy­wali go już kilka razy. Pró­bo­wa­łam z nim roz­ma­wiać, ale unika odpo­wie­dzi i baga­te­li­zuje sprawę. Jestem pewna, że dostał pole­ce­nie, by nic nam nie mówić. To go męczy! Widać jak na dłoni… znasz Mar­cina… Mam też wra­że­nie, że od pew­nego czasu tro­chę się zmie­nił, jakby się cze­goś wsty­dził. Zaczyna mnie to wszystko iry­to­wać, wiesz prze­cież, w jakich ope­ra­cjach w tej chwili uczest­ni­czy. Koń­czy przy­go­to­wa­nia przed wyjaz­dem do Afga­ni­stanu, a to trudna i nie­bez­pieczna akcja, wymaga kon­cen­tra­cji i opa­no­wa­nia. To ja ją nad­zo­ruję, to mój pomysł, moja kon­cep­cja i moje decy­zje. – Sara mówiła szybko, cicho i z głę­boką deter­mi­na­cją. – Mar­cin jest w wyraź­nym stre­sie… i boję się, że może popeł­nić błąd. Nie powinno być żad­nych nie­do­po­wie­dzeń! Ale nie chcia­łam na niego naci­skać i pomy­śla­łam, że zacze­kam na cie­bie.

Nagle zmie­niła ton i zaczęła mówić spo­koj­nie, Kon­rad jed­nak zda­wał sobie sprawę, że takie dwu­znaczne sytu­acje dzia­łają na nią wyjąt­kowo iry­tu­jąco.

– I jesz­cze coś – kon­ty­nu­owała. – Roz­ma­wia­łam z Beli­kiem, pyta­łam go wprost, o co cho­dzi z Mar­ci­nem. Zupeł­nie zlek­ce­wa­żył sprawę, a prze­cież wiesz, że szef WBW jest jego kum­plem. I wła­śnie to mnie zasta­no­wiło! On musi wie­dzieć, o co cho­dzi, ale ukrywa to przede mną, mimo że jestem prze­ło­żoną Mar­cina. – Zga­siła nie­do­pa­lo­nego papie­rosa, co jasno ozna­czało, że jest wście­kła.

– Nie dener­wuj się. Jutro zajmę się tą sprawą – powie­dział uspo­ka­ja­jąco Kon­rad.

Sara zawsze prze­ja­wiała nad­wraż­li­wość na punk­cie lojal­no­ści i zaufa­nia – i nic dziw­nego, bo sama była uczciwa wobec firmy i przy­ja­ciół. Ale nie do końca rozu­miała – lub nie chciała tego zaak­cep­to­wać – że ist­nieje też szara strefa życia wywiadu. Kon­rad takie sprawy zawsze brał na sie­bie, bo chciał chro­nić Wydział przed demo­ra­li­za­cją, teraz jed­nak zro­zu­miał, że na dłuż­szą metę to nie ma sensu. Sara jest zbyt inte­li­gentna, by tego nie widzieć, i już na tyle doświad­czona, że powinna sama się zmie­rzyć z tymi pro­ble­mami – pomy­ślał Kon­rad.

– Jeżeli jest tak, jak mówisz, to naj­praw­do­po­dob­niej sprawa nie doty­czy Mar­cina, tylko Wydziału… może jakiejś naszej sprawy lub kogoś z kie­row­nic­twa. – Zasta­no­wił się przez moment. – Pew­nie mnie, bo, jak widzisz, zajęli się Mar­ci­nem pod­czas mojej nie­obec­no­ści, a szef prze­cież powi­nien o wszyst­kim wie­dzieć… Mogli na mnie zacze­kać. – Zro­bił krótką prze­rwę i po chwili zasta­no­wie­nia rzu­cił już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie: – Czuję, o co tu cho­dzi! Ludzie z WBW są wię­cej niż lojalni wobec kie­row­nic­twa, to wia­domo, ale mają zero doświad­cze­nia i kom­pe­ten­cji. Naj­lep­szy dowód, że od razu wyczu­łaś, że coś się dzieje. Może to wła­śnie w tej spra­wie numer dwa chce mnie pil­nie widzieć… Jed­nego jestem pewien: to nie doty­czy cie­bie… nie doty­czy też Belika, z oczy­wi­stych powo­dów. W spra­wach zawo­do­wych Belik jest na przy­zwo­itym pozio­mie, ale ni­gdy nie będzie jed­nym z nas i dobrze o tym wie. Jest już u nas rok, nic sam nie zro­bił, nic nie wymy­ślił i cały czas cho­dzi za naszymi ple­cami do „Cięż­kiego”… Wiem o tym! Prze­cież muszą o czymś roz­ma­wiać! O czym?! – Kon­rad zdał sobie sprawę, że chyba się zaga­lo­po­wał. – Nie dener­wuj się, Saro. My wiemy dobrze, że nie mamy nic do ukry­cia i że nie popeł­ni­li­śmy żad­nych błę­dów, a błąd w sztuce jest zawsze do obrony.

W rze­czy­wi­sto­ści Kon­rad wie­dział, że nowe kie­row­nic­two Agen­cji Wywiadu, zgod­nie zresztą z panu­jącą w kraju atmos­ferą i nowymi wzo­rami, używa WBW jako oręża do zała­twia­nia swo­ich spraw.

Zawsze tak było, ale tak źle jak teraz to jesz­cze ni­gdy. Wśród kie­row­nic­twa poja­wiają się pierw­sze symp­tomy kom­pleksu Angle­tona1, a to zaczyna już być groźne – pomy­ślał Kon­rad.

Wie­dział, że mimo ofi­cjal­nych zapew­nień „Gene­rała”, jakoby liczyły się tylko kom­pe­ten­cje zawo­dowe, trzy lata jego służby w wywia­dzie PRL dys­kwa­li­fi­kują wszyst­kie następne i to, co w tym cza­sie zro­bił. Nie czuł żalu, wie­dział, że będzie musiał wkrótce odejść. To jedna z naszych pol­skich para­noi i doty­czy nie tylko wywiadu. Miał poczu­cie zawo­dowego speł­nie­nia i satys­fak­cję, że przy­go­to­wał takich ofi­ce­rów jak Sara, Lutek czy Mar­cin, któ­rzy są nadzieją pol­skich służb spe­cjal­nych, a co naj­waż­niej­sze – jego towa­rzy­szami broni i jedy­nymi przy­ja­ciółmi.

Geh­len2 miał wię­cej szczę­ścia – pomy­ślał z sar­ka­zmem.

– Będziesz roz­ma­wiał z Mar­ci­nem? – zapy­tała Sara, wsta­jąc.

– Nie! Po co? – ock­nął się Kon­rad. – Nie teraz… nie chcę go sta­wiać w nie­zręcz­nej sytu­acji. Zoba­czymy, co sam zrobi – odpo­wie­dział bez emo­cji, bo nie pierw­szy raz spo­ty­kał się z podobną sytu­acją.

– Zbie­raj się, Mar­cin. Jedziemy! Trzeba dać sze­fowi odpo­cząć! – powie­działa Sara gło­śno, sto­jąc już w przed­po­koju.

Mar­cin pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż prze­wró­cił krze­sło.

– Zacze­kaj, Saro. O czymś zapo­mnia­łem. – Kon­rad wró­cił do pokoju i wyjął z ple­caka nie­dużą paczkę. – To pre­zent! Dla cie­bie… kupi­łem go na suku w Sanie. Ręczna robota. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wyjęła z opa­ko­wa­nia inkru­sto­wany mie­dziany dzba­nu­szek.

– Piękny! Dzię­kuję! Pamię­ta­łeś o mnie… to miłe! – powie­działa to tak ser­decz­nie, jak tylko potra­fiła, i poca­ło­wała go w poli­czek.

Gdy wycho­dzili, Kon­rad wyszep­tał Mar­ci­nowi do ucha:

– Zrób coś ze sobą, to nie jest twój styl!

Zmru­żył oko, pokrę­cił głową i wło­żył mu do kie­szeni wore­czek z her­batą imbi­rową.

4

Drogę do Visby prze­ćwi­czył wcze­śniej wie­lo­krot­nie, więc nie musiał się spe­cjal­nie przy­go­to­wy­wać. Prawdę mówiąc, znał ją na pamięć.

Do Nynäshamn, skąd odcho­dził prom na Gotlan­dię, udał się kolejką pod­miej­ską z prze­siadką w Västerhaninge. Zajęło mu to pół­to­rej godziny. Mógł oczy­wi­ście jechać samo­cho­dem, ale trwa­łoby to znacz­nie dłu­żej.

Może gdyby… Ingrid! Przy oka­zji poje­cha­li­by­śmy na Fårö, na spa­cer wzdłuż rau­ków3 – prze­mknęło mu przez myśl.

Cza­sami zabie­rał ją na takie wyjazdy. Dla niej to były tylko jego dele­ga­cje albo mniej lub bar­dziej spon­ta­niczne wycieczki. Ni­gdy niczemu się nie dzi­wiła i przyj­mo­wała wszyst­kie jego pomy­sły jak coś natu­ral­nego.

Do Visby dopły­nął szyb­kim pro­mem SF 1500 linii Desti­na­tion Gotland w ciągu trzech godzin i dwu­dzie­stu minut. Pod­czas podróży obej­rzał film, lecz nie pró­bo­wał nawet wczuć się w jego akcję i teraz nie potra­fiłby nawet powie­dzieć, o co w nim cho­dziło. Morze było sil­nie wzbu­rzone, więc po pół­go­dzi­nie pomruk sil­ni­ków zaczął dzia­łać usy­pia­jąco.

Nie lubił szyb­kich pro­mów.

W bufe­cie, gdzie za jedyne towa­rzy­stwo miał ponu­rego har­ley­owca, zjadł klop­siki z sałatką ziem­nia­czaną i wcze­snym popo­łu­dniem zszedł z promu. Przed­tem jesz­cze przez chwilę podzi­wiał z gór­nego pokładu piękny widok śre­dnio­wiecz­nego Visby, któ­rego mury miej­skie zawsze koja­rzyły mu się z Car­cas­sonne, gdzie był z Ingrid w 1963 albo 1964 roku.

Z promu zszedł wprost na ulicę Färjeleden. Minął po lewej stro­nie port jach­towy, nad któ­rym koły­sało się na sil­nym wie­trze kil­ka­dzie­siąt meta­lo­wych masz­tów. Wokół niósł się ostry dźwięk ude­rza­ją­cych o nie sta­lo­wych linek.

Skrę­cił lekko w prawo i jesz­cze przez chwilę szedł wąskimi ulicz­kami. Porywy sie­ką­cego desz­czem zim­nego wia­tru, zupeł­nie nie­ty­po­wego dla Gotlan­dii o tej porze roku, pró­bo­wały wyrwać mu z ręki duży czarny para­sol.

Szedł pro­sto do dobrze zna­nego mu hotelu Cla­rion Wisby na Strand­ga­tan 6, który stał tuż obok portu, lecz już w obrę­bie murów miej­skich, i utrzy­many był w stylu śre­dnio­wiecz­nego zajazdu.

Dostał jed­no­oso­bowy pokój z oknem wycho­dzą­cym na port widoczny nad pej­za­żem stro­mych czer­wo­nych dachów oko­licz­nych kamie­ni­czek.

Wziął szybki prysz­nic. Wło­żył koszulę i spodnie, po czym wycią­gnął się na łóżku przy­kry­tym szarą narzutą. Potrze­bo­wał teraz kilku minut relaksu, zanim pój­dzie na spa­cer. Do miej­sca, które zawsze odwie­dzał, kiedy był na Gotlan­dii.

Nie­da­leko od murów obron­nych, na wschód, stoi nie­duży kamienny krzyż. Z tru­dem już można odczy­tać wykuty na nim napis: „Roku Pań­skiego 1361 Goci wpa­dli w ręce Dunów. Świeć, Panie, nad ich duszą”. Ten napis i to miej­sce maso­wego mordu doko­na­nego na miesz­kań­cach Gotlan­dii miały dla niego szcze­gólne zna­cze­nie.

Zło­żył pod krzy­żem kupioną po dro­dze czer­woną gotlandzką różę i wyszep­tał: „Pamię­tam o tobie, Olgo”. Spę­dził tam dwie, może trzy minuty i tą samą drogą wró­cił do hotelu.

W restau­ra­cji zjadł lekką kola­cję i resztę dnia spę­dził w pokoju, czy­ta­jąc kolejną książkę Petera Englunda – tym razem był to Nie­zwy­cię­żony. Nawet nie zauwa­żył, kiedy zasnął.

Rano wstał w wyjąt­kowo dobrym nastroju, jak zwy­kle o pią­tej trzy­dzie­ści, i przed szó­stą był już gotowy. Wło­żył sto­no­wane pista­cjowe spodnie chino, pod­ko­szu­lek, grubą białą koszulę z koł­nie­rzy­kiem na guziki i żeglar­skie buty firmy Green-Red. Wia­trówkę na zamek bły­ska­wiczny wziął w rękę.

Miał jesz­cze czas do hote­lo­wego śnia­da­nia, wysta­wia­nego o szó­stej. Posta­no­wił zatem obej­rzeć miej­sce, które było celem jego przy­jazdu. Wcze­śniej pla­no­wał, że zrobi to po śnia­da­niu, ale pro­gnoza pogody na ten dzień, zamiesz­czona w „Sven­ska Dag­bla­det”, nie zapo­wia­dała niczego dobrego.

Zanim ruszył, posie­dział jesz­cze chwilę, wygod­nie roz­party, w sty­lowo urzą­dzo­nym ogro­dzie zimo­wym, pró­bu­jąc dostrzec niebo przez szklany dach.

Miej­sce, które miał odwie­dzić, odda­lone było od hotelu o zale­d­wie trzy­sta metrów. Szło się tam sze­roką jak na Visby Strand­ga­tan lub labi­ryn­tem wąskich zauł­ków i przejść, by dotrzeć w końcu do roz­le­głego parku, gdzie tutejsi miesz­kańcy i tury­ści obcho­dzą czerw­cowy Mid­som­mar. O tej porze dnia było to jesz­cze odludne miej­sce.

Nie­zwy­kłe… jak dobrze pamię­tali o wybo­rze odpo­wied­niej pory roku – pomy­ślał z zado­wo­le­niem Hans Jor­gen­sen.

Więk­szą część parku zaj­mo­wał ogród bota­niczny, a w nim, obok ruin małego romań­skiego kościoła Świę­tego Olafa, stała nie­duża altana spo­wita gęstym listo­wiem dzi­kiego wina. Było szaro i mimo że słońce już dawno wze­szło, trudno było powie­dzieć, która może być godzina.

Na pobli­skiej Stu­den­tal­len, bie­gną­cej wzdłuż wewnętrz­nej strony murów, poja­wili się nie­liczni prze­chod­nie. Pomy­ślał, że na pro­me­na­dzie nad morzem musi wiać jesz­cze moc­niej. Uważ­nie obser­wo­wał oko­licę i sta­rał się zacho­wy­wać jak typowy star­szy pan na poran­nym spa­ce­rze.

Intu­icja, a może raczej suma zespo­lo­nych zmy­słów, pod­po­wia­dała mu, że wszystko jest w porządku. Nie zauwa­żył niczego nie­po­ko­ją­cego.

Spo­koj­nym, wyraź­nie zre­lak­so­wa­nym kro­kiem wró­cił do hotelu tą samą drogą, nie­znacz­nie tylko ją mody­fi­ku­jąc.

Coraz licz­niejsi prze­chod­nie przy­po­mi­nali, że dzień wstał już na dobre. I cho­ciaż słońca nie było, to deszcz rów­nież prze­stał padać.

Wyszedł z hotelu koło połu­dnia. Na początku krą­żył wąskimi, krę­tymi ulicz­kami sta­rego mia­sta. Impro­wi­zo­wał, potra­fił to robić, czuł, jakby miał to we krwi. Doświad­cze­nie i pew­ność sie­bie budo­wały w nim spo­kój i wewnętrzną rów­no­wagę. Był skon­cen­tro­wany jak sza­chi­sta, który ma przed sobą słab­szego prze­ciw­nika i wie, że wygra.

Przy­sta­wał przed wysta­wami, zatrzy­mał się, by zawią­zać but lub wyrzu­cić chu­s­teczkę. Wyko­rzy­sty­wał każde natu­ralne miej­sce, które pozwa­lało mu na obser­wa­cję oto­cze­nia. Nie­liczni prze­chod­nie nie wzbu­dzali jego podej­rzeń. Mecha­nizm wewnętrz­nej samo­kon­troli pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, ryt­micz­nie i pew­nie.

Od wyj­ścia z hotelu minęło około czter­dzie­stu pię­ciu minut. Nie musiał się spie­szyć ani tym bar­dziej spraw­dzać czasu, by wła­ści­wie zre­ali­zo­wać to, co zapla­no­wał. Musiał jed­nak być pewny, że zrobi to bez­piecz­nie.

Wyszedł z wąskiej uliczki na Store Torg i wszedł do kawiarni, jed­nej z nie­licz­nych czyn­nych o tej porze w mie­ście.

Był jedy­nym gościem, wybrał miej­sce przy oknie, z któ­rego miał widok na cały duży plac, kamienny szkie­let kościoła po lewej, schod­kową fasadę śre­dnio­wiecz­nego budynku z napi­sem „Gutekällaren” i rząd zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów. Zawsze go dener­wo­wało, że wła­dze mia­sta godzą się na par­ko­wa­nie wozów na naj­ład­niej­szym placu.

Zaczął padać deszcz. Prze­je­chał zmok­nięty rowe­rzy­sta i prze­szła para sta­rusz­ków sku­lona pod wiel­kim sza­rym para­so­lem. Przez następne dwa­dzie­ścia minut na placu poja­wiło się kilka naj­wy­raź­niej zupeł­nie przy­pad­ko­wych osób.

Poczuł się pew­nie. Wie­dział już, że nikt go nie śle­dzi. Posta­no­wił, że prze­czeka deszcz i dopiero potem ruszy dalej. Wypił dwie fili­żanki kawy i poroz­ma­wiał ze śnia­dym wła­ści­cie­lem lokalu.

Po pół­go­dzi­nie prze­stało padać i nie­mal od razu poja­wiły się słabe pro­mie­nie słońca. Wyszedł z kawiarni i skrę­cił w lewo, stromo pod górę, w Sant Drot­tens­ga­tan. Zatrzy­mał się na chwilę przed wystawą jubi­lera, skąd miał dobry widok w dół na drogę, którą prze­szedł.

– Czy­sto, czy­sto, czy­ściu­teńko – powie­dział pół­gło­sem z wyraź­nym zado­wo­le­niem.

Robiło się coraz sło­necz­niej i zza chmur prze­świe­cały już inten­syw­nie nie­bie­skie frag­menty mor­skiego nieba. Klu­czył jesz­cze chwilę ulicz­kami w pobliżu murów i oglą­dał wystawy skle­pów, coraz bar­dziej skra­ca­jąc odle­głość od miej­sca prze­zna­cze­nia. Ściany domów ginęły wśród cięż­kich kiści czer­wo­nych gotlandz­kich róż.

Poczu­cie bez­pie­czeń­stwa spo­wo­do­wało, że przez chwilę pozwo­lił sobie na mimo­wolne roz­luź­nie­nie i utratę czuj­no­ści. Skar­cił się natych­miast za ten prze­jaw bez­tro­ski. Wolał nie myśleć, jak jego brak pro­fe­sjo­na­li­zmu mógł się odbić na karie­rze Carla.

Dotarł do Bramy Wschod­niej. Na placu, przed wej­ściem na stare mia­sto, krę­ciło się już wielu tury­stów. Wszedł do pobli­skiego lokalu Ali’s Kiosk & Grill.

O tej porze roku w Visby mało kto tu zaglada. Świet­nie! – pomy­ślał.

Był sam. Usiadł w rogu sali, by mieć na oku wej­ście do lokalu. Zjadł sałatkę z rukoli i wypił lek­kie piwo. Zajęło mu to trzy­dzie­ści minut i w tym cza­sie nikt nie wszedł do środka. Uznał, że sytu­acja doj­rzała już na tyle, że powi­nien przy­stą­pić do reali­za­cji zada­nia.

Ścieżką wzdłuż murów obron­nych udał się do Bramy Pół­noc­nej, przez którą mógł wejść do parku, a potem do ogrodu bota­nicz­nego. Nie pomy­ślał jed­nak, że po desz­czu ścieżka będzie grzą­ska, i mocno zabło­cił buty. Był za to tro­chę zły na sie­bie, ale szedł dalej. Zaczął nawet przy­spie­szać kroku, chciał mieć to już za sobą, jak naj­szyb­ciej, a może bar­dziej chciał wie­dzieć, co tam jest!

Napię­cie i stres ostat­nich kil­ku­na­stu godzin dawały już o sobie znać i przez moment pomy­ślał, że nie może nad sobą zapa­no­wać.

– To prze­cież nor­malne – uspo­koił się.

Poczuł dreszcz prze­bie­ga­jący po ple­cach. Miał wra­że­nie, że myśli mu ucie­kają. Frag­menty wspo­mnień i wra­żeń zaczęły się mie­szać. Prze­stra­szył się, że za chwilę zacznie biec, a prze­cież nie mógł tego zro­bić.

Przy­po­mniał sobie, jak mały Carl, w krót­kich spoden­kach i ze łzami w oczach, nie chciał się usta­wić do zdję­cia.

Prze­szedł przez Bramę Pół­nocną i znów zna­lazł się w obrę­bie murów. Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach przez niską żela­zną furtkę wszedł do parku. Spo­koj­nym, wyćwi­czo­nym kro­kiem prze­mie­rzał asfal­towe alejki. Minął młodą kobietę z wóz­kiem, pochło­niętą roz­mową przez tele­fon komór­kowy. Nikogo wię­cej nie zauwa­żył.

Po kil­ku­na­stu minu­tach zbli­żył się do altany. Jesz­cze raz się zatrzy­mał, pod­cią­gnął skar­petkę i zlu­stro­wał oto­cze­nie. Czuł lek­kie stę­że­nie mię­śni. Wszedł do środka i po pra­wej stro­nie, na wyso­ko­ści głowy, zoba­czył zawie­szoną żółto-zie­loną kulę, która wyglą­dała jak pokarm dla pta­ków.

Dooobrze! Wszystko w porządku! Teraz szybko i dokład­nie… – pomy­ślał, nieco uspo­ko­jony tym wido­kiem.

Wycią­gnął z kie­szeni kurtki czarne skó­rzane ręka­wiczki i szybko je wło­żył. Zde­cy­do­wa­nym ruchem, może tro­chę zbyt ner­wowo, zerwał kulę. Roz­darł ją i wyjął ze środka małą czarną tulejkę, którą zaci­snął mocno w dłoni.

Nagle po dru­giej stro­nie altany usły­szał zbli­ża­jące się szybko kroki. Poczuł ucisk w żołądku i na chwilę znie­ru­cho­miał. Nic nie widział. Deli­kat­nie roz­su­nął gęste liście pokry­wa­jące altanę i zauwa­żył syl­wetkę śmie­cia­rza w nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie. To był zły znak i nie mógł opa­no­wać wście­kło­ści.

Wró­cił do hotelu, naru­sza­jąc zasady bez­pie­czeń­stwa, ale to nie­spo­dzie­wane spo­tka­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi, czym sam był zasko­czony.

Zamknął drzwi od wewnątrz i zabez­pie­czył łań­cusz­kiem. Usiadł za biur­kiem. Ostroż­nie zła­mał u nasady szklaną tulejkę. Wyjął z niej cen­ty­me­trowy papie­rowy rulo­nik i roz­wi­nął deli­kat­nie.

Kartkę w cało­ści wypeł­niały pię­cio­cy­frowe liczby wyso­ko­ści dwóch mili­me­trów. Kan­tem dłoni roz­pro­sto­wał papier i poło­żył na nim szybkę, którą przy­wiózł ze sobą. Tezau­rus znał na pamięć i mógł roz­szy­fro­wać tekst prędko i bez­błęd­nie. W miarę jak zesta­wiał litery, na jego twa­rzy coraz wyraź­niej poja­wiało się zdu­mie­nie. Cze­goś podob­nego już dawno nie robił!

Zdzi­wił się nawet tro­chę, dla­czego on, ale poczu­cie satys­fak­cji i roz­luź­nie­nie z łatwo­ścią stłu­miły te myśli. Cze­kała go prze­cież cie­kawa podróż.

Nauczył się pro­stego tek­stu na pamięć, ale dla pew­no­ści zro­bił kilka kodo­wa­nych nota­tek. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że w instruk­cji nie ma ani słowa o jego nowych doku­men­tach.

Zaklął.

5

Posta­no­wiła, że dzi­siaj położy się wcze­śniej. Była zmę­czona kie­ro­wa­niem Wydzia­łem pod nie­obec­ność Kon­rada. Dla­tego tro­chę ją dotknęło, że wyra­ził się pozy­tyw­nie o umie­jęt­no­ściach Belika. Ona naj­le­piej wie­działa, że ten facet nie ma zie­lo­nego poję­cia o ofen­syw­nym wywia­dzie ope­ra­cyj­nym, o ope­ra­cjach spe­cjal­nych. Przy­cho­dził do niej ze wszyst­kim, z każ­dym pyta­niem, z każdą sprawą, a doku­menty trzeba było po nim cią­gle popra­wiać. Ale był kum­plem „Cięż­kiego”, zastępcy szefa Agen­cji!

Sara ukry­wała tro­chę nie­kom­pe­ten­cję Belika, żeby chro­nić Kon­rada. Miał tyle spraw na gło­wie. Cza­sami był tak wybu­chowy i nie­obli­czalny, że mógł nawet nie zauwa­żyć, iż szko­dzi sobie samemu.

Kon­rad Wol­ski – mniej­sza o to, jak brzmiało jego praw­dziwe nazwi­sko – był naj­waż­niej­szą osobą w jej życiu, które, jeśli nie liczyć krót­kiego dzien­ni­kar­skiego epi­zodu, zwią­zała z wywia­dem. Rok wcze­śniej zakoń­czyła luźny zwią­zek z pochop­nie odświe­żoną sym­pa­tią ze szkoły śred­niej. Od tego czasu nie miała życia pry­wat­nego, a jej cały świat kon­cen­tro­wał się wokół pracy i dzie­lił na swo­ich i obcych.

W wywia­dzie ope­ra­cyj­nym słu­żyła już trzy­na­ście lat i też nie nazy­wała się Kor­ska. Nie miało to zresztą żad­nego zna­cze­nia. Nazwi­sko to ostat­nia rzecz, jaka iden­ty­fi­kuje ofi­cera wywiadu.

Kiedy roz­po­czy­nała współ­pracę z Kon­ra­dem, miała już swoje osią­gnię­cia, poważne wer­bunki agen­tury na Wscho­dzie. Dopiero jed­nak przy nim poczuła smak odpo­wie­dzial­no­ści za trudne i nie­bez­pieczne ope­ra­cje. W gro­nie naj­bliż­szych opo­wia­dała cza­sami, jak to wszystko się zaczęło.

Sie­dem lat temu, gdy wró­cił do Pol­ski po kilku latach pracy gdzieś za wschod­nią gra­nicą, Wydział „Q” jesz­cze nie ist­niał. Ni stąd, ni zowąd Kon­rad poja­wił się w ówcze­snym Wydziale XX, który uzna­wała za obszar swo­jej wyłącz­nej domi­na­cji.

Czę­sto widy­wali się na kory­ta­rzu. Ale Kon­rad ni­gdy nie mówił jej „dzień dobry” ani nie zwra­cał na nią spe­cjal­nej uwagi. Uznała go więc za zaro­zu­mia­łego gbura i palanta. I nie pomo­gło mu nawet to, że był naj­przy­stoj­niej­szy, nie tylko na tym kory­ta­rzu. Któ­re­goś dnia wezwał ją ówcze­sny szef Wydziału, który znał Kon­rada jesz­cze z nie­słusz­nych cza­sów PRL, i zapy­tał, czy chcia­łaby z nim pra­co­wać. Odpo­wie­działa, nie­mal krzy­cząc: „Ni­gdy! Z takim cha­mem?!”.

Szef zapro­po­no­wał jej wtedy układ: „Popra­cuj mie­siąc z Kon­ra­dem. Jeśli po tym cza­sie na­dal będziesz uwa­żała, że to palant i gbur, wyco­fam cię natych­miast”.

– Ni­gdy już do niego nie przy­szłam – koń­czyła zwy­kle swoją histo­ryjkę, któ­rej nie znał tylko Kon­rad.

Podo­bał jej się także jako męż­czy­zna, cho­ciaż potra­fiła to zręcz­nie masko­wać. Musiał się podo­bać rów­nież innym kobie­tom. Miał swój ory­gi­nalny styl, i w stroju, i w zacho­wa­niu, nie­moż­liwy do sko­pio­wa­nia. Wysoki, może nawet za bar­dzo, o wyćwi­czo­nej szczu­płej syl­wetce, z czar­nymi wło­sami z nie­znaczną domieszką sre­bra i sinym zaro­ście, nawet rano.

Sara widziała jego zdję­cia z cza­sów, gdy miał dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści lat, i ni­gdy nie zamie­ni­łaby go na tę wcze­śniej­szą wer­sję. Podo­bało jej się też samo imię. Nie wie­dzieć czemu dosko­nale paso­wało do jego śród­ziem­no­mor­skiej urody, cho­ciaż miała uza­sad­nione powody, by uwa­żać, że to raczej semicki typ. To był jedyny Kon­rad, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała, i cza­sem bała się, że może natra­fić na innego.

Ufała mu bez­gra­nicz­nie, bo po latach znała go lepiej, niż on sam sie­bie, i wie­działa, jaki jest naprawdę. Spra­wiało jej satys­fak­cję, że pra­cuje z czło­wie­kiem, któ­rego ofi­ce­ro­wie darzą praw­dzi­wym sza­cun­kiem.

W spra­wach zawo­do­wych był zdolny do nie­zwy­kłych czy­nów, pomy­słowy i nie zawsze wystar­cza­jąco cier­pliwy. W spra­wach oso­bi­stych, małych spra­wach dnia codzien­nego, nie­za­radny jak dziecko. Zupeł­nie tego nie zauwa­żał. Zawsze wyglą­dał na skon­fun­do­wa­nego, gdy zorien­to­wał się, że mu poma­gała. A ona prze­cież zarzą­dzała całym sys­te­mem „opieki spe­cjal­nej nad sze­fem”, który obej­mo­wał pra­wie wszyst­kich ofi­ce­rów Wydziału Spe­cjal­nego „Q”, o czym Kon­rad rów­nież nie miał poję­cia. Robili to z przy­jem­no­ścią i peł­nym odda­niem, bo każdy z nich zali­czył już z sze­fem ostrą robotę za gra­nicą i wie­dział, że może na niego liczyć, na jego doświad­cze­nie i przy­jaźń. Dla nich nie miało zna­cze­nia, że był w wywia­dzie PRL, cho­ciaż wszy­scy przy­szli do służby już po 1990 roku.

Sara Kor­ska miała za sobą początki dobrze zapo­wia­da­ją­cej się kariery dzien­ni­kar­skiej. Począt­kowo w pra­sie niszo­wej, która szybko oka­zała się tubą pol­skich nacjo­na­li­stów. Współ­pracę zakoń­czyła, nie pobie­ra­jąc nawet wyna­gro­dze­nia. Potem pra­co­wała przez rok w „Rzecz­po­spo­li­tej” i jakiś czas w „Gaze­cie Wybor­czej”. Szybko jed­nak zorien­to­wała się, że ten zawód nie daje ocze­ki­wa­nej satys­fak­cji, nie sta­wia przed nią wyzwań, a była wtedy znacz­nie bar­dziej naiwną ide­alistką, niż jest teraz. Zgło­siła się wów­czas jako wolon­ta­riuszka do pracy w obo­zach dla uchodź­ców w Suda­nie. Otrzy­mała już przy­dział, gdy prze­czy­tała w gaze­cie ogło­sze­nie o nabo­rze do Agen­cji Wywiadu.

Praca w wywia­dzie była jak przej­ście do świata nowych war­to­ści, praw­dzi­wej przy­jaźni. Mimo że na co dzień obcu­jesz tam z bru­dami, sam musisz pozo­stać czy­sty.

Zaufała po raz pierw­szy męż­czyź­nie, star­szemu o dzie­więć lat. Powie­działa mu o sobie wszystko już na samym początku zna­jo­mo­ści, kiedy czuła, że potrze­buje opieki, i ni­gdy potem się na nim nie zawio­dła.

Tyle lat! Cza­sami ogar­niał ją strach, gdy pomy­ślała, że może go zabrak­nąć. Wtedy, jak na fil­mie w HD, prze­wi­jały się w jej pamięci obrazy z Bośni, kiedy przez pięć kilo­me­trów cią­gnęła go w nocy, nie­przy­tom­nego, na dzie­cin­nym wózku do pierw­szego poste­runku wojsk ONZ w Zenicy i nikt nie chciał jej pomóc. Pamię­tała strach, omdle­wa­jące od wysiłku ręce i wła­sny krzyk odbi­ja­jący się od pustych domów.

Teraz była zła na sie­bie, że znów przy­wo­łała te wspo­mnie­nia przed snem, i zła­pała się na tym, że zda­rza jej się to coraz czę­ściej. Jak jakiś zły znak, zła wróżba.

6

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

– Towa­rzy­szu Zaru­bin, przy­stąp­cie do refe­ro­wa­nia. Ocze­ku­jemy od was jasnego przed­sta­wie­nia sprawy. Jeste­ście doświad­czo­nym, inte­li­gent­nym ofi­ce­rem wywiadu, więc liczymy, że wasza infor­ma­cja pozwoli nam wycią­gnąć wła­ściwe wnio­ski. Nie muszę wam chyba mówić, że sprawa pol­ska ma teraz dla kie­row­nic­twa par­tii i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina nad­zwy­czajne zna­cze­nie. Zawsze miała, ale teraz ma szcze­gól­nie! – zakoń­czył swoje lekko pate­tyczne przy­wi­ta­nie Ław­rien­tij Beria.

Nie ocze­ki­wał na reak­cję Zaru­bina. Znał go słabo i trudno mu było pole­gać na opi­nii Jeżowa, ale krą­żące na Łubiance opo­wie­ści o wyjąt­ko­wym pro­fe­sjo­na­li­zmie i stos dono­sów, które nazy­wały go bez­względ­nym, gru­biań­skim i nie­obli­czal­nym karie­ro­wi­czem, w zupeł­no­ści wystar­czały. Lubił wła­śnie takich, nie zno­sił ide­owych cze­ki­stów.

Beria sie­dział za dłu­gim sto­łem, nakry­tym zie­lo­nym suk­nem, pośrodku trzy­oso­bo­wej komi­sji kie­row­nic­twa NKWD. Patrzył Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy i obra­cał w pal­cach ostro zatem­pe­ro­wany ołó­wek.

W sali wisiała chmura papie­ro­so­wego dymu i cho­ciaż nie było to małe pomiesz­cze­nie, Zaru­bin, kiedy tylko wszedł, zdał sobie sprawę, że pierw­sze trzy mózgi NKWD musiały tutaj spę­dzić już dłuż­szy czas.

Sądzą, że wie­dzą, co trzeba robić! – pomy­ślał pewny sie­bie. Zoba­czymy, jak poznają szcze­góły. Prze­cież ani Beria, ani kie­row­nic­two INO4 nie mieli nawet czasu zapo­znać się szcze­gó­łowo z tema­tem. I to jesz­cze potrwa. Zaję­cie zachod­niej Ukra­iny i Bia­ło­rusi pla­no­wane było prze­cież od dawna. Plan awa­ryjny, nad któ­rym tak się napra­co­wa­łem, po odej­ściu Jeżowa i jego ludzi zagi­nął. Stało się zatem bar­dzo… bar­dzo… dobrze, nie ma doku­men­tów! – roz­wa­żał z poczu­ciem satys­fak­cji. Jeżow jesz­cze żyje, ale to już pew­nie tylko kwe­stia dni. Czyli… towa­rzy­sze… teraz ja będę pocią­gał za sznurki, a to w tych cza­sach i przy tym sze­fie prze­pustka do prze­trwa­nia. Obu­dzili się nagle! I to oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin! A więc? Dosko­nale! – skon­sta­to­wał ze szcze­rym sza­cun­kiem dla sie­bie major bez­pie­czeń­stwa pań­stwo­wego Wasi­lij Michaj­ło­wicz Zaru­bin, cze­ki­sta z dzie­więt­na­sto­let­nim sta­żem i ręką wręcz stwo­rzoną do nagana.

Sie­dział teraz na krze­śle wypro­sto­wany, tak by poka­zać wzo­rowo skro­jony i dopa­so­wany mun­dur. Dbał o wygląd i wyma­gał tego samego od pod­wład­nych.

Ostre jesienne słońce wpa­dało przez duże brudne okno i świe­ciło Zaru­bi­nowi pro­sto w oczy. Z tru­dem powstrzy­my­wał gry­mas i nie mógł dostrzec twa­rzy człon­ków komi­sji, sie­dzą­cych sze­re­giem, ple­cami do okna – trzech postaci, które spra­wiały wra­że­nie ponu­rego sądu gra­ni­to­wych, bez­dusz­nych cieni.

Jak sąd trój­kowy – pomy­ślał Zaru­bin i zasta­no­wił się, czy to może być śmieszne. Nie wąt­pił, że jest obser­wo­wany, ale nie widział tego. Widział nato­miast Berię, a przede wszyst­kim jego pince-nez, jakby pokryte mgłą, poru­sza­jące się nie­zau­wa­żal­nie w takt odde­chu, i krą­żący w pal­cach ołó­wek.

Czuł się jak aktor na sce­nie i ta rola bar­dzo mu odpo­wia­dała. Jako ofi­cer wywiadu miał to we krwi. Umie­jęt­ność odgry­wa­nia spon­ta­nicz­nych i zapla­no­wa­nych maestrii, jak to okre­ślał, była jego mocną stroną i sły­nął z tego wśród ofi­cerów i prze­ło­żo­nych. Z powo­dze­niem wyko­rzy­sty­wał tę swoją tajną broń, reali­zu­jąc zada­nia dla dobra Kraju Rad, ale rów­nież na wła­sne potrzeby. Trudno nawet powie­dzieć, co było waż­niej­sze, bo w obu przy­pad­kach stawką było prze­trwa­nie.

Wstęp Berii Zaru­bin przy­jął z satys­fak­cją i potrak­to­wał jako dobry znak. Sam jed­nak ni­gdy się nie zasta­na­wiał, czy jest inte­li­gentny. To sztuka mani­pu­la­cji i inspi­ra­cji były jego naj­moc­niej­szymi atu­tami. Spraw­dziły się szcze­gól­nie w 1937 roku. Naj­in­te­li­gent­niejsi pierwsi dostali kulę w łeb. Jemu się udało, lecz od tego czasu musiał się mieć na bacz­no­ści, choć nie­okre­ślony, wiszący w powie­trzu zapach nad­cho­dzą­cej wojny odsu­wał to ryzyko coraz bar­dziej. Tacy jak on są teraz na wagę złota, a nie­wielu ich zostało!

Jako Wielki Mani­pu­la­tor zawsze potra­fię zna­leźć wła­ściwą drogę i wyjść z kło­po­tów – powta­rzał w głębi duszy Zaru­bin i miał pod­stawy, by tak o sobie myśleć.

Po chwili mil­cze­nia, jak aktor przed dekla­ma­cją, otwo­rzył leżącą przed nim czer­woną teczkę i wyjął z niej plik zapi­sa­nych odręcz­nie kar­tek.

– Towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący, towa­rzy­sze – roz­po­czął spo­koj­nym, wyraź­nym, dobrze akcen­to­wa­nym gło­sem, sie­dząc sztywno w pozy­cji służ­bo­wej. – Sytu­acja ope­ra­cyjna na kie­runku pol­skim po pierw­szym wrze­śnia jest trudna, jak to można okre­ślić, albo ina­czej, trudna do okre­śle­nia… Wymaga szcze­gó­ło­wych obja­śnień i, jak sądzę, naj­le­piej będzie… towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący… jeśli zacznę refe­ro­wać sprawę od powsta­nia Wydziału Pol­skiego Depar­ta­mentu „S” i przed­sta­wię pro­ces budo­wa­nia jego modus ope­randi aż do chwili obec­nej. Pozwoli to na lep­sze zro­zu­mie­nie, z jakimi pro­ble­mami i wyzwa­niami, nie pomi­ja­jąc natu­ral­nie nie­wąt­pli­wych suk­ce­sów, spo­tkał się radziecki wywiad nie­le­galny w byłej bia­łej Pol­sce. Poru­szać będę, z oczy­wi­stych powo­dów, przede wszyst­kim te aspekty naszej aktyw­no­ści, które doty­czą tere­nów zaję­tych obec­nie przez Rze­szę Nie­miecką.

Zaczerp­nął powie­trza.

– Wkro­cze­nie Armii Czer­wo­nej na zachod­nią Ukra­inę i Bia­ło­ruś prak­tycz­nie zakoń­czyło dzia­łal­ność wywia­dow­czą na tym tery­to­rium, i to, muszę wyraź­nie pod­kre­ślić, z powo­dze­niem. W związku z wzię­ciem do nie­woli masy pol­skich ofi­ce­rów, urzęd­ni­ków, inte­li­gen­tów i opa­no­wa­niem waż­nych ośrod­ków admi­ni­stra­cyj­nych otwie­rają się przed nami ogromne, choć trudne jesz­cze do jed­no­znacz­nej oceny, moż­li­wo­ści na przy­szłość – kon­ty­nu­ował Zaru­bin tro­chę sztyw­nym i urzę­do­wym języ­kiem. – Powrócę do tej kwe­stii w dal­szej czę­ści swo­jego refe­ratu.

Nie posłu­gi­wał się notat­kami, mówił płyn­nie z pamięci.

– Na posie­dze­niu Polit­biura trzy­dzie­stego stycz­nia tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku przed­sta­wiony został znany towa­rzy­szom raport kie­row­nic­twa INO, rela­cjo­nu­jący i jed­no­cze­śnie oce­nia­jący stan pro­wa­dzo­nych wów­czas dzia­łań wywia­dow­czo-ope­ra­cyj­nych. Wyraźne wytyczne Polit­biura i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina zobo­wią­zy­wały nas, ówcze­sne OGPU5, do zde­cy­do­wa­nego zin­ten­sy­fi­ko­wa­nia pracy wywia­dow­czej. Doty­czyły mię­dzy innymi państw sąsia­du­ją­cych, w tym oczy­wi­ście bia­łej Pol­ski. Byłem wów­czas mło­dym ofi­ce­rem i prze­by­wa­łem we Fran­cji, gdzie orga­ni­zo­wa­łem naszą nie­le­galną rezy­den­turę, ale dzięki zaufa­niu par­tii i kie­row­nic­twa od początku uczest­ni­czy­łem w opra­co­wa­niu pro­gramu pionu „S”, mają­cego reali­zo­wać dyrek­tywę – powie­dział Zaru­bin bez cie­nia skrom­no­ści. – Kie­row­nic­two INO pod­jęło decy­zję, by w celu mak­sy­mal­nie efek­tyw­nej reali­za­cji wytycz­nych towa­rzy­sza Sta­lina zde­cy­do­wa­nie roz­bu­do­wać pracę z pozy­cji rezy­den­tur nie­le­gal­nych, o czym towa­rzy­sze wie­dzą.

Zaru­bin pró­bo­wał skra­cać dystans, jaki dzie­lił go od komi­sji, a szcze­gól­nie od Berii.

– Dotych­cza­sowe wyniki pracy wywia­dow­czej, pro­wa­dzo­nej z pozy­cji naszych przed­sta­wi­cielstw czy bez­po­śred­nio z pozy­cji ZSRR, pod­dane zostały przez towa­rzy­sza Sta­lina uza­sad­nio­nej kry­tyce. Zatem cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści spadł na nas, czyli pion „S”, który poka­zał już wcze­śniej, że ta nowa metoda pracy wywia­dow­czej ma przy­szłość. Daje nad­zwy­czaj dobre rezul­taty, ale wymaga sto­sun­kowo dużej pracy, którą trzeba wło­żyć w przy­go­to­wa­nie nie­le­gała… Co naj­waż­niej­sze, bur­żu­azyjne służby spe­cjalne, w szcze­gól­no­ści kontr­wy­wiad, wciąż pra­cują na pozio­mie z okresu Wiel­kiej Wojny… może z wyjąt­kiem Nie­miec i w jakimś sen­sie byłej Pol­ski. Brak im ela­stycz­no­ści i otwar­to­ści na nowe idee, dla­tego tę walkę wygry­wamy – cią­gnął Zaru­bin.

– Towa­rzy­szu majo­rze, do rze­czy! – zde­cy­do­wa­nie ode­zwał się szef INO NKWD Paweł Michaj­ło­wicz Fitin, ale Zaru­bin się tym nie prze­jął, bo wie­dział, że Beria lubi poli­tyczne wstępy.

– Idea świa­to­wej rewo­lu­cji, uzna­nie świata pracy i postępu dla Kraju Rad – kon­ty­nu­ował – spo­wo­do­wały masowy napływ rewo­lu­cjo­ni­stów goto­wych oddać życie w walce z bur­żu­jami i kapi­ta­li­zmem. Tajne oddziały w par­tiach komu­ni­stycz­nych, kie­ro­wane przez znaną nam jed­nostkę w Komin­ter­nie, spraw­dziły się dosko­nale, dostar­cza­jąc kan­dy­da­tów na nie­le­ga­łów. Spo­śród nich wybra­li­śmy bry­lanty, które, jak to się mówi, pod­le­gały dal­szej obróbce. Z dzie­się­ciu kan­dy­da­tów warunki speł­niał jeden, a wyma­ga­nia wciąż pod­no­si­li­śmy. Wyniki pracy Depar­ta­mentu „S” od tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku do dzi­siaj są wię­cej niż zachę­ca­jące. Doty­czy to pla­so­wa­nia ofi­ce­rów tego pionu i roz­bu­dowy rezy­den­tur na tere­nie Anglii, Fran­cji, Nie­miec, Włoch i wielu innych kra­jów. Nasze dzia­ła­nia w tym zakre­sie refe­ro­wa­łem szcze­gó­łowo poprzed­nio, ale w wielu wąt­kach, któ­rych wów­czas nie poru­szy­łem, wiążą się one ze sprawą pol­ską.

Zaru­bin zaj­rzał do swo­ich nota­tek. Zauwa­żył, że Fitin otwiera leżący przed nim zeszyt i zaczyna coś noto­wać. Nie znał go jesz­cze dobrze, cho­ciaż znał pra­wie wszyst­kich cze­ki­stów, żywych i mar­twych, jak mówił. Fitin był czło­wie­kiem z zewnątrz, nowym. Miał dopiero trzy­dzie­ści dwa lata, o jede­na­ście mniej niż Zaru­bin, i jesz­cze się uczył. Rezul­tat swo­ich dotych­cza­so­wych spo­tkań z Fiti­nem Zaru­bin oce­nił jako dodatni. Ostroż­nie dodatni, bo nie wie­dział jesz­cze, jak ułożą się rela­cje nowego szefa INO z Berią, który znał się dobrze na służ­bach, ale słabo na wywia­dzie, a Fitin był inte­li­gentny i szybko robił postępy.

Wygląda na to, że Paweł Michaj­ło­wicz ma przed sobą przy­szłość – zasta­na­wiał się Zaru­bin, nie prze­ry­wa­jąc wystą­pie­nia. Po czy­stce sprzed dwóch lat i w obli­czu nie­ja­snych per­spek­tyw jego nomi­na­cja musiała być głę­boko prze­my­ślana. Z pew­no­ścią była to decy­zja Sta­lina, nie ma wąt­pli­wo­ści, ale jaka naprawdę jest pozy­cja Berii, nikt nie wie. Ozna­cza to mimo wszystko, że Beria nie powi­nien już czuć się tak pew­nie. Fitin to zupeł­nie nowa postać, nie­mal zni­kąd, jakiś redak­tor pisma dla koł­choź­ni­ków… a ma zaufa­nie Polit­biura. Będzie więc potrze­bo­wał doświad­czo­nego i lojal­nego współ­pra­cow­nika, towa­rzy­sza Zaru­bina! Myśl ta spra­wiła mu nie­spo­dzie­waną przy­jem­ność.

Uznał, że skoń­czył ostrożny występ dla Berii. Teraz musi się skon­cen­tro­wać. Będzie mówił do Fitina.

– Plan budowy nie­le­gal­nej rezy­den­tury pionu „S” w Pol­sce uzna­li­śmy za jedno z prio­ry­te­to­wych zdań. Kraj ten miał i zawsze będzie mieć szcze­gólne zna­cze­nie dla naszych inte­re­sów stra­te­gicz­nych. Sytu­acja wewnętrzna w Pol­sce po woj­nie dwu­dzie­stego roku i budowa pań­stwa bur­żu­azyj­nego to czas budze­nia się sil­nego anty­bol­sze­wi­zmu. Kle­ry­kalny nacjo­na­lizm Pola­ków sta­no­wił poważną prze­szkodę w roz­woju par­tii komu­ni­stycz­nej. Musie­li­śmy się zatem oprzeć na mniej­szo­ściach naro­do­wych, co de facto było pół­środ­kiem i w pew­nym stop­niu obró­ciło się prze­ciwko nam. Nie doce­ni­li­śmy anty­se­mi­ty­zmu Pola­ków. Woj­skowo-bur­żu­azyjne rządy w Pol­sce skie­ro­wały ostrze swo­ich służb spe­cjal­nych przede wszyst­kim prze­ciwko ZSRR. I trzeba obiek­tyw­nie przy­znać, że stwo­rzyły, w porów­na­niu z innymi pań­stwami, nad­zwy­czaj sprawne służby, tak zwany Oddział Drugi Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin tylko dla pozoru zaglą­dał do nota­tek.

– Jeżeli dodać do tego jesz­cze fakt, że Pol­ska stała się sie­dzibą wszel­kiej maści rene­ga­tów bia­łej Rosji, to sytu­acja w tym kraju jest szcze­gólna i wciąż stwa­rza zagro­że­nie dla naszego bez­pie­czeń­stwa. Pol­skie służby bli­sko współ­pra­co­wały z Fran­cu­zami i Bry­tyj­czy­kami, miały kon­takty nawet z Japoń­czy­kami, wiemy o tym. Kie­runki naszego zain­te­re­so­wa­nia Pol­ską od tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego dru­giego roku ule­gały zmia­nie. Do tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego czwar­tego udało nam się w wystar­cza­ją­cym stop­niu spe­ne­tro­wać śro­do­wi­ska bia­łych emi­gran­tów i tym samym zneu­tra­li­zo­wać ich wyko­rzy­sta­nie przez pol­ski wywiad, zwłasz­cza że Polacy musieli skon­cen­tro­wać się w więk­szym stop­niu na sytu­acji w Niem­czech, co trwało aż do wybu­chu wojny.

Fitin zaczął się krę­cić na krze­śle, więc Zaru­bin pomy­ślał, że lepiej przejść do kon­kre­tów.

– Nasze rezy­den­tury nie­le­galne w Euro­pie Zachod­niej osią­gnęły nad­zwy­czaj dobre rezul­taty w uzy­ski­wa­niu dostępu do kodów i szy­frów dyplo­ma­tycz­nych, co pozwo­liło naszemu radio­wy­wia­dowi na kon­trolę kore­spon­den­cji więk­szo­ści państw zachod­nich. Nie­stety, tak dobrych wyni­ków nie udało się osią­gnąć wzglę­dem Nie­miec i Pol­ski.

– Towa­rzy­szu Zaru­bin – ode­zwał się nagle dziw­nym, nie­na­tu­ral­nym gło­sem Beria i nie pod­no­sząc wzroku, mówił dalej: – Rozu­miem, że jeste­ście zaprzy­jaź­nieni z „Andrie­jem”. Czy to, co powie­dzie­li­ście przed chwilą, ma na celu jego obronę?

Zaru­bin zdrę­twiał. Nie spo­dzie­wał się takiej reak­cji, ale ton głosu Berii nie paso­wał do pyta­nia. Stra­cił na chwilę orien­ta­cję. Nie mógł zro­zu­mieć, o co cho­dzi.

– As naszego wywiadu nie­le­gal­nego, „Andriej”, czyli Dmi­trij Alek­san­dro­wicz Bystro­le­tow, prze­cho­dzi od pew­nego czasu pro­ce­durę spraw­dze­niową – cią­gnął Beria. – Myślę, że komi­sja wery­fi­ka­cyjna, która ma oce­nić jego dzia­łal­ność na Zacho­dzie, zain­te­re­suje się rów­nież waszą opi­nią. Dobrze, że już przy­naj­mniej znamy jej zarys. Nie­zwy­kłe suk­cesy „Andrieja” w spra­wie ofe­ren­tów Gio­van­niego de Rya, Erne­sta Oldhama i innych wyma­gają szcze­gó­ło­wego zba­da­nia. To prawda, że uzy­skane od nich szy­fry oraz kody wło­skie i bry­tyj­skie oka­zały się nie­zwy­kle pomocne w pracy naszego dekryp­tażu. „Andriej” nie jest jed­nak ofi­ce­rem i ma dosyć pokrętną oso­bo­wość, zatem trudno oce­nić, gdzie zaczy­nają się u niego fan­ta­zjo­wa­nie i impro­wi­za­cja i czy przy­pad­kowo nie gra­ni­czą jesz­cze z naiw­no­ścią – pro­wa­dził spo­koj­nie swój wywód Beria.

Zaru­bin od razu zro­zu­miał, że szef NKWD zna dobrze sprawę Bystro­le­towa, a jego cichy, uspo­ka­ja­jący ton nie wróży niczego złego, tym bar­dziej że „Andriej” sie­dzi już od ponad roku. Ina­czej dawno byłoby po nim – pomy­ślał.

– Naiwny fan­ta­sta, agent natursz­czyk – cią­gnął Beria. – Nawet gdyby był naj­in­te­li­gent­niej­szy i na śmierć oddany spra­wie Związku Radziec­kiego, w star­ciu z Bry­tyj­czy­kami ma małe szanse. Anglicy, obok Niem­ców, są naszym głów­nym prze­ciw­ni­kiem, wie­cie o tym dobrze. Sztukę inspi­ra­cji i dez­in­for­ma­cji opa­no­wali per­fek­cyj­nie i „Andriej” może być ich ofiarą. Są też bez­względni, a to nie wszyst­kim tak dobrze wycho­dzi… – powie­dział z prze­ką­sem, a Fitin lekko obró­cił głowę i spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem – jak nam! – dokoń­czył Beria z pełną powagą i dodał: – Ale naj­le­piej wycho­dzi nam inspi­ra­cja i dez­in­for­ma­cja. Zada­niem komi­sji jest wyja­śnić, czy Bystro­le­tow kie­ro­wał Oldha­mem, czy też Bry­tyj­czycy kie­ro­wali Bystro­le­towem, czy błąd popeł­nił „Andriej”, czy może Cen­trala, a może było jesz­cze ina­czej. Nie zakła­damy winy umyśl­nej, nato­miast wina nie­umyślna ma w zawo­dzie wywia­dowcy tak wiele odmian, że mało kto z zewnątrz zdaje sobie z tego sprawę, i jest nie mniej, a cza­sami bar­dziej nie­bez­pieczna niż umyślna. Nie­praw­daż? – Spoj­rzał z zacie­ka­wie­niem na Fitina. – Sprawą Bystro­le­towa inte­re­suje się oso­bi­ście towa­rzysz Sta­lin – zakoń­czył krótko.

Zaru­bin był zasko­czony, że Beria wypo­wiada się o „Andrieju” w tak łagodny spo­sób. Miał dziwne uczu­cie, że Dmi­trij prze­żyje. Był nawet zado­wo­lony, że Beria sam roz­wi­nął wątek Bystro­le­towa, bo w swoim wystą­pie­niu chciał się powo­łać na uzy­skane od niego infor­ma­cje. Zatem ma roz­wią­zane ręce, bo, jak widać, śledz­two naj­praw­do­po­dob­niej zmie­rza do wyka­za­nia inspi­ra­cji Angli­ków, a jego sprawa się z tym nie łączy.

Lubił i sza­no­wał Dmi­trija za jego nie­by­wały natu­ralny szpie­gow­ski talent, dzięki któ­remu nie musiał koń­czyć spe­cjal­nych szkół, by zre­ali­zo­wać zada­nie. Nie był prze­cież ofi­ce­rem, lecz agen­tem, inte­li­gent­nym i eks­cen­trycz­nym, a to bar­dzo czę­sto nie podoba się sze­fom z par­tyj­nej nomi­na­cji, bez ele­men­tar­nej zna­jo­mo­ści języ­ków i kul­tury Zachodu.

Zaru­bin myślał tak też o sobie, ale w odróż­nie­niu od szcze­rego i tro­chę naiw­nego Dmi­trija potra­fił posłu­gi­wać się swo­imi umie­jęt­no­ściami jak nie­bez­piecz­nym orę­żem. Był prze­cież ofi­ce­rem. Zachę­cony teraz postawą Berii, posta­no­wił nieco zmie­nić sche­mat swo­jego wystą­pie­nia.

– Tajna sek­cja Komu­ni­stycz­nej Par­tii Pol­ski, zgod­nie z wytycz­nymi Komin­ternu, wyty­po­wała w tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stym ósmym roku trzech towa­rzy­szy do pracy w pio­nie wywiadu nie­le­gal­nego. Wszy­scy ukoń­czyli z dobrymi wyni­kami Uni­wer­sy­tet Mniej­szo­ści Naro­do­wych imie­nia Mar­chlew­skiego i zostali skie­ro­wani do OGPU pod pseu­do­ni­mami: „Sosna”, towa­rzysz Arnold Krantz, „Jura”, towa­rzysz Jakub Szulc, i „Lana”, towa­rzyszka Mira Ski­bi­niecka. Dwaj pierwsi są pocho­dze­nia żydow­skiego, „Lana” – bia­ło­ru­skiego. Dobór naro­do­wo­ściowy był efek­tem uzgod­nień taj­nej sek­cji Komin­ternu i kie­row­nic­twa OGPU. Rów­nież w mojej oce­nie należy mieć ogra­ni­czone zaufa­nie do osób naro­do­wo­ści pol­skiej – stwier­dził Zaru­bin.

– Czy nie zapo­mnie­li­ście o czymś, towa­rzy­szu Zaru­bin? – wtrą­cił z prze­ką­sem Beria. – Zapo­mnie­li­ście, kto jest ojcem zało­ży­cie­lem naszej służby?!

Zaru­bin spu­ścił wzrok, ale Beria nie cze­kał na jego reak­cję. Wie­dział, co Zaru­bin miał na myśli, i uwa­żał dokład­nie tak samo.

– Na prze­ło­mie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego ósmego i dwu­dzie­stego dzie­wią­tego roku cała trójka została prze­rzu­cona do Pol­ski – cią­gnął major. – Dla „Sosny” i „Jury” spo­rzą­dzone zostały doku­menty na oby­wa­teli pol­skich pocho­dze­nia nie­miec­kiego. Obaj rze­czy­wi­ście pocho­dzą z zachod­niej Pol­ski, nie­gdyś pod pano­wa­niem Nie­miec. Legenda dla nich została opra­co­wana w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach: „Sosna” przed­się­biorca, „Jura” ary­sto­krata, nato­miast „Lana”, Polka, dzien­ni­karka. Pochwa­lić trzeba tajną sek­cję KPP za dobre przy­go­to­wa­nie legendy dla naszych ludzi i pomoc w ich adap­ta­cji śro­do­wi­sko­wej w Pol­sce – pod­kre­ślił Zaru­bin. – Głów­nym zada­niem „Sosny” i „Jury” było dotar­cie do krę­gów woj­sko­wych Pol­ski, nato­miast „Lana” miała się zająć sfe­rami poli­tycz­nymi. W szcze­gól­no­ści zale­żało nam na uzy­ska­niu dostępu do Oddziału Dru­giego Sztabu Gene­ral­nego.

Zaru­bin zaczął teraz czę­ściej zaglą­dać do nota­tek.

– W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku „Sosna” zwer­bo­wał do współ­pracy Wła­dy­sława Koliń­skiego, wów­czas kapi­tana Woj­ska Pol­skiego. Otrzy­mał on kryp­to­nim „Saxon”. Był szlach­ci­cem, można nawet powie­dzieć, że ary­sto­kratą. Pocho­dził z rodziny o sil­nych anty­ro­syj­skich tra­dy­cjach. Jego dzia­dek został powie­szony w cza­sie pol­skiego powsta­nia tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tego trze­ciego roku, „Saxon” uczest­ni­czył w woj­nie tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego roku w tak zwa­nych puł­kach wiel­ko­pol­skich, zna­nych ze zbrodni prze­ciw żoł­nie­rzom radziec­kim. Koliń­ski był zago­rza­łym zwo­len­ni­kiem soju­szu pol­sko-nie­miec­kiego prze­ciw ZSRR i pod­czas spo­tkań pry­wat­nych dosyć swo­bod­nie wyra­żał swoje poglądy.

Prze­rwał na chwilę.

– No tak, Koliń­ski pocho­dzi z Pozna­nia – powie­dział pół­gło­sem, prze­glą­da­jąc notatki, po czym już gło­śno kon­ty­nu­ował: – Był agre­sywny, aro­gancki, próżny, bez­kom­pro­mi­sowy, miał prze­rost ambi­cji, duże długi oraz sła­bość do kobiet. Brał udział w zama­chu majo­wym i nale­żał potem do bli­skiego grona mar­szałka Pił­sud­skiego.

Zaru­bin poczuł, że jest jakby w tran­sie. Nie widział roz­mów­ców, tylko myśli, jak obrazy, w ide­al­nym porządku prze­su­wały mu się przed oczami.

– „Sosna” zwer­bo­wał go pod flagą nie­miecką nad­zwy­czaj łatwo. Do dzi­siaj zapewne Koliń­ski jest prze­ko­nany, że pra­cuje dla Niem­ców. Wrócę do tej sprawy nieco póź­niej – powie­dział.

– Co to zna­czy „nad­zwy­czaj łatwo”, towa­rzy­szu Zaru­bin? Może­cie to wyja­śnić? – zapy­tał Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się tego pyta­nia.

– „Saxon” przed wer­bun­kiem został wyjąt­kowo dobrze roz­pra­co­wany. Wie­dzie­li­śmy o nim pra­wie wszystko. Zresztą otwar­cie pro­nie­miec­kie poglądy wypo­wia­dało w tym cza­sie wielu ofi­ce­rów z krę­gów zwią­za­nych z Pił­sud­skim. Pod­su­mo­wu­jąc, można w skró­cie powie­dzieć, że „Saxon” jakby cze­kał na wer­bu­nek, choć oczy­wi­ście nie był ofe­ren­tem. Już po dru­gim spo­tka­niu z „Sosną” zade­kla­ro­wał ide­owe podej­ście do soju­szu z Niem­cami, oczy­wi­ście wsparte poważną kwotą pie­nię­dzy. W rze­czy­wi­sto­ści jest on zwy­czaj­nym hipo­krytą. Licząc się z moż­li­wo­ścią pod­sta­wie­nia nam „Saxona” przez pol­ski kontr­wy­wiad, prze­pro­wa­dzi­li­śmy wobec niego dwie… – Zaru­bin spoj­rzał w notatki – nie, trzy dobrze zapla­no­wane kom­bi­na­cje spraw­dze­niowe, które dały jed­no­znacz­nie nega­tywny wynik. Po ugrun­to­wa­niu wer­bunku „Sosna” pole­cił „Saxo­nowi” zde­cy­do­wane wyci­sze­nie jego otwar­cie pro­nie­miec­kich zacho­wań i gene­ral­nie powstrzy­ma­nie się od dekla­ra­cji poli­tycz­nych, co ten wyko­nał bez zastrze­żeń. Prze­szedł różne szcze­ble kariery woj­sko­wej. Ostat­nie sta­no­wi­sko pia­sto­wał w Głów­nym Inspek­to­ra­cie Woj­ska Pol­skiego jako kon­tro­ler w stop­niu puł­kow­nika, stan na sier­pień tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku. Przy­dział mobi­li­za­cyjny: Sztab Naczel­nego Wodza.

Zaru­bin był auten­tycz­nie prze­ko­nu­jący i spra­wiał wra­że­nie zado­wo­lo­nego z przej­rzy­sto­ści swo­ich słów.

– W ciągu ośmiu lat „Saxon” prze­ka­zał nam sze­reg waż­nych danych doty­czą­cych pla­nów mobi­li­za­cyj­nych, dys­lo­ka­cji jed­no­stek, uzbro­je­nia Woj­ska Pol­skiego i innych. Szcze­gól­nie war­to­ściowe były infor­ma­cje o sta­nie armii pol­skiej w pasie wschod­nim, wysoko oce­nione przez nasz Sztab Gene­ralny i oso­bi­ście towa­rzy­sza Sta­lina. „Sosna” otrzy­mał za to spe­cjalne podzię­ko­wa­nia kie­row­nic­twa par­tii.

– Jak rozu­miem, „Saxon” przez tyle lat nie zorien­to­wał się, dla kogo pra­cuje – wtrą­cił spo­koj­nie Fitin. – Jeżeli tak było, to chwała dla „Sosny”, ale jak uza­sad­nia­li­śmy nasze zain­te­re­so­wa­nie infor­ma­cjami doty­czą­cymi ZSSR? I dru­gie pyta­nie: czy ist­nieje moż­li­wość odkry­cia przed „Saxo­nem”, kto jest rze­czy­wi­ście jego part­ne­rem?

Beria się oży­wił i wpa­try­wał w Zaru­bina przez swoje pince-nez.

– Nie sądzę, byśmy w ogóle mogli sta­wiać sprawę w ten spo­sób – odparł szybko, zde­cy­do­wa­nym gło­sem Zaru­bin, bo od razu zauwa­żył, że Fitin jesz­cze słabo rozu­mie, na czym polega filo­zo­fia wywiadu. – Może nie powie­dzia­łem tego wyraź­nie – cią­gnął – ale „Saxon” jest ide­owym anty­ko­mu­ni­stą i pol­skim nacjo­na­li­stą. Gdy­by­śmy się odkryli, byłoby to szo­kiem nawet dla takiego hipo­kryty jak on. Trudno prze­wi­dzieć jego reak­cję, ale w mojej oce­nie roz­ło­ży­łoby to naszą współ­pracę. „Saxon” prze­ka­zy­wał infor­ma­cje woj­skowe z pasa wschod­niego, gdyż uwa­żał, że armia pol­ska jest nie­do­sta­tecz­nie przy­go­to­wana do star­cia z ZSSR, a zbyt wiele inwe­stuje w przy­go­to­wa­nia do wojny z Niem­cami. Ostat­nie spo­tka­nie odbyło się prze­cież… w lipcu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku – odczy­tał z nota­tek. – Doj­ście Hitlera do wła­dzy i zaostrze­nie sto­sun­ków pol­sko-nie­miec­kich nie zła­go­dziło jego podej­ścia do soju­szu anty­so­wiec­kiego. Nie ma zatem potrzeby, byśmy zmie­niali for­mułę współ­pracy z „Saxo­nem” i zdej­mo­wali nie­miecką flagę.

To ostat­nie stwier­dze­nie Zaru­bin wygło­sił z peł­nym prze­ko­na­niem.

– „Saxon” wyko­rzy­sty­wany był w jed­nym z naszych naj­waż­niej­szych przed­się­wzięć ope­ra­cyj­nych w Euro­pie, obec­nie nabie­ra­ją­cym szcze­gól­nego zna­cze­nia stra­te­gicz­nego dla bez­pie­czeń­stwa ZSSR. Towa­rzy­sze znają w ogól­nych zary­sach sprawę kryp­to­nim „Krab” – powie­dział Zaru­bin, myśląc, że nie zaszko­dzi tro­chę się zabez­pie­czyć. – Sprawa „Krab” doty­czy nie­miec­kiego sys­temu szy­fro­wa­nia opar­tego na maszy­nie Enigma, naj­no­wo­cze­śniej­szego i prak­tycz­nie nie do zła­ma­nia. Tak oce­niają go nasi spe­cja­li­ści. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym roku „Andriej” przy pomocy towa­rzy­szy fran­cu­skich zwer­bo­wał mło­dego ofi­cera woj­sko­wej służby wywia­dow­czej Deuxième Bureau o kryp­to­nimie „François”. Rok póź­niej został on odde­le­go­wany do radio­wy­wiadu fran­cu­skiego i współ­pra­co­wał przez pewien czas bli­sko z puł­kow­ni­kiem Gustave’em Ber­tran­dem, kryp­to­nim „Orieł”, sze­fem tej jed­nostki. Mimo że nie miał bez­po­śred­niego dostępu do inte­re­su­ją­cych nas źró­deł, na pod­sta­wie jego infor­ma­cji mogli­śmy usta­lić nastę­pu­jące fakty…

Zaru­bin znów pochy­lił się nad swoim notat­ni­kiem i odli­czyw­szy pięć głę­bo­kich odde­chów, kon­ty­nu­ował:

– Pod koniec lat dwu­dzie­stych, w bli­żej nie­zna­nych oko­licz­no­ściach, Polacy prze­jęli egzem­plarz nie­miec­kiej maszyny szy­fru­ją­cej Enigma i powo­łali w Biu­rze Szy­frów Oddziału Dru­giego spe­cjalny zespół naukow­ców mają­cych roz­pra­co­wać sys­tem. Począt­kowo nasi kryp­to­lo­dzy nie mogli uwie­rzyć, by przed­się­wzię­cie to miało jakie­kol­wiek szanse powo­dze­nia, tym bar­dziej że było pro­wa­dzone przez Pola­ków, ale w miarę napływu nowych infor­ma­cji od naszych źró­deł sytu­acja wyglą­dała coraz poważ­niej. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim roku na pod­sta­wie szcząt­ko­wych infor­ma­cji od „François” usta­li­li­śmy, że znany nam dobrze agent fran­cu­ski Rodol­phe Lemo­ine, pseu­do­nim „Joseph”, praw­do­po­dob­nie doko­nał wer­bunku nie­miec­kiego szy­franta. Sprawę zle­ci­li­śmy naszym ludziom w Ber­li­nie. Nasze źró­dło w nie­miec­kim kontr­wy­wia­dzie nie miało żad­nych kon­kret­nych infor­ma­cji, jed­nak na pod­sta­wie ana­lizy wyty­po­wa­li­śmy, że Lemo­ine zwer­bo­wał szy­franta Hansa-Thilo Schmidta. Nie chcie­li­śmy zbyt inten­syw­nie cho­dzić koło Schmidta, żeby go nie przy­pa­lić, bo przy­ję­li­śmy zało­że­nie, że wcze­śniej czy póź­niej uzy­skamy przez Fran­cu­zów lub Pola­ków dostęp do Enigmy, a im wcze­śniej, tym lepiej, więc Schmidta trzeba było chro­nić. Para­dok­sal­nie korzystne było, że nie­miecki kontr­wy­wiad nic o tym nie wie­dział.

Zaru­bin dostał zadyszki, mówiąc szybko i bez prze­rwy. Krew napły­nęła mu do twa­rzy i poczuł kłu­jący ból w oku. Zupeł­nie nie zwra­cał uwagi na trzy posta­cie, ale czuł, że słu­chają go uważ­nie. Teraz naj­bar­dziej liczył na Fitina.

– W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym pierw­szym roku kon­takt z Rodol­phe’em Lemo­ine’em, czyli „Jose­phem”, od „Andrieja” prze­jął „Ludwig”, wystę­pu­jący pod ame­ry­kań­ską flagą…

– Czyli Ignacy Reiss – wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się w tym miej­scu reak­cji, ale nie mógł pomi­nąć roli „Ludwiga” w spra­wie „Krab”.

– Na szczę­ście – cią­gnął – udało się zli­kwi­do­wać tego zdrajcę jesz­cze w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym siód­mym roku. Trudno jed­nak oce­nić, jakich doko­nał szkód. Wciąż to badamy… Pró­bo­wa­li­śmy wymie­niać z Fran­cu­zami mate­riały doty­czące szy­frów i kodów róż­nych państw, ale po ana­li­zie oka­zało się, że pró­bują nas dez­in­for­mo­wać.

– Nie możemy wyklu­czyć, że był to wła­śnie sku­tek zdrady Reissa, choć dowo­dów bez­po­śred­nich brak – znów ode­zwał się Fitin, wyraź­nie zwra­ca­jąc się do Berii.

– Posta­no­wi­li­śmy sfi­na­li­zo­wać kon­takt z „Jose­phem” i pod­jąć próbę jego wer­bunku – spo­koj­nym gło­sem kon­ty­nu­ował Zaru­bin. – Nie­stety, bez powo­dze­nia. Utrzy­my­wa­li­śmy ten kon­takt jesz­cze przez jakiś czas. Liczy­li­śmy, że uda nam się usta­lić, jaki jest zakres pene­tra­cji nie­miec­kich szy­frów przez Deuxième Bureau, ale to, co uzy­ska­li­śmy, miało nie­wielką war­tość. Nie dowie­dzie­li­śmy się zbyt dużo o pol­sko-fran­cu­skiej współ­pracy nad Enigmą.

– Towa­rzy­szu Zaru­bin – ode­zwał się Fitin – wer­bu­nek „Jose­pha” z góry był ska­zany na nie­po­wo­dze­nie, to prze­cież oczy­wi­ste.

Zaru­bin nie prze­jął się kry­tyką, bo nie on pro­wa­dził tę ope­ra­cję, a jej auto­rzy już nic nie mogli powie­dzieć na swoją obronę. Zresztą nastały inne czasy i trzeba agre­syw­nie iść do przodu – pomy­ślał.

– W tym samym cza­sie – kon­ty­nu­ował – „François” infor­mo­wał o czę­stych wyjaz­dach „Orieła” do War­szawy i przy­jaz­dach pol­skich kryp­to­lo­gów do Paryża. Nasi spe­cja­li­ści przy­jęli zało­że­nie, że Polacy musieli doko­nać zna­czą­cego postępu w roz­pra­co­wa­niu sys­temu Enigma, nato­miast Fran­cuzi mieli przez Schmidta dostęp do kodów. Razem dało to przy­pusz­cze­nie, że Polacy czy­tają nie­miec­kie szy­fry Enigmy. Szcząt­kowa infor­ma­cja o fran­cu­sko-pol­skiej współ­pracy poja­wiła się też w rapor­cie naszego mło­dego wów­czas agenta z Lon­dynu… – Zaru­bin poszu­kał w notat­kach. – Tak, Harolda Philby’ego… Nie zapi­sa­łem jego pseu­do­nimu, prze­pra­szam… W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dru­gim roku „Saxon” dostał zada­nie zbli­że­nia się do ofi­ce­rów Oddziału Dru­giego. To było trudne zada­nie dotrzeć do tego her­me­tycz­nego śro­do­wi­ska, a musie­li­śmy przy­kła­dać szcze­gólną wagę do bez­pie­czeń­stwa „Saxona”. Łatwo było go przy­pa­lić, a nie był w tym cza­sie jesz­cze wystar­cza­jąco prze­szko­lony i przy­go­to­wany. Pra­co­wał nad sprawą „Krab” przez sie­dem lat i spi­sał się nad­zwy­czaj dobrze, za co został sowi­cie wyna­gro­dzony. Oczy­wi­ście mogli­śmy wyko­rzy­stać go bar­dziej ofen­syw­nie, pod­jąć ryzyko, może nawet go poświę­cić, ale w ciągu ostat­nich dwóch lat jego infor­ma­cje woj­skowe miały duże zna­cze­nie w związku z przy­go­to­wy­wa­nym zaję­ciem Pol­ski.

Beria pod­niósł głowę i deli­kat­nie przy­tak­nął, jakby potwier­dzał słowa Zaru­bina.

– Od strony fran­cu­skiej dotar­cie do „Kraba” stra­ci­li­śmy wraz z prze­nie­sie­niem „François” do Algie­rii. Zasta­na­wia­li­śmy się nad prze­wer­bo­wa­niem Schmidta, ale Cen­trala oświad­czyła, że nie wyrazi na to zgody, dopóki nie uzy­skamy dostępu do Enigmy, a przede wszyst­kim do wyni­ków pracy Pola­ków. Z począt­kiem tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego trze­ciego roku nastą­piła inten­sy­fi­ka­cja współ­pracy z Fran­cu­zami. Wyczu­le­nie kontr­wy­wiadu pol­skiego wobec wszyst­kich inte­re­su­ją­cych się komórką kryp­to­ana­lizy Biura Szy­frów Cztery Oddziału Dru­giego daleko wykra­czało poza normę. BS Cztery otrzy­mało prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czone środki finan­sowe, a jego nowa sie­dziba w Pyrach pod War­szawą była szczel­nie zabez­pie­czona. Pewną dez­orien­ta­cję w naszych dzia­ła­niach wpro­wa­dziła infor­ma­cja od agenta „Karla” z Abwehry, według któ­rej Niemcy wie­dzieli o pra­cach Pola­ków, ale byli pewni, że sys­tem Enigmy jest nie do zła­ma­nia. Ośro­dek w Pyrach jesz­cze we wrze­śniu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku, przed wej­ściem Niem­ców do War­szawy, został opróż­niony. Nie wiemy dokład­nie, kiedy i co się z nim stało. Trzeba zało­żyć, że został odpo­wied­nio wcze­śnie ewa­ku­owany. Naj­cen­niejsi są ludzie, ich wie­dza. Nie znamy nazwisk, nie wiemy zatem, kogo i gdzie szu­kać.

– Co się dzieje z „Saxo­nem”? – zapy­tał krótko Fitin.

– Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa kon­takt z nim utrzy­my­wał tylko „Sosna”, który zgod­nie z pla­nem w poło­wie wrze­śnia prze­szedł do strefy zaję­tej przez Armię Czer­woną. Łącz­ność z „Saxo­nem” jest sto­sun­kowo pro­sta i bez­pieczna. Pry­wat­nie „Sosna” zna dobrze jego żonę i obu synów. Prę­dzej czy póź­niej „Saxon” ode­zwie się do rodziny – powie­dział Zaru­bin, nie pod­no­sząc wzroku. – „Sosna” przy­go­to­wuje się w tej chwili do powrotu do Pol­ski pod legendą szwaj­car­skiego biz­nes­mena i szli­fuje akcent. Powi­nien zna­leźć się w War­sza­wie jak naj­szyb­ciej, gdyż bra­kuje nam infor­ma­cji o tym, co się dzieje w nie­miec­kiej stre­fie.

W tym momen­cie otwo­rzyły się drzwi i do sali wszedł młody, wysoki enka­wu­dzi­sta. Prze­ma­sze­ro­wał prze­pi­sowo kil­ka­na­ście metrów, tro­chę nie­na­tu­ral­nie stu­ka­jąc wyso­kimi butami, zamel­do­wał się służ­bi­ście i zwra­ca­jąc się do Berii, powie­dział:

– Towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący…

Nie dokoń­czył, gdyż szef NKWD pod­niósł się z krze­sła i uci­szył go zna­kiem dłoni, zdej­mu­jąc jed­no­cze­śnie swoje pince-nez.

Wszy­scy wstali. Beria odwró­cił się, otwo­rzył okno i prze­cho­dząc obok Zaru­bina, rzu­cił krótko:

– Kon­ty­nu­uj­cie.

Prze­wod­ni­czą­cego NKWD odpro­wa­dziło do drzwi jesz­cze moc­niej­sze stu­ka­nie butów podą­ża­ją­cego za nim ofi­cera.

7

Kon­rad spał pra­wie dwa­na­ście godzin w swo­jej dobrze zaciem­nio­nej i wyci­szo­nej sypialni.

Obu­dził się już o pią­tej rano, zapuch­nięty, z bólem głowy i odci­śniętą na policzku fałdą poduszki. Czuł silne odrę­twie­nie w lewej nodze, spo­wo­do­wane uszko­dze­niem nerwu przez pocisk. Bolało go zawsze rano, dopóki się nie roz­ru­szał. Cią­gle sobie obie­cy­wał, że podda się ope­ra­cji, ale ni­gdy nie miał na to czasu.

Przej­rzał się w lustrze i uznał, że nie jest jesz­cze w zado­wa­la­ją­cym sta­nie.

Muszę pójść do fry­zjera! Zadbać jakoś o sie­bie! Wkrótce będę miał czter­dzie­ści cztery lata! – pomy­ślał, patrząc na swoją nie­ogo­loną twarz i prze­krwione oczy.

Dokoń­czył roz­pa­ko­wy­wa­nia ple­caka i torby, wrzu­ca­jąc ubra­nie od razu do pralki. Wypił z butelki obo­wiąz­kowy poranny kefir Robico, jedyny, który mu sma­ko­wał jak jego ulu­biony rosyj­ski.

Wło­żył stary, sprany baweł­niany dres i zbiegł po scho­dach. Zro­bił kilka przy­sia­dów i ruszył w prawo. Naj­pierw do ulicy Wil­czy Dół, póź­niej znów w prawo, wzdłuż bazy metra, do skraju Lasu Kabac­kiego. Poko­nał pra­wie dwa kilo­me­try mię­dzy torami a skra­jem lasu, minął Moczy­dłow­ską i nie­mal dotarł do Żołny.

Teraz poczuł się dobrze. Skrę­cił w lewo i potem pro­sto, sze­roką aleją, przez bogaty, wysoki las, pobiegł do Pyr, gdzie obok tablicy upa­mięt­nia­ją­cej mate­ma­ty­ków, któ­rzy zła­mali kod Enigmy, odpo­czął chwilę, zanim Leśną wró­cił do Kabat.

Po biegu czuł, że żyje, że ma siłę, że jest wytrwały i zdrowy.

Docho­dziła już szó­sta, gdy usiadł w swo­jej kuchni urzą­dzo­nej dopiero mie­siąc przed wyjaz­dem do Dubaju i zaczął cze­kać, aż jajko ugo­tuje się na twardo. Widok słońca nad Lasem Kabac­kim, jak obraz wypeł­nia­jący kuchenne okno, zapo­wia­dał piękny dzień.

W tej kame­ral­nej eufo­rii wyda­wało mu się, że sły­szy meta­liczny głos Cata Ste­vensa zmie­szany z for­te­pia­nem i gitarą. Tak mu to paso­wało do widoku z okna, że zaczął gło­śno śpie­wać, za gło­śno jak na tę porę dnia:

Mor­ning has bro­ken, like the first mor­ning.

Black­bird has spo­ken, like the first Bird.

Pra­ise for the sin­ging, Pra­ise for the mor­ning,

Pra­ise for the sprin­ging fresh from the Word…

Zorien­to­wał się, że zapo­mniał dru­giej zwrotki, więc powtó­rzył pierw­szą kilka razy, cie­sząc się jej sło­wami.

W pew­nym momen­cie dotarło do niego, że nic nie wie o sytu­acji w kraju. Minęły prze­cież dwa mie­siące, a to wystar­cza­jąco dużo jak na dyna­mikę pol­skiego życia poli­tycz­nego, nawet w okre­sie waka­cji.

Włą­czył kuchenny tele­wi­zor i od razu na ekra­nie poja­wił się Mar­cin Kamiń­ski, czło­wiek o twa­rzy klowna, zwany powszech­nie wice­pre­zy­den­tem. Kamiń­ski był sze­fem kan­ce­la­rii pre­zy­denta Sta­ni­sława Zie­liń­skiego i ucho­dził za drugą osobę w pań­stwie, ale byli tacy, któ­rzy uwa­żali, że to wła­śnie on jest pre­zy­den­tem RP, a jeżeli nie, to wkrótce nim będzie. Bez­względny, aro­gancki, inte­li­gentny, o nie­ja­snym rodo­wo­dzie, znie­na­wi­dzony przez inte­li­gen­cję, ale uko­chany przez post­pe­ere­low­ski kato­licki elek­to­rat. Kon­rad znał go oso­bi­ście i wie­dział, że te opi­nie są bli­skie prawdy.

Gdy nie było w pobliżu dzien­ni­ka­rzy, Kamiń­ski lubił powta­rzać, że jest poli­ty­kiem, co zna­czy, że jest oszu­stem i kłamcą i jak nie całuje dzieci w główkę, to krad­nie im lizaki, ale ni­gdy nie pali za sobą mostów. Kon­rad zapy­tał go kie­dyś, czy czy­tał Toma Clancy’ego, ale on z upo­rem twier­dził, że nie ma czasu na takie głu­poty.

Prze­płu­kał jajko zimną wodą i zaczął przy­go­to­wy­wać sobie śnia­da­nie – mleko, tost i miód. Sły­szał głos Kamiń­skiego docho­dzący gdzieś zza ple­ców, ale jakoś nie mógł się sku­pić na jego sło­wach. Nagle przy­po­mniał sobie z roz­ba­wie­niem, jak ktoś nazwał obecną ekipę rzą­dzącą Par­tią Brzyd­kich w Bor­do­wych Kra­wa­tach.

– Rze­czy­wi­ście – powie­dział do sie­bie – w tej eki­pie nie ma chyba ani jed­nego przy­stoj­nego męż­czy­zny. Wszy­scy muszą rów­nać do Kamiń­skiego. Jakby wszyst­kie oso­bli­wo­ści urody RP zwarły sze­regi w poczu­ciu zagro­że­nia swej odmien­no­ści. Kom­pleks karła i dzwon­nika z Notre Dame w jed­nym. Tacy mogą się poszczy­cić dużym, sta­łym elek­to­ra­tem.

Kon­rad miał zdrowy dystans do poli­tyki i poli­ty­ków, cho­ciaż był z tym świa­tem nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany. Dla niego życie pań­stwa i spo­łe­czeń­stwa toczyło się w dwóch wymia­rach, które łączą jedy­nie suche infor­ma­cje z klau­zulą „ści­śle tajne”.

Ale tylko my wiemy, ile nas kosz­tuje ich zdo­by­wa­nie i jakimi meto­dami to robimy – myślał, patrząc na Kamiń­skiego. Za to nie wiemy, czy tacy jak on potra­fią je czy­tać i podej­mo­wać na ich pod­sta­wie decy­zje dla dobra tego kraju. Czło­wiek by zwa­rio­wał, gdyby cią­gle zaprzą­tał sobie tym głowę. Szkoda, że dzien­ni­ka­rze, nasi „młodsi bra­cia w zawo­dzie”, tak słabo się orien­tują w isto­cie funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa i tak łatwo pozwa­lają poli­ty­kom na kru­sze­nie jego pod­staw…

Zasta­no­wił się przez moment, czy nie za bar­dzo fan­ta­zjuje, ale uznał, że jed­nak nie. W Pol­sce tak naprawdę dzien­ni­ka­rze i poli­tycy żyją w sym­bio­zie, żywiąc się sobą wza­jem­nie… no… może nie wszy­scy…

Skoń­czył śnia­da­nie, wyłą­czył tele­wi­zor i poszedł wziąć prysz­nic.

Wło­żył jasno­be­żowy spor­towy gar­ni­tur, nie­bie­ską koszulę bez kra­wata i buty typu oxford. Spraw­dził, czy ma przy­go­to­wane wszyst­kie doku­menty z podróży. Był w dobrym, pogod­nym nastroju.

Zje­chał windą do garażu i pod­szedł do swo­jego dwu­dzie­sto­pię­cio­let­niego czar­nego saaba 900 cabrio. Z nie­za­do­wo­le­niem stwier­dził, że maskę pokrywa cienka, pra­wie nie­wi­doczna war­stwa kurzu. Ten samo­chód nale­żał do niego już ponad dzie­sięć lat i jesz­cze do nie­dawna był to jedyny taki model w War­sza­wie. Z każ­dym rokiem, gdy sta­wał się coraz star­szy, nabie­rał też coraz więk­szej szla­chet­no­ści, zupeł­nie ina­czej niż pozo­stałe marki. Tylko kie­rowcy saabów pozdra­wiają się wza­jem­nie, bo uwa­żają, że o samo­cho­dach wie­dzą wię­cej niż wszy­scy inni.

Zaczy­nał się cie­pły, sło­neczny dzień, więc Kon­rad zło­żył dach. Wyje­chał z garażu, skrę­cił w prawo w Wąwo­zową, potem w KEN i ruszył pro­sto w kie­runku cen­trum.

8

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

Wyj­ście Berii tro­chę zdez­o­rien­to­wało Zaru­bina, wybiło go z rytmu. Przez chwilę nie wie­dział, od czego zacząć, lecz wtedy ode­zwał się Fitin.

– Przejdź­cie, towa­rzy­szu Zaru­bin, do omó­wie­nia pracy „Jury” i „Lany”.

– „Jura”, towa­rzysz Jakub Szulc, do roku tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego pią­tego peł­nił w nie­le­gal­nej rezy­den­tu­rze w War­sza­wie funk­cje zabez­pie­cza­jące i pomoc­ni­cze. Wystę­po­wał pod legendą austriac­kiego ary­sto­kraty, miał też papiery węgier­skie. Latem tego roku „Saxon” prze­ka­zał infor­ma­cję o majo­rze, obec­nie pod­puł­kow­niku Zdzi­sła­wie Kor­na­cie-Ciszew­skim, uro­dzo­nym w tysiąc dzie­więć­setnym roku, pseu­do­nim „Wareg”.

Mówiąc to, Zaru­bin raz po raz zaglą­dał do nota­tek.

– „Wareg”, szlach­cic z Pomo­rza, cały czas słu­żył w Komen­dzie Gar­ni­zonu War­szawa. Wdał się w ojca, który str­wo­nił mają­tek na hazar­dzie. Typ bawi­damka, bywa­lec war­szaw­skich salo­nów, poli­tyczny dyle­tant, ukryty mor­fi­ni­sta. Zwer­bo­wany przez „Jurę” w grud­niu trzy­dzie­stego pią­tego roku na bazie finan­so­wej, pod flagą nie­miecką. Do współ­pracy wcią­gany stop­niowo, aż do peł­nego uza­leż­nie­nia od naszych pie­nię­dzy i mor­finy. Prze­ka­zy­wał infor­ma­cje woj­skowe, dosyć frag­men­ta­ryczne. Miał za to dobre roz­po­zna­nie kadry Woj­ska Pol­skiego. Spo­rzą­dził liczne oceny i cha­rak­te­ry­styki wyż­szych ofi­ce­rów, pozy­tyw­nie oce­nione przez Cen­tralę. Nie­które z nich zostały prze­zna­czone do dal­szego roz­pra­co­wa­nia. „Wareg” był nad­zwy­czaj przy­datny do wery­fi­ka­cji danych uzy­ski­wa­nych od „Saxona”. Dobry kon­spi­ra­tor, przez lata z powo­dze­niem ukry­wał swoje uza­leż­nie­nie od mor­finy, co mogło kosz­to­wać go karierę w woj­sku. Mistrz kamu­flażu i pozo­rów ukształ­to­wa­nych przez podwójne życie, z łatwo­ścią zatem zaak­cep­to­wał jesz­cze jedną rolę. Brak pod­staw do podej­rzeń o nie­lo­jal­ność. – Zaru­bin mówił krót­kimi, jasnymi zda­niami, które zwięźle opi­sy­wały „Warega”. – Miesz­kał z matką w małym domu na war­szaw­skim Żoli­bo­rzu, kupio­nym za jej oszczęd­no­ści i zadłu­żo­nym. Pomo­gli­śmy mu czę­ściowo go spła­cić. Miał z tego powodu chwi­lowe pro­blemy z żan­dar­me­rią, która zaczęła się inte­re­so­wać pocho­dze­niem pie­nię­dzy. Sprawę zatu­szo­wała matka, zaśle­piona miło­ścią do jedy­naka. Wie­działa o jego uza­leż­nie­niu od mor­finy i kryła go. Można powie­dzieć, że „Wareg” jest kla­sycz­nym typem goto­wym na współ­pracę z każ­dym, przy­pusz­czam, że nawet z nami. Dobrze, że byli­śmy pierwsi.

Zaru­bin poka­zał surowy, służ­bowy uśmiech.

– Ostat­nie spo­tka­nie „Jury” z „Ware­giem” miało miej­sce w sierp­niu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku. Usta­lony został wów­czas sys­tem łącz­no­ści na wypa­dek wojny, pro­sty, przez matkę „Warega”. „Jura” został wyco­fany razem z „Sosną” we wrze­śniu.

Zawa­hał się na chwilę.

– Refe­ru­jąc sprawę „Saxona”, zapo­mnia­łem powie­dzieć, że zarówno on, jak i „Wareg” otrzy­mali kate­go­ryczny zakaz samo­wol­nego nawią­zy­wa­nia kon­taktu z wła­dzami nie­miec­kimi, bo mogłoby ich to dopro­wa­dzić do dekon­spi­ra­cji. Wydaje się, że dobrze zro­zu­mieli powagę chwili. Taką mam nadzieję. Zatem pod­ję­cie kon­taktu z „Saxo­nem” i „Ware­giem” będzie obcią­żone pew­nym ryzy­kiem. To zada­nie powie­rzymy „Sośnie”, a potem oce­nimy, jaki przy­jąć kie­ru­nek dal­szego postę­po­wa­nia. Zasad­ni­czo w rezer­wie mamy „Lanę”, która pozo­stała w War­sza­wie, ale nie znamy jej sytu­acji po wkro­cze­niu Niem­ców. Jest to zgodne z przy­ję­tym pla­nem dzia­ła­nia na okres wojny. „Sosna” wznowi z nią kon­takt natych­miast po powro­cie do Pol­ski.

Znowu prze­rzu­cił notatki.

– W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym czwar­tym roku „Jura” zwer­bo­wał do współ­pracy Hen­ryka Zło­tow­skiego, pseu­do­nim „Marek”, zna­nego opo­zy­cyj­nego publi­cy­stę, poetę, dzia­ła­cza spo­łecz­nego i poli­tycz­nego. Uro­dzony w tysiąc osiem­set osiem­dzie­sią­tym pią­tym roku, mieszka pod War­szawą we wła­snym domu. Żonaty z Marią Wik­to­rią Sobań­ską, pocho­dzącą z ary­sto­kra­tycz­nej rodziny. Troje dzieci w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu, osiem­na­stu i dzie­się­ciu lat. Sytu­acja mate­rialna dobra. „Marek” wywo­dzi się z zamoż­nej zeświec­czo­nej rodziny żydow­skiej, która w poło­wie dzie­więt­na­stego wieku prze­szła na chrze­ści­jań­stwo i po powsta­niu tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tego trze­ciego roku osie­dliła się w Pol­sce. Pierw­szą infor­ma­cję na temat „Marka” prze­ka­zali nam towa­rzy­sze z KPP w tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym trze­cim roku. Wyni­kało z niej, że „Marek” jest ukry­tym sym­pa­ty­kiem par­tii komu­ni­stycz­nej. Doko­nali rów­no­cze­śnie wstęp­nych spraw­dzeń i obser­wa­cji „Marka”, który w Pol­sce jest dobrze znany i cie­szy się dużym auto­ry­te­tem w śro­do­wi­skach opo­zy­cyj­nych wobec rzą­dów woj­skowo-faszy­stow­skich. W trzy­dzie­stym dru­gim roku, pobity przez „nie­zna­nych spraw­ców”, spę­dził dwa mie­siące w szpi­talu. Utrzy­muje bli­skie oso­bi­ste kon­takty z przy­wód­cami wszyst­kich par­tii opo­zy­cyj­nych, oprócz skraj­nych nacjo­na­li­stów. Przed rewo­lu­cją „Marek” stu­dio­wał w Peters­burgu prawo i obra­cał się w śro­do­wi­sku komu­ni­zu­ją­cych stu­den­tów. Nie nale­żał do żad­nej orga­ni­za­cji, był zbyt nie­za­leżny, ale cie­szył się peł­nym zaufa­niem tych grup. Inte­re­so­wała się nim car­ska ochrana, a jej zacho­wane mate­riały dają mu dobre świa­dec­two. Zastępca prze­wod­ni­czą­cego NKWD w Lenin­gra­dzie, towa­rzysz Andriej Gri­gor­je­wicz, był w tam­tym cza­sie jego przy­ja­cie­lem i wysta­wił mu bar­dzo pozy­tywną opi­nię.

– Czy są na to jakieś doku­menty? – zapy­tał Fitin.

Zaru­bin spo­dzie­wał się tego pyta­nia, gdyż Andriej Gri­gor­je­wicz sam już niczego nie mógł potwier­dzić, roz­strze­lany w pierw­szej turze dwa lata temu.

– Tak, jest szcze­gó­łowy raport w tej spra­wie – odpo­wie­dział szybko Zaru­bin i kon­ty­nu­ował: – W związku z powyż­szym Cen­trala zaak­cep­to­wała wer­bu­nek „Marka” na bazie ide­owej. Doko­nał tego, jak już mówi­łem, „Jura” w trzy­dzie­stym czwar­tym roku, bez więk­szego wysiłku. „Marek”, roz­cza­ro­wany rzą­dami woj­sko­wych i faszy­za­cją życia w Pol­sce, sytu­acją we Wło­szech i w Niem­czech oraz upad­kiem zachod­niej demo­kra­cji, jed­no­znacz­nie zade­kla­ro­wał goto­wość współ­pracy z Kra­jem Rad. To nad­zwy­czaj inte­li­gentny i ide­owy czło­wiek. Myślę też, że wspo­mnie­nia z okresu peters­bur­skiego pozo­sta­wiły w nim głę­bo­kie ślady, tym bar­dziej że prze­ży­wał w tym cza­sie swoją pierw­szą wielką miłość.

Zaru­bin, uro­dzony wywia­dowca, czuł oso­bi­stą satys­fak­cję, kiedy przed­sta­wiał „Marka”. Cho­ciaż ta sprawa wpa­dła im sama w ręce i nie była wyni­kiem trud­nego, wyma­ga­ją­cego naj­wyż­szego kunsztu ope­ra­cyj­nego roz­pra­co­wa­nia, jak w wypadku „Saxona” czy „Warega”, ani nie dawała tak waż­nych infor­ma­cji woj­sko­wych, to jed­nak udo­wad­niała, że są ludzie, któ­rzy wie­rzą w świa­tową rewo­lu­cję. Bo Zaru­bin też w nią wie­rzył. Szcze­rze.

Oprócz tego nie­le­galna rezy­den­tura w War­sza­wie mogła się pochwa­lić umie­jęt­no­ścią sto­so­wa­nia róż­no­rod­nych tech­nik ope­ra­cyj­nych, a co za tym idzie – wywia­dow­czą wraż­li­wo­ścią, i cho­ciaż Zaru­bin nie był auto­rem tych suk­ce­sów, to jed­nak splen­dor spły­wał teraz także na niego.

Otwo­rzyły się drzwi i do sali wró­cił Beria. Zaru­bin zamilkł, wsłu­chu­jąc się w krót­kie kroki na skrzy­pią­cej cicho pod­ło­dze. Poczuł wyraźną woń alko­holu. Beria zamknął okno i usiadł na swoim miej­scu, wyda­jąc dziwne, głę­bo­kie wes­tchnie­nie, jakby mu to spra­wiało trud­ność.

Zaru­bin, nie cze­ka­jąc na pozwo­le­nie, kon­ty­nu­ował:

– Przez cały okres współ­pracy „Marek” prze­ka­zał nam ponad dwa tysiące stron infor­ma­cji. Zre­ali­zo­wał trzy ope­ra­cje o cha­rak­te­rze inspi­ra­cyj­nym i dwie dez­in­for­ma­cyjne. Cen­trala, w zależ­no­ści od okresu, oce­niała pracę „Marka” bar­dzo dobrze lub dobrze. Można stwier­dzić, że jeżeli cho­dzi o kie­ru­nek wywiadu poli­tycz­nego, „Marek” zaspo­ka­jał prak­tycz­nie wszyst­kie nasze potrzeby, wyka­zu­jąc także dużo wła­snej ini­cja­tywy.

Zaru­bin spo­dzie­wał się, że Beria czy Fitin zare­agują na te słowa, prze­czące zasa­dzie, że wywiad nie może być syty. Odpo­wie­działo mu jed­nak mil­cze­nie, cho­ciaż zawie­sił głos jakby w ocze­ki­wa­niu na ich komen­tarz.

Poczuł się dobrze i miał wra­że­nie, że kon­tro­luje sytu­ację. Odczu­wał już jed­nak zmę­cze­nie.

– W czerwcu bie­żą­cego roku „Marek” za naszą zgodą wyje­chał wraz z żoną i naj­star­szą córką do Fran­cji, dokąd zapro­sili go przy­ja­ciele. Prze­bywa tam do chwili obec­nej. Wiemy, gdzie jest, i w naj­bliż­szym cza­sie nasza pary­ska rezy­den­tura pionu „S” zamie­rza pod­jąć z nim kon­takt. W Pol­sce pozo­stał u rodziny jego naj­młod­szy syn.

9

Wydział Spe­cjalny „Q” od nie­dawna mie­ścił się na dwu­dzie­stym pię­trze jed­nego z war­szaw­skich wie­żow­ców, pod legendą firmy kon­sul­tin­go­wej Vigo.

Zada­nia, jakie reali­zo­wał, ich szcze­gólna deli­kat­ność, koniecz­ność zacho­wa­nia nad­zwy­czaj­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa i kon­spi­ra­cji spo­wo­do­wały, że został prze­nie­siony z Cen­trali na Miło­będz­kiej w ano­ni­mowe i dobrze zabez­pie­czone miej­sce, tro­chę na zasa­dzie, że naj­ciem­niej pod latar­nią.

Wydziału strze­gły naj­no­wo­cze­śniej­sze urzą­dze­nia elek­tro­niczne i wła­sne roz­wią­za­nia tech­ni­ków wywia­dow­czych. Naj­waż­niej­sza jed­nak była dys­cy­plina i zaufa­nie do pra­cu­ją­cych w nim ofi­ce­rów. Nikt spoza czter­na­sto­oso­bo­wego zespołu Wydziału i ści­słego kie­row­nic­twa AW nie wie­dział, co się kryje pod nazwą firmy Vigo. Krąg wta­jem­ni­czo­nych był ści­śle ogra­ni­czony i kon­tro­lo­wany przez Wydział Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego

Kon­rad zosta­wił samo­chód w pod­ziem­nym garażu, zła­pał windę i klu­czem włą­czył przy­cisk dwu­dzie­stego pię­tra.

Potem wszedł do śluzy bez­pie­czeń­stwa i usta­wił twarz do kamery, która po chwili zie­lo­nym świa­tłem potwier­dziła jego iden­ty­fi­ka­cję i otwo­rzyła zamek.

Led­wie prze­stą­pił próg Wydziału, natknął się na Mar­cina o korzyst­nie zmie­nio­nym wyglą­dzie. Pod­władny, sto­jąc z kub­kiem kawy na kory­ta­rzu, wyraź­nie go ocze­ki­wał.

– Sze­fie, wiem, że po powro­cie szef ma mnó­stwo spraw na gło­wie i że zaraz jedzie do Cen­trali, ale gdyby szef był tak miły i przed wyj­ściem zna­lazł dla mnie pięć minut… – powie­dział takim tonem, jakby mu na tym bar­dzo zale­żało.

– Dobrze… po odpra­wie. Bądź w pobliżu.

Kon­rad klep­nął Mar­cina w plecy i ruszył dalej. Całe biuro było poprze­dzie­lane szkla­nymi ścia­nami, więc wszy­scy zauwa­żyli jego przy­by­cie.

Wszedł do swo­jego pokoju, natych­miast pod­krę­cił kli­ma­ty­za­cję i otwo­rzył sejf.

W tym samym momen­cie zja­wił się Marek Belik, a zaraz po nim Sara. Przy­wi­tali się krót­kim „cześć”, bez poda­wa­nia ręki. Taki już mieli zwy­czaj i zawsze go prze­strze­gali. Może chcieli się w ten spo­sób odciąć od prze­sad­nej dba­ło­ści o formy, jakiej hoł­do­wało kie­row­nic­two AW, a może uwa­żali, że w Wydziale są jak rodzina – w rodzi­nie prze­cież nikt się nie wita przez poda­nie ręki.

Sara ubrana była pogod­nie, lekko. Jak zawsze w spodniach, z dłu­gimi zło­to­blond wło­sami spię­tymi wysoko z tyłu, wyglą­dała atrak­cyj­niej niż zwy­kle. Cho­ciaż co pewien czas zaska­ki­wała Kon­rada, to jed­nak ni­gdy nie dawał po sobie poznać, że robi na nim wra­że­nie. Zresztą nie tylko na nim, bo więk­szość dziew­czyn pra­cu­ją­cych w AW pró­bo­wała ją naśla­do­wać, i w stylu, i w pracy.

Usia­dła w głę­bo­kim fotelu i oczy­wi­ście zapa­liła papie­rosa, nawet nie pro­sząc o zbędne w tym wypadku pozwo­le­nie.

Muszę ją w końcu zapy­tać, dla­czego używa zapal­niczki Zippo. Ni­gdy nie widzia­łem, by jaka­kol­wiek dziew­czyna korzy­stała z takiej cięż­kiej i dużej maszynki… jak ame­ry­kań­scy koman­dosi, nie przy­mie­rza­jąc – prze­le­ciało Kon­ra­dowi przez myśl.

Belik oparł się o stół i zało­żył ręce na piersi, jak zwy­kle zagi­na­jąc kra­wat gry­zący się z koszulą.

Jak żona wypusz­cza go tak z domu? – pomy­ślał Kon­rad, patrząc na jego kra­wat i zapuch­niętą twarz. Powinna też poży­czyć mu tro­chę pudru.

Marek nie pro­wa­dził żad­nych agen­tów, więc nie musiał „poświę­cać się dla ojczy­zny”, jak mówiło się w Wydziale o dłu­gich noc­nych roz­mo­wach z ludźmi zza wschod­niej gra­nicy. Zatem było oczy­wi­ste, że pił z dyrek­to­rem, pod­puł­kow­ni­kiem „Cięż­kim”, który agenta też ni­gdy nie spo­tkał.

Kon­rad zauwa­żył przez szybę, że przy­szła już Ewa, jego sekre­tarka. Poma­chał jej ręką na powi­ta­nie i wyko­nał gest ozna­cza­jący trzy kawy.

– Sia­daj, Marek… – powie­dział i wska­zał fotel obok Sary, a sam przy­siadł na swoim biurku. – Ewa zaraz poda kawę, a do tego czasu powiedz­cie mi… czym mnie dzi­siaj zmar­twi­cie? – zaczął żar­to­bli­wie. – Ja zmar­twię was tylko tym, że Safir, pseu­do­nim „Karol”… lub odwrot­nie… znów nam się wyśli­zgnął. W Jeme­nie zebra­li­śmy z Wil­lia­mem sporo cie­ka­wych i nowych infor­ma­cji na jego temat, ale ślad nam się urwał na gra­nicy z Oma­nem. Wil­liam przy­je­dzie do nas za tydzień. Do tego czasu musimy upo­rząd­ko­wać wszystko, co zgro­ma­dzi­li­śmy w tej spra­wie przez ostat­nie dwa mie­siące.

Sara i Marek słu­chali go w mil­cze­niu. Tym­cza­sem Ewa spraw­nie, pra­wie nie­zau­wa­żal­nie podała kawę.

– Jutro – kon­ty­nu­ował Kon­rad – skrzyk­niemy zespół i przed­sta­wię wam wyniki moich dzia­łań, które porów­namy z tym, co przez ten czas udało się wam uzy­skać. Dzi­siaj chcę zająć się wyłącz­nie spra­wami orga­ni­za­cyj­nymi Wydziału. Muszę odświe­żyć swoją bie­żącą wie­dzę.

– Chcesz robić zebra­nie Wydziału? – zapy­tał Marek tro­chę nie­pew­nie. – Sporo ludzi nie ma, są na wyjaz­dach, więc nie wiem… czy jest sens. Lutek jutro wycho­dzi ze szpi­tala. – Kon­rad spoj­rzał nań z nie­po­ko­jem, więc Marek pospie­szył z wyja­śnie­niem: – Zła­pał w Zim­ba­bwe jakąś tro­pi­kalną cho­robę i prze­le­żał trzy tygo­dnie w szpi­talu w Harare. Wszystko już jest w porządku, zaopie­ko­wała się nim nasza amba­sada. Robotę wyko­nał na piątkę z plu­sem – cią­gnął. – Będzie z tego chleb i dla nas, i dla naszych part­ne­rów. Lutek ląduje w War­sza­wie w pią­tek. Odbiorę go z lot­ni­ska.

– Co to za cho­roba?

– Nie pamię­tam! Ale mam gdzieś zapi­sane… – odparł nie­pew­nie Marek. – Poszu­kać?

– Nie! Nie teraz. Potem! – uciął Kon­rad, cho­ciaż zanie­po­koił się sprawą Lutka. – Nie, nie będę robił zebra­nia. Pocze­kam, aż zbie­rze się kwo­rum – zażar­to­wał. – Pew­nie czeka mnie dzi­siaj jesz­cze wizyta w Cen­trali, u pana numer dwa. Zbie­rzemy się w ponie­dzia­łek! – zde­cy­do­wał krótko i zapy­tał: – Czy są M-Irek?

– Nie ma ich. Buszują na jakichś tar­gach w Szan­ghaju – odpo­wie­działa Sara. – Wciąż szu­kają tej mitycz­nej cyfrówki, którą można robić zdję­cia i zoba­czyć, co jest pod bie­li­zną. Obie­ca­łam im, że pokażę im się na żywo, jeżeli znajdą ten apa­rat. – Uśmiech­nęła się figlar­nie.

M-Irek to duma, chluba, nadzieja i Bóg wie co jesz­cze Wydziału i Kon­rada, bo są jego two­rem. M-Irek to Miro­sław i Ire­ne­usz, zwani też „Q2”. Dwu­krot­nie lepsi od Bonda, bo jest ich dwóch – jak się mówiło w Wydziale.

Na pierw­szy rzut oka obaj byli ofi­ce­rami ope­ra­cyj­nymi, tak jak inni, róż­nili się jed­nak od całej reszty odmien­nym spo­so­bem postrze­ga­nia świata.

Ich żywioł to cyfry, czą­steczki, herce, bity, stru­mie­nie, luksy i cała masa innych słów i zja­wisk, na które prze­kła­dali ota­cza­jącą ich rze­czy­wi­stość, jakby żyli w innym wymia­rze, nie­po­ję­tym dla zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

M-Irek cie­szyli się w Wydziale „Q” mitycz­nym sza­cun­kiem, bli­skim temu, jaki oddaje się bóstwom, bo też krą­żyli w innym świe­cie, nie­zro­zu­mia­łym, ale potrzeb­nym. Dla­tego ofi­ce­ro­wie zwra­cali się do nich z proś­bami o roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów nie­moż­li­wych, zda­wa­łoby się, do roz­wią­za­nia. Naj­czę­ściej wyni­ka­ją­cych z dość sła­bej, nie­stety, zna­jo­mo­ści obsługi kom­pu­te­rów, co M-Irkowi szcze­gól­nie dzia­łało na nerwy. Wyjąt­kiem w Wydziale był Mar­cin, któ­rego M-Irek trak­to­wali jak mlecz­nego brata.

Kon­rad bez ogra­ni­czeń pozwa­lał im na poszu­ki­wa­nie nowych roz­wią­zań tech­nicz­nych, naj­lep­szych, naj­cie­kaw­szych, wszę­dzie tam na świe­cie, gdzie tylko uznał, że jest to moż­liwe.

Efekty ich pracy zna­la­zły szcze­rych i gorą­cych, ale czę­sto też zazdro­snych zwo­len­ni­ków w CIA, NSA i kilku innych nie mniej pro­fe­sjo­nal­nych orga­ni­za­cjach.

– Z pil­nych spraw, Kon­ra­dzie, mam w zasa­dzie tylko jedną – powie­działa Sara. Pod­nio­sła się i swoim zwy­cza­jem odsta­wiła fili­żankę na sto­jący przy drzwiach bufet. – „Tra­vis” prosi o pilne spo­tka­nie. Myślę, że trzeba mu natych­miast odpi­sać, by chło­pak się nie dener­wo­wał. Pew­nie nie wiesz, ale sytu­acja na Bia­ło­rusi jest jesz­cze bar­dziej napięta niż w cza­sie, kiedy wyjeż­dża­łeś. – Sara powie­działa to tak, jakby wkrótce miało tam wybuch­nąć powsta­nie.

Kon­rad zda­wał sobie sprawę, że do spraw bia­ło­ru­skich Sara pod­cho­dzi bar­dzo emo­cjo­nal­nie, bo to był teren jej łowów, pierw­szych poważ­nych suk­ce­sów, a ofi­cer linii „S”, kryp­to­nim „Tra­vis”, oka­zał się jej praw­dzi­wym arcy­dzie­łem.

To ona wypa­trzyła go wśród stu­den­tów w Bia­łym­stoku, namó­wiła do pracy w wywia­dzie, wycho­wała, wykształ­ciła i wyszko­liła na kogoś wię­cej niż dobrego nie­le­gal­nego ofi­cera. Poświę­ciła na to kilka lat, znacz­nie wię­cej, niż nor­mal­nie od niej wyma­gano. Przy­go­to­wa­nie dla niego „histo­rii” wyda­wało się zada­niem ponad moż­li­wo­ści Sary i całego Wydziału. W końcu jed­nak „Tra­vis” został prze­rzu­cony na Bia­ło­ruś i dzi­siaj jest mło­dym, dobrze zapo­wia­da­ją­cym się porucz­ni­kiem KGB w Miń­sku, jed­nym z waż­niej­szych nie­le­ga­łów Wydziału Spe­cjal­nego „Q”. Jego praw­dziwą toż­sa­mość znało zale­d­wie trzech ofi­ce­rów, a twarz – tylko Sara i Kon­rad. Myśleli o nim zawsze jak o jed­nym z nich i tak go trak­to­wali.

– Pro­po­nuję wywo­łać moje spo­tka­nie z „Tra­vi­sem” za tydzień w Moskwie, zgod­nie z zatwier­dzo­nym pla­nem łącz­no­ści. W obec­nej sytu­acji poli­tycz­nej War­szawa ani Wilno nie wcho­dzą w grę, cho­ciaż byłoby to bar­dziej bez­pieczne. Patrz­cie, do czego doszło! Pro­stata Łuki ma wpływ na sytu­ację wywia­dow­czą terenu – powie­działa z iro­nią zmie­szaną pół na pół z nie­na­wi­ścią do Łuka­szenki. – To moje trze­cie spo­tka­nie z „Tra­vi­sem” w Moskwie, więc sądzę, że wystar­czy, jak będzie mnie zabez­pie­czać tylko Tadek… dobrze spraw­dził się pod­czas ostat­niego wyjazdu do Turk­me­ni­stanu… i pro­po­nuję daro­wać mu panikę pod­czas poprzed­niej roboty w Moskwie – zapro­po­no­wała Sara na pozór służ­bowo, bo wie­działa, że w tej spra­wie i tak ona decy­duje.

Kon­rad chciał zapy­tać o szcze­góły wywo­ła­nia spo­tka­nia przez „Tra­visa”, gdy roz­legł się dzwo­nek tele­fonu na jego biurku. Odru­chowo spoj­rzał na Ewę, która prze­łą­czała roz­mowy, i zoba­czył jej gest, bez wąt­pie­nia sygna­li­zu­jący, że na linii jest „Ciężki”. Rzu­cił okiem na zegar i ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że jest ósma czter­dzie­ści. Szef ni­gdy nie roz­po­czy­nał pracy przed dzie­wiątą pięt­na­ście. Od razu go tknęło, że stało się coś waż­nego.

– Szef! Cie­kawe co? – rzu­cił krótko do Sary i Marka, a oni zro­bili prze­sad­nie zdzi­wione miny.

– Witam, sze­fie! – Kon­rad ode­brał roz­mowę na inter­ko­mie.

– Witam w kraju, panie naczel­niku Wol­ski! Jak udała się wycieczka? Coś już do mnie dotarło… od pani Sary. Upał panu nie zaszko­dził?

„Ciężki” był bar­dzo for­malny i łatwo dało się wyczuć, że dzwoni w zupeł­nie innej spra­wie. Użył słowa „wycieczka”, bo wie­dział, że to dener­wuje Kon­rada. „Ciężki” był igno­ran­tem, który ni­gdy nie reali­zo­wał zadań za gra­nicą. A mówiąc w ten spo­sób, zło­śli­wie depre­cjo­no­wał jego pracę, suge­ru­jąc, że taki wyjazd do Jemenu to czy­sta przy­jem­ność. W rze­czy­wi­sto­ści kryła się za tym zwy­kła zazdrość.

– Wszystko w porządku, sze­fie! Tro­chę scho­dzi mi skóra z ple­ców, ale już się osku­ba­łem. Wła­śnie mam krótką naradę z zastęp­cami…

Nie dokoń­czył, bo „Ciężki” mu prze­rwał.

– Panie naczel­niku, pro­szę, żeby pan do mnie jak naj­szyb­ciej przy­je­chał. Mamy tutaj taką nie­zwy­kłą i pilną sprawę, pro­sto z pałacu. Jak pan przy­je­dzie, wszystko panu wytłu­ma­czę… Za ile może pan być?

– Zaraz wyjeż­dżam – odpo­wie­dział Kon­rad i „Ciężki” roz­łą­czył się bez słowa. – Sami sły­sze­li­ście – zwró­cił się do Sary i Marka.

Oboje pod­nie­śli się bez słowa i ruszyli do wyj­ścia.

– Saro, zacze­kaj! – rzu­cił, gdy Marek już znik­nął za drzwiami. – Mar­cin chciał ze mną roz­ma­wiać… mówił coś, że koniecz­nie przed moim wyjaz­dem do Cen­trali. Pew­nie się bał, że to w jego spra­wie… Powiedz mu, co sły­sza­łaś. Uspo­kój go. Poga­dam z nim, gdy wrócę.

10

Moskwa, paź­dzier­nik 1939

– Przejdę teraz do omó­wie­nia ostat­niego punktu mojego refe­ratu – kon­ty­nu­ował Zaru­bin. – „Lana”, towa­rzyszka Mira Ski­bi­niecka, włą­czona została w skład nie­le­gal­nej rezy­den­tury w War­sza­wie z zada­niami pomoc­ni­czymi. Zakła­da­li­śmy, że pod kie­run­kiem „Sosny” i „Jury” wycho­wamy dobrego nie­le­gała, z per­spek­tywą prze­rzu­ce­nia dalej, do Wiel­kiej Bry­ta­nii. „Lana” ma wybitne zdol­no­ści języ­kowe, jest zdy­scy­pli­no­wana, inte­li­gentna, pomy­słowa i całym ser­cem oddana spra­wie. Jeżeli dorzu­cić do tego młody wiek… ma teraz dwa­dzie­ścia sześć lat i wyróż­nia się sło­wiań­ską urodą… to jej moż­li­wo­ści są nie­ogra­ni­czone.

Beria wyraź­nie się oży­wił. Zaru­bin spo­dzie­wał się tego i wycią­gnął już przy­go­to­wane, lekko wyre­tu­szo­wane zdję­cie „Lany”. Pod­niósł się sprę­ży­ście i pod­szedł do Berii, który zapa­lił zie­loną lampkę i zbli­żył do jej świa­tła foto­gra­fię. Wpa­try­wał się w nią nie­na­tu­ral­nie długo.

– Praw­dziwa pięk­ność! – powie­dział, wciąż się uśmie­cha­jąc wąskimi, jakby pozba­wio­nymi warg ustami i zabaw­nie prze­rzu­ca­jąc wzrok z „Lany” na Zaru­bina i z powro­tem.

Po chwili oddał mu zdję­cie i Zaru­bin wró­cił na miej­sce.

– „Lana” bar­dzo dobrze się spi­sy­wała, zabez­pie­cza­jąc „Sosnę” i „Jurę” i reali­zu­jąc zada­nia usta­le­niowe. Na wnio­sek rezy­denta otrzy­mała kil­ka­krot­nie pochwały Cen­trali. Jej inte­li­gen­cja i wraż­li­wość ope­ra­cyjna przy­nio­sły nie­spo­dzie­wane efekty. Pomógł nam też tro­chę przy­pa­dek. Prze­rzu­ca­jąc „Lanę” do Pol­ski, przy­go­to­wa­li­śmy dla niej legendę dzien­ni­karki. Na miej­scu jed­nak się oka­zało, że są poważne trud­no­ści, by tę legendę wła­ści­wie ugrun­to­wać i zabez­pie­czyć.

Prze­rwał na chwilę, jakby chciał zazna­czyć, że prze­cho­dzi do nowego roz­działu.

– Od dziecka jej zami­ło­wa­niem było śpie­wa­nie. „Lana” ma nie­po­wta­rzalny talent muzyczny.

Beria, wyraź­nie pobu­dzony, wier­cił się nie­na­tu­ral­nie. Na twa­rzy Fitina po raz pierw­szy poja­wił się nie bar­dzo służ­bowy uśmiech.

– „Jura” rów­nież ma talent muzyczny i w wol­nych chwi­lach lubił pisać pio­senki. Miał też pry­watne kon­takty z war­szaw­skimi arty­stami, co było jed­nym z ele­men­tów budo­wa­nia jego legendy. Skąd­inąd uzy­ski­wał w tym śro­do­wi­sku bar­dzo cie­kawe infor­ma­cje. Ale do rze­czy!

Zaru­bin powie­dział to spe­cjal­nym tonem, żeby wyba­dać sto­pień zain­te­re­so­wa­nia komi­sji tą sprawą.

– Nie, nie! To bar­dzo cie­kawe, pro­szę kon­ty­nu­ować – zare­ago­wał natych­miast Beria, jakby się oba­wiał, że to już koniec.

Zaru­bin miał satys­fak­cję, że dobrze się przy­go­to­wał. Nie spo­dzie­wał się nawet, że tak łatwo przyj­dzie mu ste­ro­wać komi­sją. W końcu jest Wiel­kim Mani­pu­la­to­rem!

– „Jura” napi­sał dla „Lany” pio­senkę, a ją samą zare­ko­men­do­wał swo­jemu zna­jo­memu, wła­ści­cie­lowi kaba­retu Złota Żaba… – Zaru­bin zawie­sił głos i żeby jesz­cze tro­chę pod­grzać atmos­ferę, zaj­rzał do nota­tek. – Pio­trowi Wikow­skiemu. „Lana” poszła na prze­słu­cha­nie i tak bar­dzo spodo­bała się Wikow­skiemu, że ten posta­no­wił wyko­nać z nią w duecie pio­senkę Sierdce, która była w tym cza­sie praw­dzi­wym szla­gie­rem w War­sza­wie…

– Mówi­cie o tej pio­sence z filmu? – prze­rwał mu Beria w pół zda­nia.

– Tak jest! Z filmu Wie­sio­łyje rie­biata, który w Pol­sce był wyświe­tlany pod tytu­łem Świat się śmieje i zdo­był wielką popu­lar­ność.

– Nie tylko tam – wtrą­cił Fitin. – Dobra muzyka Duna­jew­skiego i świetna paro­dia ame­ry­kań­skiego kina…

– „Lana” ma nawet coś z Lubow Orło­wej… – ode­zwał się ponow­nie Beria i dodał pew­nym gło­sem: – Towa­rzysz Sta­lin bar­dzo lubi ten film.

Zaru­bin odcze­kał około trzy­dzie­stu sekund i dopiero wtedy zaczął mówić dalej. Zauwa­żył, że histo­ria „Lany” wyraź­nie się spodo­bała, a to był dobry znak, który zna­cząco mu popra­wił i tak już dobre samo­po­czu­cie.

– „Lana” zaczęła wystę­po­wać w Zło­tej Żabie trzy razy w tygo­dniu, z coraz więk­szym powo­dze­niem. Uzy­ski­wała z tego nawet pewien dochód. Był rok tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­sty siódmy. Kaba­ret znaj­do­wał się nie­da­leko pol­skiego MSZ i odwie­dzany był przez dyplo­ma­tów, a także przez bia­łych emi­gran­tów, głów­nie Rosjan i Gru­zi­nów. W mie­siąc po roz­po­czę­ciu wystę­pów „Lana” otrzy­mała kosz kwia­tów z wizy­tówką hra­biego Tar­now­skiego, dalej pseu­do­nim „Larry”. Po kilku dniach ponow­nie, ale tym razem hra­bia przy­szedł oso­bi­ście do jej gar­de­roby. Oka­zało się, że jest to młody, przy­stojny ary­sto­krata i, co naj­cie­kaw­sze, radca mini­ster w MSZ. Spra­wiał wra­że­nie zauro­czo­nego „Laną”.

Teraz Zaru­bin mówił płyn­nie z pamięci, patrząc w wyraź­nie pobu­dzone twa­rze.

– Spo­ty­kali się przez dwa mie­siące nie­mal codzien­nie, a Tar­now­ski obsy­py­wał „Lanę” kwia­tami i dro­gimi pre­zen­tami. Spra­wiał wra­że­nie zaśle­pio­nego, przy­cho­dził na każdy jej występ. Nie­stety, muszę to wyraź­nie powie­dzieć, „Lana” nie poin­for­mo­wała rezy­denta o swoim kon­tak­cie z Tar­now­skim. Zro­biła to dopiero na początku trzy­dzie­stego siód­mego roku. „Sosna” natych­miast wysłał infor­ma­cję do Cen­trali i prze­pro­wa­dził z nią roz­mowę. W jego oce­nie „Lana” była zaan­ga­żo­wana emo­cjo­nal­nie w ten zwią­zek, wyra­ziła jed­nak pełną dys­po­zy­cyj­ność do reali­za­cji zadań. „Sosna” uznał jej wyja­śnie­nia za wia­ry­godne i szczere, a ponie­waż Moskwa w tym cza­sie nie prze­sy­łała instruk­cji – Zaru­bin wyraź­nie pod­kre­ślił to tonem głosu, ale i tak był pewien, że wszy­scy wie­dzieli dla­czego – pod­jął decy­zję o pasyw­nym kon­ty­nu­owa­niu tego związku, czyli de facto romansu „Lany” z Tar­now­skim. Ona sama zapew­niała, że nie doszło do kon­tak­tów intym­nych.

– Zuch dziew­czyna! – ode­zwał się Fitin ku zasko­cze­niu Zaru­bina. – Bar­dzo dobrze roze­grała sprawę, zacho­wała nie tylko war­to­ściowy kon­takt z Tar­now­skim, lecz także rów­no­wagę emo­cjo­nalną i psy­chiczną. A wszystko to z pożyt­kiem dla służby. Musimy pamię­tać, że natu­ral­ność tego związku ma swoją war­tość, oczy­wi­ście dopóki jest on pod naszą kon­trolą. W tym wypadku chyba nie mamy wąt­pli­wo­ści? – zapy­tał na koniec, zaska­ku­jąc Zaru­bina dość ela­stycz­nym podej­ściem do sprawy, nie­ty­po­wym, nie tak pryn­cy­pial­nym, jak to było prak­ty­ko­wane dotych­czas.

Było to dziwne o tyle, że Zaru­bin nie skoń­czył jesz­cze oma­wiać sprawy, więc przed­wcze­sna dekla­ra­cja Fitina była pew­nie na coś obli­czona. Zaru­bin miał nie­od­parte wra­że­nie, że Fitin jest inny niż wszy­scy jego poprzed­nicy. Co to zna­czy? – zaczął się zasta­na­wiać.

Beria nie reago­wał.

– Osta­tecz­nie Cen­trala zaak­cep­to­wała sta­tus quo i zgo­dziła się na roz­wi­ja­nie kon­taktu z Tar­now­skim „we wszyst­kich korzyst­nych dla sprawy kie­run­kach, z zasto­so­wa­niem wszel­kich nie­zbęd­nych środ­ków i metod”. W związku z tym „Lana” zamiesz­kała z Tar­now­skim i wkrótce została przed­sta­wiona rodzi­nie hra­biego. Nie spo­tkała się z dobrym przy­ję­ciem, jed­nakże w naj­mniej­szym stop­niu nie wpły­nęło to na ich rela­cje, a nawet wię­cej, pogłę­biło jego zaan­ga­żo­wa­nie i deter­mi­na­cję. „Lana” o wszyst­kim infor­mo­wała „Sosnę” i skru­pu­lat­nie reali­zo­wała pole­ce­nia, które tak kon­stru­owano, aby były też zgodne z jej emo­cjami i potrze­bami, o czym ona oczy­wi­ście nie wie­działa. Po jakimś cza­sie poja­wił się pro­blem z rodziną „Lany”, któ­rego prak­tycz­nie nie roz­wią­za­li­śmy do dzi­siaj. Zresztą Tar­now­ski, typ kosmo­po­lity, nie nale­gał, nie dopy­ty­wał się nie­po­trzeb­nie i w pew­nym sen­sie nie utrud­niał nam pracy. Przez te lata „Lana” dobrze się zaadap­to­wała w śro­do­wi­sku, miała licz­nych zna­jo­mych i przy­ja­ciół. Od trzy­dzie­stego siód­mego roku uzy­skała od Tar­now­skiego, w spo­sób kap­tu­rowy, sze­reg bar­dzo cie­ka­wych infor­ma­cji, głów­nie doty­czą­cych poli­tyki zagra­nicz­nej Pol­ski. „Larry” mówił jej wszystko, a pra­co­wał w Wydziale Nie­miec­kim MSZ. Dwu­krot­nie spę­dzali razem waka­cje we Fran­cji. „Larry” dużo podró­żo­wał służ­bowo do Nie­miec, Fran­cji, Włoch i Wiel­kiej Bry­ta­nii, a potem o wszyst­kim jej opo­wia­dał, z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami. Na początku bie­żą­cego roku ofi­cjal­nie się oświad­czył, a stan jego zaan­ga­żo­wa­nia emo­cjo­nal­nego sil­nie się pogłę­biał, z okre­sami cho­ro­bli­wej wręcz zazdro­ści włącz­nie. Głów­nie po jego powro­tach z zagra­nicy. Zgod­nie z decy­zją Cen­trali „Lana” oświad­czyny przy­jęła, ale daty ślubu nie wyzna­czyli. Sta­nę­li­śmy wobec pro­blemu: jak dalej pro­wa­dzić sprawę? Czy pod­jąć próbę wer­bunku „Larry’ego”, a jeżeli tak, to w jakiej kon­wen­cji, pod jaką flagą? Pytań było wiele, ale na żadne nie mie­li­śmy satys­fak­cjo­nu­ją­cej odpo­wie­dzi. Bra­ko­wało prze­ko­nu­ją­cego modus ope­randi. Dla­tego Cen­trala w poro­zu­mie­niu z „Sosną” i „Laną” pod­jęła decy­zję o cza­so­wym wstrzy­ma­niu się od aktyw­nych dzia­łań, tym bar­dziej że uzysk infor­ma­cyjny od „Larry’ego” był dobry, a sytu­acja mię­dzy­na­ro­dowa szybko się zmie­niała. Na początku sierp­nia „Larry” został zmo­bi­li­zo­wany jako porucz­nik rezerwy z przy­dzia­łem do Sztabu Naczel­nego Wodza. Od tego czasu prze­by­wał poza domem. Nie wiemy, gdzie dokład­nie. Ni­gdy wcze­śniej nie mówił, że jest ofi­ce­rem rezerwy, a „Lana” nie miała pre­tek­stu do zgłę­bie­nia tematu. Na początku wrze­śnia poin­for­mo­wał, że wyjeż­dża z War­szawy wraz ze Szta­bem Naczel­nego Wodza na wschód. Był w złym sta­nie psy­chicz­nym, bar­dzo bole­śnie prze­ży­wał rozsta­nie. Obie­cał, że zrobi wszystko, by wró­cić. Od tego czasu brak jest o nim infor­ma­cji, zresztą nie mamy też łącz­no­ści z „Laną”, o czym mówi­łem.

Zaru­bin koń­czył już swoje wystą­pie­nie. Zamknął teczkę, kła­dąc na niej dło­nie, by dys­kret­nie spoj­rzeć na zega­rek.

– Przed­sta­wi­łem naj­waż­niej­sze sprawy pro­wa­dzone przez naszą nie­le­galną rezy­den­turę w War­sza­wie. Trzeba jed­nak dodać, że cała trójka zbie­rała też infor­ma­cje kap­tu­rowo, wspie­ra­jąc reali­za­cję przed­się­wzięć podej­mo­wa­nych przez jed­nostki spe­cjalne kie­ro­wane do Pol­ski bez­po­śred­nio ze Związku Radziec­kiego. Od początku, to zna­czy od przy­by­cia do Pol­ski, aż do tego roku nasi agenci uczest­ni­czyli w dobrze zna­nej towa­rzy­szom ope­ra­cji „Mołodcy”. Wydat­nie przy­czy­nili się do jej suk­cesu, szcze­gól­nie „Jura”, który w naj­go­ręt­szym okre­sie kie­ro­wał naszymi ofi­ce­rami wewnątrz Orga­ni­za­cji Ukra­iń­skich Nacjo­na­li­stów, co dopro­wa­dziło do jej rady­ka­li­za­cji i w efek­cie do wzro­stu napię­cia na zachod­niej Ukra­inie. Przy­czy­niło się to w poważ­nym stop­niu do zała­ma­nia ofi­cjal­nej współ­pracy pol­sko-ukra­iń­skiej i nasi­le­nia pacy­fi­ka­cji pro­wa­dzo­nych przez woj­sko pol­skie na tych tere­nach…

– Już dobrze, towa­rzy­szu Zaru­bin – prze­rwał mu Beria w pół słowa – wystar­czy, ten temat jest nam dosko­nale znany. Tro­chę wyol­brzy­mia­cie rolę waszych nie­le­ga­łów w tej spra­wie, ale niech wam będzie. Myślę, że i tak wszy­scy tu obecni możemy zgod­nie oce­nić, że wyniki pracy waszej rezy­den­tury w War­sza­wie są dobre.

Zaru­bin miał uczu­cie, że za chwilę unie­sie się w powie­trze, tym bar­dziej że Fitin słu­żal­czo kiwał głową w takt słów Berii.

– Rze­czy­wi­ście pion wywiadu nie­le­gal­nego zro­bił ogromne postępy od tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego roku i muszę was pochwa­lić za rze­telne wyko­na­nie dyrek­tywy Polit­biura.

Zaru­bin nie wie­rzył wła­snym uszom.

– Pole­cam przy­go­to­wa­nie cało­ścio­wego raportu – kon­ty­nu­ował Beria – także z naszych poprzed­nich spo­tkań. Macie na to tydzień. Zosta­nie on przed­sta­wiony na posie­dze­niu Polit­biura i oso­bi­ście towa­rzy­szowi Sta­li­nowi. Wojna wrze­śniowa cał­ko­wi­cie zmie­niła sytu­ację poli­tyczno–woj­skową w Euro­pie. Znik­nął naresz­cie jeden aktor, Pol­ska jako pań­stwo, ale sprawa pol­ska jesz­cze się nie zakoń­czyła i w zgod­nej oce­nie kie­row­nic­twa par­tii będzie miała istotne zna­cze­nie dla poli­tyki ZSSR. Nie ma pań­stwa, ale są Polacy. Z histo­rii wiemy, że jest im obo­jętne, czy jeste­śmy biali, czy czer­woni, bo i tak będą z nami wal­czyć. Zakoń­czy­li­śmy z suk­ce­sem pewien etap i roz­po­czy­namy przy­go­to­wa­nia do następ­nego, a potem… do następ­nego. Odbi­li­śmy Bia­ło­ruś i Ukra­inę i mamy w końcu gra­nicę z Niem­cami. Nasze armie sta­nęły twa­rzą w twarz, i to wła­śnie w Pol­sce. Rozu­mie­cie prze­cież, towa­rzy­szu Zaru­bin, że nie będą one tak stały wiecz­nie. – Beria był bar­dzo prze­ko­nu­jący, cho­ciaż mówił o rze­czach oczy­wi­stych. Po chwili zasta­no­wie­nia dodał: – Czeka nas dużo pracy, towa­rzy­sze. Pole­cam zatem pod­jąć natych­mia­stowe dzia­ła­nia, przy wyko­rzy­sta­niu wszyst­kich naszych moż­li­wo­ści, w celu okre­śle­nia, jaki jest aktu­alny stan sprawy pol­skiej, gdzie jeste­śmy. Udało nam się wpły­nąć, razem z Niem­cami, na Rumu­nów, by zatrzy­mali i inter­no­wali rząd pol­ski. Jed­nak wiemy, że do Fran­cji spły­wają rze­sze uchodź­ców z Pol­ski, a w szcze­gól­no­ści elit woj­sko­wych i poli­tycz­nych. Należy natych­miast prze­ka­zać zada­nia naszym ludziom we Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Nie muszę oczy­wi­ście mówić o odbu­do­wa­niu kon­tak­tów z naszą pol­ską agen­turą…

Nagle Berii prze­rwał Fitin.

– Infor­mo­wa­łem już, że poju­trze przy­jeż­dża do nas dele­ga­cja Gestapo i będziemy poru­szali ten temat.

Beria poki­wał tylko głową i kon­ty­nu­ował:

– Towa­rzy­szu Zaru­bin, pro­szę się spie­szyć z przy­go­to­wa­niem raportu. Natych­miast po jego zakoń­cze­niu uda­cie się do obo­zów dla pol­skich jeń­ców, które wła­śnie zakoń­czy­li­śmy orga­ni­zo­wać. Dobie­rze­cie sobie zespół współ­pra­cow­ni­ków. Oczy­wi­ście nie będzie­cie wystę­po­wać jako INO. Trzy­mamy tam wzię­tych do nie­woli ofi­ce­rów i innych bia­łych Pola­ków. Prze­by­wają oni w obo­zach Sta­ro­bielsk, Kozielsk i Ostasz­ków. Doko­na­li­śmy wstęp­nej selek­cji i w obo­zie w Ostasz­ko­wie trzy­mamy mię­dzy innymi ofi­ce­rów Oddziału Dru­giego, choć pew­no­ści nie ma, bo Polacy nie chcą współ­pra­co­wać i są do nas wrogo nasta­wieni. Co jest zro­zu­miałe.

Beria uśmiech­nął się szy­der­czo.

– Zwy­kli cze­ki­ści nie mogą nawią­zać z nimi kon­taktu – cią­gnął w tym samym tonie. – Nie rozu­mieją ich psy­chiki, nie mają poję­cia o Pol­sce, brak im ele­men­tar­nych umie­jęt­no­ści i Polacy nimi mani­pu­lują. Musi­cie się tym pil­nie zająć. Wie­rzę, że ze swoją zna­jo­mo­ścią Zachodu i języ­ków potra­fi­cie umie­jęt­nie pozy­skać ich zaufa­nie i wejść w to śro­do­wi­sko. Oddziel­cie ziarno od plew, ustal­cie, które osoby mogą być dla nas przy­datne. Może przy oka­zji dowie­cie się cze­goś o „Saxo­nie” i „Waregu”. To trudne zada­nie, ale wie­rzę, że podo­ła­cie. – Beria zachę­cał Zaru­bina łagod­nym gło­sem z odro­biną wyczu­wal­nej sym­pa­tii. – Wasza żona też jest ofi­ce­rem wywiadu? – zapy­tał ni stąd, ni zowąd, cho­ciaż dobrze o tym wie­dział.

– Tak jest, towarz…

– Towa­rzy­szu Zaru­bin… – ode­zwała się po raz pierw­szy trze­cia postać komi­sji, Wsie­wo­łod Niko­ła­je­wicz Mier­ku­łow, pierw­szy zastępca Berii. – Znam was dobrze i cenię jako odda­nego spra­wie cze­ki­stę.

Zaru­bin zdał sobie sprawę, że był tak skon­cen­tro­wany na Berii i Fiti­nie, iż zupeł­nie o nim zapo­mniał. O ist­nie­niu Mier­ku­łowa, wciąż popi­ja­ją­cego wodę, przy­po­mi­nało jedy­nie stu­ka­nie karafki o szklankę. Po pro­stu nie mie­ścił się w sce­na­riu­szu Zaru­bina. Nie można mówić do trzech osób. Nie obej­muje tego stan­dard tech­niki ofi­cera wywiadu.

Tym­cza­sem Mier­ku­łow przy­brał poważny ton.

– Towa­rzy­szu Zaru­bin, wydam dys­po­zy­cje, by udzie­lono wam wszel­kiej nie­zbęd­nej pomocy, otrzy­ma­cie spe­cjalne peł­no­moc­nic­twa, ale spiesz­cie się, bo macie czas tylko do wio­sny.

Fitin ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na Mier­ku­łowa, ale zaraz się opa­no­wał.

– Rozu­mie­cie?! – nie­mal wysy­la­bi­zo­wał znany z aktor­skiego talentu Mier­ku­łow. – Potem już takich moż­li­wo­ści nie będzie.

Zapa­dła cisza. Zaru­bin dużo widział, dużo wie­dział, jesz­cze wię­cej sły­szał, toteż dosko­nale zro­zu­miał, o czym mówił Mier­ku­łow. Przez chwilę nie potra­fił upo­rząd­ko­wać myśli. W tym kraju zda­rzyło się wiele, ale tego nie mógł pojąć, był na to za inte­li­gentny. Czuł, że to błąd, ogromny błąd, za który przyj­dzie kie­dyś drogo zapła­cić.

Popa­trzył na Berię i Mier­ku­łowa. Kau­ka­ski styl – pomy­ślał. Czy oni w ogóle wie­dzą, jak myśli i wygląda reszta świata poza fil­mami i rapor­tami wywiadu? Otrzą­snął się jed­nak, bo ni­gdy nie zawiódł się na swo­jej intu­icji i wro­dzo­nej mimi­krze, waż­nej umie­jęt­no­ści pozwa­la­ją­cej cze­ki­ście prze­żyć.

– Rozu­miem, towa­rzy­szu zastępco prze­wod­ni­czą­cego – zamel­do­wał dobit­nie.

– Jesz­cze jedna sprawa – powie­dział Mier­ku­łow. – Na tere­nach zachod­nich prze­ję­li­śmy pol­skiego majora, Jerzego Nałę­cza-Sosnow­skiego. Jest ranny. Kon­wo­jenci, pol­scy żan­darmi, praw­do­po­dob­nie chcieli go roz­strze­lać. Został prze­wie­ziony do naszego szpi­tala na Łubiance. Wie­cie, o kogo cho­dzi? – zapy­tał.

– Oczy­wi­ście! – natych­miast odpo­wie­dział Zaru­bin. – To as wywiadu pol­skiego w Niem­czech, barwna postać, znana w całej Euro­pie. Byłem aku­rat w Niem­czech, kiedy został aresz­to­wany… chyba w trzy­dzie­stym czwar­tym roku. W pew­nym stop­niu kon­tro­lo­wa­li­śmy jego sprawę przez naszych agen­tów w nie­miec­kim kontr­wy­wia­dzie. W trzy­dzie­stym szó­stym Niemcy wymie­nili go na sied­miu agen­tów Abwehry. W Pol­sce został tuż przed wojną aresz­to­wany i ska­zany. Sprawę znamy dosyć dobrze, infor­mo­wał o tym „Wareg”, który miał dobre kon­takty w pro­ku­ra­tu­rze woj­sko­wej.

– Sosnow­skim zaj­muje się teraz nasza Zoja Woskrie­sien­ska, ale chciał­bym, żeby­ście i wy włą­czyli się do sprawy – powie­dział Mier­ku­łow.

– Tak jest! – odpo­wie­dział Zaru­bin.

– Jak widzi­cie, nie prze­sa­dza­łem, kiedy mówi­łem, że czeka was dużo pracy. Liczymy na was i wasz Wydział! – dorzu­cił Beria.

– Jest jesz­cze jedna sprawa, zupeł­nie nowa – zwró­cił się Fitin do Berii. – Odby­li­śmy wstępne kon­sul­ta­cje z towa­rzy­szem Zaru­bi­nem i Wydzia­łem Pol­skim. Całość pro­jektu zosta­nie wkrótce przed­sta­wiona w spe­cjal­nym rapor­cie, który jest w trak­cie przy­go­to­wa­nia.

Na twa­rzy Berii poja­wiło się zain­te­re­so­wa­nie.

– Pro­jekt prze­wi­duje utwo­rze­nie na bazie Wydziału Pol­skiego roz­sze­rzo­nego oddziału spe­cjal­nego i prze­nie­sie­nie go w pobliże gra­nicy nie­miec­kiej, na przy­kład do Brze­ścia Litew­skiego. Pro­wa­dze­nie dzia­łań ope­ra­cyjno-wywia­dow­czych z tej pozy­cji powinno w znacz­nym stop­niu zwięk­szyć efek­tyw­ność naszej pracy, a także roz­wi­nąć, z wyko­rzy­sta­niem pol­skiego ele­mentu, roz­po­zna­nie wywia­dow­cze sił i ruchów Niem­ców po dru­giej stro­nie gra­nicy. Da nam to rów­nież moż­li­wość bliż­szej współ­pracy z Gestapo i jed­no­cze­śnie ich roz­pra­co­wa­nia. Z Brze­ścia do War­szawy jest prze­cież nie­spełna dwie­ście kilo­me­trów… Przed­się­wzię­cie ryzy­kowne, ale moż­liwe do reali­za­cji. Wymaga oczy­wi­ście odpo­wied­nich przy­go­to­wań – zakoń­czył Fitin pyta­ją­cym tonem.

Beria, który cały czas słu­chał uważ­nie, spoj­rzał na Mier­ku­łowa.

– A co ty o tym myślisz, Siewa? – zapy­tał. – Odważne, jesz­cze tak nie dzia­ła­li­śmy, ale cóż, czasy są trudne i mogą być jesz­cze trud­niej­sze.

– Trzeba szu­kać nowych roz­wią­zań – oznaj­mił Mier­ku­łow.

– Cie­kawe… Cze­kam na raport – powie­dział Beria, wsta­jąc.

11

Pokój wypeł­niały kłęby dymu papie­ro­so­wego wymie­szane z opa­rami wódki, piwa i uryny z zepsu­tej toa­lety. W rogu pokoju stał tele­wi­zor włą­czony na MTV bez głosu.

Puł­kow­nik Andriej Ole­go­wicz Ste­pa­no­wycz z miń­skiego KGB czuł, że jeżeli zosta­nie dłu­żej, to za chwilę urwie mu się film. Pod­jął już decy­zję: naj­wyż­szy czas iść do domu, zwłasz­cza że mieszka nie­da­leko.

Wyda­wało mu się, że głosy pię­ciu pija­nych męż­czyzn zle­wają się w jeden potężny ryk. W żad­nym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nie­od­parte wra­że­nie, że kole­dzy ze Służby Cel­nej, nie mniej pijani od niego, tylko cze­kają, żeby ode­brać mu jego zasłu­żone pięć tysięcy dola­rów.

Póź­niej powie­dzą, że gdzieś zgu­bi­łem. To skur­wy­syny… Takim ni­gdy nie można ufać! – pomy­ślał z wysił­kiem.

Co prawda nie napra­co­wał się zbyt­nio, by zasłu­żyć na te pie­nią­dze, bo i nie było przy czym, zabez­pie­czał jedy­nie trans­port papie­ro­sów do Pol­ski, ale piątka mu się nale­żała, bo jest naj­star­szy stop­niem. Już dawno nie dostał takiej kasy, więc cią­gle odru­chowo wsu­wał rękę do kie­szeni, spraw­dza­jąc, czy pie­nią­dze są na swoim miej­scu. I po każ­dej takiej kon­troli było mu coraz przy­jem­niej.

– Cisza! – krzyk­nął chyba ciut za gło­śno i opie­ra­jąc się o chy­bo­tliwy stół, spró­bo­wał wstać. – Bacz­ność! Towa­rzysz puł­kow­nik wycho­dzi do domu – powie­dział nie­zbyt wyraź­nie do zamil­kłych nagle kom­pa­nów. – Nie spro­wa­dzać mi tu żad­nych kurew, jak pójdę. To jest… kurwa… przy­zwo­ite miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne Komi­tetu Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego Repu­bliki Bia­ło­ruś. Zro­zu­miano?! – Z tru­dem utrzy­my­wał się w pio­nie. – Nie trzeba mi tu żad­nych awan­tur. Nie dzi­siaj, kiedy wszy­scy są przy kasie. A z kur­wami zawsze są kło­poty! Zro­zu­miano?! – Mimo że mówił beł­ko­tli­wie, sta­rał się być poważny.

Nawet w tym sta­nie dosko­nale wie­dział, że Służba Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta tylko czeka, by przy­wa­lić chłop­com z KGB, i jego kasa poszłaby nie­chyb­nie na wczasy w Egip­cie dla jakie­goś wałka Łuka­szenki.

Patrzył na czer­wone twa­rze pię­ciu męż­czyzn sie­dzą­cych wokół stołu i nie był pewny, czy dotarło do nich to, co powie­dział.

– Wasia! Chodź tu… chło­pie! Odpo­wia­dasz za zakoń­cze­nie tej imprezy. – Zachły­snął się powie­trzem i odbiło mu się nie­bez­piecz­nie. Po chwili dokoń­czył: – Pil­nuj tych cel­ni­ków, to ama­to­rzy, i żeby nie skoń­czyło się jak poprzed­nio. Zro­zu­mia­łeś, dur­niu?! – rzu­cił do kapi­tana Krupy, naj­młod­szego w towa­rzy­stwie i, jak mu się wyda­wało, w miarę trzeź­wego.

– Odpro­wa­dzę was do domu… towa­rzy­szu pułk… niku! – Kapi­tan pode­rwał się tak gwał­tow­nie, że aż upa­dło za nim krze­sło. Sta­nął na bacz­ność, wychy­la­jąc się do tyłu wbrew pra­wom fizyki, ale nikt nie zwró­cił na to uwagi.

– Idź w cho­lerę, Wasia! Mam do domu… może… dwie­ście metrów! Może mniej. Masz mi dopil­no­wać tej imprezy. Zro­zu­mia­łeś, dur­niu?! – Ste­pa­no­wycz nie­pew­nym kro­kiem posu­wał się w kie­runku drzwi.

– Tak jest! Towa… szu… niku! – odpo­wie­dział kapi­tan Krupa, jakimś cudem pro­stu­jąc się w posta­wie zasad­ni­czej.

– Idź, chłop­cze, do kuchni, tam na stole są ogórki… tylko weź te zamknięte. I flaszkę daj. – Ste­pa­no­wycz radził sobie teraz zupeł­nie dobrze. – Jest tam też rekla­mówka… No idź, Wasia! Włóż to do niej i przy­nieś.

Krupa, chwy­ta­jąc się fra­mugi drzwi, ruszył do kuchni.

– Jutro też jest dzień! – reflek­syj­nie rzu­cił puł­kow­nik i zaraz dodał: – Daj moje fajki ze stołu… Jutro trzeba jakoś prze­żyć! Nie?!

Zna­le­zie­nie ogór­ków, wódki, papie­ro­sów i torby Media Markt zajęło kapi­ta­nowi dużo czasu.

Ste­pa­no­wycz stał oparty ple­cami o drzwi i wyglą­dał, jakby zasnął.

– Wszystko gotowe, tow… szu puł… niku! – zamel­do­wał zado­wo­lony Krupa, wycią­ga­jąc przed sie­bie czer­woną rekla­mówkę.

– Chodź tu, Wasia! – Puł­kow­nik ock­nął się, bru­tal­nie przy­cią­gnął Krupę za kark i z wolna wyszep­tał mu do ucha: – Pil­nuj swo­jej kasy! Ci cel­nicy to zło­dzieje i jak im pozwo­lisz, to cię opier­dolą. I tak zaro­bili dwa razy wię­cej na tych faj­kach, niż mówią. Ale ja to ustalę, Wasia! I wszystko odda­dzą z pro­cen­tem. Zoba­czysz! – Wciąż nie zdej­mo­wał mu ręki z karku. – Ty jesteś dobry chło­pak, Wasia! Trzy­maj się mnie, a dobrze na tym wyj­dziesz. – Poluź­nił uścisk, ale Krupa wciąż stał w posta­wie zasad­ni­czej, z zamknię­tymi oczami.

Ste­pa­no­wycz z tru­dem zszedł z trze­ciego pię­tra, nie odry­wa­jąc dłoni od porę­czy. Brak żaró­wek na klatce scho­do­wej nie uła­twiał mu zada­nia.

Wyszedł przed budy­nek i poczuł cie­płe, świeże nocne powie­trze. Wyjął papie­rosa i zaczął inten­syw­nie szu­kać w kie­sze­niach zapal­niczki. Ruchy krę­po­wała mu torba z ogór­kami i wódką.

Po chwili zacią­gnął się mocno dar­mo­wym papie­ro­sem z ostat­niego trans­portu i jak pędzący paro­wóz wypu­ścił w górę dym.

Czuł się dobrze, jak czło­wiek suk­cesu i wła­dzy.

– The sky is the limit – powie­dział gło­śno po angiel­sku swoje ulu­bione zda­nie, jedyne zresztą, jakie znał w tym języku, i ruszył w kie­runku domu gęsto zadrze­wioną asfal­tową alejką.

Blade świa­tło nie­licz­nych latarni wska­zy­wało kie­ru­nek. Była sobota i na osie­dlu, mimo cie­płej nocy, pano­wała nie­na­tu­ralna o tej porze cisza. Szedł powoli, pró­bu­jąc, ze zmien­nym szczę­ściem, trzy­mać się ścieżki.

Nagle przy­sta­nął, odwró­cił się i spoj­rzał do tyłu. Miał wra­że­nie, że ktoś za nim idzie. Czuł czy­jąś obec­ność.

Przez chwilę wytę­żał wzrok, lecz słabe świa­tło i bujne zaro­śla nie pozwa­lały mu nic dostrzec. Nie bał się. Czuł się pew­nie. Na ofi­cer­skim osie­dlu nikt by go nie tknął, cho­ciaż i tu cza­sami zda­rzały się drobne awan­tury.

W pew­nym momen­cie zauwa­żył, że kilka metrów od niego nie­na­tu­ral­nie poru­szyły się liście. Chwy­cił ręką za mary­narkę na piersi, gdzie miał grubą kopertę z pie­niędzmi.

Tam ktoś jest! – pomy­ślał i poża­ło­wał, że nie wziął broni.

– Wasia? To ty, bał­wa­nie?! – powie­dział gromko, by dodać sobie odwagi. – Wyłaź, bo cię zastrzelę! – Udał, że sięga po ukryty pisto­let.

Zda­wał sobie sprawę, że w tym sta­nie jest bez­bronny. Wie­dział też, że to nie może być Wasi­lij Krupa. Stał jesz­cze chwilę, obser­wu­jąc przez zmru­żone oczy zaro­śla. Znów mu się wydało, że ktoś tam jest. Nie był pewny, czy to złu­dze­nie, czy rze­czy­wi­ście widzi kształt postaci i jaśniej­szą twarz zato­pioną w ciem­nej zie­leni.

Czuł, jak pul­suje mu krew w skro­niach i mocno bije napę­dzone wódką serce.

Skur­wy­syny! Chcą mnie oczy­ścić z kasy! – dotarło do niego nagle z całą siłą.

Wypeł­nił go nie­po­kój, jakiego dotąd nie znał, a prze­cież nic nie widział. Pew­nie mu się tylko zda­wało, że ktoś go śle­dzi. Im bar­dziej nie rozu­miał, co się z nim dzieje, tym więk­szą czuł panikę.

Przy­spie­szył kroku. Wyostrzone zmy­sły dzia­łały jak nowe. Już widział bramę swo­jego domu.

Ener­gicz­nie otwo­rzył mocno sfa­ty­go­wane, skrzy­piące drzwi. Po omacku prze­cią­gnął lewą ręką i odszu­kał skrzynki na listy, za któ­rymi był włącz­nik świa­tła. Zna­lazł go bez­błęd­nie i naci­snął, ale świa­tło zapa­liło się tylko na wyż­szych pię­trach, rzu­ca­jąc na dół zale­d­wie słabą poświatę.

Teraz już poczuł się bez­piecz­nie. Był w domu. Zro­bił pierw­szy krok po scho­dach i zatrzy­mał się.

Kątem oka dostrzegł zarys wyso­kiej postaci. Stała nie­ru­chomo po pra­wej stro­nie, w ciem­nej wnęce, przy wej­ściu do piw­nicy. Andriej Ole­go­wicz nie ucie­kał, znie­ru­cho­miał jak oło­wiany posąg. Chciał tam spoj­rzeć, ale się bał!

Minęły dwie, trzy sekundy. I nagle poczuł potężne, bez­bo­le­sne ude­rze­nie w plecy i rów­no­cze­śnie na twa­rzy silny uścisk czy­jejś dłoni. Po chwili spa­dły na niego dwa następne ude­rze­nia. Zro­biło mu się gorąco na całym ciele. Jego noz­drza podraż­nił słodki, dziwny zapach, ugięły się pod nim nogi i cie­pła, wil­gotna plama roz­lała mu się po ple­cach.

– To nóż! Nóż… – usły­szał wła­sny głos, ucie­ka­jący i meta­liczny.

Zawi­ro­wało mu w oczach. Chciał zwy­mio­to­wać. Zoba­czył, jak w zwol­nio­nym tem­pie prze­suwa się nad nim zna­joma twarz. Zro­zu­miał, że leży, i chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł wydo­być z sie­bie głosu.

Dwie mocne dło­nie spraw­nie prze­szu­ki­wały mu kie­sze­nie, wycią­ga­jąc kopertę z pie­niędzmi, port­fel i pęk klu­czy. Jesz­cze przez chwilę moco­wały się z pla­sti­kową torbą, która owi­nęła się wokół nad­garstka. Potem usły­szał trza­śnię­cie drzwi wyj­ścio­wych i szybko odda­la­jące się kroki.

Było cicho i coraz zim­niej.

12

– Panie pre­ze­sie, przy­szedł pro­fe­sor Kazi­mierz Barda – zaanon­so­wała przez tele­fon sekre­tarka.

Dok­tor Hen­ryk Małecki wstał z fotela i z ledwo zauwa­żal­nym ocią­ga­niem wyszedł z gabi­netu.

– Ser­decz­nie witam, panie pro­fe­so­rze, w sie­dzi­bie Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. To dla nas i dla mnie oso­bi­ście zaszczyt gościć twórcę pol­skiej cyber­ne­tyki i infor­ma­tyki. Bar­dzo prze­pra­szam, że musiał pan tak długo cze­kać na to spo­tka­nie, ale sam pan rozu­mie, jak bar­dzo jestem teraz zajęty. – Pre­zes ści­skał rękę wyso­kiego, dys­tyn­go­wa­nego pana po osiem­dzie­siątce.

– Nic nie szko­dzi. Mam teraz sporo wol­nego czasu, cho­ciaż moja macie­rzy­sta uczel­nia we Wro­cła­wiu na­dal powie­rza mi jakieś zada­nia i nie pozwala osta­tecz­nie się zesta­rzeć. Wciąż mam kon­takt ze stu­den­tami. – Głos pro­fe­sora brzmiał dźwięcz­nie, wręcz mło­dzień­czo.

Prze­szli do gabi­netu pre­zesa i usie­dli w głę­bo­kich fote­lach przy przy­go­to­wa­nym wcze­śniej sto­liku.

– Czym mogę panu słu­żyć, panie pro­fe­so­rze? Może odro­binę koniaku, pora jest już wła­ściwa, lecz może tem­pe­ra­tura na zewnątrz zbyt wysoka? – zapy­tał Małecki ofi­cjal­nie.

– Z przy­jem­no­ścią, panie pre­ze­sie. Myślę, że dobrze mi to zrobi po podróży, tym bar­dziej że leka­rze nie zabra­niają mi tego trunku mimo moich osiem­dzie­się­ciu ośmiu lat.

– Nie­praw­do­po­dobne! Świet­nie pan wygląda, panie pro­fe­so­rze! – Małecki był auten­tycz­nie zasko­czony.

– Panie pre­ze­sie, ile czasu może mi pan poświę­cić? – zapy­tał Barda pro­sto z mostu.

– Ile będzie trzeba! Nie mam już dzi­siaj żad­nych spo­tkań – skła­mał Małecki, bo kolejka inte­re­san­tów ni­gdy się nie koń­czyła, ale miał nadzieję, że pro­fe­sor to zro­zu­mie i nie będzie prze­cią­gał roz­mowy.

– Sprawa, z którą do pana przy­cho­dzę, jest, jak mi się wydaje, dosyć nie­ty­powa. Pew­nie z racji pia­sto­wa­nego urzędu ma pan cały sze­reg nie­ty­po­wych spraw… albo może wyłącz­nie nie­ty­powe… zresztą za chwilę sam pan oceni. Muszę jed­nak bar­dzo wyraź­nie pod­kre­ślić, że ta roz­mowa ma dla mnie oso­bi­ście ogromne zna­cze­nie. Mógł­bym nawet śmiało powie­dzieć, że to naj­waż­niej­szy dzień w moim życiu, co pew­nie pana zdziwi, panie pre­ze­sie.

I rze­czy­wi­ście Małecki był zdzi­wiony tym, co usły­szał. Prak­tycz­nie nie spo­ty­kał się z oso­bami, które figu­ro­wały w kata­lo­gach IPN. Zanim zgo­dził się na roz­mowę z Bardą, spraw­dził go we wszyst­kich moż­li­wych reje­strach. Wydało mu się nie­po­jęte, że ktoś taki jak pro­fe­sor, który wykła­dał prze­cież na zagra­nicz­nych uczel­niach, ni­gdy nie zain­te­re­so­wał służb spe­cjal­nych PRL. Cho­ciaż zda­rzały się takie przy­padki… Ale to tylko zwięk­szało jego zdzi­wie­nie tym, co przed chwilą usły­szał.

Pro­fe­sor zawie­sił głos i przy­cią­gnął do sie­bie fili­żankę z kawą i koniak. Małecki miał wra­że­nie, że jego gość zasta­na­wia się, czy dobrze zro­bił, przy­cho­dząc tutaj. Był coraz bar­dziej cie­kaw, co ma do powie­dze­nia.

– Pro­szę mi wyba­czyć, panie pre­ze­sie, że zapy­tam tak bez­po­śred­nio. Rozu­miem, że nasza roz­mowa… nie jest reje­stro­wana? Zga­dzam się na robie­nie nota­tek, ale nie na nagry­wa­nie. – Pro­fe­sor był uprzej­mie sta­now­czy.

– Ależ, panie pro­fe­so­rze! – Małecki zro­bił minę, jakby się lekko obra­ził, cho­ciaż czę­sto nagry­wał spo­tka­nia. – Może w takim razie popro­szę mojego asy­stenta Zenona Ruperta, by spo­rzą­dzał notatki? – zapy­tał.

Pro­fe­sor ski­nął głową i się­gnął po kie­li­szek. W tym cza­sie Małecki popro­sił przez tele­fon asy­stenta, by przy­szedł do jego gabi­netu. Zauwa­żył, że pro­fe­sor pocią­gnął duży łyk koniaku, jakby chciał dodać sobie odwagi.

– Pan Rupert jest bar­dzo zdol­nym mło­dym naukow­cem, jed­no­cze­śnie moim dok­to­ran­tem. Mam do niego pełne zaufa­nie, gdyż znam go od dziecka. Jego ojciec to mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel, jesz­cze z cza­sów dzia­łal­no­ści pod­ziem­nej.

– Sły­sza­łem gdzieś to nazwi­sko… – powie­dział Barda.

– Tak, to syn naszego mini­stra obrony Zbi­gniewa Ruperta. Cha­rak­te­ry­styczne, nie da się pomy­lić, prawda? – Małecki się­gnął po swój kie­li­szek.

Rupert wszedł do pokoju gwał­tow­nie, bez puka­nia. Pod­szedł do pro­fe­sora z wycią­gniętą ręką i sztucz­nym uśmie­chem na twa­rzy.

– Witam pana pro­fe­sora – rzu­cił krótko.

Widać było, że już wcze­śniej wie­dział, kogo zasta­nie w gabi­ne­cie.

Od razu zro­bił na Bar­dzie bar­dzo złe wra­że­nie – zbyt pew­nego sie­bie, aro­ganc­kiego mło­dego czło­wieka – i cho­ciaż pro­fe­sor pra­wie całe życie spę­dził z mło­dzieżą, rzadko spo­ty­kał się z takim bra­kiem sza­cunku.

– Panie pro­fe­so­rze – powie­dział Małecki – przed­sta­wiam panu magi­stra Zenona Ruperta.

Barda podał mu rękę, nie wsta­jąc z fotela, ale odniósł wra­że­nie, że Rupert nie zro­zu­miał tego gestu.

– Zenek – zwró­cił się Małecki do Ruperta – usiądź, będziesz robił notatki z naszej roz­mowy.

– Prawdę mówiąc, wszystko to, co pano­wie za chwilę usły­szą, powinno być objęte klau­zulą „ści­śle tajne”. Tak to się mówi? – zapy­tał Barda, choć dobrze wie­dział, co ten ter­min ozna­cza. – Rzecz doty­czy mojego życia i spraw, które nie powinny być zapo­mniane.

Słowa „życia i spraw” zabrzmiały mocno, groź­nie. I chciał, żeby tak wła­śnie zostały ode­brane.

– Roz­ma­wia­łem nie­dawno z moim synem, który od dwu­dzie­stu lat jest wykła­dowcą na Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy. Jemu pierw­szemu opo­wie­dzia­łem tę histo­rię i to wła­śnie on mi dora­dził, bym zwró­cił się z tą sprawą do Insty­tutu Pamięci Naro­do­wej. Przy­znam szcze­rze, panie pre­ze­sie, że nie jest to naj­lep­szy spo­sób zakoń­cze­nia mojej ody­sei, ale nie mam wyboru. – Na chwilę zawie­sił głos. – A może jest to jed­nak jedyny wybór, jakiego teraz mogę doko­nać, bo, jak mówią mi leka­rze, muszę się szybko decy­do­wać.

Pro­fe­sor mówił spo­koj­nie, dobie­ra­jąc słowa, i nie zwra­cał uwagi na reak­cje pre­zesa, a tym bar­dziej sie­dzą­cego za biur­kiem wyły­sia­łego przed­wcze­śnie dok­to­ranta. Miał wra­że­nie, że kręci mu się tro­chę w gło­wie od koniaku, że jesz­cze nie jest gotowy, że może jed­nak nie powi­nien nic mówić.

– Zda­rzyło się to w lipcu czter­dzie­stego trze­ciego roku w lasach na Pole­siu, na połu­dniowy wschód od Grodna. Teraz to jest Bia­ło­ruś. Oddział nasz, wcho­dzący w skład Zgru­po­wa­nia AK na Gro­dzieńsz­czyź­nie, był jed­nostką do zadań spe­cjal­nych. Dowo­dził nim major Sta­ni­sław Wasz­czy­kow­ski, pseu­do­nim „Broda”. Wraz z bra­tem zosta­li­śmy wów­czas przy­dzie­leni do tego oddziału, z bez­po­śred­nią pod­le­gło­ścią „Bro­dzie”. Mój nie­ży­jący już dzi­siaj brat Jan, star­szy ode mnie o cztery lata, był ofi­ce­rem zawo­do­wym WP. Do wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku słu­żył w Oddziale Dru­gim Sztabu Gene­ral­nego Woj­ska Pol­skiego, Refe­rat Wschód, w War­sza­wie. W chwili wybu­chu wojny był już kapi­ta­nem, ja nato­miast mło­dym pod­cho­rą­żym. Nie będę wcho­dził teraz w szcze­góły, powiem jedy­nie, że zgod­nie z pla­nami ope­ra­cyj­nymi na wypa­dek wojny prze­szli­śmy pod koniec wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego, z dobrymi papie­rami, do strefy sowiec­kiej, gdzie mie­li­śmy ocze­ki­wać w ukry­ciu na dal­sze instruk­cje. Miesz­ka­li­śmy w sta­rym domku na przed­mie­ściach Grodna. Gdzieś na prze­ło­mie stycz­nia i lutego tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku nawią­zał z nami kon­takt łącz­nik z War­szawy. Od tej chwili do wybu­chu wojny sowiecko-nie­miec­kiej zaj­mo­wa­li­śmy się roz­po­zna­niem i budową orga­ni­za­cji wywia­dow­czej na zaple­czu Rosjan. W szcze­gól­no­ści inte­re­so­wała nas współ­praca nie­miecko-sowiecka, stan przy­go­to­wań ZSRR do wojny i tym podobne sprawy.

Pro­fe­sor mówił płyn­nie, ze swo­bodą. Rupert dokład­nie wszystko noto­wał, ale Małecki już sły­szał takie histo­rie.

– Byli­śmy wtedy pod­ko­mend­nymi Oddziału Dru­giego Komendy Głów­nej ZWZ. Jed­nym z waż­niej­szych zadań, jakie wypeł­nia­li­śmy do chwili wybu­chu wojny, była iden­ty­fi­ka­cja i jeśli zaszła potrzeba – Barda zawa­hał się przez moment – likwi­da­cja współ­pra­cow­ni­ków NKWD oraz wszel­kiego rodzaju rene­ga­tów i dono­si­cieli w naszych sze­re­gach. Pro­wa­dze­nie dzia­łal­no­ści kon­spi­ra­cyj­nej i wywia­dow­czej w tych cza­sach i na tym tere­nie było nad­zwy­czaj trudne, NKWD bowiem miało bar­dzo sprawną i dobrze zor­ga­ni­zo­waną struk­turę oraz liczne grono gor­li­wych współ­pra­cow­ni­ków. Uda­wało nam się unik­nąć pro­wo­ka­cji i aresz­to­wa­nia, gdyż pra­co­wa­li­śmy z bra­tem sami, a naszą łącz­niczką była „Hania”. Wyjąt­kowa, nie­zwy­kła osoba…

Barda prze­rwał na sekundę, a Małecki wyczuł natych­miast, że zała­mał mu się głos.

– Mie­li­śmy do niej pełne zaufa­nie. Przed wojną prze­szli­śmy spe­cja­li­styczne prze­szko­le­nie doty­czące spe­cy­ficz­nych zasad służby wywia­dow­czej prze­ciw Sowie­tom. W Grod­nie brat pra­co­wał w elek­trowni, a ja w miej­sco­wej gaze­cie mło­dzie­żo­wej, gdzie zosta­łem nawet człon­kiem Kom­so­mołu. W naszym oto­cze­niu nikt nie wie­dział, że jeste­śmy braćmi. Po wybu­chu wojny z ZSRR otrzy­ma­li­śmy nowe zada­nia. W ramach akcji „Wachlarz”. Pan to oczy­wi­ście zna, prawda, pre­ze­sie?

Małecki poki­wał głową jakby z poli­to­wa­niem.

– Zaczę­li­śmy wtedy pra­co­wać w nie­miec­kiej fir­mie trans­por­to­wej jako kie­rowcy i dużo jeź­dzi­li­śmy po Bia­ło­rusi, co znacz­nie uła­twiało nam dzia­łal­ność. Zna­li­śmy język, warunki, no i nie bali­śmy się zapusz­czać w rejony opa­no­wane przez sowiecką par­ty­zantkę. Pod koniec czter­dzie­stego dru­giego roku w naszej jed­no­stce w Grod­nie, któ­rej pod­le­ga­li­śmy, nastą­piła wsypa. Niemcy aresz­to­wali „Hanię” i musie­li­śmy ucie­kać. „Hania” to praw­dziwy boha­ter i żoł­nierz, nawet nie zna­li­śmy jej nazwi­ska, po pro­stu przed­sta­wiła się jako „Hania” i tak zostało. Umarła cicho, samot­nie, w nie­miec­kim wię­zie­niu w Grod­nie… Popeł­niła samo­bój­stwo. Tylko ona wie­działa, że jeste­śmy braćmi, i znała nasze praw­dziwe nazwi­ska. Kon­tak­to­wała się z naszymi rodzi­cami w Wil­nie.

Pro­fe­sor był wyraź­nie wzru­szony. Wyglą­dało na to, że było w tym wspo­mnie­niu coś wię­cej niż tylko pamięć.

– Dosta­li­śmy przy­dział do oddziału „Brody”… Jak mówi­łem, była to jed­nostka spe­cjalna. Więk­szość żoł­nie­rzy pocho­dziła z mia­sta: chłopcy dobrze wykształ­ceni, z inte­li­genc­kich rodzin, w więk­szo­ści ofi­cer­skich, o sil­nej moty­wa­cji i oddani spra­wie. W oddziale pano­wał wspa­niały duch przy­jaźni i bra­ter­stwa, cho­ciaż przy­szło nam wyko­ny­wać wąt­pliwe, według obec­nych stan­dar­dów, zada­nia. Wtedy była jed­nak wojna i takich wąt­pli­wo­ści nie mie­li­śmy. Teraz jedno zdję­cie w mediach, krótki film doku­men­talny przed­sta­wia­jący śmierć na żywo wzbu­dza gorące emo­cje. Wów­czas, powiem to szcze­rze, mie­wa­li­śmy wąt­pli­wo­ści tylko wtedy, gdy trzeba było zli­kwi­do­wać Polaka. W pozo­sta­łych wypad­kach nie mie­li­śmy żad­nych.

Zauwa­żył, że zaczyna odcho­dzić od sedna sprawy, więc wró­cił do prze­rwa­nego wątku.

– „Broda” wie­dział, że jeste­śmy spo­krew­nieni, ale nie że jeste­śmy braćmi. Wie­dział jedy­nie, że ja byłem pod­cho­rą­żym rezerwy z War­szawy, a Jan ofi­ce­rem linio­wym. Jed­nym z naszych zadań było roz­pra­co­wy­wa­nie sowiec­kiej par­ty­zantki na Wileńsz­czyź­nie i Pole­siu. Pod­le­ga­li­śmy bez­po­śred­nio Komen­dzie Głów­nej AK. Nasze rela­cje z sowiecką par­ty­zantką od początku były złe, ale po ujaw­nie­niu zbrodni katyń­skiej wio­sną czter­dzie­stego trze­ciego pogor­szyły się jesz­cze bar­dziej. W naszym oddziale było wielu żoł­nie­rzy, któ­rzy stra­cili kogoś w Katy­niu, a inni cały czas szu­kali bli­skich i już prze­czu­wali, co mogło się z nimi stać. Wraz z postę­pami Armii Czer­wo­nej w czter­dzie­stym trze­cim roku nastą­piła inten­sy­fi­ka­cja dzia­łań Sowie­tów na tyłach, nie tylko prze­ciw Niem­com czy bia­ło­ru­skim nacjo­na­li­stom, lecz także prze­ciw żywio­łowi pol­skiemu lub propol­skiemu na Wscho­dzie. Cza­sami trudno było jed­nak odróż­nić, kto jest kim.

Barda wyjął z teczki cienki nie­bie­ski sko­ro­szyt, który poło­żył na kola­nach i otwo­rzył. Małecki zoba­czył kartki wypeł­nione pismem maszy­no­wym. Dobrze znał wygląd archi­wal­nych doku­men­tów.

– Muszę sobie tro­chę pomóc, już nie wszystko pamię­tam. – Pro­fe­sor uśmiech­nął się, jakby był cze­muś winny, i popro­sił o wodę.

– Panie pro­fe­so­rze, nie musimy się spie­szyć, mamy czas – powie­dział Małecki, coraz bar­dziej zain­te­re­so­wany histo­rią Bardy, i przez inter­kom połą­czył się z sekre­tarką.

Rupert, sie­dząc za biur­kiem, z wypie­kami na twa­rzy i pustym uśmiesz­kiem wpa­try­wał się w pro­fe­sora.

– W lipcu czter­dzie­stego trze­ciego roku roz­bi­li­śmy jed­nostkę spe­cjalną NKWD. Był to nie­duży oddział, w sile dwóch plu­to­nów, dzia­ła­jący w ramach sowiec­kiego zgru­po­wa­nia par­ty­zanc­kiego, które z nami sąsia­do­wało. Śle­dzi­li­śmy ich od dłuż­szego czasu i mie­li­śmy roz­kaz likwi­da­cji. Oddział ten w zależ­no­ści od potrzeb mógł wystę­po­wać jako nie­miecki, sowiecki lub pol­ski. Tak zostali przy­go­to­wani i wypo­sa­żeni. Cze­ka­jąc na przy­by­cie Armii Czer­wo­nej, w nie­mieckich mun­du­rach mor­do­wali wszyst­kich, jako Polacy – Bia­ło­ru­si­nów lub Litwi­nów, w sowiec­kich – Pola­ków, i tak dalej, aż do osią­gnię­cia zapla­no­wa­nych efek­tów… Jego dowódcą był kom­bryg miń­skiego NKWD Wia­cze­sław Michaj­ło­wicz Sier­gie­jew. Otrzy­my­wał roz­kazy bez­po­śred­nio z Moskwy, a dowódca zgru­po­wa­nia był zobo­wią­zany z nim współ­pra­co­wać. Nie podo­bało się to jed­nemu z sowiec­kich dowód­ców par­ty­zanc­kich i… dzięki jego pomocy, jak można by to okre­ślić… udało nam się ten ban­dycki oddział osta­tecz­nie zli­kwi­do­wać.

– To bar­dzo cie­kawe, co pan mówi, panie pro­fe­so­rze. Fakty tego rodzaju z tere­nów wschod­nich mamy bar­dzo słabo udo­ku­men­to­wane, choćby dla­tego, że nie­wielu świad­ków już pozo­stało – ode­zwał się Małecki i jasne było, że jesz­cze się nie domy­śla, co Barda chce mu powie­dzieć.

– Z oddziału pozo­stało przy życiu kil­ku­na­stu boj­ców, któ­rych wzię­li­śmy do nie­woli. Nie­stety, nie prze­żył żaden ofi­cer. Ich prze­słu­chi­wa­niem zaj­mo­wa­li­śmy się razem z bra­tem. Naszym naj­waż­niej­szym zada­niem było udo­ku­men­to­wa­nie zbrodni doko­na­nych przez nich na miej­sco­wej lud­no­ści, nie­za­leż­nie od tego, w jakim mun­du­rze wystę­po­wali. Takie mie­li­śmy wyraźne roz­kazy Komendy Głów­nej i z Lon­dynu. Sami też byli­śmy wystar­cza­jąco zde­ter­mi­no­wani, no i pełni nie­na­wi­ści, szcze­rze mówiąc. Na początku roz­strze­la­nych zostało dwóch ban­dzio­rów, któ­rzy roko­wali naj­mniej­sze nadzieje na współ­pracę i uzy­ska­nie infor­ma­cji… Sądu nie było, bo… nie musie­li­śmy udo­wad­niać winy! Efekt egze­ku­cji, jak zawsze w takich sytu­acjach, łatwo dało się prze­wi­dzieć! Więk­szość jeń­ców była natych­miast gotowa do współ­pracy, a niektó­rzy chcieli nawet przy­łą­czyć się do naszego oddziału i wal­czyć z komu­ni­stami. Cie­kawe, prawda?

Zamilkł na chwilę, jakby chciał, by słu­cha­cze doce­nili zawartą w jego sło­wach iro­nię.

– Jed­nym z naj­bar­dziej żar­li­wych „anty­ko­mu­ni­stów” oka­zał się nie­jaki… – zaczerp­nął głę­boko powie­trza – Sie­mion Andrie­je­wicz Zubow, w oddziale pra­wie od początku jego powsta­nia. Wyja­śnie­nia skła­dał obszerne i czy­nił to chęt­nie, choć był typem dosyć pry­mi­tyw­nym, zresztą jak więk­szość tych boj­ców. Zadzi­wia­jące… zupeł­nie nie poczu­wał się do winy za swoje zbrod­nie. Uwa­żał, że wyko­ny­wał roz­kazy… że to nor­malne. Myślał, że my też tak postę­pu­jemy. Naj­cie­kaw­sze jed­nak, że przy oka­zji jego prze­słu­cha­nia wypły­nęła zupeł­nie inna sprawa, która, nawia­sem mówiąc, prze­dłu­żyła mu nieco życie. To, co nam powie­dział Zubow, i to, co z tego wynika, sta­nowi wła­śnie główny powód mojej wizyty, panie pre­ze­sie…

Barda prze­rwał i poło­żył obie dło­nie na sko­ro­szy­cie, który wciąż trzy­mał na kola­nach.

– Oto, panie pre­ze­sie – zaczął po chwili – kopia ory­gi­nal­nego pro­to­kołu prze­słu­cha­nia Zubowa. Może nie tyle pro­to­kołu, ile naszego bar­dzo szcze­gó­ło­wego raportu, jaki został prze­słany do Komendy Głów­nej AK, a następ­nie, wiem to dobrze, do Oddziału Dru­giego Sztabu Naczel­nego Wodza w Lon­dy­nie. Nie­stety, musia­łem wyma­zać z niego kilka słów, a wła­ści­wie nazwisk. Pan wyba­czy, ale nie będę wyja­śniał dla­czego. Mam nadzieję, że wła­śnie pan powi­nien to dosko­nale zro­zu­mieć. Gwa­ran­tuję jed­nak auten­tycz­ność doku­mentu. W tam­tych cza­sach raporty spo­rzą­dza­li­śmy w jed­nym egzem­pla­rzu, który następ­nie był prze­ka­zy­wany do KG. My z bra­tem wszystko pisa­li­śmy przez kalkę, robiąc kopie, co było pew­nym zła­ma­niem prze­pi­sów, ale uwa­ża­li­śmy, że tak trzeba, bo łącz­ność była wów­czas zawodna. Przed­sta­wię teraz panu w skró­cie naj­istot­niej­sze frag­menty prze­słu­cha­nia Zubowa i to, co nastą­piło póź­niej, a czego nie znaj­dzie pan w tym doku­men­cie…

Barda cały czas zwra­cał się bez­po­śred­nio do Małec­kiego, wyraź­nie pomi­ja­jąc Ruperta, który praw­do­po­dob­nie wyczu­wał nie­chęć pro­fe­sora.

– Zubow od lutego tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku do wybu­chu wojny, to jest do czerwca czter­dzie­stego pierw­szego, słu­żył w plu­to­nie wydzie­lo­nym sto trzy­dzie­stego dru­giego bata­lionu kon­wo­jo­wego NKWD w Brze­ściu Litew­skim, a dokład­niej w twier­dzy brze­skiej. Miał sto­pień sier­żanta bez­pie­czeń­stwa, ale w oddziale par­ty­zanc­kim utrzy­my­wał, że był przed wojną zwy­kłym sze­re­go­wym. Z takich jak on… i jemu podob­nych zbó­jów… utwo­rzono wydzie­loną kom­pa­nię spe­cjalną, o któ­rej mówi­łem wcze­śniej. Wśród zwy­kłych par­ty­zan­tów sowiec­kich, któ­rzy już zdą­żyli poznać NKWD, Zubow i podobni mu kam­raci mieli małe szanse na prze­ży­cie mie­siąca. Po zaję­ciu twier­dzy brze­skiej we wrze­śniu trzy­dzie­stego dzie­wią­tego wła­dze sowiec­kie utwo­rzyły tam potężną bazę woj­skową, zamkniętą i dobrze chro­nioną. Na początku stycz­nia czter­dzie­stego roku Zubow otrzy­mał roz­kaz zor­ga­ni­zo­wa­nia z wybra­nych przez sie­bie enka­wu­dzi­stów plu­tonu prze­zna­czo­nego do ochrony dwu­pię­tro­wej willi, która stała w obrę­bie murów twier­dzy. Miał też przy­go­to­wać ten budy­nek na przy­by­cie nie­zna­nego mu wów­czas oddziału NKWD z Moskwy. Roz­kazy otrzy­my­wał wyłącz­nie od dowódcy bata­lionu, a po przy­by­ciu jed­nostki do Brze­ścia, jak twier­dził, prze­szedł pod bez­po­śred­nie roz­kazy jej dowódcy. Pole­ce­nia zwią­zane z przy­by­ciem jed­nostki, a zatem doty­czące wydzie­le­nia willi i przy­go­to­wa­nia pomiesz­czeń, wyda­wał dowódcy twier­dzy i dowódcy bata­lionu NKWD nie kto inny, tylko sam Mier­ku­łow. Zgo­dzi się pan, że to tro­chę dziwne. Nie­mniej jed­nostka, o któ­rej wspo­mniał Zubow, bar­dzo nas zain­te­re­so­wała i zaczę­li­śmy drą­żyć temat.

– Tak, panie pro­fe­so­rze, to rze­czy­wi­ście inte­re­su­jące, ale nie odbiega tak bar­dzo od ówcze­snej prak­tyki w ZSRR. Mier­ku­łow dość czę­sto inter­we­nio­wał oso­bi­ście w istot­nych dla niego spra­wach. W tym jed­nak wypadku mamy do czy­nie­nia z jakąś nad­zwy­czaj ważną i tajną jed­nostką NKWD, i to aku­rat w Brze­ściu. Wszystko razem sta­nowi cie­kawy splot oko­licz­no­ści… – Małecki spra­wiał wra­że­nie rze­czy­wi­ście zain­te­re­so­wa­nego sprawą.

– Dokład­nie w ten sam spo­sób myśle­li­śmy latem czter­dzie­stego trze­ciego roku. Zubow mówił chęt­nie, bez opo­rów. Myślę też, że szcze­rze.

Pro­fe­sor zamy­ślił się na moment, jakby zgu­bił wątek.

– W poło­wie stycz­nia przy­je­chał do Brze­ścia kapi­tan bez­pie­czeń­stwa Jew­gie­nij Abra­mo­wicz Pokrow­ski, żeby obej­rzeć dom prze­zna­czony dla jed­nostki. Gościli go wtedy dowódca twier­dzy i kie­row­nic­two NKWD, z któ­rymi pił dwa dni. Odno­sili się do niego jak do kogoś nad­zwy­czaj waż­nego. Raz poje­chał też na nie­miecką stronę. Zubow i dwóch enka­wu­dzi­stów towa­rzy­szyło mu nie­mal cały czas… W końcu Pokrow­ski pole­cił, by Zubow wpro­wa­dził jakieś nie­istotne zmiany w sys­te­mie ochrony willi, i oce­nił obiekt jako gotowy do obję­cia. Dom stał w lesie, w połu­dnio­wej czę­ści twier­dzy, około trzy­stu metrów od Bramy Połu­dnio­wej. Pod koniec stycz­nia lub na początku lutego do twier­dzy przy­byli goście. Nie ocze­ki­wał na nich nikt z dowódz­twa twier­dzy, tylko Zubow i jego zastępca. Samo­cho­dem oso­bo­wym przy­je­chał major bez­pie­czeń­stwa Wasi­lij Zaru­bin, któ­remu towa­rzy­szył Pokrow­ski. Auto­bu­sem przy­wie­ziono dzie­wię­ciu niż­szych ofi­ce­rów NKWD. Wszy­scy zamiesz­kali w willi. Przy­wieźli ze sobą kilka skrzyń, maszyny do pisa­nia i wiele innych potrzeb­nych rze­czy. Zaraz po przy­jeź­dzie otrzy­mali wła­sną łącz­ność tele­fo­niczną. Obiekt ochra­niało na zmianę dwu­dzie­stu enka­wu­dzi­stów, ale nie mieli prawa wstępu do wnę­trza. Jedy­nie Zubow i jego zastępca mogli tam wcho­dzić, ale też nie wszę­dzie. Zubow nie inte­re­so­wał się, co to była za jed­nostka… i nawet nie chciał wie­dzieć, jak wyznał szcze­rze… lecz w twier­dzy mówili, że to spe­cjalna jed­nostka wywiadu pod­le­gła bez­po­śred­nio Berii. W takiej sytu­acji rze­czywiście lepiej było się tym nie inte­re­so­wać.

Pro­fe­sor prze­rwał na chwilę, by napić się wody i prze­czy­tać coś w mate­ria­łach.

– Gdzieś sły­sza­łem nazwi­sko Zaru­bin… Tak… na pewno sły­sza­łem! – Małecki zmarsz­czył czoło i prze­sło­nił oczy dło­nią.

– Z całą pew­no­ścią sły­szał pan o Zaru­bi­nie i gdy tylko roz­winę wątek, zaraz pan sobie przy­po­mni – powie­dział Barda. – Zaru­bin był dowódcą jed­nostki, ale rzadko w niej bywał. Czę­ściej poja­wiał się dopiero od czerwca tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku. Zawsze podró­żo­wał w towa­rzy­stwie jed­nego lub dwóch ofi­ce­rów. Cza­sami byli to ofi­ce­ro­wie z jego jed­nostki, a cza­sami zupeł­nie mu nie­znani. Zubow roz­ma­wiał z Zaru­binem dwa, trzy razy o jakichś nie­istot­nych spra­wach. Robił wra­że­nie poważ­nego, suro­wego enka­wu­dzi­sty. Widać było… jak dobrze pamię­tam, Zubow użył takiego okre­śle­nia… że wszy­scy się go bali. Tak naprawdę to ozna­cza, że pozo­stali ofi­ce­ro­wie trak­to­wali go z naj­wyż­szym sza­cun­kiem i powa­ża­niem. Musimy cały czas mieć na uwa­dze poziom inte­lek­tu­alny Zubowa – pod­kre­ślił pro­fe­sor. – Trzeba było nie­zwy­kłego samo­za­par­cia, by wydo­być z niego to, co wie­dział, a nie zda­wał sobie sprawy, że wie. Jak mówił Zubow, Zaru­bin był bar­dzo ele­gancki, czy­sty, „taki nie nasz”, bez woj­sko­wych manier. Zubow nie wie­dział, kim on jest, jak go trak­to­wać, bo był inny, dziwny. Ponie­waż nie paso­wał do zna­nego mu świata, bał się go jak nikogo dotąd. Sta­rał się go uni­kać i był zado­wo­lony, że rzadko przy­jeż­dżał. Bie­żące kon­takty utrzy­my­wał z Pokrow­skim, który dowo­dził jed­nostką, i porucz­ni­kiem Smir­no­wem. Odróż­niali się mocno od Zaru­bina, byli jak nor­malni cze­ki­ści. Zubow jed­nak ni­gdy z nimi nie pił, bo jako pod­ofi­cer nie był zapra­szany. Nato­miast sami, naj­czę­ściej pod nie­obec­ność Zaru­bina, potra­fili pić ostro. Szcze­gól­nie dużo alko­holu pły­nęło na wio­snę czter­dzie­stego roku. Nie tylko czę­sto wyjeż­dżali, lecz także przy­by­wało do nich wielu mun­du­ro­wych z naj­róż­niej­szych for­ma­cji, naj­czę­ściej z NKWD, ale i cywi­lów, nie­któ­rzy bar­dzo dobrze ubrani. Na pewno nie byli to „nasi”… tak okre­ślił ich Zubow. Odwie­dza­jący willę zawsze wjeż­dżali przez Bramę Połu­dniową samo­cho­dem oso­bo­wym z firan­kami z tyłu, tak by nie było widać twa­rzy. Auto pro­wa­dził oso­bi­ście jeden z ofi­ce­rów. Tak samo te osoby odwo­żono, bez żad­nej kon­troli. Kil­ka­krot­nie willę odwie­dzali Niemcy, po trzech, czte­rech, nie­któ­rzy w mun­du­rach. Nie­stety, Zubow nie potra­fił roz­róż­nić for­ma­cji. Naj­cie­kaw­sza jed­nak była wia­do­mość, którą usły­szał od swo­ich żoł­nie­rzy. Otóż czte­rech ofi­ce­rów z willi regu­lar­nie prze­cho­dziło w cywil­nym ubra­niu poje­dyn­czo na nie­miecką stronę i prze­by­wało tam dłuż­szy czas. Byli to porucz­nicy Bor­kow­ski i Mien­szy­kow, dwóch pozo­sta­łych nazwisk nie zapa­mię­tał. Zapy­ta­łem wów­czas Zubowa, czy prze­cho­dzili oni na drugą stronę za zgodą Niem­ców? Odpowie­dział, że wyglą­dało to jak kon­tra­banda. Czyli naj­praw­do­po­dob­niej bez zgody Niem­ców. Zubow zabro­nił żoł­nie­rzom komu­kol­wiek o tym mówić. Sam jed­nak też był prze­ko­nany, że zaj­mują się prze­my­tem. Bo skąd by mieli tyle ele­ganckich rze­czy? Tak to komen­to­wał wów­czas Zubow.

– No tak, panie pro­fe­so­rze, wygląda na to, że ta tajem­ni­cza jed­nostka wywia­dow­cza NKWD, o któ­rej ni­gdy do tej pory nie sły­sza­łem, w jakimś nie­ja­snym jesz­cze dla mnie wymia­rze zaj­mo­wała się spra­wami pol­skimi. To nad­zwy­czaj cie­kawe! Bez­po­średni nad­zór Mier­ku­łowa… spe­cjalne peł­no­moc­nic­twa… umiej­sco­wie­nie jed­nostki w Brze­ściu, w środku potęż­nej twier­dzy, sto kilo­me­trów od War­szawy, kilo­metr od ówcze­snej gra­nicy z Niem­cami, i wszyst­kie pozo­stałe infor­ma­cje… nad­zwy­czaj cie­kawe! – Małecki był poru­szony.

– Przy­to­czy­łem tylko naj­bar­dziej zna­czące frag­menty tego, co nam powie­dział Zubow. Znacz­nie wię­cej szcze­gó­łów znajdą pano­wie w naszym rapor­cie, w który trzeba się uważ­nie wczy­tać.

Pro­fe­sor prze­rwał i zamy­ślił się na chwilę.

– Zasta­na­wia­łem się, czy w ogóle tę sprawę poru­szać. W końcu oparta jest wyłącz­nie na wyja­śnie­niach pro­stego czło­wieka, który stał w obli­czu śmierci. Przez wiele lat pró­bo­wa­łem odna­leźć jakie­kol­wiek infor­ma­cje, które potwier­dza­łyby wia­ry­god­ność tego, co powie­dział Zubow, cokol­wiek! Teraz, gdy jestem na eme­ry­tu­rze, zaczą­łem czy­tać książki, na które wcze­śniej zawsze bra­ko­wało mi czasu. Prze­czy­ta­łem mię­dzy innymi Archi­wum Mitro­china. Od deski do deski. Z istot­nych powo­dów oso­bi­stych. – Barda zro­bił się bar­dzo poważny. – W tej książce natkną­łem się na nazwi­sko Zaru­bina. Był tam frag­ment mówiący o jego powią­za­niach z obo­zem w Koziel­sku i ze zbrod­nią katyń­ską. Dopiero wtedy przy­po­mnia­łem sobie o Zaru­bi­nie z opo­wia­dań Zubowa. Zaj­rza­łem do Inter­netu, prze­czy­ta­łem książki poświę­cone zbrodni katyń­skiej i zupeł­nie sporo zna­la­złem o tym asie sowiec­kiego wywiadu…

– Oczy­wi­ście! – wykrzyk­nął Małecki. – Swia­nie­wicz! Pisał o nim pro­fe­sor Swia­nie­wicz! Ostat­nio także Wła­di­mir Aba­ri­now w Opraw­cach z Katy­nia. – Wstał i gesty­ku­lu­jąc, zaczął cho­dzić po pokoju, aż dostrzegł zdzi­wiony wzrok Ruperta. – Musimy się tą sprawą koniecz­nie zająć, przej­rzeć nasze mate­riały, poroz­ma­wiać ze świad­kami. Może posze­rzymy naszą wie­dzę.

– To jesz­cze nie koniec, panie pre­ze­sie! Ta histo­ria ma też inny wymiar. Ale zanim przejdę do dal­szej czę­ści zeznań tego gie­roja Zubowa, jedna uwaga… jakże dla mnie ważna! Prze­czy­ta­łem na stro­nie inter­ne­to­wej, że Zaru­bin zmarł w Moskwie w tysiąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym czwar­tym roku jako Boha­ter Związku Radziec­kiego. Dzi­siaj jego por­tret wisi w sie­dzi­bie Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego Fede­ra­cji Rosyj­skiej jako wzór dla mło­dych ofi­ce­rów. Czło­wiek, który selek­cjo­no­wał naszych ofi­ce­rów na śmierć, wie­dział, co ich czeka, i cynicz­nie to wyko­rzy­sty­wał, jest boha­te­rem nowych, podobno demo­kra­tycz­nych służb spe­cjal­nych. Takich Zaru­binów zna­la­złoby się pew­nie wię­cej, tylko o nich nie wiemy, ale za to wiemy, dla­czego Rosja ni­gdy się nie zgo­dzi na ujaw­nie­nie peł­nej prawdy o tej zbrodni, o śmierci moich kole­gów. Z powodu jakichś Pola­ków mie­liby zdej­mo­wać por­trety swo­ich boha­te­rów? Ni­gdy na to nie pójdą. Znam Rosjan!

Pro­fe­sor był poru­szony. Po raz pierw­szy powie­dział na głos to, co od dawna nie dawało mu spo­koju, choć być może dla wielu było oczy­wi­ste. Poczuł ulgę, nawet satys­fak­cję, zanim jesz­cze doszedł do naj­waż­niej­szej kwe­stii.

– O świ­cie dwu­dzie­stego dru­giego czerwca tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego pierw­szego roku Niemcy zaata­ko­wali Zwią­zek Sowiecki. Obło­żyli twier­dzę brze­ską ogniem arty­le­ryj­skim od wcze­snych godzin ran­nych. Histo­ria walk o tę twier­dzę jest sto­sun­kowo dobrze znana, nie będę jej powta­rzał. Obro­sła legen­dami, opar­tymi na mniej lub bar­dziej spraw­dzo­nych fak­tach, a pro­du­ko­wa­nymi przez mistrzow­ską w tym rze­mio­śle sowiecką pro­pa­gandę. Jed­nakże pewien epi­zod, o któ­rym teraz powiem, znał w czter­dzie­stym trze­cim roku chyba już tylko Zubow… Jak twier­dził, „willa Zaru­bina”… tak ją nazwijmy… była gotowa do ewa­ku­acji już od maja czter­dzie­stego pierw­szego roku. Ude­rze­nie Niem­ców oka­zało się jed­nak zupeł­nym zasko­cze­niem także dla zakwa­te­ro­wa­nych w niej ofi­ce­rów, cho­ciaż w tym dniu było ich na miej­scu tylko kilku. Zubow pamię­tał Mien­szy­kowa, Smir­nowa, oczy­wi­ście Pokrow­skiego. Pozo­stałe nazwi­ska znaj­dzie­cie w rapor­cie. Zaru­bina nie było w twier­dzy ani praw­do­po­dob­nie w Brze­ściu. Wio­snę czter­dzie­stego pierw­szego roku Zubow okre­ślił jako czas najbar­dziej inten­syw­nej pracy Zaru­bina w całym okre­sie jego służby w tej jed­no­stce. Walki o twier­dzę od początku były bar­dzo cięż­kie i gwał­towne. Niemcy sztur­mo­wali raz za razem, powoli łamiąc obronę. „Willa Zaru­bina” była w bez­po­śred­nim zagro­że­niu, gdyż leżała trzy­sta metrów od zewnętrz­nych umoc­nień. W godzi­nach poran­nych, w prze­rwie ostrzału, Pokrow­ski wezwał Zubowa i pole­cił mu wybrać dwóch spraw­dzo­nych enka­wu­dzi­stów. Udali się do pomiesz­cze­nia na pię­trze, w któ­rym Zubow ni­gdy przed­tem nie był. Na środku pokoju pło­nęło ogni­sko, w któ­rym dwóch ofi­ce­rów z pośpie­chem paliło doku­menty. Pokrow­ski kazał żoł­nie­rzom zabrać z pokoju przy­go­to­waną zie­loną meta­lową skrzy­nię, która była dodat­kowo zabez­pie­czona sma­rem. Zanie­śli ją do samo­chodu oso­bo­wego sto­ją­cego za domem. Żoł­nie­rzy odpra­wili. Roz­po­czął się inten­sywny ostrzał. Zubow z Pokrow­skim, uni­ka­jąc poci­sków, z tru­dem dotarli przez Bramę Tere­spol­ską do cyta­deli. Pod cięż­kim ostrza­łem doje­chali samo­cho­dem do nie­wiel­kiego zagaj­nika za cer­kwią, gdzie był już przy­go­to­wany dół głę­bo­ko­ści około pół­tora metra. Według Zubowa musiał zostać wyko­pany na chwilę przed ich przy­jaz­dem i dokład­nie paso­wał do roz­mia­rów skrzyni. Wycią­gnęli ją z nie­ma­łym tru­dem, gdyż Pokrow­ski był wyjąt­kowo szczu­pły i oka­zał się bar­dzo słaby fizycz­nie, skrzy­nia zaś ważyła ponad sto kilo­gra­mów. Zako­pali ją i dokład­nie zakryli dar­nią, a miej­sce ozna­czyli dużym gła­zem, cho­ciaż i tak łatwo było je zapa­mię­tać. Zubow oczy­wi­ście, jak słusz­nie pan podej­rzewa, nie zapy­tał Pokrow­skiego, co zawiera skrzy­nia. Także dla­tego, że wtedy mar­twił się już bar­dziej o sie­bie niż o Kraj Rad. Nato­miast Pokrow­ski sam powie­dział Zubo­wowi coś takiego… – Pro­fe­sor otwo­rzył sko­ro­szyt, popra­wił oku­lary i przez krótką chwilę cze­goś szu­kał w tek­ście. – „Teraz tylko my wiemy, gdzie to jest zako­pane. To serce naszej jed­nostki. Twier­dzy na pewno nie oddamy, ale skrzy­nię musimy ukryć na czas dzia­łań wojen­nych, na wszelki wypa­dek. Gdyby jed­nak coś mi się stało, masz poin­for­mo­wać kom­bryga Zaru­bina, gdzie zako­pa­li­śmy skrzy­nię. Odpo­wia­dasz za to życiem, twoja rodzina też, i wszy­scy zna­jomi”.

W gabi­ne­cie pre­zesa IPN zapa­dła długa cisza.

– Czyli… – zaczął niby nie­śmiało Małecki – możemy przy­jąć wstępne, robo­cze zało­że­nie, że tajna jed­nostka sowiec­kiego wywiadu pod kie­row­nic­twem katyń­skiego komi­sa­rza Zaru­bina, pra­cu­jąca na kie­runku pol­skim, zde­po­no­wała swoje archi­wum pół­tora metra pod zie­mią na tere­nie twier­dzy brze­skiej. Czy ja dobrze myślę, panie pro­fe­so­rze? Niech pan powie, że nie mam racji! – Pre­zes Małecki był mocno poru­szony i stał się nagle bar­dziej ofi­cjalny.

– Sądzę, że możemy… – odpo­wie­dział Barda w podob­nym tonie.

– Prze­cież tam mogą znaj­do­wać się doku­menty, mate­riały, infor­ma­cje… – Małecki wręcz zachły­snął się wła­snymi sło­wami. – To… to może prze­wró­cić naszą wie­dzę o histo­rii współ­cze­snej Pol­ski, o Katy­niu, o fun­da­men­tach naszych sto­sun­ków z Rosją, kto wie, co jesz­cze. Nie­sa­mo­wite, trudno w to uwie­rzyć! – Pre­zes mówił na głos, ale naj­wy­raź­niej sam do sie­bie. – No tak, ale czy… pana wizyta u nas dzi­siaj ozna­cza, że… ta skrzy­nia wciąż tam jest? – Małecki wyraź­nie otrzeź­wiał. Prze­cież było dwóch świad­ków, Zubow i Pokrow­ski, trudno uwie­rzyć, by Rosja­nie zosta­wili tę sprawę samą sobie. To musiało być dla nich zbyt ważne! – Nie… nie! Trzeba chyba o wszyst­kim zapo­mnieć! Sam już nie wiem, co o tym myśleć…

Małecki tro­chę gubił się w swo­ich wypo­wie­dziach, ale czuł, że gdyby mógł dostać tę skrzy­nię, gdyby to marze­nie było w ogóle moż­liwe do speł­nie­nia, to wów­czas prze­szedłby do histo­rii, tej rze­czy­wi­stej, a nie chwi­lo­wej i wąt­pli­wej, z którą musi się zma­gać na co dzień w IPN. Pałac, pre­mier, Bruk­sela, Moskwa, media… Wszystko będzie można zbu­do­wać od nowa – fan­ta­zjo­wał. Czuł, że jest w tym coś nad­zwy­czaj waż­nego, choć trudno mu było to sfor­mu­ło­wać.

Pro­fe­sor Barda nie miał w tej chwili poję­cia, jakie myśli krążą w gło­wie pre­zesa. Przy­cho­dząc do IPN, zakła­dał, że jego infor­ma­cja może zostać wyko­rzy­stana przez poli­ty­ków. Pod­jął jed­nak decy­zję, że w imię prawdy musi to zro­bić, gdyż nie ma już czasu.

– Otóż, panie pre­ze­sie, nie wiem, czy pana zmar­twię, czy ucie­szę, ale wszystko wska­zuje na to, że skrzy­nia wciąż tam jest! – powie­dział do Małec­kiego, patrząc mu pro­sto w oczy i dostrze­ga­jąc, jak zmie­nia się gry­mas na jego twa­rzy. – W cza­sie oblę­że­nia twier­dzy, już na samym początku, pocisk tra­fił bez­po­śred­nio w „willę Zaru­bina”, zabi­ja­jąc wszyst­kich jej miesz­kań­ców z wyjąt­kiem Pokrow­skiego i Smir­nowa, któ­rzy prze­by­wali w cyta­deli. Taką wer­sję podał mi Zubow i nie mia­łem powo­dów, by mu nie wie­rzyć. Ale waż­niej­szy był dal­szy los Pokrow­skiego, dru­giego świadka zako­pa­nia skrzyni. Po zakoń­cze­niu walk w twier­dzy, w poło­wie lipca, Zubow widział go w dużej gru­pie jeń­ców, ofi­ce­rów oddzie­lo­nych od pozo­sta­łych. Byli to głów­nie ofi­ce­ro­wie z dowódz­twa, poli­tyczni, NKWD i jacyś cywile. Tego samego dnia zostali wypro­wa­dzeni nad okopy w pobliżu Bramy Tere­spol­skiej i roz­strze­lani. Pokrow­ski jako cze­ki­sta i Żyd nie miał żad­nych szans na prze­ży­cie. Czy mógł komuś prze­ka­zać infor­ma­cję o skrzyni, komuś, kto prze­żył? Teo­re­tycz­nie tak, lecz uwa­żam, że tego nie zro­bił. W tym cza­sie nie było jesz­cze wia­domo, jakie prak­tyki sto­sują Niemcy wobec jeń­ców sowiec­kich, i mógł liczyć na to, że prze­żyje…

– A Zubow? Co jesz­cze zeznał, panie pro­fe­so­rze? – zapy­tał Małecki.

– Zubow w prze­bra­niu sze­re­gowca pie­choty dostał się do nie­woli. W obo­zie urzą­dzo­nym w twier­dzy prze­by­wał do grud­nia czter­dzie­stego pierw­szego roku, kiedy uciekł z kil­koma innymi jeń­cami. Ukry­wał się do wio­sny czter­dzie­stego dru­giego w oko­licz­nych wsiach, żyjąc z roz­boju. W tym cza­sie wstą­pił lub raczej został wcie­lony do sowiec­kiej bry­gady par­ty­zanc­kiej. – Pro­fe­sor prze­rwał na chwilę, widząc zmru­żone oczy Małec­kiego. – Pew­nie zakłada pan, że poin­for­mo­wał o skrzyni swo­ich nowych dowód­ców? – zapy­tał, gdyż wyczu­wał nie­do­wie­rza­nie pre­zesa. – Otóż nie, Zubow był pry­mi­tywny, ale prze­bie­gły, bar­dziej, niż na to wyglą­dał. Odkąd uciekł z obozu, uznał, że skrzy­nia to jego polisa na życie, w razie gdyby zła­pali go Niemcy czy Polacy, i pra­wie się nie pomy­lił… Pra­wie! Liczył, że w skrzyni mogło być złoto lub inne kosz­tow­no­ści, bo w jego mnie­ma­niu jed­nostka Zaru­bina zaj­mo­wała się też kon­tra­bandą. Chciał to po woj­nie spie­nię­żyć i uło­żyć sobie dostat­nie życie. Nie­stety, miał pecha, i to podwój­nego. Skrzyni nie spie­nię­żył i nie dała mu polisy na życie. Kiedy uzna­li­śmy, że uzy­ska­li­śmy od niego wszystko, co nam było potrzebne, że nie może nam prze­ka­zać już nic wię­cej, odda­li­śmy go do dys­po­zy­cji dowódcy naszego oddziału. Zubow został roz­strze­lany, nim zdo­łał się zorien­to­wać. Nie pró­bo­wa­li­śmy go bro­nić. To był zwy­kły zbrod­niarz. Prze­brany za żoł­nie­rza Armii Kra­jo­wej, brał wię­cej niż czynny udział w wymor­do­wa­niu kilku rodzin w bia­ło­ru­skiej wsi Mie­dwiedki, co zgod­nie potwier­dzili pozo­stali jeńcy. Sprawa tej masa­kry była jed­nym z wąt­ków naszego śledz­twa. W rapor­cie, który panu za chwilę prze­każę, znaj­dzie pan jej szcze­gó­łowy opis.

Małecki patrzył na Bardę wzro­kiem sługi cze­ka­ją­cego na roz­kaz.

– W tym sko­ro­szy­cie jest nasz raport z prze­słu­cha­nia Zubowa i, co naj­waż­niej­sze, dokładny plan miej­sca ukry­cia skrzyni na tere­nie twier­dzy brze­skiej. Pozo­sta­wiam panu decy­zję, co z tym zro­bić – powie­dział Barda, pod­niósł się z fotela i wrę­czył pre­ze­sowi grubą teczkę.

– Zaj­miemy się tym! Natych­miast! – zare­ago­wał z opóź­nie­niem Małecki.

Pro­fe­sor czuł się już bar­dzo zmę­czony. Zaczął się zasta­na­wiać, czy powi­nien teraz powie­dzieć to, co było dla niego naj­waż­niej­sze. Ale Małecki nie zro­bił na nim dobrego wra­że­nia, a atmos­ferę dodat­kowo psuła obec­ność Ruperta.

Czy oni są w sta­nie zro­zu­mieć, dla­czego przez dwa­dzie­ścia pięć lat pra­co­wa­łem dla bry­tyj­skiego wywiadu? Dla­czego zde­cy­do­wa­li­śmy się z bra­tem na taki wybór? Czy Jan, któ­rego widzia­łem prze­cież ostatni raz w czter­dzie­stym szó­stym roku przed jego wyjaz­dem do Lon­dynu, jako ofi­cer MI6 zgo­dziłby się na ujaw­nie­nie całej prawdy o naszym życiu po woj­nie, cichej walce z komu­ni­zmem? Od jego śmierci minęło już dwa­dzie­ścia pięć lat… Jak mogę decy­do­wać za niego?!

Pro­fe­sor sie­dział zato­piony w myślach i patrzył na Małec­kiego obo­jęt­nym wzro­kiem. Czuł, że czas wra­cać do domu.

Pre­zes odpro­wa­dził go do wyj­ścia i wró­cił do pokoju. Zastał Ruperta prze­glą­da­ją­cego z uwagą teczkę pro­fe­sora.

– Zenek, zostaw te mate­riały, naj­pierw ja muszę je przej­rzeć. Zrób notatkę z prze­biegu spo­tka­nia i posta­raj się, by była jak naj­bar­dziej szcze­gó­łowa – powie­dział spo­koj­nie Małecki i wło­żył doku­menty do swo­jego sejfu.

– Może mógł­bym je przej­rzeć? Tylko dzi­siaj. Bar­dzo by mi pomo­gły w przy­go­to­wa­niu notatki. Jutro bym je zwró­cił, panie pre­ze­sie. – Głos Ruperta był nie­na­tu­ralny, nie­ty­powy, jakby chciał coś wypro­sić, ale Małecki tego nie zauwa­żył. Wciąż był pod wra­że­niem spo­tka­nia z pro­fe­so­rem i myśli roz­bie­gały mu się na wszyst­kie strony.

– Poroz­ma­wiamy jutro. Idź już do sie­bie – powie­dział krótko, jakby go igno­ro­wał.

Usiadł w fotelu naprze­ciwko okna i pró­bo­wał pod­su­mo­wać to ponad­czte­ro­go­dzinne spo­tka­nie z Bardą. Jed­nak zamiast wycią­gnąć racjo­nalne wnio­ski, chłodno oce­nić to, co usły­szał, czuł, że musi przede wszyst­kim prze­dys­ku­to­wać tę sprawę z Mar­ci­nem, gdyż sam nie jest w sta­nie okre­ślić, jakie ona może mieć skutki poli­tyczne, a tym bar­dziej jak można ją wyko­rzy­stać. Co robić?!

– Pani Halinko, pro­szę mnie połą­czyć przez rzą­dówkę z pała­cem, z mini­strem Mar­ci­nem Kamiń­skim – powie­dział przez inter­kom.

Po chwili ocze­ki­wa­nia na jego biurku zadzwo­nił tele­fon.

– Witaj, Mar­cin! Co sły­chać?… Twoje wystą­pie­nie w Bel­we­de­rze było świetne, nie­któ­rzy mówią, że aż za dobre! Ha, ha, rozu­miesz?!… U mnie w porządku, dzię­kuję. Też myślę, że powin­ni­śmy się zoba­czyć, i to natych­miast!… Spo­koj­nie, bez ner­wów! Mia­łem dzi­siaj nad­spo­dzie­wa­nie cie­kawą i długą wizytę pew­nego eme­ry­to­wa­nego pro­fe­sora z Wro­cła­wia. Musisz koniecz­nie posłu­chać tej opo­wie­ści. Na pierw­szy rzut oka to takie wojenne histo­ryjki, jakich mam tu pełno. Ale tym razem to coś zupeł­nie innego! To nie­zwy­kłe!… Tak? Dobrze!… Nazywa się Kazi­mierz Barda, to znana postać w świe­cie nauki, ma osiem­dzie­siąt osiem lat i myślę, że nie zdaje sobie sprawy ze zna­cze­nia tego, co mi opo­wie­dział… Dobrze, mogę. Jutro o trzy­na­stej w restau­ra­cji Dom Pol­ski. Cześć!

13

Posta­no­wił, że poje­dzie dzi­siaj do Sztok­holmu kolejką pod­miej­ską. Odkąd wła­dze wpro­wa­dziły opłaty za wjazd samo­cho­dem do cen­trum, czę­ściej korzy­stał z komu­ni­ka­cji publicz­nej. Nie był prze­sad­nie oszczędny, jak zwy­kli szwedzcy eme­ryci. Nie przy­wią­zy­wał spe­cjal­nej wagi do pie­nię­dzy, bo ni­gdy mu ich nie bra­ko­wało i gdyby chciał, mógłby sobie pozwo­lić na znacz­nie wię­cej.

Bar­dziej teraz liczył się dla niego czas, a dojazd samo­cho­dem trwał dwa razy dłu­żej niż kolejką. Oprócz tego wolał poru­szać się pie­szo, bo kiedy jeź­dził samo­cho­dem, zawsze miał trud­no­ści z usta­le­niem, czy jest obser­wo­wany.

Z Jakobs­bergu do cen­trum kolejka jechała dokład­nie dzie­więt­na­ście minut. Wsiadł do pociągu o dzie­sią­tej pięć­dzie­siąt osiem. W wyci­szo­nym i nowo­cze­snym wago­nie miał czas, by spo­koj­nie pomy­śleć.

Nie czuł się dobrze. Mimo że wziął dwie tabletki iprenu, wciąż bolała go głowa. Wszystko przez roz­mowę z Car­lem, który zadzwo­nił do niego z samego rana. Tak cze­kał na sygnał od syna, ale gdy ode­brał tele­fon i miał z nim poroz­ma­wiać, zupeł­nie się pogu­bił.

Legen­do­wa­nie róż­nych czyn­no­ści, do któ­rego się ucie­kał, by ukryć swoje szpie­gow­skie rze­mio­sło, było w rze­czy­wi­sto­ści zwy­czaj­nym kłam­stwem, cho­ciaż ni­gdy tego tak nie okre­ślał. Ni­gdy nie kła­mał w domu wobec Ingrid czy Carla, ni­gdy nie kła­mał w spra­wach oso­bi­stych. Był szczery i uczciwy, na śmierć i życie oddany rodzi­nie, solidny i odpo­wie­dzialny w pracy. Uwa­żał, że jego dru­gie życie toczy się w innym wymia­rze i że rodzina nie ma z tym nic wspól­nego.

Ingrid, za którą wciąż tęsk­nił, poże­gnała się z nim świa­doma swego prze­zna­cze­nia i uszczę­śli­wiona wspól­nie spę­dzo­nymi wspa­nia­łymi latami. Ani razu się nie zasta­na­wiał, czy wyja­wić jej prawdę. Zresztą czy kie­dy­kol­wiek byłby na to odpo­wiedni moment? Nie mógł tego zro­bić ani w pierw­szym dniu, kiedy się spo­tkali, ani w ostat­nim. Ale teraz czuł jakiś dziwny, mocny żal. Za czymś nie­okre­ślo­nym. Gdzieś jed­nak w głębi duszy wie­dział, że zro­bił coś nie tak w swoim życiu, i nie dawało mu to spo­koju.

Teraz miał tylko Carla. Z taką dumą patrzył, jak otrzy­muje pierw­szy sto­pień ofi­cer­ski, a dzi­siaj syn jest już koman­do­rem.

– Jakże chciał­bym zoba­czyć wnuki! – wyszep­tał.

Moje dru­gie życie odej­dzie razem ze mną, kiedy tylko będzie trzeba… ze względu na Carla – pomy­ślał.

Już dawno temu się z tym pogo­dził. Bał się tylko, czy potrafi dostrzec ten jeden jedyny wła­ściwy moment, kiedy będzie musiał to zro­bić.

Jego dwa światy mogły ist­nieć tak długo obok sie­bie, bo był do tego dobrze przy­go­to­wany – tech­nikę legen­do­wa­nia miał we krwi. Nawet nie mógł sobie przy­po­mnieć choć jed­nego dnia, by było ina­czej.

Ten poranny tele­fon od Carla zbu­rzył jego ide­alny porzą­dek. Oba światy prze­cięły się po raz pierw­szy. Dotąd uwa­żał, że to abso­lut­nie nie­moż­liwe, ni­gdy bowiem nie popeł­nił błędu. Zawsze pamię­tał o rocz­nicy śmierci Ingrid. To był święty dzień jego i Carla, kiedy tylko we dwóch spo­ty­kali się na cmen­ta­rzu Haga Norra. Tak było zawsze, odkąd zostali sami. Lecz tego ranka, kiedy Carl zadzwo­nił i zapy­tał, o któ­rej pojadą na cmen­tarz, on odpo­wie­dział jak auto­mat, że musi jechać do Umeå na spo­tka­nie ze zna­jo­mym. Carl, który miał wziąć urlop na ten dzień i spe­cjal­nie przy­le­cieć do Sztok­holmu, bez słowa odło­żył słu­chawkę.

Oba światy gwał­tow­nie splo­tły się ze sobą, kłam­stwo z legendą, i pierw­szy raz nie potra­fił roz­wią­zać tego pro­blemu. Ani zro­zu­mieć! Po pro­stu nie potra­fił!

Patrzył na swoje nie­wy­raźne odbi­cie w sza­rym oknie pociągu i czuł żal prze­cho­dzący w fizyczny ból.

Była dokład­nie jede­na­sta sie­dem­na­ście, kiedy pendeltåg doje­chał na Dwo­rzec Cen­tralny.

Poprzed­niego dnia wie­czo­rem jak zwy­kle dokład­nie zapla­no­wał swoją trasę po mie­ście. Musiał ode­brać zamó­wiony bilet na prom do Gdań­ska. To miała być jego pierw­sza podróż do Pol­ski.

Wyszedł z przej­ścia pod­ziem­nego i sta­nął przed dwor­cem, bez para­sola, choć zano­siło się na deszcz. Obok niego prze­le­wał się tłum ludzi spie­szą­cych do metra, na lunch, do pociągu. Zdał sobie sprawę, że nie zwraca na nich uwagi, nie patrzy na twa­rze, ubra­nia, jakby go to w ogóle nie obcho­dziło. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego nagle prze­stało mieć to dla niego zna­cze­nie, i poczuł nie­znaną mu dotych­czas ulgę. Posta­no­wił, że wbrew temu, co zapla­no­wał sobie wczo­raj, uda się po bilet pro­sto do Mor­skiego Biura Podróży na Gamla Stan. Po raz pierw­szy w życiu pod­jął decy­zję, że nie będzie się spraw­dzał!

– Aku­rat nie dzi­siaj, nie mam siły, nie dzi­siaj – powie­dział cicho do sie­bie.

Ruszył naprzód krótką ulicą Klara Vat­tu­grand, po czym wszedł przez bramę na teren nie­du­żego skweru wokół kościoła Świę­tej Klary. Wyda­wało mu się, że nogi ma odlane z oło­wiu.

Po kil­ku­dzie­się­ciu metrach wyszedł prze­ciw­le­głą bramą na Klara Östra Kyr­ko­gata, gdzie nagle zatrzy­mał się i spoj­rzał za sie­bie, w per­spek­tywę przy­ko­ściel­nego parku. Zro­bił to odru­chowo, nie­na­tu­ral­nie. Ni­gdy nie spraw­dzał się tak agre­syw­nie.

Czy to strach? Chyba pierw­szy raz! – pomy­ślał ze zdzi­wie­niem.

Nie pla­no­wał tego. Nawet gdyby była za nim obser­wa­cja, aku­rat tutaj i w ten spo­sób nikogo nie byłby w sta­nie zauwa­żyć. By zama­sko­wać nie­udolny ruch, zaczął się roz­glą­dać dookoła, jakby cze­goś szu­kał, a potem schy­lił się i uda­wał, że pod­nosi coś z ziemi. Zdał sobie sprawę, że musi to wyglą­dać jesz­cze bar­dziej nie­na­tu­ral­nie, wręcz śmiesz­nie. Kie­dyś wpadłby w panikę, lecz teraz było mu to obo­jętne.

W całym swoim życiu ofi­cera nie­le­gała ni­gdy nie miał obser­wa­cji. Dobrze wie­dział, że gdyby choć raz ją usta­lił, ozna­cza­łoby to, że został zde­kon­spi­ro­wany. Ale ta myśl była tak odle­gła, że pra­wie nie­rze­czy­wi­sta. To się ni­gdy nie zda­rzyło. Ofi­ce­ro­wie z legal­nej Rezy­den­tury w amba­sa­dzie raz mają obser­wa­cję, raz nie. Kontr­wy­wiad wie, że są szpie­gami. Zabawa polega na tym, kto kogo prze­chy­trzy. W końcu chroni ich immu­ni­tet dyplo­ma­tyczny. W jego przy­padku było zupeł­nie ina­czej – nie chro­niło go nic i w razie wpadki cze­kało go dłu­go­let­nie wię­zie­nie. Nikt by się nawet do niego nie przy­znał. On też nie mógł pójść na układ z kontr­wy­wia­dem, bo wtedy cze­kała go pewna śmierć z ręki wła­snych kole­gów.

Sztok­holm, z któ­rym tak bar­dzo się zżył, też miał dla niego dwa wymiary. Zie­leń par­ków i skwe­rów, wszech­obecna woda upstrzona łodziami, łódecz­kami, stat­kami, żaglow­cami i mon­stru­al­nymi pro­mami. Czy­sta, prze­peł­niona har­mo­nią barw archi­tek­tura. Uro­cze zaułki dzie­więt­na­sto­wiecz­nego Södermalmu i Östermalmu, święto raków, let­nie kon­certy w Skan­se­nie na Djurgården i zimą w ogrza­nych kościo­łach. I komi­sarz Mar­tin Beck z kry­mi­na­łów Sjöwall i Wahlöö.

Ist­niał w jego życiu też ten drugi Sztok­holm – jed­no­kie­run­ko­wych ulic, wąskich przejść, śle­pych zauł­ków, bram prze­chod­nich, odlud­nych ławek w parku i pra­wie pustych restau­ra­cji, do któ­rych nikt nie cho­dzi.

Hans Jor­gen­sen podą­żał szyb­kim kro­kiem krótką Brun­ke­berg­ga­tan, mija­jąc nie­licz­nych prze­chod­niów. Wyszedł na Drot­t­ning­ga­tan i nagle wto­pił się w gęsty tłum pły­nący nie­skład­nie w obie strony. Po stu metrach skrę­cił w lewo, w wąską i pustą Vat­tu­ga­tan, i po chwili wyszedł na mały zadrze­wiony plac z fon­tanną, gdzie usiadł na jedy­nej wol­nej ławce.

Sta­rał się bacz­nie obser­wo­wać oto­cze­nie. Jego uwagę przy­cią­gnął stary czło­wiek, który dziar­skim kro­kiem prze­cho­dził mię­dzy koszami na śmieci, szu­ka­jąc w nich puszek.

Jest pew­nie w moim wieku – prze­mknęło mu przez myśl.

Gdy sta­rzec znik­nął z pola widze­nia, Jor­gen­sen pod­niósł się i wszedł do bocz­nego wej­ścia cen­trum han­dlo­wego Gal­le­rian. Zje­chał na pasaż rucho­mymi scho­dami. Przy­sta­nął na chwilę, by się odwró­cić i popa­trzeć, kto zjeż­dża za nim. Znów zro­bił to odru­chowo. To miej­sce wyko­rzy­sty­wał już wie­lo­krot­nie, by się spraw­dzić, i teraz zadzia­łał jak auto­mat. Dwie zajęte roz­mową młode kobiety, wyglą­da­jące na urzęd­niczki z pobli­skiego mini­ster­stwa, nie wzbu­dziły w nim żad­nych podej­rzeń.

Prze­ci­snął się przez potok ludzi na pasażu, mija­jąc wypeł­nione w godzi­nach lun­chu restau­ra­cje i sklepy, by w końcu wyjść na Rege­rings­ga­tan. Prze­szedł szybko na drugą stronę, z tru­dem uni­ka­jąc jadą­cych w obie strony samo­cho­dów. Skrę­cił w prawo i wyraź­nie zwol­nił, by kątem oka obser­wo­wać drugą stronę ulicy.

Doszedł do pomnika Gustawa Adolfa, minął par­king przed gma­chem opery i zatrzy­mał się nad brze­giem fiordu, obser­wu­jąc przez chwilę węd­ka­rzy nad wzbu­rzoną wodą.

Zasta­no­wił się, czy na Gamla Stan powi­nien pójść krót­szą drogą przez Nor­r­bro, czy nieco dłuż­szą przez Strömbron.

Stał, patrząc na żółto-brą­zową maje­sta­tyczną bryłę Pałacu Kró­lew­skiego po dru­giej stro­nie mostu, gdy uzmy­sło­wił sobie, że prze­szedł mu ból głowy. Ale roz­go­ry­cze­nie, jak cierń, wciąż w nim tkwiło.

Ruszył pro­sto, przez Nor­r­bro, mija­jąc grupę japoń­skich tury­stów foto­gra­fu­ją­cych z prze­ję­ciem wszystko dookoła. Prze­szedł przez most, minął po pra­wej oddzie­lony skwe­rem gmach Riks­dagu – i już był pod pała­cem.

Kilka metrów nad zie­mią, na wyso­kim pod­jeź­dzie, czu­wały dwa lwy, opie­ra­jąc łapę na kuli, jakby to była piłka ode­brana przed chwilą dzie­ciom. Zatrzy­mał się i pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, gdzie czy­tał, że te dwa naj­pięk­niej­sze szwedz­kie lwy przy­wiózł do Sztok­holmu z War­szawy, bez zgody władz pol­skich, król Karol Gustaw. Wyda­wało mu się, że czy­tał o tym w książce Petera Englunda, ale nie był tego pewien. Moż­liwe, że wszystko mu się pokrę­ciło.

Dla narodu szwedz­kiego, który tu wła­śnie świę­to­wał ze swoim monar­chą naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia, to miej­sce szcze­gólne. Jor­gen­sen także się z nim utoż­sa­miał. Prze­ży­wał naro­dziny, śluby i śmierci człon­ków kró­lew­skiej rodziny Ber­na­dotte, cho­ciaż ni­gdy nie infor­mo­wał o tym Moskwy. Ostatni raz był na Lejon­bac­ken razem z Ingrid dzie­więt­na­stego czerwca 1976 roku, kiedy Karol XVI Gustaw poślu­bił Syl­wię Som­mer­lath. Jak zawsze dzie­więt­na­stego czerwca!

Te pol­skie lwy dobrze pil­nują szwedz­kiej monar­chii – pomy­ślał Jor­gen­sen i po raz pierw­szy dotarło do niego, że rozu­muje, jakby był monar­chi­stą. To było coś zupeł­nie nowego, coś, co nawet go roz­ba­wiło. Od razu poczuł się lepiej.

Skrę­cił w prawo, doszedł do scho­dów pro­wa­dzą­cych na dzie­dzi­niec pała­cowy i pra­wie wbiegł po nich na górę, skąd miał widok na ulicę cią­gnącą się dzie­sięć metrów pod nim.

Był już na Gamla Stan. Omi­nął łukiem z lewej strony dzie­dzi­niec, po któ­rym prze­su­wały się grupy tury­stów ocze­ku­jące na zmianę warty. Za Stor­kyr­kan skrę­cił w Källargränd i po kil­ku­dzie­się­ciu metrach zna­lazł się na Stor­tor­get.

Do biura podróży mam już tylko parę kro­ków – pomy­ślał.

Skrę­cił w Köpmangatan, wąską, starą, bru­ko­waną uliczkę anty­kwa­ria­tów, skle­pów z pamiąt­kami i gale­rii.

Po chwili wszedł do Mor­skiego Biura Podróży. Gło­śno zabrzmiał sta­ro­modny dzwo­nek nad drzwiami. Wewnątrz było kilka osób. Pobrał nume­rek i usiadł na krze­sełku. Był trzeci w kolejce.

Obser­wo­wał, jak dwie wyraź­nie zde­ner­wo­wane młode kobiety gło­śno roz­ma­wiają z pra­cow­ni­kiem biura. Mię­dzy nimi stał mil­czący męż­czy­zna w austra­lij­skim kape­lu­szu.

Jor­gen­sen przez chwilę miał wra­że­nie, że mówią jakimś dziw­nym, nie­zna­nym mu języ­kiem, zanim dotarło do niego, że to pol­ski. Kobieta z ciem­nymi odro­stami mówiła gło­śno i wyraź­nie, więc zaczął się jej przy­słu­chi­wać. Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że rozu­mie poszcze­gólne słowa, że zaczy­nają się skła­dać w okre­ślony sens. Nie sły­szał tego języka już wiele lat, a prze­cież uro­dził się w Pol­sce i żył wśród Pola­ków, cho­dził do pol­skiej szkoły. To był taki odle­gły świat, który nie­spo­dzie­wa­nie ożył.

Tak czę­sto myślał o Oldze, rodzi­cach, cza­sami o kole­gach, ale ni­gdy nie o Pol­sce. „Nazy­wam się Hans Jor­gen­sen” – powta­rzał sobie przez tyle lat. Ale tak naprawdę kim jestem? Kim jest mój syn? Uro­dzi­łem się w Pol­sce, Zwią­zek Radziecki mnie ura­to­wał i wycho­wał, Szwe­cja jest moją ojczy­zną, mój syn jest Szwe­dem! Kim jeste­śmy? Ock­nął się, gdy wraz z dzwon­kiem wyświe­tlił się jego numer.

Spraw­nie zała­twił odbiór biletu i wyszedł na ulicę. Zatrzy­mał się przed wystawą, na któ­rej kolo­rowy pla­kat zachę­cał do odwie­dzin Gdań­ska.

To tam zaczęła się wojna – pomy­ślał z uczu­ciem, jakby to była jego oso­bi­sta sprawa.

Spę­dzi w Gdań­sku sześć godzin, ale nie będzie miał czasu zoba­czyć mia­sta, o któ­rym tyle sły­szał.

– Kie­dyś poje­dziemy tam pry­wat­nie, razem z Car­lem – powie­dział do sie­bie.

14

– Cześć, Mał­go­siu moja – powie­dział Kon­rad, wcho­dząc do sekre­ta­riatu szefa Agen­cji Wywiadu, gene­rała bry­gady Zdzi­sława Pęka.

– Witaj, naczel­niku Radku. Dawno cię nie widzia­łam – odparła, wycho­dząc zza biurka. – Opa­le­ni­zna nie wska­zuje na Mazury.

– Tro­chę podró­żo­wa­łem tu i tam…

– Nie bądź taki skromny! Znam cię dobrze! – Uśmiech­nęła się i poca­ło­wała go w poli­czek.

– Co nowego? – zapy­tał Kon­rad i ruchem głowy wska­zał na drzwi do gabi­netu szefa.

Gry­mas na jej twa­rzy mówił, że jej rela­cje z sze­fem ani tro­chę się nie zmie­niły.

– Zobacz! – Ści­szyła głos. – Kazał mi wyrzu­cić z sekre­ta­riatu tę starą palmę. Była piękna, pamię­tasz? No, ale miała dwa­dzie­ścia pięć lat, rozu­miesz? – Kon­rad pokrę­cił głową. – Zawsze była zie­lona! Nie zauwa­ży­łam ni­gdy, żeby była czer­wona. Para­noja! – Roze­śmiała się cicho.

– Gdyby Kolo­seum było u nas, też pew­nie kazałby je zbu­rzyć…

– Przed­wczo­raj – prze­rwała mu, jesz­cze bar­dziej ści­sza­jąc głos – sie­dzia­łam do jede­na­stej w nocy, a jak wycho­dzili, to nawet „prze­pra­szam” nie usły­sza­łam. Pół dnia popi­jali.

– Kto? – zapy­tał Kon­rad, prze­czu­wa­jąc, że to spo­tka­nie ma jakiś zwią­zek z jego wezwa­niem do Cen­trali.

– Mini­ster Kamiń­ski, pre­zes IPN Małecki, szef i „Ciężki”… Byli w dosko­na­łym nastroju.

Oczy­wi­ście! „Mamy pilną sprawę, pro­sto z pałacu”. Teraz przy­naj­mniej wiem, od kogo z pałacu, ale co tu robił Małecki? – pomy­ślał.

Otwo­rzyły się drzwi i do sekre­ta­riatu wszedł ener­gicz­nie „Ciężki”, wypeł­nia­jąc sobą połowę pomiesz­cze­nia.

– Witam, panie naczel­niku! Idziemy do szefa! – zako­mu­ni­ko­wał, wycią­ga­jąc rękę na powi­ta­nie.

Było już dobrze po dwu­na­stej, gdy Kon­rad wyszedł z gabi­netu szefa, z grubą zie­loną teczką w ręku. Zabrał swój tele­fon komór­kowy z kasetki i poże­gnał się z Mał­go­sią. Zje­chał windą do pod­ziem­nego garażu, gdzie zapar­ko­wał służ­bowe audi A4.

Prze­jazd przez mia­sto o tej porze zajął mu ponad trzy­dzie­ści minut. Tym bar­dziej że musiał się jesz­cze upew­nić, czy nie jest przy­pad­kiem śle­dzony, gdyż sie­dziba firmy Vigo na dwu­dzie­stym pię­trze była jedną z naj­pil­niej strze­żo­nych tajem­nic Agen­cji.

Gdy tylko wszedł do Wydziału, zauwa­żył przez szybę Sarę roz­ma­wia­jącą przez tele­fon i dał jej znak, by natych­miast do niego przy­szła. Sekre­tarce pole­cił, by popro­siła też Marka Belika, i zaka­zał jej łącze­nia roz­mów.

Zebrali się w ciągu minuty. Usie­dli za sto­łem kon­fe­ren­cyj­nym, każdy w innym końcu. Kon­rad poło­żył przed sobą zie­loną teczkę.

Widząc jego nabur­mu­szoną minę, Sara wie­działa już, że czeka ich jakaś nowa robota. Ni­gdy tego po sobie nie oka­zy­wała, ale Kon­rad w takich sytu­acjach tro­chę ją śmie­szył.

Zaraz przy­gry­zie dolną wargę – pomy­ślała.

– No to mamy robotę eks­tra! – powie­dział, przy­gry­za­jąc na moment dolną wargę. Sara musiała się powstrzy­mać, żeby nie wybuch­nąć śmie­chem. – Na tere­nie twier­dzy brze­skiej zako­pane jest przed­wo­jenne archi­wum NKWD. Mamy je wyko­pać i dostar­czyć do IPN! Sprawą inte­re­suje się oso­bi­ście on… z dużego pałacu – wyre­cy­to­wał i zamilkł.

Po dłuż­szej chwili pierw­sza ode­zwała się Sara.

– To co? Zosta­li­śmy teraz arche­olo­gami? Co jest grane, naczel­niku Radku? Nie ma w RP spe­cja­li­stów od takich zadań? Albo ja cze­goś tu nie rozu­miem, albo robisz sobie jaja, albo zaraz to wyja­śnisz! Co za twier­dza?

– No i tu, pani zastępco naczel­nika Saro, jest pies pogrze­bany. To twier­dza brze­ska, w Brze­ściu zwa­nym Litew­skim, tyle że on nie leży na Litwie, ale na Bia­ło­rusi. To mia­sto po dru­giej…

– A to co innego! To cie­kawe! – prze­rwała mu i tym samym lekko iro­nicz­nym tonem dodała: – Jesz­cze cze­goś podob­nego nie robi­li­śmy. Trzeba spraw­dzić, czy mamy jakichś gór­ni­ków w Wydziale.

Kon­rad patrzył na Marka, który w ogóle nie zare­ago­wał, cho­ciaż powi­nien był coś powie­dzieć, bo nie uczest­ni­czył w zbyt wielu akcjach spe­cjal­nych.

Wie­dział o tej spra­wie już wcze­śniej! To jasne – pomy­ślał Kon­rad. Na pewno wczo­raj przy kie­li­chu „Ciężki” wszystko mu wyga­dał. Stąd dzi­siaj u Marka ta poal­ko­ho­lowa czer­wień. Oni w coś grają!

– Ale bez żar­tów! To może być bar­dzo skom­pli­ko­wana i ryzy­kowna ope­ra­cja – kon­ty­nu­owała Sara poważ­nym już tonem. – Znam dobrze sytu­ację ope­ra­cyjną na Bia­ło­rusi… Już to czuję! To będzie wyma­gać dużych sił i środ­ków, a prze­cież mamy inne ope­ra­cje w toku…

– Naj­wyż­szy prio­ry­tet! – prze­rwał jej Kon­rad i było jasne, że takie pole­ce­nie otrzy­mał od szefa.

– Coś mi się tu nie podoba! – Sara z gło­śnym pstryk­nię­ciem zapa­liła papie­rosa. – Archi­wum dla IPN, naj­wyż­szy prio­ry­tet, pałac pre­zy­dencki… Mamy odło­żyć ope­ra­cje, do któ­rych przy­go­to­wu­jemy się od mie­sięcy, i te, które reali­zu­jemy, żeby dostar­czyć jakieś stare papiery? Czy ty to rozu­miesz? Kon­rad! Ten kraj osza­lał na punk­cie teczek!

Wyglą­dała na praw­dzi­wie poru­szoną. Marek w dal­szym ciągu mil­czał, a Kon­ra­dowi wyda­wało się, że unika jego wzroku.

– Posłu­chaj, dziew­czyno. – Głos Kon­rada zabrzmiał nie­przy­jem­nie. – Taki mamy roz­kaz. Nie nasza sprawa o tym dys­ku­to­wać! Musimy to zro­bić i tyle. A wcze­śniej spraw­dzić, czy to w ogóle jest moż­liwe… Mamy na to pół­tora mie­siąca.

Sara popa­trzyła na niego ze zdzi­wie­niem. Ni­gdy nie powie­dział do niej „dziew­czyno”, i to takim tonem. Wypa­dło to tak nie­na­tu­ral­nie, że aż ją zabo­lało. Zamil­kła.

– Tutaj – wska­zał na teczkę – mam wszyst­kie mate­riały doty­czące tej sprawy. Znam ją ogól­nie. Teraz muszę się z nią zapo­znać szcze­gó­łowo. Dzi­siaj jest czwar­tek, więc… – zasta­no­wił się chwilę – zbie­rzemy się w ponie­dzia­łek i przed­sta­wię wam moją ocenę. Potem wy to prze­czy­ta­cie. Do końca przy­szłego tygo­dnia powin­ni­śmy mieć gotowy szkic ope­ra­cji… jakiś plan, który przed­sta­wimy sze­fowi. Naj­póź­niej w przy­szły pią­tek musimy zwró­cić ory­gi­nalne doku­menty do IPN. Takie nam wyzna­czył ter­miny.

– To wszystko? – zapy­tała chłodno Sara i pod­nio­sła się do wyj­ścia.

– Wszystko – odpo­wie­dział Kon­rad takim samym tonem.

Gdy tylko wyszli i został sam, ski­nął na Mar­cina, który od dłuż­szego czasu krę­cił się za drzwiami, wyraź­nie szu­ka­jąc z nim kon­taktu.

– O co cho­dzi, Mar­cin? – zapy­tał.

– No… chcia­łem z sze­fem poroz­ma­wiać. Mam taką oso­bi­stą sprawę. No… taką nie do końca oso­bi­stą. Nie wiem, co robić!

– Przy­jedź do mnie w sobotę wie­czo­rem. Wypi­jemy piwo, poga­damy, okay? – zapro­po­no­wał, bo był pewny, że w biu­rze Mar­cin nie zdo­bę­dzie się na szcze­rość.

Mar­cin odpo­wie­dział ski­nie­niem głowy i smut­nym uśmie­chem. Kon­rad wstał, objął go ramie­niem i razem wyszli z pokoju.

Wszedł do pokoju Sary, która sie­działa tyłem do wej­ścia i patrzyła przez okno, paląc papie­rosa. Wie­działa oczy­wi­ście, że wszedł, ale nie zare­ago­wała. Było jej przy­kro.

– Idziesz dzi­siaj na piwo? – zapy­tał, sto­jąc za jej ple­cami.

– Nie mam ochoty! – rzu­ciła chłodno.

– To nie było pyta­nie. Idziesz dzi­siaj na piwo! Ze mną! Zie­lona Gęś, o dzie­więt­na­stej! Rozu­miesz?

Miły ton jego głosu nie paso­wał do wypo­wia­da­nych słów. Sara powoli zaczęła sobie uświa­da­miać, że Kon­rad zacho­wał się tak obce­sowo, bo widocz­nie z jakie­goś powodu musiał!

Pew­nie dla­tego, że sie­dział tam Belik. To jasne! – dotarło do niej nagle i zro­biło jej się miło, ale i głu­pio, że źle oce­niła Kon­rada.

– Oczy­wi­ście! – odrze­kła, wciąż sie­dząc do niego tyłem.

– Saro – kon­ty­nu­ował. – Ścią­gnij natych­miast M-Irka! Nie­ważne, gdzie są. Mają być w Pol­sce naj­póź­niej w sobotę rano! – powie­dział takim tonem, by nie było wąt­pli­wo­ści, że są ku temu poważne powody, i poki­wał zna­cząco głową.

Nie musiał mówić nic wię­cej. Zro­zu­miała go dosko­nale.

15

Wita­lij Bobriu­kow miał dwa­dzie­ścia osiem lat i dopiero od roku pra­co­wał w amba­sa­dzie Fede­ra­cji Rosyj­skiej w War­sza­wie jako trzeci sekre­tarz do spraw pra­so­wych. Była to jego pierw­sza zagra­niczna pla­cówka, a przy­jazd tu sta­no­wił natu­ralną kon­se­kwen­cję zatrud­nie­nia w Wydziale Pol­skim Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego, dokąd tra­fił przed czte­rema laty zaraz po szkole wywiadu.

Życie i praca w Pol­sce bar­dzo mu odpo­wia­dały, cho­ciaż miał wcze­śniej inne, może cie­kaw­sze pro­po­zy­cje wyjazdu.

Lubił Pol­skę i Pola­ków, ich poczu­cie humoru, lubił pol­skie jedze­nie, kul­turę, a nade wszystko swoją nową alfę romeo. Bar­dzo lubił War­szawę, w któ­rej lek­kość życia, w porów­na­niu z przy­tła­cza­jącą Moskwą, była dla niego war­to­ścią szcze­gólną, gdyż sam pocho­dził ze spo­koj­nego Irkucka.

Był kawa­le­rem, więc pro­wa­dził w War­sza­wie inten­sywne i cie­kawe – jak mu się wyda­wało – życie towa­rzy­skie, spo­ty­ka­jąc się z pol­skimi rówie­śni­kami i mło­dymi dyplo­ma­tami akre­dy­to­wa­nymi w Pol­sce.

Wszystko byłoby ide­al­nie, gdyby nie męczący obo­wią­zek spo­wia­da­nia się z tego, gdzie był i co robił. Każ­dego dnia rezy­dent doma­gał się od niego efek­tów, jakby roz­mowa z dziew­czyną przy kawie miała jakieś zna­cze­nie dla bez­pie­czeń­stwa i przy­szło­ści Rosji. Na domiar złego nie doce­niał go jako ofi­cera wywiadu, nie przy­dzie­lał mu żad­nych poważ­nych zadań i wciąż mie­szał się do jego życia oso­bi­stego, co było szcze­gól­nie iry­tu­jące.

Szef i men­tor Wita­lija, Michaił Popo­wski, uprze­dzał go, że rezy­dent to czło­wiek zgorzk­niały, sta­rej daty, który nie lubi mło­dych ofi­ce­rów. Ale Bobriu­kow nie przy­pusz­czał, że może być aż tak uciąż­liwy.

Dosko­nale pamię­tał, jak przed jego wyjaz­dem do War­szawy, na przy­ję­ciu poże­gnal­nym w Moskwie, Popo­wski powie­dział przy wszyst­kich kole­gach, że on, Wita­lij Bobriu­kow, jest wybit­nie uta­len­to­wa­nym i inte­li­gent­nym ofi­ce­rem. Sta­wiał go za przy­kład! I mówił, że wraz z nim w świat wywia­dow­czy wkra­cza nowa gene­ra­cja, pozba­wiona syn­dromu sowiec­kich służb, bez ojców Boha­te­rów Związku Radziec­kiego czy agen­tów KGB. Choć nie wszyst­kim to stwier­dze­nie się spodo­bało, dla Bobriu­kowa miało spe­cjalne zna­cze­nie, bo Popo­wski, ofi­cer śred­niego poko­le­nia, sam był synem gene­rała KGB. On zaś miał matkę robot­nicę, a ojca ni­gdy nie widział.

Teraz sie­dział w swoim pokoju w gma­chu amba­sady przy Bel­we­der­skiej. Wła­śnie skoń­czył pisać dla MSZ codzienną ana­lizę publi­ka­cji w pol­skich gaze­tach na temat zbli­ża­ją­cych się wybo­rów pre­zy­denc­kich. Zaczy­nał się przy­go­to­wy­wać do lek­tury arty­kułu w „Poli­tyce” o sytu­acji w pol­skich służ­bach spe­cjal­nych, gdy wszedł rezy­dent i jak zwy­kle bez słowa podał mu kartkę z zapi­saną liczbą 14. W ten pro­sty spo­sób wyzna­czał godzinę, na którą wzy­wał ofi­ce­rów na roz­mowę do zabez­pie­czo­nego przed pod­słu­chami pomiesz­cze­nia. Bobriu­kow wciąż z tru­dem się przy­zwy­cza­jał do tych tro­chę śmiesz­nych, jak mu się wyda­wało, zasad kon­spi­ra­cji na tere­nie ich wła­snej amba­sady.

– Spóź­ni­li­ście się, Bobriu­kow! – powie­dział rezy­dent, nie pod­no­sząc wzroku, cho­ciaż według wiszą­cego nad jego głową zegara była dokład­nie czter­na­sta. – Sia­daj­cie!

Pod­niósł się zza stołu i pod­szedł do otwar­tej już szafy pan­cer­nej wypeł­nio­nej sto­sem doku­men­tów. Się­gnął do naj­wyż­szej półki i wyjął cienki sko­ro­szyt, który poło­żył na stole.

– To jest teczka obsługi schowka „Klucz” dla agenta „Hooka”. Zna­cie ten scho­wek, Bobriu­kow? – zapy­tał oschle, cho­ciaż dosko­nale wie­dział, że Wita­lij przed wyjaz­dem zapo­znał się z obsługą, bo był wyzna­czony do tej sprawy jako drugi ofi­cer Rezy­den­tury.

Rezy­dent jed­nak nie wie­dział, że Bobriu­kow zna „Hooka” oso­bi­ście. Kilka lat wcze­śniej, z naczel­ni­kiem Popo­wskim, uczest­ni­czył w kom­bi­na­cjach spraw­dze­nio­wych agenta „Hooka”. Począt­kowo nie było pewne, czy nie został on pod­sta­wiony przez pol­skie służby, i co jakiś czas trzeba było go wery­fi­ko­wać.

– Oczy­wi­ście! – odpo­wie­dział.

– Weź­cie teczkę, przy­po­mnij­cie sobie szcze­góły i za dwie godziny ocze­kuję pre­cy­zyj­nego planu reali­za­cji zada­nia – oznaj­mił rezy­dent, kła­dąc akcent na „dwie godziny”.

– Tak jest! – odparł natych­miast Bobriu­kow.

Agent o pseu­do­ni­mie „Hook” obsłu­gi­wany był ostat­nio głów­nie za pomocą schow­ków. Stan­dar­dowo jeden scho­wek wyko­rzy­sty­wano naj­wy­żej dwa, trzy razy.

Cen­trala pod­jęła decy­zję, by z uwagi na miej­sce pracy i nad­zwy­czajną new­ral­gicz­ność agenta ogra­ni­czyć do mini­mum jego kon­takty oso­bi­ste z ofi­ce­rami Rezy­den­tury. „Hook” nie był jed­nak wystar­cza­jąco spraw­dzony, by zapew­nić mu spe­cjalną łącz­ność elek­tro­niczną, a tym bar­dziej prze­ka­zać go na kon­takt nie­le­gała. Jed­nakże co pewien czas, gdy wyjeż­dżał za gra­nicę, odby­wano z nim spo­tka­nia kon­tro­lne. Bobriu­kow wie­dział o tym dosko­nale.

Wie­dział też, że scho­wek obsłu­gi­wał dotych­czas Sasza Misz­kin, ale od dłuż­szego czasu pol­ski kontr­wy­wiad sie­dział mu nie­ustan­nie na ogo­nie. Zresztą w mniej­szym lub więk­szym stop­niu wszy­scy ofi­ce­ro­wie war­szaw­skiej Rezy­den­tury SWZ byli pod wzmo­żoną obser­wa­cją.

Bobriu­kow dzi­wił się tro­chę, że Polacy się nim nie inte­re­sują i poświę­cają mu znacz­nie mniej uwagi niż innym ofi­ce­rom Rezy­den­tury. Na początku myślał, że nie potrafi wykryć obser­wa­cji, i bar­dzo go to dener­wo­wało, ale kiedy zaczął się posu­wać do bar­dziej agre­syw­nych spo­so­bów spraw­dza­nia, wynik też oka­zał się nega­tywny. Doszedł do wnio­sku, że ABW nie inte­re­so­wała się nim pew­nie dla­tego, że przy­je­chał na nowe sta­no­wi­sko, któ­rego nie obsa­dzał do tej pory żaden ofi­cer wywiadu. Nie utrzy­my­wał zbyt bli­skich kon­tak­tów towa­rzy­skich ze zna­nymi pew­nie Pola­kom star­szymi kole­gami. Był też kawa­le­rem i z nie­ukry­waną sym­pa­tią odno­sił się do Pol­ski.

W moskiew­skiej Cen­trali i w war­szaw­skiej Rezy­den­tu­rze świet­nie się orien­to­wali, że kontr­wy­wiad ABW od roku pro­wa­dzi bar­dzo agre­sywną i dobrze zama­sko­waną obser­wa­cję pra­wie wszyst­kich ofi­ce­rów, co mocno utrud­niało im reali­za­cję zadań, a przede wszyst­kim obsługę agen­tów, któ­rych mieli kil­ku­na­stu.

Bobriu­kow znał agenta „Hooka” wystar­cza­jąco dobrze, by mieć do niego raczej ogra­ni­czone zaufa­nie. Dla­tego obsługa schowka – w jego prze­ko­na­niu – była ryzy­kowna. Wie­dział, że gdyby został przy­ła­pany przez Pola­ków na gorą­cym uczynku, mógłby zapo­mnieć o karie­rze. Ofi­cjal­nie wró­ciłby do Moskwy jako boha­ter. Ale rze­czy­wi­ste koszty byłyby wyso­kie. Długo nie wyje­chałby do kra­jów Unii Euro­pej­skiej, NATO czy też zaprzy­jaź­nio­nych, a per­spek­tywa Uzbe­ki­stanu, Kir­gi­zji czy Afryki nie napa­wała go rado­ścią. Naj­bar­dziej byłoby mu jed­nak żal opusz­czać Pol­skę.

– Nie ma wyboru… trzeba wyko­nać to zada­nie! – powie­dział do sie­bie Bobriu­kow i szybko odpę­dził wizję wpadki. Zle­ce­nie rezy­denta ozna­czało, że „Hook” dał znak, iż skrytka jest pełna. Należy ją jak naj­szyb­ciej opróż­nić…

Ucie­szył się, że jest to scho­wek o kryp­to­ni­mie „Klucz” – kla­syczny, bez­pieczny i łatwy w obsłu­dze. Wyszu­ki­wa­nie i przy­go­to­wy­wa­nie skry­tek było sta­łym zada­niem wszyst­kich ofi­ce­rów w Rezy­den­tu­rze. Oży­wioną wyobraź­nię i fan­ta­zję obo­wią­zy­wały jed­nak ści­słe zasady. Obsługa powinna być pro­sta, bez­pieczna i moż­liwa do reali­za­cji nawet pod obser­wa­cją, choć wyko­na­nie samego schowka lub jego kamu­flażu było cza­sami arcysz­tuką mistrzów tech­niki wywia­dow­czej. Ale jeżeli agent jest zdrajcą, to nawet naj­lep­szy scho­wek na nic się zda. Wtedy decy­duje kontr­wy­wiad i przed pro­wo­ka­cją może uchro­nić tylko cud albo przy­pa­dek.

Bobriu­kow po raz kolejny przej­rzał szcze­gó­łowo instruk­cję obsługi schowka. Skrytka była pla­sti­kową, wodosz­czelną, ide­alną imi­ta­cją nie­du­żego kamie­nia. Pier­wo­wzór został wcze­śniej pobrany z miej­sca, w któ­rym miała być zło­żona jego kopia. Kamień nie mógł się odróż­niać od innych w tym miej­scu ani od swo­jego natu­ral­nego oto­cze­nia. Ozna­czony był farbą flu­ore­scen­cyjną widoczną jedy­nie w świe­tle małej latarki ukry­tej w zapal­niczce. Umiej­sco­wie­nie kamie­nia było dokład­nie ozna­czone danymi zapi­sa­nymi w GPS. Tym razem skrytka została zło­żona w lesie na tra­sie do Gdań­ska, dzie­sięć metrów od par­kingu samo­cho­do­wego, przy pomniku Obroń­ców Mławy.

Nie minęły nawet trzy kwa­dranse i Bobriu­kow miał już gotowy pro­jekt reali­za­cji zada­nia, ale posta­no­wił zacze­kać, aż upłyną naka­zane dwie godziny, by nie nara­żać się na kolejne uszczy­pliwe komen­ta­rze rezy­denta. Zwłasz­cza że ten wyszedł wła­śnie z pokoju, prze­zor­nie zamknąw­szy swoją szafę pan­cerną.

Wita­lij Bobriu­kow wycią­gnął się na nie­wy­god­nym krze­śle i zało­żył ręce za głowę. Wyglą­dał jak wcza­so­wicz na tara­sie gór­skiego schro­ni­ska. Pomy­ślał przez chwilę, że rezy­dent z pew­no­ścią ma w tym pomiesz­cze­niu zain­sta­lo­waną kamerę, nawet rozej­rzał się wokół, ale w grun­cie rze­czy było mu to obo­jętne.

Teraz wcale nie myślał o reali­za­cji zada­nia. Było pro­ste, a ryzyko jest prze­cież od pierw­szego dnia służby wkal­ku­lo­wane w ten zawód. Stwier­dził jedy­nie, że obsługa schowka, jaką sobie obmy­ślił, zabie­rze mu sobotni wie­czór, który zamie­rzał spę­dzić ze zna­jo­mymi Pola­kami, a szcze­gól­nie z Kasią o kasz­ta­no­wych wło­sach. I zro­biło mu się tro­chę smutno, bo dziew­czyna odwza­jem­niała jego zain­te­re­so­wa­nie. Nikt w amba­sa­dzie nie miał jed­nak o tym poję­cia, a już ostat­nią osobą, która powinna to wie­dzieć, był rezy­dent. Bobriu­kow zda­wał sobie sprawę, że romans z Kasią jest nie­zgodny z zasa­dami pracy w wywia­dzie i że on może mieć przez to poważne kło­poty. Pozwa­lał sobie jed­nak na roz­wój tego uczu­cia, przy­naj­mniej w marze­niach.

Drzwi do pokoju otwo­rzyły się gwał­tow­nie i wszedł rezy­dent. Bobriu­kow spoj­rzał na zegar: docho­dziła szes­na­sta.

– No i co? – zapy­tał szef.

– Mam gotową kon­cep­cję! – odparł Wita­lij.

– Tacy jak ty zawsze mają gotową kon­cep­cję! Wszystko wam się wydaje łatwe i pro­ste! Jak dosta­niesz w dupę, to ci się od razu pokom­pli­kuje, mądralo! – Rezy­dent nie był bar­dziej zło­śliwy niż zwy­kle, więc Bobriu­kow spe­cjal­nie się nie prze­jął. – No? Słu­cham, pan Bobriu­kow! – Uży­cie pol­skiego zwrotu grzecz­no­ścio­wego miało być w jego odczu­ciu iro­niczne. Prze­cież zwra­cał się do Rosja­nina.

– Dzi­siaj jest pią­tek. Jutro po pracy pojadę pod legendą tury­styczną do Gdań­ska. Zapo­wia­dają dobrą pogodę, a ja jesz­cze tam nie byłem. Żeby lepiej uza­sad­nić legendę wyjazdu, zapro­szę ze dwóch zna­jo­mych. Naj­le­piej jakichś Pola­ków…

Bobriu­kow od razu pomy­ślał, że zaprosi tylko jedną osobę i że będzie nią Kasia. Już wcze­śniej pro­po­no­wał jej wspólny wypad. Miał namiar od kolegi z Kon­su­latu Gene­ral­nego w Gdań­sku na zaciszny i ele­gancki Hotel & Spa w Oli­wie.

Jeżeli nie będzie mogła poje­chać, to wtedy poszu­kam kogoś innego – pomy­ślał ze smut­kiem. Tylko kogo?

– Mam – cią­gnął – trzy lub cztery osoby, które, jak sądzę, chęt­nie sko­rzy­sta­łyby z takiego zapro­sze­nia. Trasę do Gdań­ska i sam pobyt w mie­ście wyko­rzy­stam na to, by się solid­nie spraw­dzić. Zaj­mie to pią­tek wie­czór, całą sobotę i nie­dzielę rano. Po takim cza­sie ewen­tu­alna obser­wa­cja będzie musiała się ujaw­nić.

– Jak do tej pory, Bobriu­kow, toście jesz­cze ani razu obser­wa­cji nie usta­lili – wtrą­cił rezy­dent ze zło­śli­wym uśmie­chem.

– Jeżeli nie będę miał obser­wa­cji, to wtedy można zało­żyć, że Polak, osoba towa­rzy­sząca, jest na kon­tak­cie kontr­wy­wiadu i to im wystar­cza, żeby trzy­mać mnie pod kon­trolą. Ale to będzie prze­cież week­end. Każdy musi odpo­cząć, obser­wa­cja też.

– Obser­wa­cja ni­gdy nie odpo­czywa, Bobriu­kow! Zapa­mię­taj to sobie! Czego was teraz uczą na tej aka­de­mii? Ofi­cer wywiadu szuka obser­wa­cji, nawet gdy śpi, rozu­miesz?

– Tak jest, towa­rzy­szu puł­kow­niku! – odgryzł się Wita­lij, ale rezy­dent chyba tego nie wyczuł. – Obsługi schowka doko­nam w dro­dze powrot­nej. Wyjazd z Gdań­ska zapla­nuję tak, by do pomnika w Mła­wie dotrzeć, gdy będzie się już ściem­niać. Zatrzy­mam samo­chód pod pozo­rem czyn­no­ści fizjo­lo­gicz­nych. Dobrze byłoby spraw­dzić to miej­sce w dro­dze do Gdań­ska, ale to chyba zby­teczne ryzyko zatrzy­my­wać się tam dwa razy – powie­dział pyta­ją­cym tonem i spoj­rzał na rezy­denta.

– Jasne, że zby­teczne! Lepiej, Bobriu­kow, żebyś zabrał ze sobą kobietę. Nie będzie ryzyka, że zechce pójść z tobą na stronę. – Rubaszny śmiech wska­zy­wał, że rezy­dent jest zado­wo­lony ze swo­jego dow­cipu.

– To nie będzie łatwe! Ale spró­buję jakąś zna­leźć! – odparł Wita­lij z poważną miną.

W duchu widział już, jak jedzie swoją uko­chaną alfą romeo z Kasią i spę­dzają dwa dni w pubach oraz uro­czych zakąt­kach Gdań­ska i Sopotu. I w dodatku za to wszystko płaci pan rezy­dent! Ta myśl spra­wiła mu szcze­gólną przy­jem­ność. Scho­wek też obsłuży, bo to pro­ste i łatwe, i będzie kolejny plu­sik w służ­bie. W końcu rzecz doty­czy agenta „Hooka”, jed­nego z waż­niej­szych, jakich miał rosyj­ski wywiad w Pol­sce.

Ciężki jest zawód szpiega! – pomy­ślał i uśmiech­nął się mimo­wol­nie do rezy­denta, który uznał to praw­do­po­dob­nie za akcep­ta­cję jego pomy­słu.

– No dobrze, Bobriu­kow. Coś tam wymy­śli­łeś. Teraz bierz papier i pisz szcze­gó­łowy raport. Co i jak. I jesz­cze jedno – dodał. – Mate­riał, który pobie­rzesz ze schowka, ten od „Hooka”, masz natych­miast dostar­czyć do Moskwy. Samo­lot jest zare­zer­wo­wany na ponie­dzia­łek. Zado­wo­lony? Oso­bi­ście pisał w tej spra­wie ten twój były szef… Popo­wski.

Bobriu­kow czuł, że rezy­dent nawet nie pró­buje kryć sar­ka­zmu.

– Zosta­niesz w Rosji dłu­żej, asie wywiadu z Irkucka. Więc się odpo­wied­nio przy­go­tuj. Rozu­miesz?

16

Kon­rad bez trudu zna­lazł miej­sce w ogródku pubu Zie­lona Gęś, wol­nym o tej porze roku od tłumu stu­den­tów z oko­licz­nych uczelni i aka­de­mi­ków.

Usa­do­wił się tak, by – jak przy­stało na dobrze wyszko­lo­nego ofi­cera wywiadu – mieć na oku oto­cze­nie. Ni­gdy nie wia­domo, na kogo można się natknąć. Także w kraju.

Sara szła od strony metra. Ubrana w obci­słe dżinsy ultra­ma­ryna i bajecz­nie kolo­rową koszulkę, którą kie­dyś razem kupili w Kam­bo­dży. Dłu­gie blond włosy spięła wysoko z tyłu, tak że wystrze­la­jący jak fon­tanna koń­ski ogon koły­sał się w takt jej kro­ków. Wyglą­dała jak ktoś dokład­nie pośrodku mię­dzy manifą a paradą rów­no­ści, cho­ciaż odkąd roz­po­częła pracę w AW, prze­stała się inte­re­so­wać takimi spra­wami, bo w tym śro­do­wi­sku są one nie­ak­tu­alne. Sama była tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Lubiła powta­rzać, że pełne rów­no­upraw­nie­nie będzie wtedy, gdy na dys­kry­mi­na­cję zaczną skar­żyć się męż­czyźni.

Kon­rad już z daleka zauwa­żył, że się uśmie­cha. Usia­dła naprze­ciwko, ple­cami do ogródka.

– Ty też zdą­ży­łeś się prze­brać… Byłeś w domu? – zaczęła, zapa­la­jąc papie­rosa.

– Odsta­wi­łem samo­chód. Mam ochotę na kilka piw. Co dla cie­bie?

– Cola z lodem i cytryną! – powie­działa i po chwili mil­cze­nia, gdy Kon­rad szu­kał wzro­kiem kel­nerki, zapy­tała: – Co się dzieje? Co jest grane? Rozu­miem, że mia­łeś wystar­cza­jąco ważny powód, by ode­zwać się tak nie­grzecz­nie. Nie wyczu­łam tego od razu, bo po pro­stu zro­biło mi się przy­kro, ale zaraz zda­łam sobie sprawę, że to nie w twoim stylu. Więc o co cho­dzi? – zakoń­czyła, już bez uśmie­chu.

Przez dłuż­szą chwilę nie reago­wał na jej słowa i omia­tał wzro­kiem oto­cze­nie, ale widać było, że robi to odru­chowo, zato­piony w myślach, jakby szu­kał odpo­wied­nich słów. Tak się przy­naj­mniej Sarze wyda­wało.

– Sorry, nie chcia­łem cię ura­zić! Prze­cież wiesz… – zaczął tak, jak tego ocze­ki­wała. – Widzisz, twoja reak­cja na to, co powie­dzia­łem, była spon­ta­niczna i praw­dziwa. Myślę dokład­nie tak jak ty, ale nie znasz wszyst­kich oko­licz­no­ści sprawy, o któ­rych nie mogłem ci powie­dzieć przy Marku. W mojej oce­nie on już o tej spra­wie wie­dział wcze­śniej od „Cięż­kiego”. Kiedy na niego patrzy­łem, na jego twa­rzy było wypi­sane czer­wo­nym pisa­kiem: ja o wszyst­kim wiem. Musieli cze­kać na mój powrót, bo w końcu jestem wciąż sze­fem Wydziału, a pro­ce­dury służ­bowe obo­wią­zują…

– Czy­tasz w moich myślach! Ni­gdy nie byłeś kon­for­mi­stą, prze­cież wiem! – prze­rwała mu Sara.

– Nie mogłem kon­te­sto­wać pole­ce­nia szefa, bo Mare­czek natych­miast poin­for­mo­wałby o tym „Cięż­kiego”, ale dobrze, że ty to zro­bi­łaś. Mia­łem inne powody, by tak się zacho­wać, cho­ciaż nie czu­łem się z tym dobrze. Wyja­śnię ci to… a przy­naj­mniej spró­buję.

Głos Kon­rada brzmiał teraz tak jak zawsze, uczci­wie i lojal­nie. Sza­no­wała go za to.

– Kiedy przy­je­cha­łem do Cen­trali, Mał­go­sia…

– Sekre­tarka szefa?

– Tak. Powie­działa mi, że przed­wczo­raj bie­sia­do­wało tam towa­rzy­stwo, Kamiń­ski, Małecki z IPN, szef i „Ciężki”. Rozu­miesz? – zapy­tał, ale Sara nie­pew­nie poki­wała głową. – Od razu poczu­łem, że coś jest na rze­czy…

– Kamiń­ski z pałacu? – zapy­tała z pew­nym waha­niem.

– Dokład­nie…

Sara zro­biła zdzi­wioną minę. Ni­gdy żad­nego z nich nie spo­tkała, cho­ciaż wie­lo­krot­nie miała oka­zję, bo zawsze dosta­wała zapro­sze­nia na zakra­piane grille do ośrodka AW w Mag­da­lence, na które chęt­nie przy­cho­dzili ofi­cjele z małego i dużego pałacu. Kon­rad cho­dził, bo musiał, ale ona omi­jała to śro­do­wi­sko sze­ro­kim łukiem.

– Na czym skoń­czy­łem…? Aha… no i potem dowie­dzia­łem się o spra­wie. Ani pana gene­rała Zdzi­sia, ani „Cięż­kiego” nie inte­re­so­wał mój pościg za Safi­rem. To był pierw­szy sygnał, że sprawa tego archi­wum NKWD w Brze­ściu ma jakiś dziwny wymiar. Od razu zaczą­łem podej­rze­wać dru­gie dno… – Kon­rad cią­gnął swoją rela­cję z nara­sta­jącą emo­cją. – Oczy­wi­ście ani sło­wem nie wspo­mnieli o przed­wczo­raj­szej impre­zie z Kamiń­skim i Małec­kim. Żad­nych nazwisk, tylko że to ważna sprawa dla kie­row­nic­twa pań­stwa i tego typu dyr­dy­mały.

– Kto mówił? „Gene­rał” czy „Ciężki”?

– „Ciężki” nie odzy­wał się w ogóle. Szef jak zwy­kle wygła­szał dłu­gie nie­składne tyrady, z któ­rych zro­zu­mia­łem połowę…

– Z błę­dami orto­gra­ficz­nymi i dużymi lite­rami – wtrą­ciła iro­nicz­nie, by tro­chę roz­luź­nić coraz bar­dziej nakrę­ca­ją­cego się Kon­rada.

– Tak! Trzeba się nie­źle napra­co­wać, żeby pojąć, o co mu cho­dzi – pod­chwy­cił ulu­biony temat żar­tów ofi­ce­rów. – W końcu zro­zu­mia­łem, że pró­bo­wał pra­co­wać nad moją moty­wa­cją, a prze­cież mnie zna i wie, że wyko­nam pole­ce­nie naj­le­piej, jak mogę. Po co to robił? Tym razem był jed­nak inny… chyba się dener­wo­wał… i to jest drugi ele­ment, który wzbu­dził moje podej­rze­nia. I teraz naj­waż­niej­sze… – Urwał na moment, poki­wał głową i dokoń­czył: – Po raz pierw­szy w życiu dosta­łem pole­ce­nie reali­za­cji zada­nia z wyzna­czo­nym ter­mi­nem. Do końca sierp­nia! – Kon­rad pod­kre­ślił to moż­li­wie naj­moc­niej. – Rozu­miesz? Do końca sierp­nia! – powtó­rzył. – Bo w paź­dzier­niku są wybory pre­zy­denc­kie!

– Cze­kaj. Moment. Niech się zasta­no­wię… – Sara wyraź­nie wczuła się już w jego tok myśle­nia. – Uwa­żasz, że oni chcą wyko­rzy­stać to archi­wum do jakichś roz­gry­wek poli­tycz­nych? Prze­cież mają IPN i Małec­kiego, i bata­liony wier­nych hun­wej­bi­nów – powie­działa, ści­szyw­szy głos.

– No widzisz! Dosko­nale! Ty też czy­tasz w moich myślach! Nie­długo nie będziemy musieli roz­ma­wiać.

Roze­śmiali się oboje.

– Dobrze. Teraz puść wodze wyobraźni. Potra­fisz to robić jak mało kto. – Kon­rad nachy­lił się bli­żej i oparł łok­ciami o ławę. – Mamy archi­wum wywiadu NKWD z mate­ria­łami doty­czą­cymi Pol­ski mię­dzy­wo­jen­nej, tak?

– Tak, ale…

– Jako zawo­do­wiec zda­jesz sobie sprawę, co tam może być. Mocny ładu­nek! Kamiń­ski, Małecki, nasz szef też wie­dzą, ile to może być warte, tylko że oni patrzą na sprawę ina­czej: jak to można wyko­rzy­stać poli­tycz­nie.

– Oni zawsze tak patrzą. Na wszystko! Nie odkry­łeś niczego nowego…

– I zna­jąc tych ludzi, jestem pewien, że nie zawa­hają się użyć tych mate­ria­łów, by utrzy­mać się u wła­dzy, nie zwa­ża­jąc na kon­se­kwen­cje wewnętrzne i mię­dzy­na­ro­dowe, szcze­gól­nie w odnie­sie­niu do Rosji… a wła­ści­wie naj­le­piej kosz­tem Rosji! A prze­cież nie wiemy, co tam jest. Może duchy, a może stra­chy. Coś mi mówi, że w powie­trzu wisi kata­strofa. Dla wszyst­kich! Oni sobie z tego nie zdają sprawy, zadęci w obłę­dzie napra­wia­nia Rzecz­po­spo­li­tej!

– Naród to kupi! – skwi­to­wała cel­nie krótki wywód Kon­rada.

– Dokład­nie o tym mówię! I o to im cho­dzi!

– Co robimy? – zapy­tała.

– Rysuje mi się pewien pomysł, bar­dzo ryzy­kowny, w pew­nym stop­niu nie­le­galny. Wła­ści­wie cał­kiem nie­le­galny… ale o tym póź­niej. Przez week­end prze­czy­tam dokład­nie mate­riały i prze­my­ślę to jesz­cze raz. Jest jed­nak inny aspekt sprawy, który od samego początku musimy uwzględ­niać. Posłu­chaj! – Kon­rad dokoń­czył piwo i dał znać kel­nerce, żeby przy­nio­sła następne. – Jeżeli sprawa przy­szła do nas z zewnątrz, wie o tym pałac i IPN, to trzeba posta­wić pyta­nie: kto jesz­cze o tym wie? Według mnie, jak znam życie i nasz biz­nes, to nie tylko Kamiń­ski i Małecki. To byłoby za pro­ste. Przyj­muję zało­że­nie, że Jase­niewo też o tym wie. Pyta­nie tylko: ile, co i jak szcze­gó­łowo?

– Co ty, Kon­rad?! – Sara wyraź­nie się zanie­po­ko­iła. – Skąd mogą wie­dzieć, że sprawa jest w naszym Wydziale? Zwa­rio­wa­łeś! Musie­liby mieć u nas kreta…

– Rosja­nie to nie dur­nie. Prze­cież muszą wie­dzieć, że bra­kuje im jakichś doku­men­tów. U nich nic nie ginie! Według „Gene­rała” i frag­men­tów, które prze­czy­ta­łem, archi­wum rze­czy­wi­ście może tam być. A jeżeli Ruskim cze­goś bra­kuje, to będą tego szu­kać, aż znajdą…

– Nie możemy jed­nak wyklu­czyć, że go tam już nie ma, może nawet od dawna…

– Nie możemy. Masz rację. Ale praw­do­po­do­bień­stwo, że wciąż tam jest, wydaje się duże… – Kon­rad spoj­rzał jej głę­boko w oczy i zapy­tał: – Chyba im tego nie zosta­wimy?

– Jasne, że nie! – Sara zro­biła bojową minę, jak zawsze gdy czuła zapach pro­chu.

– Ale jeżeli weź­mie się za to nasz przy­ja­ciel Michaił Popo­wski, to nie będzie łatwo… A któż inny w Jase­nie­wie lepiej by się do tego nada­wał? – wyrzu­cił z sie­bie Kon­rad w poczu­ciu praw­dzi­wego wyzwa­nia.

Sara słu­chała go w sku­pie­niu. Akcep­to­wała i rozu­miała każde jego słowo. Zda­wała sobie sprawę z tego, jak trudna tech­nicz­nie i ryzy­kowna może być ta ope­ra­cja, a jed­no­cze­śnie – jak wąt­pliwy może być jej efekt dla inte­re­sów Pol­ski. Poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści i sumie­nie ofi­cera pol­skiego wywiadu starło się z roz­sąd­kiem. Wie­działa, że Kon­rad też tak myśli, lecz sama nie potra­fiła zna­leźć roz­wią­za­nia, zde­cy­do­wać, co robić. Liczyła na niego, bo ni­gdy się na nim nie zawio­dła. Ufała mu bar­dziej niż sobie samej. On wie, co trzeba robić, i zaczęła już wyczu­wać, o co mu cho­dzi, gdy powie­dział „w pew­nym stop­niu nie­le­galny”.

– Poroz­ma­wiamy o szcze­gó­łach w ponie­dzia­łek. Wytrzy­masz? – zapy­tał Kon­rad.

Wyda­wał się skon­cen­tro­wany, ale Sara miała wra­że­nie, że jest zmę­czony i coś go gnębi.

– Jesz­cze jedno piwo? – Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, dała znak kel­nerce. – Zadzwo­ni­łam do M-Irka, jak pro­si­łeś. Będą w sobotę rano. Choć nie byli zado­wo­leni, że muszą tak szybko wra­cać… kło­poty z prze­bu­ko­wa­niem bile­tów. Możesz mi powie­dzieć, o co cho­dzi? Dla­czego potrze­bu­jesz ich teraz? Czuję, że to ma coś wspól­nego z tą sprawą… tak?

– Tak. Jutro powiem ci i pokażę, o co cho­dzi… Muszę szybko zro­bić kopię jed­nego z archi­wal­nych doku­men­tów, które dosta­łem w pakie­cie od szefa. Ta kopia będzie punk­tem wyj­ścia do naszych dal­szych dzia­łań.

W popiel­niczce leżały cztery nie­do­pałki. Sara trzy­mała w pal­cach pią­tego papie­rosa i od kilku minut ocią­gała się z jego zapa­le­niem. Robiła tak cza­sem, gdy była czymś mocno zaab­sor­bo­wana. W dru­giej dłoni oczy­wi­ście ści­skała zapal­niczkę Zippo.

Odkąd kilka lat temu rzu­cił pale­nie, wyda­wało mu się, że czło­wiek z papie­ro­sem wygląda żało­śnie i śmiesz­nie zara­zem. Czę­sto o tym mówił, ale ni­gdy nie chciał się przy­znać, że to typowy odruch neo­fity. Wyjąt­kiem była Sara, któ­rej nie mógł sobie wyobra­zić bez papie­rosa. Uwa­żał nawet, że pale­nie pod­kre­śla jej ostry sek­sa­pil i że gdy wypusz­cza dym, przy­po­mina Mar­lenę Die­trich z naj­lep­szych cza­sów. Nie mógł jej tego jed­nak powie­dzieć, bo mogłaby się obra­zić na takie porów­na­nie. Cza­sami po wypi­ciu czte­rech piw, co zda­rzało się jej nie­zwy­kle rzadko, lubiła powta­rzać, jak to moż­liwe, że Sha­ron Stone wciąż ją kopiuje z takim powo­dze­niem. I bez piwa wielu kole­gów było goto­wych się z tym zgo­dzić. Dla Kon­rada jed­nak Sara była atrak­cyjna sama w sobie i nie potrze­bo­wała żad­nego punktu odnie­sie­nia.

– Daj papie­rosa! – powie­dział i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, się­gnął po leżącą na stole paczkę.

Sara wie­działa, że to dowód jego roz­grza­nej psy­chiki, cho­ciaż zawsze się tłu­ma­czył, że lubi cza­sami zapa­lić, ale tylko przy piwie. Jadąc na to spo­tka­nie, liczyła na miły, kum­plow­ski wie­czór, roz­mowę o wszyst­kim i niczym z naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, roz­mowę, jakiej bra­ko­wało jej od pew­nego czasu. Nie była nasta­wiona na to, co ją spo­tkało. Nie czuła oczy­wi­ście żalu, bo to nie pierw­szy raz, kiedy musiała z cze­goś rezy­gno­wać. Cię­żar sprawy, o któ­rej powie­dział jej Kon­rad, był na tyle duży, że potra­fiła wczuć się w jego rolę.

Dosko­nale wie­działa, że wyprawa do Jemenu nie była wycieczką i Kon­rad musi być jesz­cze zmę­czony i zestre­so­wany. Jego stan emo­cjo­nalny udzie­lił się także jej i choć nie wie­działa jesz­cze, co będzie dalej, była gotowa na wszystko.

17

Ciało puł­kow­nika Ste­pa­no­wy­cza zna­la­zła wcze­snym ran­kiem sąsiadka wypro­wa­dza­jąca psa. Wyjąt­kowo szybko na miej­scu poja­wiła się mili­cja, a kil­ka­na­ście minut póź­niej zespół docho­dze­niowy KGB, który natych­miast prze­jął sprawę.

Od dawna nie zda­rzyło się zabój­stwo tak wyso­kiego stop­niem ofi­cera bia­ło­ru­skich służb spe­cjal­nych, a w dodatku zastępcy naczel­nika miń­skiego kontr­wy­wiadu. Dla­tego szef KGB zamel­do­wał z samego rana o zda­rze­niu pre­zy­den­towi Alek­san­drowi Łuka­szence, który natych­miast pole­cił, by nad­zór nad śledz­twem objęła Służba Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta.

Kapi­tan Wasi­lij Pie­tro­wicz Krupa poło­żył się nie­dawno i spał mocno. Leżał na kana­pie, w butach i roz­pię­tych spodniach, w pokoju wypeł­nio­nym kwa­śnym zapa­chem alko­holu, papie­ro­sów i potu, gdy zadzwo­nił tele­fon. Kru­pie wyda­wało się, że śni, ale bole­sny dźwięk dzwonka zmu­sił go do odszu­ka­nia apa­ratu.

– Wasia?! Jesteś tam? – roz­po­znał swo­jego bez­po­śred­niego prze­ło­żo­nego, majora Kon­dra­to­wi­cza. – Obudź się! Wasia!

– Co jest? – zapy­tał z ocią­ga­niem.

– Wasia! Ktoś wczo­raj zabił Ste­pa­no­wy­cza!

Głos w słu­chawce brzmiał tak nie­re­al­nie, że Krupa pomy­ślał, że wciąż śpi. Powoli jed­nak zaczęło do niego coś docie­rać.

– To ty… Kola? Co ty… ty… pier­do­lisz? Jakiego… Ste­pa­no­wy­cza? – I nagle poczuł, że otrzeź­wiał. – Jak to?!… Zabili?! Kto? Kiedy?

– Wczo­raj w nocy, jak wra­cał pijany do domu. Dostał dwa albo trzy razy nożem na swo­jej klatce scho­do­wej… Zbie­raj się natych­miast! Wszy­scy mają się sta­wić w Cen­trali! Natych­miast! Będzie Służba Bez­pie­czeń­stwa. – Głos w słu­chawce się urwał.

Krupa sie­dział na kana­pie i miał wra­że­nie, jakby ciało odmó­wiło mu posłu­szeń­stwa i zaczęło się wypeł­niać cie­płym odrę­twie­niem. Przesie­dział tak kilka minut, aż poczuł, że zasy­cha mu w gar­dle.

Wypił dusz­kiem pół butelki cie­płego, zwie­trza­łego napoju podob­nego do coca-coli i ledwo zdą­żył dobiec do łazienki, gdzie solid­nie zwy­mio­to­wał. Obmył twarz zimną wodą i usiadł na sede­sie, by zła­pać tro­chę powie­trza.

Z nie­ma­łym tru­dem zdjął z sie­bie ubra­nie i wszedł pod prysz­nic. Stru­mień zim­nej wody pomógł mu pozbie­rać frag­menty poszar­pa­nych myśli.

Wtedy zdał sobie sprawę z sytu­acji. Ogar­nęło go prze­ra­że­nie – cała jego kariera, budo­wana z takim wysił­kiem, mogła runąć w jed­nej chwili. Nie potra­fił zebrać myśli, by zasta­no­wić się, co robić.

W miarę szybko dopro­wa­dził się do porządku. Wło­żył czy­ste ubra­nie, ale nie mógł nic zjeść. Wyda­wało mu się, że wytrzeź­wiał, cho­ciaż jego odbi­cie w lustrze nie pozo­sta­wiało złu­dzeń, że jest ina­czej.

Wsiadł do samo­chodu i ruszył do sie­dziby KGB na pro­spek­cie Nie­za­wi­si­mo­sti. Na dzie­dzi­niec wje­chał od ulicy Kom­so­mol­skiej i zapar­ko­wał.

Wszedł do dużej sali gim­na­stycz­nej, wypeł­nio­nej huczą­cym gwa­rem męskich gło­sów. Od razu zauwa­żył grupę ofi­ce­rów swo­jego wydziału, sto­jącą nieco na ubo­czu. Zbli­żył się do bla­dego i wyraź­nie zde­ner­wo­wa­nego Kon­dra­to­wi­cza, ale nie zdą­żył się ode­zwać, bo do pomiesz­cze­nia wkro­czyło kilku mun­du­ro­wych i cywi­lów i nagle wszy­scy zamil­kli.

Na pod­wyż­sze­nie wszedł nie­znany mu męż­czy­zna około czter­dziestki, w ciem­nym gar­ni­tu­rze, i Krupa od razu zdał sobie sprawę, że to ktoś ze Służby Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta.

Salę wypeł­niała nie­mal ide­alna cisza.

– Dzi­siaj w nocy został zamor­do­wany puł­kow­nik Andriej Ste­pa­no­wycz – ode­zwał się męż­czy­zna grom­kim, pew­nym gło­sem. – Wydział Śled­czy Komi­tetu Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego pro­wa­dzi inten­sywne docho­dze­nie w spra­wie wyja­śnie­nia wszyst­kich oko­licz­no­ści zabój­stwa. Na pole­ce­nie pre­zy­denta naszej repu­bliki, Alek­san­dra Łuka­szenki, Służba Bez­pie­czeń­stwa spra­wuje…

Krupa czuł, jak drżą mu nogi, i miał wra­że­nie, że wszy­scy to widzą. Nie mógł zro­zu­mieć, co mówi ofi­cer bez­pieki, gdyż jego głos roz­pły­wał się w ogrom­nym pomiesz­cze­niu.

Ock­nął się, gdy poczuł lek­kie szturch­nię­cie w bok. Zoba­czył, że stoi za nim porucz­nik Oleg Popow z Wydziału Tech­nicz­nego, jego kolega z boiska.

– Co się dzieje? Co robimy?… Nie dosły­sza­łem… Co on powie­dział? – pytał zdez­o­rien­to­wany Krupa.

– Wasia! Na jutro mamy napi­sać raporty… co robi­łeś wczo­raj w nocy… takie tam. Teraz będziemy dmu­chać w alko­mat. Cie­kawe, czy w całym KGB po piąt­ko­wej nocy ktoś będzie miał same zera.

Ści­szony głos Popowa zabrzmiał iro­nicz­nie, ale Krupa tego nie wyczuł, bo myślał cha­otycz­nie, co ma napi­sać w swoim rapor­cie. I nagle dotarło do niego z nie­wy­raźną jesz­cze nadzieją, że prze­cież nikt nie wie o jego inte­re­sach z cel­ni­kami.

Oni też wyprą się wszyst­kiego, jeżeli śled­czy do nich dotrą… Jedziemy na tym samym wózku! Boże… Jak łatwo można wro­bić mnie w to mor­der­stwo… Bez­pieka jakie­goś sprawcę musi zna­leźć! Musi być suk­ces, nawet jeśli go nie będzie. Prę­dzej czy póź­niej na pewno ustalą, kto, gdzie i z kim pił! Pier­do­lone życie! Ja to mam, kurwa, pecha! Trzeba napi­sać coś wia­ry­god­nego, a potem zoba­czymy. Kurwa… coś trzeba wymy­ślić!

Krupa, zato­piony w myślach, z tłu­mem ofi­ce­rów posu­wał się wolno do wyj­ścia, nie zwra­ca­jąc uwagi na Popowa, który postę­po­wał tuż za nim.

Gdy wyszli przed budy­nek, Popow wciąż był obok.

– Chłopcy z bez­pieki robią hucpę – rzu­cił do Krupy. – Poka­zówka od Łuka­szenki dla KGB, kto rzą­dzi w tym kraju! Co ta bez­pieka może wie­dzieć o robo­cie ope­ra­cyj­nej…

– Roz­bi­ra­jut­sia kak swinja w apiel­si­nach – wtrą­cił ponuro Krupa.

– Win­nego będą szu­kać u nas, żeby nas zdo­ło­wać i wsa­dzić nocha we wszyst­kie nasze sprawy… Zoba­czysz! Mają teraz swoje pięć minut… – cią­gnął Popow. – Pre­zy­dent będzie miał argu­menty, by zmie­nić kie­row­nic­two KGB na swoje, jak tylko znajdą sprawcę… u nas oczy­wi­ście. Rozu­miesz?!

Krupa czuł, jak wielki kamień opada mu w brzu­chu, bo dosko­nale wie­dział, że Popow ma rację, a on sam na takiego sprawcę pasuje ide­al­nie.

– Wiem od kolegi ze śled­czego, że to był praw­do­po­dob­nie napad rabun­kowy. Pew­nie Ste­pa­no­wycz był umo­czony w jakieś inte­resy… nie z tym, z kim trzeba. Wiemy, jak to jest. Nie… Wasia? A może… zwy­kłe zbóje? – powie­dział Popow tonem, który zro­bił na Kru­pie dziwne wra­że­nie.

– To na pewno jakieś ban­dziory! Zna­łem Ste­pa­no­wy­cza dobrze i wiem, że nie brał.

– Też mi się tak wydaje, Wasia. Prze­słu­chi­wać pew­nie będą przede wszyst­kim tych, któ­rzy go dobrze znali i z nim pra­co­wali. Będziesz miał oka­zję im to powie­dzieć, może wtedy pójdą w kie­runku wer­sji zbó­jec­kiej.

– Może to jakiś ratu­nek – pomy­ślał Krupa z nadzieją.

Lubił Popowa, cho­ciaż nie znał go zbyt dobrze, bo boisko to za mało. Zresztą nikt go nie znał, bo Popow nie pił i był zatwar­dzia­łym spor­tow­cem. Cho­dził wła­snymi ścież­kami, ale cie­szył się sza­cun­kiem za kole­żeń­skość i dys­kre­cję.

– Wasia… Coś ty źle wyglą­dasz. Z kim wczo­raj piłeś? Pój­dziemy wie­czo­rem do bani? Dobrze ci zrobi – zapro­po­no­wał Popow. Tra­fił na odpo­wiedni moment, bo Krupa nie chciał być dzi­siaj sam.

Oleg Popow miał pra­wie metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i mógł się poszczy­cić wyjąt­kowo wyspor­to­waną syl­wetką. Do służby wstą­pił w dwa lata po zakoń­cze­niu stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Gro­dzień­skim. Z pod­go­lo­nymi skro­niami i gęstym jeży­kiem na czubku głowy wyglą­dał na zwy­kłego trzy­dzie­sto­dwu­latka i dokład­nie tyle miał. Poza tym nie wyróż­niał się niczym szcze­gól­nym.

Krupa spóź­nił się pięć minut. Zaje­chaw­szy na par­king przed wej­ściem do klubu spor­to­wego KGB, wysiadł z wyraź­nym tru­dem. Z bagaż­nika wyjął spor­tową torbę i rekla­mówkę, w któ­rej pobrzę­ki­wały butelki z piwem. Pod­szedł do Popowa, omia­ta­jąc wzro­kiem pusty par­king.

– Patrz! Sobota, a nikogo nie ma!

– Sklepy mono­po­lowe dodat­kowo dzi­siaj zaro­bią. Po poran­nym przed­sta­wie­niu u nas towa­rzy­sze będą mieć zaję­cia w pod­gru­pach. To dobrze… nie? Będziemy sami w bani – stwier­dził Popow z uśmie­chem.

Ten jego ton tro­chę draż­nił Krupę. Już rano miał wra­że­nie, że Popow jest jakiś nie­na­tu­ral­nie iro­niczny, jakby nie rozu­miał, że śledz­two w spra­wie zabój­stwa Ste­pa­no­wy­cza może i o niego zaha­czyć.

Jak Służba Bez­pie­czeń­stwa pro­wa­dzi docho­dze­nie, to zawsze coś znaj­dzie, na każ­dego… – pomy­ślał z lek­kim nie­po­ko­jem kapi­tan Wasi­lij Krupa. Prze­kręty, korup­cję, zanie­dba­nie, oszu­stwa, a może nawet jakie­goś szpiega. Dobrze powie­dział Popow, że dzi­siaj będą zaję­cia w pod­gru­pach, bo każdy ma coś na sumie­niu i padł na nich blady strach! Kurwa! Tyle lat nie wzią­łem ani gro­sza! Pierw­szy raz mi się zda­rzyło, bo zachciało mi się nowego samo­chodu – wciąż roz­wa­żał, gdy szli w kie­runku klubu. Miał wra­że­nie, że Popow coś mówi, ale jego słowa do niego nie docie­rały.

– Co ty, Wasia? Ogłu­chłeś?! – Zoba­czył zdzi­wiony wzrok Popowa i usły­szał tro­chę pod­nie­siony głos. – Napi­sa­łeś raport, pytam!

– Nie! A… kiedy mamy je oddać? – zapy­tał szcze­rze zdzi­wiony, bo ten szcze­gół umknął mu zupeł­nie.

– Jutro rano… Wasia! Co ty, jesz­cześ nie wytrzeź­wiał?

– Jakoś mi to wyle­ciało… Będę pisał dzi­siaj wie­czo­rem. Po bani zawsze mi się umysł roz­ja­śnia – zażar­to­wał, by ukryć, że zupeł­nie zapo­mniał o tak waż­nej spra­wie.

W bani było mocno napa­lone i zapach pło­ną­cego drewna wypeł­niał już szat­nię, w któ­rej ubie­rało się kilku mło­dych pił­ka­rzy. W pomiesz­cze­niu obok bani Popow posta­wił na stole piwo oraz pociętą w talarki kieł­basę i kiszone ogórki. Zasie­dli za sto­łem owi­nięci w ręcz­niki.

– A ty, Oleg, już napi­sa­łeś swój raport? – zapy­tał Krupa, otwie­ra­jąc piwo.

– Też jesz­cze nie! – odparł Popow i po chwili zapy­tał: – Może napi­szemy wspól­nie?

Mimo że nie miało to naj­mniej­szego sensu, pyta­nie Popowa zabrzmiało bar­dzo poważ­nie. Tak się przy­naj­mniej Kru­pie wyda­wało, bo mówiąc to, Oleg zawie­sił głos i spoj­rzał na niego z dziw­nym, suro­wym wyra­zem twa­rzy. Tak innym od jego dotych­cza­so­wego iro­nicz­nego nastroju. Krupa jed­nak zigno­ro­wał pro­po­zy­cję, bio­rąc ją za kolejny żart.

Weszli do osmo­lo­nej bani, pach­ną­cej wysu­szo­nym drew­nem i świeżą brzozą. Oleg od razu mocno polał roz­ża­rzone kamie­nie i pomiesz­cze­nie wypeł­niła gorąca para.

– Co teraz będzie, Oleg? Jak sądzisz… – zapy­tał Krupa.

W odpo­wie­dzi nie usły­szał jed­nak nic nowego. Na takie pyta­nie każdy w KGB odpo­wie­działby tak samo. Tro­chę oczy­wi­stych fra­ze­sów, okra­szo­nych bana­łami.

Nagle przy­po­mniał sobie, że ma w domu trzy tysiące dola­rów, które dostał wczo­raj od cel­ni­ków.

A jeżeli oni są zamie­szani w zabój­stwo Ste­pa­no­wy­cza? – pomy­ślał w przy­pły­wie zanie­po­ko­je­nia. Muszę się natych­miast pozbyć tej forsy! Nie… może lepiej gdzieś ją scho­wam i prze­cze­kam, a nuż wszystko się wyja­śni. Byłoby szkoda takiej kasy!

Wyjął z wia­dra dwie mokre brzo­zowe wiązki i jedną podał Ole­gowi.

– Zamó­wi­łeś już samo­chód, Wasia? Co ty chcia­łeś kupić? Nie pamię­tam… Volks­wa­gena pas­sata? Ten twój opel chyba ledwo się już trzyma…

Krupa wciąż się zasta­na­wiał, co zro­bić z pie­niędzmi, i myśl o odjeż­dża­ją­cym samo­cho­dzie jesz­cze bar­dziej go zasmu­ciła.

– Roz­glą­da­łem się… Mam zna­jo­mego, który cią­gnie samo­chody z Nie­miec. Obie­cał mi zna­leźć coś odpo­wied­niego. Ale wygląda, że nie wyro­bię się finan­sowo. Sta­now­czy brak kasy!

– Mogę ci poży­czyć, jeśli chcesz. Ile potrze­bu­jesz?

– Dzięki! Ale teraz nie miał­bym z czego oddać. – Przez chwilę Kru­pie zro­biło się przy­jem­nie, bo po raz pierw­szy ktoś bez­in­te­re­sow­nie zapro­po­no­wał mu pożyczkę.

– Nie krę­puj się, Wasia. Mogę ci poży­czyć trzy tysiące bak­sów. Na pół roku. Jak się zde­cy­du­jesz, daj znać. Jesteś porządny chłop! Wiem, że oddasz.

Popow chlu­snął wodą na kamie­nie i zaczął okła­dać Krupę po ple­cach brzo­zową mio­tłą, aż posy­pały się z niej liście i przy­lgnęły do ścian i ciała.

– Wiesz co, Oleg? Skoro masz wolną kasę, może rze­czy­wi­ście poży­czył­bym te trzy tysiące – odparł po chwili Krupa, który zro­zu­miał, że wła­śnie zna­lazł spo­sób na roz­wią­za­nie swo­jego pro­blemu. Od razu zro­biło mu się lżej na duszy, wymę­czo­nej od poran­nego tele­fonu Kon­dra­to­wi­cza. – Chcesz, żeby­śmy spi­sali jakąś umowę… coś w tym rodzaju? – zapy­tał.

Popow pokrę­cił głową.

Po kil­ku­na­stu minu­tach, spo­ceni i oble­pieni zie­lo­nymi list­kami, wyszli z bani i wzięli zimny prysz­nic. Otwo­rzyli po następ­nym piwie, które sma­ko­wało jak po dłu­giej podróży przez pusty­nię, cho­ciaż było to tylko zwy­kłe żygu­low­skoje.

– Masz alibi na piąt­kową noc? – zapy­tał nie­spo­dzie­wa­nie Popow.

– Jasne! – nie­pew­nie odpo­wie­dział Krupa. – Czemu pytasz?

– Nic, tylko tak… bo ja na przy­kład nie mam! – Znów w jego gło­sie zabrzmiała nutka iro­nii. – Z piątku na sobotę sie­dzia­łem w domu i oglą­da­łem tele­wi­zję. Ale nic nie piłem, bo nie piję sam… A Ste­pa­no­wycz był podobno mocno wlany. Czyli w zasa­dzie można powie­dzieć, że mam coś wię­cej niż alibi – roze­śmiał się.

– Oleg, ty chyba jesteś ostat­nią osobą, którą można by o to podej­rze­wać! Zresztą sam mówi­łeś, że to mogła być robota jakichś chu­li­ga­nów… nie?

– Tak sły­sza­łem. Myśla­łem o tej spra­wie – zaczął Popow, jakby dekla­mo­wał na aka­de­mii. – Według mnie to było tak: Ste­pa­no­wycz, wbrew temu, co o nim mówią, robił lewe inte­resy. Z czego miał taki samo­chód, ciu­chy, daczę i forsę na dupy?! No… chyba nie z pen­sji! Nie jesteś prze­cież naiwny, Wasia, co? – Krupa poki­wał zna­cząco głową, krą­żąc wzro­kiem gdzieś po stole. – Zastępca szefa kontr­wy­wiadu, jeżeli robił inte­resy, to nie jakieś baza­rowe prze­kręty. Taka figura, z takimi kon­tak­tami musiała wycią­gać poważną kasę. To czym był zajęty z piątku na sobotę? Założę się, że liczył pie­nią­dze i pił ze wspól­ni­kami. Jeżeli były przy tym jesz­cze jakieś kurwy, to bez­pieka już na pewno wszystko wie. No… zgo­dzisz się, Wasia? Nie? – cią­gnął dalej w tym samym stylu. – Poszło pew­nie o roz­li­cze­nia… albo wie­dział za dużo… albo nie podzie­lił się z kim trzeba, jak to w takich inte­re­sach, i dostał kosą po brzu­chu. Ofi­cjalna wer­sja będzie inna… nawet jeżeli ustalą prawdę. Bo kto by tu pra­co­wał, gdyby nie mógł zaro­bić na boku? Wie to Łuka­szenka, wie nasze kie­row­nic­two i wie bez­pieka… Przy­znam, że nie prze­pa­da­łem za Ste­pa­no­wyczem, ale mi go szkoda – zakoń­czył Popow i się­gnął po następne piwo.

Kurwa! – pomy­ślał Krupa. Skąd on to wie? Wszystko pasuje jak ulał, tylko, kurwa, to nie ja go dziab­ną­łem! Może w tym inte­re­sie byli też inni, ja prze­cież nie wie­dzia­łem wszyst­kiego. Ci cel­nicy, kurwa… oni byli podej­rzani… to mafia. Ste­pa­no­wycz też im nie ufał! Mogiła… kurwa! Tak czy ina­czej mogiła!

Krupa już zupeł­nie nad sobą nie pano­wał. Patrzył na Popowa sze­roko otwar­tymi oczami, ze śmiesz­nym wyra­zem twa­rzy, i poczuł, że znów się poci, choć już dawno ostygł po wyj­ściu z bani.

– No… mogło tak być… może masz rację! – Słowa i ton wypo­wie­dzi Krupy roz­cho­dziły się jak ręce i nogi u żoł­nie­rza z zabu­rze­niami koor­dy­na­cji.

– A ty, Wasia… co wczo­raj robi­łeś? – zapy­tał Popow jakby od nie­chce­nia i poszedł pod prysz­nic.

Szum leją­cej się ostrym stru­mie­niem wody nieco zagłu­szał słowa, mimo to Krupa wyraź­nie sły­szał, jak Oleg mówi dalej:

– Nie­tęgo wyglą­da­łeś z rana! Jeżeli nie piłeś ze Ste­pa­no­wy­czem i nie urwał ci się film, to masz alibi… Idziemy do bani! – zarzą­dził po wyj­ściu spod prysz­nica.

Mil­czący Krupa pod­niósł się z ocią­ga­niem i wszedł za Popo­wem, który już polał kamie­nie i usa­do­wił się na naj­wyż­szej ławce. W bani było bar­dziej gorąco niż poprzed­nio. Wil­gotne, wypeł­nione gorącą parą powie­trze pie­kło w noz­drza i uszy, nie pozwa­lało swo­bod­nie oddy­chać. Wyda­wało się, że myśli mogłyby się sto­pić jak wosk.

Sie­dzieli w ciszy, strze­pu­jąc co chwila pot zmie­szany z wodą. Wyglą­dało, jakby każdy z nich, zato­piony w myślach, roz­wa­żał, co powi­nien teraz zro­bić, powie­dzieć.

– To ja piłem wczo­raj ze Ste­pa­no­wy­czem i… – ode­zwał się cicho Krupa z nisko zwie­szoną głową, patrząc pod nogi.

Zro­bił to instynk­tow­nie, nie pla­no­wał wyznać tego Popo­wowi, ale czuł gdzieś głę­boko w pod­świa­do­mo­ści, że sam się z tym wszyst­kim nie upora, że potrze­buje rady, a Oleg dosko­nale to zro­zu­mie, będzie wie­dział, co trzeba robić. Poczuł nagle ulgę, bo liczył, że Oleg mu pomoże. Nie miał poję­cia jak, ale był tego pewny.

Popow nawet na niego nie spoj­rzał.

– Od razu wie­dzia­łem – zare­ago­wał krótko.

– Skąd? – Krupa spoj­rzał na niego ze zdzi­wie­niem.

– Wasia! Ja pra­cuję tylko w zabez­pie­cze­niu tech­nicz­nym. To ty jesteś ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym i powi­nie­neś wie­dzieć lepiej niż ja, że każdy podej­rzany ma winę wypi­saną na twa­rzy. Masz szczę­ście, że rano tra­fi­łeś na mnie! Co by było, gdyby cze­pił się cie­bie jakiś pro­wo­ka­tor czy dono­si­ciel? Wyobra­żasz sobie?!… Gorąco. Wycho­dzimy? – Popow nagle zmie­nił ton i Krupa był już pewien, że mówiąc mu o swoim pro­ble­mie, dobrze zro­bił.

Poczuł ogar­nia­jący go spo­kój i roz­luź­nie­nie. Patrzył na Popowa jak na naj­bliż­szego przy­ja­ciela i zro­zu­miał teraz, że pomysł pój­ścia do bani był zapla­no­wany. Oleg z pew­no­ścią chce mu pomóc, bo prze­cież nie sobie. Wybrał łaź­nię, bo to teraz naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce w mie­ście. Zro­bił to dla niego!

– Ja wiem, że ty go nie zabi­łeś! Znam cię na tyle, by wie­dzieć, że nie był­byś w sta­nie tego zro­bić. Dla­tego chcę ci pomóc. Możesz na mnie liczyć! Zakła­da­łem, że się zorien­tu­jesz, dla­czego zapro­si­łem cię do łaźni, i w końcu sam wszystko powiesz. Gdy­byś mi nie powie­dział, musiał­bym zało­żyć, że coś ukry­wasz, że masz jed­nak z tą śmier­cią coś wspól­nego. Teraz ci wie­rzę! – Głos Popowa brzmiał poważ­nie, pate­tycz­nie, ale cie­pło, i Kru­pie krę­ciły się łzy w oczach.

Ni­gdy nikt z kole­gów, służ­bowo czy pry­wat­nie, nie powie­dział do niego: „Możesz na mnie liczyć”, a tym bar­dziej „Wie­rzę ci”. Sto­sunki w bia­ło­ru­skim KGB przy­po­mi­nały dawne komu­ni­styczne układy, wymie­szane z mafią, chci­wo­ścią, pod­ło­ścią i ludz­kim marze­niem o lep­szym życiu.

– Tak! Piłem z nim… w pią­tek wie­czo­rem. Byli­śmy w lokalu kon­spi­ra­cyj­nym w pobliżu jego domu, powi­nie­neś wie­dzieć… bo nad­zo­ru­jesz to gospo­dar­stwo. Było tam jesz­cze dwóch cel­ni­ków. Ste­pa­no­wycz zapro­po­no­wał mi udział w zyskach z trans­portu papie­ro­sów do Pol­ski. Ten jeden raz! Nawet nic nie musia­łem robić…

– Wasia! Ty nic nie rozu­miesz? On cię po pro­stu w ten spo­sób kupił! Sta­łeś się jego wła­sno­ścią, i o to cho­dziło. Pew­nie też chciał poka­zać tym cel­ni­kom, że ma za sobą jakąś więk­szą struk­turę w KGB… a może się bał. Cel­nicy są pod kry­szą rosyj­sko-bia­ło­ru­skiej mafii i bez­pieki Łuka­szenki – oznaj­mił Popow tonem czło­wieka dobrze zna­ją­cego temat.

– Dosta­łem trzy tysiące bak­sów za nic, ale wzią­łem. Byłem pijany, zresztą jak wszy­scy. Ste­pa­no­wycz wyszedł pierw­szy koło pół­nocy. Nie pamię­tam dobrze… Pamię­tam za to, że chcia­łem go odpro­wa­dzić do domu. Patrz… Nie­sa­mo­wite! Ste­pa­no­wycz mówił mi, że cel­nicy to mafia. Mia­łem wra­że­nie, że się ich boi. Teraz czuję do sie­bie wstręt. Jaki czło­wiek jest głupi… i chciwy! Zachciało mi się samo­chodu! Powiedz, Oleg… kiedy ten pier­do­lony reżim się roz­wali, kiedy zaczniemy żyć nor­mal­nie. Ja bym tego Łuka­szenkę sam…

– Daj spo­kój, Wasia! – prze­rwał mu Popow.

– Powiedz! A ty… tak nie myślisz? Nie uwie­rzę, że nie. – Krupa był wyraź­nie pobu­dzony. – Kurwa, prze­cież sytu­acja, w jakiej się zna­la­złem, jest niczym innym, jak tylko efek­tem tego popier­do­lo­nego sys­temu, w któ­rym tkwimy… – Chciał coś jesz­cze powie­dzieć, ale zachły­snął się wła­snymi sło­wami jak powie­trzem i zamilkł.

– Wasia! Ty jesteś jakiś opo­zy­cjo­ni­sta! – roze­śmiał się Popow.

– Żebyś wie­dział! – odparł Krupa. – Tylko nie było dobrej oka­zji się zapi­sać… Podobno mam też jakieś pol­skie korze­nie.

– To uwa­żaj! Bo dodat­kowo zro­bią z cie­bie jesz­cze pol­skiego szpiega. Albo ame­ry­kań­skiego – powie­dział Popow ze sztucz­nym uśmie­chem.

– Nie dobi­jaj mnie!

Stuk­nęli się mocno butel­kami i poszli do bani trzeci raz.

Krupa sam nie wie­dział, czy to roz­luź­nie­nie spo­wo­do­wane wypi­tym piwem i łaź­nią, czy roz­mowa z Popo­wem, czy też wszystko razem, ale coś spo­wo­do­wało, że poczuł się znacz­nie lepiej. Nie wie­dział jesz­cze, co zrobi. Miał jed­nak nie­od­parte wra­że­nie, że nie będzie źle.

– Oleg… o co ci cho­dziło, jak powie­dzia­łeś, że napi­szemy raport razem? Nie rozu­miem… – Krupa rze­czy­wi­ście tego nie zro­zu­miał, ale teraz, po tym, jak się przy­znał, zaczęło go to intry­go­wać.

Popow ostro polał kamie­nie, które zasy­czały, wyrzu­ca­jąc po chwili nie­wi­doczną gorącą parę. Sku­lili się jak pora­żeni ogniem.

– A jak sądzisz?

– No… nie wiem… Nie kręć! Mów!

– Wysil się, Wasia!

– Nie wiem!

– Nie bra­kuje ci cze­goś?

– Nie rozu­miem…

Prze­rzu­cali się przez chwilę krót­kimi, ury­wa­nymi fra­zami, bo gorące powie­trze parzyło gar­dło przy głęb­szym odde­chu. Gdy Krupa poczuł, że serce roz­piera mu pierś, rzu­cił: „Mam dość!” – i wyszedł.

Poło­żyli się na ław­kach i przez chwilę odpo­czy­wali w ciszy, łapiąc chłodne powie­trze.

– Wasia! – ode­zwał się w końcu Popow wyraź­nym gło­sem, ze sta­ran­nym akcen­tem. – Wspól­nie napi­szemy raport, to zna­czy, że… mogę dać ci na ten wie­czór… alibi. Poj­mu­jesz, chło­pie?!

Krupa pode­rwał się gwał­tow­nie z ławki i usiadł. Spoj­rzał na Popowa z nie­do­wie­rza­niem gra­ni­czą­cym ze śmiesz­no­ścią. Cze­goś nie mógł zro­zu­mieć. Popow już wcze­śniej zbu­rzył całą jego logikę, ale teraz to jakby zdzie­lił go pałką w głowę.

Dla­czego… dla­czego chce tak zary­zy­ko­wać? – pomy­ślał z lek­kim zanie­po­ko­je­niem. Po co mu to?! Czego on ode mnie chce? Prze­cież nie pie­nię­dzy, bo sam mi je pro­po­no­wał.

I wtedy kaskadę natręt­nych pytań powstrzy­mało przy­jemne odkry­cie: To ratu­nek! To wszystko zała­twia! Dam mu, cokol­wiek zechce! Wspa­niale…

– Tak… Oleg… rozu­miem! – zaczął Krupa tro­chę nie­pew­nie. – Dzię­kuję ci… z całego serca… ale dla­czego chcesz to zro­bić? Prze­cież możesz mieć przez to poważne kło­poty…

– Może mi nie uwie­rzysz – wszedł mu w słowo Popow – ale pomy­śla­łem, że jeżeli ci nie pomogę, to ten reżim cię zje. Roz­szar­pie na kawałki! – Zawie­sił na chwilę głos i prze­tarł twarz. – I będziesz stał jak ofiara przy­wią­zana do pala w rzym­skim cyrku, a widzo­wie, obo­jętni na to, czy jesteś winien, czy nie, roz­ko­szo­wać się będą twoją śmier­cią, cie­sząc się, że to żaden z nich, że poświę­ca­jąc cie­bie, ktoś daro­wuje im jesz­cze czas. – Popow mówił dziw­nym, jakby uro­czy­stym tonem. – Nie­na­wi­dzę tego reżimu! Gdy­bym mógł, zwal­czał­bym go z bro­nią w ręku!

– Ja też! Prze­cież mamy broń! – poparł go natych­miast Krupa. Wykrzyk­nął to z głę­bo­kim wewnętrz­nym prze­ko­na­niem, cho­ciaż tro­chę prze­ra­ził się wła­snych słów.

Zro­zu­miał, że te dwa wypo­wie­dziane gło­śno zda­nia połą­czyły go z Popo­wem na śmierć i życie. Był prze­ko­nany, że są tacy sami. Tak mu wie­rzył, tak teraz ufał sobie, że nawet przez myśl mu nie prze­szło, iż Oleg może być pro­wo­ka­to­rem.

18

Prze­le­żał w łóżku całą noc, ale nie był pewien, czy spał. Teraz nie myślał o poli­ty­kach, ich grach ani o skut­kach, jakie może mieć dla kraju ujaw­nie­nie archi­wum. Naj­waż­niej­sze było, jak je zdo­być, i cała jego wyobraź­nia ope­ra­cyjna pra­co­wała tylko nad tym. Rozu­miał, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, bo jeżeli nie zaj­mie się tym Wydział „Q”, to mogą wysłać tych har­ce­rzy­ków prze­bra­nych za żoł­nie­rzy, co wró­ży­łoby totalną kata­strofę.

Zre­zy­gno­wał z obo­wiąz­ko­wego jog­gingu, zastę­pu­jąc go długą, gorącą kąpielą, i po śnia­da­niu poje­chał do pracy pustymi jesz­cze uli­cami. Musiał jak naj­szyb­ciej przej­rzeć mate­riały, które otrzy­mał wczo­raj od „Gene­rała”. Miał wyzna­czony ter­min reali­za­cji, więc czas zaczął już ucie­kać. Teraz liczą się dni. Jesz­cze nie wie­dział, czy to, co pla­nuje zro­bić, ma sens, czy poszcze­gólne ele­menty będą do sie­bie paso­wać, czy wszy­scy staną na wyso­ko­ści zada­nia. Miał wię­cej pytań niż odpo­wie­dzi.

W biu­rze nie było jesz­cze nikogo. Kon­rad zro­bił sobie kawę i usiadł w fotelu, z nogami na biurku. Sta­rał się upo­rząd­ko­wać myśli. Zebrać to, co już wie, czego jest pewien, i to, co jesz­cze pozo­sta­wało nie­wia­domą. Wie­rzył w swoje doświad­cze­nie i intu­icję, które ni­gdy dotąd go nie zawio­dły, cho­ciaż cza­sami stawką było życie współ­pra­cow­ni­ków i jego wła­sne.

Cel ope­ra­cji jest okre­ślony. Przy­cho­dzi zatem pora na wybra­nie akto­rów i sce­no­gra­fii oraz reży­se­rię. Odwrot­nie niż w teatrze. Dopiero teraz pisze się sce­na­riusz, w któ­rym pla­nuje się ruchy tylko dla połowy sceny. Dla­tego umie­jęt­ność impro­wi­zo­wa­nia jest praw­dziwą sztuką i każdy akt tego przed­sta­wie­nia powi­nien się koń­czyć happy endem, i to w naj­lep­szej do prze­wi­dze­nia for­mie.

Kon­rad czuł, że myśli spraw­nie, logicz­nie, że jego mecha­nizm zaczyna ryt­micz­nie pra­co­wać. Jed­nak teraz było ina­czej, bo po raz pierw­szy zde­cy­do­wał się zro­bić coś, o czym kie­dyś nawet by nie pomy­ślał, i miał pełne poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści za to, co się teraz sta­nie. Otu­chy doda­wała mu świa­do­mość, że stoi za nim Wydział. Sara, Lutek, Mar­cin, M-Irek – musi im powie­dzieć wszystko, niech sami zde­cy­dują, czy gotowi są pod­jąć ryzyko, bo to może być ich ostat­nia ope­ra­cja.

W biu­rze zaczy­nał się już poranny ruch i Kon­rad prze­rwał roz­my­śla­nia. Poszedł do sekre­ta­riatu zro­bić sobie jesz­cze jedną kawę. Wró­cił do pokoju i wyjął z sejfu teczkę doty­czącą archi­wum NKWD z twier­dzy brze­skiej.

Pod­szedł do drzwi i obró­cił na zewnątrz wiszącą na nich pamiąt­kową tabliczkę z napi­sem CLOSE YOUR EYES.

Pra­wie wszy­scy wyszli z biura. W pią­tek, jeśli nie działo się nic spe­cjal­nego, koń­czyli pracę, o któ­rej chcieli, choć rzadko wcze­śniej niż przed sie­dem­na­stą.

Kon­rad zapo­znał się dokład­nie z zawar­to­ścią teczki. Zro­bił notatki doty­czące wszyst­kich ele­men­tów sprawy, które budziły wąt­pli­wo­ści czy też miały jakie­kol­wiek zna­cze­nie dla jego dal­szych pla­nów. Zoba­czył, że Sara krząta się jesz­cze w swoim pokoju, zadzwo­nił do niej i popro­sił, żeby przed wyj­ściem wpa­dła do niego.

– Skoń­czy­łem – oznaj­mił, gdy tylko weszła. – Nad­zwy­czaj inte­re­su­jące! Dam ci mate­riały w ponie­dzia­łek…

– Nie! – prze­rwała mu w pół zda­nia. – Daj teraz! Przyjdę w sobotę i nie­dzielę, to sobie poczy­tam. Nie zamknę­łam jesz­cze sejfu…

– Okay! – Kon­rad prze­su­nął w jej kie­runku leżącą na biurku zie­loną teczkę. – Też będę jutro w pracy, muszę poroz­ma­wiać z M-Irkiem. Lądują o szó­stej rano? Tak? – zapy­tał.

– Tak! – potwier­dziła bez waha­nia. – W takim razie ja też przyjdę. O któ­rej będziesz? Mar­cin odbiera M-Irka z lot­ni­ska, więc mogą tu być około siód­mej. Uma­wiamy się na ósmą?

– Świet­nie! – odpo­wie­dział z widocz­nym zado­wo­le­niem, bo nie miał sumie­nia wzy­wać jej w sobotę do pracy. – To się nawet dobrze składa. Omó­wimy pewien ele­ment naszej sprawy, o któ­rym napo­mkną­łem ci wczo­raj.

Przy­siadł swoim zwy­cza­jem na biurku, odchy­la­jąc się nieco do tyłu i pod­pie­ra­jąc rękami. Sara lubiła tę jego pozy­cję i nie­raz się zasta­na­wiała, w jakim fil­mie ją pod­pa­trzył.

– Ale jest jesz­cze coś, co musimy pil­nie zała­twić… – Zamy­ślił się na moment, przy­mknąw­szy powieki. – Mówi­łaś, że „Tra­vis” chce się pil­nie spo­tkać. Jak szybko możesz wywo­łać to spo­tka­nie?

– Choćby i zaraz! Pyta­nie… kiedy będzie mógł wyje­chać z Miń­ska? Jeśli wszystko dobrze pój­dzie i nic mu nie prze­szko­dzi, to pew­nie w Moskwie stawi się już w… kilka dni. Jest jesz­cze pro­blem mojej wizy… czy mi ją wyda­dzą do tego czasu. Mogę jechać na pasz­por­cie dyplo­ma­tycz­nym, ale to jest osta­tecz­ność. – Sara patrzyła na Kon­rada, ocze­ku­jąc jego decy­zji, pewna, że spo­tka­nie z „Tra­vi­sem” musi być ele­men­tem jego planu, któ­rego jesz­cze nie znała.

– Tak, tak, Saro… dobrze myślisz! „Tra­vis” jest mi potrzebny do naszej roboty w Brze­ściu – powie­dział to tak, że Sara roze­śmiała się na głos. – Co cię tak śmie­szy? Coś nie tak?

Kon­rad był szcze­rze zdzi­wiony, a Sara, wciąż się śmie­jąc, z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ciła głową.

– Wywo­łaj spo­tka­nie, ale nie do Moskwy, bo mam złe prze­czu­cia, tylko do Kijowa. Tam jest bez­piecz­niej! Poje­dziesz sama, bez zabez­pie­cze­nia. Abso­lut­nie nie odno­to­wuj tego spo­tka­nia w doku­men­tach „Tra­visa”. W Wydziale też nikt nie może wie­dzieć, że wyjeż­dżasz na robotę. Rozu­miesz?

Kon­rad mówił skład­nie, cicho i szybko. I choć nawet się nie domy­ślała, o co cho­dzi, było dla niej jasne, że Kon­rad wie, co robi.

– Powiesz wszyst­kim, że wyjeż­dżasz do rodziny. Weź­miesz nie­uży­wany dotych­czas kom­plet doku­men­tów z rezerwy spe­cjal­nej. Weź­miesz też czy­sty tele­fon od M-Irka, bez karty, ale z GPS. Jeden z tych, któ­rych nie wyko­rzy­sta­li­śmy ostat­nio w Liba­nie. Przy­je­dziesz do rodziny w Lubli­nie i zosta­wisz tam swój służ­bowy tele­fon. Scho­waj go gdzieś w bez­piecz­nym miej­scu. Powi­nien być włą­czony, tak by cały czas wysy­łał sygnał i był zalo­go­wany w miej­sco­wych dia­pa­zo­nach. Nie zapo­mnij tylko o wyci­sze­niu dzwonka.

– Wszystko rozu­miem! Nie od dzi­siaj robię w tym biz­ne­sie. Skra­caj… – Sara była tro­chę wku­rzona, że nie doce­nia jej inte­li­gen­cji.

– Potem poje­dziesz na gra­nicę ukra­iń­ską i przej­dziesz z mrów­kami na drugą stronę. Wymyśl sobie jakąś legendę. Już na tere­nie Ukra­iny kupisz kartę tele­fo­niczną i kiedy się zalo­gu­jesz, M-Irek będą mieli twój numer. Następ­nie poje­dziesz do Kijowa. Musisz impro­wi­zo­wać! Teren znasz dobrze. Dasz sobie radę. Będziemy za tobą szli z sate­lity. „Tra­vis” zna miej­sce spo­tka­nia w Kijo­wie?

Kon­rad sie­dział wciąż w tej samej pozy­cji na rogu biurka, skon­cen­tro­wany na tym, co mówił, ale spra­wiał wra­że­nie, jakby jego myśli były już kilka kro­ków dalej.

– Oczy­wi­ście! – odpo­wie­działa bez waha­nia, tro­chę zdzi­wiona, że pyta o coś tak oczy­wi­stego. – Spo­tka­nie z „Tra­vi­sem” powinno się odbyć z zacho­wa­niem szcze­gól­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa. Są sygnały od naszych źró­deł, że Służba Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny pod nowym sze­fem szuka oka­zji, by dobrać się nam do skóry… – Prze­rwała nie­spo­dzie­wa­nie. – Ale… ale jest coś jesz­cze waż­niej­szego, o czym nie wiesz, bo cię nie było.

Sara pod­nio­sła się, zga­siła nie­do­pa­lo­nego papie­rosa i poszła do swo­jego pokoju. Wró­ciła po kilku minu­tach z jakimś doku­men­tem w ręku.

– Zobacz! To jest szy­fro­gram od naszego ofi­cera „Ariesa” z Rygi, który pro­wa­dzi wer­bu­nek bia­ło­ru­skiego dyplo­maty z tam­tej­szej amba­sady… usta­lo­nego ofi­cera GRU pod przy­kry­ciem. Pamię­tasz?

– Pamię­tam! I co?

– Bia­ło­ru­sin poin­for­mo­wał „Ariesa”, że jakiś czas temu coś się stało w Cen­trali miń­skiego KGB. Podobno zgi­nął jakiś wysoki rangą ofi­cer i bez­pieka Łuki sza­leje. Bia­ło­ru­sin dowie­dział się o tym od ich ofi­cera bez­pie­czeń­stwa z amba­sady, kagie­bowca, ale nic wię­cej nie udało mu się uzy­skać. Porów­na­łam daty, kiedy to się stało… – Sara wyjęła doku­ment z rąk Kon­rada i spoj­rzała na kalen­darz.

– Tak, dokład­nie tydzień temu… jest data – wyprze­dził ją Kon­rad.

– Posłu­chaj teraz! Otóż zorien­to­wa­łam się, że pierw­szą wia­do­mość z prośbą o pilne spo­tka­nie „Tra­vis” wysłał na dwa dni przed tym wyda­rze­niem. Póź­niej mil­czał przez kilka dni i teraz znowu. – Sara na chwilę zmie­niła ton i rzu­ciła ostro: – Trzeba opier­ni­czyć przy oka­zji naszego ofi­cera w Rydze, bo infor­ma­cję od Bia­ło­ru­sina uzy­skał pięć dni temu, a szy­fro­gram przy­słał przed dwoma dniami.

– Myślisz, że prośba „Tra­visa” może mieć z tym jakiś zwią­zek? – zapy­tał.

– Może tak, może nie! Musimy jed­nak uwzględ­nić, że sytu­acja wewnątrz KGB na pewno jest napięta. Jeżeli zajęła się tym bez­pieka Łuki, to nasz „Tra­vis” może mieć kło­poty z łącz­no­ścią i wyjaz­dem z Miń­ska. Nie wiemy, co się stało, ale według Bia­ło­ru­sina z Rygi to nie jest byle pryszcz – cią­gnęła swój wywód Sara. – Jeżeli „Tra­vis” decy­duje się na wywo­ła­nie spo­tka­nia w warun­kach zwięk­szo­nego ryzyka, to musi mieć ku temu ważny powód. To bar­dzo dobry ofi­cer… świet­nie wyszko­lony i wie, co trzeba robić, nie ryzy­ko­wałby bez potrzeby… – Spoj­rzała pyta­jąco na Kon­rada. – Ale cho­lera wie. Jeżeli w Miń­sku trwa polo­wa­nie, „Tra­vis” może przy­wlec za sobą ogon do Kijowa. Wtedy byłoby po nim!

– Spo­koj­nie, Saro. Da sobie radę. To prze­cież twój wycho­wa­nek. Jed­nak musimy się zabez­pie­czyć, bo to, co mówisz, ma sens. Dla­tego spo­tka­nie obsłu­żysz zgod­nie z trze­cim stop­niem bez­pie­czeń­stwa. Będzie cię to kosz­to­wać dużo pracy, ale…

– Daj spo­kój, Kon­rad! To oczy­wi­ste! „Tra­vis” to mój przy­ja­ciel – powie­działa i po chwili zmie­niła wątek: – Nie wyja­śni­łeś mi jesz­cze, o co cho­dzi. Czemu „Tra­vis” chce się spo­tkać, tego się dowiem… ale czego ty od niego ocze­ku­jesz w spra­wie brze­skiej?

– Saro! Wytrzy­maj jesz­cze chwilę… wszyst­kiego się dowiesz. Pro­blem w tym, że ja sam tak do końca nie wiem, czego od niego ocze­kuję. Wiem jedno: że musimy się z nim skon­sul­to­wać. Jego wie­dza może być… ona jest bez­cenna. Może nawet decy­du­jąca. Nie mamy nikogo lep­szego. „Tra­vis” nie był przy­go­to­wy­wany do tego typu akcji, ale jest uni­wer­sal­nym natursz­czy­kiem…

– Jakim natursz­czy­kiem?! To zawo­do­wiec! Jak ty i ja! A może nawet lep­szy! – obru­szyła się Sara.

– Nie to mia­łem na myśli. Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam.

– Okay. Będę cze­kała. – Pod­nio­sła się z fotela i sto­jąc już w drzwiach, zapy­tała: – A co mia­łeś na myśli?

19

Popow dotarł do domu grubo po dwu­dzie­stej trze­ciej. Miesz­kał na czwar­tym pię­trze znisz­czo­nej chrusz­czówki z wido­kiem na brzo­zowy las i dwa kominy pobli­skiej cie­płowni.

Po raz pierw­szy wej­ście po scho­dach spra­wiło mu tyle trud­no­ści. Czuł się jak Hil­lary po zdo­by­ciu Mount Eve­re­stu, tyle że bez rado­ści zwy­cię­stwa.

Nie spał ponad dwie doby! Myśli kłę­biły mu się bez­ład­nie, tak że nie potra­fił roz­róż­nić wyda­rzeń ostat­nich dni, pro­stego następ­stwa fak­tów, i jak auto­mat mimo­wol­nie powta­rzał wciąż w myślach sekwen­cje ze spo­tka­nia z Krupą. Wyda­wało mu się, że zre­ali­zo­wał wszystko, co sobie zapla­no­wał, ale nie miał z tego nawet cie­nia satys­fak­cji.

Z pew­nym tru­dem odna­lazł w kie­szeni klu­cze i po omacku tra­fił do zamka, oswo­jony z chro­nicz­nym bra­kiem żarówki na kory­ta­rzu. Wszedł do miesz­ka­nia, wyłą­czył alarm, rzu­cił na pod­łogę torbę z mokrym ręcz­ni­kiem i usiadł na tabo­re­cie w ciem­nym przed­po­koju. Jak wyrwane z albumu zdję­cia prze­su­wały mu się przed oczami obrazy z jego życia, uło­żone w nie­zro­zu­mia­łym dlań porządku.

Ogar­nęło go wydo­by­wa­jące się gdzieś z wnę­trza bole­sne odczu­cie samot­no­ści. Chciało mu się krzy­czeć. Usły­szeć wła­sny głos, wle­wa­jący się w każdy zaką­tek pustego miesz­ka­nia wypeł­nio­nego nie­ru­chomą ciszą.

Był na to przy­go­to­wany, wie­dział od początku, że będzie mógł liczyć tylko na sie­bie i że będzie musiał sam podej­mo­wać decy­zje. Ale dopóki nie stało się to, co się stało, uwa­żał, że jego los toczy się zwy­czaj­nie, cał­kiem natu­ral­nie. Wyda­wało mu się, że zawarł coś w rodzaju umowy na życie, która w rze­czy­wi­sto­ści jest tylko grą albo zabawą i z któ­rej zawsze można zre­zy­gno­wać. Teraz nie mógł sobie nawet przy­po­mnieć, czy się zasta­na­wiał, jaką pod­jąć decy­zję. Czy miał jakiś wybór?

Ciąg wyda­rzeń, który roz­po­czął się kilka dni wcze­śniej, i wszystko to, co się potem stało, zle­wało się w jedno, bez początku i końca.

Gdzieś wewnątrz tkwiła jed­nak upo­rczywa myśl, że musiał to zro­bić, by rato­wać sie­bie i innych. Nie szu­kał uspra­wie­dli­wie­nia. Tak było! Taka była prawda! Ist­niała nie­za­leż­nie od niego. Czy tego chciał, czy nie. Dla­tego było mu jesz­cze cię­żej, że los aku­rat jemu przy­dzie­lił to zada­nie.

Sie­dział nie­ru­chomo w ciem­nym przed­po­koju na małym tabo­re­cie, który dotąd słu­żył mu tylko do wią­za­nia butów, i sze­roko otwar­tymi oczami patrzył w głąb czar­nego kory­ta­rza. Nie­wy­raźny obraz zaczął z wolna falo­wać, a po chwili zakrył się mgłą.

Jak mały chło­piec, zdzi­wiony swoją pierw­szą raną, otarł ręką łzę z policzka i spró­bo­wał, czy jest słona.

20

Była sobota rano, pięt­na­ście po siód­mej. Cie­pły dzień w pustej nie­mal War­sza­wie.

Kon­rad wszedł do biura ostatni. Sara sie­działa już w swoim pokoju nad doku­men­tami, które dostała wczo­raj, a M-Irek roz­pa­ko­wy­wali w swoim pokoju bagaże pełne elek­tro­nicz­nych gadże­tów, kata­lo­gów i bro­szur, świeżo przy­wie­zio­nych z wyprawy do Chin. Sekun­do­wał im Mar­cin, odga­niany jak natręt przez kole­gów, któ­rzy trak­to­wali swoje rze­czy jak świę­tość i nie pozwa­lali nikomu ich doty­kać. Przy­naj­mniej dopóki sami się nie nimi nie poba­wili.

Kon­rad wszedł do pokoju M-Irka i przy­wi­tał się z każ­dym z osobna.

– Widzę, że jak zwy­kle nie tra­ci­li­ście czasu – powie­dział, patrząc na impo­nu­jący zestaw elek­tro­niki, roz­ło­żony już na stole zgod­nie z jakimś tajem­nym porząd­kiem.

– To jesz­cze nie wszystko! Z Szan­ghaju jedzie dwie­ście kilo­gra­mów cargo! – ode­zwał się z dumą Mirek.

Kon­rad poki­wał z uzna­niem głową, lecz widać było, że suk­cesy M-Irka w Chi­nach są teraz dla niego mało ważne.

– Musia­łem was ścią­gnąć, bo mamy sprawę nie­cier­piącą zwłoki… Spa­li­ście w samo­lo­cie? – zapy­tał z nieco for­malną tro­ską.

– Spa­li­śmy wyśmie­ni­cie! Jeste­śmy do dys­po­zy­cji – odpo­wie­dział tym razem Irek, bo tak już mieli uzgod­nione, że mówią na zmianę. Żeby było spra­wie­dli­wie.

– Ode­bra­łeś Lutka? – zwró­cił się Kon­rad do Mar­cina. – W jakim jest sta­nie?

– Lutek? Nastrój ma dobry. Jak zawsze bojowy. Nie znać po nim żad­nej cho­roby. Jest w domu…

– Jedź po niego! – pole­cił Kon­rad.

Znał Lutka od lat. Można nawet powie­dzieć, że poznał go bar­dzo dobrze, choć nie przy­szło mu to szcze­gól­nie trudno, bo Lutek był cał­ko­wi­cie przej­rzy­sty i mówił tylko wtedy, gdy miał roz­kaz. Można było go akcep­to­wać albo nie – inna moż­li­wość nie wcho­dziła w rachubę. Dla­tego Kon­rad dosko­nale wie­dział, że gdyby nawet coś Lut­kowi dole­gało, nikt by tego nie zauwa­żył.

Lutek nie był zawo­do­wym ofi­ce­rem wywiadu, choć kie­ro­wał w Wydziale małą trzy­oso­bową sek­cją takich jak on. Był ofi­ce­rem GROM, prze­szedł wojnę na Haiti i w Bośni, gdzie spo­tkali się po raz pierw­szy. Z wyróż­nie­niem ukoń­czył kurs snaj­per­ski w Tam­pie na Flo­ry­dzie i przy­swoił sobie wszyst­kie inne – trudne do zro­zu­mie­nia, a tym bar­dziej do opi­sa­nia – umie­jęt­no­ści oddzia­łów spe­cjal­nych. Potra­fił wyko­nać zada­nia nie­wy­ko­nalne. Jego fizyczna i psy­chiczna odpor­ność dawała gwa­ran­cję suk­cesu we wszyst­kim, czego się pod­jął. A do zadań pod­cho­dził z pełną odpo­wie­dzial­no­ścią. Mówił nie­wiele, ni­gdy nie dys­ku­to­wał… no, chyba że ktoś pró­bo­wał się mądrzyć na temat broni, wypo­sa­że­nia woj­sko­wego, tech­nik obser­wa­cji czy walki.

Kon­rad przy­gar­nął go do Wydziału, gdy dowie­dział się, że po odej­ściu z GROM bez eme­ry­tury ten koman­dos pra­cuje jako bram­karz w knaj­pie na Czer­nia­ko­wie. Lutek nie potra­fił i nie chciał zro­zu­mieć mean­drów nowej rze­czy­wi­sto­ści. Dla­tego napi­sał raport, zabrał swój worek i poszedł sobie.

– Kiedy go przy­wie­ziesz, niech przyj­dzie do mnie. Wy też… – zwró­cił się Kon­rad do M-Irka.

– A ja? – zapy­tał Mar­cin.

– Tak, ty też!

Kon­rad wyszedł z pokoju i poszedł do Sary, która zauwa­żyła go już znacz­nie wcze­śniej i dys­kret­nie obser­wo­wała, roz­darta mię­dzy myślą o tym, co się dzieje w pokoju M-Irka, a lek­turą wojen­nego raportu pro­fe­sora Bardy.

– Pra­cu­jesz? – zapy­tał z grzecz­no­ści, bo to było prze­cież oczy­wi­ste.

– Nie­zwy­kle cie­kawa histo­ria! – powie­działa z uczu­ciem, jakiego Kon­rad dotąd u niej nie zauwa­żył. – Wspa­niały czło­wiek ten pro­fe­sor Barda, chcia­ła­bym go poznać. Wiesz… – usa­do­wiła się wygod­nie w skó­rza­nym fotelu i zało­żyła ręce za głowę – mia­łeś rację, mówiąc wczo­raj przy piwie, że poli­tycy widzą w tym zupeł­nie co innego niż my. Mimo że to się wyda­rzyło tyle lat temu, pod­sta­wowe zasady pracy wywiadu wcale się nie zmie­niły. Są sate­lity, elek­tro­nika, GPS i tego typu gadżety, ale naj­waż­niej­szy jest zawsze czło­wiek.

– Gdy byłem na szko­le­niu w TSS6 w Sta­nach kilka lat temu, pozna­łem Davida Bar­retta, zało­ży­ciela tej szkoły – wtrą­cił Kon­rad, choć pra­wie ni­gdy nie wspo­mi­nał o kur­sach, jakie prze­szedł za gra­nicą. – Powie­dział kie­dyś przy piwie coś, co utkwiło mi w pamięci na zawsze. „Jedyną rze­czą, jaka zmie­nia się na uli­cach i w zauł­kach wszyst­kich miast świata, są imiona gra­czy i tech­no­lo­gia, któ­rej uży­wamy, ale gra jest wciąż ta sama”. Taki tru­izm, ale brzmi dobrze.

– Rze­czy­wi­ście. Dobrze powie­dziane – sko­men­to­wała dosyć obo­jęt­nie i szybko. – Mogę sobie wyobra­zić, co znaj­duje się w tej skrzyni – wró­ciła szybko do tematu i zawa­hała się na chwilę, jakby chciała powie­dzieć coś spe­cjal­nego, coś waż­nego. – To są mate­riały ope­ra­cyjne sowiec­kiego wywiadu z okresu Dru­giej Rzecz­po­spo­li­tej! Kon­kretni ludzie, kon­kretne sprawy, ope­ra­cje, nazwi­ska…

– Zwró­ci­łaś uwagę na nie­ja­kiego Zaru­bina? – zapy­tał Kon­rad, sia­da­jąc w fotelu pod oknem.

– Tak, widzia­łam to nazwi­sko w rapor­cie pro­fe­sora. Notatki ze spo­tka­nia jesz­cze nie czy­ta­łam – odpo­wie­działa.

– Wczo­raj wie­czo­rem przej­rza­łem dostępne w Inter­ne­cie infor­ma­cje doty­czące Zaru­bina i dokład­niej książkę Mitro­china. Pro­fe­sor wspo­mi­nał o niej w roz­mo­wie z Małec­kim… Przy­naj­mniej tak jest napi­sane w notatce ze spo­tka­nia, spo­rzą­dzo­nej przez asy­stenta Małec­kiego, nie­ja­kiego Ruperta. – Kon­rad wyraź­nie zaczął się roz­krę­cać, zwłasz­cza że dobrze znał histo­rię sowiec­kiego wywiadu. – W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym Zaru­bin nale­żał do asów wywiadu nie­le­gal­nego. To był w Rosji czas tak zwa­nych Wiel­kich Nie­le­ga­łów, to wtedy zwer­bo­wali Kima Philby’ego i innych. Dla­tego uwa­żam… jestem prze­ko­nany… – Kon­rad odru­chowo przy­gryzł dolną wargę – że „willa Zaru­bina” w twier­dzy brze­skiej była jed­nostką wywiadu nie­le­gal­nego INO NKWD. Oczy­wi­ście pro­wa­dzili rów­nież pracę z pozy­cji rezy­den­tury war­szaw­skiej i dzia­ła­nia bez­po­śred­nie, ale tobie nie muszę mówić, że rezy­den­tura nie­le­galna to cream of the cream wywiadu… – Kon­ty­nu­ując, prze­szedł na kolejny, wyż­szy poziom emo­cji. – To Sowieci stwo­rzyli w tam­tych cza­sach fun­da­men­talne zasady wywiadu nie­le­gal­nego. Zachód dopiero się tego uczył, o ile w ogóle miał o tym jakie­kol­wiek poję­cie. W pio­nie nie­le­gal­nym były pro­wa­dzone naj­lep­sze sprawy, dzia­łali naj­lepsi agenci. A jeśli wziąć jesz­cze pod uwagę ówcze­sne czasy i moż­li­wo­ści Rosjan, to ci, któ­rzy dla nich pra­co­wali, nie byli prze­cięt­nymi ludźmi. Zresztą nie musieli nawet wie­dzieć, że pra­cują dla Sowie­tów, prze­cież my teraz też tak robimy. To musiały być osoby z samego szczytu. Jestem tego pewny!

Sara słu­chała Kon­rada z uwagą i choć mówił rze­czy oczy­wi­ste dla ofi­cera wywiadu, to jed­nak po raz pierw­szy spo­tkała się z sytu­acją, w któ­rej histo­ria sprzed pół wieku mogła wciąż żyć i wpły­wać na losy Pol­ski. Ta myśl i to, co usły­szała, spo­wo­do­wało, że nagle otwo­rzył się przed nią świat zpeł­nie zapo­mniany. I poczuła dreszcz wzru­sze­nia, jakiego ni­gdy dotąd nie zaznała.

– Zaru­bin – kon­ty­nu­ował Kon­rad – pra­co­wał wśród naszych ofi­ce­rów w Koziel­sku. Co tam robił ofi­cer wywiadu? No… wer­bo­wał, badał, pozna­wał! Szu­kał infor­ma­cji. To oczy­wi­ste! Czy z powo­dze­niem?! No cóż… pew­nie coś mu się tra­fiło. Jeśli puścić wodze fan­ta­zji, to można spy­tać, co z kata­strofą samo­lotu gene­rała Sikor­skiego i wie­loma innymi spra­wami… Saro, pomyśl! – Kon­rad wstał i zaczął cho­dzić po pokoju. – Tra­dy­cja Dru­giej Rzecz­po­spo­li­tej to fun­da­ment, na któ­rym opie­rają się nasze dzi­siej­sze ide­ały, z któ­rego wywo­dzą się nasi boha­te­ro­wie. Ale my wiemy, jak świat wygląda po dru­giej stro­nie lustra. Robimy to prze­cież na co dzień, żyjemy z tym, więc wiemy, że zawsze może się oka­zać, że nie­któ­rzy nasi boha­te­ro­wie nie byli naszymi boha­te­rami. I co wtedy? Czy komuś dzi­siaj potrzebna jest ta prawda? – Mówił coraz szyb­ciej, pod­nie­sio­nym gło­sem. – Szcze­gól­nie w takim pań­stwie jak dzi­siej­sza Pol­ska, pań­stwie poli­ty­ków krę­cą­cych się jak pies wokół wła­snego ogona, któ­rzy nie rozu­mieją swo­jej histo­rii i nie potra­fią się z nią roz­li­czyć. Zobacz, co robią z aktami IPN! I co jesz­cze mogą zro­bić! W Jase­nie­wie po każ­dej afe­rze tecz­ko­wej u nas stu­kają się kie­lisz­kami i z rado­ścią patrzą, jak Polacy sami się zała­twiają w imię wol­no­ści i demo­kra­cji. Sie­dzą, patrzą i wzno­szą toa­sty. I jesz­cze ten nasz szef… – Zamilkł na chwilę. – Popatrz, Saro. Zde­ner­wo­wa­łem się, słu­cha­jąc samego sie­bie. Czy to nor­malne? – Uśmiech­nął się tro­chę sztucz­nie.

– Wiesz… też się zde­ner­wo­wa­łam. Gdy­bym była na miej­scu Ruskich, to IPN byłby moim oczkiem w gło­wie. Wystar­czy jeden dobrze upla­so­wany agent, i można bujać Pol­ską, aż dosta­nie wymio­tów. Rozu­miem cię dosko­nale! Każdy z nas to rozu­mie! Pra­wie każdy! – Wstała powoli z fotela, pode­szła do Kon­rada, poło­żyła mu dło­nie na ramio­nach i obró­ciła twa­rzą do sie­bie. – Wiem, co chcesz zro­bić!

Zale­gła cisza. Sara patrzyła na Kon­rada, wciąż trzy­ma­jąc go za ramiona, i wyda­wało jej się, że na jego twa­rzy poja­wił się uśmiech, który nie mógł ozna­czać nic innego, jak tylko to, że…

– Tak, Saro, chcę zro­bić dokład­nie to, co myślisz… – usły­szała jego głos.

21

– Misza…

– Tak jest, towa­rzy­szu gene­rale – odpo­wie­dział w słu­chawce tele­fonu służ­bowo brzmiący głos.

– Kru­głow będzie tro­chę wcze­śniej, więc nie wychodź od sie­bie. Cze­kaj na mój tele­fon… Znasz Kru­głowa? – zapy­tał gene­rał armii Alek­san­der Lebiedź, prze­wod­ni­czący Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego Fede­ra­cji Rosyj­skiej.

– Oso­bi­ście nie, tylko z mediów i kory­ta­rzo­wych komen­ta­rzy… od kole­gów pamię­ta­ją­cych go z cza­sów, gdy tu pra­co­wał. Był ponoć dobrym zawo­dow­cem, ale zawsze marzył o Kremlu. Zastępca szefa admi­ni­stra­cji pre­zy­denta to chyba wła­ściwe dla niego sta­no­wi­sko… – Mówiąc to, Michaił Popo­wski, naczel­nik Wydziału Pol­skiego SWZ, zda­wał sobie sprawę, że jego słowa nie są cał­kiem zgodne z obie­go­wymi opi­niami o Kru­gło­wie.

– Już dobrze, Miszka… nie bądź takim cynicz­nym dyplo­matą. Wszy­scy wiemy, jaki to aro­gant i karie­ro­wicz, ale nasz, i to jest ważne. Cho­dziło mi tylko o to, czy potra­fisz z nim roz­ma­wiać. Czy wiesz… jak? Z kimś takim jak on… Rozu­miesz, o co mi cho­dzi?

– Dam sobie radę, towa­rzy­szu gene­rale – odpo­wie­dział pew­nie Popo­wski.

– W porządku – stwier­dził bez prze­ko­na­nia Lebiedź. – Jak ojciec, Misza? Wyszedł już ze szpi­tala? – I po kilku sekun­dach dodał: – Powiedz mi, jak będzie z powro­tem w domu. Chcę go odwie­dzić. Tylko nie zapo­mnij!

– Tak jest, towa­rzy­szu gene­rale. Zabieg odbył się bez kom­pli­ka­cji, ale, prawdę mówiąc, roko­wa­nia są nie naj­lep­sze. W domu będzie praw­do­po­dob­nie w ponie­dzia­łek. Brat go przy­wie­zie…

– Wyślę po niego mój samo­chód. Musi wie­dzieć, że o nim pamię­tam. To mój przy­ja­ciel… No dobrze, poroz­ma­wiamy o tym póź­niej. A teraz cze­kaj, Misza, aż cię wezwę. I… nie rób przed­sta­wień! – zakoń­czył Lebiedź i nie cze­kając na reak­cję Popo­wskiego, odło­żył słu­chawkę.

Niski, mocno łysie­jący, z wysta­ją­cym brzu­chem, Kru­głow roz­siadł się w głę­bo­kim skó­rza­nym fotelu, jakby sam był gospo­da­rzem spo­tka­nia, i zapa­lił papie­rosa, cho­ciaż wie­dział, że Lebiedź nie znosi dymu papie­ro­so­wego. W gabi­ne­cie nie było nawet popiel­niczki, więc gene­rał cze­kał, aż Kru­głow o nią poprosi, i to cze­ka­nie spra­wiało mu satys­fak­cję.

– Jak twój syn, Sasza? Dobrze mu idzie biz­nes? – zapy­tał Kru­głow, jakby go to cokol­wiek obcho­dziło.

– Tak! Wszystko w porządku, bar­dzo dobrze! Otwiera nowe przed­sta­wi­ciel­stwo w Fin­lan­dii – odpo­wie­dział for­mal­nie Lebiedź.

– No to pięk­nie! Zanim przej­dziemy do naszej sprawy, mam dla cie­bie dobrą wia­do­mość. Wła­di­mir Wła­di­mirowicz, po dokład­nym zapo­zna­niu się z waszym pro­jek­tem budżetu służby na przy­szły rok, doło­żył wam… na mój wnio­sek oczy­wi­ście… jesz­cze wię­cej, pra­wie dzie­sięć pro­cent. Pole­cił już pre­mie­rowi uwzględ­nić to w budże­cie resor­to­wym. Macie też zgodę na roz­sze­rze­nie tej waszej afry­kań­skiej ope­ra­cji, zapo­mnia­łem kryp­to­nimu…

– „Ałmaz” – powie­dział Lebiedź, zado­wo­lony z tej decy­zji, bo przy­no­siła ona służ­bie poważne dochody. – Jak będę widział się z pre­zy­den­tem, to podzię­kuję mu oso­bi­ście – rzu­cił pro forma i dodał: – Cie­szy, że kie­row­nic­two pań­stwa doce­nia SWZ.

– Sasza, coś ty się tak nabz­dy­czył?! Myślisz, że my… Wła­di­mir Wła­di­mirowicz i ja… zapo­mnie­li­śmy, skąd wyszli­śmy?! Pre­zy­dent uważa cię za swo­jego przy­ja­ciela i nauczy­ciela. Nie uda­waj, że nie wiesz! Wywiad dosta­nie wszystko, macie wspa­niałe wyniki, i to jest twoja zasługa.

Kru­głow bar­dzo się sta­rał, by brzmiało to szcze­rze, tak szcze­rze, jak to tylko moż­liwe. Ale Lebiedź dobrze wie­dział, że Kreml szy­kuje mu boczny tor, bo pre­zy­dent coraz czę­ściej wyrę­czał się Kru­głowem, cho­ciaż wie­dział, że w Jase­nie­wie nie jest on mile widziany.

– Daj koniak, Sasza, i zaczy­namy… – rzu­cił cie­płym gło­sem Kru­głow i zga­sił papie­rosa na tale­rzyku z ser­wisu do kawy.

– Tatiana, podaj koniak i popiel­niczkę – pole­cił Lebiedź przez inter­kom sekre­tarce, po czym zwró­cił się do swego roz­mówcy: – Zary­so­wała się bar­dzo cie­kawa sytu­acja w spra­wach pol­skich. Jak wiesz, już od lat pra­cuje spe­cjalna komi­sja Ticho­mi­rowa, bada­jąca nasze zasoby archi­walne po ucieczce Mitro­china. W ramach komi­sji dzia­łają sek­cje tery­to­rialne, mię­dzy innymi pol­ska. Przez lata nie­wiele mogła się posu­nąć, efekty były mizerne. Jed­nym z naj­waż­niej­szych pro­ble­mów, które utrud­niały jej pracę, był brak akt spraw agen­tu­ral­nych pionu nie­le­gal­nego z okresu przed wybu­chem wojny. Jak usta­liła komi­sja… i są na to doku­menty… w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym roku Wydział Pol­ski INO NKWD został prze­nie­siony do twier­dzy brze­skiej. Jed­nak wszyst­kie jego ory­gi­nalne akta zagi­nęły w czerwcu czter­dzie­stego pierw­szego roku. Naczel­ni­kiem w tym cza­sie był Wasi­lij Zaru­bin, który jedyny oca­lał z kil­ku­na­sto­oso­bo­wego składu Wydziału, bo dwu­dzie­stego dru­giego czerwca był w Moskwie…

– Nie wie­dzia­łem, że Zaru­bin był naczel­ni­kiem Wydziału Pol­skiego „S”. To cie­kawe. Sły­sza­łem, że pra­co­wał nad pol­skimi ofi­ce­rami będą­cymi wów­czas w naszej nie­woli… Wspa­niały czło­wiek! Legenda! Szkoda, że został tak potrak­to­wany po powro­cie z USA. – Kru­głow spra­wiał wra­że­nie, że dobrze zna tę postać.

– Tak czy ina­czej po dwu­dzie­stym dru­gim czerwca ory­gi­nalne mate­riały zagi­nęły. W Cen­trali zacho­wała się jedy­nie kore­spon­den­cja mię­dzy Brze­ściem a Moskwą. W tym cza­sie Zaru­bin cią­gle był w podróży i do Brze­ścia nie zaglą­dał zbyt czę­sto. Przed wybu­chem wojny kie­ro­wał naszą siatką w Jugo­sła­wii. Nato­miast nad bie­żącą pracą Wydziału spra­wo­wał pie­czę nie­jaki Pokrow­ski, po któ­rym słuch zagi­nął. Nie wia­domo też, co się stało po wybu­chu wojny z naszymi nie­le­ga­łami w Pol­sce, a było ich troje. Do wrze­śnia trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku pro­wa­dzili w Pol­sce czte­rech agen­tów. Zresztą, co jest oczy­wi­ste, nikt pew­nie wtedy nie miał głowy zaj­mo­wać się tą sprawą. Zawie­ru­cha wojenna, Pol­ska zeszła na daleki plan… Zaru­bin wyje­chał w czter­dzie­stym pierw­szym roku do naszej Rezy­den­tury w USA. Dopiero w czter­dzie­stym dru­gim Sta­lin pole­cił inten­sy­fi­ka­cję pracy wywia­dow­czej w spra­wach pol­skich. Pamię­taj, że nie­le­galna rezy­den­tura w War­sza­wie była tylko frag­men­tem naszych dzia­łań na tym kie­runku. W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym trze­cim roku Zaru­bin na pole­ce­nie Cen­trali spo­rzą­dził notatkę, w któ­rej odtwo­rzył z pamięci swoją wie­dzę na ten temat. Było tego sporo, ale zapa­mię­tał tylko dwa nazwi­ska naszych agen­tów. Mię­dzy innymi nie­jakiego Hen­ryka Zło­tow­skiego, zna­nego w przed­wo­jen­nej Pol­sce opo­zy­cyj­nego dzia­ła­cza i ukry­tego sym­pa­tyka Związku Radziec­kiego.

– Byli wtedy tacy Polacy?! – roze­śmiał się Kru­głow.

– Posłu­chaj teraz! – powie­dział Lebiedź ze zgrab­nie zagra­nym prze­ję­ciem. – Jeden z naszych archi­wi­stów, młody entu­zja­sta, zaczął dłu­bać przy tej spra­wie. I co się oka­zało! Zło­tow­ski zmarł w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym dru­gim roku w Lon­dy­nie. Jego żona, ary­sto­kratka, w czter­dzie­stym pią­tym roku wyszła ponow­nie za mąż, za puł­kow­nika Tade­usza Zie­liń­skiego, i po woj­nie oboje wró­cili do Pol­ski. Zie­liń­ski był repre­sjo­no­wany i zmarł w wię­zie­niu. Zobacz, to wszystko usta­lił nasz entu­zja­sta na pod­sta­wie Inter­netu! I teraz! – Gene­rał wyraź­nie dozo­wał napię­cie. – Z notatki Zaru­bina wynika, że Zło­tow­ski wyje­chał z Pol­ski przed wybu­chem wojny tylko z żoną i córką, a jego syn został u rodziny w kraju. W tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku miał osiem lat…

– Zie­liń­ski, o ile wiem, to w Pol­sce popu­larne nazwi­sko – wtrą­cił Kru­głow. – Są ich tysiące. Jak u nas Iwa­no­wów…

– Znasz jakie­goś Zie­liń­skiego w Pol­sce? – zapy­tał Lebiedź, patrząc z sze­ro­kim uśmie­chem na Kru­głowa, i zaraz dodał: – Wła­ści­wie to pyta­nie powi­nie­nem posta­wić naszemu pre­zy­den­towi.

– Nie… No nie… nie­moż­liwe! Nie… – Kru­głow wypro­sto­wał się w fotelu i się­gnął po papie­rosy. – Coś się chyba popier­do­liło temu two­jemu mło­demu entu­zja­ście – powie­dział nie­pew­nym tonem, ale nie­scho­dzący z twa­rzy Lebie­dzia uśmiech nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści, że nie ma racji.

– Daj spo­kój! Sta­ni­sław Zie­liń­ski, pre­zy­dent Pol­ski? – Kru­głow czuł, jak krew napływa mu do twa­rzy. – No to się Wła­di­mir Wła­di­mirowicz ucie­szy! Pre­zent na uro­dziny jak zna­lazł. Popatrz, tyle nam krwi napsuł na Ukra­inie! I to kto? Syn naszego agenta i komu­ni­sty!

– Mało tego! Rodzina Zło­tow­skich to prze­chrzty! A w obec­nej Pol­sce to chyba jesz­cze gorzej. Rozu­miesz? – powie­dział gło­śno Lebiedź. – Nasze archi­wum to złoto, to serce, mózg i nerw wywiadu. Zna­leź­li­śmy teczkę car­skiej ochrany na Zło­tow­skiego, z cza­sów gdy stu­dio­wał w Peters­burgu. Wyobra­żasz sobie! Trzeba jed­nak pamię­tać, że każde archi­wum żyje wła­snym życiem i jeżeli nie­wła­ści­wie się z nim obcho­dzisz, może bar­dziej zaszko­dzić niż pomóc. Taki syn­drom Mitro­china. To cze­goś uczy, nie? Ludzie przy­cho­dzą i odcho­dzą, a archi­wum trwa i wciąż się powięk­sza…

– Co my możemy z tym zro­bić? Masz jakiś pomysł? Mój szpie­gow­ski siódmy zmysł mówi mi, że mamy klucz do tej cho­ler­nej Pol­ski! – stwier­dził z entu­zja­zmem Kru­głow.

Jaki ty jesteś naiwny i aro­gancki, Kru­głow! – pomy­ślał gene­rał Lebiedź. Jak ty możesz dora­dzać pre­zy­den­towi?! Trzeba będzie o tym poroz­ma­wiać z Wła­di­mi­rem Wła­di­mi­ro­wi­czem. Zupeł­nie nie zda­jesz sobie sprawy, czło­wieku z siód­mym zmy­słem, że ta sprawa może jesz­cze bar­dziej zaszko­dzić nam niż Pola­kom – szybko oce­nił, wciąż się uśmie­cha­jąc.

– Oczy­wi­ście! W rze­czy samej! – odpo­wie­dział z nie­uchwytną iro­nią. – Może nie klucz, tylko wytrych, który może, ale nie musi otwo­rzyć drzwi. Wszystko zależy od tego, czy zrobi go dobry ślu­sarz i do jakiego zamka. Innymi słowy, to nie jest takie pro­ste, jak się wydaje, a to jest dopiero począ­tek. Spójrz na całą sprawę jako ofi­cer wywiadu, a nie urzęd­nik admi­ni­stra­cji. I co z tego, że to wiemy?! To za mało… żeby nawet zacząć myśleć o czym­kol­wiek. Jakie to może mieć korzy­ści dla Rosji, będziemy mogli oce­nić dopiero wtedy, gdy wyeli­mi­nu­jemy wszyst­kie te aspekty, które mogą przy­nieść nam szkody, zarówno wewnętrzne, jak i mię­dzy­na­ro­dowe. Posłu­chaj dalej… albo nie, zacze­kaj chwilę – rzu­cił i od razu wstał, by nie dać Kru­gło­wowi oka­zji do pro­te­stu. – Naczel­nik Wydziału Pol­skiego, Misza Popo­wski, czeka. Będzie nam potrzebny do dal­szej roz­mowy.

– Tak. Sły­sza­łem o nim. Syn Wik­tora Ste­pa­no­wi­cza?

– Wik­tor jest umie­ra­jący… ma raka. To wspa­niały czło­wiek. Zna­łeś go?

– Oso­bi­ście nie, ale sły­sza­łem o nim wiele dobrego od pre­zy­denta – odpo­wie­dział Kru­głow.

Lebiedź pod­szedł do inter­komu.

– Tatiana, poproś Miszę – powie­dział i wró­cił na fotel. – Wiesz, Miszę nazy­wają nowym Tucha­czew­skim, bo taki odważny, inny… nie­za­leżny. Bo kie­ruje ofen­sywą na Pol­skę! Widzisz… on rze­czy­wi­ście ma coś z Tucha­czew­skiego.

– Oby to nie było jego prze­kleń­stwem! – odpa­ro­wał Kru­głow, jakby nie lubił mar­szałka, i zapy­tał: – Jego ojciec był naszym rezy­den­tem w War­sza­wie?

– Otóż to! Ale nie­jaw­nym. Bar­dzo długo, w latach sie­dem­dzie­sią­tych. Misza koń­czył tam szkołę. Stąd zna pol­ski. Potem i on był w War­sza­wie, w naszej Rezy­den­tu­rze, przez sześć lat, od dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego roku, o ile dobrze pamię­tam. Pol­ski wyszli­fo­wał tak, że jest pra­wie nie do odróż­nie­nia. Spi­sał się nad­zwy­czaj dobrze! Pamię­tasz ope­ra­cję „Luba”?

– Nie bar­dzo! Co to było?

– To był jeden z pierw­szych ele­men­tów pro­gramu „Car Puszka”, który trwa do dzi­siaj. Pro­jekt „Luba” doty­czył pol­skiego pre­miera. Nie pamię­tasz? – zapy­tał Lebiedź.

– Tak, tak! Teraz sobie przy­po­mi­nam! Jak to się zakoń­czyło? – Kru­głow kła­mał, bo zupeł­nie tego nie pamię­tał. Wów­czas zajęty był już wyłącz­nie swoją karierą.

– Poroz­ma­wiamy o tym póź­niej, jak star­czy czasu. Zaraz przyj­dzie Misza i dokoń­czymy to, co jest głów­nym tema­tem naszego spo­tka­nia. Zresztą warto, żebyś poznał bli­żej naszą pracę na kie­runku pol­skim, a Misza jest jej waż­nym akto­rem i zna szcze­góły.

Lebiedź nie liczył na zain­te­re­so­wa­nie Kru­głowa. Chciał tylko zro­bić na nim wra­że­nie, któ­rym ten być może podzieli się z pre­zy­den­tem. To z pew­no­ścią nie zaszko­dzi­łoby samemu gene­ra­łowi, tym bar­dziej że zamie­rzał zapro­po­no­wać kon­kretne dzia­ła­nia i liczył na to, że pre­zy­dent podej­mie wła­ściwe decy­zje. Był już za stary i zbyt zmę­czony, by tłu­ma­czyć im, co jest odpo­wied­nie, a co nie, i nie ura­zić przy tym ich wyso­kiego mnie­ma­nia o swo­ich szpie­gow­skich kom­pe­ten­cjach.

– Nie przy­po­mi­nam sobie, żebyś ostat­nio był na kole­gium, kiedy oma­wia­li­śmy sprawy pol­skie – dodał z prze­ką­sem.

Kru­głow nie zare­ago­wał. Sie­dział zamy­ślony.

Otwo­rzyły się drzwi i do pokoju wszedł Michaił Popo­wski. Około czter­dziestki, przy­stojny, o sma­głej, tro­chę kau­ka­skiej uro­dzie, w mod­nie skro­jo­nym gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze. Nie miał bor­do­wego kra­wata.

– Major Popo­wski mel­duje się, towa­rzy­szu gene­rale! – powie­dział pew­nym gło­sem, sto­jąc przy drzwiach.

Kru­głow spoj­rzał na niego znad oku­la­rów i w spo­sób typowy dla ofi­ce­rów z kom­plek­sem tłu­stego karła zapy­tał:

– Macie, majo­rze, licen­cję na zabi­ja­nie?

Zachi­cho­tał ura­do­wany, kle­piąc się rękami po kola­nach.

– Nie mam. Nie jestem też muzuł­ma­ni­nem ani bud­dy­stą – odpa­ro­wał natych­miast wyjąt­kowo spo­koj­nie major Popo­wski.

– Chodź, Misza. Sia­daj. Czego się napi­jesz? – zapy­tał Lebiedź.

– Niczego. Dzię­kuję, towa­rzy­szu gene­rale.

– Coś taki skwa­szony? Stało się co?

Popo­wski pokrę­cił głową. Roz­piął mary­narkę, usiadł i zało­żył nogę na nogę. Zauwa­żył, że Kru­głow z zain­te­re­so­wa­niem przy­gląda się jego dobrze dobra­nym, ele­ganc­kim czar­nym butom marki Repor­ter.

– O czym to ja… – zaczął spo­koj­nie Lebiedź. – Aha! Zie­liń­ski… Infor­ma­cja na jego temat jest kom­pi­la­cją danych ofi­cjal­nych, kopii naszych doku­men­tów, a przede wszyst­kim ana­lizy doko­na­nej przez archi­wum. Czyli w sen­sie pro­fe­sjo­nal­nym jest to dopiero mate­riał wyj­ściowy do dal­szego opra­co­wa­nia. W naszych zaso­bach brak ory­gi­nal­nych akt doty­czą­cych Zło­tow­skiego, a tylko takie mogłyby sta­no­wić wymierną war­tość ope­ra­cyjną. Dopiero po ich dokład­nej ana­li­zie nale­ża­łoby się zasta­no­wić, czy można je wyko­rzy­stać, i wysu­nąć kon­cep­cję dal­szego dzia­ła­nia.

– Co tam! Mamy ważną sprawę, którą trzeba bez­względ­nie wyko­rzy­stać. Bra­kuje akt Zło­tow­skiego? No to trzeba je zro­bić! Prze­cież nasza tech­nika ma takie moż­li­wo­ści – wymy­ślił szybko Kru­głow.

Boże, on nic nie rozu­mie! Jak on ukoń­czył Aka­de­mię Andro­powa?! – pomy­ślał Lebiedź, wymie­nia­jąc spoj­rze­nie z Popo­wskim.

– Oczy­wi­ście, że nasza tech­nika ma takie moż­li­wo­ści i jest w sta­nie spre­pa­ro­wać dowolne pismo czy doku­ment, nawet akt uro­dze­nia Dymi­tra Samo­zwańca. Tylko po co?! Nie o to cho­dzi! Tech­niczne przy­go­to­wa­nie pisma to sztuka sama w sobie, waż­niej­sze jest jed­nak, co to pismo zawiera. W przy­padku Zło­tow­skiego musie­li­by­śmy mieć bar­dzo szcze­gó­łową wie­dzę doty­czącą jego życia w przed­wo­jen­nej Pol­sce, spraw oso­bi­stych, realiów tego czasu, róż­no­rod­nych oko­licz­no­ści i ich powią­zań…

– Zło­tow­ski jako agent musiał pisać infor­ma­cje ręcz­nie lub na swo­jej maszy­nie – włą­czył się do roz­mowy Popo­wski – zatem prak­tycz­nie pod­róbka jest nie­wy­ko­nalna. Wykry­cie błędu byłoby łatwe i mogłoby nas drogo kosz­to­wać. Zapo­mnijmy o tym!

– To co? Sprawa jest więc… nie do wyko­rzy­sta­nia?! Jaka szkoda! – Kru­głow wyglą­dał na szcze­rze zawie­dzio­nego.

– Otóż nie do końca. Rzecz jest bar­dziej skom­pli­ko­wana, niż to się na pierw­szy rzut oka wydaje. I co wię­cej, inte­re­su­jąca, może nawet bar­dzo inte­re­su­jąca. – Misza wyraź­nie prze­jął ini­cja­tywę. Wie­dział, że gene­rał już od dłuż­szego czasu męczy się z Kru­gło­wem, a obo­wią­zek roz­mowy z kimś nie­lu­bia­nym wyczer­puje go podwój­nie.

Wyjął z mary­narki mały koło­no­tat­nik.

– Sądzimy – kon­ty­nu­ował – że sprawa Zło­tow­skiego… i nie tylko, bo doty­czy też innych osób… w razie suk­cesu może nadać nowy impuls pro­jek­towi „Car Puszka”. Poza tym ma też inny wymiar, nie­zwy­kle ważny dla inte­re­sów naszego kraju.

– Może wię­cej kon­kre­tów, Sasza! Nie jestem prze­cież ama­to­rem – zwró­cił się Kru­głow do gene­rała z lek­kim znie­cier­pli­wie­niem, wyraź­nie omi­ja­jąc Popo­wskiego.

– Otóż wygląda na to, że mate­riały, doty­czące Zło­tow­skiego i pozo­sta­łych naszych agen­tów w Pol­sce, naszych ofi­ce­rów, nie­le­ga­łów, pro­wa­dzo­nych ope­ra­cji i Bóg wie co tam jesz­cze jest, znaj­dują się zako­pane na tere­nie twier­dzy brze­skiej – odpo­wie­dział Lebiedź.

Na okrą­głej twa­rzy Kru­głowa poja­wiło się głu­pawe zdzi­wie­nie, zupeł­nie jak u dziecka, któ­remu ktoś wyrwał lizaka.

– To jak puszka Pan­dory zmu­to­wana z Mitro­chi­nem, a w tam­tych cza­sach zasady kon­spi­ra­cji daleko odbie­gały od tych, które obo­wią­zują teraz, i pew­nie jest tam mnó­stwo danych – cią­gnął gene­rał. – Sądząc z notatki Zaru­bina z tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego trze­ciego roku oraz ana­lizy naszych archi­wi­stów i histo­ry­ków, archi­wum, o któ­rym mówimy, może mieć poważne zna­cze­nie poli­tyczne. Nie muszę przy­po­mi­nać, jak Polacy roz­gry­wają sprawę Katy­nia. Wtedy, przed wojną, Pol­ska miała dla nas pod­sta­wowe, wręcz stra­te­giczne zna­cze­nie. Teraz wszystko zależy od tego, w czy­ich rękach znaj­dzie się to archi­wum! Ta broń wciąż może strze­lać! – Zawie­sił na chwilę głos, by zro­bić na Kru­gło­wie jesz­cze więk­sze wra­że­nie. – Zda­jesz sobie z tego sprawę?

– Ależ oczy­wi­ście! Jak­żeby ina­czej?! Natych­miast poin­for­muję o tym pre­zy­denta, na pewno zwoła posie­dze­nie kole­gium. No dobrze… Powiedz mi, Sasza, jaki masz plan? Kiedy to wyko­piesz? – Kru­głow spra­wiał wra­że­nie bar­dzo poważ­nego.

– Wiemy, że jest zako­pane na tere­nie twier­dzy w Brze­ściu, ale nie wiemy dokład­nie gdzie! – ode­zwał się Misza Popo­wski. – To ogromny teren, czę­ściowo muze­alny, czę­ściowo woj­skowy. Budynki zostały w więk­szo­ści znisz­czone pod­czas wojny, pra­wie nic nie wygląda tam tak jak przed czerw­cem czter­dzie­stego pierw­szego roku.

– Skąd wiemy, że archi­wum jest wła­śnie tam i że zostało zako­pane? – dopy­ty­wał się Kru­głow.

– Wska­zuje na to ana­liza wszyst­kich oko­licz­no­ści i wyda­rzeń w czter­dzie­stym pierw­szym roku. Począt­kowo nasi spe­cja­li­ści uwa­żali, że archi­wum wpa­dło w ręce Niem­ców, któ­rzy prze­cież wie­dzieli o jed­no­stce Zaru­bina w twier­dzy i któ­rym z pew­no­ścią zale­żało na prze­chwy­ce­niu doku­men­tów. Mogli prze­jąć naszą pol­ską agen­turę, dla­tego znik­nęli nasi nie­le­ga­ło­wie w War­sza­wie, potem pew­nie prze­jęli to Ame­ry­ka­nie, i tak dalej. Taka była wer­sja, jak to się mówi, do wczo­raj! – Popo­wski mówił ze swo­bodą, jak na spo­tka­niu towa­rzy­skim.

– To była idio­tyczna decy­zja prze­no­sić Wydział Pol­ski do Brze­ścia! Pew­nie stał za tym Beria, co? – zapy­tał Kru­głow.

– To był pomysł Fitina, ówcze­snego szefa wywiadu NKWD, i Zaru­bina. Beria i Mier­ku­łow tylko go zatwier­dzili. Pamię­taj, że to były inne czasy. Wtedy taka idea wyda­wała się odważna i nie­po­zba­wiona sensu – szybko zare­ago­wał Lebiedź. – Zostawmy to teraz, to już nie ma zna­cze­nia. Istotne są kon­se­kwen­cje i to, co powin­ni­śmy zro­bić. Misza, przed­staw nasze pomy­sły.

– Jak powie­dział towa­rzysz gene­rał, ani Niemcy, ani Ame­ry­ka­nie nie mają tego archi­wum, ale to słaba pocie­cha. Może nawet byłoby lepiej, gdyby prze­pa­dło gdzieś w pod­zie­miach Lan­gley, bo oni i tak by nie zro­zu­mieli, co posia­dają.

Pokój wypeł­nił gromki śmiech.

– Mamy w Pol­sce agenta, kryp­to­nim „Hook”. Według uzy­ska­nych przez niego infor­ma­cji nie­dawno w Insty­tu­cie Pamięci Naro­do­wej w War­sza­wie miało miej­sce spo­tka­nie. Zgło­sił się tam czło­wiek, który prze­ka­zał szcze­gó­łową infor­ma­cję o miej­scu ukry­cia archi­wum w twier­dzy brze­skiej. Co jed­nak naj­waż­niej­sze, infor­ma­cja ta jest dobrze udo­ku­men­to­wana, a źró­dło jej pocho­dze­nia wia­ry­godne. Przyj­mu­jemy zatem zało­że­nie, że archi­wum znaj­duje się tam! – stwier­dził Popo­wski.

– Dosko­nale! Czyli… jest szansa na jego prze­ję­cie. Agent, ten… „Hook”, jest spraw­dzony? Czy Polacy nas w coś nie wra­biają? – zapy­tał pod­nie­cony Kru­głow.

– „Hook” jest typo­wym ofe­ren­tem. Zwy­kła szmata. Sam do nas przy­szedł. To nad­zwy­czaj próżny i chciwy czło­wiek. Pra­cuje dla pie­nię­dzy i zaspo­ko­je­nia swo­ich cho­rych ambi­cji, cho­ciaż for­mal­nie udaje ide­owca. Tak też go trak­tu­jemy, jako ide­owca, dla dobra współ­pracy. Wyko­rzy­sty­wany jest w zupeł­nie innych spra­wach, to archi­wum wyszło nie­jako przy oka­zji. Jak każdy ofe­rent prze­szedł skom­pli­ko­wany pro­ces wery­fi­ka­cji i kom­bi­na­cje spraw­dze­niowe. Pozy­tyw­nie. Naj­waż­niej­sze jed­nak, że dał nam i wciąż daje infor­ma­cje, które się potwier­dzają. Na prze­wer­bo­wa­nie oczy­wi­ście podatny, ale pod wzglę­dem psy­chicz­nym nie nadaje się do udziału w grze ope­ra­cyj­nej czy dez­in­for­ma­cji…

– Nie rozu­miem… To na chuja nam taki agent! Duże ryzyko, że Polacy wsa­dzą nas na konia – sko­men­to­wał Kru­głow z miną znawcy pro­blemu.

– Polacy szybko by się zorien­to­wali, że jest nie­przy­datny do bar­dziej zaawan­so­wa­nych ope­ra­cji, bo może przy­nieść wię­cej szkód niż pożytku – kon­ty­nu­ował Popo­wski, nie zwra­ca­jąc uwagi na Kru­głowa. – W tej anty­ro­syj­skiej atmos­fe­rze i w sytu­acji, jaka panuje w pol­skich służ­bach, prę­dzej by mu urzą­dzili pro­ces poka­zowy. Krótko mówiąc, infor­ma­cję o archi­wum trak­tu­jemy jako pewną, tym bar­dziej że mamy też wiele innych danych, o któ­rych teraz nie będę mówił. – Popo­wski sta­rał się unik­nąć poda­wa­nia szcze­gó­łów iden­ty­fi­ku­ją­cych agenta. Lebiedź oczy­wi­ście dobrze wie­dział, o kogo cho­dzi, ale Kru­głow nie musiał. – Jak już powie­działem, agent prze­ka­zał wia­ry­godną infor­ma­cję, że archi­wum jest w twier­dzy brze­skiej. Nie­stety, nie wiemy dokład­nie gdzie, w któ­rym miej­scu. Według infor­ma­cji agenta znaj­duje się wewnątrz cyta­deli, ale pew­no­ści nie ma.

– Prze­cież nie prze­ko­piemy całej twier­dzy! Są urzą­dze­nia do wykry­wa­nia przed­mio­tów pod zie­mią! – oży­wił się Kru­głow.

– Tak, magne­to­metr. Mamy też inne. Zresztą wyko­rzy­sta­nie ich w tym przy­padku jest mocno wąt­pliwe, skoro nie dys­po­nu­jemy dosta­tecz­nie pre­cy­zyj­nymi infor­ma­cjami – sko­men­to­wał krótko Popo­wski. – Ist­nieje jed­nak dokładny plan z ozna­czo­nym miej­scem ukry­cia skrzyni. Ten plan prze­ka­zał czło­wiek, który poin­for­mo­wał IPN o całej spra­wie. Naszemu agen­towi, nie­stety, nie udało się uzy­skać tego doku­mentu. Czyli, krótko mówiąc, Polacy znają dokładną loka­li­za­cję. My nie!

Kru­głow patrzył to na Popo­wskiego, to na Lebie­dzia, dziw­nie otwie­ra­jąc usta, jakby bra­ko­wało mu powie­trza.

– To nie zna­czy, że nie możemy nic zro­bić – rzekł pocie­sza­jąco Lebiedź. – Będzie nas to kosz­to­wało sporo pracy, mamy jed­nak cał­kiem dobry pomysł.

– Nie ma rze­czy nie­moż­li­wych dla rosyj­skiego wywiadu! – rzu­cił z zado­wo­le­niem Kru­głow.

– Jeżeli plan ist­nieje – ostu­dził go Popo­wski – to mogę się zało­żyć, że Polacy zro­bią wszystko, żeby to archi­wum wydo­być. Znam ich dobrze i wiem, że takiej sprawy nie odpusz­czą. To dumny i hono­rowy naród. A w dodatku chory na punk­cie swo­jej mar­ty­ro­lo­gii i cier­pie­nia. Mówią o sobie, że są Chry­stu­sem naro­dów i cier­pią za innych…

– Towa­rzy­szu majo­rze – wtrą­cił ostro Kru­głow – zostaw­cie te bujdy, bo zwąt­pię, czy nada­je­cie się do wywiadu.

– To jest bar­dzo piękna pol­ska fobia lite­racka. My też takie mamy…

Popo­wski poczuł nagle na sobie palący wzrok gene­rała Lebie­dzia.

– Nie są też głupi… – szybko zro­zu­miał, co ma dalej mówić – i wie­dzą, jaką war­tość, jakie zna­cze­nie mogą mieć ukryte tam doku­menty…

– O tym poroz­ma­wiamy póź­niej, Sasza! Teraz omów tylko sprawy doty­czące planu ope­ra­cyj­nego – prze­rwał Lebiedź.

– Uwa­żam, że plan znaj­duje się w Agen­cji Wywiadu w War­sza­wie, w ich Wydziale Spe­cjal­nym „Q”, i pew­nie już się zasta­na­wiają, jak się do tego dobrać.

– Skąd to wie­cie? – zapy­tał wyraź­nie zdzi­wiony Kru­głow.

– Nie wiem. Zakła­dam. Mamy zupeł­nie nie­złe roz­po­zna­nie tego, co się dzieje w Pol­sce, także w ich służ­bach. Polacy przez lata sku­tecz­nie nisz­czyli swoje służby spe­cjalne, w tym wywiad. Woj­skowe znisz­czyli zupeł­nie, a cywilne pra­wie. Gdyby nie to, że Polacy, podob­nie jak my, mają wro­dzony talent do szpie­go­stwa, to już nie mie­li­by­śmy tam prze­ciw­nika.

– Sasza, nie prze­sa­dzaj. Nie jest z nimi tak źle. Pamię­taj, że są w NATO i Unii, a ty cią­gle nie wiesz, jak ich trak­to­wać, i mio­tasz się mię­dzy miło­ścią a nie­na­wi­ścią. Może to takie rosyj­skie, ale nie jesteś Dosto­jew­skim, tylko ofi­ce­rem wywiadu. Mniej gorą­cego serca, a wię­cej chłod­nego umy­słu. Jesteś taki jak ojciec – powie­dział miłym gło­sem Lebiedź.

– Wydzia­łem Spe­cjal­nym „Q” kie­ruje znany nam dobrze Kon­rad Wol­ski – cią­gnął już spo­koj­niej Popo­wski. – Spo­tka­łem go pierw­szy raz w dzie­więć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku w Cze­cze­nii. Ma teraz czter­dzie­ści pięć lat, co na pol­skie stan­dardy ozna­cza, że jest sta­rym ofi­ce­rem. Wyjąt­kowo uta­len­to­wany i doświad­czony. Nie­stety, nic wię­cej o tym Wydziale nie wiemy. Jego sie­dziba znaj­duje się poza ich głów­nym obiek­tem. Wol­ski jest dosyć czę­sto widy­wany w Cen­trali, i to wszystko. Kto pra­cuje w tym Wydziale, ile osób, czym się zaj­mują, nie wiemy. Skoro został tak głę­boko utaj­niony, musiały być ku temu powody. I to nas mar­twi, bo Wschód to dla nich na pewno prio­ry­tet. Nasza obser­wa­cja w War­sza­wie pró­bo­wała usta­lić loka­li­za­cję tego Wydziału, ale też bez rezul­tatu. W ramach ope­ra­cji „Maszyna”, którą pro­wa­dzi­li­śmy przez dwa lata, zebra­li­śmy doku­men­ta­cję foto­gra­ficzną więk­szo­ści ofi­ce­rów, nume­rów reje­stra­cyj­nych ich samo­cho­dów…

– Co to była za ope­ra­cja? – wszedł mu w słowo Kru­głow.

– Wyja­śnię ci to – zaczął Lebiedź. – Przez dwa lata pod­sta­wia­li­śmy pod ich Cen­tralę nasze samo­chody wypo­sa­żone w cyfrowe kamery reje­stru­jące i foto­gra­fo­wa­li­śmy wcho­dzą­cych, wyjeż­dża­ją­cych ofi­ce­rów i ich samo­chody, i tak dalej. Robi­li­śmy też co jakiś czas zdję­cia sate­li­tarne tego obiektu i par­kin­gów. Zebrany tym spo­so­bem pokaźny mate­riał posłu­żył do stwo­rze­nia bazy danych. Bar­dzo nam tu pomógł pro­gram kom­pu­te­rowy, opra­co­wany przez naszych spe­cja­li­stów z myślą o pew­nej akcji w Paryżu, która nie wypa­liła.

– Ope­ra­cja „Maszyna” też nie­wiele nam pomo­gła w roz­pra­co­wa­niu Wydziału „Q” – kon­ty­nu­ował Popo­wski. – Co prawda nasi ana­li­tycy usta­lili, że wielu ofi­ce­rów zni­kło z budynku Cen­trali przy Miło­będz­kiej, ale mogło być ku temu bar­dzo wiele natu­ral­nych powo­dów. Wewnątrz Agen­cji, nie­stety, już od dawna nikogo nie mamy, ale pra­cu­jemy nad tym.

– Majo­rze Popo­wski, nie bar­dzo rozu­miem, w czym pro­blem. Mówi­cie tro­chę pokręt­nie. Do czego zmier­za­cie? – Kru­głow zro­bił się tro­chę agre­sywny, cho­ciaż wypił tylko trzy kie­liszki koniaku.

– Jedy­nym spo­so­bem prze­ję­cia archi­wum jest nakry­cie Pola­ków, gdy będą je wyko­py­wać. I to jest moż­liwe! Naj­waż­niej­sze, byśmy odpo­wied­nio wcze­śniej wie­dzieli, kiedy ruszą do akcji.

Major sie­dział od początku w tej samej pozy­cji, a Kru­głow wciąż się wier­cił w fotelu.

– No dobrze. A skąd będziemy to wie­dzieli? – zapy­tał.

– „Hook” ma pewne moż­li­wo­ści, by okre­ślić z dużym przy­bli­że­niem ter­min akcji. Zasta­no­wimy się jesz­cze, czy ope­ra­cję w Brze­ściu uda nam się zre­ali­zo­wać wła­snymi siłami, czy będziemy musieli też ruszyć naszą agen­turę w bia­ło­ru­skim KGB. Czego wole­li­by­śmy unik­nąć.

– Dla­czego?

– Są poważne zastrze­że­nia co do lojal­no­ści i szczel­no­ści naszych agen­tów w tam­tej­szym KGB – wtrą­cił gene­rał. – Cał­kiem moż­liwe, że sprawa by wycie­kła, zanimby się zaczęła…

– Pier­do­lone Bia­ło­rusy w łap­ciach z kory brzo­zo­wej! – obru­szył się Kru­głow. – Z nimi tak zawsze! Bladź, co daje dupy Moskwie, Bruk­seli i War­sza­wie.

– To jest kon­cep­cja, którą też musimy uwzględ­niać, towa­rzy­szu prze­wod­ni­czący. – Popo­wski zło­śli­wie sko­men­to­wał cham­stwo Kru­głowa, ale on tego nie wychwy­cił. – Sytu­acja jest jed­nak dyna­miczna i może uda się wypra­co­wać pew­niej­szy spo­sób reali­za­cji zada­nia. Nie mamy jed­nak zbyt dużo czasu.

– Muszę to wszystko jesz­cze prze­my­śleć – powie­dział pew­nym gło­sem Kru­głow, jakby chciał spra­wić wra­że­nie, że on tu o wszyst­kim decy­duje.

– Pra­gnę jesz­cze tylko dodać – zare­ago­wał szybko Popo­wski – że nasza kon­cep­cja, mimo pozor­nej sła­bo­ści, zgodna jest z teo­rią uni­ka­nia wyklu­cza­ją­cych się sprzecz­no­ści Kop­pen­berga, którą prze­cież… wszy­scy znamy.

Lebiedź spoj­rzał natych­miast na Miszę i ukrad­kowo się uśmiech­nął.

– Oczy­wi­ście, że jest zgodna – przy­znał Kru­głow, po czym pod­niósł się z tru­dem z fotela i poszedł do toa­lety.

– Misza, ja cię kie­dyś obiję! Zoba­czysz! – wyszep­tał Lebiedź, bo wie­dział, że nie ma żad­nej teo­rii Kop­pen­berga i że jest to stary chwyt Miszy, który w ten spo­sób spraw­dzał, czy roz­mówca rozu­mie, co się do niego mówi.

– Gene­rale, sami widzi­cie. Trzeba roz­ma­wiać z pre­zy­den­tem. Nie mamy czasu – rów­nie cicho powie­dział Popo­wski.

– Idź już. Ja jesz­cze poga­dam z Kru­gło­wem. Tak czy ina­czej jest nam potrzebny. Jutro zadzwo­nię do pre­zy­denta.

Kru­głow wyszedł z toa­lety, popra­wia­jąc spodnie. Zbli­żył się do okna i przez chwilę, zamy­ślony, spo­glą­dał z pięt­na­stego pię­tra na roz­le­gły, zie­lony pod­mo­skiew­ski kra­jo­braz.

– Z mojej strony to już wszystko, towa­rzy­szu gene­rale. Pozwól­cie się odmel­do­wać – powie­dział Popo­wski, wsta­jąc.

Kru­głow spoj­rzał w jego stronę i ski­nął głową.

– Dobrze, majo­rze! – odpo­wie­dział Lebiedź. – Bądź pod tele­fo­nem, mogę cię jesz­cze potrze­bo­wać.

Gdy tylko za Popo­wskim zamknęły się drzwi, zapy­tał Kru­głowa:

– Widzę, że Misza ci nie pasuje. O co cho­dzi?

– Nie, dla­czego? Jest mi obo­jętny. Co może mnie obcho­dzić jakiś major? Ma dobrze robić, co do niego należy. To wszystko. Drażni mnie tylko ta jego fil­mowa bon­du­sio­wa­tość. Tucha­czew­ski się, kurwa, zna­lazł!

– Popo­wski to jeden z naszych naj­lep­szych ofi­ce­rów. Emo­cjo­nalny, ow­szem, ale twardy i uparty do bólu. Do tej ope­ra­cji pod­cho­dzi bar­dzo oso­bi­ście, bo ma rachunki do wyrów­na­nia z tym Wol­skim z Agen­cji Wywiadu – stwier­dził Lebiedź.

Kru­głow spoj­rzał na gene­rała pyta­jąco, jakby nie rozu­miał, kto to Wol­ski, i z gło­śnym stęk­nię­ciem usiadł w fotelu.

– W dwa tysiące pią­tym roku, pod­czas tej „poma­rań­czo­wej rewo­lu­cji”, Popo­wski pro­wa­dził ope­ra­cję mającą zabez­pie­czyć i wywieźć zasoby archi­walne Służby Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny. Pamię­tasz? Wtedy nikt nie wie­dział, co się może stać. Cały Zachód pró­bo­wał się dorwać do ukra­iń­skich służb. Misza się napra­co­wał, a Wol­ski po pro­stu kupił pra­wie wszystko na kilku dys­kach od dwóch pija­nych puł­kow­ni­ków z SBU w jakiejś knaj­pie koło ich Cen­trali. Misza chciał mu to ode­brać, ale się nie udało i Wol­ski poma­chał mu jesz­cze na poże­gna­nie. Teraz rozu­miesz! Wol­ski to jego wyzwa­nie, praw­dziwy prze­ciw­nik…

– Tak! Teraz go rozu­miem. To może być wkur­wia­jące, jeśli zro­bił cię jakiś Pola­czek! – sko­men­to­wał Kru­głow. – Ale muszę, Sasza, coś jesz­cze z tobą prze­dys­ku­to­wać. A w zasa­dzie chcę, żebyś mi przed­sta­wił ocenę pracy naszego wywiadu na kie­runku pol­skim. Wkrótce odbę­dzie się kole­gium w tych spra­wach. Wiesz, Wła­di­mir Wła­di­mirowicz zna temat dobrze, infor­mu­jesz go na bie­żąco, ale ja byłem zajęty innymi pro­ble­mami. Muszę się swo­bod­niej poru­szać w tej tema­tyce na kole­gium. Rozu­miesz mnie?

– To oczy­wi­ste! – odpo­wie­dział Lebiedź.

Czuł, że Kru­głow zwróci się do niego z prośbą, któ­rej nie będzie mógł odmó­wić. Zasta­na­wiał się nawet, dla­czego do tej pory, mimo że jest odpo­wie­dzialny za koor­dy­na­cję pracy wywiadu i Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych, Kru­głow ni­gdy głę­biej się tymi spra­wami nie inte­re­so­wał. Dopiero teraz!

Może to on jest szy­ko­wany na moje miej­sce. Zresztą wszystko mi jedno! Szkoda tylko takich ofi­ce­rów jak Misza – pomy­ślał.

– Jak pamię­tasz, do początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych mie­li­śmy swoje pro­blemy i Pol­ska dopiero maja­czyła gdzieś tam na hory­zon­cie. Gdzie wtedy byłeś?

– W kontr­wy­wia­dzie, w wydziale zaj­mu­ją­cym się amba­sadą USA – odpo­wie­dział szybko Kru­głow.

– Pol­ską oczy­wi­ście inte­re­so­wa­li­śmy się zawsze. Ale w cza­sach KGB w zupeł­nie innym uję­ciu. Po roz­wią­za­niu Układu War­szaw­skiego, roz­wa­le­niu Sojuza i powro­cie naszych wojsk dotych­cza­sowe prio­ry­tety naszej pracy prze­stały być aktu­alne. Także w odnie­sie­niu do Pol­ski. Zresztą bra­ko­wało nam wtedy spe­cja­li­stów. Towa­rzy­stwo roz­bie­gło się na wszyst­kie strony robić biz­nes i sporo czasu zajęło zebra­nie go do kupy. Nie mie­li­śmy spe­cja­li­stów od spraw pol­skich. To rze­czy oczy­wi­ste, wszy­scy je znamy, nie będę ich powta­rzał.

– Z naszego Wydziału zostało wtedy tylko dzie­się­ciu chłopa! Gdyby jan­kesi o tym wie­dzieli! – sko­men­to­wał Kru­głow z uśmiesz­kiem i po chwili dodał już poważ­nie: – A może wie­dzieli?

– Dosko­nale wie­dzieli! Nie zapo­mi­naj o spra­wie Amesa. – Lebiedź zdzi­wił się, że Kru­głow ma pod­sta­wowe braki w zna­jo­mo­ści pracy wywiadu.

– Kiedy tylko poja­wiły się pierw­sze sygnały, że Pol­ska będzie aspi­ro­wać do NATO i Unii, zapa­dła decy­zja roz­bu­dowy i poważ­nego wzmoc­nie­nia Wydziału Pol­skiego. Zbie­gło się to z zakoń­cze­niem pro­cesu prze­bu­dowy naszej służby. Stwo­rzy­li­śmy potężny zespół ana­li­tyczny, zło­żony z socjo­lo­gów, poli­to­lo­gów, histo­ry­ków i doświad­czo­nych ofi­ce­rów, który miał wypra­co­wać naszą stra­te­gię dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej wobec Pol­ski. Ten zespół, choć w nie tak licz­nym skła­dzie, świet­nie działa do dziś. W krót­kim cza­sie okre­ślił pod­sta­wowe zało­że­nia przy­szłej pracy wywiadu, zgodne zresztą z oce­nami naszego MSZ. Zasad­ni­czą rolę ode­grała tu teza, że Pol­ska to poten­cjalny kon­ku­rent i opo­nent Rosji w Euro­pie Środ­kowo-Wschod­niej. Nało­żyła się na to nie­pod­le­głość Ukra­iny, którą nasi ana­li­tycy okre­ślili jako przy­szły główny kie­ru­nek eks­pan­sji poli­tycz­nej Pol­ski prze­ciw Rosji. I nie pomy­lili się!

– No tak! Oczy­wi­ście! Pol­ska była chyba dru­gim kra­jem, który uznał nie­pod­le­głość Ukra­iny… a chcieli być pierw­szym! – wtrą­cił Kru­głow.

– Pro­blem zaogniało gwał­towne zacie­śnia­nie się bli­skiej współ­pracy z USA, dużo szyb­sze niż z euro­pej­skimi part­ne­rami. To zaczy­nało być dla nas naprawdę groźne – mówił Lebiedź tonem czło­wieka dobrze zna­ją­cego temat. – Wiesz, wtedy na Kremlu nie wszystko postrze­gano we wła­ściwy spo­sób i we wła­ściwych pro­por­cjach.

– Co było zro­bić? Taką ekipę dobrał sobie Jel­cyn! – sko­men­to­wał Kru­głow, cho­ciaż był wtedy zwy­kłym funk­cjo­na­riu­szem Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa. Wła­di­mir Wła­di­mirowicz odkrył go, gdy został sze­fem FSB, bo Kru­głow zaj­mo­wał się wtedy Cze­cze­nią.

– Trwało, jak pamię­tasz, umac­nia­nie wła­dzy. Ale nie u nas! Myśmy sobie dosko­nale zda­wali sprawę z rysu­ją­cych się dla Rosji zagro­żeń i podej­mo­wa­li­śmy odpo­wied­nie dzia­ła­nia. Jew­gie­nij Mak­si­mo­wicz miał wizję, wie­dzę i doświad­cze­nie – pod­kre­ślił Lebiedź, by poka­zać Kru­gło­wowi, jak mu daleko do auto­ry­tetu poprzed­nich sze­fów SWZ. – Ana­liza zespołu, wypra­co­wana na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, do dzi­siaj zadzi­wia swoją aktu­al­no­ścią i prze­ni­kli­wo­ścią. Do dzi­siaj jest dro­go­wska­zem dla naszego wywiadu.

Kru­głow słu­chał teraz uważ­nie. Wyda­wało się, że jest auten­tycz­nie zain­te­re­so­wany tym, co mówi Lebiedź.

– Zobacz! Ame­ry­ka­nie pla­nują zało­że­nie swo­ich baz woj­sko­wych w Pol­sce. Oba­wia­li­śmy się tego już wtedy, robi­li­śmy wszystko, by odsu­nąć tę groźbę, bo wie­dzie­li­śmy, że będzie nas to kie­dyś drogo kosz­to­wać. Czy nam się udało? Zoba­czymy! – Lebiedź, mówiąc to, nie spra­wiał wra­że­nia zasmu­co­nego. – W oce­nie zespołu, zak­tu­ali­zo­wa­nej po jakimś cza­sie, Pol­ska jako obiekt naszego zain­te­re­so­wa­nia wywia­dow­czego ma prak­tycz­nie jed­no­wy­mia­rowe zna­cze­nie. Nie jest dla nas źró­dłem zaawan­so­wa­nych tech­no­lo­gii, świa­to­wych finan­sów, pro­ble­mów gospo­dar­czych czy woj­sko­wych. Pol­ska ma być przede wszyst­kim przy­ja­zna Rosji, obo­jęt­nie w jakiej for­mie, bo to prze­cież nasz kory­tarz do Europy. Roz­wój gospo­dar­czy tego kraju ma dla nas pewne zna­cze­nie, ale odkąd jest on w Unii, nie­wiele możemy zdzia­łać w tym zakre­sie. Jed­nak Pol­ska zado­wo­lona i prze­ży­wa­jąca gospo­dar­czy boom będzie bar­dziej pewna sie­bie na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, a przez to też bar­dziej chętna do współ­pracy z nami. Tak czy ina­czej kon­flikty spo­łeczne, nie­od­łączne od roz­woju gospo­dar­czego, będą wystę­po­wać jesz­cze długo, a to uła­twia nam reali­za­cję naszych celów… Czyli? Nad­bu­dowa nie nadąża za bazą – roze­śmiał się Lebiedź. – I pomy­śleć, że Marksa wykre­ślili z pan­te­onu mędr­ców! – Zauwa­żył, że Kru­głow z akcep­ta­cją kiwa głową. – Taka jest nasza stra­te­gia, a tak­tyka zmie­nia się oczy­wi­ście zależ­nie od oko­licz­no­ści. W każ­dym razie Pol­ska musi być zwią­zana z nami przy­jaź­nią. No… nie taką jak kie­dyś… Przy­jaźń part­ner­ska z Pol­ską może nam tylko pomóc w rela­cjach z Bruk­selą, Ber­li­nem i Pary­żem. Wroga nam Pol­ska będzie tylko utrud­niać nasz dia­log i współ­pracę z wiel­kimi Unii. Potrzebny nam czas, bo Rosję czeka wielka rewo­lu­cja moder­ni­za­cyjna. Bez pomocy Europy nie oprzemy się Chi­nom…

– Tak, to prawda… Nie wia­domo… czy Chiny, czy Europa – wtrą­cił Kru­głow z miną mędrca.

– W końcu Fran­cuzi i Niemcy, bio­rąc sobie Pola­ków do towa­rzy­stwa, wie­dzieli, co robią. Zresztą Bał­tów i Węgrów też. I jasne było, że poro­zu­mie­nia z nami to im nie uła­twi. Mimo pojed­na­nia w Katy­niu Polacy wciąż mnożą histo­ryczne żąda­nia. Teraz chcą wysłać arche­olo­gów, żeby roz­grze­by­wali jakieś groby na Sybe­rii. Wyobra­żasz sobie?! Obecna ekipa w War­sza­wie oko­pała się gdzieś na pozy­cjach z tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego dzie­wią­tego roku i żyje anty­ro­syj­skim i anty­so­wiec­kim resen­ty­men­tem. Stwo­rzyli z tego fun­da­ment swo­jej poli­tyki… Pró­bują też tro­chę pogry­wać tak z Niem­cami, ale na dłuż­szą metę to nie wcho­dzi w rachubę. Naj­chęt­niej pew­nie pojeź­dzi­liby sobie po Żydach, ale to by się nie spodo­bało USA – stwier­dził Lebiedź.

– A kto by nie chciał pojeź­dzić na Żydach? – dodał niby dow­cip­nie Kru­głow.

– Pod­su­mo­wu­jąc: naj­więk­szym pro­ble­mem w rela­cjach z Pola­kami jest ich podej­ście do histo­rii, na któ­rym oparli swoją stra­te­gię wobec Wschodu, i to trzeba zmie­nić. Rozu­miesz teraz, co się może stać, jeśli Zie­liń­ski i obecna ekipa dostaną to archi­wum. Myślę, że trzeba temu zapo­biec, w ich i w naszym inte­re­sie – zakoń­czył wątek Lebiedź i po chwili dodał: – Mamy pewien plan. Odważny i nie­bez­pieczny, mimo to nie bez szans na suk­ces.

– Słaba Pol­ska, ale na pasku… – sko­men­to­wał z wdzię­kiem Kru­głow. Widać było, że nic nie zro­zu­miał.

– Nie o to cho­dzi. Jak będziemy gotowi, to przed­sta­wimy go na kole­gium – stwier­dził gene­rał i szybko prze­szedł do innego tematu. – Zapy­tasz pew­nie, jak to się prze­kłada na naszą pracę ope­ra­cyjną. W rze­czy­wi­sto­ści kon­cen­tru­jemy się na inspi­ra­cji i dez­in­for­ma­cji i do tego głów­nie wyko­rzy­stu­jemy naszą pol­ską agen­turę. Wiele się nauczy­li­śmy pod­czas ope­ra­cji dys­kre­dy­tu­ją­cej pol­skiego pre­miera w dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym roku. Oka­zało się, że było to nad­zwy­czaj łatwe, a pozy­tywne skutki tej ope­ra­cji odczu­wamy do dzi­siaj.

Roz­le­gło się puka­nie i do pokoju weszła sekre­tarka.

– Andriej Micha­iło­wicz prosi o tele­fon – powie­działa, zwra­ca­jąc się do Kru­głowa.

– No tak! Wiem, o co cho­dzi. Będę musiał zaraz jechać. To bar­dzo cie­kawe i ważne, o czym mówisz. Dokoń­czymy póź­niej, dobrze? – Ski­nął Lebie­dziowi głową. – O spra­wie brze­skiej natych­miast poin­for­muję Wła­di­mira Wła­di­mi­ro­wi­cza. Z pew­no­ścią będzie chciał poroz­ma­wiać z tobą o szcze­gó­łach.

– Zacze­kaj chwi­leczkę! – Lebiedź sta­rał się ukryć nie­po­kój. – Jest jesz­cze jeden aspekt tej ope­ra­cji, o któ­rym nie mówi­li­śmy. Warto, żebyś zwró­cił na to uwagę pre­zy­den­towi.

Kru­głow wstał już z fotela i wpy­chał koszulę w spodnie.

– Ope­ra­cję pro­wa­dzić będziemy na tere­nie Repu­bliki Bia­ło­rusi – cią­gnął gene­rał. – Zda­jesz sobie sprawę, co by było, gdyby to archi­wum wpa­dło w ręce Łuka­szenki?! Już on by wie­dział, jak to wyko­rzy­stać prze­ciwko nam i Pola­kom. Aż strach pomy­śleć!

– No tak, tego nie wzią­łem pod uwagę. To rze­czy­wi­ście może być pro­blem! – sko­men­to­wał Kru­głow z miną mędrca. – Mam o tym poroz­ma­wiać z pre­zy­den­tem? Czy ty to zro­bisz?

– Ja to zro­bię… – odpo­wie­dział Lebiedź. – Tak czy ina­czej major Popo­wski uwzględ­nia tę oko­licz­ność w przy­go­to­wa­niu planu ope­ra­cyj­nego. Wła­ści­wie ist­nieje moż­li­wość wyko­rzy­sta­nia naszych ludzi w bia­ło­ru­skiej KGB, przy­naj­mniej do neu­tra­li­za­cji tej siły. Tu teo­re­tycz­nie nie powinno być pro­ble­mów. Gor­sza sprawa ze Służbą Bez­pie­czeń­stwa Łuka­szenki! – zakoń­czył.

22

Kon­rad dotarł do domu wyjąt­kowo szybko. Prze­jazd z cen­trum mia­sta na Kabaty zajął mu tylko pięt­na­ście minut. Jechał swoim saabem z pręd­ko­ścią relaks, jak ją okre­ślał, to zna­czy tak, by czuć orzeź­wia­jący wiatr na twa­rzy, ale bez koniecz­no­ści wkła­da­nia czapki. Mimo że w War­sza­wie było sporo kabrio­le­tów, Kon­rad miał wra­że­nie, że jego antyczny już samo­chód przy­ciąga więk­szą uwagę niż inne. Nie było kie­rowcy, który nie zwró­ciłby na niego uwagi.

Od dawna zda­wał sobie sprawę, że ścią­ga­nie na sie­bie uwagi jest sprzeczne z pod­sta­wo­wymi zasa­dami pro­fe­sji ofi­cera wywiadu, ale jego odwza­jem­nione uczu­cie do tego wła­śnie samo­chodu było sil­niej­sze.

Zapar­ko­wał w garażu i wje­chał windą na czwarte pię­tro. Gdy wszedł do miesz­ka­nia, przy­po­mniał sobie, że nie kupił piwa, więc zszedł do małego sklepu koło domu i kupił sześć piw Warka Strong w butel­kach. Mar­cin miał być za godzinę.

Zdą­żył jesz­cze wziąć prysz­nic i zmie­nić ubra­nie. Uru­cho­mił zestaw muzyczny Sony pod­łą­czony do radia inter­ne­to­wego i wybrał swoją ulu­bioną sta­cję.

Z gło­śni­ków popły­nęły dźwięki, które już znał.

W pierw­szej chwili prze­le­ciało mu przez myśl, że to woka­liza z jakie­goś utworu Pre­isnera. Nagle zatrzy­mał się w bez­ru­chu. Sto­jąc pośrodku pokoju, słu­chał, jak za melo­dią podąża czy­sty, piękny kobiecy głos, który go ota­cza i para­li­żuje. Czuł dresz­cze prze­bie­ga­jące po ramio­nach, nagle zro­biło mu się zimno. Miał wra­że­nie, że zapada się do wnę­trza, a myśli jak w tran­sie bie­gną za gło­sem pie­śni. Bał się tylko, że ten głos za chwilę zamilk­nie, i na uła­mek sekundy ta świa­do­mość prze­mie­niła się w roz­pacz.

W końcu prze­bu­dził go głos spi­kera. Nie wie­dział, czy stał tak minutę, czy kwa­drans ani skąd w jego dłoni wziął się pusty kubek. Z odczu­ciem relak­su­ją­cego fizycz­nego zmę­cze­nia i pustym szu­mem w gło­wie opadł na kanapę. Docho­dził do sie­bie powoli, nie mogąc się upo­rać z coraz bar­dziej drę­czącą myślą, skąd zna to nagra­nie. Nie­wąt­pli­wie już gdzieś je sły­szał. I to na pewno nie był Pre­isner! Nie mógł tylko zro­zu­mieć, dla­czego poprzed­nio nie wywarło na nim takiego wra­że­nia! Kie­dyś czę­ściej wpa­dał w takie stany pod wpły­wem muzyki, ale już dawno mu się to nie zda­rzyło. Być może sprawa archi­wum tak pobu­dziła jego emo­cje, że muzyka zadzia­łała jak nar­ko­tyk.

Może… Muszę usta­lić, co to było, bo będzie mnie to nie­ustan­nie męczyć – pomy­ślał.

Wziął głę­boki oddech i przy­po­mniał sobie, że nie wsta­wił piwa do lodówki. W kuchni zapi­sał godzinę – 18.32 – i posta­no­wił, że wyśle do redak­cji radia maila z pyta­niem o ten utwór.

Dzwo­nek domo­fonu ode­zwał się za pięt­na­ście siódma.

Kon­rad otwo­rzył bramę, nie pod­no­sząc słu­chawki, i zosta­wił uchy­lone drzwi. Po chwili wszedł Mar­cin z ple­ca­kiem, w któ­rym pobrzę­ki­wały butelki.

– Piwo już kupi­łem! – krzyk­nął do niego z kuchni Kon­rad. – Jesteś głodny? – zapy­tał.

– Ow­szem! – odparł Mar­cin.

– Do wyboru. Możemy zamó­wić pizzę lub chińsz­czy­znę. Mają tutaj dosko­nałą zupę pekiń­ską i kre­wetki w cie­ście seza­mo­wym. Co bie­rzemy?

– Wolę chińsz­czy­znę.

– Przej­rzyj ulotkę restau­ra­cji Mistrz Azja i zama­wiaj. Zjemy na bal­ko­nie, okay? – Kon­rad zdjął z lodówki brą­zową kartkę i podał Mar­ci­nowi.

Mar­cin prze­niósł się na kanapę do salonu, wziął tele­fon i ści­szył ryczące radio.

Usie­dli na bal­ko­nie. Kon­rad podał piwo i opu­ścił mar­kizę, zacie­nia­jąc miej­sce, w któ­rym sie­dzieli.

– Sze­fie… – zaczął Mar­cin. – Chcia­łem poroz­ma­wiać o pew­nej spra­wie, która wyda­wała mi się ważna, ale po tym, co szef powie­dział dzi­siaj rano w fir­mie, nie mogę o niczym innym myśleć. Wszystko mi się mie­sza!

– Co ci się mie­sza, Mar­cinku?

– No, może nie mie­sza, ale jestem pod wra­że­niem… Zro­zu­mia­łem coś, o czym wcze­śniej nie mia­łem poję­cia. Chcę powie­dzieć, że… – zawie­sił głos – że może szef na mnie liczyć. Zro­bię wszystko, co tylko będzie trzeba. Nie chcę, by szef myślał, że to sprawa oso­bi­sta… cho­ciaż też… ale po pro­stu uwa­żam, że tak trzeba. – Jego głos brzmiał tro­chę dzie­cin­nie, ale szcze­rze i poważ­nie. – Dzię­kuję, że wziął mnie szef do tej roboty, że mi zaufał, zanim się dowie­dział, o czym chcę dziś z sze­fem poroz­ma­wiać.

– To nie ma dla mnie zna­cze­nia – odparł Kon­rad.

– Dla mnie ma, sze­fie! I to duże!

– Jesteś jesz­cze mło­dym, ale już doświad­czo­nym ofi­ce­rem. Masz nosa do tej roboty i ni­gdy się na tobie nie zawio­dłem…

Kon­rad powstrzy­mał się, by mu nie powie­dzieć, że zwy­czaj­nie go lubi, bo nie chciał, aby jego ofi­ce­ro­wie, z wyjąt­kiem Sary, mieli poczu­cie zbyt­niego skra­ca­nia dystansu. Po pro­stu nie uży­wał takich słów, ale oni i tak wie­dzieli, jak jest.

– Wła­śnie dla­tego, że tak szef mówi, że mi ufa, że będę uczest­ni­czył w tej ope­ra­cji, czuję się jak zbity pies! Czuję się podle!

Mar­cin był auten­tycz­nie smutny. Kon­rad ni­gdy nie widział go w takim sta­nie i lekko się zanie­po­koił. Już chciał coś powie­dzieć, lecz Mar­cin cią­gnął dalej:

– Sze­fie! Powiem tak! Jeżeli po tym, co szef usły­szy, wyrzuci mnie z Wydziału… czy cokol­wiek… zro­zu­miem to! Mój sto­su­nek do szefa się nie zmieni… Zawsze będzie szef moim men­to­rem. Efen­dim. – Mar­cin trzy­mał cały czas piwo w ręku, ale nie pił.

– Nie kręć już! Bez tych dyr­dy­ma­łów! O co cho­dzi? – zapy­tał Kon­rad zde­cy­do­wa­nym, ale miłym tonem, by ulżyć mu w wyraź­nie już męczą­cym wywo­dzie.

Mar­cin wypił jed­nym pocią­gnię­ciem pół szklanki piwa i odsta­wił ją powoli na stół.

– Jestem szpie­giem…

– To dobrze! – wtrą­cił żar­to­bli­wie Kon­rad. – Wszy­scy jeste­śmy szpie­gami.

– Nie! Źle się wyra­zi­łem. Nie o to cho­dzi…

– Rosyj­skim, nie­miec­kim, turec­kim…?

– Wydziału Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego – wydu­sił z sie­bie po chwili Mar­cin i jak zbity pies spoj­rzał Kon­ra­dowi pro­sto w oczy.

– No? I co z tego? – obo­jęt­nie zare­ago­wał Kon­rad.

– Jak to co z tego? – odparł zdzi­wiony Mar­cin. – Zgo­dzi­łem się dono­sić, co się dzieje w Wydziale! Dono­sić na szefa, na Sarę, na wszyst­kich! Zła­ma­łem się, kurwa! Czuję do sie­bie wstręt! A teraz to już w ogóle jestem śmie­ciem!

– Spoko. Po kolei. Jak to było? Opo­wiedz od początku.

– Mam wra­że­nie, że to robota naszego naczel­nika.

– No więc wła­śnie. Zasta­nów się. Po co im taki dono­si­ciel jak ty, skoro mają u nas Belika? Bez sensu! – sko­men­to­wał Kon­rad tylko po to, żeby go uspo­koić.

Dosko­nale wie­dział, że Mar­cin jest im potrzebny jak listek figowy, by zna­leźć coś na niego, Kon­rada, i w końcu pozbyć się go z Wydziału i Agen­cji. Pew­nie potrzebne jest miej­sce dla jakie­goś kum­pla z ABW. A w Agen­cji Wywiadu zawsze można coś zna­leźć na każ­dego, bo takie jest życie na kra­wę­dzi.

– To było tak. Jakieś dwa mie­siące temu, aku­rat gdy szef wyje­chał, wezwała mnie ta Lonia, nie­do­uczona, „Mała Głowa”. I nie­udol­nie legen­du­jąc, pró­bo­wała uzy­skać ode mnie infor­ma­cję, co się dzieje w Wydziale. Naj­bar­dziej ją inte­re­so­wały rela­cje mię­dzy sze­fem i Sarą. Pyta­nia zmie­rzały w kie­runku spraw intym­nych… – Mar­cin prze­rwał i prze­wró­cił oczami. – Powie­dzia­łem, że nic nie wiem, że wszystko jest nor­mal­nie. Wcze­śniej sły­sza­łem od kogoś, że Lonia nie lubi Sary… no… takie tam… Rozu­mie szef, jak dziew­czyny się ści­gają, to zawsze sobie obe­trą kolana albo coś jesz­cze… I rze­czy­wi­ście jej pyta­nia szły tro­chę za daleko. Tak mi się wyda­wało.

– Cie­kawe… Tylko to? – zapy­tał obo­jęt­nie Kon­rad, ale to, co usły­szał, mocno go zanie­po­ko­iło.

– Skąd! – cią­gnął Mar­cin z coraz więk­szym zaan­ga­żo­wa­niem. – Chciała też wie­dzieć, czy nie robi szef jakichś prze­krę­tów finan­so­wych, nie naciąga na die­tach zagra­nicz­nych… tego typu pyta­nia. Czy kon­tro­luje wydatki M-Irka. Czy spo­tyka się po pracy z Lut­kiem albo ze sta­rymi esbe­kami. Wzywa mnie raz w tygo­dniu i w imie­niu swo­jego naczel­nika zabra­nia mi mówić o tym komu­kol­wiek. Ale mam nie­od­parte wra­że­nie, że „Mała Głowa” robi to nie tylko z jego pole­ce­nia, lecz także z powo­dów oso­bi­stych. Jakie ona ma moralne prawo pytać o takie rze­czy, kiedy sama znana jest z naj­gło­śniej­szego skan­dalu ero­tycz­nego w dzie­jach Agen­cji? Bo o innych jej suk­ce­sach jakoś nikt nie sły­szał. I jesz­cze ten jej strój i maki­jaż! Jak ruska papuga…

– Mar­cin! – krzyk­nął Kon­rad, bo choć sam też tak uwa­żał, wolał prze­rwać to samo­na­krę­ca­nie, w jakie jego pod­władny wyraź­nie popadł. – Nie ma pro­blemu, jeżeli mówisz jej prawdę. A znam cię i wiem, że nie jesteś kon­fa­bu­lan­tem. Ja nie mam nic do ukry­cia… – Kon­rad zawie­sił głos. – A w zasa­dzie nie mia­łem. Do dzi­siaj. I mam tylko wyrzuty sumie­nia, że wcią­gną­łem was w sprawę tego archi­wum…

– Sze­fie, to nie tak! Ja naprawdę wie­rzę, że to, co robimy, jest słuszne.

– Dzię­kuję ci!

Wyraz twa­rzy Mar­cina zmie­nił się nie do pozna­nia. Widać było, jaką ulgę spra­wiło mu to wyzna­nie i obo­jętna reak­cja Kon­rada, którą odczy­tał jako wotum zaufa­nia. I miał rację, bo to nie sprawa jego dono­si­ciel­stwa czy wybu­ja­łej fan­ta­zji sek­su­al­nej pani Loni zro­biła na sze­fie wra­że­nie. Kon­rad uzmy­sło­wił sobie coś, co już wie­dział, ale teraz dotarło to do niego z jesz­cze więk­szą siłą. To, o czym Mar­cin w swo­jej szcze­rej naiw­no­ści nie miał poję­cia, a czego był narzę­dziem i ofiarą. W ciągu ostat­nich lat par­tia rzą­dząca, kie­ru­jąc się wła­sną ideą naprawy pań­stwa, pod­stęp, podejrz­li­wość, aro­gan­cję wynio­sła do rangi cnót. Mani­pu­lo­wa­nie mate­ria­łami IPN stało się orę­żem. Jed­nak wcze­śniej Kon­rad ni­gdy nie przy­pusz­czał, że owe cnoty zostaną prze­nie­sione także do życia wewnętrz­nego Agen­cji Wywiadu. Ofiarą padli, jak widać na przy­kła­dzie Mar­cina, mło­dzi ofi­ce­ro­wie, nie­do­świad­czeni i jesz­cze nie­od­porni na pod­łość i pod­stęp. Tak naprawdę w pracy wywia­dow­czej nie można nic nikomu kazać, a tym bar­dziej stra­szyć bada­niem na wykry­wa­czu kłam­stwa. Suk­ces moż­liwy jest wyłącz­nie w atmos­fe­rze zaufa­nia i odda­nia spra­wie. Tylko wtedy ofi­cer może prze­te­sto­wać sie­bie, swoją odwagę i pomy­sło­wość.

W naszej Agen­cji – pomy­ślał Kon­rad – wystar­czą dwa, trzy takie przy­padki jak sprawa Mar­cina, by wirus demo­ra­li­za­cji zaczął zże­rać naj­słab­szych. A w takiej służ­bie, jaką jest wywiad, nie ma nic gor­szego. I jesz­cze ten pro­fe­so­rek z Toru­nia, przy­ja­ciel „Gene­rała”, spe­cja­li­sta teo­re­tyk od służb spe­cjal­nych, który agenta na oczy nie widział, mie­sza jaki­miś pomy­słami o roze­dr­ga­niu… czy coś takiego. Czy w tym Toru­niu nie ma już nor­mal­nych ludzi? Jak można być pro­fe­so­rem od służb spe­cjal­nych? Nie ma takiej nauki i ni­gdy nie będzie, bo ina­czej powsta­łaby już dawno. Razem z nauką o pro­sty­tu­cji. Ogól­nych zasad szpie­go­stwa można się nauczyć, to dwie nie­duże książki, ale ofi­ce­rem wywiadu trzeba się uro­dzić i czę­sto nie są do tego potrzebne żadne szkoły. Szpie­go­stwo to są wszyst­kie para­nauki świata razem wzięte, od parap­sy­cho­lo­gii i prawa zaczy­na­jąc, na teo­riach kwan­to­wych i para­spe­le­olo­gii koń­cząc. Dla­czego poli­tycy, ich doradcy, pro­fe­so­ro­wie nisz­czą wła­sną służbę, takich ofi­ce­rów jak Mar­cin? Prze­cież sami chcieli mieć już tylko swo­ich, mło­dych, nie­ska­żo­nych komuną! Czy po takim gwał­cie Mar­cin będzie jesz­cze nor­mal­nym ofi­ce­rem? Czy udział w zapla­no­wa­nej przeze mnie ope­ra­cji pomoże mu uwie­rzyć, że słu­żymy słusz­nej spra­wie i jeste­śmy praw­dzi­wymi towa­rzy­szami broni? Czy już ni­gdy nie będzie dono­si­cie­lem i nie sprze­nie­wie­rzy się sobie samemu?

Kon­rad sie­dział zato­piony w nie­upo­rząd­ko­wa­nych myślach i patrzył na Mar­cina, który z roz­ra­do­wa­niem i zaan­ga­żo­wa­niem coś opo­wia­dał, kiedy roz­le­gło się brzę­cze­nie domo­fonu.

– Pie­nią­dze leżą w przed­po­koju – powie­dział z ulgą do Mar­cina, który pode­rwał się z fote­lika, by ode­brać zamó­wioną chińsz­czy­znę.

Na dzi­siaj miał już dość. Nie Mar­cina, tylko tych natręt­nych myśli. Dla­czego w Agen­cji jest tak, jak jest, i dla­czego nikomu nie zależy, żeby było lepiej? A prze­cież jesz­cze nie­dawno pol­ski wywiad był w pierw­szej piątce.

Co to był za utwór? – pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć. Na pewno nie Pre­isner ani Mor­ri­cone.

23

Trzy flagi lekko powie­wały w podmu­chach bryzy. Monu­men­talne ciel­sko promu Scan­di­na­via stało nie­ru­chomo w por­cie Nynäshamn. Przez chwilę Jor­gen­se­nowi się wyda­wało, że zna ten sta­tek.

W tłu­mie ludzi wypeł­nia­ją­cym duszną halę odpraw cze­kał nie­cier­pli­wie, aż zaczną wpusz­czać na pokład. Był już tro­chę zmę­czony. Dojazd z Jakobs­bergu kolejką, która zatrzy­my­wała się na nie­zli­czo­nych sta­cjach, trwał ponad godzinę.

Jor­gen­sen sta­rał wsłu­chi­wać się w roz­mowę chło­paka i dziew­czyny, któ­rzy obju­czeni ple­ca­kami stali tuż za nim. Nagle tem­pe­ra­tura gło­sów w hali wzro­sła i wszy­scy zaczęli się prze­su­wać w kie­runku wej­ścia na prom.

Naj­pierw długi kory­tarz, a potem strome schody. Był zado­wo­lony, że wziął tylko torbę na ramię. Koszula na zmianę, zapa­sowe skar­petki, bie­li­zna, kosme­tyki i cięż­kie brą­zowe pudełko obite sta­rym mosią­dzem – to wszystko.

Usiadł na roz­kła­da­nym łóżku w kabi­nie numer 6020 i spraw­dził, czy będzie mu się wygod­nie spało. Przez chwilę nasłu­chi­wał gło­sów docho­dzą­cych z kabiny obok, naj­wy­raź­niej jakiejś pol­skiej rodziny. Pomy­ślał, że dzieci pójdą wkrótce spać i hałas za ścianą umilk­nie. Nagle z zadumy wyrwał go ostry głos spi­kerki wita­jący gości na pro­mie i zachę­ca­jący do zapo­zna­nia się z zasa­dami bez­pie­czeń­stwa.

Stwier­dził z satys­fak­cją, że wszystko dosko­nale zro­zu­miał. Pod­szedł do okna, z któ­rego roz­po­ście­rał się widok na pobli­ską kamienną wyspę poro­śniętą sosnami.

To był błąd, że zde­cy­do­wa­łem się jechać na swoim praw­dzi­wym pasz­por­cie, ale prze­cież nie mia­łem wyj­ścia – pomy­ślał. Jechać na nie­waż­nym pasz­por­cie byłoby jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczne. Ale nie ma co się mar­twić! Już jestem na pro­mie i wszystko będzie dobrze! Z Pola­kami nie powinno być pro­ble­mów, szcze­gól­nie teraz, kiedy już nie ma gra­nic – pró­bo­wał się uspo­ka­jać.

– Pójdę obej­rzeć prom! – powie­dział do sie­bie i zaczął się roz­glą­dać za miej­scem, w któ­rym mógłby scho­wać swoje brą­zowe pudełko.

Nie było wiel­kiego wyboru, więc ukrył je pod pościelą na zło­żo­nej pię­tro­wej pry­czy. Zresztą dla­czego ktoś miałby je ukraść? Na co ono komu?

Przez chwilę się zawa­hał, czy nie wyjąć pudełka i po pro­stu nie posta­wić go na sto­liku. Zaraz jed­nak do niego dotarło, że nawet przy­pad­kowa strata unie­moż­li­wi­łaby mu wyko­na­nie zada­nia w Gdań­sku. Ale jakoś się tym spe­cjal­nie nie prze­jął. Aż go to zdzi­wiło. Kie­dyś nosiłby je przy sobie, a w nocy trzy­mał pod poduszką. Zosta­wił pudełko tam, gdzie było, i wyszedł z kabiny, dokład­nie spraw­dza­jąc, czy drzwi się zamknęły.

Spa­ce­ru­jąc po pro­mie, ze zdu­mie­niem stwier­dził, że ściany ozdo­bione są foto­gra­fiami Gotlan­dii. Na jed­nej, wiszą­cej na pokła­dzie restau­ra­cyj­nym, zauwa­żył frag­ment ogrodu bota­nicz­nego w Visby, z wyraź­nie widoczną zie­loną altaną, w któ­rej nie­dawno był.

Sta­nął i zaczął stu­dio­wać zdję­cie kawa­łek po kawałku, każdy ele­ment, ulicę, dom, ścieżkę. Wczy­ty­wał się w nie z naj­wyż­szą uwagą. Miał wra­że­nie, że kryje się w nim jakaś mityczna tajem­nica, zagadka, na którą odpo­wiedź zna tylko on. Stał tak może kil­ka­na­ście minut, nie był pewien. Zorien­to­wał się, gdy poczuł na ple­cach wzrok star­szej pani sie­dzą­cej na fote­liku obok recep­cji.

Wyszedł na pokład i zaczerp­nął let­niego, rześ­kiego mor­skiego powie­trza. Zasta­na­wiał się, dla­czego to zdję­cie zro­biło na nim takie wra­że­nie.

Nie jestem prze­sądny… prze­cież to nic nie ozna­cza. Skąd u mnie takie myśli?

Stał oparty o barierkę, spo­glą­da­jąc w dół na sza­ro­zie­loną toń mor­skiej wody, gdy poczuł czy­jeś dotknię­cie.

Zoba­czył niskiego, krę­pego męż­czy­znę o okrą­głej nie­ogo­lo­nej twa­rzy, zbyt dłu­gich wło­sach i weso­łych oczach. W gru­bych, znisz­czo­nych dło­niach nie­zna­jomy trzy­mał wyce­lo­wa­nego weń papie­rosa.

– Czy pan ogień może ma? – zapy­tał.

Jor­gen­sen dosły­szał w jego gło­sie coś miłego, zna­jo­mego. Te słowa zabrzmiały miękko i lekko, łagod­nie, nie tak jak pol­ski, który dotąd sły­szał. Po pro­stu ina­czej. Jed­nak zna­jomo.

– Nie, nie palę! – odparł pra­wie iden­tycz­nym śpiew­nym języ­kiem. – Skąd pan jest? – zapy­tał z zacie­ka­wie­niem i obda­rzył męż­czy­znę szcze­rym uśmie­chem.

– Z Bia­ło­rusi… koło Grodna żyjemy. A wy?

– Ja też tam kie­dyś miesz­ka­łem. – Jor­gen­sen sta­rał się mówić powoli, wyraź­nie, z rado­ścią czło­wieka, który po latach odzy­skał mowę.

– A wy tie­pier kto? Szwed? – Nie­zna­jomy patrzył na Jor­gen­sena okrą­głymi oczami.

– Miesz­kam w Szwe­cji od dawna, ale uro­dzi­łem się w gro­dzień­skiej obła­sti, we wsi Mie­dwiedki. Wiesz może, gdzie to jest? – Było to pierw­sze od lat tak dłu­gie zda­nie wypo­wie­dziane przez niego po pol­sku i chyba naj­waż­niej­sze.

Nawet przez chwilę nie pomy­ślał, że ujaw­nił swoją praw­dziwą toż­sa­mość, i to obcej oso­bie. Ale nie czuł zagro­że­nia ze strony ano­ni­mo­wego Bia­ło­ru­sina. Potrzeba roz­mowy, kon­taktu z kimś stam­tąd była tak silna, że gotów był zatrzy­mać go nawet na siłę.

– Nie, nie wiem – odpo­wie­dział Bia­ło­ru­sin.

– No tak, tej wsi już prze­cież nie ma – zre­flek­to­wał się Jor­gen­sen. – Mogę posta­wić wam piwo? – zapy­tał nagle.

– Ja z kolegą, ale bar­dzo chęt­nie…

– Może być z kolegą. To dobrze. Poroz­ma­wiamy tro­chę…

Bia­ło­ru­sin wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Wycią­gnął rękę.

– Nazy­wam się Andriej, a mój kolega Alo­sza.

Jor­gen­sen zamarł, trzy­ma­jąc ciężką dłoń Andrieja. Myślał, jak ma się przed­sta­wić, i nie mógł sobie przy­po­mnieć.

24

O wpół do pierw­szej M-Irek zadzwo­nili do Kon­rada.

– Gotowe, sze­fie.

– Zaraz do was przyjdę. Nikogo nie wpusz­czaj­cie – odpo­wie­dział.

Gdy wszedł do ich pokoju, oszklone ściany były już zasło­nięte role­tami. Wnę­trze wypeł­niało słońce wpa­da­jące przez ogromne okno.

M-Irek stali za dużym sto­łem, na któ­rym leżały dwa kolo­rowe doku­menty w folio­wych koszul­kach. Kon­rad pochy­lił się nad bla­tem i przy­glą­dał się im przez chwilę. Następ­nie nacią­gnął latek­sowe ręka­wiczki, wyjął z folii oba doku­menty, poło­żył jeden obok dru­giego i usiadł na krze­śle. Oglą­dał je w ciszy, dokład­nie, uważ­nie, jak stary, doświad­czony fila­te­li­sta podej­rze­wa­jący fał­szer­stwo Zło­tego Mau­ri­tiusa.

– Pano­wie, jestem pełen uzna­nia. Cudo! Arcy­dzieło fał­szer­stwa! – Pod­niósł się z krze­sła i krę­cąc głową na znak nie­do­wie­rza­nia, czy też raczej uzna­nia, ze szcze­rym uśmie­chem dodał: – To jest nasz mega­wi­rus, koń tro­jań­ski. Dzieło godne naj­więk­szych mistrzów. Musi się spraw­dzić!

– Sze­fie! Jak widać, oba doku­menty nie są iden­tyczne…

– I nie miały być – szybko rzu­cił Kon­rad.

– Zgod­nie z zało­że­niem są one do sie­bie łudząco podobne…

– Skąd wzię­li­ście papier? Wygląda nad­zwy­czaj auten­tycz­nie…

– Sze­fie! Jeżeli mamy przed­sta­wić rezul­taty naszej pracy, to niech się szef na chwilę zamknie – powie­dział Irek zupeł­nie poważ­nie.

– Teo­re­tycz­nie naj­trud­niej­sze było zdo­by­cie przed­wo­jen­nych kre­dek. Oka­zało się jed­nak, że jak zwy­kle nie­za­stą­pieni są kolek­cjo­ne­rzy, hob­by­ści i inni maniacy, z któ­rych usług cza­sami korzy­stamy… – roz­po­czął Mirek.

– I Inter­net – dodał Irek. – Tym razem za nie­wielką opłatą wypo­ży­czy­li­śmy kom­plet ory­gi­nal­nych przed­wo­jen­nych kre­dek nie­miec­kiej firmy Sta­ed­tler. Nie wiemy, jakich kre­dek użyto do spo­rzą­dze­nia doku­mentu, i prak­tycz­nie jest to obec­nie nie do usta­le­nia.

– Jeżeli nie ma mate­riału porów­naw­czego, nikt tego nie ustali – z wielką powagą stwier­dził Mirek.

– Ory­gi­nalny doku­ment został spo­rzą­dzony przez ofi­ce­rów przed­wo­jen­nego pol­skiego wywiadu, wyko­nany nato­miast w… czter­dzie­stym dru­gim lub czter­dzie­stym trze­cim roku? – Irek spoj­rzał pyta­jąco na Kon­rada.

– Jeżeli tak – kon­ty­nu­ował Mirek – to uzna­li­śmy, że musimy użyć kre­dek, z któ­rych korzy­stali ówcze­śni pol­scy kar­to­gra­fo­wie woj­skowi. Ina­czej nie będzie to prze­ko­nu­jące. Dzięki pol­skim hob­by­stom usta­li­li­śmy, że w woj­sku uży­wano głów­nie pro­duk­tów firmy Sta­ed­tler.

– Zatem kredki pasują! Co dalej? – rzu­cił z nie­cier­pli­wo­ścią Kon­rad.

– Mamy kredki… Teraz potrzebny był przed­wo­jenny papier. W tym momen­cie musimy się przy­znać do poważ­nego prze­stęp­stwa…

Kon­rad spoj­rzał ze zdzi­wie­niem, podej­rze­wa­jąc M-Irka o kolejny nie­stan­dar­dowy pomysł. A prze­cież i tak, zle­ca­jąc im tę robotę, powie­dział wyraź­nie: „Nie­ważne, jak to zro­bi­cie. Ma być gotowe za dwa dni”.

– Otóż papier pocho­dzi z pracy magi­ster­skiej nie­ja­kiego Mie­czy­sława Bie­guna z tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stego pią­tego roku. Na początku i na końcu były puste kartki. Tak się wtedy robiło, żeby było ład­niej, bar­dziej ele­gancko…

– Poważ­nie – dodał Irek.

– No to ciach, i wycię­li­śmy…

– A skąd wzię­li­ście pracę tego Bie­guna? – zapy­tał Kon­rad.

– No wła­śnie… Z Biblio­teki Naro­do­wej.

– A dla­czego praca magi­ster­ska jakie­goś Bie­guna jest w Biblio­tece Naro­do­wej? Gdzieś sły­sza­łem to nazwi­sko…

– Też nie wiemy! – odpo­wie­dzieli zgod­nie jak na komendę.

– No dobrze, w końcu wycię­li­ście puste kartki… tak? Biblio­teka nie stra­ciła zatem żad­nego tek­stu, ani jed­nego słowa, ni literki… Nawet nie jestem pewny, czy doszło do uszko­dze­nia dzieła… prawda? – Ton Kon­rada jed­no­znacz­nie wska­zy­wał na lekką iro­nię.

– Mamy kredki, mamy papier… Teraz szkic! Co ma być na doku­men­cie… – zaczął poważ­niej Mirek.

– Zawar­tość doku­mentu, jego treść to robota Lutka – wyja­śnił Irek. – Wyko­nał nie­praw­do­po­dobną pracę. Sie­dział nad zdję­ciami sate­li­tar­nymi twier­dzy brze­skiej i w Inter­ne­cie przez sie­dem­dzie­siąt godzin, bez snu, żywiąc się swo­imi kok­taj­lami warzywno-owo­co­wymi.

Poło­żył na stole ogromny arkusz. Zdję­cie sate­li­tarne cyta­deli twier­dzy w Brze­ściu było pozna­czone róż­no­ko­lo­ro­wymi kre­skami, kół­kami, cyframi, lite­rami. Na brze­gach wid­niały rów­nież jakieś obli­cze­nia. Kon­rad miał wra­że­nie, że brak w tym ele­men­tar­nego porządku i logiki.

– Według Lutka skrzy­nia…

– A gdzie on jest? – zapy­tał nagle Kon­rad.

– Śpi!

– Chyba prze­sa­dza z tą skrom­no­ścią. Będę musiał z nim poroz­ma­wiać…

– Według Lutka – powtó­rzył Irek – skrzy­nia jest tutaj! – wska­zał czer­wone kółko. Następ­nie pod­szedł do dru­giego stołu i przy­niósł iden­tycz­nych roz­mia­rów arkusz, który poło­żył na zdję­ciu sate­li­tar­nym.

– Co to takiego? – zain­te­re­so­wał się Kon­rad.

– Tym razem pomógł nam hob­by­sta z Nie­miec. To kopia pol­skiego przed­wo­jen­nego planu twier­dzy. Bar­dzo dokładna, już nie tajna. Powięk­szy­li­śmy z Lut­kiem jej frag­ment do peł­nej zgod­no­ści ze skalą zdję­cia i nało­ży­li­śmy jedno na dru­gie.

Tym­cza­sem Mirek zakrył okno i zapa­lił świa­tło pod szkla­nym bla­tem. Poja­wił się wyraźny obraz, skła­da­jący się z rysunku, zdję­cia i zna­ków posta­wio­nych przez Lutka. Kon­rad przyj­rzał się dokład­niej tej nie­zwy­kłej kom­po­zy­cji i dopiero teraz zauwa­żył, że praca Lutka miała okre­ślony porzą­dek i sens.

– Na pod­sta­wie szkicu pro­fe­sora i jego opo­wie­ści Lutek doko­nał ana­lizy topo­gra­ficz­nej twier­dzy i wyty­po­wał miej­sce zako­pa­nia skrzyni. Naj­pierw na pod­sta­wie planu od Niemca, potem nało­żył na to zdję­cie sate­li­tarne. Wyszło, że to tutaj, plus minus dwa metry. – Irek wska­zał ręką czer­wone kółko. – Lutek jest pewny w dzie­więć­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu pro­cen­tach! To są ścią­gnięte z Inter­netu zdję­cia hory­zon­talne tego miej­sca. – Podał Kon­ra­dowi plik foto­gra­fii A4.

– Nie będzie łatwo! No dobrze, pokaż­cie mi teraz to dru­gie miej­sce – powie­dział, przej­rzaw­szy zdję­cia.

– Lutek wyty­po­wał punkt, który nazwa­li­śmy „Siur­priz”, po dru­giej stro­nie cyta­deli. Tak usy­tu­owany, by można było go obser­wo­wać z dużej i bez­piecz­nej odle­gło­ści, także w nocy. – Irek wziął wskaź­nik i poka­zał Kon­ra­dowi zie­lone kółko na mapie. – Miej­sce poło­żone jest około trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu metrów na pół­nocny zachód od wej­ścia, po dru­giej stro­nie nie­du­żego zagaj­nika, nie­wi­doczne z drogi głów­nej. W pobliżu są ruiny fortu. Punkt obser­wa­cyjny Lutka jest tutaj – poka­zał strzałką – około trzy­stu dwu­dzie­stu metrów na pół­noc, na wałach ota­cza­ją­cych twier­dzę. Widoku nie zasła­niają żadne drzewa, a Lutek może stąd szybko i bez­piecz­nie ewa­ku­ować się do mia­sta i ukryć.

– Wygląda dobrze! Nazwa też mi się podoba… Dow­cip­ni­sie! – stwier­dził z prze­ką­sem Kon­rad. – Musimy to jed­nak jesz­cze prze­ćwi­czyć, jak się wyśpi nasz gro­mo­władny koman­dos. W porządku, co dalej?

– Teraz, sze­fie, gdy mie­li­śmy już punkt „Siur­priz”, mogli­śmy przy­stą­pić do pro­duk­cji wła­ści­wego doku­mentu – roz­po­czął Mirek. – Wyszli­śmy z zało­że­nia, że to nie będzie oczy­wi­ście kopia, bo być nie może, lecz doku­ment łudząco przy­po­mi­na­jący ory­gi­nał, wska­zu­jący na „Siur­priz” jako miej­sce ukry­cia skrzyni. Musiał też zawie­rać wszyst­kie cechy indy­wi­du­alne ory­gi­nału pro­fe­sora, jak cha­rak­ter pisma, kolo­ry­stykę, zabru­dze­nia. W rze­czy­wi­sto­ści udało nam się sko­pio­wać doku­ment, wpro­wa­dza­jąc dodat­kowe infor­ma­cje, a inne wyma­zu­jąc, tak by nie było naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że skrzy­nia jest w punk­cie „Siur­priz”.

– A jeżeli Rosja­nie zba­dają doku­ment? Prze­cież nie są dur­niami, mogą podej­rze­wać, że to nasza inspi­ra­cja, że chcemy ich wpu­ścić w kanał. Zakła­dam, że będą chcieli zoba­czyć ory­gi­nał, cho­ciaż na chwilę, żeby go zba­dać… – Kon­rad prze­cha­dzał się po pokoju, mówiąc, jakby się gło­śno zasta­na­wiał.

– Doku­ment spra­wia dobre wra­że­nie – wtrą­cił Irek. – Nawet dla znawcy, który weź­mie go do rąk, jest abso­lut­nie prze­ko­nu­jący… Naj­wy­żej spe­cja­li­styczne bada­nie labo­ra­to­ryjne mogłoby wzbu­dzić pewne wąt­pli­wo­ści… ale i to nie sądzę. Pod­da­li­śmy go nawet utle­nia­niu, by kredka wybla­kła i wyglą­dała bar­dziej natu­ral­nie…

– Sze­fie, nie jeste­śmy zawo­do­wymi fał­sze­rzami, znamy tro­chę tech­nikę kry­mi­na­li­styczną – ode­zwał się Mirek, jakby sądził, że Kon­rad jest nie­za­do­wo­lony – ale zro­bi­li­śmy co w naszej mocy…

– Pano­wie, źle mnie zro­zu­mie­li­ście. To jest wspa­niałe dzieło, nie­zwy­kłe! Powiem wprost: jestem dumny, że z wami pra­cuję, i dobrze o tym wie­cie! Nie ma ide­al­nego fal­sy­fi­katu, bo wów­czas nie byłby to fal­sy­fi­kat. A w naszej pracy, jak wia­domo, nie da się wszyst­kiego prze­wi­dzieć, zapla­no­wać. Szczę­ście, przy­pa­dek i syn­drom nie­odro­bio­nych lek­cji są akto­rami każ­dego naszego przed­sta­wie­nia, czy tego chcemy, czy nie. I tak też jest w tym przy­padku. Miejmy więc nadzieję, że Rosja­nie to kupią! Wtedy ich mamy! – powie­dział Kon­rad lekko pod­nie­sio­nym gło­sem i w duchu zawsty­dził się swo­jego patosu.

– Teraz ostat­nia sprawa – prze­jął ini­cja­tywę Irek. – Zabez­pie­cze­nie doku­mentu na wypa­dek, gdyby ktoś pró­bo­wał go sko­pio­wać…

– Pano­wie! Mówi­łem już, że to nad­zwy­czaj ważne – prze­rwał mu Kon­rad. – Sądzę, że Rosja­nie będą chcieli mieć choć kopię tego planu, by pod­dać go przy­naj­mniej ogól­nej ana­li­zie pod kątem jego wia­ry­god­no­ści. Wia­ry­god­no­ści zawar­to­ści mery­to­rycz­nej, nie tech­nicz­nej. Od tego doku­mentu wiele zależy. Przede wszyst­kim dla nich! Na jego pod­sta­wie będą musieli pod­jąć ważne i mocno ryzy­kowne decy­zje. Czy nasz plan się powiódł i czy dali się nabrać, dowiemy się na samym końcu. Ostat­niego dnia. I wtedy też się okaże, czy popeł­ni­li­śmy błąd, czy udało im się nas prze­chy­trzyć i przej­rzeć nasz pod­stęp… – Zoba­czył zdzi­wione twa­rze M-Irka, zro­zu­miał i szybko się popra­wił: – Może nie powi­nie­nem był powie­dzieć „popeł­ni­li­śmy błąd”, tylko raczej „nie zdo­ła­li­śmy wszyst­kiego prze­wi­dzieć”.

– Więc tak, sze­fie… – Mirek wziął duże szkło powięk­sza­jące i pod­szedł do Kon­rada. – Tutaj, tutaj i tutaj umie­ści­łem świa­tło­czułe kropki. Teraz są one zupeł­nie nie­wi­doczne. Każda jest innej czu­ło­ści. Teo­re­tycz­nie powinny pozwo­lić ziden­ty­fi­ko­wać, czy doku­ment został sko­pio­wany na kse­ro­ko­piarce, czy apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym z bły­skiem. To jest nasz eks­pe­ry­ment i trudno powie­dzieć, czy się uda… taką przy­naj­mniej mamy nadzieję.

– Wysta­wie­nie doku­mentu na mocne świa­tło sło­neczne przez dłuż­szy czas lub silne oświe­tle­nie z innego źró­dła może wywo­łać podobny efekt – dodał Irek – ale, jak rozu­miemy, natu­ral­nym miej­scem prze­cho­wy­wa­nia doku­mentu jest szafa pan­cerna w IPN i naj­bar­dziej praw­do­po­dob­nym spo­so­bem sko­pio­wa­nia będzie ksero. – Popa­trzył pyta­jąco na Kon­rada, który ski­nął głową.

– Zro­bi­li­śmy coś jesz­cze – wrzu­cił teraz Mirek. – Jak szef widzi, ory­gi­nalny doku­ment jest w folio­wej koszulce i można go w ten spo­sób oglą­dać, ale gorzej z kse­ro­wa­niem czy zdej­mo­wa­niem apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym, gdyż obraz będzie dawać refleks. Trzeba naj­pierw wyjąć doku­ment z koszulki, co jest łatwe. A że papier jest teraz wyczysz­czony z odci­sków, nie­wy­klu­czone, że zła­piemy sprawcę także w ten spo­sób…

– Dosko­nale! Jest szansa, że się uda. Powinno… Spraw­dzimy za tydzień. – Kon­rad był wię­cej niż zado­wo­lony i szcze­rze chciał to oka­zać M-Irkowi. – Jeżeli kropka się zabarwi, to będzie zna­czyło, że jest rosyj­ski kret. Potem musimy go wyło­wić. Ale upew­nimy się dopiero, gdy będziemy mieć skrzy­nię… – Zamy­ślił się na chwilę. – Jedno jest uza­leż­nione od dru­giego, a czy w naszej pracy ist­nieje zbieg oko­licz­no­ści?

25

Gra­nicę bia­ło­ru­sko-ukra­iń­ską prze­je­chał bez pro­ble­mów. Miał dobre doku­menty i aktu­alną dele­ga­cję służ­bową wysta­wioną przez pań­stwową firmę, a w rze­czy­wi­sto­ści pro­dukt sek­cji lega­li­za­cji Wydziału „Q” AW. Mimo to, kiedy prze­kra­czał gra­nicę, nie opusz­czało go zde­ner­wo­wa­nie.

Wycho­dząc z domu, zabrał nawet ze sobą broń, ale zasko­czony bez­sen­sem tego czynu wró­cił i zosta­wił ją w skrytce. Teraz, już na dworcu w Kijo­wie, poczuł odprę­że­nie i powra­ca­jące poczu­cie rów­no­wagi.

Przez całą drogę zasta­na­wiał się, co powie­dzieć Sarze. Miał tylko dwie moż­li­wo­ści: wyja­wić jej całą prawdę lub nie wyja­wić nic. Wybór był teo­re­tycz­nie pro­sty. To nie była sprawa jego uczci­wo­ści. Nie cho­dziło też o kłam­stwo. Roz­wa­ża­jąc swoje postę­po­wa­nie, „Tra­vis” nie myślał o nim w tych kate­go­riach. Inte­re­so­wało go tylko, kto weź­mie odpo­wie­dzial­ność za to, co się stało.

Jeżeli wszystko powie Sarze, wów­czas odpo­wie­dzial­ność spada na pań­stwo. Trzeba będzie prze­pro­wa­dzić for­malne docho­dze­nie, prze­słu­chać świad­ków i tak dalej. Uczciwa ocena zda­rze­nia byłaby w grun­cie rze­czy nie­moż­liwa, gdyż musia­łaby się oprzeć wyłącz­nie na jego wyja­śnie­niach. A w takiej sytu­acji, po ofi­cjal­nych zapew­nie­niach typu „rozu­miemy”, „nie miał pan innego wyj­ścia”, powoli zacznie two­rzyć się wokół niego atmos­fera próżni. Zda­wał sobie sprawę, że zosta­nie wydany wyrok, tyle że bez moż­li­wo­ści jego wyko­na­nia.

„Tra­vis” dosko­nale wie­dział – mówiła mu o tym Sara pod­czas szko­le­nia i nauczył się tego w KGB – że w służ­bach spe­cjal­nych obo­wią­zuje kar­dy­nalna zasada: „Wszyst­kie wąt­pli­wo­ści tłu­ma­czone są na twoją nie­ko­rzyść”. Kie­dyś wyda­wała mu się idio­tyczna, lecz z bie­giem czasu zro­zu­miał jej sens, szcze­gól­nie gdy musiał sam pod­jąć decy­zję. Wtedy ta zasada jak bak­te­ria wzmac­nia sys­tem immu­no­lo­giczny każ­dego ofi­cera, ale też chroni całą służbę przed błęd­nymi decy­zjami ofi­ce­rów. Chroni pań­stwo. Powi­nien się jej pod­dać i przy­jąć swój los z pokorą. Wie­dział jed­nak, że obej­mie ona rów­nież Sarę, która prze­cież stwo­rzyła „Tra­visa”.

Czuł silną potrzebę, by komuś o tym powie­dzieć. Zrzu­cić z sie­bie choć odro­binę tego strasz­nego cię­żaru. Podzie­lić się odpo­wie­dzial­no­ścią. Pomy­ślał jed­nak zaraz, że nie może tego zro­bić. On ponosi całą odpo­wie­dzial­ność. On pod­jął decy­zję i musi ponieść jej kon­se­kwen­cje.

Wziął tak­sówkę i kazał się zawieźć na plac Neza­leż­no­sti. Kijów znał słabo. Był tutaj dopiero drugi raz, więc musiał impro­wi­zo­wać.

Zostało mu dużo czasu. Spo­tka­nie z Sarą miał umó­wione dopiero na osiem­na­stą. Dzień był pochmurny, ale na szczę­ście nie padało.

Deszcz bar­dzo utrud­nia reali­za­cję trasy spraw­dze­nio­wej i wymu­sza więk­szy wkład szpie­gow­skiego kunsztu – pomy­ślał bez entu­zja­zmu.

Usiadł na ławce i wyjął z teczki kanapkę z szynką i żół­tym serem, którą przy­go­to­wał sobie jesz­cze w Miń­sku. Obser­wo­wał oto­cze­nie, cho­ciaż i tak wie­dział, że w tym miej­scu nic nie zauważy, ale nie przej­mo­wał się spe­cjal­nie. Na dużej otwar­tej prze­strzeni placu widział ludz­kie punk­ciki poru­sza­jące się we wszyst­kich kie­run­kach. Gdzieś daleko, za roz­bu­dzoną już fon­tanną, stała nie­ru­chomo czarna postać archa­nioła Gabriela. Za nią wynu­rzała się z ziemi wielka szklana kula. W tle dostrzegł logo McDo­nald’sa i przez chwilę pomy­ślał o che­ese­bur­ge­rze.

Sara na pewno już tu jest, gdzieś tam, wśród tych punk­ci­ków! Kiedy to sobie uświa­do­mił, zro­biło mu się jakoś dziw­nie przy­jem­nie. Jak to jest… dwoje ofi­ce­rów pol­skiego wywiadu spę­dza osobno cały dzień w Kijo­wie, by wresz­cie spo­tkać się w jed­nym miej­scu.

Nie… nie mogę jej powie­dzieć! – dotarło nagle do niego.

Miał poczu­cie, jakby ktoś inny pod­jął decy­zję, a on natych­miast się z nią zgo­dził, bo wyda­wała się taka oczy­wi­sta.

Wszystko opi­szę i zako­duję na pen­dri­vie. Jako doku­ment do odczy­ta­nia. Kie­dyś… tak będzie naj­le­piej.

Zjadł kanapkę, ale na­dal był głodny. Pomy­ślał o barsz­czu ukra­iń­skim. Wyjął plan Kijowa i stu­dio­wał go przez chwilę. Napił się cie­płej coli z butelki i ruszył powoli Chresz­cza­ty­kiem w kie­runku Dnie­pru. Szedł sze­ro­kim, zadrze­wio­nym bul­wa­rem i miał wra­że­nie, że wszy­scy mija­jący go prze­chod­nie poru­szają się w przy­spie­szo­nym tem­pie, jak zama­zane cie­nie w wide­okli­pie na MTV.

Zaczął się zasta­na­wiać, jak opi­sać wyda­rze­nia ostat­nich dwóch tygo­dni. Jakich użyć słów. Jak oddać prawdę. O fak­tach, o sobie, swo­ich uczu­ciach. O tym, co czuje teraz. I dla­czego to zro­bił. Nie wie­dział, czy to ma być wyzna­nie, czy może jed­nak zezna­nie. Jak napi­sać prawdę? Czy pro­sić o prze­ba­cze­nie, a jeżeli tak, to kogo? Prze­czy­tał tyle ksią­żek, obej­rzał tyle fil­mów, wycho­wany w szczę­śli­wym domu, w któ­rym wiara pra­wo­sławna była praw­dzi­wym fun­da­men­tem. I nagle wszystko to na nic! Do niczego się nie przy­dało!

Jeżeli przez całe życie kie­ru­jesz się zasa­dami i prze­grasz, to po co ci takie zasady? Może to nie są zasady! Jak to było? Muszę teraz na chłodno upo­rząd­ko­wać wszyst­kie zda­rze­nia – pomy­ślał Oleg Popow, w rze­czy­wi­sto­ści Igor Sza­niaw­ski, kapi­tan pol­skiego wywiadu.

Tak… to było w środę… pod koniec pracy. Ste­pa­no­wycz przy­szedł do mojego pokoju. Od razu coś mnie tknęło, bo cho­ciaż się zna­li­śmy, ni­gdy wcze­śniej tego nie zro­bił. Puł­kow­nik kontr­wy­wiadu, książę KGB… to on wzy­wał do sie­bie. W szcze­gól­no­ści takich jak ja, z Wydziału Tech­nicz­nego. Wszy­scy wie­dzieli, że to chciwy i do cna sko­rum­po­wany ofi­cer. I bez­względny!

Wie­dzia­łem, że coś się sta­nie, że coś jest nie tak, jak tylko zoba­czy­łem go sia­da­ją­cego naprze­ciw mnie, z tym świ­dru­ją­cym wzro­kiem i iro­nicz­nym uśmiesz­kiem. Czę­sto­wał mnie papie­ro­sami, cho­ciaż wie­dział, że nie palę. Pew­nie chciał spraw­dzić, czy się dener­wuję. Zało­żył nogę na nogę, zacią­gał się mocno i wydmu­chi­wał dym powoli do góry, jak paro­wóz. Ale wcale nie wyglą­dał śmiesz­nie… Dener­wo­wa­łem się. Wyda­wało mi się, że on to widzi i świet­nie się bawi. Zaschło mi w ustach i zupeł­nie nie wie­działem, co powie­dzieć, cho­ciaż sta­ra­łem się patrzeć mu pro­sto w twarz. To było tak trudne… jak ni­gdy dotąd.

Nie pamię­tam już teraz, czy to trwało sekundy, czy minuty… ale wyda­wało mi się, że się ni­gdy nie skoń­czy. W pew­nym momen­cie uśmiech­nął się, tak tro­chę sztucz­nie, może nawet zło­śli­wie. Pod­niósł brwi i zapy­tał: „Co u cie­bie, Popow?”. Gar­dło mia­łem jak z drewna, ale wykrztu­si­łem, że w porządku. Mój głos musiał brzmieć dziw­nie i on mógł to zauwa­żyć. Sta­ra­łem się oddy­chać regu­lar­nie, spo­koj­nie i nie prze­ły­kać śliny.

O coś go zapy­ta­łem czy coś powie­dzia­łem… nie mogę sobie teraz tego przy­po­mnieć. To dziwne! Pamię­tam jedy­nie, że mnie zigno­ro­wał. Wtedy powie­dział… pamię­tam te słowa dokład­nie… powie­dział: „Oleg, przyjdź o dwu­dzie­stej pierw­szej do miesz­ka­nia na Kachow­ską. Chcę o czymś z tobą poga­dać”. To nawet miło brzmiało… tak mi się teraz wydaje. Nie, nie miło, tylko spo­koj­nie. To było pole­ce­nie… nie roz­kaz. Pew­nie zoba­czył zdzi­wie­nie na mojej twa­rzy, bo zaraz dodał: „To pry­watna sprawa, ale w twoim inte­re­sie. Nie dener­wuj się”. Zga­sił papie­rosa i po pro­stu wyszedł. Ile czasu trzeba, żeby wypa­lić papie­rosa? Pięć, sześć minut. Papie­ros był wypa­lony w jed­nej trze­ciej, czyli to musiało trwać ze dwie minuty.

Zasta­na­wia­łem się, o co może mu cho­dzić. Przy­cho­dziły mi do głowy naj­róż­niej­sze myśli. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne się wyda­wało, że to jakieś sprawy finan­sowe, korup­cyjne… on był z tego znany. Byłem pra­wie pewien, że gdyby mnie roz­kuli, to nie tak by się do tego zabrali. To oczy­wi­ste! Tak wtedy myśla­łem. Na pewno! Ale coś nie dawało mi spo­koju… więc kiedy sze­dłem na spo­tka­nie, wzią­łem służ­bową broń. Zasta­na­wia­łem się, czy wziąć dyk­ta­fon, ale bałem się, że mnie prze­szuka. Broń to broń, ale z dyk­ta­fonu trudno byłoby się wytłu­ma­czyć. Zresztą nie wie­dzia­łem, czy będzie sam…

„Tra­vis” dotarł do końca bul­waru i zatrzy­mał się na placu Jew­ro­pej­skim, przed hote­lem Dni­pro. Pomy­ślał, że powi­nien sko­rzy­stać z toa­lety, ale odstra­szył go rząd wiel­kich ponu­rych SUV-ów z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Nawet nie potra­fił roz­róż­nić marki, ni­gdy wcze­śniej takich nie widział.

Przej­ściem pod­ziem­nym dostał się na drugą stronę placu i ruszył Woło­dy­mir­skim Uzwi­zem, łagod­nie opa­da­ją­cym w kie­runku Dnie­pru. Na wyso­ko­ści fil­har­mo­nii, z nie­ma­łym tru­dem uni­ka­jąc roz­pę­dzo­nych samo­cho­dów, prze­szedł na drugą stronę ulicy. Zaczęło się prze­ja­śniać i pierw­sze pro­mie­nie słońca oświe­tliły bujną zie­leń cią­gnącą się po obu stro­nach ulicy. Widok był tak odmienny od pła­skiego Miń­ska, że „Tra­vis” się roz­luź­nił i na chwilę zapo­mniał o Ste­pa­no­wy­czu.

Zaraz, jak to on powie­dział? Muszę sobie dokład­nie przy­po­mnieć. Każdy szcze­gół ma zna­cze­nie… Był pijany… chyba pił sam przed moim przyj­ściem. Tak mi się wyda­wało, ale nie wiem dla­czego. Pew­nie chciał dodać sobie odwagi. W końcu nie wie­dział, czego może się po mnie spo­dzie­wać. Tak to teraz widzę… tak mogło być!

Powie­dział chyba dokład­nie tak: „Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję, Popow… W zasa­dzie to jest biz­nes albo coś w tym rodzaju”. Uspo­ko­iło mnie to przez moment, nie odzy­wa­łem się, ale zaraz dodał: „Wiem, że pra­cu­jesz dla Ame­ry­ka­nów… albo Pola­ków… zresztą to wszystko jedno, prawda?”. Poczu­łem się, jak­bym dostał wyrok śmierci, ale zaraz się poła­pa­łem, że on uważa mnie za agenta. A zatem nie wie, że jestem pol­skim ofi­ce­rem, kapi­ta­nem… nie­le­ga­łem! To cał­ko­wi­cie zmie­nia sytu­ację! Ma jakieś podej­rze­nia, poszlaki… Gdyby wie­dział, że jestem wtór­ni­kiem, ozna­cza­łoby to tylko jedno… że mają u nas jakieś źró­dło!

On tym­cza­sem cią­gnął: „Byłeś Popow w roz­pra­co­wa­niu od roku i zebrało się dość infor­ma­cji, by jasno stwier­dzić, że pra­cu­jesz dla obcego wywiadu”. Robi­łem głu­pią minę, która pew­nie zupeł­nie nie paso­wała do sytu­acji. Nie mogłem też zro­zu­mieć, dla­czego roz­ma­wia ze mną w miesz­ka­niu kon­spi­ra­cyj­nym. „Nie odzy­waj się, Popow, tylko słu­chaj… Wiem, że się nie przy­znasz… nie jesteś taki głupi. Na pewno dobrze cię prze­szko­lili. – Jego ton zupeł­nie nie paso­wał do tego, co mówił. – Tylko ja wiem, że pra­cu­jesz dla nich. – Poka­zał pal­cem na swoją głowę. – Byłeś w ruty­no­wym roz­pra­co­wa­niu kontr­wy­wia­dow­czym… Za mało pew­nie piłeś, no… i byłeś jakiś taki inny… nie? – Roze­śmiał się, jakby to był dobry dow­cip. – Zaczęły spły­wać różne infor­ma­cje na twój temat i ja to sobie wszystko ład­nie poskła­da­łem. Ale sprawy jesz­cze nie zało­ży­łem! – Powie­dział to z jakąś dziwną chy­tro­ścią w gło­sie. – I mam nadzieję, że nie będę musiał… Rozu­miesz?!”.

Ode­zwa­łem się wtedy po raz pierw­szy i jedyny, mówiąc, że nic nie rozu­miem, ale on już dosko­nale wie­dział, że rozu­miem, że dobrze tra­fił, no… mniej wię­cej. Zna­la­złem się jakby w klin­czu i nie mogłem nic zro­bić. Cokol­wiek bym powie­dział czy też w ogóle się nie odzy­wał, byłem na prze­gra­nej. Nie mogłem już gwał­tow­nie zapro­te­sto­wać. Mia­łoby to sens tylko na samym początku roz­mowy, ale wtedy bym się nie dowie­dział, do czego zmie­rza.

Musiał mieć jakieś prze­słanki, by zde­cy­do­wać się na to spo­tka­nie. Moż­liwe też, że po pro­stu zagrał va banque. Trudno uwie­rzyć, że byli w sta­nie namie­rzyć mnie na pod­sta­wie… nor­mal­nego ope­ra­cyj­nego roz­pra­co­wa­nia. Ste­pa­no­wycz nie mógłby wtedy scho­wać sprawy pod stół i poka­zy­wać pal­cem na swoją głowę…

Prze­szedł do sedna sprawy. „Za zdradę ojczy­zny trzeba będzie, Popow, zapła­cić – powie­dział i uśmiech­nął się pół­gęb­kiem. – Pięć tysięcy dola­rów mie­sięcz­nie! Teraz rozu­miesz… Popow?”.

Myśla­łem, że się prze­sły­sza­łem! Szan­ta­żo­wać szpiega?! Ale Ste­pa­no­wycz był cał­ko­wi­cie poważny i zde­cy­do­wany.

„Rozu­miem, że będziesz się musiał skon­tak­to­wać ze swo­imi moco­daw­cami… to oczy­wi­ste – cią­gnął, jakby był pewny, że wszystko mu się uda. – Pięć tysięcy… to nie jest dla nich zbyt wygó­ro­wana suma i zdążą pod­jąć decy­zję do piątku. Nawet pomy­śla­łem, że sam mógł­bym popra­co­wać za taki grosz. Ale dosze­dłem do wnio­sku, że to zbyt ryzy­kowne. Wolę czy­sty biz­nes. Bez zobo­wią­zań. Chuj mnie obcho­dzi, co robisz, ale kasa ma być regu­lar­nie i na czas. Rozu­miesz, Popow?! – Był już bar­dzo agre­sywny. – Powiedz swoim, że puł­kow­nik Ste­pa­no­wycz zapew­nia ci kry­szę! Pamię­taj, że byłem w Afga­ni­sta­nie, w spec­na­zie. Nie pró­buj­cie żad­nych sztu­czek, to wszystko będzie dobrze i wszy­scy będą zado­wo­leni. Poj­mu­jesz, chło­pie?! Masz czas do piątku, potem piszę na cie­bie raport i idziesz do pier­dla, a może nawet dosta­niesz kulkę… ale coś mi się zdaje, że nie będę musiał”.

„Tra­vis” odtwa­rzał roz­mowę ze Ste­pa­no­wy­czem i miał wra­że­nie, jakby to było wczo­raj. Był pra­wie pewny, że niczego nie opu­ścił. Docho­dził już do placu Poszto­wego, gdy jakiś zagu­biony japoń­ski tury­sta z dużym ple­ca­kiem zapy­tał go po angiel­sku, gdzie jest Padole. „Tra­vis” potrze­bo­wał chwili, by zauwa­żyć, że ktoś w ogóle cze­goś od niego chce.

Zro­biło się sło­necz­nie i cie­pło. Oleg Popow alias Igor Sza­niaw­ski był tak pochło­nięty myślami o spo­tka­niu ze Ste­pa­no­wy­czem, że zupeł­nie zapo­mniał, by choć tro­chę się spraw­dzać.

Wszedł na bul­war Sahaj­dacz­nego. Był tutaj pierw­szy raz. Była to ładna, świeżo odre­mon­to­wana ulica z dzie­więt­na­sto­wiecz­nymi kamie­ni­cami i ele­ganc­kimi skle­pami.

Prze­szedł na lewą, oświe­tloną słoń­cem stronę. Kijów wyraź­nie róż­nił się od Miń­ska. Nie tylko pięk­nym poło­że­niem, ale przede wszyst­kim histo­ryczną zamoż­no­ścią. „Tra­vis” cie­szył się wido­kiem tej ulicy, tak jakby chciał odsu­nąć od sie­bie to, co musiał prze­my­śleć.

Dla­czego musiał wyeli­mi­no­wać Ste­pa­no­wy­cza? Dopiero teraz dotarło do niego, że kiedy myślał o tym, co się stało, ni­gdy nie uży­wał słowa „zabić”.

Nagle po dru­giej stro­nie ulicy zoba­czył anty­kwa­riat. Od wyjazdu z Pol­ski w żad­nym nie był, a w Miń­sku nie ma ani jed­nego anty­kwa­riatu z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Wszedł do środka i z praw­dziwą przy­jem­no­ścią oglą­dał wysta­wione tam przed­mioty i obrazy, choć nie było ich zbyt wiele i więk­szość nie zasłu­gi­wała na nazwa­nie ich anty­kami. Wiele sła­bych pod­ró­bek, obli­czo­nych widocz­nie na nowo­bo­gac­kich Ukra­iń­ców. Mimo to „Tra­vis” czuł się przez chwilę jak w innym świe­cie. Przez pół godziny, z prze­sad­nym pie­ty­zmem, doty­kał róż­nych przed­mio­tów.

W końcu wyszedł. Zoba­czył po dru­giej stro­nie otwarte bistro i pomy­ślał, że pach­nąca kawa byłaby dobrym uzu­peł­nie­niem wizyty w anty­kwa­ria­cie.

Sie­dział na wyso­kim stołku pod oknem, naprze­ciw swo­jego nie­wy­raź­nego odbi­cia w szy­bie, i obser­wo­wał coraz licz­niej poja­wia­ją­cych się prze­chod­niów, cho­ciaż w bistrze był wciąż sam.

Zda­wał sobie sprawę, że będzie musiał okła­mać Sarę. Począt­kowo zało­żył, że po pro­stu jej nie powie. Zro­zu­miał jed­nak naiw­ność tego planu. Musi skła­mać, bo musi zna­leźć jakiś powód natych­mia­sto­wego wyjazdu z Bia­ło­rusi.

W spra­wie Ste­pa­no­wy­cza musia­łem pod­jąć taką decy­zję. To była obrona konieczna… czy stan wyż­szej koniecz­no­ści. Wła­śnie! Muszę myśleć tak, jak­bym stał przed sądem i miał się sam bro­nić.

Zaraz po roz­mo­wie ze Ste­pa­no­wy­czem wywo­ła­łem spo­tka­nie z moim ofi­ce­rem z War­szawy, ale i tak wie­dzia­łem, że nie ma szansy, bym zdą­żył się z nim spo­tkać przed piąt­kiem. Musia­łem pod­jąć decy­zję. Tak naprawdę nie wie­dzia­łem, co Ste­pa­no­wycz o mnie wie. Wie­dzia­łem, że jest prze­bie­gły i nie­bez­pieczny… Podobno w Afga­ni­sta­nie był jakiś czas zawie­szony za, jak to okre­ślali, ponadnor­ma­tywne okru­cień­stwo. To nie jest czło­wiek z zasa­dami czy ide­ałami. Do wer­bunku na agenta abso­lut­nie się nie nadaje. Dla­tego przy­ją­łem zało­że­nie, że spełni swoją groźbę… To było realne zagro­że­nie.

Pozo­stały zatem dwa wyj­ścia: albo zniknę ja, albo on. Moje znik­nię­cie w ciągu dwóch dni było pra­wie nie­moż­liwe. Trzeba byłoby rów­nież natych­miast wyco­fać rodzinę Popo­wów z Homla, ich córkę i jej dzieci. Czyli naszych ludzi, któ­rzy dali mi nową toż­sa­mość. Nie mogłem wyklu­czyć, że ci wspa­niali i odważni sta­rusz­ko­wie i ich córka Wiera nie tylko mnie dali nową toż­sa­mość. Gdy­bym znik­nął sam, Ste­pa­no­wycz natych­miast dotarłby do Popo­wów. Nie ma naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści! Ich los i może też innych byłby prze­są­dzony. Nie mogłem na to pozwo­lić, byli moją rodziną. Mie­liby nagle wszystko rzu­cić i ucie­kać? Dokąd? Do Pol­ski? Jak miał­bym im to wytłu­ma­czyć? Nawet nie mogłem jechać do Homla, bo musia­łem zało­żyć, że jestem śle­dzony…

Ktoś mógłby powie­dzieć, że trzeba było dać mu te pięć tysięcy i zyskać mie­siąc albo pró­bo­wać się doga­dy­wać. Ale Ste­pa­no­wycz nie ma zasad i nie można mu ufać. Jestem prze­ko­nany, że brałby pie­nią­dze i cały czas mnie roz­pra­co­wy­wał… prze­cież nie jest głupi i wie, że szu­ka­li­by­śmy jakie­goś roz­wią­za­nia pro­blemu. Gdyby zatem miał utrzy­mać swój biz­nes, musiałby kon­tro­lo­wać sytu­ację. Przede wszyst­kim zaś musiałby kon­tro­lo­wać mnie! Wie­dzieć o mnie wszystko… A było oczy­wi­ste, że ma dobry trop. Nie mogłem ryzy­ko­wać, że posu­nie się dalej. Tym bar­dziej że nie wie­dzia­łem, z jakiego punktu star­tuje. A może miał wspól­nika? Może ktoś jesz­cze o tym wie­dział? Pew­nie zyskał­bym na cza­sie… ale on też! Dobrze wiem, że jest plan mojego wyco­fa­nia i zatar­cia śla­dów, w tym ewa­ku­acji Popo­wów. Ale nie w ciągu dwóch dni! Decy­duje Cen­trala. Musia­łem pod­jąć decy­zję sam i… jestem świa­dom kon­se­kwen­cji. Musia­łem to prze­rwać! Tylko znik­nię­cie Ste­pa­no­wycza mogło dać mi czas… teraz nie mam już naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Ale wtedy, mię­dzy środą a piąt­kiem… nie wszystko było takie oczy­wi­ste. Musia­łem naj­pierw się upo­rać z samym sobą. Nie stchó­rzyć! I teraz wciąż nie wiem, czy tak naprawdę nie stchó­rzy­łem. Czy można stchó­rzyć, jeśli cały czas żyje się w stra­chu?

Posta­no­wi­łem zro­bić to tak, by wyglą­dało na napad rabun­kowy albo pora­chunki. Nie mia­łem prze­cież goto­wego planu. Myśla­łem dosyć cha­otycz­nie, spon­ta­nicz­nie. Ste­pa­no­wycz znany był z tego, że miał liczne podej­rzane kon­takty. Któż by podej­rze­wał, że wpadł na trop pol­skiego szpiega, na któ­rym chciał zaro­bić?

W pią­tek zoba­czy­łem, że wycho­dzi z pracy z kapi­ta­nem Wasi­li­jem Krupą. Zosta­wił samo­chód. Posze­dłem za nimi. To nie było daleko. Od razu się zorien­to­wa­łem, że idą na miesz­ka­nie służ­bowe, w pobliżu domu Ste­pa­no­wy­cza. Po dro­dze kupili wódkę i ogórki. To miesz­ka­nie jest w dys­po­zy­cji kontr­wy­wiadu, oso­bi­ście Ste­pa­no­wy­cza, więc to nie mogło być spo­tka­nie służ­bowe… to było dla mnie jasne. Nie bar­dzo paso­wał mi do tego Krupa, bo to sym­pa­tyczny chło­pak, tro­chę naiwny. Teraz musia­łem zacze­kać i zoba­czyć, z kim się spo­tkają.

Nie trwało to długo. Po pięt­na­stu minu­tach przy­je­chało tak­sówką dwóch wyż­szych rangą cel­ni­ków z tecz­kami i tor­bami peł­nymi praw­do­po­dob­nie wódki. Byli w dosko­na­łym nastroju. Wyglą­dało, jakby mieli świę­to­wać jakiś biz­nes. Pew­nie prze­myt, no bo skąd ci cel­nicy? Było cie­pło, więc otwo­rzyli sze­roko okno. Sły­sza­łem ich głosy. Zro­zu­mia­łem, że spo­tka­nie potrwa… może nawet do nocy.

Ste­pa­no­wycz pew­nie będzie szedł pie­szo do domu. Pijany. Nada­rzała się ide­alna oka­zja. Żeby tylko był sam! Uda­łem się do domu, wło­ży­łem stary dres i wzią­łem nóż. Po pół­go­dzi­nie byłem z powro­tem. Było już ciemno. Na zewnątrz nie­liczni prze­chod­nie, jakieś dzieci.

Z otwar­tego okna na dru­gim pię­trze wyraź­nie sły­sza­łem pod­nie­siony głos Ste­pa­no­wy­cza. Cze­ka­łem na niego do dwu­dzie­stej trze­ciej, zmie­nia­jąc miej­sca tak, by widzieć wej­ście do budynku i jed­no­cze­śnie być w cie­niu. Strasz­nie trzę­sły mi się nogi… nie mogłem tego opa­no­wać. Nikt mnie chyba nie widział. Układ domów, zadrze­wie­nie i topo­gra­fia terenu zde­cy­do­wa­nie mi sprzy­jały. Cze­ka­łem… wyszedł sam. Zaczą­łem się jesz­cze bar­dziej trząść. Zapa­lił papie­rosa. Chwiał się na nogach. Szedł powoli słabo oświe­tloną asfal­tową alejką. W ręku trzy­mał rekla­mówkę. Sze­dłem za nim, kry­jąc się w cie­niu… Nie mógł mnie widzieć. Nagle zatrzy­mał się i odwró­cił, jakby coś usły­szał. Zamar­łem, a on patrzył na mnie i nic nie widział. Wciąż nie mogłem opa­no­wać drże­nia nóg. Zawo­łał po imie­niu Krupę… Pew­nie myślał, że to on. Zro­bił ruch, jakby miał broń. Powie­dział: „Wasia? Wyłaź, bo cię zastrzelę!”. Zro­zu­mia­łem, że jest uzbro­jony. Nie wiem jak, ale w tych ner­wach dotarło do mnie, że nie mogę pod­biec do niego teraz… na alejce… mogę nie zdą­żyć. Dla­czego zde­cy­do­wa­łem, że tym miej­scem powinna być jego klatka scho­dowa? Intu­icja… Bo to było jedyne miej­sce, gdzie mogłem się do niego zbli­żyć. Nie pamię­tam, jak się tam zna­la­złem przed nim. Pamię­tam tylko, że gdy sta­ną­łem w zaciem­nio­nej wnęce, prze­sta­łem się trząść. To było dziwne uczu­cie.

Nie miał broni.

„Tra­vis” zorien­to­wał się, że sie­dzi nad zimną i pustą fili­żanką kawy. Wyda­wało mu się, jakby stra­cił poczu­cie czasu. Spraw­dził zega­rek. Wyglą­dało, że sie­dzi w bistrze już ponad pół godziny.

Był wyczer­pany nie­ustan­nym myśle­niem o Ste­pa­no­wy­czu, roz­wa­ża­niem każ­dego szcze­gółu. Nie czuł jed­nak depre­sji. Domi­no­wało prze­ko­na­nie, że musi teraz zro­bić coś ze sobą. Coś posta­no­wić! Przed spo­tka­niem z Sarą, która nie powinna niczego zauwa­żyć. Po powro­cie do kraju i zabez­pie­cze­niu wszyst­kich osób, przede wszyst­kim Popo­wów, złoży raport, dokład­nie taki, jaki ma utrwa­lony w pamięci, i zwolni się ze służby. Miał wra­że­nie, jakby ktoś mu pod­po­wie­dział, jak powi­nien sta­rać się o roz­grze­sze­nie. Po raz pierw­szy od wielu dni poczuł do sie­bie zaufa­nie.

Wyszedł przed bistro i sta­nął na ulicy, na któ­rej przy­było prze­chod­niów. Niebo było inten­syw­nie nie­bie­skie i znikł cień domów po dru­giej stro­nie.

Ruszył zde­cy­do­wa­nym kro­kiem z powro­tem ulicą Sahaj­dacz­nego w kie­runku placu Poszto­wego. Po jego pra­wej stro­nie znaj­duje się kolejka linowa, zwana tutaj funi­ku­le­rem. Wyku­pił bilet i zdą­żył wsko­czyć do wagonu jako ostatni. W prze­dziale jechała roz­ba­wiona grupa pol­skiej mło­dzieży z ple­ca­kami. Zro­biło mu się miło. Zupeł­nie jakby był w domu, w Pol­sce, z mamą i Olą, swoją jedyną miło­ścią, która wciąż na niego czeka.

Pomy­ślał o nich po raz pierw­szy od wielu dni i wie­dział, że już wkrótce będzie z nimi, na zawsze.

Po kilku minu­tach wysiadł z kolejki i pie­szo prze­szedł do mie­nią­cego się zło­tem, błę­ki­tem i bielą mona­styru Michaj­łow­skiego. Odpro­wa­dził wzro­kiem zni­ka­jącą grupkę Pola­ków i pomy­ślał, że już naj­wyż­szy czas iść w kie­runku odda­lo­nego o kilka kilo­me­trów hotelu Salut.

Tam, w przej­ściu pod­ziem­nym, ma w wyzna­czo­nym miej­scu posta­wić Sarze znak, że jest bez­pieczny i może odbyć spo­tka­nie. Musi odna­leźć jesz­cze taki sam znak posta­wiony przez Sarę i potem o osiem­na­stej zja­wić się w restau­ra­cji Sza­fran na Worow­skiego 3.

26

W nocy nad Moskwą prze­szły burze z pio­ru­nami i rano ulice były jesz­cze porząd­nie mokre, cho­ciaż słońce świe­ciło nad mia­stem już od dawna.

Wita­lij przy­le­ciał poprzed­niego dnia wie­czo­rem. Na lot­ni­sku Sze­re­mie­tiewo II przy­wi­tali go dwaj kole­dzy z Wydziału Pol­skiego. Ode­brali od niego pakiet dyplo­ma­tyczny zawie­ra­jący kartę pamięci, którą wcze­śniej wyjął ze schowka nie­opo­dal pomnika pod Mławą. Prze­syłkę od agenta „Hooka”. Wita­lij nie wie­dział, co jest w środku, ale słusz­nie podej­rze­wał, że sprawa musi być nad­zwy­czaj ważna i pilna, bo ina­czej Misza Popo­wski nie ścią­gałby wła­śnie jego. I to w takim tem­pie.

Bobriu­kow cze­kał przy wej­ściu do sta­cji metra Riecz­noj, na ulicy Fie­sti­wal­nej. Obok, w mocno znisz­czo­nej czte­ro­pię­tro­wej kamie­nicy, było miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego, w któ­rym się zatrzy­mał.

Czuł pod­nie­ce­nie na myśl, że przy­je­dzie po niego naczel­nik Popo­wski, który miesz­kał w pobliżu. Ale jesz­cze bar­dziej cie­szył się z tego, że zoba­czą to kole­dzy w Jase­nie­wie. Pomy­ślą z pew­no­ścią, że przy­był do Cen­trali w nad­zwy­czaj waż­nej spra­wie, skoro sam szef przy­wozi go do pracy samo­cho­dem.

Popo­wski, który mieszka w Chim­kach, na co dzień jeź­dził do pracy metrem, naj­pierw do sta­cji Jase­niewo, a stam­tąd służ­bo­wym auto­bu­sem. Teraz jed­nak wle­kli się w żół­wim tem­pie jego nowym volks­wa­ge­nem pas­sa­tem nie­mi­ło­sier­nie o tej porze zatło­czoną i nie­ustan­nie wyma­ga­jącą remontu obwod­nicą MKAD.

– Jak ci tam w War­sza­wie, Witia? – zaczął naczel­nik bez zbęd­nych cere­gieli. – Lubię to mia­sto… nie mam jakie­goś ulu­bio­nego miej­sca, po pro­stu je lubię. Sam dobrze nie wiem dla­czego… za atmos­ferę, za Pola­ków…

– Za nie­zwy­kłą lek­kość bytu… – wrzu­cił Wita­lij.

– Dobrze to ują­łeś! To wła­śnie czuje się w War­sza­wie, szcze­gól­nie gdy przy­jeż­dża się tam z Moskwy. Pol­ski już pew­nie opa­no­wa­łeś ide­al­nie? – I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, zapy­tał: – Wiesz, dla­czego cię tu ścią­gną­łem?

– Nie mam poję­cia…

– Włą­czam cię do nowej ope­ra­cji. Jesteś dobrym ofi­ce­rem… znasz Pol­skę, Pola­ków i nie jesteś zacie­trze­wio­nym homo sovie­ti­cus czy jakimś wiel­ko­ru­sem. Jesteś po pro­stu nor­malny, a prze­ciw­nika trzeba znać, sza­no­wać, nawet lubić…

– Naj­bar­dziej lubię i sza­nuję Polki… – żar­to­bli­wie wtrą­cił Wita­lij.

– No wła­śnie! Sły­sza­łeś kiedy, żeby Rosja­nin powie­dział, że są pięk­niej­sze kobiety niż nasze? – Popo­wski uciął nagle i zawie­sił głos, jakby chciał coś jesz­cze dodać. Wyglą­dało, że się zamy­ślił.

Wita­lij mil­czał z uczniow­ską pokorą.

– Przy­wio­złeś pocztę od „Hooka”. Wczo­raj odczy­ta­li­śmy zapis z karty pamięci. To był ostatni bra­ku­jący doku­ment. Plan ukry­cia archi­wum wywiadu nie­le­gal­nego NKWD sprzed wojny… – Popo­wski spoj­rzał na zdzi­wioną twarz Wita­lija. – Tak jest, i rzecz w tym, że Polacy też o nim wie­dzą. Wygra ten, kto pierw­szy je dosta­nie! Sprawa histo­ryczno-poli­tyczna z naj­wyż­szej półki, nad­zo­ro­wana przez Kreml. Zabra­łem cię dzi­siaj, bo chcia­łem już wcze­śniej z tobą poroz­ma­wiać. Poza tym cię lubię! Jak­bym widział sie­bie z daw­nych lat!

– A gdzie to jest ukryte?

– I tu jest pewien pro­blem, Witia. Otóż trzyma na tym łapę Łuka­szenka. Nasz skarb jest zako­pany na tere­nie twier­dzy brze­skiej…

– Jaki pro­blem? Nie możemy tego zro­bić ofi­cjal­nie? – zapy­tał Bobriu­kow.

– To nie jest zwy­kły mate­riał histo­ryczny, jakieś tam archi­wum… sta­ro­cie. To bomba gene­alo­giczna i poli­tyczna! Ważna dla Pola­ków i dla nas… Toteż jak się Łuka­szenka zorien­tuje, to będzie chciał to prze­jąć i grać z nami i z Pol­ską. Nie możemy na to pozwo­lić, Witia! Rozu­miesz?! Inte­re­suje się tym Kreml, oso­bi­ście… Zresztą poroz­ma­wiamy o tym póź­niej, jak się zapo­znasz z doku­men­tami. Liczę na twoją pomy­sło­wość i ini­cja­tywę. Zebra­łem mały zespół, ale sprawę pro­wa­dzimy we dwóch… będziesz moim zastępcą!

– Dzię­kuję! To dla mnie zaszczyt! – Bobriu­kow był szcze­rze poru­szony. – Jak rozu­miem, jest jakiś przy­bli­żony ter­min naszej akcji w Brze­ściu?

– Jak naj­szyb­ciej! Gdy tylko będziemy gotowi! Cze­kam jesz­cze na jedną ważną infor­ma­cję… W zasa­dzie od niej zależy, czy w ogóle odpa­limy sil­niki. To, co przy­wio­złeś na kar­cie, to tylko cyfrowa foto­gra­fia tego planu, wyko­na­nego zresztą jesz­cze w cza­sie wojny. Nie podejmę się tej ope­ra­cji, dopóki nie będę pewien, że Polacy nie robią nas na szaro i nie chcą nas spro­wo­ko­wać. A… stać ich na to! By prze­pro­wa­dzić dobrą ope­ra­cję inspi­ra­cyjną czy grę ope­ra­cyjną, wcale nie trzeba Jase­niewa czy Lan­gley. Wystar­czy jeden twardy łeb, który wie, że im cen­niej­sze, bogat­sze czy barw­niej­sze infor­ma­cje, tym trud­niej je oce­nić…

– Kon­rad? – zapy­tał Witia.

– Naj­praw­do­po­dob­niej… Trzeba się z tym liczyć… Nawet chciał­bym, żeby to był on… Bar­dzo!

Bobriu­kow wie­dział, że Popo­wski zna Kon­rada Wol­skiego, ale zdzi­wiło go tro­chę to, co wła­śnie usły­szał. Nie paso­wało do Popo­wskiego, było zbyt oso­bi­ste i w zbyt cie­płej tona­cji, nie bar­dzo przy­sta­ją­cej rosyj­skiemu ofi­ce­rowi. Ale już po chwili prze­stał o tym tak myśleć, bo uwa­żał, że szef Michaił dosko­nale wie, co robi i mówi. Teraz zasta­na­wiał się, na jaką ważną infor­ma­cję jesz­cze czeka, ale nie mógł go o to zapy­tać.

– „Hook” będzie miał w swo­ich rękach ory­gi­nał planu przez parę dni – usły­szał mocny głos Popo­wskiego. – To spore ryzyko dla niego i dla nas, bo jak się Polacy zorien­tują, że doku­mentu nie ma tam, gdzie powi­nien być, to „Hook” wpad­nie i całą naszą ope­ra­cję dia­bli wezmą albo jesz­cze gorzej. Wła­di­mir Wła­di­mirowicz nie będzie zado­wo­lony… Rozu­miesz?! Dla­tego wysła­łem kogoś spe­cjal­nego, kto fachowo zbada ten doku­ment i w moż­li­wie wyso­kim stop­niu oceni jego auten­tycz­ność. Pew­no­ści w takich warun­kach ni­gdy nie będzie, ale trzeba coś zro­bić, by zbli­żyć się do prawdy. Myśla­łem, żeby plan po pro­stu pod­mie­nić, ale nie ma na to czasu i wbrew pozo­rom jest to bar­dzo skom­pli­ko­wane. Ryzyko spore, ale trzeba zapła­cić tę cenę!

Wita­lij był dumny, że Popo­wski mówi to wyłącz­nie jemu, ale i tak nie­wiele zro­zu­miał.

– No tak… oczy­wi­ście! – sko­men­to­wał, by pod­trzy­mać pozory.

– Jak ci się układa z rezy­den­tem? Wytrzy­masz jesz­cze te parę mie­sięcy? – Popo­wski na szczę­ście zmie­nił temat.

– Nie jest lekko, ale daję sobie radę… – odrzekł bez­na­mięt­nie Wita­lij, cho­ciaż chciał powie­dzieć, że rezy­dent to zwy­kłe bydlę. Nawet jeżeli Misza Popo­wski też tak uwa­żał, to ofi­cer ni­gdy nie kry­ty­kuje prze­ło­żo­nego w obec­no­ści innego zwierzch­nika. Bobriu­kow znał tę pro­stą i słuszną zasadę. – Ale dla­czego parę mie­sięcy? – zapy­tał zasko­czony. – Prze­cież on ma jesz­cze dwa lata do powrotu!

– Nie­ważne! Jest już decy­zja, że zjeż­dża. Potem eme­ry­tura… Zado­wo­lony?

– Aha… no… to nie ma zna­cze­nia. Teraz jest ważne, kto przy­je­dzie na jego miej­sce… – powie­dział Bobriu­kow obo­jęt­nym tonem, ale myślał zupeł­nie ina­czej.

Wie­dział, że zjazd z pla­cówki przed cza­sem to kara dla rezy­denta, i bar­dzo się z tego cie­szył. Tak bar­dzo, że teraz jakiś „Hook”, archi­wum, Popo­wski nie mieli dla niego zna­cze­nia, a pyta­nie „zado­wo­lony?” było po pro­stu śmieszne. Czuł, że eli­mi­na­cja tego sple­śnia­łego dur­nia i prze­śla­dowcy otwiera mu magiczne drzwi do swo­body w War­sza­wie. I co naj­waż­niej­sze – do Kasi.

Już nie mogę się docze­kać jego poże­gna­nia w amba­sa­dzie, gdy te ocie­ka­jące hipo­kry­zją urzę­dasy będą go zapew­niać, jak im żal z powodu jego wyjazdu, a on z przy­kle­jo­nym uśmie­chem będzie tłu­ma­czył, jak ważne i tajne są jego nowe zada­nia dla uko­cha­nej i wiel­kiej ojczy­zny – pomy­ślał Bobriu­kow z roz­ma­rze­niem.

– Moło­diec! Pra­wi­dłowo, Witia! Liczy się przy­szłość! Twój rezy­dent to chuj, ale rosyj­ski ofi­cer nie jest małost­kowy – sko­men­to­wał szcze­rze, choć błęd­nie, Popo­wski.

27

Wil­liam przy­le­ciał z Lon­dynu do War­szawy pierw­szym poran­nym samo­lo­tem o jede­na­stej czter­dzie­ści. Pro­sto z lot­ni­ska poje­chał tak­sówką do Cen­trali AW na Miło­będzką, gdzie cze­kał już na niego Kon­rad.

Mieli roz­ma­wiać o dal­szych pla­nach poszu­ki­wa­nia Safira as-Salama.

Dla bry­tyj­skiego SIS to była bar­dzo ważna sprawa. Według ostat­nio uzy­ska­nych infor­ma­cji Karol Hamond, zwany Safi­rem, miał odpo­wia­dać za kon­takty Al-Kaidy z irlandz­kimi eks­tre­mi­stami z IRA. Jako były kato­lik i Polak był wręcz stwo­rzony do tej roli. Kie­row­nic­two Agen­cji Wywiadu dobrze wie­działo, jak ważna jest ta wie­lo­wąt­kowa sprawa dla bez­pie­czeń­stwa mię­dzy­na­ro­do­wego. Safir był jedyny w swoim rodzaju, na skalę świa­tową, i w rów­nym stop­niu nie­bez­pieczny.

Na trop Safira wpa­dły też oczy­wi­ście CIA i Mosad, ale cele i spo­soby ich dzia­ła­nia róż­niły się dosyć istot­nie od pracy tan­demu pol­sko-bry­tyj­skiego, Kon­rada i Billa. Wiele wysiłku kosz­to­wało ich prze­ko­na­nie Ame­ry­ka­nów i Izra­el­czy­ków, żeby nie pchali nosa do tej sprawy, bo i tak zostaną o wszyst­kim poin­for­mo­wani w odpo­wied­nim cza­sie. Mimo że Karol Hamond był oby­wa­te­lem pol­skim i AW była gospo­da­rzem tej sprawy, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że CIA i Mosad nie zamie­rzają trzy­mać się od niej na odle­głość i kręcą coś na wła­sną rękę.

Każda służba zrobi to, co jest naj­waż­niej­sze dla bez­pie­czeń­stwa jej kraju, i nie będzie się mar­twiła o innych. Potem będą naj­wy­żej prze­pro­siny, tłu­ma­cze­nia, że nie można było ina­czej z uwagi na bez­pie­czeń­stwo pań­stwa, i tak dalej. A jakieś odzna­cze­nie dla gene­rała łasego na medale defi­ni­tyw­nie zamknie sprawę.

Kon­rad nie przy­go­to­wał się dobrze do spo­tka­nia z Bil­lem, cho­ciaż mate­riały, jakie zebrano w Wydziale pod jego nie­obec­ność, oka­zały się bar­dzo cie­kawe i było o czym dys­ku­to­wać.

Roz­mowa trwała ponad dwie godziny. Sten­ton szybko się zorien­to­wał, że Kon­rad jest nie­obecny duchem, i prze­jął na sie­bie cię­żar całego spo­tka­nia. A gdy zamknęli już swoje notat­niki, powie­dział coś, czego sensu Kon­rad nie zro­zu­miał od razu.

– Mam nadzieję, że będziemy jesz­cze długo razem pra­co­wać.

– Co masz na myśli? – zapy­tał Kon­rad i nagle dotarło do niego, o co Bil­lowi cho­dziło.

Od lat o jakich­kol­wiek waż­nych zmia­nach w Agen­cji Wywiadu dowia­dy­wał się naj­pierw od Angli­ków. Prze­stał się już nad tym zasta­na­wiać czy też dzi­wić, kiedy zauwa­żył, z jaką otwar­to­ścią, bli­ską naiw­no­ści, kie­row­nic­two AW mówi o wszyst­kim part­ne­rom. Pro­blem w tym, że dzia­łało to tylko w jedną stronę. Nie był to też dobry spo­sób na budo­wa­nie pre­stiżu AW w śro­do­wi­sku zaprzy­jaź­nio­nych służb.

– Wiesz… widzimy, co się u was dzieje… w kraju, w służ­bie – zaczął deli­kat­nie Bill. – Nie chcę tego komen­to­wać… to nie w naszym stylu… ale mar­twimy się o was. – Jego głos brzmiał wyjąt­kowo szcze­rze i emo­cjo­nal­nie jak na Anglika, dla któ­rego inte­resy kró­lo­wej zawsze były naj­waż­niej­sze.

– Wszystko będzie dobrze. Damy sobie radę. Nie musi­cie się mar­twić – powie­dział Kon­rad tonem nie­po­zo­sta­wia­ją­cym złu­dzeń, że przy­ja­ciel poru­szył czuły temat. – To miłe z two­jej strony, Bill, ale teraz jedziemy coś zjeść, coś tra­dy­cyj­nego.

Poje­chali jak zwy­kle do pie­ro­garni na Kaba­tach w pobliżu domu Kon­rada. Wil­liam stał się zaprzy­się­głym miło­śni­kiem pie­ro­gów już wiele lat temu, pod­czas swo­jego pierw­szego pobytu w Pol­sce. Począt­kowo zabie­rał ze sobą do kraju więk­sze par­tie, bywało też, że Kon­rad przy­wo­ził mu solidne zapasy przy oka­zji wyjaz­dów do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Teraz Bill kupuje pie­rogi w Lon­dy­nie. Mimo to poje­chali, by zadość­uczy­nić tra­dy­cji.

Wil­liam zjadł por­cję, która wystar­cza­łaby na angiel­ski lunch dla kilku osób, i wciąż prze­glą­dał menu, jakby miał ochotę na wię­cej. Sie­dzieli przy sto­liku pod para­so­lem na ską­pa­nych w słońcu Kaba­tach i roz­ma­wiali o wszyst­kich moż­li­wych spra­wach, tylko nie o pracy. Bill rela­cjo­no­wał swoje trwa­jące od pół­tora roku pro­blemy prawne z zaku­pem domu pod Lon­dy­nem, a Kon­rad wysłu­chi­wał go cier­pli­wie.

– Jeżeli lecisz jutro rano do Lon­dynu, to może wpad­niesz do mnie wie­czo­rem. A może masz jakieś inne plany? – zapy­tał, zmie­nia­jąc temat.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Jest jed­nak pewna sprawa, która może ci zająć dzi­siej­szy wie­czór… – Wil­liam zauwa­żył zdzi­wione spoj­rze­nie Kon­rada i pospie­szył z wyja­śnie­niem: – Geo­rge jest w Pol­sce z wizytą w ABW. Chciałby się z tobą pil­nie spo­tkać…

– Geo­rge Gor­don? – prze­rwał mu Kon­rad.

– Tak. Od kilku tygo­dni jest kon­tro­le­rem na Rosję. Nie wie­dzia­łeś?

– Nic nie wie­dzia­łem! To wspa­niale! – Kon­rad uda­wał poru­sze­nie, choć od dawna był pewny, że tak będzie. – Dotarł na szczyt! Oczy­wi­ście chęt­nie się z nim spo­tkam, ale… dla­czego nie dał znać przez waszego łącz­nika, że będzie w Pol­sce i że chce się ze mną widzieć? – zapy­tał, prze­czu­wa­jąc, że nie cho­dzi o zwy­kłe kole­żeń­skie spo­tka­nie.

Zda­wał sobie sprawę, że kon­tro­ler to jedno z naj­wyż­szych sta­no­wisk w SIS, wła­ści­wie poli­tyczne, i pia­stu­jąca je osoba ma bar­dzo ogra­ni­czoną swo­bodę ruchów.

Dla­czego on chce się ze mną spo­tkać – pomy­ślał z lek­kim zanie­po­ko­je­niem – i uma­wia spo­tka­nie za pośred­nic­twem Billa? Ostatni raz widzie­li­śmy się… chyba dwa lata temu.

– Geo­rge będzie cze­kał na cie­bie w westy­bulu hotelu She­ra­ton o dzie­więt­na­stej, okay? – Wil­liam zigno­ro­wał pyta­nie Kon­rada o ofi­cjalne pośred­nic­two łącz­nika. – Pro­sił, bym ci wyraź­nie prze­ka­zał, że to pry­watne spo­tka­nie.

W języku ofi­ce­rów wywiadu to ozna­czało, że odbę­dzie się ono w cztery oczy i że nikt nie powi­nien o nim wie­dzieć. Kon­rad zro­zu­miał to dosko­nale.

Szedł na spo­tka­nie z Gor­do­nem, pod­nie­cony oko­licz­no­ściami jego wywo­ła­nia, gdyż dotych­czas nic podob­nego mu się nie przy­da­rzyło. Miał nie­od­parte wra­że­nie, że usły­szy coś waż­nego i cie­ka­wego.

Poznali się kilka lat temu w Sofii, kiedy reali­zo­wali sprawę rosyj­skiego ofe­renta z GRU. Akcja zakoń­czyła się klapą, bo ofe­rent był pod­sta­wiony. Jed­nak waż­niej­szym jej skut­kiem była przy­jaźń, jaka połą­czyła ofi­ce­rów dwóch wywia­dów.

Geo­rge pra­co­wał wtedy w Wydziale Rosyj­skim SIS i dosko­nale wła­dał tym języ­kiem, podob­nie zresztą jak pol­skim. Kon­rada dzi­wiła w tam­tych cza­sach nie­zwy­kła sku­tecz­ność Gor­dona wobec Rosjan czy Ukra­iń­ców. Jego maniery spra­wia­jące wra­że­nie praw­dzi­wie ary­sto­kra­tycz­nych, chuda, zgar­biona, wyż­sza od Kon­rada o pół głowy syl­wetka, pocią­gła, tro­chę śmieszna twarz z wiel­kimi zębami, oto­czona wło­sami o nie­okre­ślo­nym kolo­rze, musiały robić na nie­zna­ją­cych Zachodu krę­pych Rosja­nach zabawne wra­że­nie.

Tak się przy­naj­mniej kie­dyś Kon­ra­dowi wyda­wało, dopóki nie zro­zu­miał, że siła bry­tyj­skiego wywiadu opiera się na pre­stiżu, solid­no­ści i zaufa­niu, jakie może do niego mieć każdy zgła­sza­jący się czy zwer­bo­wany zdrajca, gotowy zary­zy­ko­wać życie. Geo­rge uosa­biał wszyst­kie te cechy w swo­jej gro­te­sko­wej powierz­chow­no­ści, dla­tego ludzie ze Wschodu patrzyli na niego jak na sym­bol Impe­rium Bry­tyj­skiego, a przy­naj­mniej jego wspo­mnie­nie. Jakby został stwo­rzony przez Dic­kensa albo sio­stry Brontë i nie spo­sób było nie odgad­nąć, skąd pocho­dzi.

Kon­ra­dowi impo­no­wała jego eru­dy­cja i inte­li­gen­cja. Pamię­tał, jak kie­dyś Geo­rge poka­zał mu w swoim pod­lon­dyń­skim domu impo­nu­jącą kolek­cję soli­dar­no­ścio­wych pamią­tek z okresu stanu wojen­nego, kiedy to stu­dio­wał w Kra­ko­wie język pol­ski.

Cho­ciaż ni­gdy nie roz­ma­wiali o tym, co robili przed 1990 rokiem, Kon­rad zro­zu­miał, że Gor­don, poka­zu­jąc mu swoje pamiątki, nie bał się ujaw­nić, że pra­co­wał wów­czas na kie­runku pol­skim. Kon­rad wie­dział, że w ówcze­snej demo­kra­tycz­nej opo­zy­cji w Pol­sce byli agenci i praw­do­po­dob­nie nie­le­ga­ło­wie zachod­nich wywia­dów. Kim są dzi­siaj? Gor­don z pew­no­ścią potrafi ich wska­zać. A co o tym wie­dzą CIA, Mosad, Fran­cuzi, Niemcy, Rosja­nie?

Zato­piony w głę­bo­kim fotelu, ze skrzy­żo­wa­nymi dłu­gimi nogami i w znisz­czo­nych butach roz­miar 47 za pół­tora tysiąca fun­tów, Geo­rge wyglą­dał jak postać z filmu fan­tasy. Albo jak nie­zwy­kła, intry­gu­jąca rzeźba w obo­jęt­nym, pozba­wio­nym smaku westy­bulu. Obok, na pod­ło­dze, leżała jego mary­narka. Sie­dział w koszuli ze spin­kami, bez kra­wata, czy­tał gazetę i uda­wał, że nie zauwa­żył wej­ścia Kon­rada.

– Witam cię, Geo­rge. Dawno się nie widzie­li­śmy – zaczął Kon­rad, gdy przy­ja­ciel pod­no­sił się z fotela i wyra­stał przed nim jak wieża. – Gra­tu­luję awansu. Bill mi powie­dział.

– Cześć, Kon­rad – odpo­wie­dział Gor­don po pol­sku, z sze­ro­kim uśmie­chem na zmę­czo­nej twa­rzy. – Dużo o tobie ostat­nio sły­sza­łem… Nie tylko od Billa! – I tro­chę bez związku zapy­tał: – Wybie­rasz się do Lon­dynu? – Ale Kon­rad udał, że nie dosły­szał.

Usie­dli w fote­lach i przez kilka minut roz­ma­wiali w angiel­skim stylu, miło, lecz ogól­ni­kowo, tak by się roz­krę­cić. Obaj jed­nak wie­dzieli, że dłuż­sze prze­by­wa­nie w hote­lo­wym westy­bulu łączy się z dużym ryzy­kiem jakie­goś nie­po­żą­da­nego spo­tka­nia, więc Kon­rad zapro­po­no­wał, żeby poszli do restau­ra­cji.

– Jestem po kola­cji z kole­gami z ABW, tro­chę męczą­cej… Może skoczmy gdzieś na drinka. Co ty na to? – zapro­po­no­wał Gor­don.

Wzięli hote­lową tak­sówkę i poje­chali do restau­ra­cji Staj­nia na Ursy­no­wie.

W samo­cho­dzie Geo­rge od razu nawią­zał kon­takt z roz­mow­nym kie­rowcą, który, jak się oka­zało, przez dwa lata pra­co­wał w Lon­dy­nie jako murarz, dwie ulice od jego domu.

Usie­dli przy pustym barze, cho­ciaż w lokalu było sporo gości. Gor­don przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się w rząd kolo­ro­wych bute­lek na tle przy­ciem­nia­nego lustra.

– Bądź moim gościem, Kon­rad! – zapro­po­no­wał i ski­nął ręką na bar­mana. – Dwa razy Isle of Jura! – zamó­wił, wska­zu­jąc pal­cem butelkę. – I pro­szę jej daleko nie odsta­wiać! – dodał żar­to­bli­wie. – To rzad­kość! – zwró­cił się do Kon­rada. – Znasz tę whi­sky? Jura… to brzmi jak rosyj­skie imię, prawda?! A Jura to też mała szkocka wyspa, na któ­rej ją wytwa­rzają. Wie­dzia­łeś o tym? – A kiedy Kon­rad pokrę­cił głową, kon­ty­nu­ował: – Mieszka na niej kil­ka­set osób i nie ma tam nic poza gorzel­nią. Mój imien­nik, Geo­rge Orwell, pisał na tej wyspie Rok 1984 i ponoć ponury nastrój tej powie­ści jest lustrza­nym odbi­ciem panu­ją­cej na Jurze atmos­fery. Chyba że ów nastrój wywo­łuje wła­śnie ta whi­sky? Spraw­dzimy?

– A może uła­twi nam ona roz­wią­za­nie zagadki Lewisa Car­rolla i zoba­czymy, co jest po dru­giej stro­nie lustra. – Kon­rad wczuł się w seman­tykę Gor­dona. – W naszej pro­fe­sji to praw­dziwe wyzwa­nie, nie sądzisz? Znacz­nie cie­kaw­sze i poważ­niej­sze niż eks­plo­ra­cja Oce­anii. Tam jest wszystko jasne. Jaki jest twój wybór, Angliku?

Gor­don uśmiech­nął się dokład­nie tak, jak to się robi w Lon­dy­nie.

– Oso­bi­ście wolę wyzwa­nia, które sta­wia Car­roll, ale dzi­siaj wciąż jesz­cze aktu­alny jest… musi być… Orwell.

– Ale chyba nie nastrój – wtrą­cił Kon­rad.

– Podobno nastrój to jedyna cecha cha­rak­te­ry­styczna tej wyspy i jej miesz­kań­ców. Cie­kawe, czy po wypi­ciu tej whi­sky będziesz miał orwel­low­ski splin – cią­gnął Gor­don, patrząc Kon­ra­dowi w oczy i wyraź­nie przy­go­to­wu­jąc się do tego, co chciał mu powie­dzieć. – Geo­rge Orwell to oczy­wi­ście pseu­do­nim. Naprawdę nazy­wał się Eric Arthur Blair… Ja mam na dru­gie Eric. Wie­dzia­łeś?

Kon­rad pokrę­cił głową. Zasta­na­wiał się, z jaką łatwo­ścią Gor­don potrafi wejść w temat, przy­go­to­wać inter­lo­ku­tora jak bok­sera przed usta­wioną walką. Dla niego każda roz­mowa, nawet ze sta­rym zna­jo­mym, była zapla­no­wana, obli­czona na okre­ślony efekt.

– Rozu­miem, że w prze­szło­ści Rok 1984 był obo­wiąz­kową lite­ra­turą szko­le­niową dla waszych ofi­ce­rów… a może pod­ręcz­ni­kiem indok­try­na­cji. Coś sły­sza­łem… jakieś plotki… że podobno Orwell był sowiec­kim agen­tem.

– Daj spo­kój, Kon­rad… – prze­rwał mu z uśmie­chem Gor­don i pocią­gnął duży łyk whi­sky – bo jesz­cze pomy­ślę, że pra­cu­jesz w IPN, a nie w wywia­dzie.

– Widzę, że jesteś na bie­żąco…

Geo­rge tylko śmiesz­nie poru­szył gęstymi brwiami, co utwier­dziło Kon­rada w prze­ko­na­niu, że rze­czy­wi­ście jest na bie­żąco.

– Co cię ścią­gnęło do Pol­ski? Roz­mowy w ABW?

– Jesteś zbyt inte­li­gentny, by nie zauwa­żyć, że to był tylko pre­tekst – odpo­wie­dział Geo­rge wprost, bez cie­nia dwu­znacz­no­ści. – Chcia­łem poroz­ma­wiać z tobą! W cztery oczy! Nawet nasz łącz­nik w War­sza­wie nie wie o naszym spo­tka­niu. Bo tego spo­tka­nia nie ma. Rozu­miesz?! – Sie­dział pochy­lony nad szklanką, z wolna nią obra­ca­jąc.

– Geo­rge… rozu­miem! – odparł Kon­rad po dobrej chwili nie­pew­nym tonem. – Rozu­miem dosko­nale… ale o co cho­dzi? Rozu­miem też, że nie mogłeś zała­twić sprawy ofi­cjal­nie, przez naszego szefa. – Znów zawie­sił głos, by dodać po chwili: – Sta­wiasz mnie w tro­chę nie­zręcz­nej sytu­acji. Zda­jesz sobie z tego sprawę?

– Oczy­wi­ście, Kon­rad! – Gor­don prze­szedł na angiel­ski. – Sam zde­cy­du­jesz, co zro­bić z tym, co ci za chwilę powiem. – Teraz zaczął mówić tym samym tonem co Kon­rad. – Mam do cie­bie zaufa­nie… Widzisz… cza­sami bywa tak, że musimy zła­mać nie­które nasze zasady. Jak to mówią, cel uświęca środki, więc nie miej mi za złe formy, dopóki się nie dowiesz, o co cho­dzi…

– W porządku, Geo­rge… To dość nie­zwy­kła sytu­acja, a ja ostat­nio jestem tro­chę pode­ner­wo­wany, ale doce­niam twoją szcze­rość…

– I przy­jaźń – wtrą­cił cicho Gor­don. – Doceń to, bo my ofi­cjal­nie ni­gdy nie łamiemy zasad. Wypijmy więc za przy­jaźń! – Nagle zmie­nił ton, jakby chciał uciec od tematu i roz­luź­nić atmos­ferę.

Stuk­nęli się mocno szklan­kami z gru­bego szkła, aż bar­man spoj­rzał w ich stronę.

– To nie jest sprawa oso­bi­sta, ale w jakimś sen­sie jest to efekt przy­jaźni mię­dzy nami… i zaufa­nia. Wiem, że znasz nas dobrze, więc wiesz, co to zna­czy „w służ­bie Jej Kró­lew­skiej Mości”, choć wielu z tego żar­tuje. Uzna­li­śmy, że w tym wypadku musimy wam pomóc, i to za zgodą Whi­te­hallu. Powiem ci szcze­rze. Bar­dzo… bar­dzo nas nie­po­koi sytu­acja w Pol­sce. No… może nie bar­dzo, to nie jest dobre słowo. Niech będzie, że tylko nie­po­koi. – Mówiąc to, uśmiech­nął się gorzko. – Nie jeste­śmy ślepi. Wybacz, Kon­rad, że tak mówię… Wiesz, my… oczy­wi­ście… nie mie­szamy się do waszych spraw. Chcemy wam tylko pomóc. – Gor­don prze­rwał, zawsty­dzony nad­mia­rem swo­ich emo­cji.

– Okay, Geo­rge. Tej roz­mowy nie było. Możesz na mnie liczyć. Róż­nie bywało mię­dzy naszymi służ­bami, ale ja ni­gdy się na was nie zawio­dłem… Powiesz mi w końcu, o co cho­dzi?

Gor­don zamó­wił następną kolejkę, a bar­man pod­sta­wił nowy tale­rzyk z orzesz­kami.

– No to wra­camy do Orwella – powie­dział i odcze­kał chwilę, aż bar­man odej­dzie. – Big Bro­ther is wat­ching you – dodał z uśmie­chem. – Pamię­tasz?… Mamy infor­ma­cję, że Rosja­nie coś wam szy­kują…

Kon­rad nie patrzył na Gor­dona, obser­wo­wał oto­cze­nie. Ale gdy to usły­szał, poczuł dreszcz na ple­cach. Stwier­dze­nie „mamy infor­ma­cję” i oko­licz­no­ści ich spo­tka­nia wska­zy­wały na to, że Bry­tyj­czycy mają agenta w rosyj­skim wywia­dzie, w samym Jase­nie­wie! To było oczy­wi­ste.

– Co nam szy­kują? – zapy­tał z uda­wa­nym spo­ko­jem.

– Mniej wię­cej dwa tygo­dnie temu w Jase­nie­wie odbyło się spo­tka­nie Lebie­dzia, Kru­głowa i Popo­wskiego…

– Miszy? – natych­miast zare­ago­wał Kon­rad.

– Znasz go? To naczel­nik Wydziału Pol­skiego… – Gor­don nagle klep­nął Kon­rada w ramię. – Co za pyta­nie!

– Znam… Znam dobrze! Kie­dyś nam się krzy­żo­wały drogi, ale to inna histo­ria. Świetny ofi­cer.

– Posłu­chaj teraz uważ­nie, Kon­rad, bo na papie­rze nie mogę ci tego prze­ka­zać. – Geo­rge przy­brał spo­kojny, pra­wie surowy wyraz twa­rzy. – Spo­tka­nie w tym gro­nie nie może być przy­pad­kiem. Rosja­nie uzy­skali infor­ma­cję o bli­żej nie­zna­nym archi­wum daw­nego NKWD. To musi być dla nich bar­dzo ważna sprawa, a jak dla nich, to i dla was… – I wtedy zauwa­żył, że Kon­rad się uśmie­cha, cho­ciaż nie paso­wało to zupeł­nie do sytu­acji. – Wiesz o tym?! – zapy­tał już tylko for­mal­nie i wpa­trzony w niego zastygł ze szklanką w ręce.

Kon­rad odpo­wie­dział dopiero po kilku sekun­dach.

– Tak, wiem. To archi­wum wywiadu nie­le­gal­nego NKWD z okresu mię­dzy­wo­jen­nego…

Gor­don w wyra­zie szcze­rego zasko­cze­nia uniósł wysoko brwi.

– Pra­cuję nad tym od kilku dni – kon­ty­nu­ował Kon­rad – ale nie wie­dzia­łem, że sprawa jest już znana Rosja­nom. Zakła­da­łem, że może tak być, ale nie wie­dzia­łem. Nie byłem pewien… Tak, masz rację, spo­tka­nie w tym gro­nie to nie przy­pa­dek! I cho­dzi o coś wię­cej niż stertę sta­rych papie­rów.

– Kon­rad, nie znam szcze­gó­łów, ale czy to może być aż tak ważne? Nasza infor­ma­cja jest wia­ry­godna, lecz zale­d­wie frag­men­ta­ryczna. Nie musimy oczy­wi­ście wie­dzieć, o co cho­dzi… – Gor­don prze­rwał na chwilę. – Jeżeli nie potrze­bu­je­cie naszej pomocy…

– Znasz Pol­skę, więc sam sobie odpo­wiedz – odparł bez­na­mięt­nie Kon­rad. – Prze­cież dopiero co mówi­łeś, że się o nas mar­twi­cie.

– No tak! Do dzi­siaj nie może­cie nam daro­wać Defi­lady Zwy­cię­stwa w czter­dzie­stym szó­stym roku i śmierci Sikor­skiego… Rozu­miem. Wiesz, Kon­rad, że to były jedne z tema­tów ostat­niej wizyty waszego mini­stra koor­dy­na­tora w Lon­dy­nie. – Gor­don nie silił się już nawet na pozory deli­kat­no­ści, ale Kon­rad nawet nie zwró­cił na to uwagi.

– Geo­rge! Oni mają u nas agenta! – wykrzy­czał szep­tem.

Obaj zamil­kli, sie­dząc w tej samej pozy­cji, z opusz­czoną głową i szklanką whi­sky ukrytą głę­boko w dło­niach.

– Tak, Kon­rad. Mają agenta – ode­zwał się w końcu Gor­don, jakby to było oczy­wi­ste. – Teraz rozu­miesz, dla­czego musia­łem to zro­bić w ten spo­sób. Tym bar­dziej że nie wiemy, czy u was, czy gdzieś indziej… Ukrywa się pod kryp­to­ni­mem „Hook” i ma dostęp do tej sprawy.

– W tych oko­licz­no­ściach praw­do­po­do­bień­stwo, że ten kret jest u nas, wzra­sta… Nie­do­brze!

– Nie wiemy, jak się nazywa, i nie­wielką mamy szansę to usta­lić – cią­gnął Geo­rge. – Sądzi­li­śmy jed­nak, że to może być zwy­kły agent, gdzieś z mia­sta. Nie wie­dzie­li­śmy, że pra­cu­je­cie nad tą sprawą. To sta­wia naszą infor­ma­cję w nowym świe­tle… – Po chwili zasta­no­wie­nia dodał: – Teraz nie można wyklu­czyć, że ten agent jest wewnątrz Agen­cji Wywiadu. – Miał bar­dzo poważną minę. Wyglą­dało na to, że nie spo­dzie­wał się takiego obrotu sprawy. – Co wtedy z naszą współ­pracą? Z innymi naszymi ope­ra­cjami? To byłaby kata­strofa! – powie­dział jakby sam do sie­bie, wyraź­nie prze­jęty wła­snymi sło­wami.

– Dobrze zro­bi­łeś, Geo­rge, że przy­sze­dłeś z tą sprawą do mnie! – Kon­rad nadał swemu gło­sowi zde­cy­do­wane brzmie­nie, bo nie podo­bał mu się przed­wcze­sny defe­tyzm Anglika, choć oczy­wi­ście wie­dział, że dla ofi­ce­rów wywiadu nie ma więk­szego wstydu niż świa­do­mość, że w ich wła­snych sze­re­gach jest zdrajca. – Zakła­da­łem taką sytu­ację w pla­no­wa­nych dzia­ła­niach. Teraz jestem… dzięki wam… pewien, że tak jest. Znajdę tego „Hooka”! Gdzie­kol­wiek ryje. W Agen­cji, w IPN czy w pałacu…

– Im szyb­ciej, tym lepiej! – Gor­don wyraź­nie się zaga­lo­po­wał. Wyczuł to i zaraz pró­bo­wał się popra­wić. – To teraz kwe­stia wia­ry­god­no­ści waszej służby. Zda­jesz sobie sprawę. – Stwier­dze­nie to jed­no­znacz­nie ozna­czało, że o powsta­łej sytu­acji poin­for­muje kie­row­nic­two SIS.

– To było zbędne, Geo­rge.

– Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam, Kon­rad – powie­dział Gor­don z dyplo­ma­tyczną skru­chą. – Zwróć jed­nak uwagę na jesz­cze jeden fakt. Być może naj­waż­niej­szy! To nie była narada na pozio­mie kie­row­nic­twa Wydziału czy nawet Zarządu. Uczest­ni­czył w niej Kru­głow, a odbyła się w gabi­ne­cie Lebie­dzia. Ta sprawa musi mieć dla nich spe­cjalne zna­cze­nie, nad­zwy­czajne. Kru­głow to zaufany pre­zy­denta, pla­no­wany na szefa wywiadu. Musi­cie to uwzględ­nić.

– Dla nas ta sprawa też ma nad­zwy­czajne zna­cze­nie, i to nie tylko z powodu „Hooka”. Wybacz, ale nie będę wcho­dził w szcze­góły – rzu­cił zde­cy­do­wa­nie Kon­rad.

– To oczy­wi­ste. Jeżeli będzie­cie cze­goś potrze­bo­wali, może­cie na nas liczyć.

– Wiem, Geo­rge.

Mówił szcze­rze. SIS pod żad­nym pozo­rem nie ujaw­niała jakich­kol­wiek infor­ma­cji mogą­cych choćby suge­ro­wać, że w jakimś obiek­cie ma agenta. A Geo­rge wła­śnie zła­mał tę żela­zną zasadę! Po cięż­kich batach, jakie bry­tyj­skie służby przez lata zbie­rały od Rosjan, agen­tura SIS była teraz chro­niona jak w żad­nej innej służ­bie wywia­dow­czej świata. Kon­rad wie­dział, że Anglicy, dzie­ląc się tą infor­ma­cją, w rze­czy­wi­sto­ści ujaw­niają, że mają swego czło­wieka w Jase­nie­wie. Ryzy­kują jego życie.

– Zdaję sobie sprawę, Kon­rad, że będziesz musiał uwzględ­nić tę infor­ma­cję w pro­wa­dzo­nych przez sie­bie dzia­ła­niach. Rozu­miem jed­nak, że bez poda­wa­nia źró­dła jej pocho­dze­nia, czy tak? Dobrze rozu­miem? – Gor­don wyraź­nie chciał potwier­dze­nia, ofi­cer­skiego słowa, jakby nagle zaczął żało­wać, iż powie­dział o tym wszyst­kim Kon­radowi.

– Już wcze­śniej, jak ci mówi­łem, przy­ją­łem zało­że­nie, że Rosja­nie mogą mieć u nas kreta, więc for­mal­nie nic się nie zmie­niło. Dałeś mi za to wiarę w poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści i jesz­cze więk­szą deter­mi­na­cję. Uświa­do­mi­łeś mi, że star­cie z Rosja­nami jest nie­unik­nione.

Gor­dona usa­tys­fak­cjo­no­wały słowa Kon­rada, a jego samego ogar­nęło roz­luź­nia­jące odprę­że­nie. Poczuł nie­wzru­szoną pew­ność sie­bie. Był prze­ko­nany, że zapla­no­wana przez niego ope­ra­cja się powie­dzie.

– No i co? – usły­szał głos Gor­dona. – Czy… orwel­low­ska whi­sky nie popsuła ci nastroju?

– Ani tro­chę, Geo­rge! Wprost prze­ciw­nie! – odpo­wie­dział szcze­rze.

28

Ukra­iń­sko-pol­sko-rosyj­ski gwar wypeł­niał smro­dliwy dwo­rzec PKS w Lubli­nie. Auto­bus miał wyru­szyć o dzie­sią­tej, ale odjazd został opóź­niony o trzy­dzie­ści minut.

Więk­szość pasa­że­rów sta­no­wili han­dla­rze obju­czeni wiel­kimi, nie­wy­mia­ro­wymi baga­żami. Zapach potu i alko­holu dopeł­niał pod­nie­ce­nie wywo­łane myślą o bli­skim spo­tka­niu z ukra­iń­skimi cel­ni­kami.

Z tego tłumu wyraź­nie wyróż­niała się sie­dząca przed dwor­cem grupa trzech chłop­ców i dwóch dziew­czyn, ubra­nych w mar­kowe tury­styczne stroje i z mocno wypcha­nymi ple­ca­kami.

Sara zauwa­żyła ich natych­miast i pomy­ślała, że nie mogła tra­fić lepiej. Już po kilku minu­tach sie­działa mię­dzy nimi. Od razu usta­liła, że są stu­den­tami ostat­niego roku filo­lo­gii kla­sycz­nej z War­szawy i udają się przez Kijów na Krym. Sama przed­sta­wiła się jako nie­za­leżna dzien­ni­karka pra­cu­jąca nad książką o Ukra­inie.

Atmos­fera w gru­pie była wyśmie­nita. Sara od razu została zaak­cep­to­wana przez chłop­ców. Wkrótce i dziew­czyny się do niej prze­ko­nały. Wie­działa, że musi mieć je po swo­jej stro­nie, jeżeli chce sko­rzy­stać z dosko­na­łej przy­krywki, jaką daje jej ta grupa.

Od początku szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie oka­zy­wał jej Olek. Wyglą­dał na naj­star­szego w gru­pie i odgry­wał rolę lidera. Naj­wy­raź­niej nie był zago­spo­da­ro­wany przez żadną z dziew­czyn. Dawało to Sarze więk­szy mar­gi­nes dzia­ła­nia i pozwa­lało wła­ści­wie wkom­po­no­wać się w sytu­ację. W końcu cze­kało ją dwie­ście pięć­dzie­siąt kilo­me­trów wspól­nej podróży do Lwowa i być może dalej, do Kijowa.

Zajęła miej­sce w cał­kiem nowym auto­bu­sie, wypeł­nio­nym już jed­nak mie­sza­niną wschod­nich zapa­chów z domi­na­cją kwa­śnicy. Poło­żyła ple­cak na fotelu przy oknie i cze­kała na Olka, żeby zapro­po­no­wać mu miej­sce obok sie­bie. Ani przez chwilę nie miała wąt­pli­wo­ści, że będzie z nią sie­dział. Była tego pewna już wcze­śniej i nie mogła zaprze­czyć, że wywarł na niej wra­że­nie. Od dawna nie czuła niczego podob­nego i po pro­stu zro­biło jej się przy­jem­nie.

Spo­kojne ciemne oczy w czar­nej opra­wie moc­nych męskich brwi i sze­roki biały uśmiech pobu­dzały ją moc­niej, niż mogła się tego spo­dzie­wać. Jakby nagle sobie przy­po­mniała, że wciąż jest kobietą.

– Więc o czym będzie ta twoja książka? – zaczął Olek dokład­nie w momen­cie, gdy auto­bus szarp­nął. – Czy jest jesz­cze coś do odkry­cia na Ukra­inie? Znamy się zale­d­wie chwilę, ale jak patrzę na cie­bie, to czuję, że masz coś cie­ka­wego do powie­dze­nia na ten temat. Odważna jesteś… Sama chcesz podró­żo­wać?

– To nie jest mój pierw­szy wyjazd na Ukra­inę, nie ma się czego oba­wiać! Książka? Cie­kawi cię to? Polacy tak naprawdę nie­wiele wie­dzą o Ukra­inie, cho­ciaż wydaje im się, że Sien­kie­wicz powie­dział już wszystko. Masa płyt­kich ste­reo­ty­pów ode­bra­nych w szkole i w domu. Rozu­miesz?

– Jasne! Sien­kie­wicz! – odparł krótko Olek.

– Niech ci się nie zdaje, że wymy­śli­łam sobie jakąś misję… nic z tego! Mam tak wiele pytań, na które nie mogę zna­leźć odpo­wie­dzi. Zresztą Ukra­ińcy też o nas nie­wiele wie­dzą. Kie­dyś roz­ma­wia­łam z pewną rodziną w Kijo­wie. I wiesz co? Powie­dzieli mi, że ten nasz serial Kiep­scy to taki dobry, praw­dziwy film o życiu…

– Na pewno masz misję – prze­rwał jej Olek. – To widać po twoim spoj­rze­niu. Jak cię zoba­czy­łem na dworcu, to od razu wie­dzia­łem, że będziemy sie­dzieć obok sie­bie… w auto­bu­sie – dodał i Sarze przy­po­mniało się, że wów­czas też tak pomy­ślała.

– Sły­sza­łeś o Szep­tyc­kich? – zapy­tała. – Ich losy to mój punkt wyj­ścia. To jak labi­rynt Mino­taura. – Impro­wi­zo­wała, przy­po­mi­na­jąc sobie arty­kuł z „Poli­tyki”.

– Nie, nie sły­sza­łem. Prawdę mówiąc, mało wiem o Ukra­inie i jadę tam pierw­szy raz.

Ulżyło jej, że nie będzie musiała pra­co­wać nad swoim uwia­ry­god­nie­niem jako dzien­ni­karki. Jesz­cze bar­dziej polu­biła Olka, który wciąż obda­rzał ją ujmu­ją­cym uśmie­chem i patrzył jej pro­sto w oczy, tak jakby się znali od dawna. Odpo­wia­dała mu tym samym.

Momen­tami myślała, że traci nad sobą kon­trolę. Jego oczy wyda­wały jej się takie cie­płe, przy­ja­ciel­skie… i takie męskie. Ale przede wszyst­kim zna­jome. Po pew­nym cza­sie nie mogła już roz­róż­nić, czy zna­jome, czy może bli­skie. Czy przy­po­mi­nają o kimś waż­nym w jej życiu?

– Uro­dzi­łem się w Kenii. Mój ojciec pra­co­wał tam jako inży­nier. Do Pol­ski wró­ci­li­śmy dopiero w dzie­więć­dzie­sią­tym pią­tym roku… ale zawsze byłem oby­wa­te­lem pol­skim…

– No wła­śnie! Czu­łam, że z twoim pol­skim jest coś nie tak. Prawdę mówiąc, pomy­śla­łam, że masz lekką wadę wymowy. Prze­pra­szam za szcze­rość.

– Nie ma sprawy. Nie masz za co prze­pra­szać… Cho­dzi­łem do angiel­skiej szkoły i wycho­wy­wa­łem się w wie­lo­na­ro­do­wym śro­do­wi­sku. Po pol­sku mówi­li­śmy tylko w domu, gdzie i tak rzadko bywa­łem, bo miesz­ka­łem w inter­na­cie. Zresztą matka wkrótce też zaczęła mówić do mnie po angiel­sku, a ojca… jego wciąż nie było.

– Co cię cią­gnie na Ukra­inę? – zapy­tała.

– Stu­dia skoń­czy­łem kilka lat temu. Teraz robię dok­to­rat, ale ten wyjazd na Ukra­inę nie ma z tym nic wspól­nego. Inte­re­suje nas kul­tura Tata­rów krym­skich i w ogóle islam. Jedziemy tam, żeby się rozej­rzeć, poznać tych ludzi. To też część naszej histo­rii… nie? Nie myśla­łaś o tym?

– Tego byłoby już za dużo! Zostanę przy Ukra­inie Zachod­niej i Szep­tyc­kich. Ile masz lat, Olek?

– W grud­niu skoń­czy­łem trzy­dzie­ści jeden. Zauwa­ży­łaś, że jestem od nich star­szy? – wska­zał głową na sie­dzą­cych w tyle auto­busu przy­ja­ciół.

– Tak, teraz widzę. Skąd się zna­cie? – Sara poczuła, że musi koniecz­nie bli­żej poznać Olka.

– Pozna­li­śmy się przez Inter­net jakiś czas temu. Wszyst­kich nas inte­re­suje islam… ale ja jestem kato­li­kiem. Te dwie dziew­czyny uwa­żają, że są muzuł­man­kami. Widzia­łaś chustki na ich gło­wach? Wiesz, to dzi­siaj takie modne… być innym. One mają po dzie­więt­na­ście lat! Zetkną­łem się z isla­mem w Kenii i Soma­lii, gdzie też jakiś czas miesz­ka­li­śmy. Cie­kawi mnie to. A ty? Jaki jest twój sto­su­nek do islamu?

– Pozy­tywny, oczy­wi­ście. Też mnie to cie­kawi. Ale słabo znam temat – odpo­wie­działa obo­jęt­nie Sara, mija­jąc się zresztą z prawdą. – Pytasz o mój sto­su­nek do islamu? To odpo­wiem naj­pierw tak… Nazy­wam się Zuzanna Wil­ska. – Wycią­gnęła do niego rękę. – A ty?

– Alek­san­der Kurtz… – odpo­wie­dział natych­miast i chwy­cił jej dłoń dokład­nie tak, jak tego ocze­ki­wała, nawet tro­chę moc­niej.

– Pokaż pasz­port. Nie wie­rzę – zaczęła się prze­ko­ma­rzać z filu­ter­nym uśmie­chem.

Olek bez ocią­ga­nia wycią­gnął z kie­szeni na piersi swój pasz­port i podał go Sarze.

– Żar­to­wa­łam! – zawo­łała i od nie­chce­nia prze­rzu­ciła kartki, by cho­ciaż przez uła­mek sekundy zoba­czyć, czy są w środku pie­czątki.

Pasz­port był mocno znisz­czony, jakby nale­żał do zawo­do­wego podróż­nika, choć pie­czą­tek nie zauwa­żyła zbyt wielu.

– Ład­nie wysze­dłeś. Naprawdę nazy­wasz się Kurtz. Nie kła­ma­łeś – mówiła z roz­ba­wie­niem.

Spoj­rzała na datę wysta­wie­nia. Pięć lat temu. A Olek na zdję­ciu wyglą­dał tak samo jak teraz, jakby przez ten czas się nie zmie­nił. Pomy­ślała jed­nak, że chyba ma już zbo­cze­nie zawo­dowe i czas odpo­cząć. Prze­cież czeka ją poważna robota w Kijo­wie.

– Kurtz to… nie­miec­kie nazwi­sko? – zapy­tała.

– Podobno mam jakieś austriac­kie korze­nie, ale w domu ni­gdy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy…

– Wal­ter Kurtz! Mówi ci to coś? Puł­kow­nik Wal­ter Kurtz! – rzu­ciła Sara z pyta­ją­cym spoj­rze­niem.

– Żad­nego puł­kow­nika w naszej rodzi­nie nie było, o ile pamię­tam. Wal­tera zresztą też. Żad­nych nazi­stów ani kola­bo­ran­tów! – Olek zro­bił obra­żoną minę.

– No co ty? Wal­ter Kurtz! Nie widzia­łeś Czasu apo­ka­lipsy? Mar­lon Brando. Nie­dawno uka­zała się wer­sja reży­ser­ska.

– Sły­sza­łem, ale nie widzia­łem. Kurtz to dosyć popu­larne nazwi­sko. Podobno!

– A… czy­ta­łeś Jądro ciem­no­ści Con­rada? – zapy­tała, ale odpo­wie­działo jej zdzi­wione spoj­rze­nie i przez sekundę pomy­ślała, że Olek jest czymś zde­ner­wo­wany.

– Mówi­łem ci, że szkoły koń­czy­łem w Afryce. Nie prze­ra­bia­li­śmy tych lek­tur. – Ton jego głosu się zmie­nił.

– To prze­czy­taj! Świetna książka! Film nakrę­cono wła­śnie na jej pod­sta­wie. Powinna cię zacie­ka­wić, bo w ory­gi­nale akcja toczy się w Afryce, a nie w Wiet­na­mie. A Con­rad to nie Con­rad, tylko nasz Józek Korze­niow­ski! Kon­rad miał na trze­cie. – Sara czuła przez chwilę, że ma dobrą zabawę. Spra­wiło jej satys­fak­cję, że może zaim­po­no­wać Olkowi.

– Można prze­czy­tać tę książkę po angiel­sku? – zapy­tał wyraź­nie zain­te­re­so­wany. – Byłoby mi łatwiej.

– Con­rad pisał po angiel­sku, a nie po pol­sku! Każdy to wie… W porządku, już cię nie będę drę­czyć. Na Wydziale Nauk Poli­tycz­nych i Dzien­ni­kar­stwa UW pisa­łam pracę magi­ster­ską o sta­nie wojen­nym. Było takie zdję­cie z tego okresu: czołgi, śnieg i wielki napis Czas apo­ka­lipsy na nie­ist­nie­ją­cym już kinie Moskwa. To było kul­towe zdję­cie. Znacz­nie póź­niej obej­rza­łam ten film. Zro­bił na mnie pio­ru­nu­jące wra­że­nie. I tak dotar­łam do Con­rada, ale Jądro ciem­no­ści nie jest moją ulu­bioną powie­ścią. Wolę Smugę cie­nia, bar­dziej odpo­wiada mojej natu­rze. Naj­więk­sze jed­nak wra­że­nie zro­bił na mnie Tajny agent… Musisz koniecz­nie prze­czy­tać! Con­rad napi­sał to sto lat temu, a książka po pro­stu powala aktu­al­no­ścią – mówiła z prze­ko­na­niem bli­skim pasji.

– Zuza, jesteś nie­zwy­kła! Impo­nu­jesz mi! – Olek powie­dział to tak wyraź­nie i cie­pło, że Sara poczuła się dobrze jak ni­gdy dotąd. Zapo­mniała, kiedy ostatni raz mogła tak poroz­ma­wiać, poka­zać swoje inne ja. – O czym jest ta książka? Opo­wiedz mi. Mamy tyle czasu do gra­nicy… A może poje­dziesz z nami na Krym? Byłoby faj­nie. Zuza… jedź! – Jego słowa zabrzmiały bar­dzo poważ­nie, szcze­rze.

Boże! Poje­cha­ła­bym! – pomy­ślała i poczuła żal. Poje­cha­ła­bym z wami, z tobą! Naresz­cie inny świat, inni ludzie, wolni. Olek, tak inte­li­gentny, cie­kawy, przy­stojny. Te jego nie­sa­mo­wite oczy… Poje­cha­ła­bym za nimi wszę­dzie!

Wciąż nie mogła ode­rwać wzroku od jego męskiego uśmie­chu i nie­na­tu­ral­nie bia­łych zębów na tle ciem­nego zaro­stu. Od dawna nie roz­ma­wiała z tak przy­stoj­nym męż­czy­zną.

Czuła, wyraź­nie czuła, że Olek zauwa­żył jej zmie­sza­nie. Bo chyba po raz pierw­szy w życiu zupeł­nie świa­do­mie pozwo­liła sobie na zwol­nie­nie z samo­kon­troli i głu­piego cza­sami wyra­cho­wa­nia, by cho­ciaż przez chwilę być praw­dziwą kobietą, pełną emo­cji i uczuć.

– Może. Zasta­no­wię się – odrze­kła, cho­ciaż wie­działa, że ni­gdzie nie poje­dzie. Chciała, żeby do chwili roz­sta­nia pozo­stało coś z tego nagłego marze­nia, w któ­rym się zato­piła.

I nie pomy­liła się, bo Olek zare­ago­wał z widoczną satys­fak­cją.

– Dobrze, Zuza. Trzy­mam cię za słowo… Teraz opo­wiedz mi o tym taj­nym agen­cie. Zrób to tak… żebym zako­chał się w Con­ra­dzie!

A Sara poczuła, że mówi o niej.

– Przy­go­to­wać pasz­porty!

Gromki, nie­uprzejmy głos ukra­iń­skiego funk­cjo­na­riu­sza gra­nicz­nego wyrwał Sarę z transu.

Zato­piona w roz­mo­wie z Olkiem, nie zauwa­żyła, że jest już po ukra­iń­skiej stro­nie, że odbyła się pol­ska kon­trola i że na zewnątrz jest zmrok. Nawet nie wie­działa, ile czasu auto­bus stał na gra­nicy. Zro­zu­miała jed­nak, że teraz musi wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści i wzmóc czuj­ność.

– Wypeł­ni­li­ście kar­toczki? – zapy­tała Olka. – Pew­nie nie… Są obok kie­rowcy… przy­niosę.

– Nie, ja pójdę! – zaopo­no­wał.

Po kilku minu­tach dotarł do nich pogra­nicz­nik.

– Dokąd pan jedzie? – zapy­tał po pol­sku z ukra­iń­skim akcen­tem, zwra­ca­jąc się do Olka i jed­no­cze­śnie wer­tu­jąc jego pasz­port.

– Jeste­śmy grupą mło­dych naukow­ców i stu­den­tów. Jedziemy do Kijowa i Ode­ssy – odpo­wie­dział Olek pew­nie.

Sara przez sekundę spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem.

Mówił, że jadą na Krym… – pomy­ślała.

– Gdzie się zatrzy­ma­cie? – bez­na­mięt­nie cią­gnął ofi­cer.

– Na kwa­te­rach. Nie mamy niczego kon­kret­nego… nie mamy też spe­cjal­nych wyma­gań.

– Broń? Nar­ko­tyki?

– Skąd! – odparł szybko Olek.

– Kto jest w tej waszej gru­pie?

– Kole­żanka tutaj… – wska­zał na Sarę – i tam­tych czworo w tyle. – Pod­niósł się z fotela i wycią­gnął w tamtą stronę rękę.

Ofi­cer bez słowa wziął ich pasz­porty. Wysiadł z auto­busu kro­kiem rów­nie bez­na­mięt­nym i ocię­ża­łym jak jego głos.

– Nie powie­dzia­łem, że jedziemy na Krym, bo Ukra­ińcy są tro­chę uwraż­li­wieni na wizyty obco­kra­jow­ców. – Olek uprze­dził pyta­nie Sary. – Zaraz byłaby masa pytań i tak dalej. Po co nam to?!

– To oczy­wi­ste! – stwier­dziła zado­wo­lona, że mogła wto­pić się w grupę, co być może zaosz­czę­dziło jej nie­po­trzeb­nej docie­kli­wo­ści pogra­nicz­ni­ków.

Tym­cza­sem inny ukra­iń­ski ofi­cer zwró­cił doku­menty resz­cie pasa­że­rów. Sara zanie­po­ko­iła się tro­chę, bo ich pasz­porty wciąż nie wra­cały. Kil­ka­krot­nie prze­kra­czała ukra­iń­ską gra­nicę i zda­rzało się, że odprawa trwała dłu­żej lub kró­cej. Wie­działa aż nadto dobrze, że jest to czę­sto sku­tek wadli­wie dzia­ła­ją­cych kom­pu­te­rów. Tym razem jed­nak z każdą minutą jej pode­ner­wo­wa­nie rosło. Ale chyba nie doty­czyło to rów­nież jej towa­rzy­szy. Olek był w dobrym nastroju i spra­wiał wra­że­nie, jakby w ogóle go nie obcho­dziło, co się dzieje.

Dopiero teraz do niej dotarło, co powie­dział po odej­ściu funk­cjo­na­riu­sza. Nie była pewna, ale nie sły­szała, by Ukra­ińcy robili jakieś pro­blemy obco­kra­jow­com, któ­rzy pra­gnęli udać się na Krym.

Po dwu­dzie­stu minu­tach ten sam ofi­cer tym samym obo­jęt­nym kro­kiem wró­cił do auto­busu i bez słowa oddał Olkowi sześć pasz­por­tów.

Auto­bus zatrzy­mał się w pierw­szej miej­sco­wo­ści po ukra­iń­skiej stro­nie i od razu zro­biło się luź­niej. Czwórka, która dotych­czas sie­działa w tyle, prze­nio­sła się bli­żej Sary i Olka.

Atmos­fera w gru­pie wciąż była wyśmie­nita. Olek miał wyraźny wpływ na pozo­sta­łych i widać było, że jest dla nich auto­ry­te­tem. W jakiś nie­wy­czu­walny spo­sób ste­ro­wał roz­mową i zachę­cał pozo­sta­łych. Sarze bar­dzo to odpo­wia­dało i rów­nież mu się pod­da­wała, świa­do­mie i z przy­jem­no­ścią. Zwłasz­cza że robił to w miły i deli­katny spo­sób, zde­cy­do­wa­nie wyróż­nia­jąc wła­śnie ją.

Docho­dziła dzie­wiąta, kiedy poja­wiły się pierw­sze świa­tła Lwowa. Auto­bu­sem rzu­cało na wybo­istych i dziu­ra­wych dro­gach. Słabo oświe­tlone ulice mię­dzy sza­rymi i znisz­czo­nymi domami przy­po­mi­nały Pol­skę sprzed lat. Doje­chali na dwo­rzec auto­bu­sowy, gdzie mimo póź­nej pory krę­ciło się sporo osób.

– Trzeba chyba coś zjeść – zapro­po­no­wał Olek, gdy wszy­scy już wysie­dli z auto­busu.

– Zna­cie Lwów? – zapy­tała Sara, pewna, że są tu pierw­szy raz. – Jeżeli nie, to zapro­wa­dzę was do dobrej restau­ra­cji… to zna­czy była dobra, gdy jadłam w niej ostatni raz. Tutaj wszystko się zmie­nia jak w kalej­do­sko­pie. Ama­dej na Kate­dral­nej, nie­da­leko stąd. Musimy się spie­szyć, bo zamy­kają o dwu­dzie­stej trze­ciej.

Sara znała tę restau­ra­cję, bo odby­wała w niej rok temu spo­tka­nie ze swoim agen­tem. Prawdę mówiąc, nie pamię­tała nawet, czy jest tam dobra kuch­nia i jakie są ceny, bo nie to było wów­czas ważne. Ale teraz czuła wil­czy głód, podob­nie zresztą jak pozo­stali.

– W takim razie ja zapra­szam – powie­dział Olek i wszy­scy dziw­nie przy­spie­szyli kroku.

W restau­ra­cji było pra­wie pusto. Trzy osoby sie­działy w rogu sali i gło­śno roz­ma­wiały. Zajęli miej­sca przy pierw­szym sto­liku i zło­żyli obok swoje ple­caki.

Sara roz­glą­dała się za obsługą, ale w zasięgu wzroku nie było nikogo. Po chwili do restau­ra­cji weszli dwaj męż­czyźni około czter­dziestki i zajęli miej­sca naprze­ciwko. Nikt nie zwró­cił na nich uwagi, ale Sara dobrze znała ukra­iń­ską obser­wa­cję.

Jeżeli zamó­wią wodę, sok lub her­batę, nie zdejmą kur­tek i nie popro­szą o wódkę, to zna­czy, że mamy ogon – pomy­ślała.

– Nie zapy­ta­łem, gdzie się zatrzy­masz – wyrwał ją z zadumy Olek. – My mamy zare­zer­wo­wane pry­watne kwa­tery…

– Mam rezer­wa­cję w takim tanim hotelu nie­da­leko – odpo­wie­działa, cho­ciaż nie miała żad­nej. Zawsze szu­kała noc­legu z mar­szu, mimo że było to ryzy­kowne. Zwłasz­cza na Ukra­inie, bo cza­sami musiała długo szu­kać.

Poja­wiła się kel­nerka o twa­rzy mane­kina i ruchach zawod­nika sumo. Pode­szła naj­pierw do dwóch męż­czyzn, któ­rzy weszli po nich, i przy­jęła krót­kie, jak się wyda­wało, zamó­wie­nie. Sara widziała ich z dobrej pozy­cji, bo sie­dzieli za ple­cami Olka.

– Zuza, możesz zano­co­wać z nami…

– Okay! A… gdzie to jest? Jeste­ście super, będzie mi miło, jeśli mnie przy­gar­nie­cie…

Sara zro­biła szybką ocenę sytu­acji. Jeżeli ci faceci są obser­wa­cją, to… za kim, za mną, za nimi, przy­pa­dek… mili­cja kry­mi­nalna? Jeżeli za mną, to dla­czego? Nie… to mało praw­do­po­dobne. Za nimi? Stu­denci. Pierw­szy raz na Ukra­inie. Nie… to jesz­cze mniej praw­do­po­dobne. Raczej kry­mi­nalna. Tak, na pewno! Zresztą są mało sub­telni. To się od razu rzuca w oczy. Typowa kry­mi­nalna!

Oj, Saro! Jesteś prze­wraż­li­wiona! – osą­dziła się w duchu. Jesz­cze za mało danych, a ty się przej­mu­jesz dwoma typami. Jest już późno i nawet gdy­bym chciała, to roz­pra­co­wa­nie obser­wa­cji o tej porze będzie trudne. Lepiej ukryć się w gru­pie. Spraw­dzę się jutro w dro­dze do Kijowa.

– Zobacz, Zuza, mam tutaj wydruk kom­pu­te­rowy rezer­wa­cji naszych kwa­ter.

Olek podał jej kartkę i rów­no­cze­śnie do sto­lika pode­szła kel­nerka. Z miną drew­nia­nej lalki, bez cie­nia emo­cji i pro­stego „dobry wie­czór” zako­mu­ni­ko­wała, że kuch­nia już koń­czy pracę, i wyglą­dało, jakby ocze­ki­wała, że wszy­scy pod­niosą się i wyjdą.

– Jeste­śmy bar­dzo głodni po dłu­giej podróży. Cho­ciaż cokol­wiek… – powie­działa po pol­sku Sara.

– Jest barszcz – odrze­kła sucho kel­nerka.

– W takim razie weź­miemy barszcz. Dla wszyst­kich. Byle gorący! I her­batę!

Nikt nie pro­te­sto­wał. Każ­demu zale­żało tylko na ciep-łym posiłku.

– To nie­da­leko! – odpo­wie­działa Sara, rzu­ciw­szy okiem na kartkę, i oddała ją Olkowi, który coś mówił.

Ale ona go nie słu­chała, cho­ciaż patrzyła się na niego z uśmie­chem i wyda­wało się, że podąża za jego sło­wami. Olek był dla niej przez moment jakby prze­zro­czy­sty. Jej wzrok był usta­wiony na dwóch męż­czyzn za jego ple­cami.

Dla­czego jeden sie­dzi do nas bokiem, a nie tyłem? Nie zdjęli kur­tek… Nie roz­ma­wiają? Nie! Roz­ma­wiają. Ale nie są zajęci sobą… Nie mają sobie nic do powie­dze­nia. To po co tu przy­szli? Wyglą­dają na trzeź­wych… Palą. Są ner­wowi. Tak, są ner­wowi! Cią­gle strze­pują popiół… Dla­czego są pochy­leni? Dla­czego nie oprą się wygod­nie, tylko tkwią w jed­nej pozy­cji? Pew­nie mają mikro­fony w kla­pach. Tak, to moż­liwe! Ten, co sie­dzi bokiem, nie spo­gląda w naszą stronę. Obser­wuje nas ten, który sie­dzi przo­dem. Mówi pew­nie tam­temu, co robimy… Omiata nas wzro­kiem, nie wpa­truje się w nas. Nie patrzy na salę, nie patrzy na swo­jego kum­pla. Ma taki mar­twy wzrok bez wyrazu. Patrzy na nas, na popiel­niczkę, na swo­jego papie­rosa, na stół i znów na nas… Ten bokiem patrzy tylko na popiel­niczkę, w któ­rej cią­gle grze­bie papie­ro­sem…

Poja­wiła się kel­nerka i posta­wiła przed męż­czy­znami po butelce coli i setce wódki.

Sara wciąż ana­li­zo­wała ich zacho­wa­nie, tylko momen­tami słu­cha­jąc roz­mowy przy­ja­ciół.

Cie­kawe, czy zapłacą od razu? Dla­czego nie zamó­wili butelki? Musieli zało­żyć, że będziemy jeść. To natu­ralne. Obli­czyli pew­nie, że po kie­liszku będzie bez­piecz­niej. Zdążą wypić i wyjść na czas, by nas nie stra­cić, w końcu piją za pań­stwowe… No tak, muszą prze­cież usta­lić, gdzie będziemy noco­wać. Jeżeli na zewnątrz jest ich wię­cej, to zna­czy, że wysta­wili na nas duże siły i sprawa jest poważna. Jeżeli tylko tych dwóch, to pro­blem jest mniej­szy. Mogą być z mili­cji, a nie z SBU!

– Idzie nasz barszcz ukra­iń­ski! – rzu­cił ktoś rado­śnie, wyry­wa­jąc Sarę z transu.

– Zmę­czona jesteś, Zuza? Coś się stało? – zapy­tał Olek. – Jesteś jakaś nie­obecna… Zjemy i idziemy na kwa­terę. Trzeba odpo­cząć. Kole­dzy wezmą twój ple­cak.

– Tak. Czuję już tro­chę trudy podróży. Marzę o łóżku… wycią­gnąć się i pomy­śleć, że jutro też będzie dzień.

– Barszcz jest zimny – ode­zwała się nagle jedna z dziew­czyn. – Śmie­tana nie chce się roz­pu­ścić.

– Nie wybrzy­dzaj. Nie mamy wyboru. Zja­damy i spa­damy – pouczył ją kolega. – Tylko nie jedz mięsa – dodał znacz­nie ciszej. – To świ­nia.

– Olek, jak nazywa się ta ulica, na któ­rej jest wasz hostel? – zapy­tała Sara.

– Chyba Wartka… – odpo­wie­dział po chwili, spraw­dza­jąc na kartce. – Tak, Wartka!

Sara pod­nio­sła się i ku zasko­cze­niu wszyst­kich pew­nym kro­kiem ruszyła do sto­lika, gdzie sie­dzieli dwaj męż­czyźni. Patrzyła pro­sto w twarz tego, który sie­dział przo­dem.

Widzi, że idę w jego kie­runku, ale na mnie nie patrzy – oce­niła. Znie­ru­cho­mieli. Dener­wują się! Czuć to. Boją się! To takie typowe… Faceci z obser­wa­cji zawsze boją się kon­taktu z obser­wo­wa­nym. Boją się, bo nie wie­dzą, dla­czego obiekt do nich pod­cho­dzi i co może zro­bić. Oni są tylko od obser­wa­cji, to widać. Jeśli się zde­kon­spi­rują, mogą roz­ło­żyć mie­sią­cami przy­go­to­wy­waną ope­ra­cję. Cza­sem wystar­czy jedno celne pyta­nie, błędna odpo­wiedź, waha­nie w gło­sie, i wszystko jasne. Ale nie dla nich. Oni to czują, lecz nie mają pew­no­ści, i to jest dla nich naj­gor­sze. Nie wie­dzą, czy już prze­grali, czy jesz­cze nie. Czy obiekt się zorien­to­wał i co dalej robić. Mają sucho w ustach! – pomy­ślała Sara z satys­fak­cją, bo sama wie­lo­krot­nie pro­wa­dziła obser­wa­cję i ni­gdy nie wpa­dła, nie dała się spro­wo­ko­wać.

Zawsze pamię­tała zasadę, którą wpoił jej Kon­rad, że samo opa­no­wa­nie tech­niki obser­wa­cji nie wystar­cza. Trzeba jesz­cze znać sie­bie, wła­sną psy­chikę i umieć nad nią pano­wać. „Jeśli spo­tkasz w lesie niedź­wie­dzia – mówił – nie ucie­kaj, patrz mu pro­sto w oczy. On nie poj­mie two­jej odwagi i wtedy możesz go oszu­kać”.

– Prze­pra­szam, pano­wie. Czy mogę prze­szko­dzić? – zapy­tała, patrząc na tego, co sie­dział do niej przo­dem. Drugi nawet nie pod­niósł głowy. – Jeste­śmy stu­den­tami z Pol­ski, dzi­siaj przy­je­cha­li­śmy do Lwowa i słabo znamy mia­sto… – Obo­jętny wyraz twa­rzy męż­czy­zny kon­tra­sto­wał z prze­ra­że­niem w oczach. Sara była pewna. – Szu­kamy ulicy, lecz zapo­mnie­li­śmy planu mia­sta. O tej porze ni­gdzie go nie kupimy, a jeste­śmy już bar­dzo zmę­czeni…

Mówiła po rosyj­sku, przy­ja­znym tonem. Męż­czyźni trwali sztywno w takiej samej pozy­cji. Ten, co sie­dział bokiem, zga­sił papie­rosa.

– Jaka to była ulica, Olek? Bo znowu zapo­mnia­łam – powie­działa gło­śno, odwra­ca­jąc się do grupy.

– Wartka – rzu­cił.

– No wła­śnie… Czy może wie­dzą pano­wie, jak dojść na ulicę Wartką? To chyba gdzieś w pobliżu?! – zapy­tała, patrząc na nich z roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem.

– Nie jeste­śmy stąd – rzu­cił, nie pod­no­sząc wzroku, ten, co sie­dział bokiem, i się­gnął po nowego papie­rosa.

– Szkoda! To bar­dzo prze­pra­szam za kło­pot.

Odpo­wie­działo jej mil­cze­nie.

Fra­je­rzy! Taki pro­sty numer i tak szybko się wyło­żyli! – pomy­ślała z satys­fak­cją i zawró­ciła do sto­lika. Czyli mamy obser­wa­cję! To jasne. Teraz tylko trzeba usta­lić za kim… za mną czy za nimi? Tylko z jakiego powodu mie­liby ich kon­tro­lo­wać? To bez sensu! Zoba­czymy, co będzie jutro… Tak czy ina­czej może być ciężko. Muszę prze­cież spo­tkać się z „Tra­vi­sem”!

– Mówi­łaś, że wiesz, gdzie to jest… – ode­zwał się jeden z chło­pa­ków, gdy usia­dła.

– Wiem, ale nie byłam pewna – odparła obo­jęt­nie. – Nie chcia­łam, żeby­śmy błą­dzili po nocy. Ale oni nie są stąd. Wiem, gdzie to jest, nie mar­tw­cie się.

Skoń­czyli jeść i jedna z dziew­czyn dała znak sto­ją­cej kilka metrów dalej kel­nerce. Musiało jed­nak upły­nąć tro­chę czasu, zanim ta raczyła podejść. Olek wyjął pie­nią­dze i nie cze­ka­jąc na rachu­nek, zapła­cił i podzię­ko­wał.

– Prze­pra­szam panią – ode­zwała się jesz­cze Sara, kiedy wszy­scy się pod­no­sili. – Czy wie pani, gdzie jest ulica Wartka?

Ku zasko­cze­niu wszyst­kich kel­nerka nad­zwy­czaj spraw­nie i uprzej­mie udzie­liła wyczer­pu­ją­cej odpo­wie­dzi.

– Dziwny kraj! – sko­men­to­wał Olek, krę­cąc z nie­do­wie­rza­niem głową.

– Homo sovie­ti­cus w trze­cim poko­le­niu – szybko zare­ago­wała Sara. – Mie­sza­nina aro­gan­cji i ser­decz­no­ści. Kel­nerka to pani, wła­dza, wię­cej… misja! Klient musi to wie­dzieć. Nie ma lekko. Ale to też dobrzy, ser­deczni i zwy­kle pro­sto­duszni ludzie. Na zmianę nie trzeba będzie długo cze­kać.

– Jesz­cze tylko jedno poko­le­nie! – rzu­cił Olek i wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem.

Sara też się śmiała. Poczuła odprę­że­nie, cho­ciaż ta jego iro­nia tro­chę ją draż­niła.

Teraz wie­działa, że ma obser­wa­cję.

29

Kon­rad przy­szedł wcze­śniej i sie­dział w pustym biu­rze. Miał wra­że­nie, że jest tak cicho, iż sły­szy krew pul­su­jącą w skro­niach. Włą­czył tele­wi­zor. Chciał się napić poran­nej kawy, ale nie miał ochoty jej robić. Posta­no­wił, że zaczeka na Ewę. Wziął do ręki ostatni numer „Poli­tyki”, nie zamie­rza­jąc by­naj­mniej cze­go­kol­wiek czy­tać, i auto­ma­tycz­nie otwo­rzył na rysunku Mleczki. To zawsze popra­wiało mu humor. W cza­sach jego dzie­ciń­stwa „Poli­tyka” zawsze leżała gdzieś w domu i gdy nauczył się czy­tać, zaczy­nał jej prze­glą­da­nie od rysunku Szy­mona Koby­liń­skiego. Potem pytał ojca, co to zna­czy „Pro­le­ta­riu­sze wszyst­kich kra­jów, łącz­cie się”, i otrzy­my­wał odpo­wiedź: „To takie hasło, piękne hasło, ale tylko hasło i nie­ak­tu­alne”.

Sie­dział w fotelu za biur­kiem i patrzył na ekran. Szły wia­do­mo­ści na CNN. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dźwięk jest wyłą­czony. Nie chciało mu się jed­nak wstać i się­gnąć po pilota. Zapi­sał sobie na kartce czer­wo­nym mar­ke­rem „Sara”, by nie zapo­mnieć zapy­tać M-Irka, czy dała już jakiś znak z Ukra­iny.

Myślał inten­syw­nie o wczo­raj­szej roz­mo­wie z Geo­rge’em. Myślał w nocy, rano, pod­czas biegu na Kaba­tach, w dro­dze do pracy. Prak­tycz­nie myślał o tym nie­prze­rwa­nie. Wyda­wało mu się, że wszyst­kie inne czyn­no­ści wyko­ny­wał jakby mecha­nicz­nie. Gdyby ktoś go zapy­tał, co robił przed godziną, nie byłby w sta­nie odpo­wie­dzieć.

Kim jest „Hook”? Ta natrętna myśl była począt­kiem i koń­cem wszyst­kich jego roz­wa­żań. Dosko­nale zda­wał sobie sprawę, że Rosja­nie mają w Pol­sce potężną agen­turę. Popo­wski jest zbyt inte­li­gentny i ambitny, by mogło być ina­czej, i zbyt dobrze zna Pola­ków. Dzi­siaj jed­nak Kon­rad obu­dził się już w innym świe­cie. Nie mógł się pogo­dzić ze świa­do­mo­ścią, że w Agen­cji Wywiadu może być kret. Bolało go to stwier­dze­nie, bo mogło ozna­czać tylko kogoś z Wydziału „Q” lub kie­row­nic­twa Agen­cji. Im dłu­żej ana­li­zo­wał sytu­ację, swoje życie, ope­ra­cje prze­pro­wa­dzone za gra­nicą, mię­dzy innymi w Rosji i na Bał­ka­nach, tym więk­szy ogar­niał go strach. Strach, że wszystko, co zro­bił, poszło na marne. I to nie za sprawą śle­pego losu, tylko kon­kret­nej osoby, na przy­kład takiego Micha­iła Popo­wskiego.

Ale prze­cież od lat nie było żad­nej wpadki – pomy­ślał z odro­biną opty­mi­zmu. Czy to moż­liwe, żeby war­tość kreta prze­wyż­szała straty, jakie zada­jemy Rosja­nom? Trudno w to uwie­rzyć, ale może tak być. W końcu infor­ma­cja Bry­tyj­czy­ków jest frag­men­ta­ryczna, ich agent z pew­no­ścią nie zaj­muje się Pol­ską. Tym­cza­sem Rosja­nie myślą i pla­nują na lata, dzie­siątki lat do przodu, i jeżeli kret sie­dzi u nas, mogą z nim wią­zać wiel­kie nadzieje. Wcale nie muszą go wyko­rzy­sty­wać do podej­mo­wa­nia dzia­łań ofen­syw­nych. Wystar­czy, że wie­dzą, co robimy, co nas inte­re­suje, a to war­tość sama w sobie. Wtedy byłoby oczy­wi­ste, że przy oka­zji jesz­cze nas dez­in­for­mują i pro­wa­dzą gry ope­ra­cyjne.

Poczuł dreszcz.

Kim jest „Hook”? Jeżeli Rosja­nie przejmą archi­wum, to będzie ozna­czało, że on jest wśród nas, gdzieś bli­sko. Ale nie można też wyklu­czyć, że ryje u pre­zy­denta albo w IPN.

Kon­rad stał w oknie i spo­glą­da­jąc na pano­ramę poran­nej War­szawy, czuł dziwną satys­fak­cję, nie­mal pew­ność, że jeżeli jego plan się powie­dzie, „Hook” trafi za kratki, i nie będzie to nikt z Wydziału „Q”.

Kim jesteś, „Hooku”?!

M-Irek cze­kali, aż Kon­rad skoń­czy roz­mowę z naczel­ni­kiem Wydziału Zagra­nicz­nego AW, który zadzwo­nił dokład­nie w chwili, kiedy wcho­dzili do pokoju.

– Mel­duję uprzej­mie, sze­fie – zaczął, jak to mieli w zwy­czaju, Mirek – że pani naczel­nik Sara zalo­go­wała nadaj­nik GPS dopiero wczo­raj o dwu­dzie­stej trze­ciej dwa­dzie­ścia osiem we Lwo­wie.

– Teraz jest w dro­dze do Kijowa – prze­jął pałeczkę Irek. – Czy szef życzy sobie zoba­czyć to oso­bi­ście na kom­pu­te­rze?

– Daj­cie spo­kój. Infor­muj­cie mnie, gdyby coś się działo. Zmia­taj­cie! – rzu­cił z zado­wo­le­niem Kon­rad i połą­czył się z sekre­tarką.

– Gdzie jest Marek? Nie widzia­łem go dzi­siaj.

– Wziął dzień wolny na opiekę nad dziec­kiem – odpo­wie­działa Ewa. – Jest w domu, sze­fie. Połą­czyć?

– Tak!

Po chwili na biurku Kon­rada ode­zwał się tele­fon.

– Roz­ma­wia­łem przed chwilą z gabi­ne­tem szefa i dowie­dzia­łem się, że dzi­siaj ma być spo­tka­nie ze Szwe­dami z Säpo7… – zagad­nął Kon­rad zasko­czo­nego Marka. – Wiesz coś o tym?

– Tak! Rze­czy­wi­ście! Zapo­mnia­łem… Prze­pra­szam…

– To podobno coś bar­dzo waż­nego! Jak mogłeś, kurwa, zapo­mnieć?! Czło­wieku… jesteś zastępcą naczel­nika! Zapo­mnia­łeś?! Ja o tobie zapo­mnę przy naj­bliż­szych pre­miach… I nikomu nic nie powie­dzia­łeś, tylko wzią­łeś sobie wolne?!

Nie cze­ka­jąc na reak­cję Marka, odło­żył słu­chawkę. Zru­gał go, bo było to oczy­wi­ste i konieczne, ale nie poczuł żad­nej satys­fak­cji.

– Ewa! Znajdź mi Mar­cina – pole­cił.

Mar­cin zja­wił się w ciągu minuty. Kon­rad zlu­stro­wał go od stóp do głów, głę­bo­kim wes­tchnie­niem komen­tu­jąc jego luźną koszulkę w palmy z Baha­mów i mocno prze­tarte dżinsy.

– Gar­ni­tur, koszulę, kra­wat masz?

– Tak jest, sze­fie. Ofi­cer wywiadu jest zawsze gotowy! Na wszystko! – odparł dziar­sko Mar­cin, czu­jąc, że dosta­nie jakąś robotę eks­tra.

– Zmyj nad­miar tej pomady z wło­sów, ubierz się tak, żebyś wyglą­dał jak ozdoba kon­duktu pogrze­bo­wego, i jedź do Cen­trali na spo­tka­nie o dzie­wią­tej z dwoma kole­gami ze szwedz­kiego kontr­wy­wiadu. Poroz­ma­wiasz. Wysłu­chasz ich. Zapew­nisz, że zro­bimy co w naszej mocy, i wró­cisz tutaj, żeby mi powie­dzieć, o co cho­dzi. Zro­zu­mia­łeś?! – Mar­cin przy­jął postawę zasad­ni­czą. – Wyko­nać!

30

Ofi­cer wywiadu pod­czas reali­za­cji zada­nia zawsze zakłada, że idzie za nim obser­wa­cja – przy­po­mniała sobie w duchu tę oczy­wi­stą prawdę. Wszystko, co robi, każda czyn­ność, każdy dzień są temu pod­po­rząd­ko­wane: usta­lić, czy jesteś pod kon­trolą. To praw­dziwa sztuka i tak naprawdę nie­wielu ją posia­dło. W sumie wolę już być pewna, że mam obser­wa­cję. Wtedy wiem, co mam robić. Potra­fię tak ich oszu­kać, że nawet się nie zorien­tują. Będą prze­ko­nani, że sami popeł­nili błąd. Naj­waż­niej­sze to nie dać się spro­wo­ko­wać…

– Zuza! To chyba tutaj – usły­szała głos Olka. – Mia­łaś rację. To bli­sko.

Stali przed odra­pa­nym sza­rym budyn­kiem na wąskiej i słabo oświe­tlo­nej ulicy. Napis „Spal­nia” na ścia­nie mówił, że to dom stu­dencki, ale adres się zga­dzał. Sara patrzyła na Olka i tro­chę żało­wała, że incy­dent w restau­ra­cji nagle wykre­ślił go z jej życia. Jakby w ogóle nie ist­niał! Poczuła coś w rodzaju wyrzu­tów sumie­nia – ale chyba bar­dziej w sto­sunku do sie­bie samej niż do niego – że tak łatwo zdra­dziła tamtą Zuzę, którą odkrył w niej Olek.

Czy ofi­cer wywiadu może kogoś poko­chać? – pomy­ślała. Czy w ogóle ktoś może poko­chać szpiega? Zgo­dzić się na wspólne życie na niby, w któ­rym jedno daje wszystko, a dru­gie tylko małą część sie­bie? Nie dla­tego, że nie chce. Nie może! Życie w stra­chu, rado­ści, klę­ski i zwy­cię­stwa… niczym nie możesz się podzie­lić! Więc co możesz dać? Nic! Powiesz kocha­nemu: masz mnie tylko odtąd dotąd, a o resztę nie pytaj? Kto się na to zgo­dzi! To jak żyć? Jak być kobietą?

– Zuza, będziesz spała razem z dziew­czy­nami. Nie ma już wol­nych pokoi – powie­dział Olek, wra­ca­jąc z cze­goś, co mogło wyglą­dać na recep­cję. – Nie prze­szka­dza ci to?

– Daj spo­kój! Oczy­wi­ście, że nie! Wolne pokoje są na pewno. Trzeba tylko dać. Ale ja i tak wolę spać z dziew­czy­nami – odparła Sara. – Jakie macie plany na jutro? O któ­rej wsta­jemy?

– Powin­ni­śmy chyba zoba­czyć Lwów. Podobno to piękne mia­sto. Cho­ciaż na razie takiego wra­że­nia nie spra­wia. Co ty na to? Poka­żesz mi Lwów, Zuza? – zapy­tał, miło akcen­tu­jąc jej imię.

– Oczy­wi­ście, Olku – odpo­wie­działa tym samym tonem. – Pro­po­nuję poświę­cić cały dzień na zwie­dza­nie mia­sta i noc­nym pocią­giem jechać do Kijowa.

– Mamy tutaj opła­cone dwa noc­legi. Nie mówi­łem ci?

– Może… już nie pamię­tam, chyba wyle­ciało mi z głowy. A ja nie mówi­łam ci, że poju­trze rano mam umó­wione spo­tka­nie na Uni­wer­sy­te­cie Kijow­skim? – odparła Sara.

W rze­czy­wi­sto­ści miała zoba­czyć się z „Tra­vi­sem” o osiem­na­stej następ­nego dnia. Zapla­no­wała jed­nak, że poje­dzie do Kijowa noc­nym pocią­giem, by unik­nąć koniecz­no­ści mel­do­wa­nia się w hotelu przed spo­tka­niem. Poza tym dla obser­wa­cji pociąg będzie poważ­nym utrud­nie­niem.

– Poroz­ma­wiam z kole­gami. Oso­bi­ście wolał­bym jechać z tobą, ale nie wiem, jakie jest ich zda­nie, nie mogę im nic narzu­cać. Rozu­miesz mnie?

– To jasne! – odpo­wie­działa.

Wolała jed­nak jechać do Kijowa sama, bo choć towa­rzy­stwo grupy dawało jej dobrą przy­krywkę, to teraz zaczy­nało ogra­ni­czać swo­bodę ruchu. A miała jesz­cze przed sobą trudne zada­nie wyj­ścia spod obser­wa­cji.

– Myślę, że wsta­niemy o dzie­wią­tej. Wystar­czy? Wyśpisz się? Powiedz dziew­czy­nom, kiedy będziesz w pokoju. Twój ple­cak już tam jest! – Olek odpro­wa­dził ją pod drzwi. – Dzię­kuję ci za ten nie­zwy­kły dzień. Wiele się od cie­bie nauczy­łem, naprawdę! Jesteś nie tylko piękna, jesteś wspa­niała, nie­zwy­kła!

Zbli­żył się do niej i Sara poczuła, że chce ją poca­ło­wać. Miała wra­że­nie, że zaraz zdrę­twieje. Z nie­po­ko­jem pomy­ślała, co robić. Bała się, ale była pewna, że się nie cof­nie. Napię­cie prze­mie­niło się nagle w przy­jemne pod­nie­ce­nie. Nie pano­wała nad sobą i nawet tego nie chciała.

Olek stał bli­sko i przez kilka sekund patrzył jej w oczy. Teraz była już pewna, że wyczuł jej zauro­cze­nie, uno­szące się wokół fero­mony, i reaguje tak, jak to robi męż­czy­zna. Bez słów.

– Dobra­noc, Zuza. Miłych snów – usły­szała słowa wypo­wie­dziane tak cie­pło jak ni­gdy dotąd i zamiast poca­łunku poczuła na policzku jego dłoń, deli­kat­nie prze­su­wa­jącą się do tyłu i doty­ka­jącą wło­sów. Zamknęła oczy i dziwny dreszcz prze­szedł jej ciało, poczuła pod­nie­ce­nie, jakiego nie dał jej dotąd żaden poca­łu­nek. Nikt ni­gdy tak jej nie doty­kał!

– Dobra­noc, Olek! Do jutra! – odpo­wie­działa z nie­uchwytną nutką żalu w gło­sie.

Dziew­czyny już się roz­pa­ko­wały i poszły do łazienki na kory­ta­rzu. Sara miała wra­że­nie, że wszystko robi w zwol­nio­nym tem­pie. Czuła się jak po nar­ko­tyku… ale czuła się dobrze. Wresz­cie jakoś upo­rała się z baga­żem i też poszła się umyć.

Gdy wró­ciła do pokoju, dziew­czyny leżały już w łóż­kach, ale świa­tło było zapa­lone.

– Olek powie­dział, że wsta­jemy o dzie­wią­tej. Dobra­noc – oznaj­miła, gasząc świa­tło.

– Okay! On jest efen­dim – rzu­ciła jedna ze stu­den­tek.

Sara leżała w ciem­nym pokoju i nie potra­fiła upo­rząd­ko­wać wra­żeń. Wszystko obra­cało się wokół Olka i zda­rze­nia w restau­ra­cji. Mie­szało się ze sobą mimo­wol­nie i bez sensu.

– Cho­lera jasna! Kurwa! Cho­lera! – powie­działa nagle na głos, aż dziew­czyny pod­sko­czyły w swo­ich łóż­kach. – Nic, nic… w porządku. Zapo­mnia­łam wysłać SMS-a do mamy. Śpij­cie!

Pode­rwała się i po omacku odna­la­zła w swo­jej tor­bie tele­fon komór­kowy. Włą­czyła go i akty­wo­wała iden­ty­fi­ka­tor GPS.

Kon­rad będzie wście­kły – pomy­ślała. Jak mu wytłu­ma­czę? Że spo­tka­łam chło­paka i stra­ci­łam głowę?

Miała żal do sie­bie, nie do Olka.

To zły znak. Muszę bar­dziej nad sobą pano­wać, umieć roz­dzie­lić wszystko na to, co moje… a co nie. Chyba nie da się połą­czyć uczuć i szpie­gow­skiej roboty. Chcia­ła­bym odbyć taką podróż z Olkiem na Krym, bez tych typów z obser­wa­cji, tras spraw­dze­nio­wych, agen­tów, bły­ska­wicz­nego prze­ka­zy­wa­nia mate­ria­łów, obsługi schow­ków…

Ta myśl, wyczer­pa­nie i spo­kojne roz­luź­nie­nie szybko spro­wa­dziły na nią sen.

Hałas prze­jeż­dża­ją­cych tram­wa­jów odbi­jał się od wąskich ulic i wpa­dał przez otwarte okno, wypeł­nia­jąc oświe­tlony słoń­cem pokój.

Sara pomy­ślała, że któ­raś z dziew­czyn musiała otwo­rzyć je w nocy. Zmo­rzył ją tak mocny sen, że nawet tego nie zauwa­żyła.

Była siódma rano. Dziew­czyny jesz­cze spały, nakryte pościelą jak śnież­nymi cza­pami. Leżała w łóżku, wpa­tru­jąc się w kawa­łek błę­kit­nego nieba widoczny nad domami po dru­giej stro­nie ulicy. Miała teraz czas, by spo­koj­nie zapla­no­wać swoje dzia­ła­nia na dzi­siaj i prze­jazd do Kijowa oraz zasta­no­wić się, jak odbyć bez­piecz­nie spo­tka­nie z „Tra­vi­sem”.

Jesz­cze przed wyjaz­dem, w War­sza­wie, miała przy­go­to­wany zarys trasy i punk­tów spraw­dze­nio­wych. Jed­nak wyda­rze­nia, które nastą­piły, spo­tka­nie z Olkiem i jego grupą, zmie­niły całą jej filo­zo­fię dzia­ła­nia.

Na korzyść! Zde­cy­do­wa­nie! Zresztą ni­gdy trasy nie da się zre­ali­zo­wać w stu pro­cen­tach tak, jak została zapla­no­wana. Naj­waż­niej­sza jest umie­jęt­ność wła­ści­wej oceny sytu­acji i zdol­ność impro­wi­za­cji – orze­kła. Póki wszy­scy śpią, zdążę coś zała­twić!

Wstała tak cicho, jak tylko potra­fiła, wło­żyła dżinsy i T-shirt, wzięła kosme­tyczkę i poszła do łazienki. Gdy prze­cho­dziła kory­ta­rzem obok męskiej toa­lety, usły­szała, że ktoś tam jest. Przy­spie­szyła kroku, bo chciała być teraz sama. Ogra­ni­czyła poranne czyn­no­ści do mini­mum i przed wyj­ściem spraw­dziła, czy kory­tarz jest pusty. Wró­ciła na chwilę do pokoju.

Po skrzy­pią­cych scho­dach zeszła z dru­giego pię­tra i pode­szła do star­szej kobiety, która peł­niła funk­cję recep­cjo­nistki. Szybko dowie­działa się, gdzie są naj­bliż­sze sklepy spo­żyw­cze, cho­ciaż kobieta zapro­po­no­wała, że za drobną opłatą gotowa jest przy­rzą­dzić śnia­da­nie. Nie o to jed­nak Sarze cho­dziło, cho­ciaż była bar­dzo głodna.

Wyszła przed budy­nek, zało­żyła oku­lary prze­ciw­sło­neczne i zaczęła się roz­glą­dać, jakby się zasta­na­wiała, w którą iść stronę. Na ulicy było kilku prze­chod­niów i dozorca wyma­chu­jący mio­tłą. Jechały dwa samo­chody, kil­ka­na­ście stało zapar­ko­wa­nych wzdłuż kra­węż­ni­ków. Wszyst­kie w tym samym kie­runku.

Świet­nie! Ulica jest jed­no­kie­run­kowa. Od tego zaczniemy. Jak w szkole! – pomy­ślała. Teraz trzeba dzia­łać bar­dzo spo­koj­nie, nie agre­syw­nie. Nie wolno ich z rana dener­wo­wać. Jeżeli tu są, to musieli się wymie­niać w nocy albo wstali wcze­śnie rano. Pew­nie są bez śnia­da­nia i kawy, w złym humo­rze. Do sklepu trzeba iść w lewo, aku­rat pod prąd. Ide­al­nie, żeby musieli ruszyć samo­chód. Chyba że mają pie­szych. Nie sądzę jed­nak… nie o tej porze. Pew­nie sie­dzi teraz w jakimś samo­cho­dzie tylko dwóch dyżur­nych. W takim razie idę w prawo, zgod­nie z kie­run­kiem ruchu. Będą musieli się ruszyć.

Przez chwilę patrzyła w lewo, by utrwa­lić obraz dwóch rzę­dów samo­cho­dów zapar­ko­wa­nych luźno po obu stro­nach. Ruszyła. Skrę­ciła w prawo i spo­koj­nym kro­kiem poszła ulicą lekko opa­da­jącą w dół.

Po jakichś stu metrach, gdy już docho­dziła do skrzy­żo­wa­nia, przez które prze­jeż­dżały tram­waje, prze­szła na lewą stronę jezdni i kątem oka spoj­rzała w per­spek­tywę ulicy, z któ­rej przy­szła. Zauwa­żyła, że z lewego ciągu samo­cho­dów powoli wynu­rza się pojazd.

Cho­ciaż na przy­stanku obok stało kilka osób, pode­szła do dozorcy, który zamia­tał chod­nik. Wia­domo było, że obser­wa­cja ustali ten kon­takt i zapyta dozorcę, czego chciała ta kobieta. Odpo­wiedź musiała być praw­dziwa: szu­kała sklepu. Dozorca wska­zał jej ten sam sklep co recep­cjo­nistka, w kie­runku dokład­nie prze­ciw­nym do tego, z któ­rego przy­szła. Gdy poka­zy­wał ręką w górę ulicy, z łatwo­ścią mogła zauwa­żyć prze­jeż­dża­jący powoli samo­chód, stary gra­na­towy ford escort na lwow­skiej reje­stra­cji. Patrzyła tak, by nie spo­tkać się wzro­kiem z sie­dzą­cymi wewnątrz dwiema oso­bami. Widziała wyraź­nie kobietę i męż­czy­znę. Na skrzy­żo­wa­niu samo­chód skrę­cił w prawo, pew­nie by zro­bić objazd wokół kwar­tału.

Dosyć typowe. Ale to jesz­cze nie pew­ność. Jeśli ten samo­chód znowu się pojawi, to bingo! – pomy­ślała i ruszyła z powro­tem w kie­runku sklepu.

Nie­duży sklep spo­żyw­czy znaj­do­wał się dwie­ście metrów w prawo od hostelu, za rogiem, w bocz­nej uliczce, i nie był widoczny z głów­nego traktu. Zna­la­zła go jed­nak łatwo.

Gdy weszła, spoj­rzała na zega­rek. Siódma trzy­dzie­ści sześć. Od wyj­ścia z hostelu minęło sie­dem minut. W skle­pie było pusto. Kupiła chleb, mar­ga­rynę, żółty ser, jogurt, pomi­dory, jajka i her­batę. Zajęło jej to nie wię­cej niż pięć minut.

Gdy wyszła ze sklepu, w odle­gło­ści trzy­dzie­stu metrów, po lewej stro­nie ulicy Wart­kiej, zauwa­żyła tego samego forda, lecz nikogo w nim nie było.

No i bingo! Są! Tyle że wysie­dli. Pew­nie mnie szu­kają. Zde­ner­wo­wali się! Ale to ich wina i wie­dzą o tym. Muszę się poka­zać, żeby ich uspo­koić. Nie ma wąt­pli­wo­ści, to nie mili­cja, to Służba Bez­pie­czeń­stwa Ukra­iny! – pomy­ślała.

Sta­nęła przed skle­pem i zaczęła prze­glą­dać zakupy, tak jakby się zasta­na­wiała, czy wszystko kupiła. Potem ruszyła bar­dzo wolno w kie­runku hostelu. Zatrzy­mała się, by zawią­zać sznu­ro­wa­dło. Po chwili znów się zatrzy­mała i tym samym wol­nym kro­kiem zawró­ciła do sklepu, żeby doku­pić ogórki. Teraz mogła obser­wo­wać przez szybę, jak do zapar­ko­wa­nego forda wsiada w pośpie­chu męż­czy­zna, a zdy­szana kobieta stoi tro­chę dalej i obser­wuje sklep.

No! Wszystko w porządku. Już się nie dener­wuj­cie. Jestem! Ale z was gapy…

Nie czuła do nich żad­nej nie­chęci, wprost prze­ciw­nie – miała dla nich wiele sym­pa­tii, szcze­gól­nie w sytu­acjach, gdy byli tak nie­po­radni.

Tym samym wol­nym kro­kiem ruszyła pro­sto do hostelu i zdą­żyła tylko zauwa­żyć, że kobieta zaczęła wyko­ny­wać dziwne ruchy. Wszystko było już jasne i nie musiała wię­cej zwra­cać na nią uwagi.

Gdy wyszła zza rogu, zoba­czyła, że przed wej­ściem do hostelu stoi Olek i się roz­gląda. Nie zauwa­żył jej. Przez uła­mek sekundy odnio­sła wra­że­nie, że robi dokład­nie to samo, co ona przed chwilą. Pomy­ślała, że musiała wtedy wypaść bar­dzo natu­ral­nie. Ruszył powoli w prawo, w kie­runku skrzy­żo­wa­nia, dokład­nie tak jak ona. Zanie­po­ko­iła się.

Sytu­acja jest oczy­wi­ście przy­pad­kowa, ale… tro­chę zasta­na­wia­jąca. Znów zde­ner­wuje obser­wa­cję. A to nie­do­brze! – pomy­ślała natych­miast.

Przy­spie­szyła kroku i gdy była już pewna, że ją usły­szy, zawo­łała. Na chwilę przy­sta­nął w miej­scu, jakby nie wie­dział, skąd docho­dzi głos. Zaraz potem się odwró­cił, zoba­czył Sarę i uśmiech­nął się. Kiedy pode­szła bli­żej, wyczuła w jego uśmie­chu coś dziw­nego. Był jakiś inny niż wczo­raj. Z początku nie mogła tego zro­zu­mieć, ale zaraz do niej dotarło, że Olek się ogo­lił, więc to pew­nie dla­tego.

Było mu lepiej z ciem­nym dwu­dnio­wym zaro­stem. Był zbó­jecko męski – pomy­ślała mimo­wol­nie.

– Dokąd idziesz? – zapy­tała.

– Chcia­łem zro­bić zakupy na śnia­da­nie… – odpo­wie­dział szybko i spoj­rzał na torbę, którą trzy­mała w ręku – ale, jak widać, byłaś szyb­sza. Gra­tu­luję! Nie mam z tobą szans, Zuza.

– Sklep jest tam. – Sara wska­zała ręką w prze­ciwną stronę, tak by obser­wa­cja mogła łatwo się zorien­to­wać, o czym roz­ma­wiają, i w teatral­nym geście unio­sła torbę z zaku­pami.

– Recep­cjo­nistka powie­działa mi, gdzie jest sklep, ale chyba cze­goś nie zro­zu­mia­łem. Mówiła po ukra­iń­sku – wytłu­ma­czył się Olek. – Pozwól, że zwrócę ci pie­nią­dze.

– Nie ma mowy! Pła­ci­łeś wczo­raj w restau­ra­cji. Ja sta­wiam śnia­da­nie. – Sarze popra­wiło się samo­po­czu­cie, bo w zacho­wa­niu Olka nie dostrze­gła niczego nie­na­tu­ral­nego.

– W takim razie pozwól, że je przy­go­tuję. Co kupi­łaś? – Objął ją ramie­niem, drugą ręką wziął od niej siatkę i wró­cili do hostelu.

Po śnia­da­niu cała piątka w dosko­na­łym nastroju ruszyła na zwie­dza­nie ską­pa­nego w słońcu Lwowa.

Chcąc nie chcąc, Sara musiała grać rolę opro­wa­dza­ją­cej. Wpraw­dzie jej wie­dza na temat zabyt­ków była wię­cej niż pobieżna, jed­nak topo­gra­fię Lwowa miała opa­no­waną per­fek­cyj­nie, bo to pod­sta­wowy ele­ment przy­go­to­wa­nia ofi­cera wywiadu. Za każ­dym razem, kiedy wyjeż­dżała ze Lwowa lub z jakie­goś innego mia­sta, w któ­rym pra­co­wała, obie­cy­wała sobie, że musi wró­cić tam pry­wat­nie i naprawdę je zwie­dzić. No bo co możesz zoba­czyć, kiedy patrzysz cią­gle do tyłu, a prze­wod­nik w dłoni to tylko atrapa.

– Poga­da­łem z przy­ja­ciółmi. Chcą jesz­cze dzi­siaj zostać we Lwo­wie. Nie nama­wia­łem ich na wyjazd do Kijowa ani nie mówi­łem im o tobie, bo głu­pio by to wypa­dło. Rozu­miesz mnie? – powie­dział Olek, gdy zostali na chwilę sami.

– Nie ma sprawy! Wszystko prze­my­śla­łam i też zostanę do jutra. Tak faj­nie jest z wami! Jeżeli nie zdążę, to prze­sunę spo­tka­nie… świat się przez to nie zawali. Moje dru­gie ja mówi mi, że pozna­łam kogoś cie­ka­wego, z kim warto spę­dzić czas. Doświad­czyć cze­goś nowego, innego.

Sara rze­czy­wi­ście tak myślała i czuła, jed­nak przed wyj­ściem z hostelu spa­ko­wała już swój bagaż, bo wyjazd zapla­no­wała na wie­czór. Teraz chciała miło spę­dzić czas z Olkiem i wcale nie myślała o towa­rzy­szą­cej im obser­wa­cji.

Olek uśmiech­nął się z wyraź­nym zado­wo­le­niem i korzy­sta­jąc z oka­zji, że zostali z tyłu za grupą, wziął ją za rękę.

I znów, tak jak wie­czo­rem na kory­ta­rzu, a może nawet jesz­cze moc­niej, poczuła miły przy­pływ cie­pła i bicie dwóch serc. Nie mogła sobie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek szła z chło­pa­kiem za rękę. Widząc, jak robią to inni, zwy­kle miała wra­że­nie, że to takie śmieszne, dzie­cinne.

A zatem nie zna­łam samej sie­bie – pomy­ślała i szła dalej, nie­na­tu­ral­nie mocno ści­ska­jąc dłoń Olka.

Bojąc się jego spoj­rze­nia, patrzyła nie­obec­nym wzro­kiem na drugą stronę ulicy. Szli przez chwilę w mil­cze­niu. Nagle Olek puścił jej dłoń i w tej samej chwili zauwa­żyła, że idący przed nimi kole­dzy zatrzy­mali się i odwró­cili w ich stronę.

Poczuła się, jakby nagle została zwol­niona z uwięzi, wyzwo­lona z nie­na­tu­ral­nej sytu­acji krę­pu­ją­cej myśli i ruchy. Mimo to gdzieś głę­boko czuła, że dobrze się stało, iż Olek poro­zu­miewa się z nią wła­śnie takimi gestami, tak oczy­wi­stymi i wyraź­nymi, które mówią kobie­cie o wiele wię­cej niż słowa.

Docho­dziła dzie­więt­na­sta i wszy­scy zgod­nie uznali, że czas coś zjeść. Cało­dniowa włó­częga po mie­ście w upale i kurzu wyraź­nie odci­snęła piętno na ich wyglą­dzie, ale nie na nastroju, który wciąż był wyśmie­nity. Udali się do pobli­skiej kafeszki na Rynku.

Po całym dniu spę­dzo­nym z Olkiem Sarze zda­wało się, że jest naprawdę Zuzą Wil­ską, kimś zupeł­nie innym, nowym. Olek otwo­rzył się przed nią i nie musiała zada­wać żad­nych pytań, żeby go poznać.

Począt­kowo było to dla niej takie nie­na­tu­ralne. Opo­wie­dział histo­rię swo­jej rodziny, nie ukry­wa­jąc bole­snych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa. O ojcu, któ­rego ni­gdy nie było w domu, matce pozba­wio­nej czu­ło­ści, lecz nie­stro­nią­cej od męż­czyzn. O życiu w męskim inter­na­cie, drę­cze­niu ze strony star­szych kole­gów, wyuz­da­nym nauczy­cielu gim­na­styki. O dwu­let­niej ucieczce do Sudanu, gdzie pra­co­wał jako wolon­ta­riusz, zako­chany, jak mu się wyda­wało, w star­szej od niego o pięt­na­ście lat żonie angiel­skiego leka­rza. Sarę fascy­no­wał los mło­dego męż­czyzny, pełen nie­spo­dzia­nek, barw i zapa­chów Afryki, którą też tro­chę znała.

O sobie mówiła nie­wiele, ale w jego opo­wia­da­niu widziała sie­bie, wła­sne nie­udane dzie­ciń­stwo, bunt i ucieczkę od rze­czy­wi­sto­ści, poszu­ki­wa­nia, marze­nia o wyjeź­dzie do Afryki. Wymu­szoną przez życie samo­dziel­ność, oku­pioną samot­no­ścią. Teraz, gdy koń­czył się dzień i nad­cho­dziła chwila wyjazdu, myślała cha­otycz­nie, co zro­bić, by zatrzy­mać Olka, bo nadzieja, jaką jej dał, nagle stała się dla niej naj­waż­niej­sza.

Zapadł zmrok i zorien­to­wała się, że jest już po dwu­dzie­stej pierw­szej. Wstała od sto­lika i zapy­tała, gdzie jest toa­leta, cho­ciaż dobrze wie­działa. Jeden z chłop­ców wska­zał jej drogę. Wyszła z restau­ra­cji, prze­szła kil­ka­na­ście metrów w prawo, gdzie znaj­do­wał się auto­mat tele­fo­niczny. Miała w pamięci utrwa­loną mapę pra­wie wszyst­kich tele­fo­nów publicz­nych w cen­trum Lwowa. Wło­żyła kartę i wykrę­ciła numer swo­jego tele­fonu komór­ko­wego. Cze­kała tak długo, aż ode­zwała się auto­matyczna sekre­tarka. Po chwili, by przy­kryć swój numer przed obser­wa­cją, wykrę­ciła przy­pad­kowy numer w Pol­sce, który nie odpo­wia­dał. Szybko wró­ciła do restau­ra­cji. Zajęło jej to nie wię­cej niż pięć minut.

– Zuza, twój tele­fon szcze­kał jak wście­kły pies. – Olek sko­men­to­wał iro­nicz­nie sygnał jej tele­fonu komór­ko­wego. Pomy­ślała, że musi go zmie­nić.

Wyjęła tele­fon z torby i spraw­dziła, że ma jedno nie­ode­brane połą­cze­nie z numeru publicz­nego. W porządku – pomy­ślała – teraz ciąg dal­szy małego show.

– Cho­lera! To mój pro­fe­sor z Kijowa! – rzu­ciła, uda­jąc zakło­po­ta­nie. – Muszę zadzwo­nić!

Ode­szła od sto­lika na taką odle­głość, by spra­wić wra­że­nie, że chce roz­ma­wiać bez świad­ków, lecz w rze­czy­wi­sto­ści tak, by mogli sły­szeć, o czym będzie mówiła. Udała, że wci­ska łącze­nie z ostat­nim zapi­sa­nym nume­rem, po czym przy­ło­żyła do ucha głu­chy tele­fon.

– Dobry wie­czór, panie pro­fe­so­rze… – mówiła wyraź­nie po rosyj­sku. – Nie, nie, jestem jesz­cze we Lwo­wie… tak… Tak?… Tak jak mówi­łam, bar­dzo mi zależy… Pro­fe­sor Sta­ni­sław­ski już mi o tym wspo­mi­nał, ale chyba coś źle zro­zu­mia­łam… – Zauwa­żyła, że Olek się przy­słu­chuje. – Dobrze, panie pro­fe­so­rze, będę na czas… Nie, nie… Tak, ale liczę, że poświęci mi pan tro­chę czasu… Tak?… Bar­dzo dzię­kuję! Do zoba­cze­nia!

– Musisz jechać? – zapy­tał, gdy tylko usia­dła.

Nawet nie ukry­wał, że słu­chał roz­mowy. O to jej prze­cież cho­dziło. Ton, jakim wypo­wie­dział te dwa słowa, wska­zy­wał, że krótki show speł­nił swoje zada­nie i dał jej alibi. Cho­ciaż tym razem nie spra­wił jej żad­nej satys­fak­cji. Wola­łaby tego nie robić.

– Tak. Muszę. Pro­fe­sor pytał, czy zdążę na umó­wione spo­tka­nie, bo poju­trze wyjeż­dża na mie­siąc i nie będzie miał moż­li­wo­ści się ze mną zoba­czyć. Bez tej roz­mowy nie ruszę z miej­sca. Nie mogę sobie pozwo­lić na kolejne opóź­nie­nie w pracy nad książką.

– Zuza, jasne! Jak się dosta­niesz teraz do Kijowa? – zapy­tał tro­chę for­mal­nie Olek.

Spoj­rzała na zega­rek.

– O dwu­dzie­stej dru­giej czter­dzie­ści pięć mam pociąg do Kijowa. Jak mi pomo­że­cie, to zdążę. – Spoj­rzała pyta­ją­cym wzro­kiem na zacie­ka­wione twa­rze. – Mam trzy kwa­dranse do odjazdu. Może ktoś wpadłby po moje rze­czy do hostelu, a ja bym w tym cza­sie poje­chała na dwo­rzec po bilet, bo oba­wiam się kolejki. Zwrócę za tak­sówkę…

– Ala i Marek, skocz­cie po rze­czy Zuzy – zarzą­dził Olek. – My poje­dziemy na dwo­rzec i tam na was zacze­kamy.

Sara przy­wo­łała kel­nera, popro­siła o rachu­nek i natych­mia­stowe zamó­wie­nie dwóch tak­só­wek. Roz­po­częła reali­za­cję dru­giej czę­ści swo­jego planu zmie­rza­ją­cego do spo­tka­nia z „Tra­vi­sem”. Cze­kało ją też poże­gna­nie z Olkiem, na chwilę, jak myślała. Nie mogła o nim tak po pro­stu zapo­mnieć.

Wyjazd ze Lwowa zapla­no­wała tak, by w swo­jej dzi­wacz­no­ści wyda­wał się zupeł­nie natu­ralny. Tak to powinna ode­brać cho­dząca za nimi obser­wa­cja. Ist­niała duża szansa, że po całym dniu spo­koj­nego spa­ce­ro­wa­nia po zabyt­kach i zauł­kach Lwowa obser­wa­cja stra­ciła czuj­ność. I Sara na to liczyła. To była dobra oka­zja, by im się urwać, i to tak, by sami obwi­nili się o błąd.

To musi być dla nich zasko­cze­nie – pomy­ślała. Na pewno zauważą, że ktoś z nas wyjeż­dża. Ale kto i dokąd? Tego nie będą wie­dzieli do końca! Gdy zoba­czą, że to ja wsia­dam do pociągu, o tej porze nie przyj­dzie im łatwo wysłać kogoś za mną. Słabo opła­cani, zmę­czeni po całym dniu esbecy… Który się zgo­dzi spę­dzić noc w pociągu, bez jedze­nia? Z pew­no­ścią odpusz­czą sobie i obsta­wią dwo­rzec w Kijo­wie. To pra­wie pewne!

Sara, jak zawsze w takich sytu­acjach, czuła rodzaj zawo­do­wej satys­fak­cji z pro­stego i sku­tecz­nego planu, swo­jego małego zwy­cię­stwa.

Gdy Ala i Marek dotarli na dwo­rzec, do odjazdu pociągu zostało sie­dem minut, a kolejka do kasy była jesz­cze spora. Olek, wyraź­nie pode­ner­wo­wany, dość nie­grzecz­nym tonem pole­cił całej czwórce cze­kać w holu dworca. Sam zaś szyb­kim kro­kiem ruszył za Sarą w kie­runku peronu.

– A co z bile­tem? – zapy­tał ze zdzi­wie­niem.

– Nie ma czasu. Kupię w pociągu – odpo­wie­działa, bo do końca chciała trzy­mać obser­wa­cję w nie­pew­no­ści i nie zdra­dzać, dokąd jedzie.

Pod­bie­gli do pierw­szego wagonu i za pięć­dzie­siąt dola­rów Sara szybko dostała od kon­duk­torki miej­sce sypialne. Olek tym­cza­sem wniósł jej ple­cak. Gdy wyszła na kory­tarz i popa­trzyła przez okno, stał już z powro­tem na pero­nie. Natych­miast wśród nie­licz­nych odpro­wa­dza­ją­cych dostrze­gła dwóch męż­czyzn, któ­rzy roz­glą­dali się ner­wowo. Gdy zoba­czyli ją w oknie, odwró­cili się i zaczęli iść powoli w prze­ciw­nym kie­runku.

Pew­nie teraz roz­ma­wiają ze swo­imi sze­fami. Nie byli pewni, kto wyjeż­dża, Olek czy ja. Teraz już wie­dzą i powinno się wyja­śnić, o kogo im cho­dziło.

Olek coś mówił, ale ona go nie słu­chała.

– Do zoba­cze­nia! – zawo­łała, gdy pociąg ruszył.

Obaj męż­czyźni zostali na pero­nie.

31

Mar­cin był wyraź­nie pobu­dzony, co ujaw­niało się w jego ruchach i cha­otycz­nym sło­wo­toku. Zda­wał sobie z tego sprawę, lecz zakła­dał, że od czasu do czasu odro­bina spon­ta­nicz­no­ści nie zaszko­dzi, a Kon­rad rzadko pro­te­sto­wał, gdyż wie­dział, że kiedy trzeba wziąć odpo­wie­dzial­ność za swoje słowa i czyny, Mar­cin potrafi się opa­no­wać.

– Więc po kolei. Czego chcieli nasi szwedzcy przy­ja­ciele?

Mar­cin wycią­gnął notat­nik i zanim zaczął refe­ro­wać, rzu­cił:

– Sze­fie, to bar­dzo cie­kawa sprawa. Ale niech mi szef obieca, że ja ją dostanę…

– Jak mam ci obie­cać, skoro nie wiem nawet, o co cho­dzi. Mar­cin, nie nad­uży­waj mojej cier­pli­wo­ści…

– Ja tylko tak…

– Kto przy­je­chał?

– Olaf Svens­son i Per Gusta­vs­son – wyre­cy­to­wał Mar­cin z pamięci, po czym otwo­rzył notat­nik i dodał: – Svens­son jest z kontr­wy­wiadu, czyli Säpo, a ten Gusta­vs­son z wywiadu woj­sko­wego. Mało się odzy­wał, głów­nie mówił Svens­son. Mają pro­blem z jed­nym osiem­dzie­się­cio­let­nim dziad­kiem, który nazywa się Hans Jor­gen­sen.

– Osiem­dzie­się­cio­let­nim? Dziwne. Jakiś zbrod­niarz wojenny czy co?

– Też mi się z początku wyda­wało, że to dziwne. Ale to, czego dowie­dzia­łem się póź­niej, wcale nie było dziwne ani śmieszne. Sprawa wygląda poważ­nie, cho­ciaż jest poszla­kowa i taka w stylu rewind your mind…

– Co?

– No… to tak, jakby zaist­niało jakieś zda­rze­nie, a potem trzeba by odtwo­rzyć, jak do niego doszło. Tak jakby puścić film do tyłu… – Lubił wymy­ślać tego rodzaju porów­na­nia, licząc na ubar­wie­nie swo­jego stylu.

– Mar­cin! Ja rozu­miem… Nie trzy­maj mnie dłu­żej w napię­ciu… – Kon­rad poczuł jakąś wewnętrzną weso­łość, mimo że był zmę­czony po całym dniu. Miał wra­że­nie, jakby widział sie­bie sprzed lat.

– Szwedzki kontr­wy­wiad od kil­ku­na­stu mie­sięcy sie­dzi na jed­nym ruskim dyplo­ma­cie – zaczął z powagą. – Nazywa się Sier­giej Pie­tusz­kin i jest z SWZ. Taki ofi­cer śred­niego poko­le­nia. Pro­blem w tym, że Sie­rioża zako­chał się w żonie swo­jego rezy­denta i regu­lar­nie ją bzyka. Kon­spi­rują się dobrze, ale nie przed Säpo, tylko przed swo­imi. Nie boją się Szwe­dów, bo uwa­żają ich za ludzi kul­tu­ral­nych, nasta­wio­nych życz­li­wie do Rosji… i takie tam…

– Coś w tym jest – rzu­cił zde­cy­do­wa­nie Kon­rad.

– Wszy­scy Rosja­nie, z wyjąt­kiem rezy­denta, miesz­kają na tere­nie pla­cówki, więc Sie­rioża ma uła­twione zada­nie i miłość speł­nia się w miesz­ka­niu szefa lub pod­czas wspól­nych podróży po Szwe­cji. Rezy­dent dużo jeź­dzi służ­bowo, więc gniaz­deczko jest czę­sto wolne i Des­de­mona ma sporo swo­body. I teraz naj­cie­kaw­sze! – Mar­cin wyraź­nie się roz­krę­cał. – Otóż Des­de­monę i Sie­riożę łączy rów­nież wspólna skłon­ność do nad­uży­wa­nia alko­holu…

– Ile ona ma lat? Jest star­sza od niego?

– To druga żona rezy­denta. Młod­sza od niego o kil­ka­na­ście lat. Nato­miast od Pie­tu­chy o kilka, chyba. Nie zano­to­wa­łem tego…

– Nie­ważne! Mów dalej.

– Jak uwa­żają Szwe­dzi, Sie­rioża jest kryp­to­al­ko­ho­li­kiem i pod tym wzglę­dem kon­spi­ruje się rów­nie dobrze jak w bale­tach z żoną szefa. Co de facto nie jest takie trudne w tej amba­sa­dzie…

– Prze­sa­dzasz, Mar­cin. To są mity… Tro­chę sza­cunku dla naszych prze­ciw­ni­ków, gamo­niu! W końcu to oni zdo­byli Ber­lin i Wyspy Kuryl­skie.

– Może – odparł krótko, jakby zigno­ro­wał Kon­rada albo nie zro­zu­miał. – Nie­mniej jest on czę­ścią tego mitu. Tak to widzą Szwe­dzi. Na tę kon­spi­ra­cję poświęca dużo wysiłku i nie star­cza mu już siły na inne kon­spi­ro­wa­nie, to, za które mu płacą. A na doda­tek szef uważa go za naj­lep­szego ofi­cera Rezy­den­tury…

– Nie­praw­do­po­dobne! Szwe­dzi mają szczę­ście. – Kon­rad z nie­do­wie­rza­niem pokrę­cił głową.

– W rze­czy samej! Szczę­ścia­rze! – roz­wi­nął myśl Mar­cin. – Dla­tego Otello daje mu do roboty naj­lep­sze kawałki, a on par­ta­czy, żeby jak naj­szyb­ciej wró­cić do ich wspól­nej pani. Po pro­stu nie przy­kłada się do pracy. Toteż Szwe­dzi obło­żyli go tech­niką, obser­wa­cją i mają kurę, co znosi złote jaja… Prze­cho­dzę do sedna, cho­ciaż ważne jest wszystko. W ciągu ostat­nich trzech mie­sięcy Sier­giej jeź­dził czte­ro­krot­nie na Gotlan­dię… to taka wyspa…

– Wiem, byłem tam kilka lat temu…

– Pierw­szy raz poje­chał sam. Potem z Des­de­moną, następ­nie z Otel­lem. I ostatni raz znów sam. Jakieś trzy tygo­dnie temu. Ten układ wizyt w Visby wydał się Szwe­dom co naj­mniej dziwny. Zaczęli szcze­gó­łowo badać, godzina po godzi­nie, jego trasy, moty­wa­cję, legendę i tak dalej… Wyszło im kilka punk­tów, które mogły mieć jakieś zna­cze­nie. Aha, zapo­mnia­łem powie­dzieć! Od początku wyklu­czyli, że Sie­rioża przy­go­to­wuje się do spo­tka­nia z agen­turą. Jego modus ope­randi wska­zy­wał, że może cho­dzić o obsługę schowka lub przy­ję­cie trans­mi­sji szyb­kiej łącz­no­ści.

– Tak, to daje się dosyć łatwo wychwy­cić – wtrą­cił Kon­rad. – Tym bar­dziej jeśli ten Sier­giej czuje się roz­luź­niony… i w jakimś stop­niu bez­karny. Rosyj­scy ofi­ce­ro­wie wywiadu mają czę­sto pogar­dliwy sto­su­nek do służb kontr­wy­wia­dow­czych takich kra­jów jak Szwe­cja, Nor­we­gia czy Sło­wa­cja. Nie wszy­scy oczy­wi­ście, ale są i tacy. Ten Sier­giej na takiego mi wła­śnie wygląda. Oni, Mar­cinku, myślą, że ich wywiad to taka bizan­tyj­ska kon­struk­cja, nie­znisz­czalna histo­ria, i coś w tym jest, ale zapo­mi­nają o solid­no­ści szwedz­kiego rze­mieśl­nika czy sło­wac­kiego pie­ka­rza. Dobry kontr­wy­wiad to rze­tel­ność, dro­bia­zgo­wość i cier­pli­wość, a tego Szwe­dom nie bra­kuje…

– No wła­śnie! – przy­znał z odro­biną egzal­ta­cji Mar­cin. – Ana­liza tych czte­rech poby­tów Sie­rioży w Visby, jaką prze­pro­wa­dzili Szwe­dzi, jest dosko­nała. Romeo za każ­dym razem przez dwa dni spa­ce­ro­wał, jeź­dził, bie­gał po Gotlan­dii i wyko­ny­wał ruchy pozorne, żeby dać na poty obser­wa­cji, zmę­czyć ją i uśpić jej czuj­ność. Nie­które wyglą­dały na dzia­ła­nia ope­ra­cyjne, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści nimi nie były. Ale tro­chę się prze­li­czył…

– Bo Szwe­dzi rzu­cili na niego duże siły…

– Tak jest, sze­fie!

– Zmie­rzaj do celu! Co usta­lili? To cie­kawe. – Kon­rad powie­dział to cicho i łagod­nie, żeby Mar­cin nie poczuł się poga­niany.

– Pod­czas czte­rech poby­tów odwie­dzał kilka miejsc po dwa, trzy razy. Zawsze miało to lep­sze lub gor­sze uza­sad­nie­nie. Wstęp­nie wyty­po­wano dwa miej­sca, które Sier­giej praw­do­po­dob­nie do cze­goś wyko­rzy­sty­wał. Pierw­sze to ławka nad morzem, a dru­gie – altana w ogro­dzie bota­nicz­nym. Dla­czego wybrali te miej­sca? Bo tylko te potwier­dziły się cztery razy i w tych miej­scach był z rezy­den­tem. Pew­nego dnia pro­gnoza zapo­wia­dała wyśmie­nitą pogodę, a tym­cza­sem lało jak z cebra. Pech! Mimo to Sie­rioża i rezy­dent zadali sobie trud, by w desz­czu posie­dzieć na ławce i w altance. Szwedzki kontr­wy­wiad nie był pewien, czy Rosja­nie coś pla­nują na poważ­nie, czy też jest to dzia­ła­nie masku­jące, obli­czone na odcią­gnię­cie uwagi, a reali­za­cja odbę­dzie się zupeł­nie gdzie indziej – cią­gnął Mar­cin z zaan­ga­żo­wa­niem. – Dla­tego Säpo obsta­wiło oba miej­sca kame­rami cyfro­wymi i cze­kało, aż coś lub ktoś wypły­nie. W ciągu tygo­dnia wyty­po­wało kil­ka­na­ście osób, które wyglą­dały na podej­rzane. Ale po dokład­nej ana­li­zie i zba­da­niu mate­riału fil­mo­wego, a raczej zdjęć poklat­ko­wych, wyło­wiło jed­nego gościa… uwaga!… osiem­dzie­się­cio­let­niego!

Kon­rad popa­trzył na Mar­cina ze zdzi­wie­niem.

– Nazywa się Hans Jor­gen­sen i mieszka pod Sztok­hol­mem. Jor­gen­sen zja­wił się w altance wcze­śnie rano w pochmurny dzień… Dwa dni po ostat­niej wizy­cie Sier­gieja. Pro­szę, sze­fie! To są jego zdję­cia. – Dopiero teraz Mar­cin poło­żył na biurku Kon­rada plik foto­gra­fii. – Tro­chę nie­wy­raźne z powodu pogody. Z ich ana­lizy widać, że Jor­gen­sen wszedł do altanki, wziął do ręki coś, co wisiało mię­dzy liśćmi… O, na tym zdję­ciu naj­le­piej widać, że coś trzyma…

– Spójrz na jego twarz, Mar­cin! On się cze­goś boi… roz­gląda… jakby się spraw­dzał. Tam mię­dzy liśćmi widać jakiś zarys postaci… Przyj­rzyj się! Można by pomy­śleć, że ta postać go spło­szyła… wystra­szyła… – Kon­rad i Mar­cin przy­pa­try­wali się z bli­ska zdję­ciom w for­ma­cie A4.

– Szwe­dom zajęło dwa tygo­dnie usta­le­nie toż­sa­mo­ści Jor­gen­sena.

– Kim on jest?! – zapy­tał twardo Kon­rad.

– Hans Jor­gen­sen, eme­ry­to­wany naczel­nik z Urzędu Imi­gra­cyj­nego, wdo­wiec, Duń­czyk z pocho­dze­nia. Ale co naj­waż­niej­sze… – Mar­cin zawie­sił głos – jego syn Carl jest ofi­ce­rem szwedz­kiego wywiadu woj­sko­wego.

– Może to zbieg oko­licz­no­ści… – wtrą­cił Kon­rad, ale po chwili się zre­flek­to­wał. – Nie… coś tu śmier­dzi. Dziw­nie się czuję, jak­bym był w pustym base­nie… – zasta­na­wiał się na głos.

– Szwe­dzi dobrze go zba­dali. Nawet zało­żyli mu pod­słuch w tele­fo­nie. Na Gotlan­dię przy­był prak­tycz­nie bez powodu. Wyglą­dało, jakby przy­je­chał odpo­cząć, ale to nie trzy­mało się kupy. Jor­gen­sen pro­wa­dzi życie samot­nika, żad­nych bli­skich zna­jo­mych. Wszy­scy, któ­rzy go choć tro­chę znają, nie potra­fią o nim nic kon­kret­nego powie­dzieć. Taki bez­barwny. Był bar­dzo zwią­zany z żoną i synem…

– Rozu­miem, że z nim nie roz­ma­wiali.

– Oczy­wi­ście! Nie wie­dzą, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Zbie­rają mate­riały, ale są to tylko prze­czu­cia, nawet nie poszlaki…

– Nie dzi­wię się. Dzia­łają po omacku, bo jesz­cze za wcze­śnie. Ale ciarki cho­dzą po ple­cach i to wystar­czy, by zająć się sprawą…

– Nie­dawno była rocz­nica śmierci jego żony. Tego dnia miał się spo­tkać z synem i razem z nim pójść na cmen­tarz. Tym­cza­sem nie­mal w ostat­niej chwili powie­dział mu, że musi się zoba­czyć z jakimś przy­ja­cie­lem. Carl… koman­dor!… był z tego powodu okrop­nie roz­ża­lony. Szwe­dzi usta­lili, że Jor­gen­sen nie ma żad­nego przy­ja­ciela w… gdzieś to zapi­sa­łem…

– To może być stary nie­le­gał – rzu­cił Kon­rad bez prze­ko­na­nia. – Dla­czego Szwe­dzi przy­szli z tym do nas? Cze­goś tu nie rozu­miem… albo ty nie potra­fisz mi tego wyja­śnić…

– Naj­waż­niej­sze zosta­wi­łem na koniec. Wszystko jest jasne, sze­fie!

Mar­cin mówił z satys­fak­cją, bo czuł, że udało mu się pod­grzać Kon­rada, co nor­mal­nie nie było łatwe. Coś tak pro­stego i oczy­wi­stego jak zre­fe­ro­wa­nie tematu też może być sztuką. Miał wra­że­nie, że jak pocisk zmie­rza nie­uchron­nie do celu. Teraz był pewny, że Kon­rad da mu tę sprawę.

– Kiedy się zorien­to­wali, że spo­tka­nie z przy­ja­cie­lem z pół­nocy to fik­cja i że Jor­gen­sen oszu­kał syna, z któ­rym jest podobno bar­dzo bli­sko zwią­zany, posta­no­wili wziąć dziadka pod obser­wa­cję, na poważ­nie – cią­gnął Mar­cin. – Oka­zało się jed­nak, że on rze­czy­wi­ście gdzieś w tym cza­sie znik­nął. Tak zeznali sąsie­dzi. Widzieli, jak z nie­dużą torbą na ramie­niu szedł do kolejki pod­miej­skiej. Säpo sko­rzy­stało z oka­zji i zro­biło mu prze­gląd miesz­ka­nia. W kuchni zna­la­zło na stole gazetę z oddar­tym rogiem. Tak jakby coś zano­to­wał i potem to ode­rwał. To już star­szy gość i może mieć pro­blemy z pamię­cią. Zapo­mniał jed­nak, że zapis odci­snął się na następ­nej kartce. Otóż był tam adres… adres biura sprze­da­ją­cego bilety na prom do… Pol­ski! Wła­śnie!

– Bingo! Już rozu­miem! Czy on teraz prze­bywa tutaj?

– Jest pro­blem! Gdy Säpo zasię­gało języka w biu­rze tury­stycz­nym, Jor­gen­sen wła­śnie wra­cał do domu. Wyku­pił tylko tak zwany prze­jazd tury­styczny, tam i z powro­tem, bez zmiany kabiny. Prom przy­bija do Gdań­ska o trzy­na­stej, a odpływa o osiem­na­stej. Czyli nasz Hans miał pięć godzin…

– Pięć godzin na coś bar­dzo waż­nego, skoro zde­cy­do­wał się na okła­ma­nie syna. I Szwe­dzi chcą się dowie­dzieć, co ten sta­ru­szek robił w Pol­sce… Mar­cin! – W końcu Kon­rad powie­dział to, na co jego pod­władny cały czas cze­kał. – Bierz się do niego ostro! Coś w ostat­nich dniach mamy duży ruch w inte­re­sie.

Mar­cin był już przy drzwiach, gdy usły­szał:

– I nie mówi się Sapo, tylko Sepo!

– Kur­czę! Szef to nawet szwedzki zna – mruk­nął i wyszedł.

32

Sara była sama w prze­dziale. Każdy kon­duk­tor na wschód od Bugu trzyma wolne miej­sca z myślą o swoim pry­wat­nym zarobku. Pięć­dzie­siąt dola­rów podzia­łało z wyraźną siłą, bo otyła kon­duk­torka w mocno obci­słym mun­du­rze już po chwili przy­nio­sła her­batę i bar­dzo uprzej­mie zapy­tała, czy pasa­żerka nie jest głodna. Sara podzię­ko­wała i zamknęła się w prze­dziale.

W pociągu było chłodno, więc zanim weszła pod koc, wło­żyła dres. Potem nasta­wiła budzik w tele­fo­nie i zga­siła świa­tło. Zza ściany docho­dził gwar roz­ba­wio­nych gło­sów. Przez chwilę się w nie wsłu­chi­wała i wyda­wało jej się, że mówią po angiel­sku. Była bar­dzo zmę­czona. Wie­działa, że musi szybko zasnąć i dobrze wypo­cząć przed jutrzej­szym dniem. Zamknęła oczy, sta­ra­jąc się igno­ro­wać coraz bar­dziej oży­wione głosy. Wci­snęła głowę głę­boko w poduszkę, która pach­niała wil­go­cią. Jak cała kole­jowa pościel w byłym Związku Sowiec­kim – pomy­ślała Sara. Ręce i nogi miała jak wykute z zim­nego gra­nitu. Wra­że­nia ostat­nich dni ata­ko­wały ją z nie­zwy­kłą siłą.

Zasta­na­wiała się nad tym, co się zda­rzyło we Lwo­wie, i nad dziw­nym uczu­ciem, które ją opa­no­wało. Przez chwilę robiła sobie wyrzuty, jakby zdra­dziła Kon­rada. Pomy­ślała nawet, że zacho­wała się wobec niego nie­lo­jal­nie. Ale zaraz uznała, że nic się nie stało, bo w końcu i ona ma prawo do pry­wat­no­ści. Ana­li­zo­wała jesz­cze swoje postę­po­wa­nie, lecz nie była pewna wła­snych racji. Z Olkiem oczy­wi­ście nawiąże kon­takt – ma prze­cież jego tele­fon i adres e-mailowy – ale dopiero, gdy wróci do Pol­ski.

Zoba­czymy, co się z tego uro­dzi. Potrze­buję tro­chę czasu, by to wszystko prze­my­śleć… Czy powie­dzieć Kon­ra­dowi? – zasta­na­wiała się, leżąc w ciem­no­ści, a odpły­wa­jące powoli myśli obra­cały się ciężko w takt stu­ka­nia kół pociągu.

Budzik w tele­fo­nie wył z natar­czy­wo­ścią alarmu prze­ciw­lot­ni­czego, ale Sara nie miała siły ani woli, żeby wycią­gnąć rękę i go wyłą­czyć. Leżała z zamknię­tymi oczami i czuła, że jest już świt.

Nagle zdała sobie sprawę, że pociąg stoi. Pode­rwała się zanie­po­ko­jona i chwy­ciła wciąż brzę­czący tele­fon. Przez chwilę pomy­ślała ze stra­chem, że wczo­raj źle usta­wiła godzinę budze­nia i prze­spała sta­cję, na któ­rej miała wysiąść. Godzina jed­nak się zga­dzała: była piąta trzy­dzie­ści. Ulżyło jej.

Wyj­rzała przez okno. Pociąg stał w polu.

Wygląda na to, że mam opóź­nie­nie… Ile? Cho­lera! Ile? To może mi skom­pli­ko­wać robotę!

Wyszła na kory­tarz. W pociągu pano­wała mar­twa cisza. Pode­szła do prze­działu kon­duk­torki. Zastu­kała, ale bez odzewu. Pomy­ślała, że kobieta śpi, lecz prze­dział był zamknięty. Poczuła, że ogar­nia ją panika. W tym momen­cie usły­szała gło­śne trza­śnię­cie drzwi toa­lety i zoba­czyła wycho­dzącą kon­duk­torkę.

– Dzień dobry – powie­działa i szybko zaczęła się dopy­ty­wać: – Dla­czego sto­imy? Ile mamy opóź­nie­nia? Gdzie jeste­śmy?

– Spo­koj­nie, dziew­czyno – odrze­kła kon­duk­torka, zasko­czona ner­wo­wo­ścią Sary. – Mamy pół godziny opóź­nie­nia. Tutaj pociąg czę­sto stoi. Do Kijowa pew­nie nad­robi. Idź, połóż się jesz­cze. Obu­dzę cię przed Kijo­wem i zro­bię ci her­batki. Idź! – Jej głos brzmiał miło i uprzej­mie, tak przy­naj­mniej wyda­wało się Sarze.

W tym momen­cie pociąg szarp­nął nie­spo­dzie­wa­nie, aż stra­ciła rów­no­wagę. Wró­ciła do prze­działu. Czuła się już pew­niej. Wzięła kosme­tyczkę i poszła do toa­lety.

Była siódma jede­na­ście, gdy pociąg z prze­raź­li­wym piskiem hamul­ców zatrzy­mał się na jakiejś sta­cji. Sara spraw­dziła czas: dwa­dzie­ścia minut opóź­nie­nia. Na pero­nie było sporo ludzi naj­wy­raź­niej cze­ka­ją­cych na elek­tryczkę.

Wysia­dła z wagonu.

Sto­jąca na zewnątrz kon­duk­torka pew­nym ruchem zła­pała ją za rękę.

– To jesz­cze nie Kijów, dziew­czyno! Jesz­cze godzina jazdy – powie­działa zdzi­wiona.

– Ja wiem… ja wła­śnie tutaj jecha­łam… – Roz­ko­ja­rzona zapo­mniała nazwy miej­sco­wo­ści, bo pil­nie sta­rała się spraw­dzić, czy ktoś wysiada za nią z pociągu albo obser­wuje ją na pero­nie.

Ni­gdy tutaj nie była. Do Kijowa miała około osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów. Wyszła przed dwo­rzec. Było pusto, nikt za nią nie szedł. Żad­nych samo­cho­dów, żad­nych tak­só­wek. Nie­opo­dal stała wielka brudna cię­ża­rówka, a spod jej otwar­tej maski wysta­wała dolna połowa ciała kie­rowcy. Sara pode­szła do samo­chodu i zawo­łała, lecz męż­czy­zna nawet nie drgnął, zajęty naprawą. Ude­rzyła więc mocno dło­nią w zabru­dzony błot­nik.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam. Nie wie pan, skąd odcho­dzą auto­busy do Kijowa? – zapy­tała, gdy tylko zoba­czyła jego twarz. – Wła­śnie uciekł mi pociąg – dodała, uśmie­cha­jąc się na wszelki wypa­dek.

– A ty tu skąd? – usły­szała w odpo­wie­dzi. Męż­czy­zna koło pięć­dzie­siątki odwró­cił się, trzy­ma­jąc w rękach jakieś narzę­dzia, i przez chwilę wpa­try­wał się w Sarę. – Polka, tak? – Nagle nie­ogo­loną twarz roz­ja­śnił zadzi­wia­jąco ser­deczny uśmiech, wzbo­ga­cony gdzie­nie­gdzie zło­tem.

– Tak… jestem z Pol­ski – odpo­wie­działa bez namy­słu.

– Stąd nie ma auto­bu­sów do Kijowa. Za trzy godziny będzie pociąg. Musisz zacze­kać! – powie­dział i zesko­czył z maski. Wciąż sze­roko się uśmie­chał i wyglą­dało to nieco dziw­nie. – Skąd jesteś? – zapy­tał.

– Z War­szawy.

– Byłem w Prze­my­ślu, Lubli­nie, kilka razy w Rze­szo­wie, ale ni­gdy w War­sza­wie. To podobno duże i piękne mia­sto. Mam w Pol­sce rodzinę. – Wyraź­nie zaczął się roz­krę­cać. – Pol­ska to piękny kraj, ludzie bogaci. Nie to co tutaj. Ja jestem ze Sta­ni­sła­wowa. Dzia­dek był Pola­kiem. Nazy­wam się Doro­how­ski, Igor.

Sara uści­snęła wycią­gniętą w jej stronę potężną dłoń, którą dopiero co wytarł w szmatę, i pomy­ślała przez sekundę, że pew­nie rodak będzie chciał ją poca­ło­wać w rękę, bo wyglą­dało, że się do tego przy­mie­rza.

– Wsia­daj, zawiozę cię do Kijowa. Spo­tkać tutaj rodaczkę, ale szczę­ście! – powie­dział ni to do sie­bie, ni to do Sary. Wal­nął klapą od sil­nika i dziar­sko ruszył do szo­ferki, nie cze­ka­jąc na jej reak­cję. – Jak dobrze pój­dzie, w godzinę będziemy na miej­scu.

Sara stała jak zamu­ro­wana i nie wie­działa, co powie­dzieć. Oka­zja była dosko­nała, ale musiała też dbać o swoje bez­pie­czeń­stwo.

– Osiem­dzie­siąt kilo­me­trów w godzinę? – zdzi­wiła się nieco, lecz zaraz pomy­ślała, że na Wscho­dzie wszystko jest względne, i czas, i odle­głość.

– Wsia­daj! – usły­szała gromki głos, gdy otwo­rzyły się drzwi szo­ferki.

Wrzu­ciła ple­cak do wnę­trza, wspięła się do kabiny i od razu ude­rzył ją lepki kok­tajl zapa­chowy ze sta­rego potu i ropy.

– Nie bój się – powie­dział Igor. – Jestem z kato­lic­kiej rodziny. – Roz­piął koszulę i wycią­gnął nie­na­tu­ral­nie duży krzyż wyglą­da­jący jak ze złota i zdo­biony baza­ro­wymi szkieł­kami. Poca­ło­wał go z uczu­ciem i powoli, deli­kat­nie scho­wał z powro­tem. – Mój kuzyn jest księ­dzem w Rze­szo­wie…

– Ile to będzie kosz­to­wało? – zapy­tała. Nie miało to zna­cze­nia, ale chciała wypaść natu­ral­nie.

– Co…? Od rodaczki nie wezmę hrywny! Ale opo­wiesz mi o Pol­sce. Mam dużo pytań. Dobrze? – Spoj­rzał na Sarę oczami dziecka pro­szą­cego o cukie­rek.

– Dobrze, panie Igo­rze! – powie­działa i od razu została nagro­dzona jesz­cze szer­szym uśmie­chem. – Mam na imię Wanda – dodała.

– O Boże! Znam to imię! Jakie to piękne pol­skie imię! – pra­wie wykrzyk­nął i Sara już nie wie­działa, czy jej kie­rowca jest naiwny, dzie­cinny, czy tak po pro­stu ser­decz­nie szczery. Posta­no­wiła jed­nak mieć się na bacz­no­ści.

Tak jak powie­dział, do Kijowa doje­chali w ciągu godziny.

Sara wysia­dła przy sta­cji metra na przed­mie­ściach. Czuła, że drżą jej nogi, jest cała spo­cona, a od zapa­chu w kabi­nie i wstrzą­sów na dro­dze bolała ją głowa. Jesz­cze ni­gdy nie była tak szczę­śliwa – może nawet wię­cej niż szczę­śliwa – że w końcu dotarła do celu, cho­ciaż już nie­jedno w życiu prze­szła. Lata­nie z ukra­iń­skim pilo­tem czter­dzie­sto­let­nim An-2 w Zairze było jak rejs samo­lo­tem pasa­żer­skim Bri­tish Air­ways w porów­na­niu z tym, czym ura­czył ją Igor w swo­jej cię­ża­rówce.

Naj­lep­szym dowo­dem było to, że nie zapa­liła ani jed­nego papie­rosa. Posta­no­wiła, że rzuci pale­nie, jak tylko doje­dzie do Kijowa. Zło­żyła to ślu­bo­wa­nie, gdy z prze­ra­że­niem patrzyła, jak jej kie­rowca, któ­remu usta się nie zamy­kały, co chwila przy­pa­lał sobie papie­rosa, trzy­ma­jąc ogromną kie­row­nicę kola­nami.

Igor wyglą­dał na praw­dzi­wie uszczę­śli­wio­nego i na poże­gna­nie kazał jej pozdro­wić wszystko i wszyst­kich w Pol­sce. Led­wie zamknęła za sobą drzwi, ruszył w takim stylu, jakby dotych­cza­sowa jazda była dla niego tylko roz­grzewką.

Docho­dziła ósma dwa­dzie­ścia. Sara usia­dła na ławce obok wej­ścia do metra i nie zwa­ża­jąc na spie­szą­cych nie­spo­koj­nym kro­kiem prze­chod­niów, wypa­liła dwa papie­rosy. Chciała po pro­stu chwilę odpo­cząć po ostat­nich prze­ży­ciach i zebrać myśli. Zna­la­zła w torebce tabletki od bólu głowy i wzięła dwie naraz.

Po podróży z Igo­rem jed­nego przy­naj­mniej była pewna: że nie idzie za nią żadna obser­wa­cja.

Nie ma na świe­cie dru­giego takiego samo­chodu, który mógłby prze­je­chać tą drogą – pomy­ślała z roz­ba­wie­niem – nie mówiąc już o wybit­nych umie­jęt­no­ściach Igora…

Poczuła silną potrzebę wypi­cia kawy, dużego kubka pach­ną­cej kawy ze śmie­tanką. Wła­śnie takiej, jaką piją z Kon­ra­dem codzien­nie rano w pracy. Ale w tych warun­kach było to śmieszne marze­nie.

Łyk­nęła wody z butelki i zaczęła się roz­glą­dać za czymś do jedze­nia. Obok wej­ścia do metra sie­działa na krze­sełku ukra­iń­ska babuszka i sprze­da­wała cie­płe pie­rogi.

W Kijo­wie zaczy­nał się nowy dzień. Sara nie pomy­ślała o Olku i nawet tego nie zauwa­żyła.

33

Minęła sie­dem­na­sta. Jor­gen­sen przez chwilę obser­wo­wał z ukry­cia recep­cjo­ni­stę. Sądził, że jest nie­wi­dzialny, dla­tego zde­ner­wo­wał się, że wcze­śniej, kiedy przy­szedł do hotelu, recep­cjo­ni­sta zwró­cił na niego uwagę. Na dobrą sprawę sam był sobie winien, że usiadł wtedy w takim miej­scu. Ale nie miał wyboru, bo był to jedyny wolny fotel.

Teraz musiał wyjść nie­zau­wa­żony. Tak­sówka pew­nie już pod­je­chała. Czuł silną nie­straw­ność. Zda­rzało mu się to nie­zwy­kle rzadko. Kwa­śna pol­ska zupa i krwi­sta polę­dwica, które zamó­wili do pokoju, zupeł­nie nie paso­wały do jego szwedz­kiej diety. Wie­dział o tym, dla­tego pozwo­lił sobie wypić parę kie­lisz­ków wódki. Na tra­wie­nie – jak zachę­cał jego part­ner.

Do recep­cji pode­szło kilka osób i roz­po­częło gło­śną dys­ku­sję po nie­miecku. Uznał, że to jest odpo­wiedni moment. Ści­snął moc­niej torbę, sku­lił się lekko, odwró­cił twarz w drugą stronę i spo­koj­nym, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­mie­rzył westy­bul i wyszedł na ulicę.

Od razu zoba­czył sta­rego żół­tego mer­ce­desa zapar­ko­wa­nego kil­ka­na­ście metrów dalej. Kie­rowca, gdy tylko go zauwa­żył, włą­czył sil­nik i pod­je­chał bli­żej. Jor­gen­sen nie zdą­żył jesz­cze nic powie­dzieć, gdy tak­sów­karz zapy­tał: „Na prom?” – i ruszył z miej­sca, led­wie trza­snęły drzwiczki.

Jor­gen­sen czuł się zmę­czony.

W Szwe­cji takich tak­sów­ka­rzy chyba nie ma… Sami imi­granci – pomy­ślał.

Musiał jesz­cze się spraw­dzić. Żela­zna zasada. Wie­dział o tym dobrze, ale był tak zmę­czony, że było mu to obo­jętne. Chciał już tylko wejść na pokład, zamknąć się w kabi­nie i poło­żyć.

Cały czas myślał o tym, co zaszło mię­dzy nim a Car­lem. Jak mu to wytłu­ma­czyć, jakich użyć słów? Przez chwilę roz­wa­żał, czy nie wyja­wić mu prawdy, ale zaraz sobie sam odpo­wie­dział: „Czy­ste sza­leń­stwo!”.

Pró­bo­wał obser­wo­wać, czy nie jedzie za nimi jakiś samo­chód, i czę­sto roz­glą­dał się wokół, patrzył za sie­bie, zupeł­nie jakby był nowi­cju­szem w tym zawo­dzie. Widział, że kie­rowca dys­kret­nie obser­wuje go w lusterku.

Wozi pew­nie tylu praw­dzi­wych świ­rów, że nie przej­muje się takim dziad­kiem jak ja – uspo­koił sam sie­bie, cho­ciaż kie­dyś byłoby to nie do pomy­śle­nia.

Dla pew­no­ści jed­nak popro­sił tak­sów­ka­rza, by zatrzy­mał się przy kio­sku z gaze­tami. Wysiadł, obej­rzał wystawę, zapy­tał sprze­dawcę, która godzina, i wró­cił do samo­chodu. Nie zauwa­żył niczego podej­rza­nego.

Do odpły­nię­cia promu zostało dwa­dzie­ścia minut. Jor­gen­sen prze­mknął do swo­jej kabiny. Nie mógł jed­nak otwo­rzyć drzwi. Pró­bo­wał kilka razy. Zde­ner­wo­wał się i przez chwilę pomy­ślał, że pod­czas jego nie­obec­no­ści ktoś mógł wejść do środka. Zaraz jed­nak do niego dotarło, jak nie­do­rzeczna jest ta myśl. No bo po co ktoś miałby wcho­dzić do jego kabiny? Prze­cież nic w niej nie zosta­wił.

Poszedł do recep­cji i moż­li­wie naj­uprzej­miej zgło­sił pro­blem. Recep­cjo­nistka, nawet nie rzu­ciw­szy nań okiem, wydała mu nową kartę, infor­mu­jąc krótko, że zmie­niono kody do zam­ków.

Wszedł do kabiny, zabez­pie­czył drzwi od wewnątrz i usiadł na łóżku. Po chwili poło­żył się na wznak. W ubra­niu, w butach. Wciąż czuł nie­straw­ność. Torbę poło­żył sobie na piersi i objął obu­rącz. W kabi­nie pano­wała cisza, ale na zewnątrz prom zapeł­niali już pasa­że­ro­wie.

Obu­dził go gło­śnik i ten sam kobiecy głos co poprzed­nio poin­for­mo­wał o zasa­dach bez­pie­czeń­stwa na morzu i zachę­cił do robie­nia zaku­pów.

Jor­gen­sen spoj­rzał na zega­rek. Minęło dwa­dzie­ścia minut. Poczuł się znacz­nie lepiej. Usiadł i zaczął roz­pa­ko­wy­wać torbę. Naj­pierw wyjął dużą grubą kopertę, którą otrzy­mał w hotelu. Nie wie­dział nawet, co w niej jest. Miał wyraźne instruk­cje, by tylko ode­brać mate­riał od czło­wieka, któ­rego okre­ślono jako „123”, oraz prze­pro­wa­dzić od ręki eks­per­tyzę innego doku­mentu.

Swoje zada­nie wyko­nał naj­le­piej jak potra­fił. Na dobrą sprawę po pół­to­rej godziny był już gotowy i mógł zakoń­czyć spo­tka­nie. „123” oka­zał się jed­nak bar­dzo inte­re­su­ją­cym roz­mówcą i Jor­gen­sen pozwo­lił sobie wyjść poza instruk­cję i zasady. Od razu zauwa­żył, że „123” jest pod wpły­wem alko­holu. Był nad­zwy­czaj gada­tliwy i wylewny, ale mimo błęd­nych oczu mówił logicz­nie i skład­nie. Tro­chę iry­tu­jące było jego nie­na­tu­ralne zacho­wa­nie. Odno­sił się do niego, jakby znał go od lat. Jor­gen­sena nieco to draż­niło, ale nie zaska­ki­wało. W końcu sporo widział.

Przez lata obsłu­gi­wał wielu agen­tów w róż­nych kra­jach i każdy miał jakieś pro­blemy, jakiś mniej lub bar­dziej widoczny defekt psy­chiczny. I każdy był inny. To było dla niego oczy­wi­ste, nor­malne. Żeby zdra­dzić ojczy­znę, trzeba mieć poważne pro­blemy z samym sobą. Stąd powszechny wśród tych ludzi pociąg do alko­holu, uni­wer­sal­nego i łatwo dostęp­nego środka na zapa­le­nie duszy i strach.

Nas, ofi­ce­rów, to nie doty­czy! – pomy­ślał Jor­gen­sen i przez chwilę roz­wa­żał, czy rze­czy­wi­ście tak jest. Prze­cież, co spo­strzegł z pew­nym zdzi­wie­niem, nie znał żad­nego innego nie­le­gała.

„123” nie odbie­gał od wzorca. Kie­dyś Jor­gen­sen się zasta­na­wiał, czy rosyj­scy agenci pra­cu­jący dla Ame­ry­ka­nów lub Angli­ków są podobni. Doszedł wów­czas do wnio­sku, że nie ma na to pro­stej odpo­wie­dzi, bo Rosja­nin nie zdra­dza ojczy­zny, ale pra­wie każdy ma pro­blemy z duszą i alko­ho­lem. Roz­pra­co­wa­nie Niemca, Szweda czy Anglika jest znacz­nie prost­sze, za to zwer­bo­wa­nie musi być trudne. Z Pola­kami tro­chę inna sprawa, bo są jakby pośrodku.

Ale ten „123” oka­zał się inte­re­su­jący z zupeł­nie innego powodu. Jor­gen­sena nie obcho­dziło, jak się nazywa ani gdzie pra­cuje. Dla niego to był tylko „123”. Posia­dał jed­nak nie­zwy­kłą wie­dzę o wyda­rze­niach wojen­nych na tere­nach nale­żą­cych daw­niej do Pol­ski. A wspa­niale było poroz­ma­wiać z kimś, kto zna histo­rię.

Przez całe życie Jor­gen­sen czuł głód wie­dzy o tym, co się stało w cza­sie wojny, która tak bole­śnie go dotknęła. Gdy tylko mógł, prze­glą­dał nie­liczne w szwedz­kich księ­gar­niach książki doty­czące wojny w Pol­sce i ZSRR, zwłasz­cza na zie­miach, gdzie kie­dyś miesz­kał. Dosko­nale wie­dział, że nie wolno mu tego robić. Nie­po­trzeb­nie mógł ujaw­nić swoją praw­dziwą toż­sa­mość. Ni­gdy jed­nak nie zna­lazł nic, co w jakimś stop­niu mogłoby się wią­zać z jego losami. Nie­dawno miał dostęp do kom­pu­tera i wpi­sał do wyszu­ki­warki jedyne hasło, jakie przy­szło mu do głowy – „Mie­dwiedki”. Twarda bli­zna na pamięci nie prze­pusz­czała żad­nych innych myśli ani wspo­mnień. Nie­na­wiść do Pola­ków była już czymś odle­głym, uczu­ciem bez pokry­cia, zwy­kłym wspo­mnie­niem.

Teraz ock­nął się jakby z letargu. Wciąż sie­dział na łóżku i trzy­mał w rękach pudełko z przy­rzą­dami i odczyn­ni­kami. Odło­żył je na bok. Ostat­nio dużo myślał o sobie, o swoim życiu. Znacz­nie wię­cej niż zwy­kle. Wie­dział, że to z powodu Carla. Ale też od pew­nego czasu prze­śla­do­wała go myśl, że zbliża się do końca. Nie potra­fił okre­ślić, do jakiego końca, ale to, co czuł, nie było stra­chem przed śmier­cią.

Znów ten sam kobiecy głos zapro­sił go do odwie­dze­nia restau­ra­cji i skle­pów na pozio­mie szó­stym i siód­mym. Zorien­to­wał się, że nie ma wody do picia i musi pójść do sklepu. Zde­cy­do­wał jed­nak, że naj­pierw weź­mie prysz­nic. Wie­dział, że przed snem powi­nien jesz­cze coś zjeść. Prysz­nic pozwoli mu na zabi­cie czasu do kola­cji. Potem tro­chę pospa­ce­ruje po pokła­dzie i położy się w kabi­nie. Prze­czyta mate­riały, które ode­brał od „123”. Po przy­jeź­dzie będzie musiał zapa­ko­wać je do schowka i prze­ka­zać do Rezy­den­tury w Sztok­hol­mie.

W instruk­cji, którą otrzy­mał przed wyjaz­dem, nie było zakazu prze­glą­da­nia mate­ria­łów, co byłoby zresztą śmieszne, bo miał prze­cież wyko­nać eks­per­tyzę ich auten­tycz­no­ści. Bada­nie prze­pro­wa­dził w trud­nych warun­kach hote­lo­wego pokoju, dys­po­nu­jąc jedy­nie pod­sta­wo­wym zesta­wem. Pobrał też próbki do dal­szych badań. Zada­nie nie­ty­powe, ale już od dawna nie dzi­wił się róż­nym nie­zwy­kłym zle­ce­niom, jakie dosta­wał z Cen­trali.

Wstępna ana­liza zarówno kolo­ro­wego planu, jak i maszy­no­pisu wypa­dła pozy­tyw­nie. Z dużym praw­do­po­do­bień­stwem mógł stwier­dzić, że doku­menty zostały spo­rzą­dzone w latach czter­dzie­stych. Nie miał jed­nak poję­cia, czy to dobrze, czy źle. Prawdę mówiąc, nawet go to nie inte­re­so­wało. Teraz wiózł ze sobą kopie.

Pod­czas spo­tka­nia w hotelu pobu­dzony alko­ho­lem „123” zachę­cał go do ich prze­czy­ta­nia.

Jor­gen­sen wyszedł na zewnętrzny pokład z solid­nym zamia­rem odby­cia spa­ceru, jed­nak zimny wiatr zago­nił go do wnę­trza. Udał się więc do sklepu, żeby kupić wodę. Kupił rów­nież brandy Rémy Mar­tin w pla­sti­ko­wej butelce, cho­ciaż wcale nie miał ochoty na alko­hol.

Wró­cił do kabiny. Zabez­pie­czył drzwi od wewnątrz. Posta­wił pier­siówkę na sto­liku i zaczął się roz­bie­rać. Wszedł do cia­snej toa­lety, żeby umyć zęby i twarz. Prom mia­rowo i pra­wie nie­wy­czu­wal­nie koły­sał się na falach. Jedy­nie otwarte drzwi toa­lety skrzy­piały, wyczu­wa­jąc ten powolny ruch. Stał przed lustrem i w zim­nym świe­tle jarze­niówki przy­glą­dał się swemu odbi­ciu. Czuł sym­pa­tię do uśmie­cha­ją­cej się doń twa­rzy, nie­współ­mier­nie łaska­wie nazna­czo­nej upły­wem czasu.

Dla­czego nie mam żad­nego nałogu? Ni­gdy nie mia­łem. Żad­nego hobby, szcze­gól­nych zain­te­re­so­wań. Żad­nego raka, pro­staty. Muszę wyglą­dać na zwy­kłego, nud­nego sta­rego Szweda. Czy naprawdę taki jestem? – pomy­ślał przez chwilę i natych­miast skar­cił się gło­śno:

– Za dużo myślisz o sobie!

Napił się wody z pla­sti­ko­wego kubka i pod­ło­żyw­szy sobie pod plecy drugą poduszkę, usa­do­wił się wygod­nie na łóżku. Zapa­lił oświe­tle­nie nad głową i z torby, która stała obok, wycią­gnął tek­tu­rową teczkę zawią­zaną na tasiemkę. Ze środka wyjął plik luź­nych kar­tek zapi­sa­nych starą czcionką maszy­nową. Była to kse­ro­ko­pia doku­mentu, który dzi­siaj badał.

– „Pro­to­kół prze­słu­cha­nia Sie­miona Andrie­je­wi­cza Zubowa, członka sowiec­kiej bandy NKWD w okręgu gro­dzień­skim, paź­dzier­nik tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­ści trzy” – prze­czy­tał na głos z wyraź­nym zain­te­re­so­wa­niem. I zaraz prze­czy­tał ponow­nie, jakby nie rozu­miał tek­stu.

Po chwili odło­żył pierw­szą kartkę i zaczął powoli stu­dio­wać tekst. Ści­śnięte linie nie uła­twiały mu śle­dze­nia tre­ści, tym bar­dziej że cza­sami musiał czy­tać zda­nie dwa razy, zanim dobrze pojął sens. To mu jed­nak nie prze­szka­dzało. Miał dużo czasu.

Rela­cja wcią­gała go coraz bar­dziej. Nie skła­dała się z pytań i odpo­wie­dzi jak typowy pro­to­kół, przy­po­mi­nała raczej pamięt­nik.

Jor­gen­sen wstał z łóżka, pod­szedł do drzwi i przez chwilę nasłu­chi­wał docho­dzą­cych z zewnątrz gło­sów. Gdzieś obok trza­snęły drzwi. Usiadł na łóżku, napił się wody i popra­wił poduszki.

Docho­dziła dwu­dzie­sta druga. Popa­trzył na leżący obok maszy­no­pis. Prze­czy­tał pierw­szą część pro­to­kołu. Opo­wia­da­nie Sie­miona Zubowa o „willi Zaru­bina” w twier­dzy brze­skiej i zako­pa­niu skrzyni wzbu­dziło w nim nie­zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie.

Ni­gdy nie sły­szał o czymś podob­nym. Wła­ści­wie słabo znał histo­rię Związku Radziec­kiego. O obro­nie twier­dzy brze­skiej czy­tał kilka lat temu arty­kuł, chyba w dzien­niku „Dagens Nyhe­ter”, napi­sany z oka­zji rocz­nicy wybu­chu wojny. Ni­gdy nie sły­szał o kom­brygu Zaru­bi­nie. W zasa­dzie nie znał histo­rii NKWD. Kie­dyś na kur­sie szkoły wywia­dow­czej uczył się cze­goś na ten temat, ale wszystko już dawno zapo­mniał. Wyje­chał prze­cież ze Związku Radziec­kiego w 1946 roku.

Przez te wszyst­kie lata, które spę­dził za gra­nicą, tro­chę czy­tał o histo­rii kraju. Kie­dyś zro­bił na nim wra­że­nie arty­kuł o wymor­do­wa­niu pol­skich ofi­ce­rów w Katy­niu. Jesz­cze więk­szego wstrząsu doznał, czy­ta­jąc o kaźni w Kuro­pa­tach. Nazwy tych miejsc utkwiły mu w pamięci jak Mie­dwiedki. Nie­długo potem był na szko­le­niu w ZSRR i pytał swo­jego ofi­cera pro­wa­dzą­cego o te sprawy. Pamię­tał dobrze, że otrzy­mał cał­ko­wi­cie prze­ko­nu­jącą odpo­wiedź. Nie mógł sobie pozwo­lić na wąt­pli­wo­ści. Kiedy po 1990 roku zaczęło się uka­zy­wać mnó­stwo publi­ka­cji na ten temat, on wie­dział, że więk­szość zawar­tych w nich infor­ma­cji to kłam­stwo i mani­pu­la­cja.

Teraz jed­nak czuł się dziw­nie. Począt­kowo po prze­czy­ta­niu tego tek­stu nie mógł zro­zu­mieć, co go tak zanie­po­ko­iło. Spoj­rzał jesz­cze raz na pierw­szą stronę i zro­zu­miał, dla­czego Sie­mion Andrie­je­wicz Zubow ujaw­nił te tajem­nice Pola­kom. Poczuł do niego nie­chęć jak do zwy­kłego zdrajcy. Nie dla­tego, że będąc żoł­nie­rzem, zacho­wał się nie­god­nie, ale wła­śnie dla­tego, że ujaw­nił tajem­nice.

Co by było, gdy­bym to ja ujaw­nił wszystko, co wiem? A przez pół wieku uzbie­rało się tego – pomy­ślał Jor­gen­sen. Miał wra­że­nie, jakby Zubow go oszu­kał, prze­chy­trzył.

Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało ku pier­siówce. Szybko jed­nak sobie wyper­swa­do­wał, że jeśli do wypi­tego wcze­śniej ze „123” alko­holu doda jesz­cze brandy, to nie będzie mowy o dal­szej lek­tu­rze.

Następny roz­dział pro­to­kołu miał nagłó­wek „Zbrod­nie oddziału NKWD Sier­gie­jewa na Gro­dzieńsz­czyź­nie”. Jor­gen­sen prze­rzu­cił kartkę i prze­czy­tał: „Mie­dwiedki, luty 1943”.

Poczuł, jak krew odpływa mu z twa­rzy. Choć nie wie­dział jesz­cze, co ten roz­dział zawiera, stało się dla niego oczy­wi­ste, że to jego wieś.

Odło­żył kartkę i przez chwilę patrzył w sufit. Zasta­na­wiał się, czy chce to czy­tać. Po raz pierw­szy w życiu czuł strach. Ogromny strach przed prze­szło­ścią i sobą samym. Już wie­dział, o czym to będzie. Nie musiał się domy­ślać. Dosko­nale pamię­tał ten szary pora­nek w lutym 1943 roku. Dzień, który nazna­czył całe jego życie.

Teraz trzy­mał w rękach doku­ment z tego czasu, żywą część tam­tych wyda­rzeń, ich świa­dec­two. Zamknął oczy i poczuł, jak spod zamknię­tych powiek spły­wają na poduszkę łzy. Nie chciał o tym myśleć. Bez­sku­tecz­nie przy­wo­ły­wał obraz Ingrid i Carla.

Zerwał się z łóżka, chwy­cił butelkę brandy i odkrę­cił zde­cy­do­wa­nym ruchem. Powstrzy­mał się jed­nak i odsta­wił ją na miej­sce. Poszedł do łazienki i zoba­czył swoje odbi­cie w lustrze. Zro­biło mu się żal – sie­bie. Stał tak dłuż­szą chwilę i czuł, jak ula­tują z niego myśli i wra­że­nia, jak roz­sze­rza się bole­sna pustka.

Zupeł­nie stra­cił poczu­cie czasu. Nie obcho­dziło go, która jest godzina. Usiadł na łóżku i wziął pierw­szą kartkę.

34

Sara zajęła miej­sce w rogu sali, skąd mogła nie­zau­wa­żona obser­wo­wać wej­ście. Uzbecką restau­ra­cję Sza­fran na Worow­skiego 3 sama wybrała na miej­sce spo­tkań z „Tra­vi­sem”. Lokal miał kilka sal i wiele zaka­mar­ków, w któ­rych można było dys­kret­nie poroz­ma­wiać. Dość wyso­kie ceny odstra­szały przy­pad­ko­wych gości.

Zoba­czyła „Tra­visa” przez okno i wydało jej się, że kro­czy nie­na­tu­ral­nie ciężko, przy­gar­biony, jakby mniej­szy.

Wszedł do restau­ra­cji. Przez chwilę roz­ma­wiał z łysym szat­nia­rzem przy­po­mi­na­ją­cym zapa­śnika sumo, ubra­nym w zbyt cia­sny uzbecki strój. W tym cza­sie nie poja­wił się nikt, kogo można by wziąć za obser­wa­cję. „Tra­vis” zauwa­żył Sarę i ruszył za nią. Prze­szli kilka wąskich pomiesz­czeń, zanim usie­dli przy osło­nię­tym przez namiot sto­liku na samym końcu lokalu. Już samo zna­le­zie­nie tego miej­sca mogło spra­wić sporo trud­no­ści.

– Cześć, Igor – powie­działa Sara i objęła go na powi­ta­nie.

– Cześć. – „Tra­vis” trzy­mał ją mocno w ramio­nach, jakby za chwilę miał się roz­kleić.

– Wszystko w porządku? – zapy­tała.

Usie­dli. „Tra­vis” ocią­gał się z odpo­wie­dzią.

– Jestem czy­sty. Przy­je­cha­łem poran­nym pocią­giem. Mia­łem cały dzień na spraw­dze­nie w Kijo­wie.

– Spa­łeś w pociągu? Pew­nie jesteś zmę­czony… Źle wyglą­dasz. Nie widzie­li­śmy się już chyba… pół roku? Nie służy ci Mińsk… – rzu­ciła bez namy­słu i od razu poczuła, że nie powinna była tego mówić.

– Chcę wra­cać! – oznaj­mił krótko „Tra­vis” i po chwili, patrząc na jej zasko­czoną twarz, dodał: – Zaraz ci wszystko wyja­śnię. Naj­pierw powiedz mi, co u mojej mamy, u Oli. Przy­wio­złaś listy?

Sara wyjęła z ple­caka mały note­book. Gdy wystar­to­wał, pod­łą­czyła do niego pen­drive’a i podała „Tra­vi­sowi”.

– Czy­ta­łaś? – zapy­tał, nie pod­no­sząc oczu.

– Tak. Czy­ta­łam – odpo­wie­działa. – Zaraz wra­cam.

Chciała zosta­wić „Tra­visa” samego, dać mu chwilę intym­no­ści. Poszła do bufetu i zaczęła prze­glą­dać kartę dań, lecz wciąż sły­szała jego słowa: „Chcę wra­cać!”. Wie­działa już, że coś się stało, coś naprawdę poważ­nego. Popa­trzyła na „Tra­visa”, na jego szarą twarz, uśmiech­niętą smutno w poświa­cie kom­pu­tera, i zro­biło jej się żal. To nie był już Igor Sza­niaw­ski, ten młody, pełen życia stu­dent z Bia­łe­go­stoku. Nie był to też Oleg Popow, postać z gry kom­pu­te­ro­wej.

Czy można tak eks­pe­ry­men­to­wać z ludz­kim życiem? Co ja z nim zro­bi­łam? Kim on teraz jest? Czy są na świe­cie takie sprawy, dla któ­rych trzeba poświę­cać czy­jeś życie, czyjś los? To jakiś obłęd! – pomy­ślała i przed oczami sta­nęła jej pło­nąca bośniacka wieś.

„Tra­vis” wyłą­czył kom­pu­ter i spoj­rzał na Sarę, która stała z menu w ręku, patrząc na niego nie­obec­nym wzro­kiem. Ock­nęła się dopiero, gdy ją zawo­łał.

Po chwili poja­wił się śniady kel­ner. Żeby jak naj­szyb­ciej się go pozbyć, oboje zamó­wili to samo, szurpę i pilaw, nie zagłę­bia­jąc się spe­cjal­nie w menu.

– Tęsk­nią za tobą – rzu­ciła.

– Czy­ta­łaś list od Oli? – zapy­tał.

– Nie, tylko list od mamy. Zapo­mnia­łam prze­czy­tać… Co Ola napi­sała? To błąd… powin­nam była, prawda? – powie­działa żar­to­bli­wie, licząc, że w ten spo­sób roz­ła­duje atmos­ferę, ale „Tra­vis” nie zare­ago­wał. – Co się dzieje, Igor? Dla­czego chcesz wra­cać? Jesteś jakiś dziwny… Czy coś się stało? Czy to dla­tego tak nale­ga­łeś na wywo­ła­nie spo­tka­nia? – Mówiła cicho i łagod­nie. Sta­rała się patrzeć mu pro­sto w twarz, ale „Tra­vis” nie­po­rad­nie uni­kał jej wzroku.

– Jestem już zmę­czony… bar­dzo zmę­czony! Chcę wra­cać do kraju. Tyle czasu nie widzia­łem mamy! Czy uwie­rzy­ła­byś w to, co pisze Ola? No, powiedz sama! – W jego gło­sie sły­chać było zde­cy­do­wa­nie.

– Igor, spo­koj­nie – prze­rwała mu. – Oczy­wi­ście zawsze możesz wró­cić. Dobrze o tym wiesz i nie ma powodu do ner­wów. Muszę jed­nak wie­dzieć dla­czego. Co się stało od naszego ostat­niego spo­tka­nia, że pod­ją­łeś taką decy­zję? Nawet jeśli jesteś po pro­stu zmę­czony napię­ciem i stre­sem, to nikt nie będzie miał do cie­bie pre­ten­sji. – Wzięła go za rękę. – I tak wyko­na­łeś wspa­niałą robotę! Jesteś naj­lep­szy! Naprawdę!

„Tra­vis” bez skrę­po­wa­nia otarł policzki.

Przez chwilę pomy­ślała, iż jest mu po pro­stu przy­kro, że zawiódł, zaraz jed­nak sobie uświa­do­miła, że „Tra­vis” wygląda jak czło­wiek w sta­nie zała­ma­nia psy­chicz­nego.

– Masz tutaj ostat­nie mate­riały – powie­dział, się­ga­jąc do kie­szeni po pen­drive’a.

– Dzięki – odparła, na chwilę zawie­siła głos, po czym zapy­tała: – No więc co się dzieje, Igorku?

– Nie myśl sobie, że jestem tchó­rzem…

– Zwa­rio­wa­łeś?! Jak możesz tak mówić?! To mnie obraża…

– W porządku! – prze­rwał jej gwał­tow­nie i po raz pierw­szy się uśmiech­nął. – Nie obra­żaj się. Znam te twoje sztuczki. Dobrze… zacznę ina­czej.

Atmos­fera się roz­luź­niła i Sara poczuła ulgę. Tym­cza­sem kel­ner przy­niósł gorącą szurpę. Sara zwró­ciła mu ostro uwagę, że dotąd nie dostali zamó­wio­nej wody, ale nie wyda­wało się, by choć tro­chę się tym prze­jął.

– Kijów, Mińsk, Moskwa, Tasz­kent czy Ere­wan, to samo – rzu­cił „Tra­vis” i oboje się roze­śmiali. – Wiesz, Saro – rzekł po chwili – to prawda, że jestem zmę­czony. Stres i nerwy dają o sobie znać. Oba­wiam się, że popeł­nię błąd, który będzie nas drogo kosz­to­wał. Nie boję się o sie­bie, ale boję się kon­se­kwen­cji mojej wpadki. Potra­fię je sobie wyobra­zić. A naj­bar­dziej boję się wstydu porażki i ich rado­ści, że nas poko­nali.

– Wiem, o co ci cho­dzi. Znam to uczu­cie… To taki kom­pleks szpiega…

– Nie wiem, czy jest taki kom­pleks… Mogę mówić tylko za sie­bie. – „Tra­vis” prze­rwał na chwilę i oboje spró­bo­wali szurpy. – Pięt­na­ście dni temu – pod­jął – został zamor­do­wany w Miń­sku zastępca szefa kontr­wy­wiadu, puł­kow­nik Ste­pa­no­wycz…

– Tak! Wiemy o tym… – Sara aż pod­nio­sła się na krze­śle. – Dosta­li­śmy wia­do­mość z Rezy­den­tury w Rydze, bez szcze­gó­łów. Mia­łam cię zresztą o to zapy­tać. O ile dobrze pamię­tam, sporo o nim pisa­łeś.

– Jest u nas sprawa na niego, chyba kryp­to­nim „Fritz”.

– Był zdaje się zamie­szany w jakiś prze­myt czy coś takiego. Cie­kawe… – Sara zawie­siła głos.

– To był do cna sko­rum­po­wany, podły typ. Ale nie w tym rzecz. Jego śmierć powo­duje poważne kom­pli­ka­cje… Także dla mnie!

– Prze­cież ty z nim nie pra­co­wa­łeś – rzu­ciła nie­pew­nie.

– Ste­pa­no­wycz zgi­nął od noża w pią­tek… w nocy, na swo­jej klatce scho­do­wej. Następ­nego dnia rano ścią­gnięto do firmy wszyst­kich ofi­ce­rów i kole­dzy ze Służby Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta ogło­sili uro­czy­ście i dosad­nie, że przej­mują śledz­two w tej spra­wie…

– To chyba nic dziw­nego, skoro był to zastępca szefa kontr­wy­wiadu. – Sara zasta­no­wiła się przez chwilę i z nutą pew­no­ści dodała: – Chyba zaczy­nam się domy­ślać, o co ci cho­dzi…

– No to słu­chaj! – rzu­cił „Tra­vis” i kon­ty­nu­ował: – Wszy­scy wie­dzieli, że Ste­pa­no­wycz robi lewe inte­resy i że to praw­do­po­dob­nie miało zwią­zek z jego śmier­cią. Tego jed­nak do końca nie wiemy. Mogły też być inne motywy… Poli­tyczne raczej wyklu­czam, był na to za głupi… albo raczej za mądry! Tak czy ina­czej docho­dze­nie prze­jęła Służba Bez­pie­czeń­stwa i oso­bi­ście sprawę nad­zo­ruje Łuka…

– No tak, czyli musi być suk­ces – wtrą­ciła Sara.

– Otóż to! A jeżeli jesz­cze dodam, że widzia­łem się z nim w pią­tek, przed jego śmier­cią, w swoim pokoju…

– Kiedy zaczną spraw­dzać twoje papiery, to mogą coś zna­leźć! Cho­lera! To oczy­wi­ste. Teraz wszystko rozu­miem… trzeba uru­cho­mić pro­ce­durę eks­fil­tra­cyjną! – Sara była szcze­rze zanie­po­ko­jona.

– To potrwa! Zaj­mij­cie się naj­pierw rodziną Popo­wów. Ja jestem przy­go­to­wany na sytu­ację awa­ryjną i dam sobie radę…

– Zaraz, zaraz, Igor. To nie takie pro­ste. – Nie mogła się sku­pić. – To oczy­wi­ste, że Cen­trala podej­mie decy­zję o wyco­fa­niu was wszyst­kich… Pocze­kaj, niech się zasta­no­wię. – Zamil­kli oboje na dobrą minutę. – Gdy wró­cisz do Miń­ska, zacznij się przy­go­to­wy­wać i bądź ostrożny. W tej sytu­acji uru­cha­miamy elek­tro­niczną łącz­ność bez­po­śred­nią „Troll”. Pamię­tasz wszystko?

– Jasne! Wszystko pamię­tam! – odparł pew­nie „Tra­vis”.

– Będziesz cze­kał na infor­ma­cję, czy Popo­wo­wie są bez­pieczni, a potem dosta­niesz dal­sze instruk­cje. Zresztą o wszyst­kim zawia­do­mimy cię bez­po­śred­nio via „Troll”. Nie­do­brze… się… stało! – powie­działa, mocno akcen­tu­jąc każdą sylabę.

– I ta szurpa też nie­do­bra. – „Tra­vis” odsu­nął od sie­bie talerz i uśmiech­nął się, uno­sząc brwi.

– Rze­czy­wi­ście. Nawet tego nie zauwa­ży­łam. Może pilaw będzie lep­szy. – Sara takim samym gestem odsu­nęła talerz. – Igorku, nie mogłeś od razu zacząć od tego Ste­pa­no­wy­cza? Myśla­łam, że coś się z tobą stało. Wystra­szy­łam się nie na żarty…

– Powie­dzia­łem ci, co czuję i jak jest. Nie odwo­łuję niczego. Po pro­stu muszę wró­cić do domu, do Pol­ski, pozwo­lić zaist­nieć Igo­rowi. – „Tra­vis” mówił teraz z prze­ko­na­niem, bez śladu wcze­śniej­szego zała­ma­nia. – Dać mu szansę. Bo kim wła­ści­wie jest Igor? Kim on jest? Wiesz to, Saro? Ty znasz tylko Olega Popowa, któ­rego stwo­rzy­łaś. Nie myśl, że jestem roz­go­ry­czony, że mam żal do cie­bie czy kogo­kol­wiek… Abso­lut­nie nie! Wiem, na co się decy­do­wa­łem, i chlu­bię się tym, że jestem ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu. Ale życia nie­le­gała nikt nie zro­zu­mie, nawet drugi nie­le­gał. Rozu­miesz?! To życie w sta­nie kon­tro­lo­wa­nej schi­zo­fre­nii. Ale naj­trud­niej­sza i naj­bar­dziej nisz­cząca jest ta koniecz­ność opa­no­wa­nia sztuki mime­ty­zmu…

– Klaus Fuchs? – wtrą­ciła Sara.

– Nie… Nie rozu­miem. Dla­czego?

– To podobno jego stwier­dze­nie… to o kon­tro­lo­wa­nej schi­zo­fre­nii, kon­tro­lo­wa­nym roz­dwo­je­niu oso­bo­wo­ści – cią­gnęła.

– Moż­liwe, że gdzieś to sły­sza­łem. Bar­dziej mi się jed­nak podo­bają mime­tyczne zdol­no­ści pta­ków… – Powie­dział to takim tonem, że oboje musieli wybuch­nąć śmie­chem. – Skończmy już z tym, dobrze? – Wciąż nie mógł prze­stać się śmiać.

Sytu­ację mimo­wol­nie roz­ła­do­wał kel­ner, sta­wia­jąc na stole dwa ogromne tale­rze z nie­pro­por­cjo­nal­nie małymi por­cjami pilawu. Ten widok pobu­dził kolejną salwę śmie­chu.

– Zanim wró­cisz do Pol­ski i pój­dziemy do nor­mal­nej restau­ra­cji, musimy coś jesz­cze zro­bić. Pil­nie! To chyba będzie twoje ostat­nie zada­nie… tam na Bia­ło­rusi. Wiesz, naj­waż­niej­szy jest deser, wykoń­cze­nie! – Sara powoli wyci­szała głos. – Długo roz­ma­wia­li­śmy o tym z Kon­ra­dem i prawdę mówiąc, nie mamy zwień­cze­nia dla naszego pomy­słu. Liczymy, że ty coś pod­po­wiesz… Czu­jemy, że potra­fisz spiąć nasz plan…

– O co cho­dzi, Saro?

– W twier­dzy brze­skiej od czasu wojny zako­pane jest archi­wum wydziału pol­skich nie­le­ga­łów INO NKWD…

„Tra­vis” wypro­sto­wał się na krze­śle, twarz mu stę­żała. Słu­chał uważ­nie. Nie musiał prze­ry­wać, pytać. Widać było, że plan dzia­ła­nia jest dobrze przy­go­to­wany i prze­my­ślany, a Sara potra­fiła wysła­wiać się krótko, pre­cy­zyj­nie i logicz­nie.

W miarę jak przed­sta­wiała pyta­nia i pro­blemy do roz­wią­za­nia, „Tra­vis” miał wra­że­nie, że w jego świa­do­mo­ści brzmi natręt­nie jedno zda­nie: „Do tego potrzeba kapi­tana Wasi­lija Krupy z miń­skiego KGB”.

35

– Panie puł­kow­niku… bar­dzo mi zależy na przej­rze­niu wszyst­kich nagrań, i to tak szybko, jak to moż­liwe. – Mar­cin sta­rał się tak modu­lo­wać głos, by zro­bić jak naj­lep­sze wra­że­nie na puł­kow­niku Sta­ni­sła­wie Piąt­kow­skim, lekko oty­łym komen­dan­cie Straży Gra­nicz­nej przy­stani pro­mo­wej w Gdań­sku.

– Dobrze, panie kapi­ta­nie… cho­ciaż przy­da­łoby się jakieś pismo od waszego szefa. Ale rozu­miem, że to sprawa nie­cier­piąca zwłoki. Cenimy sobie współ­pracę z Agen­cją Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego. Kilka razy udało nam się razem prze­jąć trans­port nar­ko­ty­ków do Szwe­cji. Zna pan naczel­nika Weso­łow­skiego…?

– Oczy­wi­ście! To Wydział Czwarty. – Mar­ci­nowi kamień spadł z serca, bo był to jedyny naczel­nik w ABW, któ­rego znał. Byli na jed­nym roku szkoły wywiadu w Kiej­ku­tach.

– Porządny gość – powie­dział puł­kow­nik Piąt­kow­ski z naci­skiem na „porządny”. – Ładne pismo wysłał do naszego szefa po jed­nej wspól­nej akcji. Nie jest małost­kowy…

– Puł­kow­niku! ABW umie się odwdzię­czyć! Zawsze pamię­tamy o kole­gach ze Straży Gra­nicz­nej! – Ton Mar­cina nie pozo­sta­wiał złu­dzeń, że dobrze się zro­zu­mieli.

– Zatem do dzieła! To mają być nagra­nia z kamer na ter­mi­nalu por­to­wym z wtorku. – Puł­kow­nik pod­niósł słu­chawkę tele­fonu, jasnym, woj­sko­wym tonem pole­cił przy­go­to­wa­nie kom­pu­tera i zapo­wie­dział, że za pięt­na­ście minut przyj­dzie obej­rzeć nagra­nia. – Zdą­żymy wypić kawę… bru­tal? – zapy­tał Mar­cina i widząc jego zdzi­wioną minę, dodał: – Czyli… bez koniaku!

Roze­śmiał się.

Mar­cin też, cho­ciaż nie zro­zu­miał dow­cipu.

Przed­sta­wił się jako porucz­nik, ale Mar­cin nie zapa­mię­tał nazwi­ska. Zauwa­żył tylko to, że miał ponad dwa metry wzro­stu i był ubrany po cywil­nemu.

– Wszystko jest usta­wione – powie­dział drą­gal. – Da pan sobie radę?

– Oczy­wi­ście!

– Nagra­nie w lewym okienku zaczyna się od chwili otwar­cia drzwi na pro­mie dla ruchu pie­szego, w pra­wym dla ruchu samo­cho­do­wego – obja­śnił porucz­nik.

– Inte­re­suje mnie tylko ruch pie­szy. Pro­szę też powięk­szyć obraz.

Jed­nym klik­nię­ciem myszy porucz­nik speł­nił prośbę Mar­cina, po czym wyszedł z pomiesz­cze­nia.

Mar­cin zaczął prze­wi­jać czarno-biały obraz do przodu. Poja­wiły się pierw­sze osoby scho­dzące z promu. Przy­po­mniał sobie o zdję­ciach Jor­gen­sena, które dostał od Szwe­dów. Wyjął je z teczki i poło­żył przy kom­pu­te­rze. Puł­kow­nik, który sie­dział tuż obok, wziął je do ręki i zaczął oglą­dać.

– Do czego to doszło! Żeby takich nobli­wych dziad­ków wyko­rzy­sty­wać w nar­ko­biz­ne­sie! – rzu­cił.

– I o to wła­śnie cho­dzi: by nie zwra­cali na sie­bie uwagi. To ważna figura – powie­dział Mar­cin z prze­ko­na­niem.

W mil­cze­niu prze­glą­dali obraz na ekra­nie moni­tora. Mar­cin co pewien czas zatrzy­my­wał nagra­nie i przy­glą­dał się uważ­niej oso­bom przy­po­mi­na­ją­cym Jor­gen­sena.

– Na pewno zszedł z promu, nie wyje­chał? – zapy­tał puł­kow­nik.

– Nie wyku­pił biletu na prze­wóz samo­chodu i zosta­wił go przed domem w Sztok­hol­mie. Musiałby się do kogoś pod­łą­czyć.

– Jeżeli tak zro­bił, to nic nie zoba­czymy. Na tych nagra­niach widać samo­chody i numery reje­stra­cyjne, ale nie widać, kto jest w środku. Trzeba byłoby przej­rzeć zdję­cia z pokładu samo­cho­do­wego na pro­mie. Mają tam moni­to­ring wewnętrzny. W razie potrzeby nie ma pro­blemu… mogę to zała­twić od ręki. Utrzy­mu­jemy dosko­nałe sto­sunki z kapi­ta­nami pro­mów.

– Naj­pierw przej­rzymy to nagra­nie. Jeżeli go nie wyła­piemy, popro­simy kapi­tana, żeby nam udo­stęp­nił swoje. Zresztą chciał­bym poroz­ma­wiać tro­chę z załogą. Może coś wie­dzą… Scan­di­na­via stoi teraz w por­cie? – zapy­tał Mar­cin, poru­szony goto­wo­ścią komen­danta Piąt­kow­skiego do współ­pracy.

– Załoga zmie­nia się co dwa tygo­dnie. Czyli teraz jest ta, z którą pły­nął tam­ten gość – odpo­wie­dział puł­kow­nik. – Prom wycho­dzi o osiem­na­stej… Jeśli chce pan, kapi­ta­nie, jesz­cze dzi­siaj poroz­ma­wiać z załogą, musimy się pospie­szyć.

– Myślę, że potrze­buję jesz­cze około trzy­dzie­stu minut.

– Dobrze. W takim razie niech pan sobie tutaj pra­cuje, a ja pójdę na prom poroz­ma­wiać z kapi­ta­nem. Wrócę za… – spoj­rzał na zega­rek – czter­dzie­ści pięć minut. – I nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ruszył do wyj­ścia.

Mar­cin przy­glą­dał się każ­dej oso­bie widocz­nej na ekra­nie, jakby nie wie­rzył, że uda mu się roz­po­znać Jor­gen­sena. Tych, któ­rzy choć tro­chę mogli go przy­po­mi­nać, pod­da­wał bar­dziej szcze­gó­ło­wemu bada­niu. Pasa­że­ro­wie wycho­dzili, cią­gnąc za sobą bagaże. Parami i poje­dyn­czo. Niektó­rzy z dziećmi. W ciągu dwu­dzie­stu minut dostrzegł czte­rech czy pię­ciu męż­czyzn podob­nych do Jor­gen­sena. Lecz żaden z nich nie podró­żo­wał sam. Po pół­go­dzi­nie Mar­cin poczuł nie­po­kój. Bał się, że jeżeli nie uda mu się ziden­ty­fi­ko­wać Jor­gen­sena na nagra­niu, zna­le­zie­nie go potem będzie pra­wie nie­moż­liwe.

Przez chwilę pomy­ślał nawet, że może Szwe­dzi się pomy­lili, że on wcale nie wyje­chał do Pol­ski, i wła­śnie wtedy poczuł, jak roz­piera go zado­wo­le­nie. Na ekra­nie kom­pu­tera, jak w świe­tle reflek­to­rów i w wyre­ży­se­ro­wa­nej pozie, poja­wił się Jor­gen­sen.

Zatrzy­mał się, jakby chciał, by wszy­scy mogli zoba­czyć, że wszedł na scenę, że wła­śnie przy­je­chał. Rozej­rzał się wokół, zarzu­cił torbę na ramię i spoj­rzał pro­sto w obiek­tyw kamery. Mar­cin miał wra­że­nie, że patrzy wła­śnie na niego. Poczuł dreszcz i pomy­ślał, że to ktoś nie­zwy­kły, inny niż wszy­scy pasa­że­ro­wie, któ­rzy zeszli przed nim z promu, ktoś z jego świata. Czuł jakąś nie­okre­śloną bli­skość i jed­no­cze­śnie głę­boki, prze­ni­kliwy strach.

Prze­łą­czył na obraz z kamery zamon­to­wa­nej wewnątrz ter­mi­nalu pro­mo­wego i zoba­czył, jak Jor­gen­sen zde­cy­do­wa­nym kro­kiem prze­mie­rza hol i kie­ruje się do wyj­ścia. Po chwili znikł z pola widze­nia. Mar­cin ponow­nie zmie­nił kamerę. Tym razem ujrzał na ekra­nie wej­ście do ter­mi­nalu. Obraz był wyraź­niej­szy niż poprzed­nio.

Jor­gen­sen zatrzy­mał się w samym środku kadru. Był dosko­nale widoczny. Wycią­gnął z kie­szeni jakąś kartkę i przez chwilę ją stu­dio­wał. Potem wyjął coś, co praw­do­po­dob­nie było pla­nem mia­sta. Zacze­pił sto­jącą obok kobietę z papie­ro­sem i o coś ją zapy­tał. Ta wzięła od niego plan i zaczęła go oglą­dać. Roz­ma­wiali przez chwilę.

Mar­cin zdzi­wił się, bo kobieta nie wyglą­dała na zna­jącą angiel­ski, a tym bar­dziej szwedzki. Kiedy dołą­czył do niej jakiś męż­czy­zna, poże­gnała się z Jor­gen­se­nem, który postał jesz­cze tro­chę przed ter­mi­na­lem, po czym ruszył w lewo, w stronę odda­lo­nego o kilka metrów postoju tak­só­wek. Nie­któ­rzy kie­rowcy stali obok samo­cho­dów. Pod­szedł do pierw­szej wol­nej tak­sówki, jasnego mer­ce­desa z lat osiem­dzie­sią­tych, bez ozna­czeń kor­po­ra­cyj­nych. Po krót­kiej roz­mo­wie ze star­szym tak­sów­ka­rzem o gęstej siwej czu­pry­nie zajął miej­sce z tyłu i odje­chał.

Mar­cin cof­nął nagra­nie do momentu, w któ­rym Jor­gen­sen pod­cho­dzi do tak­sówki. Numer reje­stra­cyjny był dosko­nale widoczny.

– Kapi­tan na nas czeka. Możemy roz­ma­wiać na pro­mie z kim chcemy – oznaj­mił gło­śno puł­kow­nik, wra­ca­jąc do pokoju, a ujrzaw­szy minę Mar­cina, zapy­tał: – Zna­lazł go pan?

– Tak. Niech pan spoj­rzy. To on!

– Rze­czy­wi­ście! Nie może być mowy o pomyłce! – zawo­łał z uzna­niem komen­dant i przez chwilę wpa­try­wał się w ekran. – Ma pan wię­cej szczę­ścia – dorzu­cił. – Ten tak­sów­karz… ten tutaj… – poka­zał pal­cem na moni­to­rze – to Mie­tek.

– Kto?

– Mie­tek, nasz były pod­ofi­cer, jesz­cze z WOP… odszedł na eme­ry­turę pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych. Teraz pra­cuje na tak­sówce… bar­dzo porządny czło­wiek. Obsłu­guje ter­mi­nal pro­mowy. Mam do niego tele­fon… Chce pan z nim poroz­ma­wiać?

– Oczy­wi­ście! I to tak szybko, jak to moż­liwe, panie komen­dan­cie. Ale naj­pierw prom.

Mar­cin był w swoim żywiole. Kiedy jechał do Gdań­ska, nawet nie przy­pusz­czał, że sprawy poto­czą się tak szybko.

Prom spra­wiał wra­że­nie opu­sto­sza­łego. Komen­dant pod­szedł do recep­cji i popro­sił, by poin­for­mo­wać kapi­tana o jego przy­by­ciu. Po kilku minu­tach zja­wił się zna­jomy puł­kow­nika, ofi­cer w bia­łej koszuli z nara­mien­ni­kami. Przy­wi­tał się z Mar­ci­nem i oznaj­mił, że kapi­tan wyraża zgodę na roz­mowy z załogą promu. Dodał, że w razie potrzeby jest do dys­po­zy­cji, i odda­lił się rów­nie szybko, jak przy­szedł.

Mar­cin zaczął od recep­cjo­nistki. Poka­zał jej zdję­cie Jor­gen­sena i podał jego nazwi­sko. Szybko wpro­wa­dziła dane do kom­pu­tera i potwier­dziła, że rze­czy­wi­ście pły­nął pro­mem w tych dniach. Zaj­mo­wał poje­dyn­czą kabinę z oknem i prysz­ni­cem, numer 6020. Wzięła do ręki zdję­cie i długo mu się przy­pa­try­wała. Wresz­cie pokrę­ciła zde­cy­do­wa­nie głową i stwier­dziła, że go nie pamięta. Nie zwró­cił jej uwagi. Zresztą w cza­sie boar­dingu jest dwóch lub trzech recep­cjo­ni­stów. Będą za godzinę, bo zeszli na ląd.

Zasu­ge­ro­wała, by poroz­ma­wiać przede wszyst­kim z ochro­nia­rzem Zbysz­kiem. On na pro­mie widzi wszystko i wszyst­kich. Wie, kto jest sta­łym klien­tem, kto pły­nie po raz pierw­szy, w jed­nej chwili roz­po­znaje Szweda, Polaka, Litwina czy Rosja­nina, odróż­nia kie­rowcę tira od budow­lańca, den­ty­stę od węd­ka­rza. Wie, z kim będą kło­poty wie­czo­rem, na kogo trzeba zwró­cić szcze­gólną uwagę. Zby­szek pra­cuje na pro­mie już pięt­na­ście lat. Pły­wał jesz­cze na Roga­li­nie.

Uśmiech­nęła się peł­nymi ustami w kolo­rze zaschnię­tej krwi, aż coś Mar­ci­nem rzu­ciło.

– Znam go dobrze! Porządna jed­nostka… – wtrą­cił puł­kow­nik. – On rze­czy­wi­ście jest jak część tego promu i jego duch.

Nie cze­ka­jąc na decy­zję Mar­cina, recep­cjo­nistka wezwała przez gło­śnik Zbyszka, a ten zja­wił się jak spod ziemi. Przy­wi­tał się z komen­dan­tem, który przed­sta­wił mu Mar­cina i krótko opi­sał jego misję. Zby­szek poki­wał głową na znak, że jest gotów do współ­pracy, a po jego minie widać było, że impo­nuje mu kon­takt z ABW.

Mar­cin wycią­gnął zdję­cia Jor­gen­sena.

– Pamię­tam go – odparł od razu Zby­szek. – Dziwny gość. Pły­nął jakieś dwa tygo­dnie temu…

– Szes­na­stego – wtrą­cił Mar­cin.

– Tak. Chyba tak. Miał kabinę na szó­stym pozio­mie…

– Dla­czego uważa pan, że był dziwny?

– Gość wszedł na pokład sam. Przy boar­dingu zawsze jestem w pobliżu recep­cji, więc go zauwa­ży­łem. Już wtedy było to tro­chę dziwne, że nie miał bagażu. Gdyby był samo­cho­dem, to byłoby nor­malne, ale pie­szo? Poza tym star­szy gość sam?! Wyraź­nie Szwed, po ubra­niu. To nie tak, że zaraz był jakiś podej­rzany. Nie! Zwró­cił tylko moją uwagę. Dla­tego roz­po­zna­łem go też póź­niej. Jakąś godzinę po wypły­nię­ciu promu zoba­czy­łem, jak idzie z Andrie­jem i Alo­szą…

– Z kim? Z jakim Andrie­jem, jakim Alo­szą?! – Mar­cin pod­niósł głos.

– To nie żadna ruska mafia. Spo­koj­nie, panie ofi­ce­rze. – Zby­szek uśmiech­nął się tro­chę iro­nicz­nie. – Znam ich dobrze. To Bia­ło­ru­sini spod Grodna, w zasa­dzie Polacy. Pra­cują w Szwe­cji przy remon­tach miesz­kań i regu­lar­nie przy­jeż­dżają do Gdań­ska po mate­riały. Taniej, wie pan. Pra­cują dla jed­nego Polaka, na czarno oczy­wi­ście, bo nie są z Unii, ale mają wizy schen­ge­now­skie. Wyko­rzy­stuje ich jak nie­wol­ni­ków, pro­wa­dzą fur­gon, są tra­ga­rzami, na pro­mie nie śpią w kabi­nie, tylko na fote­lach, i tak dalej… Rozu­mie pan?! Na pro­mie nie piją, bo oszczę­dzają każdy grosz…

– Skąd Jor­gen­sen w ich towa­rzy­stwie?

– To mnie też zdzi­wiło… bo dyżu­ruję przez więk­szą część nocy, a Andriej i Alo­sza nie mają kabiny i włó­czą się po pro­mie, więc czę­sto sie­dzimy i roz­ma­wiamy. To przy­zwo­ici ludzie. Niech mi pan wie­rzy…

– Wie­rzę, panie Zbyszku. Wie­rzę.

– Pyta­łem ich, co to za gość. Powie­dzieli mi, że to jakiś ni to Polak, ni to Bia­ło­rus, teraz Szwed…

– Chwi­leczkę! – Mar­cin prze­rwał Zbysz­kowi w pół zda­nia. – Polak, Bia­ło­ru­sin… czy ja dobrze sły­szę? Jest pan pewien?

– Oczy­wi­ście! Na tym pro­mie można spo­tkać takich ludzi. To żaden dziw! Jest ich pełno…

Mar­cin jed­nak pomy­ślał, że Zby­szek musiał się pomy­lić.

– Panie Zbyszku, niech pan się dobrze przyj­rzy temu zdję­ciu. Czy to na pewno ta sama osoba? – Znów pod­niósł głos.

– Nie ma wąt­pli­wo­ści. – Ochro­niarz był o tym świę­cie prze­ko­nany. – Na imię ma… jakoś tak po nie­miecku…

– Hans? – Mar­cin poczuł dreszcz.

– Otóż to! Hans! Ale nazwi­ska nie znam… Potrzebne?

Jak to moż­liwe?! Szwe­dzi musieli popeł­nić jakiś błąd. Powinni wie­dzieć, że zna język pol­ski. Zaraz… mówili prze­cież, że jest Szwe­dem duń­skiego pocho­dze­nia, skąd zatem miałby znać pol­ski? Zadzi­wia­jące!

Mar­cin czuł się, jakby dostał pię­ścią w twarz, i nie mógł zebrać myśli.

– Jedną chwi­leczkę, pano­wie… – rzu­cił po chwili i odszedł na bok. Wycią­gnął tele­fon komór­kowy i zadzwo­nił do Kon­rada. – Sze­fie! Nasz dzia­dek zna język pol­ski… – powie­dział, gdy tylko usły­szał jego głos. – Wygląda na to, że mamy takiego, o jakim szef mówił.

Roz­mowa była krótka, bo ni­gdy nie roz­ma­wiali przez tele­fon otwar­tym tek­stem.

– Jeżeli chce się pan dowie­dzieć wię­cej, to Andriej i Alo­sza wra­cają dziś po zaku­pach do Szwe­cji – powie­dział Zby­szek, gdy tylko Mar­cin znowu do nich pod­szedł. – Przy­pły­nęli do Pol­ski dzi­siaj, to zna­czy, że będą też wra­cać. Można spraw­dzić w recep­cji, czy mają rezer­wa­cję. Zawsze są pierwsi w kolejce do wjazdu na prom. Jeż­dżą nie­bie­skim for­dem trans­i­tem.

– Sądzi pan, że będą chcieli roz­ma­wiać? – zapy­tał Mar­cin.

– Pro­szę pana! To ludzie ze Wschodu! Wła­dza ma zawsze rację. Tym bar­dziej pol­ska wła­dza! – W gło­sie Zbyszka dało się wyczuć, że też jest ważną czę­ścią tej wła­dzy, przy­naj­mniej na pro­mie. – Oni wie­dzą, że wyda­le­nie to dla nich tra­ge­dia…

– Panie kapi­ta­nie, dosta­łem tele­fon… – wtrą­cił puł­kow­nik, który wcze­śniej gdzieś po cichu się ulot­nił. – Mie­tek, ten tak­sów­karz, będzie za chwilę na ter­mi­nalu.

– Czy mogę pana pro­sić, panie Zbyszku, by spraw­dził pan, czy ci Bia­ło­ru­sini wra­cają dzi­siej­szym pro­mem? Jeżeli tak, to niech mi pan umówi z nimi spo­tka­nie…

– Zała­twione, panie kapi­ta­nie! Pan jest z ABW, tak? – zapy­tał poważ­nie. – Kie­dyś skła­da­łem papiery, ale mnie nie przy­jęli.

– Niech się pan nie przej­muje – rzu­cił bez sensu Mar­cin. – Nawet pan nie wie, jak bar­dzo mi pomógł! – dodał szcze­rze.

Gdyby oni wie­dzieli, kim jest ten nie­po­zorny dzia­dek albo… kim może być! – pomy­ślał.

Zeszli z promu po stro­mych scho­dach. Pogoda się zmie­niła i zaczęło mocno padać. Sku­leni prze­bie­gli kilka metrów do ter­mi­nalu. Wewnątrz było parę osób wyglą­da­ją­cych na podróż­nych, któ­rzy cze­kają, aż będzie można wejść na prom.

Mar­cin natych­miast roz­po­znał star­szego pana z nagra­nia. Jego biała czu­pryna wyróż­niała go spo­śród innych osób w hali. Sie­dział na ławce i czy­tał „Fakt”. Zauwa­żył puł­kow­nika w towa­rzy­stwie Mar­cina i pod­niósł się z pew­nym tru­dem.

– Witam cię, Sta­siu – zwró­cił się do puł­kow­nika. – Co się stało, że wzy­wasz sta­rego wia­rusa? Nie przej­muj się. Żar­to­wa­łem! Ja zawsze chęt­nie przy­jadę, żeby się z tobą spo­tkać. Tak­sów­karz to teraz nie­po­płatny zawód…

– Daj spo­kój, Mie­ciu. Gaduła jesteś – powi­tał go kor­dial­nie komen­dant. – Mamy do cie­bie sprawę… służ­bową! – Sta­ru­szek uniósł wysoko krza­cza­ste siwe brwi. – Poznaj! To jest pan kapi­tan z War­szawy, z Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego…

Mar­cin wycią­gnął dłoń i prze­jął ini­cja­tywę.

– Panie Mie­czy­sła­wie – zaczął tro­chę for­mal­nie. – Mam do pana prośbę. Chciał­bym, żeby pan nam pomógł w jed­nej waż­nej spra­wie.

Zauwa­żył, że Mie­cio bacz­nie mu się przy­gląda, a wyraz jego twa­rzy się zmie­nił.

– A niby dla­czego miał­bym wam poma­gać?! – powie­dział nagle tak­sów­karz, oschle i gło­śno.

Mar­cin poczuł się, jakby ktoś go zwy­my­ślał. Ode­brało mu mowę.

– Mie­ciu, nie wygłu­piaj się… – Puł­kow­nik pró­bo­wał rato­wać sytu­ację.

– Wcale się nie wygłu­piam, Sta­chu. Pan kapi­tan przy­je­chał z samej War­szawy, żeby sta­rego sier­żanta WOP pro­sić o pomoc w waż­nej spra­wie, tak?

– Tak – z tru­dem wykrztu­sił Mar­cin.

– Pan chce roz­ma­wiać z oprawcą, cie­mię­ży­cie­lem narodu pol­skiego, tym, który w imie­niu obcego mocar­stwa znie­wa­lał pol­skich patrio­tów? Z prze­stępcą?! Pań­stwo pol­skie zwraca się do kogo?! Do mnie? Czy ja jestem jesz­cze oby­wa­te­lem tego kraju? Bo mam wąt­pli­wo­ści. Jacyś spóź­nieni z życiem gów­nia­rze obra­żają mnie z sej­mo­wej try­buny, a potem pan przy­jeż­dża tutaj z prośbą! O pomoc! To ja potrze­buję pomocy, żeby ktoś w końcu wziął mnie w obronę przed tymi zasmar­ka­nymi poli­ty­kami…

– Mie­ciu, daj już spo­kój… – powie­dział komen­dant bez prze­ko­na­nia.

– Prze­cież ty też tak myślisz, Sta­siu! Musisz słu­żyć, bo wkrótce eme­ry­tura, ale myślisz jak ja. Chcą mi jesz­cze ode­brać eme­ry­turę! I co, mam się z tym wyro­kiem pogo­dzić i pomóc panu kapi­ta­nowi z ABW?

– Panie Mie­czy­sła­wie! Jeżeli pan nie chce, to trudno… nie będę pana nama­wiał – zaczął Mar­cin. – Chcę tylko powie­dzieć, że ja pana rozu­miem… i my, ofi­ce­ro­wie, wiemy i roz­róż­niamy, kto wtedy słu­żył Pol­sce, a kto był kana­lią…

– W czym mogę panu pomóc? – prze­rwał nie­spo­dzie­wa­nie Mie­cio i uśmiech­nął się.

Ciężka przez chwilę atmos­fera roz­pły­nęła się bez śladu. Mar­cin poczuł ulgę, bo powie­dział to, co naprawdę myślał, i nie musiał już pod­stę­pem nama­wiać krew­kiego sier­żanta do współ­pracy.

– Niech pan spoj­rzy uważ­nie na to zdję­cie. Czy zna pan tego czło­wieka?

– Oczy­wi­ście! Nie mógł­bym go zapo­mnieć. Nie mam tak wielu klien­tów, bo nie jestem w kor­po­ra­cji. Wio­złem go do hotelu Rezy­dent w Sopo­cie. To było około dwu­na­stej trzy­dzie­ści… o ile dobrze pamię­tam.

– Czy mówił po pol­sku? – zapy­tał Mar­cin.

– Tak… ale w tym jego pol­skim… było coś dziw­nego. – Sier­żant Mie­cio wciąż trzy­mał w ręku zdję­cie Jor­gen­sena. – Ja znam wielu Pola­ków ze Szwe­cji, mam licz­nych sta­łych klien­tów, nie­któ­rzy są tam od pięć­dzie­się­ciu lat i dłu­żej… ale oni mówią ina­czej. Ten jego pol­ski był taki… jak by to powie­dzieć… dzie­cinny. Tak… to naj­lep­sze okre­śle­nie… mówił jak dziecko, tro­chę śmiesz­nie, ale płyn­nie. Gdy­bym nie wie­dział, że jest ze Szwe­cji, to trudno byłoby mi powie­dzieć, skąd pocho­dzi…

– Przed­sta­wił się? – wtrą­cił Mar­cin.

– Nie. A ja nie pyta­łem, bo tego się nie robi. Tym bar­dziej że od razu umó­wił drugi kurs. Na sie­dem­na­stą pięt­na­ście, żeby zdą­żyć z powro­tem na prom. Mia­łem go zabrać z Rezy­denta. Zapła­cił z góry dwie­ście zło­tych.

– O czym roz­ma­wia­li­ście? Pamięta pan? – Mar­cin dopy­ty­wał się dalej.

– O niczym istot­nym. Nie pamię­tam dobrze. Pytał, skąd pocho­dzę, jak mi się tu żyje, i takie tam… A, zaraz… pytał, co robi­łem w cza­sie wojny. Powie­dzia­łem mu, że byłem z rodzi­cami w domu. A on chciał wie­dzieć, czy wszy­scy prze­żyli. Tro­chę to było dziwne…

– Czy w jego zacho­wa­niu było coś jesz­cze, co zwró­ciło pana uwagę?

– Czy ja wiem… Mocno się roz­glą­dał. Tro­chę tak nie­na­tu­ral­nie, jakby ner­wowo. Zauwa­żył, że patrzę na niego w lusterku, i powie­dział, że cie­kawi go mia­sto, cho­ciaż nie jecha­li­śmy przez Sta­rówkę i widoki były raczej smutne. Ale róż­nych świ­rów już widzia­łem… Wie pan, kapi­ta­nie, że kie­dyś mój zna­jomy woził po Gdań­sku i Sopo­cie Chri­stera Pet­ters­sona… Wie pan, kto to? Zabójca Olofa Pal­mego. To było w cza­sie stanu wojen­nego. Przy­pły­nął pro­mem tak jak ten, wziął Tadka, zapła­cił z góry i kazał się wozić od mono­po­lo­wego do apteki, i tak na okrą­gło. Cały czas wychwa­lał Soli­dar­ność i stan wojenny… No, kom­pletny świr i nar­ko­man!

– Cie­kawe, ale wróćmy do naszego gościa. – Mar­cin nie zain­te­re­so­wał się mor­dercą szwedz­kiego pre­miera. – Zawiózł go pan do Rezy­denta. Co to takiego?

– To hotel w Sopo­cie – wtrą­cił puł­kow­nik. – Koło dworca.

– Zgod­nie z umową wró­ci­łem po niego o umó­wio­nej porze – kon­ty­nu­ował sier­żant Mie­cio. – Od razu się zja­wił. Gdy jecha­li­śmy na prom, kazał nagle zatrzy­mać się przy kio­sku. Wysiadł na chwilę, ale nic nie kupił. Roz­glą­dał się jak poprzed­nio, ale jakby mniej. I nie był już taki roz­mowny. Wyglą­dał na zmę­czo­nego.

– Czy coś jesz­cze może pan sobie przy­po­mnieć? Wszystko jest istotne, ważne… Może jakiś szcze­gół odci­snął się panu w pamięci? – Mar­cin czuł, że nic wię­cej się nie dowie.

– Pamię­tam, że mówił coś o synu, że ma syna w mary­narce i chce przy­je­chać z nim do Gdań­ska. Mówił, że jest tu pierw­szy raz. – Mie­cio zasta­no­wił się jesz­cze chwilę i pokrę­cił głową. – Chyba to wszystko… Jak sobie coś przy­po­mnę, to dam znać.

– Dzię­kuję, Mie­ciu – ode­zwał się puł­kow­nik.

– Bar­dzo nam pan pomógł! Naprawdę! – zapew­nił Mar­cin. – Jestem ogrom­nie wdzięczny. Pro­szę mi wie­rzyć!

Czuł, że powi­nien powie­dzieć coś wię­cej. Było mu żal sta­rego sier­żanta, ale nie wie­dział, jakich słów mógłby użyć, żeby to miało jakiś sens. Bał się, że wyj­dzie na hipo­krytę. Uści­snął więc tylko dłoń Mie­cia dłu­żej i ser­decz­niej niż zwy­kle, z nadzieją, że ten jako męż­czy­zna wła­ści­wie to zro­zu­mie.

Mie­cio pod­niósł się z tru­dem i powoli odszedł w kie­runku wyj­ścia.

– To wspa­niały czło­wiek – ode­zwał się puł­kow­nik. – Czter­dzie­ści lat w WOP, a dziś ma tysiąc dwie­ście zło­tych eme­ry­tury. Na tak­sówce pra­wie nie zara­bia, bo nie może długo sie­dzieć. W sie­dem­dzie­sią­tym ósmym roku dostał dwa postrzały od prze­myt­ni­ków i ledwo z tego wyszedł. Teraz, na sta­rość, cierpi z powodu tych ran i jest tro­chę roz­go­ry­czony…

– Niech pan da spo­kój, komen­dan­cie! – uciął Mar­cin, bo było mu głu­pio i nie wie­dział, co powie­dzieć.

Spoj­rzał na duży zegar w hali. Docho­dziła szes­na­sta. Wyszli z ter­mi­nalu i po tra­pie wspięli się z powro­tem na prom. Od razu natknęli się na Zbyszka, który zako­mu­ni­ko­wał, że wła­śnie miał dzwo­nić do puł­kow­nika, ponie­waż Andriej i Alo­sza są do dys­po­zy­cji pana kapi­tana z ABW.

Mar­cin zoba­czył dwóch męż­czyzn w śred­nim wieku, bez jakich­kol­wiek cech cha­rak­te­ry­stycz­nych. Miał wra­że­nie, że nie potra­fiłby nawet ich opi­sać. Wyróż­niało ich jedy­nie spoj­rze­nie pełne stra­chu, a może nawet prze­ra­że­nia. Mar­cin od razu pomy­ślał z roz­ba­wie­niem, że to z pew­no­ścią robota czar­nego księ­cia promu Scan­di­na­via, czyli pana Zbyszka.

Andriej i Alo­sza natych­miast się pod­nie­śli i sta­nęli na bacz­ność, gdy zoba­czyli, że zbliża się do nich ochro­niarz z umun­du­ro­wa­nym puł­kow­ni­kiem i Mar­ci­nem.

– Witam panów.

Mar­cin podał im rękę, a po nim to samo zro­bił puł­kow­nik. Ten pro­sty gest od razu podzia­łał na nich uspo­ka­ja­jąco.

– Nazy­wam się Kowal­ski i jestem z poli­cji. Który z panów to Andriej, a który Alo­sza?

– Ja Andriej, a on Alo­sza.

– Panie Zbyszku, może pan nas zapro­wa­dzi w jakieś spo­koj­niej­sze i bar­dziej wygodne miej­sce – zapro­po­no­wał komen­dant.

Prze­szli do kawiarni na szó­stym pozio­mie. W dużej sali zasta­wio­nej sto­li­kami było zupeł­nie pusto.

– Panie Zbyszku, bar­dzo panu dzię­kuję za pomoc… – powie­dział Mar­cin, zanim usie­dli.

– Rozu­miem. Oczy­wi­ście, panie kapi­ta­nie… Jeżeli będę potrzebny, to znaj­dzie­cie mnie przez recep­cję – odparł bez waha­nia ochro­niarz i odszedł.

– Pano­wie – zaczął Mar­cin. – Chciał­bym, żeby­ście pomo­gli mi w jed­nej spra­wie. Oczy­wi­ście nie musi­cie… – Powie­dział tak celowo, by zachę­cić ich do szcze­rej wypo­wie­dzi. – Dwa tygo­dnie temu spo­tka­li­ście na pro­mie tego czło­wieka. – Poka­zał im zdję­cie Jor­gen­sena.

Przez chwilę przy­glą­dali się foto­gra­fii, wymie­nia­jąc ją mię­dzy sobą. Trwało to jed­nak nieco za długo i Mar­cin zaczął się dener­wo­wać, że mogą go nie roz­po­znać.

– Da. Ja jego wstrie­tił na bortu – powie­dział Andriej i wska­zał ręką w nie­okre­ślo­nym kie­runku. – Nie­mnożko my tam roz­go­wo­ri­wali i potom poszli w rie­sto­ran… ja pri­wioł Alo­szu… on sidieł tam s gospo­di­nom Zbysz­kom. Poszli my w risto­ran piwa napit­sia… on nas pri­gło­sił.

– Andriej, ja to rozu­miem. Ale zacznij może od początku. Kto pierw­szy do kogo pod­szedł? Jak się przed­sta­wił? Co mówił i dla­czego? Zanim jesz­cze zapro­sił was na piwo. Poni­ma­jesz? – zapy­tał Mar­cin, ale miał wąt­pli­wo­ści, czy Andriej dobrze go zro­zu­miał.

– Nu. Eto ja pier­wyj naczał. Ognia u mie­nia nie było i ja jego spro­sił. Nu i my naczali roz­go­wo­ri­wat.

– Po pol­sku czy po rosyj­sku mówił? A może po bia­ło­ru­sku? Jak się przed­sta­wił?

– Ja nie pomniu, ska­zał on ili niet, kak jego zowut. Nu, on gowo­rił na pol­skom jazy­kie, no tak po-dru­gomu. Nie kak siej­czas Polaki gowo­riat.

– Ale jak? – nie­cier­pli­wił się Mar­cin.

– On ska­zał, czto dawno iz Pol­szy uje­chał. No nie ska­zał kogda. Ili ja zabył. My nie spro­si­wali. Poczemu? – Andriej chwilę się zasta­no­wił i dodał: – On ska­zał, czto on iz grod­nien­skoj obła­sti, iz kakoj-to die­riewni… – Popa­trzył pyta­jąco na Alo­szę.

– Ja pomniu! Mie­dwiedki – spo­koj­nie odparł Alo­sza.

– No to naresz­cie coś! Wiemy, skąd jest. Wyraź­nie powie­dział, że wyje­chał z Pol­ski? – Mar­cin wyjął notat­nik i zapi­sał, cho­ciaż całą roz­mowę nagry­wał na dyk­ta­fon.

– Da! Toczno! – pod­chwy­cił Andriej. – Dwa raza nas spro­si­wał ob eto mie­sto. Zna­czyt Mie­dwiedki. No my nikogda nie sły­szeli ob etoj die­riewni.

– Mówił coś wię­cej o tej wsi? Pamię­ta­cie?

– Nie. Tylko że tam leży jego siemja… rodzina zna­czy się. – Alo­sza sta­rał się mówić po pol­sku.

– Nic wię­cej o sobie nie mówił? Kim jest, Pola­kiem czy Bia­ło­ru­si­nem?

– Niet. Tolko czto on uje­chał iz etoj die­riewni wo wrie­mia wojny. Kagda ubili jego rod­nych…

– Kto zabił i kiedy? O co jesz­cze pytał? Nie mówił, po co jedzie do Pol­ski? Zna tu kogoś?

– On nie ska­zał, a my nie spro­si­wali…

– O sobie nic nie mówił – wtrą­cił Alo­sza. – Chciał wie­dzieć, jak życie na Bie­ło­rusi teraz. Co zmie­niło. Wot tak! Niczewo oso­bien­nogo. Sie­dzieli my tak dwie godziny. Piwa napili i wsio. Cho­ro­szyj cze­ło­wiek.

– My widieli jego jesz­czo raz, kogda my jechali obratno. Był kakoj-to dru­goj, stran­nyj. Smo­trieł na mie­nia kak na nie­zna­ko­mogo. A dołżen był mie­nia pomnit!

– Był jakiś zamy­ślony? Nie­obecny? Myśli­cie, że nie chciał z wami roz­ma­wiać? – pytał z nie­do­wie­rza­niem Mar­cin.

– Tak! Chyba tak! – odparł bar­dziej inte­li­gentny Alo­sza.

Minęła osiem­na­sta i prom wyru­szył w drogę powrotną do Szwe­cji, zabie­ra­jąc wystra­szo­nych Bia­ło­ru­si­nów i pana Zbyszka, co chciał do ABW.

Mar­cin poże­gnał się z puł­kow­ni­kiem jak ze sta­rym zna­jo­mym i obie­cał, że prze­śle do szefa Straży Gra­nicz­nej w War­sza­wie pismo z podzię­ko­wa­niem za wzo­rową współ­pracę.

Czuł się zmę­czony. Mię­śnie go bolały jak po dłu­gim biegu. Naj­chęt­niej poje­chałby teraz do hotelu, wypił duże pie­ni­ste piwo i po pro­stu poło­żył się spać. Miał jed­nak jesz­cze jedną sprawę do zała­twie­nia. Musiał jechać do Sopotu i poroz­ma­wiać z per­so­ne­lem hotelu Rezy­dent. Może ktoś tam widział Jor­gen­sena?

Jutro wcze­śnie rano wyru­szy do War­szawy, a w dro­dze wszystko sobie prze­my­śli i upo­rząd­kuje, tak by spraw­nie zdać rela­cję Kon­ra­dowi.

Znowu zaczął padać drobny cie­pły deszcz. Mar­cin wsiadł do samo­chodu i przez chwilę obser­wo­wał, jak wycie­raczki zbie­rają wodę z szyby, za którą prze­su­wają się ciemne chmury. Otwo­rzył okno i zapa­lił papie­rosa. Nosił przy sobie paczkę, cho­ciaż palił rzadko. Zacią­gnął się i zro­biło mu się nie­do­brze. Papie­ros był wyschnięty. Dopiero teraz sobie uświa­do­mił, że od rana nic nie jadł. Wyrzu­cił nad­pa­lo­nego papie­rosa i ruszył w kie­runku Sopotu.

Zatrzy­mał się na par­kingu strze­żo­nym obok dworca, tak jak mu pora­dził komen­dant, i posta­no­wił naj­pierw coś zjeść. Poszedł w lewo przez plac Kon­sty­tu­cji 3 Maja w kie­runku Monte Cas­sino, gdzie mimo mżawki prze­su­wał się tłum ludzi. Po pra­wej stro­nie, w pobliżu wej­ścia do kościoła, stało kilku połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich Indian, trzy­ma­jąc nad gło­wami pla­sti­kowe folie. Mar­cin pomy­ślał z roz­ba­wie­niem, że mają przy­mu­sową prze­rwę w El con­dor pasa.

– Twar­dzi ludzie Andów, a prze­szka­dza im bał­tycka mżawka – powie­dział do sie­bie.

Zjadł­bym cau cau albo może lomo sal­tado – zadźwię­czało mu w myślach i dosłow­nie poczuł zapach peru­wiań­skich dań, a na egzo­tycz­nej kuchni znał się jak mało kto.

Po lewej stro­nie zoba­czył zachę­ca­jące wej­ście do wło­skiej restau­ra­cji Tivoli, ozdo­bione karia­tydą i atlan­tem.

Wszedł do środka i zajął jedyne wolne miej­sce. Bogato zdo­bione wnę­trze miało imi­to­wać antyczny Rzym, ale Mar­ci­nowi się wyda­wało, jakby miał piach w ustach. W ten spo­sób jego wro­dzone poczu­cie este­tyki reago­wało na taki wła­śnie rodzaj sztuki. Po wizy­cie w toa­le­cie poczuł się jesz­cze gorzej, ale powie­dział sobie, że przy­czyną musi być jed­nak głód.

Uro­cza, far­bo­wana na Włoszkę kel­nerka przy­jęła zamó­wie­nie na dobrze wypie­czoną pizzę cztery sery i wodę bez gazu z cytryną. Mar­cin wyj­rzał przez okno i zoba­czył, że India­nie przy­go­to­wują się do kon­certu.

Dobrze… prze­stało padać – zauwa­żył, jakby miało to dla niego jakieś zna­cze­nie. I zaraz zła­pał się na tym, że prze­stał myśleć o Jor­gen­se­nie. Jakby stra­cił czuj­ność. Spoj­rzał z zazdro­ścią na sie­dzą­cego obok mło­dego męż­czy­znę, który powoli pod­no­sił do ust dużą szklankę piwa ozdo­bioną bia­łym bukie­tem.

Wyjął notat­nik i zaczął prze­glą­dać zapi­ski. Jor­gen­sen wzbu­dzał w nim nie­znane mu dotąd emo­cje. Po raz pierw­szy był tak bli­sko praw­dzi­wego nie­le­gała. Tak przy­naj­mniej twier­dził Kon­rad. On sam to czuł, cho­ciaż nie­le­gała oglą­dał dotąd tylko w kinie.

To jak mityczne zwie­rzę, o któ­rym wszy­scy mówią, a któ­rego nikt nie widział. A ci, co widzieli, nie przy­znają się do tego lub kła­mią. A ja jestem tak bli­sko… – pomy­ślał.

Tak bar­dzo chciałby, żeby to był praw­dziwy nie­le­gał. Jed­no­cze­śnie było mu żal, że ten naj­pięk­niej­szy twór sztuki szpie­gow­skiej prze­sta­nie ist­nieć. Podo­bało mu się nawet jego nazwi­sko – Jor­gen­sen.

Mar­cin był tro­chę zdez­o­rien­to­wany. To tak, jakby znisz­czyć obraz, jedyny i nie­po­wta­rzalny, jakie­goś da Vinci albo Rem­brandta…

Kel­nerka przy­nio­sła pizzę, któ­rej wspa­niały zapach popra­wił mu samo­po­czu­cie.

Pomy­ślał, że musi teraz dzia­łać zde­cy­do­wa­nie. Hotel Rezy­dent może kryć wyja­śnie­nie zagadki tajem­ni­czego Szweda. Zresztą sama nazwa – Rezy­dent – stwa­rzała pewną nadzieję.

Pizza była wyśmie­nita – oce­nił Mar­cin. Pła­cąc rachu­nek, pochwa­lił kucha­rza, a far­bo­waną Włoszkę obda­rzył uśmie­chem typu „jesteś cool laska”, który podzia­łał jak zwy­kle.

Wyszedł przed restau­ra­cję i spoj­rzał na pod­świe­tloną już sece­syjną fasadę uro­kli­wego hotelu po prze­ciw­nej stro­nie. Pięć gwiaz­dek zapo­wia­dało pro­fe­sjo­nalną obsługę, wysu­bli­mo­wa­nych gości i wyso­kie ceny.

Jor­gen­sen musiał się tutaj z kimś spo­tkać – pomy­ślał, wcho­dząc do westy­bulu. Z kim? Z jed­nym z hote­lo­wych gości? Czy może sko­rzy­stał tylko z restau­ra­cji?

Odcze­kał, aż recep­cjo­ni­sta będzie wolny, i pod­szedł do jego sta­no­wi­ska. Wycią­gnął poli­cyjną bla­chę i ze znu­dzoną miną zapy­tał o kie­row­nika. Recep­cjo­ni­sta, naj­wy­raź­niej przy­zwy­cza­jony do podob­nych sytu­acji, bez słowa naci­snął jakiś guzik na pul­pi­cie. Nawet nie patrząc na Mar­cina i nie siląc się na uprzej­mość, rzu­cił:

– Zaraz będzie!

Po chwili z zaple­cza wyszedł zażywny męż­czy­zna w śred­nim wieku. Od razu skie­ro­wał się w stronę Mar­cina i ze służ­bo­wym uśmie­chem na twa­rzy zapy­tał:

– Czym mogę słu­żyć?

Widok poli­cyj­nej odznaki zmiótł nie­po­trzebny, jak się oka­zało, uśmiech i zaowo­co­wał krót­kim, szorst­kim:

– Zapra­szam do sie­bie.

Kiedy zna­leźli się w ele­gancko i bogato urzą­dzo­nym gabi­ne­cie, kie­row­nik wska­zał Mar­ci­nowi fotel.

– Pan nie jest z naszego komi­sa­riatu, prawda? – raczej stwier­dził, niż zapy­tał. – Mogę jesz­cze zoba­czyć legi­ty­ma­cję?

Od razu było jasne, że pan Piotr – takie bowiem imię wid­niało na iden­ty­fi­ka­to­rze – nie od dzi­siaj ma do czy­nie­nia z poli­cją.

– Jestem z War­szawy, CBŚ – odpo­wie­dział szybko Mar­cin.

Na twa­rzy kie­row­nika znów poja­wił się woskowy uśmiech.

– Czym mogę słu­żyć, panie komi­sa­rzu? – zapy­tał Piotr w fil­mo­wym stylu, zwra­ca­jąc legi­ty­ma­cję.

– Sprawa doty­czy prze­mytu nar­ko­ty­ków. Liczę, że wszystko, o czym będziemy mówili, zachowa pan dla sie­bie.

Puco­ło­wata twarz kie­row­nika nabrała teraz żar­to­bli­wego wyrazu.

– Oczy­wi­ście… panie… komi­sa­rzu! – wyre­cy­to­wał.

Mar­cin wyjął zdję­cie Jor­gen­sena i poka­zał je kie­row­ni­kowi. Podał dokładną datę i godziny jego wizyty w hotelu. Zapy­tał, w jaki spo­sób można usta­lić, co robił i z kim się spo­tkał.

– Nie­stety, różni ludzie zatrzy­mują się w naszym hotelu. Pro­szę wymie­nić nazwi­sko tego czło­wieka. Spraw­dzimy, czy wynaj­mo­wał u nas pokój. Zorien­tuję się przy oka­zji, kto miał wtedy dyżur w recep­cji.

– Jor­gen­sen.

– Duń­czyk?

– Nie, Szwed.

Kie­row­nik pod­niósł tele­fon i pole­cił odszu­kać nazwi­sko i datę w kom­pu­te­rze. Zapy­tał też, kto pra­co­wał wtedy w recep­cji. Przez chwilę sie­dzieli w ciszy. Po minu­cie zadzwo­nił tele­fon. Piotr wysłu­chał wia­do­mo­ści.

– Nikt taki w naszym hotelu się nie zatrzy­my­wał. Nato­miast dyżur miał wtedy Jacek, ten sam, który jest tam teraz…

– Czy jest w hotelu moni­to­ring?

– Wiem, o co panu cho­dzi. Jest na kory­ta­rzach, choć nie wszę­dzie. Zresztą nagra­nia trzy­mamy tylko przez dwa dni – odpo­wie­dział kie­row­nik.

– Czy mogę zatem poroz­ma­wiać z tym panem Jac­kiem?

– Oczy­wi­ście… zmie­nię go w recep­cji. Za chwilę do pana przyj­dzie – zapew­nił Piotr, wyraź­nie chętny do współ­pracy. Mar­cin miał jed­nak wra­że­nie, że nie z sym­pa­tii do poli­cji, lecz ze zwy­kłego wyra­cho­wa­nia.

Po chwili do pokoju wszedł recep­cjo­ni­sta i sta­nął przy drzwiach.

– Wie pan, o co cho­dzi? – zapy­tał uprzej­mie Mar­cin, dając mu znak, by usiadł.

– Tak, o jakie­goś Szweda. Miał tu być dwa tygo­dnie temu, czy tak?

– Ow­szem. Niech pan spoj­rzy na to zdję­cie. Był w waszym hotelu mię­dzy trzy­na­stą a sie­dem­na­stą, to zna­czy około czte­rech godzin. Pana szef mówił, że nie był gościem hote­lo­wym, ale mógł kogoś odwie­dzać, prawda? Może spo­tkał się z kimś w restau­ra­cji? – dopy­tał się Mar­cin, pod­czas gdy recep­cjo­ni­sta przy­glą­dał się foto­gra­fii.

– Pamię­tam tego męż­czy­znę. – Poło­żył przed Mar­ci­nem zdję­cie Jor­gen­sena, zro­bione, gdy scho­dził z promu. – Dokład­nie tak był ubrany… i ta torba na ramie­niu. Sie­dział w westy­bulu, który nie jest duży, jak pan widział. Pyta­łem go nawet, czy nie potrze­buje pomocy, ale tylko pokrę­cił głową…

– W jakim języku pan go zapy­tał?

– Po pol­sku – odparł recep­cjo­ni­sta. – Sie­dział tak może pięt­na­ście minut. Póź­niej poja­wili się goście i go zasło­nili. Był chyba jakiś więk­szy check-out. Zauwa­ży­łem, że znik­nął nagle z fotela. Przez uła­mek sekundy widzia­łem, że szedł z kimś na górę…

– Kto to był? – wtrą­cił Mar­cin.

– Nie wiem… nie widzia­łem dobrze… był odwró­cony ple­cami. Na pewno męż­czy­zna…

– Stary, młody? Wysoki, niski? Jak był ubrany? – dopy­ty­wał się Mar­cin.

– Niech mi pan wie­rzy, nie pamię­tam. To był moment… Nawet nie jestem pewien, czy szli razem. Ten Szwed szedł za nim… – Recep­cjo­ni­sta spra­wiał wra­że­nie, że wie, co mówi.

– Może jedli coś w restau­ra­cji? – pró­bo­wał dalej Mar­cin.

– Restau­ra­cja była tego dnia zamknięta dla gości, bo mie­li­śmy wycieczkę – odparł Jacek. – Wię­cej go nie widzia­łem. Nie widzia­łem też, kiedy wyszedł… Tego dnia był spory ruch.

– Dzię­kuję panu. Bar­dzo mi pan pomógł. – Mar­cin zro­zu­miał, że nic wię­cej z niego nie wycią­gnie.

Recep­cjo­ni­sta wyszedł i po chwili wró­cił kie­row­nik.

– Dowie­dział się pan cze­goś, komi­sa­rzu? – zapy­tał od progu.

– Tak, dzię­kuję. Pana kolega był bar­dzo pomocny. Mam jed­nak jesz­cze jedną prośbę, panie Pio­trze. – Kie­row­nik znów mu odpo­wie­dział gro­te­sko­wym uśmie­chem i unie­sie­niem bez­barw­nych brwi. – Chciał­bym dostać wydruk z nazwi­skami wszyst­kich gości, któ­rzy tam­tego dnia byli zamel­do­wani w hotelu. Z danymi o płat­no­ściach, wyko­na­nymi tele­fo­nami, room service’em włącz­nie…

– Rozu­miem… panie… komi­sa­rzu, ale nie wiem, czy mogę udo­stęp­nić panu te dane…

– Panie Pio­trze… Chce pan, żebym jutro przy­szedł z naka­zem pro­ku­ra­tor­skim i miej­sco­wymi poli­cjan­tami? Potrzebna wam taka reklama?

– Wszystko da się zała­twić, panie komi­sa­rzu.

Kie­row­nik pod­dał się bez walki, bo nie był pewny, czy rze­czy­wi­ście nie powi­nien udo­stęp­niać tych danych. Podob­nie zresztą jak Mar­cin, który nie był pewny, czy powi­nien ich żądać.

– Niech pan zaczeka kilka minut – rzu­cił Piotr i wyszedł z pokoju.

36

Obu­dziła się z sil­nym bólem głowy na długo przed dzwon­kiem alarmu. Za oknem dopiero sza­rzało. Obok łóżka dostrze­gła nie­roz­pa­ko­waną jesz­cze torbę. Nagle zorien­to­wała się, że wycho­dząc z samo­lotu, nie włą­czyła tele­fonu. Pamię­tała o tym, ale po spo­tka­niu z „Tra­vi­sem” była tak zamy­ślona, że zupeł­nie jej to wyle­ciało z głowy.

Tele­fon zalo­go­wał się po chwili. W skrzynce nie było żad­nych nowych wia­do­mo­ści.

Poszła do kuchni. W lodówce zna­la­zła żółty ser i wyjęła z zamra­żarki dwie kromki czar­nego chleba. Wsta­wiła wodę na kawę. Włą­czyła kom­pu­ter i poszła do łazienki przy­go­to­wać kąpiel.

Po raz pierw­szy od trzech dni leżała w cie­płej wodzie. Kubek kawy, papie­ros, spo­kój i roz­luź­nie­nie spo­wo­do­wały, że ból głowy ustą­pił.

Nie myślała teraz o pracy. „Tra­vis” wyda­wał się taki odle­gły, a Kijów taki nie­re­alny. Było jej dobrze w domu. Tu i teraz. Poczuła, że zasy­pia, kiedy usły­szała wezwa­nie swo­jego kom­pu­tera: „Masz wia­do­mość”.

Przy­po­mniała sobie, że prze­cież włą­czyła go zaraz, gdy wstała, i sygnał ten mocno ją pobu­dził. Jed­nak nie nasy­ciła się jesz­cze cie­płą, pach­nącą kąpielą, a wyj­ście z wody byłoby teraz jak prze­rwa­nie świę­tego rytu­ału.

Założę się, że to Olek – pomy­ślała nagle z odro­biną nadziei i zelek­try­zo­wało ją to na tyle, że zde­cy­do­wała się skró­cić kąpiel.

Wło­żyła gruby biały szla­frok frotté i poszła do kuchni przy­go­to­wać sobie kanapki. Potem z tale­rzy­kiem usia­dła przed kom­pu­te­rem.

– Bingo! Wygra­łam… zawsze wygry­wam! – powie­działa do sie­bie z zado­wo­le­niem, widząc na ekra­nie adres Olka.

Przez chwilę się wahała, nim otwo­rzyła maila. Pró­bo­wała zgad­nąć, jak zaczął swój list. Cześć, Zuza…? Hej…? Witam Cię…? Nic jej nie odpo­wia­dało. Zawsty­dziła się tro­chę, że ma to dla niej takie zna­cze­nie.

Mar­haba, Zuza, pozdro­wie­nia od całej naszej grupy. Dzi­siaj dotar­li­śmy do Kijowa. Nie ode­zwa­łaś się, więc uzna­li­śmy, że pew­nie jesteś bar­dzo zajęta. Jutro rano ruszamy dalej, na Krym! Po Twoim wyjeź­dzie mie­li­śmy kło­poty z miej­scową mili­cją. Trzy­mali nas na poste­runku kilka godzin. Wypy­ty­wali o dziwne sprawy. Wyglą­dało na to, że nas obser­wo­wali. Odnio­słem wra­że­nie, że cho­dziło o Cie­bie. Prze­skro­ba­łaś coś? Jeżeli jesteś wciąż na Ukra­inie, to uwa­żaj na sie­bie. Bar­dzo Cię polu­bi­li­śmy. Olek & Com­pany.

Sara uważ­nie prze­czy­tała maila jesz­cze raz.

Mar­haba to pew­nie coś po arab­sku… Spraw­dzę – pomy­ślała.

Ale nie to zwró­ciło jej uwagę. Ta wia­do­mość była dziwna. Kryło się w niej coś, czego nie mogła jesz­cze zro­zu­mieć, i nie była to zako­do­wana infor­ma­cja. Wyglą­dało na to, że Olek pisał wprost, prawdę. Dla­czego jed­nak w imie­niu całej grupy? Dla­czego nie napi­sał tylko od sie­bie? Prze­cież dawał jej wyraźne sygnały, że jest nią zain­te­re­so­wany. Mógł sam pójść do kafejki… Prze­cież to on był lide­rem grupy. Ten list jest taki nie­na­tu­ralny… pozba­wiony har­mo­nii, zupeł­nie inny niż… spo­sób, w jaki mówił. Tak jakby mimika twa­rzy wyra­żała coś prze­ciw­nego niż słowa.

Zaraz… zaraz… Pisze… „odnio­słem wra­że­nie, że…”. Dla­czego nie napi­sał „odnie­śli­śmy”? Ja byłam czy­sta! Gdyby cho­dziło o mnie, toby ich nie zatrzy­my­wali i nie wypy­ty­wali. Na doda­tek wypu­ścili ich! Co jest grane?

Sara była coraz bar­dziej zanie­po­ko­jona.

Kontr­wy­wiad tak nie działa. Na pewno cho­dziło o nich! Olek chciał… prze­ka­zać coś tym… stu­den­tom. Pisał do mnie, żeby odwró­cić ich podej­rze­nia… ale to nie mną inte­re­so­wała się mili­cja i on dobrze o tym wie­dział. Chciał pew­nie w ten spo­sób uspo­koić przy­ja­ciół i uśpić ich czuj­ność. Prze­cież dla takich mło­dych ludzi pobyt na komi­sa­ria­cie musiał być spo­rym prze­ży­ciem. Nie mógł napi­sać „odnie­śli­śmy wra­że­nie”, bo to tylko jego wra­że­nie! To oczy­wi­ste! Dla­czego on to zro­bił?

Sara była już pra­wie pewna swo­jej oceny.

Założę się, że Olek Kurtz już ni­gdy nie da znaku życia – pomy­ślała i zro­biło jej się tro­chę przy­kro, ale nie była pewna, czy bar­dziej z powodu jego nie­szcze­ro­ści, czy też wła­snego roz­cza­ro­wa­nia. Zde­cy­do­wała, że nie będzie odpi­sy­wać, dopóki on nie ode­zwie się ponow­nie.

Wyłą­czyła kom­pu­ter. Słońce wpa­dało przez okno. Poszła do łazienki i przej­rzała się w lustrze. Uznała, że wyjazd na Ukra­inę pozo­sta­wił na niej wyraźne ślady i będzie potrze­bo­wała wię­cej czasu niż zwy­kle, by przy­go­to­wać się do wyj­ścia.

– Jest coraz gorzej! A ja nie mam kiedy zająć się sobą – powie­działa z prze­ko­na­niem.

Mar­cin wró­cił do War­szawy póź­nym wie­czo­rem. Liczył, że jesz­cze zasta­nie Kon­rada w biu­rze, ale korek po wypadku pod Olsz­tyn­kiem zabrał mu dodat­kowe dwie godziny.

Infor­ma­cje, jakie zebrał na temat Hansa Jor­gen­sena, wyglą­dały bar­dzo, bar­dzo cie­ka­wie. Czuł mocne pod­nie­ce­nie na samą myśl, że wkrótce będzie mógł przed­sta­wić wszystko sze­fowi.

Trzeba teraz pil­nie to pospraw­dzać, zwe­ry­fi­ko­wać, uło­żyć. Zbu­do­wać obraz ope­ra­cyjny Jor­gen­sena. To jest począ­tek nie byle czego… – pomy­ślał z dumą.

Przez te kilka godzin w samo­cho­dzie zdą­żył rzecz prze­my­śleć i przy­go­to­wać plan dzia­ła­nia. Chwi­lami pozwa­lał sobie na fan­ta­zjo­wa­nie, które przy­cho­dziło mu nad­zwy­czaj łatwo.

Wszedł do biura. U M-Irka paliło się świa­tło, ale za spusz­czo­nymi role­tami nie było widać żad­nego ruchu. Przez moment chciał do nich wejść, zaraz jed­nak sobie przy­po­mniał, że zacią­gnięte rolety to znak, iż nad czymś pra­cują i nie życzą sobie wizyt. Zresztą i tak nie mógłby im nic powie­dzieć.

Poszedł do swo­jego pokoju. Włą­czył tele­wi­zor i usiadł za biur­kiem. Wycią­gnął z teczki notat­nik. Z dol­nej szu­flady biurka wyjął butelkę whi­sky i pocią­gnął z niej potężny łyk. Prze­łknął, odcze­kał, aż nim wstrzą­śnie, i dopiero wtedy wziął czy­stą kartkę papieru i po kolei, w punk­tach, zaczął spi­sy­wać swoje uwagi.

Po pierw­sze: „Z kim Jor­gen­sen spo­tkał się w Rezy­den­cie?”.

– W hotelu było czter­dzie­stu pię­ciu gości. Trzy­dzie­stu Niem­ców: wycieczka sta­rusz­ków do Kali­nin­gradu. Czte­rech Rosjan z Kali­nin­gradu. Pol­sko-duń­ska rodzina z czwórką dzieci. Pię­ciu Pola­ków, w tym jedna para z dziec­kiem – wyli­czył na głos.

Psia­krew! Kurwa! To może być każdy! – pomy­ślał i poczuł, że brak mu punktu zacze­pie­nia. Rachu­nek zawiera wyszcze­gól­nie­nie opłat za tele­fon. Nie, to nic nie da. Muszę zna­leźć inny klucz. Niemcy… zacznę od nich. Z nimi zawsze tak samo, w lewo albo w prawo… Jeżeli Jor­gen­sen spo­tkał się z kimś z tej grupy, a załóżmy, że to Nie­mia­szek, to czy taki fryc, żeby mieć legendę na przy­jazd do Pol­ski i spo­tka­nie z Jor­gen­senem, wybrałby zor­ga­ni­zo­waną wycieczkę? Dla­czego miałby sobie tak kom­pli­ko­wać zada­nie? Nie ma prze­cież gra­nic w Euro­pie! Mógłby zwy­czaj­nie przy­je­chać, a nie nara­żać się, że ktoś z grupy zauważy jego dziwne pląsy.

– Rany boskie! Ty bał­wa­nie! – pra­wie wykrzyk­nął Mar­cin. – To była prze­cież wycieczka do Kali­nin­gradu! Kali­nin­gradu! – wysy­la­bi­zo­wał. – Jeżeli Jor­gen­sen pra­cuje dla Rosjan, a agent byłby wśród nie­miec­kich tury­stów, to jaki sens mia­łoby spo­tka­nie w… Sopo­cie, kiedy można je było odbyć zwy­czaj­nie i bez­piecz­nie w domu, w Kali­nin­gra­dzie? Jakie to oczy­wi­ste! – Zado­wo­lony z pro­stego odkry­cia, prze­kre­ślił kartkę czer­wo­nym pisa­kiem. – Niem­ców mamy z głowy.

Więc Rosjan też! Z powo­dów oczy­wi­stych. Prze­by­wali pięć dni i zajęli naj­droż­sze apar­ta­menty. Każdy z osobna, choć przy­je­chali z tego samego mia­sta… sprawa jasna!

Mar­cin poczuł dobry nastrój, wzmoc­niony przez whi­sky.

Zostało jede­na­ście osób, wśród nich pię­cioro dzieci. Czyli prak­tycz­nie sześć osób, w tym dwie pary i dwóch samot­nych Pola­ków. Przyj­mu­jemy zało­że­nie, że na dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent kon­takt Jor­gen­sena to męż­czy­zna.

Wycią­gnął butelkę z szu­flady i pocią­gnął drugi, rów­nie mocny łyk.

Zostaje mi zatem trzech Pola­ków i Duń­czyk. Wszy­scy noco­wali tylko jedną noc i bio­rąc pod uwagę czas, kiedy w hotelu był Jor­gen­sen, może to być każdy z nich.

Mar­cin prze­glą­dał z uwagą kopie rachun­ków. Nagle zauwa­żył, że do jed­nej z fak­tur pod­pięty jest rachu­nek za room service. Przy­po­mniał sobie, że recep­cjo­ni­sta mówił, że tego dnia restau­ra­cja była zajęta. Ale room service na pewno dzia­łał. Na rachunku była wybita godzina: 14.11. Czyli Jor­gen­sen był już w hotelu… To by się też zga­dzało z tym, co powie­dział sier­żant Mie­cio…

Mar­cin wyjął papie­rosa i zapa­lił bez zacią­ga­nia.

To star­szy czło­wiek ten Jor­gen­sen. Pew­nie wcze­śnie wstał i zjadł śnia­da­nie. O czter­na­stej był już na pewno głodny. Ludzie w Szwe­cji odży­wiają się regu­lar­nie. To by paso­wało…

Zaczął się przy­glą­dać nie­wy­raź­nej kopii rachunku, pró­bu­jąc odczy­tać treść zamó­wie­nia. Opie­wało ono na dwa zestawy obia­dowe. Z pew­no­ścią – zauwa­żył – zamó­wili dwie zupy, dwa dru­gie dania, butelkę wódki, colę i wodę. Nie miał już wąt­pli­wo­ści, że w tym pokoju był Jor­gen­sen. Gdyby nawet spo­tkał się z kimś innym, to dla­czego gość zama­wiał dwa zestawy. I nie był to z pew­no­ścią zestaw dla kobiety. Wyczy­ścili też cały mini­bar!

Mar­cin odło­żył rachu­nek i zamy­ślił się. Roz­pie­rała go satys­fak­cja, że w tak pro­sty spo­sób udało mu się usta­lić, z kim spo­tkał się Jor­gen­sen.

Cały czas czuł do niego nie­okre­śloną sym­pa­tię, ale teraz burzyło ją prze­ko­na­nie, że on, taki młody ofi­cer, poko­nał praw­dzi­wego nie­le­gała. I przez moment mu zaświ­tało, że to prze­cież nie­moż­liwe, to wszystko nie­prawda, zwy­kła pomyłka.

Wyjął butelkę i pocią­gnął jesz­cze raz, na wszelki wypa­dek.

Po dru­gie… Mar­cin zapi­sał na kartce pyta­nie: „Skąd wiemy, że Jor­gen­sen to rosyj­ski nie­le­gał?”. Chyba zasu­ge­ro­wa­łem się tym, co powie­dział Kon­rad. No nie! Jed­nak nie! Jor­gen­sen przy­pły­nął do Pol­ski, by spo­tkać się z tym gościem w hotelu. Nic nie zwie­dzał, nie inte­re­so­wały go ani panienki, ani alko­hol. To wszystko jest już wystar­cza­jąco podej­rzane. Poza tym to, co zauwa­żył tak­sów­karz Mie­cio… ta nad­mierna samo­kon­trola w samo­cho­dzie. Wygląda na to, że się spraw­dzał.

Mar­cin wyjął swoje notatki i przez chwilę prze­glą­dał zapis z roz­mowy z Andrie­jem i Alo­szą.

– No tak – mruk­nął. – To będzie dla naszych szwedz­kich kole­gów spore zasko­cze­nie.

Po trze­cie… Nazywa się Hans Jor­gen­sen, ale Szwe­dzi nic nie wspo­mi­nali, by to było jego przy­brane nazwi­sko. Prze­ciw­nie! Mówili, że z pocho­dze­nia jest Duń­czy­kiem. A tu się oka­zuje, że gość mówi po pol­sku, pocho­dzi z jakiejś wsi Mie­dwiedki z Kre­sów. Może być Pola­kiem albo Bia­ło­ru­si­nem. I co jesz­cze cie­kaw­sze, nic o sobie nie powie­dział prócz tego, że jego rodzina zgi­nęła w cza­sie wojny.

– Jak się pan naprawdę nazywa, panie Jor­gen­sen? – zapy­tał gło­śno Mar­cin i zapi­sał to na kartce.

– Dla­czego już tyle czasu nie daje żad­nego znaku? Jej komórka działa? – zapy­tał Kon­rad, cho­dząc po miesz­ka­niu z tele­fo­nem w dłoni.

– Dopiero co spraw­dza­łem na kom­pu­te­rze – odparł Irek. – Ostat­nie logo­wa­nie miała na lot­ni­sku w Kijo­wie. Potem wyłą­czyła tele­fon, dokład­nie o godzi­nie startu. Może zapo­mniała włą­czyć. Późno przy­le­ciała i pew­nie poszła spać… – tłu­ma­czył spo­koj­nie i logicz­nie.

Dopiero teraz Kon­rad sobie przy­po­mniał, że Sara zosta­wiła swój tele­fon w Lubli­nie i wró­ciła samo­lo­tem bez­po­śred­nio do War­szawy. M-Irek infor­mo­wali go o tym. Pomy­ślał przez chwilę, żeby do niej poje­chać, ale docho­dziła dwu­dzie­sta trze­cia i posta­no­wił dać jej odpo­cząć.

Podzię­ko­wał Irkowi i wyłą­czył tele­fon.

Pod­szedł do bufetu i otwo­rzył barek. Popa­trzył na sze­reg róż­no­ko­lo­ro­wych bute­lek. Wlał sobie potężną por­cję whi­sky, jak zawsze bez lodu.

Wciąż brzmiało mu w uszach: „Rosja­nie coś wam szy­kują”. Odbie­rał to jak wypo­wie­dze­nie wojny, zagro­że­nie, na któ­rego odpar­cie nie jest jesz­cze gotowy. Usiadł w fotelu i włą­czył radio.

Teraz jest ważne, co Sara przy­wie­zie z Kijowa – pomy­ślał.

Pokła­dał duże nadzieje w „Tra­vi­sie”. Bez jego pomocy cała ope­ra­cja sta­nie pod zna­kiem zapy­ta­nia. W głębi duszy wyda­wało mu się nawet, że będzie nie­moż­liwa. Nikt tak jak Sara nie zna „Tra­visa” i tylko ona jest w sta­nie tak nim pokie­ro­wać, by mogli osią­gnąć zamie­rzone cele.

Jej pomy­sło­wość i zna­jo­mość szpie­gow­skiego rze­mio­sła zawsze dawały gwa­ran­cję powo­dze­nia. Kon­rad miał wyraźne prze­czu­cie, że Sara dostar­czy mu jutro to, na co czeka. Choć nie potra­fił jasno okre­ślić, na co czeka. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy w takich sytu­acjach, gdy bra­kuje mu odpo­wie­dzi lub gdy nie potrafi posta­wić pyta­nia – wła­śnie tak jak teraz – powi­nien dosto­so­wy­wać rze­czy­wi­stość do swo­ich potrzeb, czy też dosto­so­wy­wać się do rze­czy­wi­sto­ści. Takie myśli przy­cho­dziły mu cza­sami po alko­holu, gdy sie­dział sam w domu i miał splin.

Ale teraz nie mam splinu, cho­ciaż piję sobie whi­sky – zauwa­żył. Niech ta dziew­czyna już wróci! Czuję się bez niej jakiś nie­swój. Tak, jak­bym był od niej uza­leż­niony. Jak to moż­liwe? Może dla­tego, że jestem sam… Ile? To już ponad dwa lata, jak roz­sta­łem się z Justyną…

Sie­dział w fotelu z pustą już szklanką.

Justyna to był temat, który poja­wiał się zawsze wraz z koń­cem pierw­szej szklanki whi­sky. Wstał i nalał sobie drugą, tro­chę mniej­szą.

Kiedy się roz­stali, myślał, że już ni­gdy nie będzie oglą­dał TVN. Kiedy widział ją na ekra­nie, miał wra­że­nie, że patrzy wła­śnie na niego. Wyda­wało mu się, że pro­wa­dzi swoje pro­gramy, jakby z nim roz­ma­wiała. I jakby w dal­szym ciągu nic nie mogła zro­zu­mieć. Trzy lata roz­mów pod wspól­nym dachem, przy stole i w łóżku nie­wiele ją nauczyły. Nie­ustan­nie się z nim ście­ra­jąc, wyro­biła sobie nato­miast cha­rak­ter i deter­mi­na­cję, które wynio­sły ją na szczyty dzien­ni­kar­skiej kariery.

Od początku prze­czu­wał, że ich wspólne życie nie potrwa długo. Dzien­ni­karz to młod­szy brat szpiega. Są jak rodzeń­stwo, które nie potrafi razem żyć. Kon­rad ni­gdy nie mógł znieść hipo­kry­zji mediów. Dener­wo­wało go, że Justyna dawała się tak łatwo nabie­rać, była tak bez­kry­tyczna. Sta­rał się jej tłu­ma­czyć, że rze­czy­wi­stość jest inna niż ta, którą poka­zuje w tele­wi­zji.

Nie mogła zro­zu­mieć zasady, że szpieg zna całą prawdę, a dzien­ni­karz zawsze tylko jej część. Cza­sami może tro­chę prze­sa­dzał, ale Justyna i tak nie potra­fiła lub nie chciała tego zauwa­żyć.

Po jakimś cza­sie, nawet nie spo­strzegł kiedy, ich światy, pozor­nie podobne, zaczęły się od sie­bie odda­lać. Uzmy­sło­wili sobie wów­czas, że ona, by ist­nieć, musi być osobą publiczną, on zaś odwrot­nie. Roze­szli się w bólu, ale poko­jowo, z sza­cun­kiem dla sie­bie i wspól­nie spę­dzo­nych dni. Wiele sobie zawdzię­czali. Ale ni­gdy nikt się nie dowie­dział, że to on był jej part­ne­rem przez tyle lat. Tak się umó­wili. W jakiś spo­sób był jej za to wdzięczny. Teraz, kiedy ogląda ją w tele­wi­zji, ma wra­że­nie, że to już zupeł­nie inna osoba, choć tak mu bli­ska.

Ock­nął się na fotelu. Wciąż trzy­mał w ręku pustą szklankę. Była trze­cia w nocy. Czuł lekki ból głowy i nie­smak w ustach. Wyszedł na bal­kon i wcią­gnął głę­boko rześ­kie nocne powie­trze napły­wa­jące znad Lasu Kabac­kiego.

Stał tak przez chwilę i obser­wo­wał, jak jakiś stary czło­wiek spa­ce­ruje z psem po dru­giej stro­nie ulicy, zatrzy­mu­jąc się co parę metrów i pusz­cza­jąc nie­mi­ło­sier­nie gło­śne wia­try.

Ma chłop litość nad rodziną – pomy­ślał z roz­ba­wie­niem i wró­cił do miesz­ka­nia.

37

Skoń­czył czy­tać pro­to­kół prze­słu­cha­nia i czuł szum w gło­wie. Od początku wie­dział, o czym będzie opo­wia­dał Zubow, ale teraz całe jego życie stra­ciło sens.

Przez ponad sześć­dzie­siąt lat kul­ty­wo­wał w sobie wspo­mnie­nie, które łączyło jego dwa światy. Choć było już wykrzy­wione przez czas, nada­wało sens temu, co robił i w co wie­rzył bez­gra­nicz­nie. Nie­na­wiść do pol­skich legio­ni­stów, win­nych śmierci jego rodziny, przez wiele lat uspra­wie­dli­wiała jego dzia­łal­ność dla Związku Radziec­kiego, uko­cha­nej ojczy­zny. Z cza­sem ta nie­na­wiść się wytarła, zbla­kła i pozo­stała jedy­nie tęsk­nota za rodziną, szcze­gól­nie za sio­strą. Olgą.

Przez tyle lat lojal­nie i z peł­nym odda­niem wyko­ny­wał swoje obo­wiązki, a teraz musi zro­zu­mieć coś, co jest dla niego nie­moż­liwe do zro­zu­mie­nia. Czuł się, jakby kat roz­dzie­rał mu wnętrz­no­ści.

Dobrze wie­dział o zbrod­niach sta­li­now­skich, ale były takie odle­głe, nie­praw­dziwe, nie­rze­czy­wi­ste. Praw­dziwa była jedy­nie śmierć jego rodziny z rąk Pola­ków i wspo­mnie­nie o Oldze.

Oka­zuje się, że prawda była inna, że nie tylko żył, słu­żąc oprawcy Sta­li­nowi, lecz także potem wciąż był okła­my­wany. Do dzi­siaj! Chciało mu się krzy­czeć z wście­kło­ści, z roz­pa­czy, z nie­na­wi­ści, ale naj­bar­dziej chyba z samot­no­ści. Po raz pierw­szy w życiu pomy­ślał, że powi­nien był zgi­nąć razem z nimi, objąć Olgę, która tak bar­dzo bała się śmierci, i ta myśl zabo­lała go jesz­cze bar­dziej.

Usiadł na łóżku. Scho­wał pro­to­kół do torby. Po chwili wstał i poszedł do toa­lety, wziął pla­sti­kowy kubek, wró­cił na łóżko i nalał sobie brandy.

Już nie pamię­tam… to się działo rano… nie… wie­czo­rem. Byłem głodny, prze­mar­z­nięty i zupeł­nie wyczer­pany, kiedy zna­leźli mnie w lesie czer­woni par­ty­zanci i zabrali do swo­jego obozu. Spa­łem potem chyba przez tydzień. Pamię­tam to teraz jak przez mgłę.

Po jakimś cza­sie dowódca zde­cy­do­wał, że ode­śle mnie naj­bliż­szym samo­lo­tem za linię frontu. Nie chcia­łem wyjeż­dżać, przy­zwy­cza­iłem się i oddział stał się moją nową rodziną. Dosta­łem nawet jakiś kara­bin sprzed pierw­szej wojny, więk­szy ode mnie, z dwoma poci­skami. Nie spi­sał się zupeł­nie.

Kie­dyś mia­łem w nagrodę wyko­nać wyrok na jakimś chło­pie, któ­rego przy­pro­wa­dzili do naszego obozu, oskar­żo­nym o ban­dy­tyzm i mor­der­stwa w oko­licz­nych wsiach. To był chyba Polak. Nie pamię­tam już teraz dobrze. Pamię­tam za to, jak stał obdarty, w łach­ma­nach, w dziu­ra­wej czapce, ze zwią­za­nymi z tyłu rękami. Kara­bin nie wypa­lił. Pocisk zasy­czał i puścił dym, a ja zwy­mio­to­wa­łem. Nie udało się moje har­to­wa­nie. Nie nada­wa­łem się na czer­wo­nego par­ty­zanta.

Wyle­cia­łem w nocy. Poże­gnała mnie tylko sani­ta­riuszka Wiera, Żydówka z gro­dzień­skiego getta, i nasz dowódca. Prze­rzu­cali mnie jak bagaż i następ­nego dnia po dwóch prze­siad­kach dotar­łem do Moskwy.

Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem tak wiel­kiego mia­sta. Przed wojną byłem kilka razy w Grod­nie i raz z ojcem w Wil­nie, które wów­czas wyglą­dało jak metro­po­lia. Ale to nie była Moskwa!

Nade­szła już chyba wio­sna. Nie pamię­tam, jaki był mie­siąc, ale pamię­tam dobrze pię­trowy zawil­go­cony drew­niany dom, w któ­rym wszystko skrzy­piało. Dom Dziecka na Pier­wym Nowo­ku­zniec­kim Pie­rieułku na Zamo­sko­wo­rie­czu. Spę­dzi­łem tam kilka mie­sięcy w towa­rzy­stwie podob­nych do mnie sie­rot. Przed­wcze­śnie doj­rza­łych dzieci. Cho­ciaż zawil­go­cony i skrzy­piący, to był mój dom.

W jed­nej sali spało nas sze­ściu: Andriej, Sasza i Lowa ze Smo­leń­ska, Kiriłł z Kijowa oraz Sta­szek i ja z Bia­ło­rusi. Tak wyglą­dała moja nowa rodzina, w któ­rej byłem naj­star­szy i naj­wyż­szy.

Co się teraz z nimi dzieje? Podob­nie jak wcze­śniej odpły­nął w nie­byt mój oddział par­ty­zancki, tak w końcu czter­dzie­stego czwar­tego roku, gdy mia­łem już czter­na­ście lat, i oni znik­nęli z mojego życia. Ni­gdy wię­cej ich nie widzia­łem. Nawet nie pamię­tam twa­rzy.

W naszym Domu Dziecka poja­wił się wtedy jed­no­ręki młody ofi­cer w gra­na­to­wej czapce. Przed­sta­wił się, ale nie pamię­tam jego nazwi­ska, tylko imię – Sier­giej. Był miły. Długo ze mną roz­ma­wiał, ale naj­wię­cej wypy­ty­wał. Chciał znać moje życie w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach. Ale to nie było prze­słu­cha­nie. Bar­dzo mu się podo­bały moje rysunki. Oglą­dał je uważ­nie. Po dwóch dniach poja­wił się znowu. Przy­je­chał czarną limu­zyną z kie­rowcą. Zabrał mnie, moje rysunki i Staszka. Powie­dział, że będziemy teraz żoł­nie­rzami Armii Czer­wo­nej, bojow­ni­kami towa­rzy­sza Sta­lina i świa­to­wej rewo­lu­cji. Poje­cha­li­śmy do jed­nostki woj­sko­wej NKWD w Zagor­sku.

Ostrzy­gli nas, wyką­pali, dosta­li­śmy nowe mun­dury. To był dla nas wielki dzień. Mun­dury śred­nio paso­wały, ale się powy­mie­nia­li­śmy i wszy­scy byli naprawdę szczę­śliwi.

W naszym plu­to­nie było nas dwu­na­stu. Staszka już wcze­śniej prze­nie­śli gdzie indziej. Wszy­scy spa­li­śmy w jed­nej sali. Dowódcą był kapi­tan Wino­gra­dow. Bez­barwny, zło­śliwy i bez­względny czło­wiek, tępiący jakie­kol­wiek objawy rodzą­cej się mię­dzy nami przy­jaźni. W plu­to­nie było tylko dwóch Rosjan. Pozo­stali to Łoty­sze, Estoń­czycy, Rumuni, Polacy, Litwini. Byli też Fin, Chiń­czyk i Japoń­czyk. Pierw­szy raz widzia­łem wtedy Azja­tów. Długo nie mogłem się do nich prze­ko­nać, zresztą nie tylko ja. Póź­niej oka­zało się, że są dobrymi kole­gami.

Nie­wiele utkwiło mi w pamięci z tego okresu. Ćwi­cze­nia woj­skowe, musz­tra, strze­la­nie, obsługa sprzętu, łącz­ność, sport. Dni podobne jeden do dru­giego. Dużo czasu poświę­ca­li­śmy na geo­gra­fię, naukę o świe­cie i poli­tyce. Wszy­scy oczy­wi­ście nale­że­li­śmy do Kom­so­mołu, co było jakąś fik­cją, bo i tak uwa­ża­li­śmy – i wpa­jano to w nas – że jeste­śmy kwia­tem Mło­dej Gwar­dii. We trójkę nie­ustan­nie szli­fo­wa­li­śmy z naszym lek­to­rem język pol­ski. Uczy­li­śmy się też inten­syw­nie nie­miec­kiego. Nie dzi­wi­li­śmy się spe­cjal­nie, że prze­cho­dzimy inne szko­le­nie niż w nor­mal­nym woj­sku. Wie­dzie­li­śmy, że w przy­szło­ści mamy robić coś odbie­ga­ją­cego od woj­skowego stan­dardu. W końcu mie­li­śmy być elitą NKWD.

Wkrótce wyja­śniło się, jaki nas czeka los. Po roku inten­syw­nego szko­le­nia byli­śmy już zahar­to­wa­nymi i odda­nymi spra­wie cze­ki­stami. Tym­cza­sem skoń­czyła się wojna, co oczy­wi­ście przy­ję­li­śmy z dużym roz­cza­ro­wa­niem, bo wielu z nas miało jesz­cze rachunki do wyrów­na­nia.

Nocne niebo nad Moskwą roz­ja­śniło się od sztucz­nych ogni i salw arty­le­ryj­skich, ale nam nie wolno było wyjść z koszar. Zresztą w ogóle rzadko wycho­dzi­li­śmy.

W naszym szko­le­niu nic się nie zmie­niło. Kapi­tan Wino­gra­dow i wykła­dowcy mówili jasno, że dla nas wojna dopiero się zacznie. Nie rozu­mie­li­śmy do końca, o co cho­dzi, ale świa­do­mość, że będziemy uczest­ni­czyć w walce, dzia­łała mobi­li­zu­jąco.

Nawet nie pamię­tam, kiedy zosta­łem oby­wa­te­lem ZSRR. Zresztą byłem już wtedy cze­ki­stą, a to zna­czyło znacz­nie wię­cej.

Po zakoń­cze­niu szko­le­nia otrzy­ma­li­śmy sto­pień ofi­cer­ski. Mia­łem wów­czas pięt­na­ście lat. Już ni­gdy wię­cej nie widzia­łem moich kole­gów z kursu. Nie­któ­rych pamię­tam, jakby to było dzi­siaj, a innych zupeł­nie zapo­mnia­łem. Utkwili mi w pamięci Czu Te, Chiń­czyk, i Buł­gar Kuli Kulew, któ­rzy spali obok mnie. Następ­nego dnia po pro­mo­cji każdy poszedł w swoją stronę.

Ja zosta­łem prze­wie­ziony do dużego, czte­ro­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej pię­cio­pię­tro­wej kamie­nicy opo­dal ulicy Solanka. Miesz­ka­łem tam sam przez pół roku, do lata czter­dzie­stego szó­stego, i zaj­mo­wa­łem jeden pokój. Dwa pozo­stałe były zawsze zamknięte. Czwarty, który wcze­śniej musiał słu­żyć jako salon, został prze­ro­biony na salę wykła­dową, z tabli­cami, mapami i wszel­kimi akce­so­riami potrzeb­nymi do szko­le­nia szpiega. Była tam też oczy­wi­ście kuch­nia i piękna, wykła­dana kafel­kami łazienka, jakiej ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem. Uwiel­bia­łem leżeć godzi­nami w wan­nie i czy­tać.

Kiedy wspo­mi­nam tam­ten okres, nie mogę sobie przy­po­mnieć, by kie­dy­kol­wiek ktoś mnie pytał, czy chcę być wywia­dowcą. Może tak było, lecz dziś już tego nie pamię­tam. O takich jak ja ni­gdy nie mówiło się „szpieg”, tylko „wywia­dowca” albo „cze­ki­sta”.

Moim opie­ku­nem, prze­ło­żo­nym, a potem przy­ja­cie­lem był kapi­tan Dmi­trij Gri­go­ri­je­wicz Gurow. Przy­cho­dził do mnie codzien­nie. Nie miał rodziny, nikogo, był sam. Spę­dza­li­śmy razem dużo czasu, nie­kiedy całą nie­dzielę, ale Dmi­trij nie­wiele o sobie mówił.

Miał około trzy­dzie­stu kilku lat. Ni­gdy nie dowie­dzia­łem się dokład­nie ile. Mówił, że całą wojnę spę­dził na Bał­ka­nach. Wydaje mi się, że w Gre­cji, gdyż znał ten język. No tak, teraz sobie przy­po­mi­nam, jego matka była chyba Gre­czynką.

Zaję­cia mia­łem od dzie­wią­tej rano do wie­czora. Nie­dziele były wolne. Teo­re­tycz­nie, gdyż cią­gle musia­łem powta­rzać mate­riał. Bar­dzo chcia­łem być wywia­dowcą, jed­nym z tych, któ­rych zdję­cia wisiały na ścia­nie. Michaił Wik­to­ro­wicz, wykła­dowca histo­rii radziec­kich służb spe­cjal­nych, teo­rii mark­si­stow­sko-leni­now­skiej i histo­rii par­tii bol­sze­wic­kiej, potra­fił zain­te­re­so­wać mnie tema­tem. Miał na oko ponad pięć­dzie­siąt lat i spra­wiał wra­że­nie, że oso­bi­ście prze­żył to, o czym mówił.

Lubi­łem też zaję­cia języ­kowe. Pol­ski zna­łem lepiej niż moja nauczy­cielka, ale byłem zado­wo­lony, że mam cho­ciaż z kim roz­ma­wiać. Pra­co­wa­łem inten­syw­nie nad nie­miec­kim, któ­rego zresztą sam nie wybra­łem. Zaczą­łem się go uczyć jesz­cze w szkole woj­sko­wej.

Moim nauczy­cie­lem był Kurt, praw­dziwy Nie­miec, stary i bez jed­nej nogi. Mówił, że stra­cił ją pod Seda­nem w cza­sie Wiel­kiej Wojny. Był odda­nym komu­ni­stą, ale innym niż wszy­scy pozo­stali, jakich zna­łem. Takie mia­łem wów­czas odczu­cie, może tylko dla­tego, że był Niem­cem.

Naj­bar­dziej jed­nak lubi­łem zaję­cia z tech­niki ope­ra­cyj­nej. W szcze­gól­no­ści przy­go­to­wy­wa­nie i pro­du­ko­wa­nie doku­men­tów. Po jakimś cza­sie zaczą­łem spe­cja­li­zo­wać się w tej dzie­dzi­nie. Jak mówił Dmi­trij, już po moich rysun­kach było widać, że mam talent. Impo­no­wało mi to i dla­tego sta­ra­łem się nauczyć jak naj­wię­cej. Jak wywa­biać tekst, wytwa­rzać pie­czątki, druki, naśla­do­wać pismo odręczne. Począt­kowo myśla­łem, że każdy wywia­dowca musi się tego nauczyć. Ale Dmi­trij wkrótce roz­wiał moje wąt­pli­wo­ści.

W przy­szło­ści mia­łem objąć sta­no­wi­sko zwią­zane z tym wła­śnie zada­niem. I tak też się stało. Robi­łem to potem przez pięć­dzie­siąt lat. Do dzi­siaj!

Ogólne szko­le­nie wywia­dow­cze pro­wa­dził sam Dmi­trij. Zapra­szał rów­nież ofi­ce­rów, któ­rzy uczyli mnie wykry­wa­nia obser­wa­cji, budowy schow­ków, łącz­no­ści… Dmi­trij dosko­nale znał te wszyst­kie tech­niki, ale chciał, bym posłu­chał także innych. Mia­łem dużo zajęć w róż­nych punk­tach mia­sta i pozna­łem Moskwę lepiej niż wielu jej rdzen­nych miesz­kań­ców. Sporo jeź­dzi­li­śmy też do pod­mo­skiew­skich lasów.

Latem czter­dzie­stego szó­stego roku Dmi­trij poin­for­mo­wał mnie, że mój kurs dobiegł końca. Mia­łem ukoń­czone szes­na­ście lat, ale czu­łem się jak doro­sły, zahar­to­wany męż­czy­zna. Powie­dział, że osią­gną­łem bar­dzo dobre wyniki i wkrótce roz­pocznę swoją misję. Następ­nego dnia, po uro­czy­stym zakoń­cze­niu kursu, mia­łem poznać swo­ich prze­ło­żo­nych. Rze­czy­wi­ście. Przy­je­chało dwóch męż­czyzn w cywilu. Dmi­trij mówił, że to gene­ra­ło­wie. Pochwa­lili mnie, pokle­pali, wrę­czyli jakiś doku­ment, któ­rego nie zdą­ży­łem prze­czy­tać, bo zaraz go zabrali. Coś pod­pi­sa­łem. Byłem prze­jęty i bar­dzo zde­ner­wo­wany, ale szczę­śliwy i dumny. Otrzy­ma­łem pseu­do­nim „Kola”.

Wypili butelkę wódki i poin­for­mo­wali mnie, żebym zapo­znał się z moim sce­na­riu­szem, który miał mi póź­niej przed­sta­wić Dmi­trij. Znów mnie pokle­pali, mówili „synu” i poszli. Ni­gdy wię­cej ich nie widzia­łem. Nie wiem, jak się nazy­wali. A raczej nie pamię­tam, bo Dmi­trij na pewno mi to mówił. Zresztą chyba mnie to spe­cjal­nie nie inte­re­so­wało.

Teraz bar­dziej mnie cie­ka­wiło, co jest w sce­na­riu­szu. Ogól­nie wie­dzia­łem, że cho­dzi o moją nową toż­sa­mość. Dmi­trij wspo­mi­nał już o tym wcze­śniej, lecz w bar­dzo ogól­ni­ko­wej i tajem­ni­czej for­mie. Cze­kał na zatwier­dze­nie przez prze­ło­żo­nych. Moja praw­dziwa histo­ria, wspo­mnie­nie o Mie­dwied­kach, była tak odle­gła, że przy­ję­cie nowej toż­sa­mo­ści trak­to­wa­łem jako coś oczy­wi­stego. Tylko o Oldze pamię­ta­łem zawsze… no… chyba zawsze.

Tak w wieku szes­na­stu lat zosta­łem ofi­ce­rem radziec­kiego wywiadu nie­le­gal­nego, tak zwa­nym nie­le­ga­łem. Dmi­trij dał mi do prze­czy­ta­nia doku­ment, który w szcze­gó­łach opi­sy­wał, jak zapla­no­wano i wyre­ży­se­ro­wano moją prze­szłość i przy­szłość. Czyli w zasa­dzie całe moje życie.

Od tej pory mia­łem się nazy­wać Hans Jor­gen­sen. Tylko i wyłącz­nie! Andriej Woł­kow­ski prze­stał ist­nieć!

Przez następne tygo­dnie razem z Dmi­tri­jem uczy­łem się swo­jej nowej toż­sa­mo­ści. Mój ojciec był Duń­czy­kiem, matka Niemką. Uro­dzi­łem się w mia­steczku Flens­burg w Szle­zwiku, na gra­nicy nie­miecko-duń­skiej. Ojciec zgi­nął na fron­cie wschod­nim, w Esto­nii, jako żoł­nierz SS pułku Dan­mark dywi­zji Nor­dland. Na imię miał Poul. Dmi­trij przy­go­to­wał mi jego zdję­cia, w cywilu i w mun­du­rze, żebym nauczył się ich na pamięć. To była praw­dziwa, żywa postać. Według tego, co mówił mi Dmi­trij, Olaf – bo tak naprawdę miał na imię czło­wiek z foto­gra­fii – wcale nie zgi­nął w Esto­nii, lecz dostał się do radziec­kiej nie­woli i dzięki temu można było wkom­po­no­wać mnie w jego życie. Mój nowy ojciec, Poul Jor­gen­sen, był wycho­wan­kiem domu dziecka i oprócz żony Gerdy Schmidt i syna Hansa nie miał żad­nej rodziny.

Wkrótce pozna­łem też Gerdę Jor­gen­sen z domu Schmidt. Przed­sta­wił mi ją Dmi­trij. Miała trzy­dzie­ści sześć lat i sze­roką, raczej mało nie­miecką twarz. Była jed­nak naj­praw­dziw­szą Niemką, mówiącą pół­noc­nym dia­lek­tem i sła­bym rosyj­skim.

Miesz­ka­łem z nią przez dwa mie­siące. Uczy­li­śmy się być rodziną. Ona matką, a ja synem. Nad wszyst­kim czu­wał Dmi­trij. Gerda była miłą, cie­płą i opie­kuń­czą osobą. Zupeł­nie nie paso­wała mi na Niemkę. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się od razu, a potem zro­dziło się coś wię­cej, coś, czego nie rozu­miem do dzi­siaj. Do swo­jej śmierci w osiem­dzie­sią­tym ósmym roku pozo­stała naj­bliż­szą mi osobą. Ni­gdy nie zastą­piła mi matki, ale trak­to­wała mnie jak praw­dzi­wego syna. Bar­dzo tego potrze­bo­wała. I ja też.

Nie­wiele wie­dzia­łem o jej prze­szło­ści. Dmi­trij mówił, że mam nie pytać, więc nie pyta­łem. Jej histo­ria zaczy­nała się dla mnie w dniu, kiedy ją pozna­łem. Przez te dwa mie­siące we trójkę pra­co­wa­li­śmy nad utrwa­le­niem w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach histo­rii naszej rodziny. Pod­czas zajęć Dmi­trij symu­lo­wał postać mojego ojca.

W końcu uznał, że jeste­śmy gotowi. Znów poja­wił się jakiś wyż­szy ofi­cer w cywilu, który nam pogra­tu­lo­wał, pokle­pał mnie po ple­cach, z uzna­niem wypo­wie­dział się o pracy Dmi­trija, i wię­cej go nie widzia­łem.

We wrze­śniu czter­dzie­stego szó­stego roku Dmi­trij prze­wiózł nas do radziec­kiej strefy oku­pa­cyj­nej. Na parę dni zatrzy­ma­li­śmy się w Schwe­rin. Odda­li­śmy wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste. Dmi­trij dał nam nowe ubra­nie i przej­rzał nasz bagaż, który wcze­śniej sam skom­ple­to­wał. Wszel­kimi potrzeb­nymi doku­men­tami dys­po­no­wała Gerda.

O świ­cie Dmi­trij oso­bi­ście odwiózł nas do gra­nicy strefy radziec­kiej, gdzie się poże­gna­li­śmy. Wszy­scy byli­śmy bar­dzo wzru­szeni. Dmi­trij chyba nawet pła­kał, ja też, Gerda na pewno nie. Potem pie­szo prze­szli­śmy do strefy bry­tyj­skiej. Wkrótce dzięki pomocy angiel­skich żoł­nie­rzy dotar­li­śmy do Flens­burga. Wra­że­nie zro­biły na mnie ich mun­dury. Wyda­wali mi się tacy czy­ści i bogaci. Nie zapo­mnę tego…

Niemcy też mnie zasko­czyły, cho­ciaż pod­czas szko­le­nia wyda­wało mi się, że pozna­łem ten kraj dość dobrze. Oglą­da­łem filmy, zdję­cia, czy­ta­łem książki. Rze­czy­wi­stość jed­nak prze­ra­stała moje wyobra­że­nia. Flens­burg nie był znisz­czony w cza­sie wojny. Czy­ste, bogate, stare mia­sto z uro­czym por­tem. Mia­sto bez męż­czyzn, tak mi się wyda­wało. Jedy­nymi męż­czyznami w sile wieku byli tam Anglicy. Po raz pierw­szy widzia­łem też morze.

Gerda miała swoje wła­sne zada­nia. Wie­dzia­łem o tym. Do wio­sny czter­dzie­stego siód­mego roku mie­li­śmy czas na akli­ma­ty­za­cję we Flens­burgu. Dosta­li­śmy przy­dział na małe, dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie na ostat­nim pię­trze czte­ro­po­zio­mo­wej ele­ganc­kiej kamie­nicy przy ulicy Toos­buy. Ale nasze miesz­ka­nie nie było ele­ganc­kie.

Gerda począt­kowo żyła z pomocy spo­łecz­nej, póź­niej dostała pracę w zarzą­dzie portu. Ja posze­dłem do szkoły śred­niej, popo­łu­dniami pra­co­wa­łem w lokal­nej gaze­cie duń­skiej. Byli­śmy oczy­wi­ście zabez­pie­czeni finan­sowo, ale musie­li­śmy dosto­so­wać się do śro­do­wi­ska i żyli­śmy tak jak inni. To było bar­dzo ważne, żeby nie zwra­cać na sie­bie uwagi.

Czu­li­śmy się bar­dzo dobrze we Flens­burgu, cho­ciaż miesz­kańcy narze­kali na trudy życia w powo­jen­nych Niem­czech. W tym cza­sie nie wyko­ny­wa­li­śmy żad­nych zadań. Po pro­stu cze­ka­li­śmy na instruk­cje. Cho­dzi­łem do szkoły, ale kon­takty z kole­gami ogra­ni­cza­łem do nie­zbęd­nego mini­mum. Dobrze wie­dzia­łem, co mam robić. Gerda co mie­siąc wysy­łała na adres w Ham­burgu raport o naszej sytu­acji. Powoli zja­wiało się w mie­ście coraz wię­cej męż­czyzn, głów­nie powra­ca­ją­cych z alianc­kiej nie­woli.

W końcu przy­szła wio­sna czter­dzie­stego siód­mego roku, potem lato. Jako Hans Jor­gen­sen skoń­czy­łem sie­dem­na­ście lat. Gerda regu­lar­nie wysy­łała listy do Ham­burga, ale Moskwa mil­czała. Tro­chę się dener­wo­wa­li­śmy. Nie­spo­dzie­wa­nie jesie­nią w środku nocy odwie­dził nas Dmi­trij. Byłem zasko­czony i nie­zmier­nie szczę­śliwy. Pamię­tam tę chwilę jak dzi­siaj. Pozo­stał u nas dwa dni i nie wycho­dził z domu. Cały czas roz­ma­wia­li­śmy.

Dosta­li­śmy wów­czas nowe zada­nia. Skoń­czyła się nasza adap­ta­cja w „zamra­żarce”. Począt­kowo zmar­twi­łem się, że będę musiał opu­ścić Gerdę. Przez ten czas zży­li­śmy się ze sobą jesz­cze bar­dziej.

Otrzy­ma­łem pole­ce­nie prze­nie­sie­nia się do Danii.

Po ukoń­cze­niu szkoły we Flens­burgu, w czter­dzie­stym ósmym roku, mia­łem wyje­chać do Kopen­hagi i pod­jąć stu­dia huma­ni­styczne na tam­tej­szym uni­wer­sy­te­cie. Mia­łem też roz­po­cząć sta­ra­nia o duń­skie oby­wa­tel­stwo i powoli zacie­rać swoje ślady w Niem­czech, przy czym kazano mi gło­sić „ofi­cjalny wstręt” do ojca eses­mana i chęć roz­po­czę­cia nowego życia. Legi­ty­mo­wa­łem się już wów­czas nie­miec­kimi doku­men­tami, w któ­rych figu­ro­wa­łem jako Duń­czyk, choć po duń­sku mówi­łem bar­dzo słabo. Mój nie­miecki rów­nież wzbu­dzał wiele wąt­pli­wo­ści, ale nikt się o nic nie pytał, bo Gerda mówiła lepiej po nie­miecku niż wielu miej­sco­wych. Dosta­łem też odpo­wied­nie reko­men­da­cje od zespołu „Flens­burg-Posten”, swo­jej gazety, w któ­rej pra­co­wa­łem jako dorę­czy­ciel.

Cza­sami myśla­łem, jaki los spo­tkał mojego „ojca”, Poula Jor­gen­sena. Dmi­trij mówił, że mieszka na Sybe­rii i ma rosyj­ską rodzinę. Jed­nak Gerda powta­rzała, że w to nie wie­rzy. W zasa­dzie było nam to obo­jętne, cho­ciaż przy­wy­kli­śmy do tego czło­wieka, jego nazwi­ska i zdję­cia na komo­dzie. Ale w końcu to był eses­man i ochot­nik!

Dowie­dzie­li­śmy się wtedy od Dmi­trija, że praw­dziwy Hans Jor­gen­sen i jego matka Gerda rze­czy­wi­ście ist­nieli. Poul miał rodzinę, która zgi­nęła pod­czas alianc­kiego nalotu na Stet­tin w czter­dzie­stym pią­tym roku, już po tym, jak Olaf dostał się do radziec­kiej nie­woli. Dmi­trij był zmu­szony powie­dzieć nam prawdę, gdyż zaczę­li­śmy poważ­nie się zasta­na­wiać, czy nasza nowa toż­sa­mość opiera się na naprawdę solid­nych pod­sta­wach. W Moskwie wyglą­dało to ina­czej, wąt­pli­wo­ści nabra­li­śmy dopiero w zetknię­ciu z nie­miecką rze­czy­wi­sto­ścią, ale Dmi­trij sku­tecz­nie roz­wiał nasze obawy.

Zgod­nie z pla­nem w czter­dzie­stym ósmym roku roz­po­czą­łem stu­dia na Uni­wer­sy­te­cie Kopen­ha­skim. Do pięć­dzie­sią­tego albo pięć­dzie­sią­tego pierw­szego roku obsłu­gi­wał mnie Woło­dia, drugi sekre­tarz amba­sady ZSRR.

W tym cza­sie zaj­mo­wa­łem się głów­nie roz­pra­co­wa­niem śro­do­wi­ska aka­de­mic­kiego. Wyszu­ki­wa­łem osoby o przy­chyl­nych nam poglą­dach, socja­li­stów, ludzi komu­ni­zu­ją­cych, god­nych uwagi, per­spek­ty­wicz­nych. Naj­bar­dziej inte­re­su­jący byli zbun­to­wani chłopcy z dobrych rodzin. Ja zaj­mo­wa­łem się głów­nie ich typo­wa­niem. Co się póź­niej z nimi działo, mogę się tylko domy­ślać. Ktoś ich wer­bo­wał albo nie.

W pięć­dzie­sią­tym dru­gim roku dosta­łem oby­wa­tel­stwo duń­skie. Doj­rza­łem i wydo­ro­śla­łem. Odtąd byłem już obsłu­gi­wany za pośred­nic­twem mar­twych skrzy­nek. Raz, dwa razy do roku spo­ty­ka­łem się z moim ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym. Zawsze w Szwe­cji, dokąd mogłem jeź­dzić bez prze­szkód. Ale to już nie był Dmi­trij. Na moje pyta­nia, co się z nim dzieje, gdzie jest, dosta­wa­łem odpo­wiedź, że reali­zuje inne ważne zada­nia. A po jakimś cza­sie mój pro­wa­dzący odpo­wie­dział pyta­niem: „A kto to jest?”. Od tej pory Dmi­trij znik­nął z mojego życia.

Mia­łem już nie tylko duń­skie oby­wa­tel­stwo, lecz także widoczną duń­ską men­tal­ność, więc dużo jeź­dzi­łem po Euro­pie. Dys­po­no­wa­łem kil­koma pasz­por­tami. Uczest­ni­czy­łem w wielu akcjach KGB na całym świe­cie. Ale naj­waż­niej­szym moim zada­niem było zdo­by­wa­nie róż­nego rodzaju doku­men­tów, na pod­sta­wie któ­rych mogli­śmy wytwa­rzać nowe, nasze. Zbie­ra­łem fir­mowe papiery urzę­dów, gazet i ban­ków, wzory pod­pi­sów róż­nych mniej lub bar­dziej waż­nych osób. Kra­dłem dowody oso­bi­ste, pasz­porty, naj­roz­ma­it­sze legi­ty­ma­cje, prawa jazdy i dyplomy. Rodzili się z tego nowi Jor­gen­se­no­wie, nowe sprawy lub czy­jeś kło­poty. Oczy­wi­ście wie­dzia­łem o tym, ale jakoś się nie przej­mo­wa­łem. Nie do końca potra­fi­łem to sobie wyobra­zić. Sam pisa­łem listy do róż­nych gazet i urzę­dów według wzoru ści­śle naka­za­nego przez Cen­tralę w Moskwie. Bawiło mnie, gdy póź­niej widzia­łem poli­ty­ków rezy­gnu­ją­cych z kariery z powodu nagłego pogor­sze­nia stanu zdro­wia czy trud­nych spraw rodzin­nych.

Nie tylko wie­rzy­łem w siłę Kraju Rad, ja ją widzia­łem i two­rzy­łem. Pierw­szy raz do ZSRR poje­cha­łem w pięć­dzie­sią­tym trze­cim roku. Na krótko, tylko na dwa tygo­dnie. Potem uda­wa­łem się tam regu­lar­nie co pół roku na tydzień, który spę­dza­łem w Moskwie. Zawsze jeź­dzi­łem przez inne kraje na fał­szy­wych doku­men­tach. Na początku głów­nie przez Niemcy i Ber­lin, gdzie prze­cho­dzi­łem do naszej strefy oku­pa­cyj­nej.

W tym cza­sie pra­co­wa­łem już jako dzien­ni­karz sta­ży­sta w „Ber­ling­ske-Posten” i nie było mi łatwo wytłu­ma­czyć się z nie­obec­no­ści w redak­cji.

Moskwa robiła na mnie dziwne wra­że­nie, które z bie­giem lat coraz bar­dziej się pogłę­biało. Przez ponad pięć lat przy­zwy­cza­iłem się do Zachodu. Kopen­haga prze­ży­wała wtedy swoją drugą mło­dość, a ja swoją pierw­szą miłość. Począt­kowo bar­dzo lubi­łem jeź­dzić do Moskwy, cho­ciaż nikogo tam nie mia­łem. Z cza­sem zaczęło mnie draż­nić rosyj­skie jedze­nie i sier­miężny, wręcz nędzny styl miesz­kań, w któ­rych noco­wa­łem.

Moi opie­ku­no­wie z KGB cią­gle się zmie­niali. Za każ­dym razem miesz­ka­łem gdzie indziej, w innej czę­ści mia­sta. Prze­cho­dzi­łem szko­le­nia ide­olo­giczne i zapo­zna­wa­łem się z nowymi tech­ni­kami wywia­dow­czymi.

Dwa dni trwały roz­mowy, które wyglą­dały jak prze­słu­cha­nia. Dobrze wie­dzia­łem, dla­czego to robią, i było to dla mnie oczy­wi­ste. Zawsze mówi­łem prawdę i ni­gdy nie mia­łem kło­po­tów. Zresztą co pewien czas nie szczę­dzili mi pochwał. Naj­go­rzej zno­si­łem szko­le­nie ide­olo­giczne, gdyż nie do końca potra­fi­łem je zro­zu­mieć. Nie dawa­łem jed­nak nic po sobie poznać.

Szcze­rze się prze­ją­łem śmier­cią Sta­lina, ale bez prze­sady, byłem jesz­cze bar­dzo młody. Nato­miast Gerda prze­ży­wała ją mocno.

W tym cza­sie nie­wiele się zmie­niało w cha­rak­te­rze mojej pracy. Dalej spe­cja­li­zo­wa­łem się w pro­du­ko­wa­niu doku­men­tów inspi­ra­cyj­nych czy dez­in­for­ma­cyj­nych. Napro­wa­dza­łem na cie­kawe oso­bi­sto­ści z życia poli­tycz­nego Danii. Czę­ściej niż poprzed­nio przy­go­to­wy­wa­łem dziu­ple i papiery dla naszych ludzi, któ­rzy przez Danię uda­wali się gdzieś dalej.

W pięć­dzie­sią­tym czwar­tym roku dosta­łem do pro­wa­dze­nia swo­jego pierw­szego agenta, Tora Hagena, wów­czas mło­dego pra­cow­nika nor­we­skiego MSZ. Jesz­cze nie­dawno widzia­łem go w tele­wi­zji. Jest jakimś eks­per­tem.

Spo­ty­ka­li­śmy się co mie­siąc w Szwe­cji, naj­czę­ściej w Göteborgu, i w Danii, u mnie w Kopen­ha­dze. Hagen nie miał poję­cia, że nie jestem praw­dzi­wym Duń­czy­kiem. Trak­to­wał mnie jak swo­jego pół­ro­daka i czę­sto narze­kał na Rosjan. Był jed­nak tak umo­czony we współ­pracę z nami, że nie miał wyboru. Zresztą jego ojciec był agen­tem Komin­ternu jesz­cze przed wojną. Tor o tym dosko­nale wie­dział. Lubi­łem go, a jego spo­strze­że­nia o cha­rak­te­rze Rosjan wyda­wały mi się wów­czas bar­dzo trafne.

Utoż­sa­mia­łem się z nim i jego poglą­dami bar­dziej niż z obo­wią­zu­ją­cymi w Moskwie. To takie dziwne dzi­siaj, ale tak było. Tor był star­szy ode mnie tylko o trzy lata. Odbie­ra­łem od niego mate­riały i infor­ma­cje, prze­ka­zy­wa­łem mu pie­nią­dze i instruk­cje. Nic nad­zwy­czaj­nego, ale wtedy bar­dzo się przej­mo­wa­łem tym, co robię. Ni­gdy też się nie dowie­dzia­łem, dla­czego zde­cy­do­wał się pra­co­wać dla KGB. Czy był szan­ta­żo­wany, zmu­szany, czy robił to dla pie­nię­dzy? Czy z powodu ojca? Pew­nie wszyst­kiego po tro­chu. Zasta­na­wia­łem się nad tym, ale nie mogłem się prze­ła­mać i go zapy­tać. A może wola­łem nie wie­dzieć, żeby się nie roz­cza­ro­wać. Nie pamię­tam już dzi­siaj dobrze.

Chcia­łem, żeby mię­dzy nami pozo­stało tak, jak jest. To wszystko i tak prze­cież było fik­cją. Nie jestem Duń­czy­kiem, za któ­rego brał mnie Tor. Byłem młody i mia­łem skru­puły.

W tym cza­sie otrzy­ma­łem nowe zada­nie, które Moskwa trak­to­wała prio­ry­te­towo. Mia­łem poszu­ki­wać moż­li­wo­ści zatrud­nie­nia się w struk­tu­rach NATO lub przy­naj­mniej gdzieś w pobliżu. Moskwa naci­skała na mnie nie­ustan­nie. Wie­dzia­łem, że Bał­tyk to droga Armii Czer­wo­nej do Europy, ale ja wów­czas byłem pierw­szy raz zako­chany – w Ker­stin Mack, kole­żance z redak­cji „Ber­ling­ske-Posten” – i nie mia­łem do tego głowy.

Cen­trala oczy­wi­ście nic nie wie­działa o moim roman­sie z Ker­stin. Nie mogłem o tym poin­for­mo­wać, bo jej ojciec był puł­kow­ni­kiem armii duń­skiej i gdyby Moskwa miała tego świa­do­mość, to moje uczu­cia, bar­dzo wów­czas gorące i szczere, zosta­łyby odpo­wied­nio spo­żyt­ko­wane. Z całą pew­no­ścią nie po mojej myśli.

Ker­stin nauczyła mnie, jak być męż­czy­zną i jak wygląda kobieta. Dla­tego moje coty­go­dniowe raporty nie były wtedy cał­kiem praw­dziwe. Gerda też nic o Ker­stin nie wie­działa. Przy­zna­łem jej się do tego dopiero trzy­dzie­ści lat póź­niej. Prawdę mówiąc, wcale nie byłem zasko­czony, kiedy powie­działa, że dobrze zro­bi­łem. Wyja­wiła mi wtedy, że po moim wyjeź­dzie z Flens­burga miała romans z żona­tym Niem­cem, co rów­nież udało jej się utrzy­mać w tajem­nicy przed Moskwą. On zresztą też ni­gdy się nie dowie­dział, kim jest ta pro­sta kobieta, z którą był zwią­zany przez dwa­dzie­ścia pięć lat. Wybrała żona­tego, bo dawał lep­szą gwa­ran­cję kon­spi­ra­cji, ale była z nim przede wszyst­kim dla­tego, że go kochała. A może jedno i dru­gie.

Z moich sta­rań o pracę w NATO nic nie wyszło. Zakoń­czyła się też zna­jo­mość z Ker­stin, która wolała ode mnie mło­dego duń­skiego reży­sera i wkrótce wyje­chała do USA.

W upalne lato pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku spo­tka­łem Ingrid. Pozna­łem ją na piasz­czy­stej sze­ro­kiej plaży w Horn­baek. Przy­je­chała do Danii odwie­dzić kole­żankę. Rato­wa­łem ją przed ata­kiem dwóch małych kra­bów, które poja­wiły się nie­spo­dzie­wa­nie na jej kocu.

Miesz­kała z rodzi­cami po dru­giej stro­nie cie­śniny Sund, w Hel­sing­borgu, i stu­dio­wała histo­rię sztuki na Uni­wer­sy­te­cie w Lund. Mia­łem wtedy dwa­dzie­ścia sześć lat, Ingrid dwa­dzie­ścia jeden.

Tego lata znowu byłem przez tydzień w Moskwie, ale nie mogłem myśleć o niczym innym prócz Ingrid. Zde­ter­mi­no­wany napi­sa­łem do prze­ło­żo­nych notatkę, że chcę się oże­nić. Wie­dzia­łem, jak powinna wyglą­dać kan­dy­datka na żonę radziec­kiego ofi­cera wywiadu, więc tak ją opi­sa­łem. Jesz­cze przed wyjaz­dem otrzy­ma­łem zgodę.

Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że radziecki ofi­cer nie­le­gał sam sobie nie wybiera żony, lecz dostaje ją w pakie­cie z Moskwy, kiedy przyj­dzie na to czas. W moim przy­padku uznano jed­nak, że z uwagi na cha­rak­ter moich zadań wywia­dow­czych lepiej będzie, jeśli poślu­bię Szwedkę. Dowie­dzia­łem się o tym wiele lat póź­niej pod­czas kolej­nej taj­nej wizyty w Moskwie. Zabo­lało mnie, gdy zrozumia­łem, że Ingrid i Carl to nie jest mój wybór, lecz zimna kal­ku­la­cja jakichś ofi­cerów z Cen­trali KGB.

Wkrótce pozna­łem jej rodzi­ców i brata kole­ja­rza, miesz­ka­ją­cych w solid­nym cegla­nym domu w cen­trum Hel­sing­borga. Zwy­kli, uprzejmi, porządni ludzie, tro­chę bez wyrazu. Przy­jęli mnie dobrze, o nic nie pytali. Jasne było, że kochają Ingrid i darzą ją zaufa­niem.

Ingrid była wspa­niała. Kocha­łem ją od pierw­szego dnia, co dzień coraz moc­niej. Tak mocno, że nie czu­łem ziemi pod sto­pami. Mogłem prze­no­sić góry i pra­wie tak było. Moskwa nie mogła się mnie wów­czas nachwa­lić. Dosta­łem nawet kilka nagród i pochwał.

Pobra­li­śmy się dru­giego wrze­śnia pięć­dzie­sią­tego siód­mego roku. Na początku wesele miało raczej szwedzki cha­rak­ter. Wielu gości, dużo prze­mó­wień, mało alko­holu, cho­ciaż po dwóch godzi­nach wszy­scy byli mocno pod­pici. Od tej pory domi­no­wał już duń­ski duch. Tym bar­dziej że więk­szość naszych zna­jo­mych sta­no­wili Duń­czycy. To były naj­wspa­nial­sze chwile mojego życia. Byłem szczę­śliwy! Także dla­tego, że była ze mną Gerda, która wtedy stała się moją praw­dziwą matką! I ona też była szczę­śliwa!

Kilka mie­sięcy póź­niej cie­szyła się, że zosta­nie bab­cią. Tak bar­dzo chcie­li­śmy, żeby to była dziew­czynka! Nasza radość nie trwała długo. Ingrid poro­niła. Nie mogli­śmy się pogo­dzić z tym, co nas spo­tkało. Ingrid zała­mała się zupeł­nie i rzu­ciła stu­dia. Wbrew moim proś­bom wyje­chała do rodzi­ców, bo czuła, że tam będzie bez­pieczna. Ja też długo szu­ka­łem swo­jego miej­sca. Tęsk­ni­łem za Ingrid, ale do niej nie dzwo­ni­łem. Roz­ma­wia­łem tylko z jej bra­tem i cza­sem z rodzi­cami. Nie mogłem zro­bić nic wię­cej. Musia­łem cze­kać.

Prze­nio­słem się do Malmö i wyna­ją­łem miesz­ka­nie na trze­cim pię­trze domu przy Ami­rals­ga­tan 12. Po mie­siącu Ingrid wró­ciła i znów zamiesz­ka­li­śmy razem. Moskwa nie chciała się zgo­dzić na moją prze­pro­wadzkę do Szwe­cji, lecz posta­wi­łem ich przed fak­tem doko­na­nym. Mia­łem z tym tro­chę kło­po­tów, ale jakoś się udało.

W tym cza­sie prak­tycz­nie nie było już gra­nic mię­dzy kra­jami skan­dy­naw­skimi. Nie było też żad­nych prze­szkód w podej­mo­wa­niu pracy. W pięć­dzie­sią­tym dru­gim roku powstała Rada Nor­dycka, mały pro­to­pla­sta Unii Euro­pej­skiej.

Pra­co­wa­łem doryw­czo dla „Ber­ling­ske”, ale było to coraz mniej prak­tyczne. W zasa­dzie potrze­bo­wa­łem sta­łych zarob­ków, by ukryć swoje praw­dziwe zaję­cie i pocho­dze­nie pie­nię­dzy. Teraz zaczą­łem szu­kać podob­nego zaję­cia, ale w Szwe­cji. Dojazdy pro­mem do Kopen­hagi były uciąż­liwe i nie­pewne, a ja nie mogłem ryzy­ko­wać spóź­nień. Wtedy nie było mostu nad cie­śniną Sund. Dopiero co zro­bi­łem prawo jazdy, ale nie mia­łem jesz­cze dobrego uza­sad­nie­nia, by kupić samo­chód.

W Kopen­ha­dze korzy­sta­łem z dwóch miesz­kań. Jed­nego ofi­cjal­nego, na Ami­ci­svej 12 we Fre­de­riks­bergu, które zli­kwi­do­wa­łem, jak tylko prze­nio­słem się do Malmö. I dru­giego, dwu­po­ko­jo­wego – na nazwi­sko Rolfa Samu­el­sena, kie­rowcy cię­ża­rówki – na Esther­svej, bli­sko sta­cji kolejki pod­miej­skiej Hel­le­rup. Mia­łem tam swoje „labo­ra­to­rium” i wszyst­kie doku­menty. Cza­sami kogoś prze­cho­wy­wa­łem. Zaletą tego miesz­ka­nia było dobre poło­że­nie. Zanim wsze­dłem, mogłem bez trudu spraw­dzić, czy nie jest pod obser­wa­cją. Wyko­rzy­sty­wa­łem je bar­dzo długo.

W końcu, z reko­men­da­cji redak­tora działu miej­skiego „Ber­ling­ske” Osvalda Jakob­sena, dosta­łem pracę w dzien­niku „Syd­sven­ska Dag­bla­det”.

Opie­ko­wa­łem się Ingrid naj­le­piej jak potra­fi­łem. Długo wycho­dziła z depre­sji i nie obyło się bez inter­wen­cji psy­cho­loga. Ja radzi­łem sobie lepiej. Ofi­cjal­nie tro­chę poma­gali nam finan­sowo rodzice Ingrid. Poży­czy­li­śmy od nich pie­nią­dze i kupi­li­śmy nasz pierw­szy samo­chód, żeby czę­ściej ich odwie­dzać. W rze­czy­wi­sto­ści to Moskwa naci­skała, bym kupił samo­chód, potrzebny do reali­za­cji kolej­nych zadań.

Wła­śnie poja­wił się nowy model Volvo Ama­zon i za radą brata Ingrid zde­cy­do­wa­li­śmy się na ten wóz. Ingrid była zachwy­cona, zaczęła robić prawo jazdy i pra­wie zupeł­nie zapo­mniała o naszej tra­ge­dii. Śnież­no­biały lakier w zesta­wie­niu z czer­woną skórą sie­dzeń dawał wspa­niały efekt i Ingrid potra­fiła nawet dobie­rać ubra­nia do samo­chodu, zależ­nie od pogody. Przez dwa­dzie­ścia trzy lata był jak czło­nek naszej rodziny. Dużo widział i zawiózł nas w wiele cie­ka­wych miejsc, zanim kupił go jakiś kolek­cjo­ner, który, rzecz jasna, nawet się nie domy­ślał, że przez tyle lat to volvo pra­co­wało dla KGB i brało udział w nie­zwy­kłych i nie­bez­piecz­nych wyda­rze­niach. W prze­ciw­nym razie z pew­no­ścią uzy­skał­bym za nie znacz­nie wyż­szą cenę.

W pięć­dzie­sią­tym ósmym roku otrzy­ma­łem z Moskwy pole­ce­nie wystą­pie­nia o oby­wa­tel­stwo szwedz­kie. Jako Duń­czyk sprawę mia­łem uła­twioną, tym bar­dziej że byłem prze­cież żonaty ze Szwedką. Oby­wa­tel­stwo dosta­łem szybko, już w pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym.

W tym samym roku otrzy­ma­łem z Moskwy pilną instruk­cję, która zmie­niła całe moje dotych­cza­sowe życie. Począt­kowo byłem zasko­czony, ale póź­niej wszystko zro­zu­mia­łem.

Mia­łem zatrud­nić się w Urzę­dzie do spraw Cudzo­ziem­ców w Malmö, jak się wów­czas nazy­wał póź­niej­szy Urząd Imi­gra­cyjny. Uda­łem się zatem do działu kadr i zło­ży­łem poda­nie o pracę. Po mie­siącu przy­słano mi zapro­sze­nie na roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną. Ku memu zasko­cze­niu zosta­łem przy­jęty. Wkrótce dosta­łem pilne pole­ce­nie sta­wie­nia się w Moskwie.

Tak jak przy­pusz­cza­łem, moim głów­nym zada­niem miało być teraz lega­li­zo­wa­nie naszych nie­le­ga­łów na Zacho­dzie, co zwy­kle było rezul­ta­tem wystą­pie­nia o azyl lub oby­wa­tel­stwo, oraz uzy­ski­wa­nie danych auten­tycz­nej osoby, która już prze­szła pro­ce­durę, i wsta­wia­nie w to miej­sce tak zwa­nego wtór­nika, co cza­sami wią­zało się tylko ze zmianą zdję­cia, a cza­sami z pod­ro­bie­niem całej doku­men­ta­cji. Jed­nak te słowa nie oddają ogromu pracy, stop­nia jej kom­pli­ka­cji i nie­bez­pie­czeń­stwa, jakie ze sobą nio­sła. Musia­łem zadbać o wszystko. Sam wytwa­rza­łem potrzebne do tego celu doku­menty. Byłem w sta­nie wypro­du­ko­wać pra­wie każde świa­dec­two uro­dze­nia, każdy akt zgonu, nawet z dzie­więt­na­stego wieku. Co było poza moimi moż­li­wo­ściami, robiła Moskwa.

Wypra­wi­łem w ten spo­sób w świat wielu nie­le­ga­łów. Nie­któ­rych ni­gdy nie widzia­łem, jeśli nie liczyć zdję­cia. Ich naro­do­wość zmie­niała się w zależ­no­ści od sytu­acji mię­dzy­na­ro­do­wej. W okre­sie kon­fliktu kubań­skiego było kilku Kubań­czy­ków, pod­czas wojny na Bli­skim Wscho­dzie poja­wili się Ara­bo­wie, po prze­wro­cie w Gre­cji – Grecy. Stale obecni byli Polacy, któ­rzy mieli natu­ralny dostęp do Szwe­cji. Sto­sun­kowo łatwo mogłem też wypro­du­ko­wać Polaka. W ZSRR wojenne zasoby Niem­ców, Duń­czy­ków, Wło­chów, Węgrów, Holen­drów czy też innych najeźdź­ców były już na wyczer­pa­niu.

Kiedy zatrud­ni­łem się w Malmö, natych­miast zli­kwi­do­wa­łem kopen­ha­skie miesz­ka­nie na Hel­le­rup. Wszystko prze­nio­słem na Ystads­ga­tan w tak zwa­nym Möllevång, dobrze nada­ją­cym się na adres dla kie­rowcy cię­ża­rówki. Ten lokal był znacz­nie lepiej przy­go­to­wany niż poprzedni.

Dosta­łem z Moskwy nowe wypo­sa­że­nie do pro­du­ko­wa­nia, prze­ra­bia­nia i pod­ra­bia­nia doku­men­tów. Lepiej też zor­ga­ni­zo­wa­łem „zamra­żarkę”, czyli pokój do prze­cho­wy­wa­nia naszych ludzi w dro­dze na Zachód.

Jeśli cho­dzi o prze­rzu­ca­nie i lega­li­zo­wa­nie agen­tów, praca w Urzę­dzie Imi­gra­cyj­nym dawała zna­ko­mite moż­li­wo­ści. Nie­wiele jed­nak pozo­sta­wało mi czasu na robotę w kon­spi­ra­cyj­nym lokalu. Nie dość, że musia­łem ukry­wać to przed Ingrid, to jesz­cze sam wysta­wia­łem sobie zwol­nie­nia z pracy. Zupeł­nie nie­źle opa­no­wa­łem listę cho­rób i ich objawy. Kom­bi­no­wa­łem jak mogłem, ale coraz bar­dziej się bałem, że to może się źle skoń­czyć. Moja wcze­śniej­sza praca nada­wała się do tego celu znacz­nie lepiej.

W urzę­dzie zaprzy­jaź­ni­łem się z Perem-Olo­fem, funk­cjo­na­riu­szem Säkerhetspolisen, odde­le­go­wa­nym, by nas nad­zo­ro­wać i pil­no­wać bez­pie­czeń­stwa Szwe­cji przed Związ­kiem Radziec­kim. Był star­szy ode mnie o dzie­sięć lat. Lubił wypić, ale wyraź­nie się z tym krył. Wyda­wało mu się, że nikt tego nie widzi, ale widzieli wszy­scy i uni­kali z nim kon­taktu. Miał czę­ste prze­rwy w pracy i w świa­do­mo­ści. Wycią­gną­łem do niego rękę – z kie­lisz­kiem – i uzy­ska­łem wszyst­kie potrzebne mi infor­ma­cje. Ni­gdy mnie nie podej­rze­wał. Nie był zresztą zbyt lotny. Do Säpo prze­szedł z poli­cji kry­mi­nal­nej, podobno w uzna­niu nie­zwy­kłych kom­pe­ten­cji. Trudno mi było jed­nak w to uwie­rzyć. Z cza­sem sta­łem się jego taj­nym współ­pra­cow­ni­kiem i poma­ga­łem mu w wyszu­ki­wa­niu sowiec­kich szpie­gów. Raz pra­wie udało nam się zła­pać jed­nego. To było śmieszne. Impo­no­wało mu, że jestem synem żoł­nie­rza zamor­do­wa­nego przez Rosjan.

Po kilku latach Per-Olof znikł z urzędu i ni­gdy już się nie poka­zał. Na jego miej­sce przy­szedł Gustav, wolny od jakich­kol­wiek nało­gów, za to z pro­fe­sją wypi­saną na bro­da­tej twa­rzy i z wiel­kim brzu­chem nad cien­kimi i krzy­wymi nogami. Zanim szedł do naszego dyrek­tora, zja­wiał się u mnie, żeby się pora­dzić. Wszy­scy już wie­dzieli to, co wcze­śniej podej­rze­wali – że współ­pra­cuję z Säpo. Zresztą nie było w tym niczego nagan­nego i każdy dosko­nale to rozu­miał. Pra­cow­nicy sami cho­dzili do Gustava, kiedy mieli jakieś podej­rze­nia czy wąt­pli­wo­ści.

Zaży­łość czy przy­jaźń może być dla nie­le­gała śmier­tel­nie nie­bez­pieczna. Gustav oczy­wi­ście zapo­znał się z moją teczką, bo od pierw­szego dnia zacho­wy­wał się tak, jakby znał mnie od lat. Z cza­sem oka­zał się znacz­nie bar­dziej roz­mowny i inte­li­gentny niż Per-Olof. I nie­po­rów­ny­wal­nie lepiej poin­for­mo­wany. Od lat pra­co­wał w kontr­wy­wia­dzie i nawet mówił tro­chę po pol­sku. Pra­co­wa­li­śmy razem aż do mojego prze­nie­sie­nia do Sztok­holmu. To dzięki niemu unik­ną­łem wpadki. Tej jed­nej jedy­nej! Para­doks!

Tym­cza­sem w samym środku lata, dzie­sią­tego lipca sześćdzie­sią­tego ósmego roku, przy­szedł na świat Carl. Mimo wcze­śniej­szych opi­nii leka­rzy poród prze­biegł szybko i łatwo. Teraz było nas troje, byli­śmy rodziną i nasz świat zmie­nił się nie­od­wra­cal­nie. Carl rósł szybko i bez pro­ble­mów, jeśli nie liczyć cho­rób wieku dzie­cię­cego i roz­bi­tych kolan. Wkrótce cał­ko­wi­cie zawład­nął tyl­nym sie­dze­niem w naszym volvo. Gdy miał dwa latka, dostał od dziadka misia, któ­rego nazwał Beruna. To był jego pierw­szy i ostatni miś. Ma go do dzi­siaj. Potem spał już tylko z łód­kami, okrę­tami, stat­kami. Nie­wiele się zmie­niło – teraz śpi na okrę­tach i stat­kach.

To była naj­pięk­niej­sza chwila mojego życia, gdy Carl skoń­czył Aka­de­mię Mary­narki Wojen­nej. Chciał­bym, by ten jego obraz, gdy stoi dum­nie w gra­na­to­wym mun­du­rze ofi­cera mary­narki, trwał wiecz­nie w mych wspo­mnie­niach. Jestem z niego taki dumny!

Od tego czasu coraz czę­ściej powra­cały moje wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, które jakby wyła­niały się ze sta­rej mgły. Na tych kilku utrwa­lo­nych w pamięci foto­gra­fiach Olga była taka sło­neczna i szczę­śliwa. Taka nie­re­alna. Nie przy­wo­ły­wa­łem jej. Przy­cho­dziła sama, jakby wie­działa, jak bar­dzo jej potrze­buję.

Domy­śla­łem się, że Carl zaczął pra­co­wać w szwedz­kim wywia­dzie woj­sko­wym MUST. Ni­gdy go o to nie pyta­łem, choć pew­nie by mi powie­dział. Odkąd skoń­czył aka­de­mię, prze­stał mówić o swo­jej służ­bie. Nie wyka­zy­wał w tym kie­runku żad­nej ini­cja­tywy i było dla mnie cał­ko­wi­cie jasne dla­czego.

Moskwa oczy­wi­ście od początku wie­działa, że Carl uczy się w aka­de­mii, i byłem nawet w tej spra­wie stale instru­owany. Poin­for­mo­wa­łem jed­nak Cen­tralę, że dostał przy­dział do jed­nostki remon­to­wej. Bałem się, że jeśli powiem prawdę, to będą na mnie naci­skać. Jakoś się udało. Może uwa­żali, że w rodzi­nie Jor­gen­se­nów wystar­czy na razie jeden szpieg. Nie­roz­ważne dzia­ła­nia mogły mnie prze­cież zde­kon­spi­ro­wać.

Potrak­to­wali pew­nie Carla jako kapi­tał na przy­szłość i obli­czyli ewen­tu­alne zyski i straty. Pisząc swoje raporty, pod­kre­śla­łem, że nie ma on dostępu do taj­nych infor­ma­cji. Mimo to zawsze się bałem, że Moskwa kie­dyś się zorien­tuje, gdzie naprawdę służy Carl. Nie mia­łem i na­dal nie mam planu, co wów­czas zro­bię, ale byłem gotów chro­nić go za wszelką cenę.

Do Sztok­holmu prze­pro­wa­dzi­li­śmy się w sie­dem­dzie­sią­tym pią­tym roku. W pracy powie­dzia­łem, że Ingrid dostała tam dobrą posadę. Zresztą w Urzę­dzie Imi­gra­cyj­nym nikt jej nie znał. Zasad kon­spi­ra­cji prze­strze­ga­łem z żela­zną kon­se­kwen­cją. Nato­miast Ingrid poin­for­mo­wa­łem, że prze­no­szą mnie służ­bowo do sto­licy.

W rze­czy­wi­sto­ści musia­łem wów­czas pil­nie opu­ścić Malmö. Gustav się wyga­dał, że Säpo poszu­kuje sowiec­kiego agenta, który działa w tym mie­ście. Po raz pierw­szy poważ­nie się wystra­szy­łem.

Ścią­gnęli mnie na tydzień do Moskwy, gdzie byłem ostro prze­słu­chi­wany nie­mal dzień i noc. Począt­kowo myśleli, że popeł­ni­łem jakiś błąd, ale z cza­sem podej­rze­nia skie­ro­wali na jed­nego z nie­le­ga­łów, który prze­szedł przez moją natu­ra­li­za­cję albo „zamra­żarkę”. Miesz­ka­nie kon­spi­ra­cyjne zmie­nia­łem w tym cza­sie co rok. Żaden z moich „gości” ni­gdy o nic nie pytał, bo to było surowo zabro­nione i mogło nawet skoń­czyć się śmier­cią. Każdy o tym wie­dział. Roz­ma­wia­li­śmy więc mało, a jeżeli już, to o pogo­dzie. Spe­cjal­nie przy­go­to­wane histo­ryjki miały sta­no­wić coś w rodzaju zasłony dym­nej, chro­nią­cej naszą praw­dziwą toż­sa­mość. Dla­tego naj­czę­ściej uda­wa­łem Polaka.

Tak czy ina­czej Moskwa zade­cy­do­wała o moim prze­nie­sie­niu do Sztok­holmu. Nało­żyła się na to jesz­cze infor­ma­cja od Gustava, że szwedzki kontr­wy­wiad radiowy FRA usta­lił, że w Malmö pra­cuje praw­do­po­dob­nie radziecka radio­sta­cja. Począt­kowo nie łączyli tego faktu z osobą agenta, ale było to już tylko kwe­stią czasu. Po moim wyjeź­dzie radio­sta­cja pra­co­wała jesz­cze przez rok. Nada­wała puste gamy, fał­szywe mel­dunki tylko po to, żeby odcią­gnąć uwagę Szwe­dów ode mnie, wpro­wa­dzić ich w błąd. Na wszelki wypa­dek.

Od tej pory, cho­ciaż radio wciąż było w uży­ciu, prze­sze­dłem głów­nie na łącz­ność przez schowki, skrytki i ogło­sze­nia. Stare, pro­ste, spraw­dzone i bez­pieczne metody. Szwedzki kontr­wy­wiad radiowy był i jest jed­nym z naj­lep­szych na świe­cie. Wtedy to było dla nas jasne.

Przez rok byłem zamro­żony. Nie tylko z powodu polo­wa­nia na agenta w Malmö, lecz także z koniecz­no­ści akli­ma­ty­za­cji w nowym miej­scu. Pozo­sta­wa­łem przez ten czas prak­tycz­nie bez łącz­no­ści. Tylko w sytu­acjach awa­ryj­nych i w razie zagro­że­nia mogłem wywo­łać spo­tka­nie. Reali­zo­wa­łem jedy­nie zada­nia, a w zasa­dzie spe­cjalny pro­gram, w któ­rym mia­łem spraw­dzić, czy jestem bez­pieczny, czy nie dzieje się wokół mnie coś podej­rza­nego. To był mój naj­lep­szy czas, odkąd wyje­cha­łem z Moskwy.

Miesz­ka­nie w Malmö sprze­da­li­śmy łatwo. Wzię­li­śmy pożyczkę w SE Ban­ken i kupi­li­śmy nowe, osiem­dzie­się­cio­me­trowe, na ulicy Kvarnvägen w Jakobs­bergu pod Sztok­hol­mem, w ład­nym dwu­pię­tro­wym domu z okła­dziną z czer­wo­nej cegły.

Z reko­men­da­cji Gustava, a raczej Säpo, dosta­łem kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko w sztok­holm­skim Urzę­dzie Imi­gra­cyj­nym. Tym razem moim kon­tak­tem był Lars. Cichy, mało­mówny czło­wie­czek w gru­bych oku­la­rach. Mówili, że był kie­dyś pro­ku­ra­to­rem. Dla­czego został ofi­ce­rem Säpo, nie wia­domo. Miał jed­nak coś z pro­ku­ra­tora. For­ma­li­sta, który patrzył świ­dru­ją­cymi na wylot oczkami. Tro­chę to było śmieszne.

Nie­wiele mogłem się od niego dowie­dzieć. Akta imi­gran­tów prze­glą­dał sam i miał nie­wiele pytań. Zle­cał mi zada­nia prak­tycz­nie nie­przy­datne dla naszego wywiadu. Dopóki pra­co­wa­łem w Malmö, dzięki Gusta­vowi sporo wie­dzia­łem o zain­te­re­so­wa­niu Säpo imi­gran­tami. Cho­ciaż wów­czas było to już moje uboczne zaję­cie.

W tym cza­sie w ciągu jed­nego roku zmarli rodzice Ingrid i nie­spo­dzie­wa­nie dosta­li­śmy spa­dek. Ingrid uwa­żała, że powin­ni­śmy kupić letni domek nad wodą gdzieś w pobliżu Sztok­holmu. Carl bar­dzo się ucie­szył z tego pomy­słu. Naby­li­śmy więc duży drew­niany dom z początku wieku, nie­da­leko Åkersbergi. Był w dosko­na­łym sta­nie, poma­lo­wany na żółto – a Ingrid uwiel­biała ten kolor – i w dodatku stał pięć­dzie­siąt metrów od przy­stani, gdzie Carl mógł trzy­mać swoją pierw­szą łódź.

Wybra­łem ten dom także dla­tego, że miał solidną muro­waną piw­nicę, gdzie po odpo­wied­niej adap­ta­cji mogłem urzą­dzić swój bun­kier, który w rapor­tach nazy­wa­łem „labo­ra­to­rium”. Korzy­sta­nie z wyna­ję­tego miesz­ka­nia w mie­ście sta­wało się ryzy­kowne. Znało mnie coraz wię­cej ludzi, przez co wzra­stało praw­do­po­do­bień­stwo jakie­goś nie­bez­piecz­nego przy­padku.

Mia­łem w tym cza­sie prze­cho­wy­wać mniej nie­le­ga­łów. Nie wiem, czym to zostało spo­wo­do­wane. Tak zde­cy­do­wała Moskwa i było mi to na rękę. W razie potrzeby wynaj­mo­wa­łem dla nich kawa­lerkę w mie­ście. Otrzy­my­wa­łem też coraz wię­cej zadań. Głów­nie poma­ga­łem w obsłu­dze naszej agen­tury. Przede wszyst­kim w Skan­dy­na­wii, ale podró­żo­wa­łem też sporo do Nie­miec, Anglii i Fran­cji. Byłem kilka razy w Ame­ryce i dwa razy w Japo­nii.

Naj­czę­ściej obsłu­gi­wa­łem tajne skrytki, sta­wia­łem znaki dla agen­tury, zamiesz­cza­łem ogło­sze­nia w pra­sie, bra­łem udział w bły­ska­wicz­nym prze­ka­zy­wa­niu mate­ria­łów. Cza­sami po pro­stu sta­łem w okre­ślo­nym miej­scu, w okre­ślo­nym cza­sie, w okre­ślo­nym nakry­ciu głowy lub bez. Czę­sto nie wie­dzia­łem, jakiego agenta obsłu­guję ani w jakiej uczest­ni­czę ope­ra­cji, a cza­sami wie­dzia­łem wszystko.

Ni­gdy się nie dener­wo­wa­łem i nie prze­ży­wa­łem tego, co robię. Zawsze mi się uda­wało, bo prze­strze­ga­łem zasad. Wtedy już tylko swo­ich zasad, które dopro­wa­dzi­łem do per­fek­cji. Nie­wiele pamię­ta­łem z cza­sów pierw­szego kursu w Moskwie. Tro­chę poma­gały mi okre­sowe szko­le­nia, ale i tak życie wszystko kory­go­wało i czę­sto musia­łem postę­po­wać po swo­jemu. Bałem się tylko raz, kiedy Gustav powie­dział mi o szpiegu w Malmö. W zasa­dzie pewien rodzaj stra­chu, jego bez­kształtną odmianę, wciąż odczu­wam. Może jed­nak jest to raczej odmiana stresu, którą chyba każdy szpieg ma we krwi, tylko sobie tego nie uświa­da­mia. To takie dziwne uczu­cie!

W tym cza­sie zupeł­nie przy­pad­kowo oka­zało się, że Ingrid ma raka. Już wcze­śniej wie­dzie­li­śmy, że cierpi na alzhe­imera. Ale teraz wszystko się nagle zmie­niło. Jaki jest dzień tygo­dnia, mie­siąc, pogoda – to już nie miało takiego zna­cze­nia jak przez całe nasze życie. Cho­ciaż bar­dzo się sta­ra­li­śmy, żeby było ina­czej.

Poże­gna­li­śmy Ingrid w wietrzny letni dzień na cmen­ta­rzu Haga Norra. Od tej chwili czas zaczął się cofać, ale tylko czas Ingrid i Carla. Mia­łem jesz­cze Gerdę, która wciąż miesz­kała we Flens­burgu. Moskwa ogra­ni­czyła się do zim­nych, ofi­cjal­nych kon­do­len­cji zaszy­fro­wa­nych na końcu radio­wej depe­szy. Tak też się zło­żyło, że dwa dni po poże­gna­niu Ingrid musia­łem zosta­wić Carla i jechać do Hel­si­nek, by obsłu­żyć tajną skrytkę na skwe­rze Sibe­liusa. Zada­nie wyko­na­łem jak zawsze wzo­rowo.

Zosta­li­śmy sami. Carl koń­czył szkołę śred­nią. Zło­żył już doku­menty do Aka­de­mii Mary­narki Wojen­nej i miał duże szanse się dostać, bo był jed­nym z naj­lep­szych uczniów w szkole. Gdy prze­glą­dał się rano w lustrze, ubrany w swój pierw­szy gar­ni­tur i białą matu­ralną czapkę, sym­bol doj­rza­ło­ści, wyglą­dał, jakby został stwo­rzony do służby mary­nar­skiej.

Z Nie­miec przy­je­chała Gerda, nawet nie zapy­taw­szy Moskwy o zgodę. Miała już wtedy sie­dem­dzie­siąt sześć lat, ale radziła sobie nad­zwy­czaj dobrze. Więk­szość tego naj­waż­niej­szego w życiu mło­dego Szweda dnia spę­dzi­li­śmy razem. Potem Carl poszedł z kole­gami świę­to­wać maturę. Obje­chali mia­sto na cię­ża­rów­kach przy­stro­jo­nych w brzo­zowe gałę­zie. Gerda ule­gła jego proś­bom i została u nas kilka dni. Tak bar­dzo Carl chciał wtedy mieć rodzinę.

Nie pogo­dzi­łem się ni­gdy ze śmier­cią Ingrid. Ni­gdy jej nie zdra­dzi­łem i nie zdra­dzę. Jej nie­obec­ność stwo­rzyła pustkę, którą wypeł­ni­łem pracą. Nagle zosta­łem sam. Nie mając nic do roboty, okrop­nie się męczy­łem. Carl był już w woj­sku.

Potrze­bo­wa­łem tro­chę czasu, zanim nauczy­łem się żyć i wypeł­niać roz­kazy w nowej rze­czy­wi­sto­ści. Wkrótce zaczą­łem otrzy­my­wać z Moskwy coraz częst­sze pochwały za rze­tel­ność i poświę­ce­nie dla ZSRR oraz jakieś wyso­kie odzna­cze­nia od kie­row­nic­twa pań­stwa. Dosta­łem też podzię­ko­wa­nie i gra­tu­la­cje od orga­ni­za­cji par­tyj­nej w KGB z oka­zji czter­dzie­sto­le­cia mojego człon­ko­stwa. Pamię­ta­łem, że skła­da­łem papiery o przy­ję­cie do par­tii pod­czas jed­nej z moich taj­nych wizyt w Moskwie, lecz póź­niej zupeł­nie o tym zapo­mnia­łem. To było tro­chę dziwne, ale miłe uczu­cie, kiedy nazwano mnie towa­rzy­szem i komu­ni­stą.

Hans Jor­gen­sen wciąż leżał w ubra­niu na koi w kabi­nie numer 6020 promu Scan­di­na­via i sta­rał się upo­rząd­ko­wać swoje naj­waż­niej­sze wspo­mnie­nia.

Co ja mam teraz zro­bić? Czy byłoby lepiej, gdy­bym nie poznał pro­to­kołu prze­słu­cha­nia Zubowa? Gdy­bym nie był tym, kim jestem… pew­nie ni­gdy bym się o tym nie dowie­dział. Czy to przy­pa­dek… czy zemsta losu, który sam wybra­łem? Jak mam teraz dalej żyć? Wszystko, co robi­łem, jak żyłem, nie ma teraz sensu… Oba moje światy soli­dar­nie legły w gru­zach… a prze­cież byłem prze­ko­nany, że nie są ze sobą powią­zane! Jak to moż­liwe?! Nagle… Wiera, Dmi­trij, Gerda… stali się tacy nie­re­alni. Jak posta­cie z jakiejś książki, a nie z mojego życia… Czuję się tak, jak­bym się dowie­dział, że moi przy­brani rodzice ni­gdy mnie nie kochali, a ja tak chcia­łem być kochany… mieć rodzinę! To jest nie do znie­sie­nia! Czy Ingrid i Carl też są realni? Myśla­łem, że moje życie nie­le­gała jest pro­ste i dobrze zapla­no­wane, ma swój porzą­dek… sta­nowi całość… A tym­cza­sem oka­zało się, że to jakiś pat­chwork, a wszystko jest ilu­zją. Tak… nie­le­gał to w rze­czy­wi­sto­ści ilu­zjo­ni­sta, bo całe jego życie to złu­dze­nie praw­dzi­wego życia. To po pro­stu fik­cja! Kim jest Hans Jor­gen­sen? Gdzie jest Andriej Woł­kow­ski… ze wsi Mie­dwiedki, któ­rej nie ma na żad­nej mapie ani w ludz­kiej pamięci?

38

Wpraw­dzie Sara niczego mu nie dora­dziła ani nie wytłu­ma­czyła, ale już sama atmos­fera tego spo­tka­nia pod­nio­sła go na duchu, pomo­gła mu odzy­skać rów­no­wagę i zasta­no­wić się nad dal­szymi poczy­na­niami. Cho­ciaż wciąż czuł się winny zabój­stwa, uznał, że jest uspra­wie­dli­wiony, odkła­da­jąc roz­li­cze­nie tej sprawy na póź­niej.

Przez całą drogę z Kijowa do Miń­ska roz­my­ślał nad tym, jak wyko­rzy­stać Krupę w akcji wydo­sta­nia archi­wum NKWD z twier­dzy brze­skiej. Miał już w gło­wie zarys pew­nego sce­na­riu­sza, lecz zda­wał sobie sprawę, że musi się wyka­zać deter­mi­na­cją i goto­wo­ścią do dzia­ła­nia, ina­czej nie­wiele da się zro­bić. Poju­trze, gdy znów spo­tka się w Miń­sku z Sarą, powi­nien mieć wszystko dograne.

Ma zatem jeden dzień na wer­bu­nek Krupy. Nie jakieś kap­tu­rowe spo­żyt­ko­wa­nie czy oka­zjo­nalną pomoc, ale regu­larny wer­bu­nek pod pol­ską flagą, w imie­niu Agen­cji Wywiadu. Po roz­mo­wie w bani „Tra­vis” czuł, że Krupa jest już gotowy do współ­pracy. Był o tym głę­boko prze­ko­nany. Wasi­lij dawał prze­cież wyraźne sygnały, że zrobi dla niego wszystko. W jakimś sen­sie „Tra­vis” miał go w gar­ści.

To musi być wer­bu­nek pro­sty, bez­po­średni i dobrze umo­ty­wo­wany. Prak­tycz­nie muszę go zro­bić z mar­szu, bez przy­go­to­wa­nia… Krupa nie może mieć moż­li­wo­ści manewru. Nie może powie­dzieć „nie”. W prze­ciw­nym wypadku cała nasza ope­ra­cja zosta­nie zde­kon­spi­ro­wana. To musi być jeden z tych wer­bun­ków, kiedy kan­dy­dat w końcu odkrywa, że całe życie cze­kał wła­śnie na to – roz­wa­żał „Tra­vis” wpa­trzony w ciemne okno pociągu.

Było już późno w nocy, kiedy dotarł do domu w Miń­sku. Spraw­dził zabez­pie­cze­nia w miesz­ka­niu, a przede wszyst­kim przej­rzał tajne blo­kady w swoim lap­to­pie, który wyko­rzy­sty­wał do łącz­no­ści z Pol­ską. Nawet gdyby ktoś włą­czył jego kom­pu­ter, nie byłby w sta­nie zauwa­żyć niczego podej­rza­nego. Odpo­wied­nie opro­gra­mo­wa­nie było tak scho­wane, że tylko on potra­fił je uru­cho­mić. Zespół naprawdę dobrych spe­cja­li­stów musiałby pra­co­wać kilka dni nad kom­pu­terem, by stwier­dzić jedy­nie, że jest z nim coś nie tak. W razie nie­umie­jęt­nej próby otwar­cia pro­gram ule­gał natych­mia­sto­wemu „spa­le­niu”.

Wszystko było w porządku. Ukryte oko i ucho kom­pu­tera pil­no­wały miesz­ka­nia „Tra­visa” bez­błęd­nie i odpo­wie­dzial­nie. Poszedł do pokoju spraw­dzić swój tele­fon komór­kowy. Miał dwie nie­ode­brane roz­mowy. Obie bez numeru. I jed­nego SMS-a – od Krupy, z krót­kim: „Zadzwoń. Piwo?” – ode­bra­nego cztery godziny temu.

Po chwili waha­nia „Tra­vis” wybrał jego numer.

– Cześć, Wasia! Dzwo­ni­łeś do mnie?

– Tak, dwa razy. I SMS-a ci wysła­łem. Chcia­łem wycią­gnąć cię na piwo – odpo­wie­dział Krupa.

– Twój numer mi się nie wyświe­tla. A SMS-a zoba­czy­łem dopiero teraz. Zapo­mnia­łem tele­fonu. – „Tra­vis” nawet nie sta­rał się zacho­wać pozo­rów wia­ry­god­no­ści, bo i tak wkrótce nie będzie to miało żad­nego zna­cze­nia. – Nie naj­lep­sza pora na piwo, ale… jak chcesz, wpad­nij.

– Nie, jest już za późno…

– Stało się coś, Wasia? – zapy­tał „Tra­vis”.

– Nie, nic. Chcia­łem poga­dać. Wiesz, dużo myśla­łem o naszej ostat­niej roz­mo­wie…

– Daj spo­kój! Nie ma o czym gadać… – prze­rwał mu „Tra­vis” w oba­wie, że Krupa powie o jedno słowo za dużo. – Jutro pój­dziemy na piwo. Nawet mam ochotę. Już dawno nie piłem… Zdzwo­nimy się po pracy, dobrze?

– Jasne! – Krupa chęt­nie przy­jął zapro­sze­nie i „Tra­vis” wyczuł wyraź­nie, że na nie cze­kał.

Jemu to też odpo­wia­dało, bo nastrój Krupy stwa­rzał nadzieję na dobry rezul­tat jutrzej­szego spo­tka­nia. Taki, jakiego się spo­dzie­wał.

Zmę­cze­nie podróżą i stres ostat­nich dni powinny powo­do­wać ero­zję nastroju, lecz „Tra­vis” czuł się zna­ko­mi­cie i wie­dział, że będzie dobrze spał. Po raz pierw­szy od wielu dni.

Nawet się nie wyką­pał. Umył tylko zęby. Chciał, żeby już było jutro.

Umó­wili się o sie­dem­na­stej przy wej­ściu do sta­cji metra Nie­miga. O tej porze roku było w oko­licy sporo miejsc, dokąd mogliby pójść na piwo. Począt­kowo „Tra­vis” tak zapla­no­wał, ale potem doszedł do wnio­sku, że o tej porze będzie tam zbyt dużo ludzi, co może mieć zły wpływ na atmos­ferę roz­mowy. W szcze­gól­no­ści takiej roz­mowy. Dla­tego wziął samo­chód, prze­no­śnego grilla, kupił na rynku sporo kieł­basy i skrzynkę piwa. Na wszelki wypa­dek wziął też butelkę wódki. Posta­no­wił, że zabie­rze Krupę ze sta­cji i pojadą nad „miń­skie morze”. Znajdą odludne miej­sce nad wodą, gdzie będą mogli swo­bod­nie poroz­ma­wiać.

Było pięć po sie­dem­na­stej, kiedy Krupa wyszedł z metra i usiadł na pobli­skiej ławce. Zapa­lił papie­rosa i oparł łok­cie na kola­nach. Spo­koj­nie, powoli, z wyraźną cele­brą wyjął papie­rosa i tak samo bez pośpie­chu go zapa­lił. Roz­glą­dał się bez­na­mięt­nie, bez śladu zde­ner­wo­wa­nia, natu­ral­nie jak ktoś umó­wiony na spo­tka­nie.

„Tra­vis” posta­no­wił, że prze­trzyma go tak długo, jak tylko będzie można. Nie cho­dziło mu nawet o to, czy Krupa ma obser­wa­cję, bo to będzie mógł usta­lić dopiero póź­niej, ale chciał zoba­czyć, jak się zacho­wuje. Czy w miarę upływu czasu wzro­śnie jego napię­cie, zanie­po­ko­je­nie? Czy będzie się dener­wo­wał? Kiedy zadzwoni i czy zrobi to pierw­szy?

Wie­dział, że sam tego dnia musi być sku­piony i czujny jak ni­gdy dotąd. Po raz pierw­szy będzie wer­bo­wał. Przy­po­mniało mu się wie­lo­ty­go­dniowe męczące szko­le­nie i bez­względ­ność Sary w egze­kwo­wa­niu tego, co musiał sobie przy­swoić.

Zasady, spo­soby, tech­niki. Psy­cho­lo­gia, mani­pu­la­cja, gra, kłam­stwo. Teraz, w tym momen­cie, wszystko to pamię­tał jak przez mgłę. Patrzył na Krupę, od kil­ku­na­stu minut sie­dzą­cego w nie­zmie­nio­nej pozy­cji, wodzą­cego wzro­kiem za dziew­czy­nami w zbyt krót­kich spód­nicz­kach. Wie­dział, że gdyby chciał, to wszystko szybko by sobie przy­po­mniał. Z wie­lo­mie­sięcz­nego szko­le­nia naj­moc­niej utkwiła mu jed­nak roz­mowa w cztery oczy z Kon­ra­dem, jaką prze­pro­wa­dzili na koniec. Kon­rad ujął to wtedy pro­sto i jego filo­zo­fia odpo­wia­dała mu naj­bar­dziej. Pamię­tał każde jego spoj­rze­nie, słowa i ich melo­dię, akcenty, chwile mil­cze­nia i ruchy rąk, jakby to było dzi­siaj. Kon­rad nie recy­to­wał frag­men­tów ze skryptu. Wycho­dziło to gdzieś z jego głębi i „Tra­vis”, patrząc na niego, czuł się, jakby dostał prze­sła­nie na całe życie. Jakby w tej pro­stej, zda­wa­łoby się, filo­zo­fii dostę­po­wał naj­wyż­szego stop­nia wta­jem­ni­cze­nia.

Kon­rad powie­dział mu wów­czas, że wszystko to, czego się nauczył o tech­nice wer­bunku, jest ważne, nawet bar­dzo ważne, ale naj­waż­niej­sze jest to, czego nauczył się o sobie. Czy jest w sta­nie uwie­rzyć, że potrafi oszu­kać sam sie­bie. Nie tylko czy chce i potrafi to robić, lecz czy jest prze­ko­nany i wie­rzy, że potrafi. Na końcu drogi, gdy musisz już to zro­bić, nie pamię­tasz o zasa­dach, skryp­tach, tech­ni­kach. Ow­szem, ważne jest, jak się przy­go­to­wa­łeś, choć bywa cza­sem, że i to oka­zuje się póź­niej nie­przy­datne. Kiedy wpad­niesz w panikę, bez­rad­nie szu­kasz ratunku. Ni­gdzie go nie znaj­dziesz, tylko we wła­snej wie­rze i zaufa­niu do sie­bie samego.

„Tra­vis” wyobra­żał sobie, że jest nie­wi­dzialny. Obser­wo­wał Krupę i miał nie­od­parte wra­że­nie, że gdyby chciał, to mógłby nim ste­ro­wać na odle­głość. W myślach wyda­wać roz­kazy, co ma robić, a on, niczego nie­świa­domy, wyko­ny­wałby jego pole­ce­nia. Czuł, że ma na niego wpływ jak tsa­heylu. Towa­rzy­szyło temu nie­znane dotąd nie­zwy­kle miłe pod­nie­ce­nie, zmie­szane z rów­nie dziwną rado­ścią i pew­no­ścią sie­bie.

Była już sie­dem­na­sta dwa­dzie­ścia. Krupa z tru­dem wyjął z kie­szeni spodni swój tele­fon komór­kowy. „Tra­vis” obser­wo­wał go i widział, jak nie odry­wa­jąc słu­chawki od ucha, wciąż inten­syw­nie tak­suje wzro­kiem prze­cho­dzące dziew­czyny.

Czuł wibro­wa­nie wła­snego tele­fonu. Posta­no­wił, że jesz­cze zaczeka.

Krupa scho­wał komórkę, wstał z ławki i zaczął się powoli prze­cha­dzać. Trzy minuty póź­niej zadzwo­nił ponow­nie. „Tra­vis” znów nie ode­brał.

Krupa zatrzy­mał się, sta­nął nie­na­tu­ral­nie w roz­kroku, spo­glą­da­jąc to w lewo, to w prawo. Nie patrzył tylko na wprost, gdzie po dru­giej stro­nie ulicy sie­dział „Tra­vis”. Jakby wie­dział, że tam jest, ale nie wolno mu było spoj­rzeć w jego stronę, bo on mu na to nie pozwa­lał.

O sie­dem­na­stej dwa­dzie­ścia pięć „Tra­vis” pod­niósł się i ruszył przed sie­bie. Prze­szedł przez jezd­nię i pod­szedł do Krupy, który wciąż ner­wowo się roz­glą­dał. Nawet nie zauwa­żył, gdy sta­nął już przed nim. Zorien­to­wał się dopiero po chwili i wyraź­nie zasko­czony zapy­tał:

– Skąd się wzią­łeś? Wyro­słeś jak…

– Prze­pra­szam, że nie odbie­ra­łem tele­fonu. Wie­dzia­łem, że to ty. Byłem już bli­sko. Coś mnie zatrzy­mało. Sorry!

– Nie ma sprawy – rzu­cił Krupa i zapy­tał: – No to co, dokąd idziemy? Masz jakiś pomysł? Mam ochotę na duże zimne piwo z pianą. Dzi­siaj nie będę się ogra­ni­czał… Jak z tobą, Oleg?

– Też nie będę się ogra­ni­czał… Jest tak pięk­nie i cie­pło. Pomy­śla­łem, Wasia, że poje­dziemy nad „morze”…

– Teraz? – prze­rwał mu zdzi­wiony Krupa.

– Teraz! – zde­cy­do­wa­nie odparł „Tra­vis” i ruszył, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Krupa bez waha­nia poszedł za nim. Przez chwilę obaj mil­czeli. „Tra­vis” cze­kał, kiedy Wasi­lij zada pierw­sze pyta­nie, choćby zupeł­nie oczy­wi­ste, w rodzaju „jak tam doje­dziemy?” czy „dla­czego nie zadzwo­ni­łeś do mnie wcze­śniej?”, lub wyrazi jakieś wąt­pli­wo­ści, życze­nia, w jaki­kol­wiek spo­sób zare­aguje na jego nieco zaska­ku­jący pomysł.

– Nie mam kąpie­ló­wek – ode­zwał się nagle Krupa tak szcze­rze i dzie­cin­nie, że „Tra­vis” poczuł roz­ba­wie­nie.

Rów­no­cze­śnie dotarło do niego z nie­zwy­kłą siłą, że to wra­że­nie, jakie miał jesz­cze przed chwilą, obser­wu­jąc Krupę, nie jest żadną ułudą… To prawda! On nim kie­ruje! To on będzie decy­do­wał! Prze­peł­niała go pew­ność sie­bie i wiara w intu­icję.

Popa­trzył na Krupę i poczuł przy­pływ ogrom­nej, gorą­cej sym­pa­tii. Jakby Wasia od uro­dze­nia był jego naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, bra­tem zawsze goto­wym oddać za niego życie w podwór­ko­wych bojach.

– Bułka z masłem… – powie­dział na głos, zanim się zre­flek­to­wał.

Szybko wyja­śnił, że chciał mu zro­bić nie­spo­dziankę, ale zapo­mniał o kąpie­lów­kach. Także dla sie­bie. Kiedy pode­szli do samo­chodu, otwo­rzył bagaż­nik i poka­zał, że rze­czy­wi­ście dobrze się przy­go­to­wał.

Dojazd na miej­sce zajął im nie­spełna dwa­dzie­ścia minut. „Tra­vis” zapar­ko­wał samo­chód, zabrali wszyst­kie rze­czy z bagaż­nika i poszli szu­kać odpo­wied­niego miej­sca na biwak.

Nad brze­giem jeziora było sporo ludzi korzy­sta­ją­cych z popo­łu­dnio­wego słońca. Z róż­nych stron docho­dził gwar gło­sów pod­nie­co­nych grą w piłkę i alko­ho­lem oraz pisk kąpią­cych się dzieci. Uno­sił się wszech­obecny o tej porze dym z gril­lo­wisk.

Sta­nęli w miej­scu, które wyda­wało im się naj­lep­sze z moż­li­wych. Krupa, pod­pie­ra­jąc się pod boki, rozej­rzał się wokół.

– Brak dziew­czyn! Brak kąpie­ló­wek! – rzu­cił. – To nie może być udana impreza. Nie pomy­śla­łeś, Oleg! Gdy­byś wcze­śniej dał znać, tobym się tym zajął. Znam dwie sze­roko otwarte na wszystko towa­rzyszki z Wydziału Obser­wa­cji. Aku­rat dzi­siaj mają wolne… Zadzwo­nić? – zapy­tał nieco sen­nym tonem, jakby nie zamie­rzał niczego narzu­cać i cze­kał na decy­zję „Tra­visa”.

Coś on za mało czujny jak na kapi­tana kontr­wy­wiadu KGB… Może jest ocię­żały umy­słowo – pomy­ślał ze stra­chem „Tra­vis”. Ech, to tylko złu­dze­nie – uspo­koił się po chwili.

– Dajmy sobie spo­kój. Już późno – odparł. – Panienki zapro­simy następ­nym razem i lepiej się przy­go­tu­jemy. Wiesz… teraz też nie będziemy się kąpać… Chcę z tobą poga­dać…

– Jasne, Oleg! Jest o czym. Pew­nie! – rzu­cił Krupa, krzą­ta­jąc się już przy grillu.

„Tra­vis” roz­ło­żył stary koc i otwo­rzył piwo. Jedno podał Kru­pie, który natych­miast wypił dusz­kiem połowę.

– Jesz­cze zimne – stwier­dził z zado­wo­le­niem, wycie­ra­jąc ręką usta. – Głodny jestem! – dorzu­cił, ale wciąż nie pytał, o czym „Tra­vis” chce z nim roz­ma­wiać. – Wiesz, Oleg – ode­zwał się, przy­go­to­wu­jąc grilla – muszę to powie­dzieć, cho­ciaż czuję, że draż­nią cię takie tek­sty. Bar­dzo ci dzię­kuję, że dałeś mi… no… alibi na tam­ten wie­czór… wiesz! Ale waż­niej­sza dla mnie była ta nasza roz­mowa w bani. To, co wtedy powie­dzia­łeś! Jak… powie­dzia­łeś. Wiesz? Do końca życia nie zapo­mnę two­jej wycią­gnię­tej dłoni. Dla męż­czy­zny, dla ofi­cera, to zna­czy wszystko! Ale w tym kraju… – Krupa zawie­sił głos. – Czy w ogóle można być ofi­ce­rem w tym kraju?

„Tra­vis”, przy­go­to­wu­jąc kieł­basę, słu­chał uważ­nie, coraz bar­dziej prze­ko­nany, że ste­ruje jego myślami. Począ­tek był dobry. Nie patrzyli na sie­bie, każdy zajęty swo­imi czyn­no­ściami.

– Czy my słu­żymy pań­stwu czy naro­dowi? Jaki my naród? Zachodni Rosja­nie czy wschodni Polacy? Jaka jest nasza toż­sa­mość? Prze­cież myśmy ni­gdy nie mieli swo­jego pań­stwa…

– Chyba prze­sa­dzasz, Wasia… – wtrą­cił „Tra­vis”.

– Może! Gor­sze jed­nak jest to, że sto­imy w histo­rycz­nym roz­kroku, a wszy­scy idą do przodu. Nie przy­łą­czymy się do Rosji, nie chcą nas w Unii. W kraju rzą­dzi i ma się dobrze kopalny czło­wiek radziecki! – Krupa mówił z gory­czą, ale spo­koj­nie i z prze­ko­na­niem. – Taki Ste­pa­no­wycz jest wła­śnie… teraz już był… istotą kopalną, potwo­rem tego pań­stwa. Czy był skur­wy­sy­nem z uro­dze­nia? Pew­nie nie. Taki był, bo chciał i mógł. Bo takich tu jest pełno!

– A co z tobą, Wasia? – zapy­tał „Tra­vis”. – Ty też w tym byłeś.

Krupa nie odpo­wie­dział. Stał wpa­trzony w pło­nący grill. Minęły pra­wie dwie minuty.

– Daj piwo, Oleg! – ode­zwał się w końcu. – Byłem ubez­wła­sno­wol­niony i nawet o tym nie wie­dzia­łem. Prze­cież ja się tu, kurwa, uro­dzi­łem! – krzyk­nął nagle. – Tu wycho­wa­łem! Na Bia­ło­rusi! Syn mili­cjanta i przed­szko­lanki. A ty? Jesteś inny? – powie­dział już spo­koj­niej. – Nie! – Zawie­sił na chwilę głos. – Tak, ty jesteś inny. Można być innym. Oleg, jak to się robi?

– Wasia… Nie chcia­łem cię dotknąć. Masz sporo racji i naprawdę jesteś inny. Dla­tego zde­cy­do­wa­łem się zary­zy­ko­wać i pojeź­dzić z tobą na jed­nym wózku… no i dać ci to alibi. Dobrze… sprawa Ste­pa­no­wy­cza cię obu­dziła i wyzwo­liła w tobie nor­mal­nego czło­wieka – cią­gnął spo­koj­nie „Tra­vis”. – Można też przy tym być bia­ło­ru­skim patriotą. Abso­lut­nie można!

– Oleg! Jakim patriotą? O czym ty mówisz? – zare­ago­wał z iro­nią Krupa.

– Ja jestem Bia­ło­ru­si­nem. Bia­ło­ru­skim patriotą. I są tacy jak ja – odrzekł ostro „Tra­vis”. – Jest nas wię­cej. Ty tak naprawdę też taki jesteś. Tylko jesz­cze o tym nie wiesz. Ale ja ci to wytłu­ma­czę, tępy łap­ciu! – Zaśmiali się obaj. – Dzi­siaj ci to wyja­śnię i na zawsze odmie­nię twoje życie…

– Oleg! Przy­ja­cielu ty mój! – Krupa pod­szedł do „Tra­visa”, objął go i uca­ło­wał w oba policzki. – Ty już odmie­ni­łeś moje życie. Na zdro­wie!

Stuk­nęli się butel­kami, wypili do dna i natych­miast otwo­rzyli następne.

– Dobrze wiesz, że jestem ci coś winien, ale i bez tego, co zro­bi­łeś, byś mnie miał. Cho­ciaż nie wia­domo, czy wtedy pozna­li­by­śmy się bli­żej. Patrz, Oleg, jakie to wszystko popier­do­lone!

„Tra­vis” pod­szedł do grilla, spraw­dził ręką, czy odpo­wied­nio grzeje, i zaczął ukła­dać na rusz­cie równo przy­cięte kawałki kieł­basy. Przez dłuż­szą chwilę stali w mil­cze­niu, przy­glą­da­jąc się, jak tłuszcz zaczyna powoli wycie­kać i przy­pa­lać się na roz­ża­rzo­nych węglach.

Zasta­na­wiał się, kiedy powi­nien zacząć, by nie prze­ga­pić momentu kry­tycz­nego, jak pilot, który odry­wa­jąc maszynę od ziemi, wie, że nie może się już zatrzy­mać. Wszystko mu mówiło, wie­dział to na pewno, że Krupa jest gotowy do wer­bunku. On w zasa­dzie już został zwer­bo­wany – krą­żyło mu w gło­wie. Ale „Tra­vis” cały czas pamię­tał, że nikogo jesz­cze nie pozy­skał do współ­pracy z pol­skim wywia­dem. Nie takie były zresztą jego zada­nia w KGB.

Teraz jed­nak Krupa mocno cią­gnął piwo za piwem i „Tra­vis” zanie­po­koił się, że jak tak dalej pój­dzie, nie zdąży mu wyło­żyć swo­ich racji albo Wasia nie będzie już w sta­nie ich zro­zu­mieć i wła­ści­wie oce­nić.

– Chciał­byś wyje­chać na Zachód? – zapy­tał obo­jęt­nie.

Krupa spoj­rzał na niego świ­dru­ją­cym wzro­kiem. Po chwili ode­zwał się jak gdyby ni­gdy nic.

– Pew­nie, że chciał­bym! Ale to prze­cież bajki. Ty byś nie chciał? Kie­dyś sobie nawet tak myśla­łem, że zwol­nię się ze służby, odcze­kam, aż dadzą mi zgodę na wyjazd zagra­niczny, i good­bye! Czło­wiek jed­nak jest leniwy. Nie znam języka… – Nadział dwie kieł­ba­ski na wide­lec i podał „Tra­vi­sowi”, który przy­go­to­wał papie­rowe tale­rze i musz­tardę. – Widzisz… ja ni­gdy nie byłem za gra­nicą. Nawet w Wil­nie! Mówią, że to piękne mia­sto. Bruk­sela wło­żyła tam dużą kasę…

– Wasia! Chcesz zro­bić coś dobrego dla umę­czo­nej ojczy­zny? – prze­rwał mu „Tra­vis”.

– A co ja, kurwa, cały czas robię?! Męczę tę ojczy­znę naj­le­piej jak potra­fię. Prze­cież pra­cu­jemy w KGB, nie?

Wybuch­nęli śmie­chem. „Tra­vi­sowi” odpo­wia­dał jego iro­niczno-cyniczny humor pod­lany piwem.

– Dawaj, Oleg! Na zdro­wie! Za naszą socja­li­styczną ojczy­znę i Łukę, naszego nie­złom­nego pre­zy­denta wszyst­kich pre­zy­den­tów Iranu, Wene­zu­eli i Kuby! Towa­rzy­stwo… kurwa! – Krupa splu­nął przez zęby. – Za nas! – Wycią­gnął rękę z butelką w kie­runku „Tra­visa”. – I za moją dziew­czynę!

– Nic nie mówi­łeś, że masz dziew­czynę!

„Tra­vis” zro­bił szybką ana­lizę, zasta­na­wia­jąc się, czy ten fakt może mieć jakieś zna­cze­nie dla jego pla­nów. Poczuł się jed­nak dziw­nie, stwier­dziw­szy, że Krupa do tej pory nic o tym nie wspo­mi­nał.

Jeżeli chce wypić zdro­wie swo­jej dziew­czyny, to zna­czy, że jest dla niego ważna… Albo robi sobie jaja. Może chce się oże­nić, ustat­ko­wać… – roz­wa­żał z nie­po­ko­jem.

– Bo nie mam! – Krupa roze­śmiał się po kozacku. – Ale teraz będę miał! Czas pomy­śleć o sobie, Oleg. Koniec z dziew­czy­nami z obser­wa­cji!

„Tra­vis” się roz­luź­nił. Dekla­ra­cja Krupy jak naj­bar­dziej mu odpo­wia­dała. Uznał, że czas roz­po­cząć zasad­ni­czą część roz­mowy.

– Ja wcale nie żar­to­wa­łem, gdy mówi­łem, że możesz zro­bić coś dla ojczy­zny. Poj­mu­jesz, Wasia? – powie­dział cicho, lecz zde­cy­do­wa­nie, usiadł­szy na kocu. – Chodź! Sia­daj tutaj, Wasia! Posie­dzimy i poga­damy.

Krupa bez słowa wyko­nał pole­ce­nie. Jakby już wszystko zro­zu­miał i po pro­stu nie mógł się docze­kać, kiedy zosta­nie zwer­bo­wany.

A może prze­ciw­nie…? Może wła­śnie wypa­truje naj­lep­szego momentu, by odrzu­cić moją pro­po­zy­cję? – pomy­ślał „Tra­vis”. Tak łatwo miał­bym prze­grać…? To byłby koniec! Jego „nie” będzie dla mnie… dla nas… kata­strofą. Nie zgo­dzi się za samo alibi… nie, nie da się nabrać! Nie może się prze­cież nie domy­ślać! Prze­cież jest wyszko­lo­nym ofi­ce­rem kontr­wy­wiadu…

Sam już nie był pewny, co ma o tym sądzić ani co powi­nien teraz powie­dzieć. Zauwa­żył, że już od jakie­goś czasu drżą mu ręce. Cały jego pro­sty plan zachwiał się nie­bez­piecz­nie.

Krupa sie­dział obok i patrzył się na niego, jakby na coś cze­kał.

„Tra­vis” czuł, że zasy­cha mu w gar­dle i że nie może wytrzy­mać jego wzroku. Mijały sekundy, ale miał wra­że­nie, że trwa to wiecz­ność.

– Oleg… Dla kogo ty pra­cu­jesz? – Krupa w końcu prze­rwał mil­cze­nie.

„Tra­vi­sowi” pociem­niało w oczach, jakby dostał obu­chem w głowę. Tego pyta­nia miało nie być! Cała jego pew­ność sie­bie roz­sy­pała się nagle jak domek z kart. Przez sekundę mu zaświ­tało, że Krupa może ma na myśli Służbę Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta, ale zaraz zro­zu­miał, że to bez­sens. Zaczęła go ogar­niać panika.

Przez całe życie przy­go­to­wy­wał się na to pyta­nie. Ale nawet roz­mowa ze Ste­pa­no­wy­czem i to, czego się potem dopu­ścił, nie miało takiego zna­cze­nia. Krupa odwró­cił sytu­ację i „Tra­vis” nie wie­dział teraz, co robić. Ni­gdy nie przy­pusz­czał, że to pyta­nie pad­nie wła­śnie tak, w takiej for­mie i w takich oko­licz­no­ściach. Że będzie zasko­czony jak dziecko. To miało być ina­czej!

Zro­zu­miał teraz Kon­rada i pojął swoją sła­bość. Miał wra­że­nie, że zachły­snął się wła­sną aro­gan­cją. Wielki głaz przy­gnia­tał mu pierś i nie pozwa­lał oddy­chać.

– Mam nadzieję, że nie dla Rosjan…

– Nie! – odpo­wie­dział z pew­nym ocią­ga­niem, zanim zro­zu­miał sens tych słów i dotarło do niego, że prze­cież wszystko jest w porządku. – Nie! Nie dla Rosjan! Dla… Pola­ków!

– To dobrze, Oleg. Oni nas lepiej rozu­mieją. To w końcu nasi bra­cia…

– Skąd ty… – „Tra­vis” pró­bo­wał upo­rząd­ko­wać roz­sy­pane myśli.

– Po naszym spo­tka­niu w bani, gdy pomo­głeś mi zro­zu­mieć, co się stało, i otrzeź­wieć po tym wszyst­kim, zaczą­łem się zasta­na­wiać. Także nad tobą… Ty, Oleg, zawsze byłeś inny. To się dało wyczuć. Nie paso­wa­łeś do KGB. Po pro­stu! Tego tak nie widać od razu. Trzeba ci się bli­żej przyj­rzeć, poroz­ma­wiać, wypić piwo. No, niby jesteś jak każdy Bia­ło­ru­sin, ale coś z tobą jest nie tak. Nie­ła­two to okre­ślić… Nie wiem, jak cię widzą inni. Tobie jest bli­żej do cywi­li­za­cji Zachodu niż naszej… – Krupa mówił cie­płym tonem, bez zadę­cia i z przy­ja­znym uśmie­chem.

Wstał, otwo­rzył dwa kolejne piwa i jedno podał „Tra­vi­sowi”. Spra­wiał teraz wra­że­nie nie­sa­mo­wi­cie trzeź­wego, jakby dotąd nie wypił ani kro­pelki.

– Ty masz inny sys­tem war­to­ści. Inny jest twój sto­su­nek do czło­wieka… – dodał, gdy już usiadł z powro­tem.

„Tra­vis” odbie­rał jego słowa jak wycią­gniętą rękę, ale nie na zgodę, lecz po ratu­nek. Zde­cy­do­wał, że od tej chwili będzie się kie­ro­wał wyłącz­nie intu­icją.

– Pod­ją­łem współ­pracę z pol­skim wywia­dem osiem lat temu – oznaj­mił. – Chcia­łem coś zmie­nić w tym kraju…

– Byłeś jesz­cze na stu­diach?

– Tak. Byłem wów­czas bar­dzo rady­kalny…

– Chyba nie nale­ża­łeś do Żubra? – zapy­tał z nie­chę­cią Krupa.

– Nie. Nie nale­ża­łem do żad­nej orga­ni­za­cji. Uzna­łem wów­czas, że spra­wami wewnętrz­nymi powinni się zająć inni. Dużo czy­ta­łem o sytu­acji w Pol­sce za Soli­dar­no­ści. Wie­dzia­łem, że Pol­ska mogła odzy­skać wol­ność tylko dzięki pomocy Zachodu. To jasne!

„Tra­vis” powoli zaczy­nał reali­zo­wać przy­go­to­waną wcze­śniej stra­te­gię. Od początku wie­dział, że nie może powie­dzieć Kru­pie, iż jest nie­le­ga­łem, oby­wa­te­lem pol­skim od uro­dze­nia i kapi­ta­nem wywiadu. Dla ofi­cera kontr­wy­wiadu mogłoby to być trudne do zaak­cep­to­wa­nia z czy­sto ambi­cjo­nal­nych powo­dów. Kal­ku­lo­wał sobie w duchu, że praw­dziwa męska przy­jaźń, jaka zro­dzi się mię­dzy nimi nad tru­pem Ste­pa­no­wy­cza, powinna pomóc Kru­pie w pod­ję­ciu wła­ści­wej decy­zji.

– Z tego mojego rady­ka­li­zmu zro­dził się pomysł, by pójść na całość. Pomóc War­sza­wie, Bruk­seli, Waszyng­to­nowi odpo­wied­nio się usto­sun­ko­wać do tego naszego reżimu. Rozu­miesz? Wyda­wało mi się, że będę takim samot­nym Bon­dem albo jakimś Robin Hoodem…

– Patrz, Oleg! Ilu może być u nas takich jak ty?! A myśmy tak naprawdę ani jed­nego nie zła­pali… – sko­men­to­wał jego słowa Krupa i wstał po następną por­cję kieł­basy. – Chcesz jesz­cze?

– Znajdź mi taką dobrze wysma­żoną. – „Tra­vis” poło­żył się na wznak i zamknął na chwilę oczy.

– Czyli do KGB wstą­pi­łeś, kiedy już pra­co­wa­łeś dla Pola­ków? I co… nie żału­jesz? Zwer­bo­wali cię? Jak to było? Opo­wiesz? – dopy­ty­wał się Krupa.

– Nie żałuję! Ani tro­chę! Myślę, że zro­bi­łem dla kraju wię­cej niż setki pseu­do­pa­trio­tów czy opo­zy­cjo­ni­stów, żyją­cych wygod­nie z zachod­nich dota­cji i wma­wia­ją­cych światu, że Bia­ło­ruś to czy Bia­ło­ruś tamto… – „Tra­vis” powie­dział tak, by moc­niej się uwia­ry­god­nić w oczach Krupy.

Dosko­nale wie­dział, że nawet sfru­stro­wany, marzący o wol­no­ści i wrogi Łuka­szence młody kagie­bo­wiec wciąż ma sowiecką men­tal­ność i jest na tyle zin­dok­try­no­wany, iż nie zro­zu­mie sym­pa­tii dla opo­zy­cji.

– Nie zosta­łem zwer­bo­wany. Sam się zgło­si­łem. Kie­dyś ci wszystko opo­wiem. Oczy­wi­ście tyle, ile można… rozu­miesz chyba?

– Jasne, Oleg!

Krupa sie­dział dotąd obok „Tra­visa”, ale teraz zmie­nił miej­sce, bo zacho­dzące ostre słońce świe­ciło mu pro­sto w twarz. Przez chwilę obser­wo­wali grupę roz­ba­wio­nej mło­dzieży gra­ją­cej w siat­kówkę. Obaj mil­czeli, jakby z naj­więk­szą sta­ran­no­ścią przy­go­to­wy­wali to jedno naj­waż­niej­sze zda­nie, które powinno zabrzmieć po tym, co już sobie powie­dzieli. Można by pomy­śleć, że zasta­na­wiają się, który powi­nien wygło­sić je pierw­szy.

– To co robimy? – ode­zwał się wresz­cie Krupa i „Tra­vi­sowi” ulżyło. – Teraz musisz mnie dokład­nie poin­stru­ować. Nie będziesz miał ciężko, nie muszę się uczyć szpie­gow­skiego rze­mio­sła. Masz gotowca! Powie­dzia­łem wcze­śniej, że jestem ci coś winien… ale… nie zro­zum mnie źle… nie robię tego dla cie­bie ani za twoją namową. Ja też chcę się czymś przy­słu­żyć temu kra­jowi.

Krupa zło­żył dekla­ra­cję, na jakiej „Tra­vi­sowi” bar­dzo zale­żało, jakiej ten ocze­ki­wał. Brzmiała szcze­rze i z całą pew­no­ścią Krupa chciał coś zro­bić dla Bia­ło­rusi, tym bar­dziej że jako ofi­cer KGB dobrze wie­dział, że jego kraj działa wadli­wie. Ale przede wszyst­kim chciał coś zro­bić dla sie­bie. I cokol­wiek by opo­wia­dał, to wła­śnie tak było! Wyda­wało się to tak natu­ralne, że „Tra­vis” nie przy­wią­zy­wał do tego więk­szej wagi. Zde­cy­do­wał się i teraz tylko to się liczyło.

– Wszystko po kolei, Wasia! Cie­szę się, że nie musia­łem cię nakła­niać ani ci tłu­ma­czyć, że to jest twoja wewnętrzna decy­zja i tak dalej. W zasa­dzie nie muszę ci niczego wyja­śniać… gdy­bym to zro­bił, obra­ził­bym cię jako zawo­dowca… ale w naszej robo­cie, nawet w duecie, musi być jedna osoba, która kie­ruje…

– To oczy­wi­ste! – wtrą­cił Krupa.

– Która kie­ruje! Kie­ruję ja! Pra­cu­jemy razem, pla­nu­jemy, dys­ku­tu­jemy, zasta­na­wiamy się… Ale decy­duję ja!

Z napię­tej twa­rzy Krupy „Tra­vis” wyczy­tał goto­wość do peł­nej dys­po­zy­cyj­no­ści.

– Jest też uboczna, ale ważna strona tej współ­pracy. Żeby spraw­nie i odpo­wie­dzial­nie wyko­ny­wać robotę, musisz czuć się zabez­pie­czony finan­sowo… I będziesz! O to się nie martw!

Deli­kat­nie unie­sione kąciki ust Krupy potwier­dzały nara­sta­jące w „Tra­vi­sie” prze­ko­na­nie, że cał­ko­wi­cie panuje nad sytu­acją. Wypeł­niała go jed­nak gorycz roz­cza­ro­wa­nia, że roz­mowa z Krupą nie prze­bie­gła tak, jak sobie zapla­no­wał, że spa­ni­ko­wał przy swoim pierw­szym praw­dzi­wym wer­bunku. Ale naj­gor­sze było to, że tak naprawdę to Wasia zwer­bo­wał jego, a nie on Wasię.

– Oleg! – Krupa uniósł butelkę z piwem. – Za nas!

– Za nas! – powtó­rzył „Tra­vis”.

– I za Łuka­szenkę – dorzu­cił Wasi­lij, a widząc zdzi­wione spoj­rze­nie przy­ja­ciela, wyja­śnił: – Przy­naj­mniej dzięki niemu Bia­ło­ru­sini nie muszą jechać do Cze­cze­nii.

Zaczy­nało zmierz­chać. Wie­czór był cie­pły. Nawet nie zauwa­żyli, kiedy nad wodą mocno się prze­rze­dziło. Gdzie­nie­gdzie sie­działy jesz­cze poje­dyn­cze osoby i kil­ku­oso­bowe grupy. Prze­nie­śli się na wolną ławkę nad brze­giem. Ostra czer­wień zacho­dzą­cego słońca zmie­niała odcie­nie. Jezioro prze­ci­nała grupa tury­stów w kaja­kach.

– Od dzi­siaj się nie znamy! Póź­niej ci powiem, jaki obo­wią­zuje mię­dzy nami sys­tem łącz­no­ści. Na razie musisz wyczy­ścić nasze bilingi tele­fo­niczne z ostat­niego tygo­dnia. Swój i mój!

– Nie ma pro­blemu. Mogę to zro­bić z łatwo­ścią. W MTS i BeST sie­dzą nasi ludzie. To moi kum­ple.

– Trzeba będzie pil­nie zor­ga­ni­zo­wać czy­ste tele­fony komór­kowe i karty SIM. Zaj­miesz się tym? Ja nie mam moż­li­wo­ści stu­pro­cen­to­wego spraw­dze­nia tele­fo­nów. Nie możemy ryzy­ko­wać! Tym bar­dziej że w naj­bliż­szych dniach… będziemy mieli pilną robotę.

– Już?! – nie­mal wykrzyk­nął Krupa, bar­dziej pobu­dzony alko­ho­lem niż sło­wami „Tra­visa”.

– Tak bywa… Dla­tego spie­szy­łem się tro­chę z tą roz­mową. Bar­dzo na cie­bie liczę, Wasia. Ale o tym za chwilę. Pora­dzisz sobie z tymi tele­fo­nami? W kontr­wy­wia­dzie to powinno być łatwiej­sze.

– Myślę, że naj­le­piej użyć praw­dzi­wych tele­fo­nów i kart wyko­rzy­sty­wa­nych do auten­tycz­nych spraw ope­ra­cyj­nych. – Krupa zamy­ślił się na chwilę. – Mam agentkę w amba­sa­dzie bry­tyj­skiej, pseu­do­nim „Tola”. Taka pomoc kon­su­larno-języ­kowa. Praw­dziwa bia­ło­ru­ska pięk­ność… Znasz te kli­maty, nie? No i „Tola” pro­wa­dzi za kutasa małego ryżego Anglika, swo­jego szefa. Oczy­wi­ście jego żona w Lon­dy­nie o niczym nie wie. Nawet o tym, że „Tola” jest tam teraz na pół­rocz­nym kur­sie języ­ko­wym. Jacy ci Anglicy są durni!

– Faceci są durni! – prze­rwał mu „Tra­vis”. – Szcze­gól­nie ci, któ­rzy myślą kuta­sem. Zaj­miemy się tą sprawą póź­niej. Co z tym tele­fo­nem?

– Nic! Sprawa pro­sta. „Tola” miała spe­cjalny tele­fon do kon­tak­tów ze mną. Dwa apa­raty i numery. W pełni zabez­pie­czone w sieci… z oczy­wi­stych powo­dów. Mam nad nimi pełną ope­ra­cyjną kon­trolę i nikt nie może nic zro­bić bez mojej zgody. Bilingi są ści­śle tajne i w jed­nym egzem­pla­rzu… i są w mojej sza­fie.

– Świet­nie! O to mi cho­dziło! – ucie­szył się „Tra­vis”. – Pod latar­nią naj­ciem­niej. Teraz, gdy będziemy wra­cać, pod­je­dziemy po nie do firmy, dobrze? Łącz­ność to pod­stawa…

– Nie! Zała­twimy to jutro… Co to za robota, Oleg? – Krupa był wyraź­nie zain­te­re­so­wany.

„Tra­vi­sowi” spodo­bała się jego ini­cja­tywa i pomy­sło­wość w spra­wie tele­fo­nów. To dobrze wró­żyło na przy­szłość.

Wokoło było już zupeł­nie pusto, więc obaj pod­nie­śli się jak na komendę, pode­szli do brzegu i pozbyli się męczą­cego uci­sku na pęcherz.

– Przy­nieś jesz­cze po piwie – zarzą­dził Krupa, kiedy wró­cili na ławkę.

– Na tere­nie twier­dzy brze­skiej zako­pane jest od czter­dzie­stego pierw­szego roku archi­wum z taj­nymi mate­ria­łami NKWD. – „Tra­vis” roz­po­czął drugą część spo­tka­nia. – Dokład­nie nie wiem, co tam jest, ale Pola­kom bar­dzo na tym zależy. Zro­bią wszystko, żeby zdo­być to przed Rosja­nami…

– Archi­wum? Mówisz poważ­nie? – Krupa był szcze­rze zdzi­wiony.

– Czego nie rozu­miesz, Wasia? To są sprawy, które mogą mieć i dzi­siaj ogromne zna­cze­nie. Poza tym jeżeli tak bar­dzo zależy na tym Pola­kom i Rosja­nom, to pew­nie jesz­cze bar­dziej zale­ża­łoby Łuka­szence, gdyby o tym wie­dział. Nie?! – „Tra­vis” użył pro­stego chwytu, pewny, że tym spo­so­bem wywrze na Krupę naj­moc­niej­szy wpływ. I nie pomy­lił się!

– Oczy­wi­ście, że rozu­miem! Co mam nie rozu­mieć… Co miał­bym zro­bić? Mamy wyko­pać to archi­wum czy co? Cie­kawa sprawa!

– Ogól­nie rzecz bio­rąc, tak! Ale plan jest znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wany. Naj­pierw musisz mnie uważ­nie wysłu­chać. – „Tra­vis” też już czuł szum w gło­wie od wypi­tego piwa. – Tylko… nie prze­ry­waj! Posta­wię ci pyta­nia i pod­sunę rebusy do roz­wią­za­nia. Co się da, omó­wimy jesz­cze dzi­siaj. Reszta zosta­nie do prze­my­śle­nia na jutro… Okay?

– Nie nudź, dawaj do przodu…

– Nasz plan musi być gotowy do jutrzej­szego wie­czora.

„Tra­vis” dobrze czuł się w tej roli, a Krupa w swo­jej.

39

Misza Popo­wski zebrał swój pię­cio­oso­bowy zespół, powo­łany wyłącz­nie dla potrzeb ope­ra­cji „Klaun”. Kryp­to­nim wymy­ślił Wita­lij Bobriu­kow, który został też auto­ma­tycz­nie zastępcą szefa. Impo­no­wało mu to, bo w zespole byli ofi­ce­ro­wie o dużym doświad­cze­niu, uczest­ni­czący wcze­śniej w nie­jed­nej akcji spe­cjal­nej. Batysz­kin, mimo że nie ukoń­czył jesz­cze czter­dziestki, miał już na kon­cie kilka wła­snych ope­ra­cji za gra­nicą, a przy wielu asy­sto­wał. Sporo mówiło się o jego wyczy­nach na Bał­ka­nach i Bli­skim Wscho­dzie, ale ni­gdy nic kon­kret­nego. On sam też nic nie mówił. Mit żył swoim życiem i wszy­scy wie­rzyli, że to prawda. Tym bar­dziej że od czasu do czasu poja­wiali się rze­komi świad­ko­wie jego wyczy­nów. A dla Wita­lija jasne było, że Popo­wski pra­cuje tylko z naj­lep­szymi.

Wszy­scy wstali, kiedy szef wszedł do dużego pomiesz­cze­nia kon­fe­ren­cyj­nego bez okien w sie­dzi­bie SWZ w Jase­nie­wie. Poło­żył przed sobą teczkę, usiadł i ski­nął głową. Zajęli miej­sca wokół stołu, przy któ­rym mogło usiąść co naj­mniej trzy­dzie­ści osób. Ściany zakry­wały ogromne róż­no­ko­lo­rowe mapy, ale na cen­tral­nym miej­scu, za ple­cami Popo­wskiego, wisiała naj­więk­sza – Fede­ra­cji Rosyj­skiej. Z teczki wyjął sko­ro­szyt, który przez chwilę uważ­nie prze­glą­dał.

Bobriu­kow sie­dział naprze­ciwko i patrzył na mapę Rosji. Patrzył na mapę, ale myślał o Kasi w War­sza­wie. Po chwili jed­nak mapa przy­cią­gnęła jego uwagę bar­dziej niż marze­nia.

Towa­rzy­szyła mu przez całe życie. Była wszę­dzie, w każ­dej szkol­nej sali, waż­niej­szym urzę­dzie, była na dwor­cach kole­jo­wych i uni­wer­sy­te­cie, raz widział ją nawet w toa­le­cie na Kry­mie. Była naj­bar­dziej powa­la­ją­cym sym­bo­lem wła­dzy radziec­kiej.

Taka mapa musi uczyć pokory – pomy­ślał Wita­lij. Sama z sie­bie już mówi: „Czło­wieku, nie ma nic więk­szego na ziemi… wię­cej, nic potęż­niej­szego niż Rosja!”. Nawet Moskwa jest taka mała, gdzieś tam na lewo. Szkoda, że nie leży w środku kraju. Byłoby ide­al­nie! I jesz­cze ten kształt, wprost dosko­nały… Cho­ciaż tro­chę ubyło, teraz jest może jesz­cze pięk­niej­szy… bo… jeste­śmy sami…

– Witam was! – Głos Popo­wskiego bru­tal­nie wyrwał Bobriu­kowa z roz­my­ślań i wyraź­nie oży­wił pozo­sta­łych. – Posłu­chaj­cie uważ­nie! Prak­tycz­nie w dniu dzi­siej­szym roz­po­czy­namy ope­ra­cję „Klaun”. Rano dosta­li­śmy kopię planu, który wska­zuje, gdzie w twier­dzy brze­skiej ukryte jest archi­wum, oraz opis, a w zasa­dzie coś w rodzaju pro­to­kołu prze­słu­cha­nia, nie­ja­kiego Zubowa, ale to nie ma dla sprawy zasad­ni­czej wagi. Naj­waż­niej­sze jest jed­nak to, że nasz spe­cja­li­sta, który miał moż­li­wość zba­da­nia ory­gi­nal­nego doku­mentu, usta­lił z dużym praw­do­po­do­bień­stwem, iż jest on praw­dziwy. Nie mógł tego, nie­stety, stwier­dzić na sto pro­cent… Tak czy ina­czej mamy for­malną pod­stawę do roz­po­czę­cia dzia­ła­nia. Ryzyko, że Polacy chcą nas w coś wkrę­cić, jest teraz mniej­sze. Jak wygląda stan naszych przy­go­to­wań? Zaczy­naj, Wasia!

– Wraz z Andrie­jem Batysz­ki­nem prze­pro­wa­dzi­li­śmy roz­mowę z naczel­ni­kiem Wydziału Bia­ło­ru­skiego naszej służby. Także z puł­kow­ni­kiem Woro­bjo­wem z Fede­ral­nej Służby Bez­pie­czeń­stwa. Otrzy­ma­li­śmy zapew­nie­nie, że agen­tura, zarówno SWR, jak i FSB, będzie do naszej dys­po­zy­cji. Moż­li­wo­ści, można powie­dzieć, są w tym wzglę­dzie nie­ogra­ni­czone…

– Nie do końca! – prze­rwał Batysz­kin. – Moż­li­wo­ści są nie­małe, ale nie nie­ogra­ni­czone. Przede wszyst­kim mamy dobre wej­ścia do KGB w Miń­sku. W Brze­ściu też. Podob­nie sprawa ma się z GRU. Nato­miast źró­dła, które są w Służ­bie Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta, wydają się co naj­mniej mało wia­ry­godne. Podob­nie rzecz ma się z mili­cją bia­ło­ru­ską, któ­rej nie można zaufać – zakoń­czył Batysz­kin.

– No tak! Tak wła­śnie jest! – kon­ty­nu­ował Bobriu­kow. – Wygląda na to, że będziemy musieli oprzeć się na agen­tu­rze w KGB. Do tej pory nie mogli­śmy ujaw­nić, jakiego rodzaju ope­ra­cję będziemy pro­wa­dzić na Bia­ło­rusi, toteż wyniki naszych roz­mów są jesz­cze mało kon­kretne. Cze­ka­li­śmy na ofi­cjalną zgodę…

– Już jest! – rzu­cił krótko Popo­wski.

– Nasi naj­lepsi i spraw­dzeni ludzie są w Wydziale Kontr­wy­wiadu KGB w Miń­sku…

– Ich naczel­nik, puł­kow­nik Ste­pa­no­wycz, został nie­dawno zamor­do­wany! – Popo­wski był wyraź­nie poru­szony. – Jaja sobie robi­cie?!

– Tak tylko mogłoby się wyda­wać! Zresztą jedno z dru­gim nie ma nic wspól­nego – wtrą­cił Batysz­kin. – Ste­pa­no­wycz nie był naszym agen­tem, ponie­waż wie­dzie­li­śmy, że to sko­rum­po­wany i nie­godny zaufa­nia czło­wiek. Ale wła­śnie z tego powodu znaj­do­wał się pod naszą kon­trolą. Musie­li­śmy wie­dzieć, co robi, czy nie szko­dzi inte­re­som Rosji na Bia­ło­rusi. Czy nie sprze­dał się Ame­ry­ka­nom albo Pola­kom. Oka­zało się jed­nak, że szko­dził wyłącz­nie urzę­dowi podat­ko­wemu, zaj­mu­jąc się kon­tra­bandą…

– To są infor­ma­cje Wydziału Bia­ło­ru­skiego czy FSB? – zapy­tał Popo­wski.

– Nasze! – odpo­wie­dział tym razem Bobriu­kow, bo chciał dać dowód, że uczest­ni­czył we wszyst­kich roz­mo­wach.

– Jeżeli ten Ste­pa­no­wycz zaj­mo­wał się, jak rozu­miem, prze­my­tem na pol­skiej gra­nicy, to musiał mieć swo­ich ludzi w Służ­bie Cel­nej i wśród wyso­kich urzęd­ni­ków w Miń­sku, czyż nie? I w tam­tej­szej mafii… Towa­rzy­sze wywia­dowcy Fede­ra­cji Rosyj­skiej… rusz­cie głową! – Popo­wski był coraz bar­dziej spięty. – Czy myśli­cie, że Polacy o tym nie wie­dzą? Mają dosko­nałe roz­po­zna­nie, co się dzieje na Bia­ło­rusi, nie gor­sze niż my, a już na pewno w stre­fie przy­gra­nicz­nej, w Brze­ściu. Szef kontr­wy­wiadu zaj­muje się prze­my­tem i myśli­cie, że oni o tym nie wie­dzą?! Wie­dzą dosko­nale! To wyma­rzona sytu­acja dla każ­dej służby! – Popo­wski mówił ostro i z wyrzu­tem, aż Bobriu­kow poczuł się sko­pany. – Trzeba wam to tłu­ma­czyć?! A jeżeli Ste­pa­no­wycz pra­co­wał dla Zachodu, to ta cała nasza, jak mówi­cie, naj­lep­sza agen­tura jest widoczna jak kar­pie w kałuży. Jedyna nadzieja, że i oni takiego ścierwa nie chcie­liby wziąć…

– Nasi w Wydziale Bia­ło­ru­skim tak wła­śnie uwa­żają. – Znów głos zabrał Batysz­kin, który nie prze­jął się repry­mendą. – Nie było żad­nych oznak, że dla kogoś pra­cuje. Kilka razy pró­bo­wa­li­śmy usu­nąć go ze sta­no­wi­ska, ale miał mocne plecy u Łuka­szenki. Zresztą o jego ciem­nych inte­re­sach wszy­scy wie­dzieli, nawet się z tym nie krył. Dobrze zara­biał. Ile mógłby zaro­bić u Ame­ry­ka­nów czy Niem­ców?! Za duże ryzyko! Tego Łuka­szenka by mu nie daro­wał. Ste­pa­no­wycz odda­wał gdzie trzeba działkę z prze­mytu i inte­resy się krę­ciły. Obser­wo­wali go i pil­no­wali dwaj nasi ofi­ce­ro­wie. Na­dal tam są. Jeden sie­dział z nim w tym biz­ne­sie…

– No dobrze. Przyj­mijmy, że wszystko jest okay. – Popo­wski zmie­nił ton. – Rozu­miem, że bie­rzemy ich do tej roboty, czy tak?

– Tak. Oprócz tego mamy do pomocy kapi­tana KGB z Brze­ścia i naczel­nika Straży Gra­nicz­nej. Obaj spraw­dzeni i lojalni. Byli już przez nas wyko­rzy­sty­wani w ostrych ope­ra­cjach…

– W takim razie, Wita­lij i Andriej, moż­li­wie jak naj­szyb­ciej poje­dzie­cie do Miń­ska i na miej­scu przy­go­tu­je­cie nasze dzia­ła­nia. Bia­ło­ru­sini nie mogą wie­dzieć, że szu­kamy archi­wum. Zresztą naj­pierw trzeba im się dobrze przyj­rzeć. Musi­cie ich spraw­dzić!

– Nie da się przed nimi ukryć, że chcemy kopać na tere­nie twier­dzy, bo prze­cież bez ich pomocy tego nie zro­bimy. To oczy­wi­ste! – włą­czył się w końcu Bobriu­kow.

– Może powiemy im, że musimy zabrać spe­cjalne… jakieś nad­zwy­czaj tajne, eks­pe­ry­men­talne urzą­dze­nie elek­tro­niczne do pod­ziem­nego nasłu­chu Pola­ków? – zapro­po­no­wał Batysz­kin.

Sala wypeł­niła się grom­kim śmie­chem.

Popo­wski pokrę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

– Miejmy nadzieję, że uwie­rzą. Im bar­dziej nie­praw­do­po­dobne tłu­ma­cze­nie, tym łatwiej w nie uwie­rzyć. Trzeba je tylko odpo­wied­nio opa­ko­wać i sprze­dać. Udaje się wtedy cza­sami wci­snąć naj­więk­sze idio­ty­zmy. Ale Bia­ło­ru­sini to jed­nak nie idioci! Pamię­taj­cie! – Popo­wski zamknął temat, wciąż się śmie­jąc. Naj­gło­śniej śmiał się jed­nak Bobriu­kow. – Przy­jadę do Miń­ska na początku przy­szłego tygo­dnia. Mam nadzieję, że będzie­cie już ze wszyst­kim gotowi. Nato­miast ty, Tatiano, i Kola zaj­mie­cie się ana­lizą planu twier­dzy. Zebra­li­ście już wszyst­kie mapy i doku­menty? – zwró­cił się do mil­czą­cych do tej pory ofi­ce­rów po dru­giej stro­nie stołu.

– Jeste­śmy gotowi, towa­rzy­szu naczel­niku! – odpo­wie­działa, wsta­jąc, szczu­pła, wysoka i pie­go­wata Tatiana o rosyj­skim per­ka­tym nosku. – Potrze­bu­jemy tylko planu i będziemy gotowi poje­chać do Brze­ścia, żeby prze­pro­wa­dzić wizję lokalną.

– Oto wasz plan!

Popo­wski wstał, prze­szedł uro­czy­ście przez pokój i wrę­czył Tatia­nie cienki sko­ro­szyt.

40

Kon­rad cze­kał na Sarę, która wła­śnie przy­szła i roz­pa­ko­wy­wała się w swoim pokoju. Łyk­nął już dwie kawy, ale wciąż szu­miało mu w gło­wie. Dzi­wił się tro­chę, bo prze­cież nie wypił wczo­raj dużo. Na wszelki wypa­dek przy­je­chał jed­nak metrem.

– Widzia­łeś? – zapy­tała Sara, gdy tylko weszła do pokoju. – Mar­cin jest w mary­narce, koszuli i kra­wa­cie! Rano! Czy coś się stało pod moją nie­obec­ność?

– Rze­czy­wi­ście! Kiedy dawał mi przez szybę znaki, że chce poroz­ma­wiać, czu­łem, że jest z nim coś nie tak! – rzu­cił z auten­tycz­nym zdzi­wie­niem. – Kaza­łem mu pocze­kać… – Pod­szedł i objął ją na przy­wi­ta­nie. – Cześć. Tro­chę się o cie­bie mar­twi­łem. Mia­łaś jakieś pro­blemy z tele­fo­nem?

– Nie! Wszystko w porządku. Zaga­pi­łam się przez chwilę… zapo­mnia­łam włą­czyć. Spo­tka­łam takich faj­nych stu­den­tów…

– Okay! Nie ma sprawy! – skwi­to­wał Kon­rad. Wyczuł w jej gło­sie, że wyda­rzyło się coś, o czym nie chce mu powie­dzieć. Na tyle dobrze znał Sarę, że był abso­lut­nie pewien, iż cokol­wiek to było, nie miało nic wspól­nego z pracą. – Opi­szesz wszystko w rapor­cie…

– Chyba teraz nie zdążę – wtrą­ciła z prze­ko­na­niem. – Raport z tego wyjazdu będzie musiał pocze­kać.

Kon­rad spoj­rzał na nią z zacie­ka­wie­niem. Uśmiech­nęła się ni to tajem­ni­czo, ni to filu­ter­nie. Zro­zu­miał ją natych­miast i przy­siadł na biurku.

– „Tra­vis”? Mów!

Wie­dział… był pewien, że ten chło­pak im się przyda, a teraz, patrząc na roz­pro­mie­nioną Sarę, nie miał już wąt­pli­wo­ści.

– „Tra­vis” spi­sał się wyśmie­ni­cie. To twardy zawod­nik, ale… chce wra­cać.

Kon­rad aż wstał z biurka.

– Co się dzieje?!

– Nor­malne zmę­cze­nie mate­riału… po pro­stu ma już dość! Cze­goś nie rozu­miesz?! – Sara była tro­chę pode­ner­wo­wana. – Poroz­ma­wiamy o tym póź­niej, okay? Obie­ca­łam mu, że po tej ope­ra­cji go wyco­fu­jemy i że uru­cha­miamy już pro­ce­durę eks­fil­tra­cyjną oraz łącz­ność spe­cjalną. Pil­nie muszę jechać do Miń­ska i spo­tkać się z nim raz jesz­cze.

– Wszystko rozu­miem. Zda­jesz sobie sprawę, że jego wyco­fa­nie to skom­pli­ko­wany pro­ces?

– Radeczku…

– Nie możemy tego zro­bić bez zgody kie­row­nic­twa…

– To twój pro­blem, jak ją uzy­skasz. Tak czy ina­czej „Tra­vis” wraca!

Kon­rad zro­zu­miał, iż prze­cią­ga­nie tej dys­ku­sji nie ma sensu, zwłasz­cza że całe przed­się­wzię­cie w Brze­ściu to prak­tycz­nie samo­wolka.

– Saro, zała­twię sprawę z „Gene­ra­łem”. Nie ma żad­nego pro­blemu! Ja wszystko rozu­miem! Tro­chę mnie zasko­czy­łaś i muszę pozbie­rać myśli… Chyba cię to nie dziwi? – Usiadł w fotelu za biur­kiem i przy­gryzł dolną wargę. – Dobrze! Za chwilę powo­łamy zespół, który zaj­mie się eks­fil­tra­cją „Tra­visa” – ode­zwał się po zasta­no­wie­niu. – Wszyst­kie jego doku­menty są u cie­bie? Przy­go­tuj je!

– Zleć M-Irkowi, by natych­miast uru­cho­mili łącz­ność spe­cjalną z „Tra­vi­sem” – wtrą­ciła Sara.

Kon­rad wezwał przez inter­kom Irka.

– Zanim przyj­dzie, powiedz mi…

– Pamię­tasz szy­fro­gram z Rygi o zabój­stwie wyż­szego ofi­cera KGB? – weszła mu w słowo Sara. A gdy ski­nął głową, wyja­śniła: – To puł­kow­nik Ste­pa­no­wycz z kontr­wy­wiadu KGB. Został zamor­do­wany na klatce scho­do­wej swo­jego domu.

– Poważna sprawa – rzu­cił. – Już wiem, o co cho­dzi…

– Cie­pło… cie­pło, naczel­niku! Docho­dze­nie w tej spra­wie pro­wa­dzi Służba Bez­pie­czeń­stwa Pre­zy­denta na oso­bi­ste pole­ce­nie Łuki.

– Dostali szansę dobra­nia się do skóry kie­row­nic­twu KGB i gene­ra­łowi Kraw­czence…

– Czyli, Radeczku… będą prze­świe­tlać każ­dego ofi­cera, który miał kon­takt ze Ste­pa­no­wy­czem. „Tra­vis” go znał i wszy­scy o tym wie­dzieli. Nie możemy liczyć na to, że prze­świe­tle­nie nic nie wykaże. Nie ma cze­goś takiego jak ide­alny życio­rys nie­le­gała…

– Tylko trzeba naj­pierw wie­dzieć, który to…

– Teraz rozu­miesz, dla­czego chce wra­cać. – Sara patrzyła Kon­ra­dowi pro­sto w oczy. Po chwili opu­ściła na moment wzrok i deli­kat­nie poki­wała głową. – Ta sytu­acja wyczer­pała go psy­chicz­nie. Bar­dzo mar­twi się o Popo­wów… Nie mamy dużo czasu!

Trza­ska­jąc zapal­niczką Zippo gło­śniej niż zwy­kle, zapa­liła dru­giego papie­rosa. Przez jakieś dwie minuty sie­dzieli naprze­ciw sie­bie w mil­cze­niu, każde ze swo­imi myślami. Kon­rad wyglą­dał na praw­dzi­wie prze­ję­tego sprawą kapi­tana Igora Sza­niaw­skiego, ale chciał już przejść do rze­czy.

– Czy „Tra­vis” ma jakiś pomysł na zdo­by­cie archi­wum?

– Wszystko dobrze się zło­żyło. Pomysł jest! – z opty­mi­zmem w gło­sie zaczęła Sara. – Szczę­ście w nie­szczę­ściu… Pomysł moż­liwy do reali­za­cji, ale pod warun­kiem, że potem wyco­famy chło­paka z Miń­ska. Jest jed­nak coś jesz­cze…

– Co?

– „Tra­vis” sam nie jest w sta­nie nic zro­bić…

– Saro…

– Pra­cuje prze­cież w logi­styce, a do tej roboty potrzeba kogoś z pionu ope­ra­cyj­nego. – Jej twarz roz­ja­śnił sze­roki uśmiech, który miała wyćwi­czony na takie oka­zje, i Kon­rad wie­dział już, że jest dobrze, bo korzy­stała z niego wyjąt­kowo rzadko. – Przy spra­wie tego Ste­pa­no­wy­cza „Tra­vis” ugo­to­wał mło­dego kapi­tana kontr­wy­wiadu w Miń­sku… nie­ja­kiego Wasi­lija Krupę. Ste­pa­no­wycz zaj­mo­wał się od dawna kon­tra­bandą, mię­dzy innymi prze­my­tem papie­ro­sów…

– Pamię­tam! – nie­mal wykrzyk­nął Kon­rad. – Pamię­tam! Gdzieś… były infor­ma­cje agen­tu­ralne na jego temat.

– Dobrze pamię­tasz. Ste­pa­no­wycz wcią­gnął do inte­resu Krupę, by mieć alibi, a Krupa marzył o nowym samo­cho­dzie i potrze­bo­wał kasy, zresztą… prze­ło­żo­nym się nie odma­wia, prawda?

– Prawda!

– W dzień zabój­stwa Ste­pa­no­wy­cza Krupa i dwóch wyso­kich rangą cel­ni­ków piło w miesz­ka­niu kon­spi­ra­cyj­nym. Oble­wali jakiś duży biz­nes.

– A… skąd „Tra­vis” o tym wie­dział? Od Krupy? – zdzi­wił się Kon­rad.

– Mówi, że pod­pu­ścił Krupę i ten sam się wysy­pał. „Tra­vis” dał mu alibi na wie­czór, kiedy zgi­nął Ste­pa­no­wycz…

– Pocze­kaj! Cze­goś nie rozu­miem…

– Czego nie rozu­miesz?! Po pro­stu zagrał na jego emo­cjach… bo i tak prę­dzej czy póź­niej bez­pieka dopad­nie cel­ni­ków, całą tę prze­myt­ni­czą bandę, a wtedy wszystko będzie jasne. Rozu­miesz już?

– No… nie bar­dzo! „Tra­vis” zwer­bo­wał Krupę, bo… jak? Mam nadzieję, że ten Krupa nie zabił swo­jego szefa?

– Nie rozu­miesz! Czy ja powie­dzia­łam, że zwer­bo­wał? Powie­dzia­łam, że ugo­to­wał!

Zdzi­wione spoj­rze­nie Kon­rada nie pozo­sta­wiało złu­dzeń, że potrzebne są dal­sze szcze­góły.

– Nie wia­domo, kto roz­pła­tał towa­rzy­sza puł­kow­nika, ale Krupa bał się, że jeżeli szybko nie znajdą praw­dzi­wych spraw­ców… albo znajdą nie tych co trzeba… to wro­bią w to jego. Poza tym Krupa lubi kasę i tak dalej, podobno ma nawet jakieś pol­skie korze­nie.

– No… Teraz rozu­miem, dla­czego „Tra­vis” dał mu alibi – powie­dział z prze­ko­na­niem Kon­rad.

– To nie jest tak, że to alibi zała­twia sprawę, nie… Obaj tylko zyskali tro­chę na cza­sie. Krupa odkrył się przed „Tra­vi­sem” i oka­zał goto­wość do współ­pracy. Oczy­wi­ście nie ma poję­cia, kim jest „Tra­vis”… to zna­czy Popow… to zna­czy „Tra­vis”. Dowie się tego dokład­nie dzi­siaj! – cią­gnęła Sara.

– Tylko nie mów, że…

– Powie jedy­nie, że jest pol­skim agen­tem… od lat… pra­cuje z pobu­dek ide­owych i takie tam… Rozu­miesz, ani słowa, że jest ofi­ce­rem. – Sara prze­rwała na chwilę, zga­siła papie­rosa i nalała sobie wody do szklanki.

– Nalej i mnie. – Kon­rad pod­sta­wił swoją. – No i co dalej?

– Prawdę mówiąc, jest coś dziw­nego w opo­wie­ści „Tra­visa”. Nie wiem jesz­cze co, ale czuję, że ta jego psy­cho­lo­giczna roz­grywka wokół Krupy, którą mi zre­la­cjo­no­wał, prze­bie­gła zbyt łatwo. Igor wygląda chwi­lami, jakby miał objawy zała­ma­nia psy­chicz­nego. Czy w takim sta­nie mógłby się skon­cen­tro­wać na tak trud­nej akcji? Znam go dobrze i nie mam powo­dów, by mu nie ufać… ale…

– Saro! – wtrą­cił Kon­rad. – Ufamy „Tra­vi­sowi”. Oczy­wi­ście, że mu ufamy! Co do tego jeste­śmy zgodni. Tak jak ufamy sobie i każ­demu innemu ofi­ce­rowi. Ina­czej ta praca nie mia­łaby sensu. Pro­blem w tym, że w pew­nym momen­cie nie­le­ga­ło­wie zaczy­nają żyć wła­snym życiem, które jest kopią życia, ale oni o tym nie wie­dzą. Wydaje im się, że roz­róż­niają rze­czy­wi­stość i fik­cję, że nad tym panują. Ale prawda jest inna. Nie panują! Oba światy zaczy­nają im się mie­szać. Dla­tego wolę „Tra­visa”, który potrafi powie­dzieć „dość!”, bo to świad­czy, że nie zwa­rio­wał, niż takiego, który tkwi w tym świe­cie szczę­śliwy. – Kon­rad zamilkł na kil­ka­na­ście sekund. – Co pro­po­nuje „Tra­vis”? – zapy­tał, jakby to, co powie­dział przed chwilą, było tak oczy­wi­ste, że nie wyma­gało jej komen­ta­rza.

Sara nie zdą­żyła odpo­wie­dzieć, bo do pokoju wszedł Irek. Kon­rad wydał mu krót­kie pole­ce­nie nawią­za­nia łącz­no­ści spe­cjal­nej z „Tra­vi­sem” zgod­nie z od dawna przy­go­to­wa­nym pla­nem. Irek ski­nął głową na znak, że wszystko jasne, i wyszedł bez słowa.

– „Tra­vis” na razie nie pro­po­nuje niczego kon­kret­nego. Uważa nato­miast, że jeżeli Krupa pój­dzie na całość i zgo­dzi się wziąć udział w tym przed­się­wzię­ciu, powo­dze­nie jest nie­mal gwa­ran­to­wane. Zała­twić to może tylko on. Idea mi się podoba, ale dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. „Tra­vis” będzie to wie­dział dopiero wtedy, gdy zwer­buje Krupę… Jeżeli mu się uda…

– To ma być dzi­siaj, tak? – zapy­tał Kon­rad, by się upew­nić. – Idea dobra, ale ma krót­kie nogi. KGB szybko się zorien­tuje, że coś tu nie gra…

– Otóż to! – Sara unio­sła palec wska­zu­jący. – Musimy eks­fil­tro­wać nie tylko „Tra­visa”… musimy zabrać też tego Krupę z Bia­ło­rusi – dodała nie­pew­nym gło­sem, gdyż wie­działa, że bez odpo­wied­niego przy­go­to­wa­nia wywie­zie­nie Krupy nie będzie łatwe.

– To będzie pro­blem! – zare­ago­wał Kon­rad, czy­ta­jąc w jej myślach. – Cóż! Nie mamy chyba wyj­ścia. Trzeba zatem pil­nie zacząć przy­go­to­wa­nia. Potrzebne będą dla niego dobre lewe papiery. Nie będę się teraz zasta­na­wiał, co z nim póź­niej zro­bimy, ale może przyda nam się ofi­cer kontr­wy­wiadu KGB.

– Według „Tra­visa” gość ma nóż na gar­dle. Musi ucie­kać! Zresztą ponoć ma już dość reżimu…

– Mówi­łaś, że Krupa tego feral­nego wie­czoru pił ze Ste­pa­no­wy­czem i cel­ni­kami – prze­rwał jej Kon­rad, powra­ca­jąc do wcze­śniej­szego wątku. – Dobrze cię zro­zu­mia­łem?!

– Dobrze! A co…?

Kon­rad wstał i ener­gicz­nie pod­szedł do swo­jej szafy pan­cer­nej.

– Mam chyba coś cie­ka­wego. Teraz mi się to przy­po­mniało…

Po chwili poszu­ki­wań wyjął doku­ment wydru­ko­wany na czer­wo­nym papie­rze i podał go Sarze.

– Zobacz! To jest infor­ma­cja Mosadu sprzed kilku tygo­dni. Uzy­skana pew­nie od jakie­goś ich agenta w Moskwie. Doku­ment doty­czy oceny rosyj­skiego wywiadu, ogól­nie stop­nia korup­cji w KGB i admi­ni­stra­cji pre­zy­denta. Powi­nien tu być frag­ment doty­czący bia­ło­ru­skiej Służby Cel­nej… Prze­czy­taj to! To wszystko jest ze sobą ści­śle powią­zane: struk­tury, ludzie, mafia…

Kon­rad prze­rwał na chwilę, by Sara mogła spo­koj­nie zapo­znać się z doku­men­tem. Jed­nak zanim zdą­żyła go choćby przej­rzeć, zmie­nił miej­sce i usiadł­szy obok niej na fotelu, zaczął mówić z ledwo wyczu­wal­nym pod­nie­ce­niem:

– To nie­sa­mo­wite! Myśla­łem, żeby zro­bić coś podob­nego. A „Tra­vis” pod­po­wie­dział mi, jak to zro­bić! Ale, co naj­waż­niej­sze, wska­zał nam chyba odpo­wied­nie narzę­dzia. Ten Krupa ma kon­takt z mafią celną… czy tak zro­zu­mia­łaś „Tra­visa”?

– Spe­cjal­nie tej kwe­stii nie bada­łam. Ale z jego wypo­wie­dzi wynika, że to oczy­wi­ste. Prze­cież pił z nimi tego wie­czoru.

– Też muszą być teraz nie­źle ob… wystra­szeni…

– Dostał kasę… to nie mogło być pierw­szy raz. Muszą mieć do niego zaufa­nie. Nawet jeżeli był przy­du­pa­sem Ste­pa­no­wy­cza. W tym śro­do­wi­sku są okre­ślone zasady i, jak widać, można łatwo dać gar­dło.

– M-Irek przy­go­to­wali dosko­nałą kopię planu ukry­cia archi­wum na tere­nie twier­dzy brze­skiej. Pod­pro­wa­dzili nawet odpo­wiedni papier z Biblio­teki Naro­do­wej. – Sara spoj­rzała na niego ze zdzi­wie­niem. – Wczo­raj rano odda­łem cały pakiet doku­men­tów sze­fowi, który przy mnie zadzwo­nił do Małec­kiego. Podobno IPN już się nie­cier­pli­wił. Teraz trzeba cze­kać! A w zasa­dzie musimy teraz zanę­cić Rosjan. I zro­bimy to przez „Tra­visa”, a wła­ści­wie przez Krupę…

– Co powie­dzia­łeś sze­fowi? Że się przy­go­to­wu­jemy? Wyka­zy­wał jakieś głęb­sze zain­te­re­so­wa­nie?

– Ow­szem! Jak zwy­kle chciał powie­dzieć coś mądrego i nie mogłem go zro­zu­mieć… – Oboje się roze­śmiali. – No nie! Zro­zu­mia­łem około dwu­dzie­stu pro­cent. Cza­sami jak go słu­cham, to myślę, że ze mną jest coś nie tak. Ale jak cie­bie słu­cham, to nie mam tego pro­blemu.

– Kie­dyś obser­wo­wa­łam go na nara­dzie i mia­łam wra­że­nie, że to jakiś paro­dy­sta. Wiesz, taki z HBO na sto­jaka. Ale to nie jest Monty Python! Nie­stety!

– Dajmy mu spo­kój – rzu­cił zupeł­nie już poważ­nie Kon­rad. – Zasta­nówmy się teraz nad sce­na­riu­szem dzia­łań w Brze­ściu. Mamy dwie ope­ra­cje: akcję „Tra­visa” i Krupy, czyli wydo­by­cia archi­wum, i drugą, czyli wypusz­cze­nia Rosjan i Bia­ło­ru­si­nów na sie­bie. Zdo­bę­dziemy w ten spo­sób rów­nież potwier­dze­nie, czy sie­dzi u nas ruski kret. Może nawet uda się skur­wy­syna namie­rzyć… – Prze­rwał na chwilę i znów wezwał przez tele­fon Irka. – Zapo­mnia­łem o czymś!

Irek poja­wił się natych­miast.

– Co z tym magne­to­me­trem? – zapy­tał ostro Kon­rad.

– Mamy go u sie­bie. Wła­śnie testu­jemy – bez­na­mięt­nie odparł Irek.

– Nie mogłeś mi tego od razu powie­dzieć?! Gdzie go zdo­by­li­ście? – W jego gło­sie sły­chać było nutę satys­fak­cji.

Irek wzru­sze­niem ramion pomi­nął pierw­sze pyta­nie i od razu prze­szedł do dru­giego.

– Nie zdo­by­li­śmy, tylko poży­czy­li­śmy z Insty­tutu Geo­fi­zyki PAN. Rachu­nek w przy­go­to­wa­niu. Spora kwota. To naj­no­wo­cze­śniej­szy magne­to­metr pro­to­nowy. Kosz­tuje ponad dwie­ście tysięcy dola­rów. Wygląda pra­wie jak nor­malny lap­top. Opra­co­wu­jemy wła­śnie instruk­cję obsługi, taką w sam raz na pozio­mie ucznia gim­na­zjum.

Irek zakoń­czył i stał, cze­ka­jąc na reak­cję szefa.

– Dzięki! Na was można pole­gać! – rzu­cił jak zwy­kle Kon­rad i poczuł zawsty­dze­nie, że wcze­śniej na moment w nich zwąt­pił. – Przyj­dziemy do was póź­niej, to nauczy­cie Sarę obsługi.

Irek w typowy dla sie­bie spo­sób po pro­stu odwró­cił się i wyszedł.

– Magne­to­metr to urzą­dze­nie pozwa­la­jące dokład­nie zlo­ka­li­zo­wać przed­mioty znaj­du­jące się pod zie­mią poprzez bada­nie obrazu pola magne­tycz­nego. Uży­wają tego arche­olo­dzy – wyja­śnił Kon­rad Sarze, wyraź­nie zdzi­wio­nej jego roz­mową z Irkiem. – No wiesz… to taki wykry­wacz metali.

– Rozu­miem. Dobry pomysł! Ruszamy do przodu z tą sprawą. – Była już tro­chę znie­cier­pli­wiona. – Ale teraz powiedz mi, co z tymi dwiema ope­ra­cjami w Brze­ściu. A w zasa­dzie z tą drugą. Co pla­nu­jesz?

– Naj­pierw zaczniemy od tego, co mają zro­bić „Tra­vis” i Krupa. Nie będzie to łatwe zada­nie. To, co teraz uzgod­nimy, prze­ka­żesz „Tra­visowi” i upew­nisz się, że wszystko dobrze zro­zu­miał. Potem zosta­nie nam tylko łącz­ność spe­cjalna, a z tym może być róż­nie. Nie będzie też odwrotu! Jeżeli ope­ra­cja ruszy… a ruszy z chwilą two­jego wyjazdu do Miń­ska… nie będziemy mogli jej zatrzy­mać. Nie możemy zanie­dbać żad­nego dro­bia­zgu. – Kon­rad mówił z prze­ko­na­niem, cho­ciaż nie musiał, bo Sara dobrze znała zasady gry w wywia­dzie.

Docho­dziła sie­dem­na­sta. Kon­rada już nie­mal mdliło z głodu. Pod­czas narady z Sarą i M-Irkiem wypili litry kawy. Nawet Ewa pro­po­no­wała, że przy­nie­sie im coś do zje­dze­nia. Adre­na­lina pobu­dzona pod­nie­ce­niem i stre­sem zabi­jała jed­nak wszyst­kie inne odczu­cia. Teraz, gdy Sara poje­chała już do domu przy­go­to­wać się do wyjazdu, poczuł roz­luź­nie­nie i głód.

Usiadł za biur­kiem i włą­czył tele­wi­zor. Otwo­rzyły się drzwi i weszła Ewa.

– Zaraz wycho­dzę. Nie pij już kawy. Zro­bię ci nudle pomi­do­rowe. Mam jesz­cze paczkę – powie­działa. Kon­ra­dowi przy­po­mniało się, że Ewa jest od dzie­się­ciu lat na per­ma­nent­nej die­cie. Bez­sku­tecz­nie! – Mar­cin wciąż czeka, chce się do cie­bie dostać. Chyba zniósł już kopę jajek!

– Rze­czy­wi­ście! Zapo­mnia­łem! Powiedz mu, żeby przy­szedł… Nudle… chęt­nie. Dzię­kuję!

Mar­cin zja­wił się w oka­mgnie­niu i wcale nie wyglą­dał na znu­dzo­nego. Prze­ciw­nie, Kon­rad odniósł wra­że­nie, że jest jesz­cze bar­dziej pobu­dzony niż rano.

– Prze­pra­szam cię, że cze­ka­łeś tak długo, ale mamy teraz z Sarą Wielką Par­du­bicką. Zaczy­namy wkrótce na ostro robotę w Miń­sku. Będziesz musiał odło­żyć tego Szweda z Gdań­ska… Jor­gen­sena, tak? No dobrze! Mówi­łeś przez tele­fon, że to cie­kawa sprawa. Opo­wiedz! Tylko miej dla mnie litość…

– Tak jest, sze­fie!

– Potem zaj­miesz się przy­go­to­wa­niem kom­pletu lewych doku­men­tów dla jed­nego Bia­ło­ru­sina. Wiek około trzy­dzie­stu pię­ciu lat. – Kon­rad wstał, żeby otwo­rzyć drzwi Ewie, która nio­sła talerz z nudlami.

– Mogę usiąść, sze­fie? – zapy­tał Mar­cin, choć nie zamie­rzał cze­kać na pozwo­le­nie. – Tak, nazywa się Jor­gen­sen. Szef to ma pamięć do nazwisk – rzu­cił żar­to­bli­wie.

Kon­rad zaczął jeść.

– Zapo­mnia­łeś o lito­ści dla sze­fów po sie­dem­na­stej!

– Tak jest, sze­fie! Tutaj jest mój szcze­gó­łowy raport z usta­leń w Gdań­sku…

– Nie­sa­mo­wite, Mar­cinku! Już napi­sa­łeś! – Kon­rad na chwilę prze­rwał jedze­nie, uniósł łyżkę i zapy­tał: – Nie będzie ci prze­szka­dzać?!

– Ależ skąd, sze­fie! Też lubię chiń­skie dania, prze­cież szef wie!

– To jest pomi­do­rowa…

– Z sele­rem nacio­wym? Pycha! Nie ma to jak wło­ska kuch­nia… też lubię…

– To są nudle za pół­tora zło­tego. – Kon­rad lubił to iro­niczne lizu­so­stwo Mar­cina i mu na nie pozwa­lał. – No… zasko­czy­łeś mnie… masz gotowy raport? To do cie­bie nie­po­dobne. Czy coś się stało?! – zapy­tał z prze­ką­sem, ale i z praw­dzi­wym zasko­cze­niem, gdyż Mar­cin jesz­cze ni­gdy nie oddał raportu szyb­ciej niż po tygo­dniu.

– Od dzi­siaj przy­cho­dzę do pracy w regu­la­mi­no­wej mary­narce i bez pomady, ale koszulki Bahama zostają – oświad­czył Mar­cin, gdy wyczuł przy­ja­zny ton szefa. – Tra­fi­łem tygrysa albi­nosa! Jor­gen­sen to praw­dziwy nie­le­gał! Naj­praw­dziw­szy! Piękny! Albi­nos sybe­ryj­ski. Wielki! Od razu go polu­bi­łem…

Kon­rad prze­rwał jeść i spoj­rzał na Mar­cina z zain­te­re­so­wa­niem.

– Okay! Wszystko jest w rapor­cie. Jor­gen­sen mówi dobrze po pol­sku, lecz z jakimś takim dziw­nym akcen­tem… a może w dia­lek­cie. Wygląda na to, że albo wyje­chał z Pol­ski bar­dzo dawno temu, albo gdzieś się nauczył. Bar­dziej praw­do­po­dobne jest jed­nak to pierw­sze. Booo… na pro­mie spo­tkał, w zasa­dzie zacze­pił, dwóch… Bia­ło­ru­si­nów i w roz­mo­wie z nimi wspo­mniał, że pocho­dzi spod Grodna. Zapi­sa­łem nazwę tej wsi, jest w rapor­cie. Trudno tak od razu oce­nić, czy to prawda, czy jakaś zmyła albo zasłona. – Mar­cin zauwa­żył, że Kon­rad w dal­szym ciągu trwa w tej samej pozy­cji, z łyżką zawie­szoną nad tale­rzem, i słu­cha z coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem. – Zszedł z promu, wziął tak­sówkę i poje­chał do hotelu Rezy­dent…

– W Sopo­cie? Znam… Koło dworca. Drogi hotel!

– Szef to zna wszyst­kie ele­ganc­kie hotele… – Mar­cina nie opusz­czał dobry nastrój.

– Poje­chał do hotelu Rezy­dent…

– Spę­dził tam kilka godzin. Po czym wró­cił na prom tak­sówką, wyraź­nie spraw­dza­jąc, czy nie idzie za nim obser­wa­cja…

– Usta­li­łeś, co robił w hotelu? – zapy­tał Kon­rad.

– I to jest teraz naj­waż­niej­sze, sze­fie! – Mar­cin zupeł­nie zmie­nił ton. – Usta­li­łem ponad wszelką wąt­pli­wość, z kim się spo­tkał Hans Jor­gen­sen… czy jak mu tam… w pokoju numer sto czter­dzie­ści pięć. Ten czło­wiek nazywa się… – Mar­cin zawa­hał się na sekundę – Zenon Rupert! To nazwi­sko coś sze­fowi mówi?!

Kon­rad poczuł, że drżą mu ręce.

– Zbi­gniew Rupert, mini­ster obrony – odpo­wie­dział nie­pew­nie. – To ktoś z rodziny? Rzad­kie nazwi­sko…

– Zenon Rupert, syn Zbi­gniewa. Obec­nie zatrud­niony w Insty­tu­cie Pamięci Naro­do­wej jako asy­stent pro­fe­sora Małec­kiego.

Kon­rad zupeł­nie stra­cił ape­tyt na pomi­do­rowe nudle. Wstał, wyszedł zza biurka i zbli­żył się do Mar­cina.

– Powiedz to jesz­cze raz. Syn Zbi­gniewa, zatrud­niony w IPN? Jesteś pewien? Kurwa, Mar­cin, nie popier­do­li­łeś cze­goś?! – Wziął go za klapy. – Jesteś pewien?! – Jego głos brzmiał nie­na­tu­ral­nie twardo i bez­barw­nie.

– Na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent, sze­fie! Wszystko jest opi­sane w rapor­cie. Krok po kroku, słowo po sło­wie. Nie mogłem się pomy­lić. Chyba że jest w Pol­sce jesz­cze jeden Zenon Rupert, syn Zbi­gniewa.

Kon­rad pod­szedł do okna i znie­ru­cho­miał jak aktor na sce­nie. Po chwili wró­cił, usiadł za biur­kiem i skoń­czył nudle. Mar­cin mil­czał zmie­szany, bo ni­gdy wcze­śniej nie widział u niego takiej reak­cji. Wyda­wało się, że szef jest myślami gdzieś daleko. Wyglą­dał jak mane­kin.

– Nikomu ani słowa! – ode­zwał się dopiero, gdy odsta­wił talerz. – Raport zostaje u mnie. Trzeba ścią­gnąć Sarę… albo nie! Niech jedzie. Nie będzie się dener­wo­wać. Ta wie­dza i tak teraz jest jej nie­po­trzebna. – Ku zado­wo­le­niu Mar­cina zaczął się roz­krę­cać.

– Co mam robić, sze­fie?

– Zaj­miesz się przy­go­to­wa­niem doku­men­tów dla Bia­ło­ru­sina. Już ci mówi­łem! – Zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Nie martw się o Jor­gen­sena. Zaj­miemy się tym. Kto wie, czy nie tra­fi­łeś na jedną z naj­cie­kaw­szych spraw. Może mieć nie­obli­czalne kon­se­kwen­cje dla pań­stwa… może wstrzą­snąć paroma poli­ty­kami, a już na pewno dzien­ni­ka­rzami i wybor­cami… Noo, bój się Boga, Mar­cinku!

– Rozu­miem!

– Nie rozu­miesz! Nie gnie­waj się. Ja cię sza­nuję, bo jesteś inte­li­gentny i masz fan­ta­zję… to rzad­kie teraz… ale w tę sprawę należy się bar­dziej zagłę­bić. Ja zresztą też jesz­cze nie wszystko wiem i rozu­miem. Spró­buję ci to wyja­śnić! Albo zasta­nówmy się razem. – Kon­rad wstał i pod­szedł do szafy. – Chcesz drinka?

– Raczej nie. Wczo­raj tro­chę wypi­łem. Dzię­kuję!

– Masz rację! Ja też odpusz­czę!

– Pew­nie się zasta­na­wiasz, dla­czego cho­wam sprawę u sie­bie, czyż nie? Nor­mal­nie powin­ni­śmy ją prze­ka­zać natych­miast do kontr­wy­wiadu ABW. Nie?!… Otóż nie! Nie teraz! – Usiadł na fotelu obok Mar­cina. – Rupert może być kre­tem! Wiem z dobrego źró­dła, że Rosja­nie mają agenta w Pol­sce, który grze­bie przy naszej spra­wie. No i Rupert pasuje tu ide­al­nie! Po pro­stu strzał w dzie­siątkę! Zawsze czu­łem, mówił mi to mój ope­ra­cyjny nos, że Michaił Popo­wski zna Pol­skę i Pola­ków na tyle, że nie może odpu­ścić sobie takiego kąska jak IPN i musi tam mieć swo­jego agenta… IPN to kry­nica Służby Wywiadu Zagra­nicz­nego Fede­ra­cji Rosyj­skiej w Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej! Rupert jako asy­stent pre­zesa IPN to nawet lep­szy agent, niż mógłby nim być sam Małecki…

– Jak Günter Guil­laume8…

– Coś w tym stylu. Kie­dyś ci wyja­śnię, dla­czego lepiej jest wer­bo­wać zastęp­ców niż ich sze­fów. – Kon­rad pocią­gnął łyk zim­nej kawy. – Skocz do sekre­ta­riatu po wodę mine­ralną – pole­cił Mar­ci­nowi i gdy ten wró­cił, kon­ty­nu­ował: – Myślisz, że namie­rzy­łeś nie­le­gała i jego agenta, że tra­fi­łeś szóstkę w szpie­gow­skiej lote­rii. Wyko­na­łeś świetną robotę. To niby takie pro­ste, ale w rze­czy­wi­sto­ści nad­zwy­czaj trudne. My o tym wiemy. Jed­nak twoja praca to dopiero począ­tek. Zapłod­ni­łeś jajeczko! – Wyglą­dało, jakby iro­ni­zo­wał. – Teraz musimy cze­kać, żeby się dowie­dzieć, czy w ogóle coś się z tego uro­dzi. A jeśli tak, to czy będzie to zdrowe dziecko, czy też takie, które nie prze­żyje.

Mar­ci­nowi tro­chę zazgrzy­tało to porów­na­nie, ale zaraz doszedł do wnio­sku, że może wła­śnie taka bru­tal­ność pasuje do sytu­acji. On sam, kiedy myślał o Ruper­cie, miał momen­tami krwawe wizje.

– My jesz­cze nie wiemy, czy pan Rupert młod­szy jest agen­tem. Nawet czy jest ruskim agen­tem. Może być nie­miec­kim albo chiń­skim! Kim jest Jor­gen­sen? Nie­le­ga­łem, agen­tem? Może jest tylko panem Jor­gen­senem ze Szwe­cji! Rozu­miesz, Mar­cin?

– Nie rozu­miem.

– Wiemy tyle, że pan Rupert i pan Jor­gen­sen spo­tkali się w hotelu Rezy­dent w Sopo­cie. Takie są fakty! Reszta to nasze przy­pusz­cze­nia, poszlaki, zna­jo­mość świata, w któ­rym żyjemy. Ale czy jest to świat realny? Czy raczej wir­tu­alny, z wir­tu­alnymi agen­tami? Żeby komuś udo­wod­nić szpie­go­stwo, trzeba gościa zła­pać na gorą­cym uczynku. A spró­buj tego doko­nać! Już prę­dzej możesz liczyć na to, że sam się przy­zna… Wtedy się kal­ku­luje, jak wiesz, czy rzu­cić go na pożar­cie opi­nii publicz­nej, czy obró­cić w drugą stronę. Przyj­muję zatem, że realny Jor­gen­sen jest wir­tu­alnym nie­le­ga­łem, a realny Rupert wir­tu­alnym ruskim agen­tem, któ­rego wła­śnie szu­kam.

Mar­cin poczuł ulgę. To ostat­nie stwier­dze­nie nie pozo­sta­wiało mu wąt­pli­wo­ści, że wyko­nał dobrą robotę. Mimo że wciąż nie wie­dział, do czego Kon­rad zmie­rza w swoim wywo­dzie, ani nie bar­dzo rozu­miał, o co mu cho­dzi, a już naj­mniej roz­róż­niał, co jest realne, a co wir­tu­alne.

– Dla­czego zatrzy­mamy tę infor­ma­cję… na razie… dla sie­bie? – kon­ty­nu­ował Kon­rad. – Otóż dla­tego, że jeżeli Rupert jest tym kre­tem, to zde­ma­skuje się w naszej ope­ra­cji brze­skiej…

– Nie bar­dzo rozu­miem, sze­fie.

– No dobrze, powiem ci! Rosja­nie wie­dzą o archi­wum i coś nam szy­kują. To infor­ma­cja spraw­dzona. W Jase­nie­wie lody kręci sam Popo­wski, a to nie prze­lewki. Sprawę nad­zo­ruje szef SWZ i ktoś z samych szczy­tów Kremla. Rozu­miesz teraz!

Mar­cin potwier­dził, przy­my­ka­jąc oczy.

– Zakła­dam więc, że wyciek nastą­pił w IPN i że sprawcą jest wła­śnie Rupert. To prze­cież on się pod­pi­sał pod służ­bową notatką ze spo­tka­nia pre­zesa Małec­kiego z pro­fe­so­rem Bardą. Kamień spadł mi z serca, że to nie nikt od nas… ale tego na sto pro­cent nie wiemy. Czy Rupert w ogóle miał i ma dostęp do mate­ria­łów pro­fe­sora Bardy? Możemy tylko zakła­dać, że tak, skoro jest asy­sten­tem pre­zesa. Byłoby naj­pro­ściej, gdyby nasz szef, tłu­ma­cząc się wzglę­dami bez­pie­czeń­stwa, zwy­czaj­nie zapy­tał o to Małec­kiego. Musie­li­by­śmy jed­nak wyja­śniać sze­fowi, dla­czego teraz potrze­bu­jemy tej infor­ma­cji. Nie wiemy, co powie­działby Małec­kiemu, i tak dalej. Jed­nym nie­od­po­wie­dzial­nym ruchem mogli­by­śmy spło­szyć Ruperta. Wtedy już ni­gdy go nie zła­piemy. Wystar­czy, że Rosja­nie zmie­nią mu pro­wa­dzą­cego na innego nie­le­gała, na przy­kład Polaka, i koniec. Albo zamrożą go na dwa lata… – Kon­rad prze­rwał i zaczął prze­cha­dzać się po pokoju. – Zresztą Rupert i tak nam wypły­nie, jeżeli nasza ope­ra­cja się uda.

– To prze­cież syn mini­stra obrony! Nie mogę sobie wyobra­zić, że pre­mier pój­dzie na to, żeby go aresz­to­wać. Jeśli dowie­dzą się media…

– I to jest kolejny ważny powód, dla któ­rego sprawa musi pozo­stać u nas. Nie dener­wuj się! – Kon­rad zauwa­żył gry­mas na twa­rzy Mar­cina. – Niczego nie zamie­rzam zamia­tać pod dywan. Nawet nie wiem, jak to się robi. Rupert pój­dzie sie­dzieć, nawet gdyby miał przez to upaść rząd. Tego się nie da utrzy­mać w tajem­nicy… I tu Michaił wygrał! – Zamy­ślił się i przy­gryzł wargę. – Czy tę roz­grywkę o archi­wum prze­gramy, czy pole­gniemy, to Popo­wski i tak wygra… bo pad­nie rząd. Dotąd nie bra­li­śmy pod uwagę takiego efektu… Trudno! Jesz­cze raz Jase­niewo pokaże, że może zmie­niać rządy w Pol­sce. Ale dopóki Rupert jest w naszych rękach, Popo­wski nic nie może zro­bić.

– To co? Może trzeba by go obró­cić, prze­wer­bo­wać. Sam szef mówił, że można…

– Za późno! Maszy­ne­ria ruszyła! Zresztą kto oceni, kto podej­mie decy­zję, co jest waż­niej­sze, Rupert czy archi­wum? Pre­zy­dent, pre­mier? Nasz szef? A może jego tatuś? Tę decy­zję muszę pod­jąć ja! – Kon­rad wstał i zaczął cho­dzić po pokoju.

– To co robimy, sze­fie? Ja bym tego Ruperta… wziął za dupę i…

– Nikt z nich nie byłby obiek­tywny – cią­gnął Kon­rad, jakby w ogóle nie zauwa­żał Mar­cina. – Oni swój inte­res utoż­sa­miają z inte­resem kraju… to smutne! My o tym wiemy, mamy na to aż nadto dowo­dów… dzien­ni­ka­rze nie! W tej spra­wie nie można pole­gać na pół­środ­kach, bo niczego nie osią­gniemy. W końcu przy­czyną całego zła jest zdrada Ruperta i on musi za nią odpo­wie­dzieć. Nie wie­rzę też, by mógł być war­to­ścio­wym źró­dłem dez­in­for­ma­cji czy inspi­ra­cji. Pra­cuje w IPN i łatwo sobie wyobra­zić, czego od niego ocze­kują Rosja­nie. Moskwa szybko by się zorien­to­wała, co jest grane. A gdy­by­śmy wszystko powie­dzieli kie­row­nic­twu, to jestem cał­ko­wi­cie prze­ko­nany, że otrzy­ma­li­by­śmy roz­kaz pod­ję­cia gry z Rosja­nami…

– Może warto byłoby spró­bo­wać…

– Nie warto! Rosja­nie to potęga i trudno się z nimi gra, a już na pewno nie na ich zasa­dach. Zro­zum, Mar­cinku, decy­zja kie­row­nic­twa o pod­ję­ciu gry ope­ra­cyj­nej nie byłaby niczym innym, jak tylko zatu­szo­wa­niem sprawy i rato­wa­niem mini­stra Ruperta, nawet kosz­tem kraju. Jestem abso­lut­nie pewny, że tak by było… Sprawę powie­rzono by zaufa­nemu i lojal­nemu naczel­ni­kowi Mar­kowi i po pół roku by się oka­zało, że młody Rupert nie dość, że odku­pił swoje winy, to jesz­cze ura­to­wał ojczy­znę przed bol­sze­wi­kami… Szkoda, że tak jest, ale ty się tym nie przej­muj…

– A szef się nie przej­muje? – Mar­cin prze­rwał wywód Kon­rada, który w takich sytu­acjach cza­sami tra­cił nad sobą kon­trolę i wygła­szał mono­dram. – Ja dobrze wiem, że tak jest, ale mimo to szlag mnie tra­fia, jak o tym pomy­ślę…

– To bru­talna i brudna strona poli­tyki. Tak jest wszę­dzie! Nie­stety! Ale ty musisz być na to odporny, dla­tego ci to mówię! Dla­tego u nas nie ma pół­środ­ków i cza­sem to my musimy napra­wiać błędy poli­ty­ków.

Kon­rad znów pod­szedł do okna i znie­ru­cho­miał w iden­tycz­nej pozy­cji jak poprzed­nio.

– Czy sądzisz, że poli­tycy potra­fią zro­zu­mieć, na czym polega sens i sztuka gry ope­ra­cyj­nej? – ode­zwał się po chwili. – Śmiem wąt­pić! W przy­padku Ruperta byłoby tak… Pod­sy­ła­li­by­śmy Rosja­nom coś, co teo­re­tycz­nie byłoby dez­in­for­ma­cją lub inspi­ra­cją, tak? Namie­rzy­li­by­śmy ich ofi­cera do łącz­no­ści, jakie­goś pięk­nego nie­le­gała, jak mówisz, lub pozna­li­by­śmy ich środki tech­niki ope­ra­cyj­nej. Ponie­śliby straty… na pewno! Jed­nak tak sza­nu­jąca się służba jak SWZ, z takim doświad­cze­niem w grach ope­ra­cyj­nych i pie­niędzmi, pro­wa­dzi z całą pew­no­ścią dzia­ła­nia rów­no­le­głe, o któ­rych agent w rodzaju Ruperta nie ma zie­lo­nego poję­cia. Dostaje co pewien czas zada­nia spraw­dza­jące jego lojal­ność. Mamy nie­wiel­kie szanse na ich wykry­cie. Nato­miast oni… prze­ciw­nie! Od razu się zorien­tują, że agent został prze­wer­bo­wany! Tak to działa! Dobra służba roz­po­czyna wtedy grę zwrotną. I pom­puje w nas, co tylko jest im potrzebne, do potęgi dru­giej. Czyli lepiej być nie może! Jak mają głup­ców za prze­ciw­ni­ków, mogą tak robić latami. Aż sprze­da­dzą nam tę jedną infor­ma­cję, która w okre­ślo­nych uwa­run­ko­wa­niach histo­ryczno-poli­tycz­nych będzie ich koniem tro­jań­skim. A my, zanim wcią­gniemy go do mia­sta, będziemy tylko mogli się zasta­na­wiać, czy jest praw­dziwy, czy nie.

Kon­rad cho­dził po pokoju, mówiąc teraz ciszej, już bez pod­nie­ce­nia i wcze­śniej­szego zadę­cia. Mar­cin, który począt­kowo postrze­gał jego słowa jako pate­tyczne, z cza­sem doszedł do wnio­sku, że to dobry wykład, i obie­cał sobie zapa­mię­tać z niego jak naj­wię­cej. Tyle że czuł już psy­chiczne zmę­cze­nie i nie był pewny, czy da radę wytrzy­mać jesz­cze pół godziny. Zro­zu­miał jed­nak, dla­czego szef pod­jął decy­zję utaj­nie­nia sprawy Ruperta.

– Obna­żymy Ruperta nie­za­leż­nie od tego, czyim jest synem i jakie to spo­wo­duje skutki. Ale zro­bimy to tak, żeby Popo­wski nie cie­szył się za bar­dzo i nie dostał kolej­nego orderu. Tego archi­wum… też nie dosta­nie! Nie będziemy im w Jase­nie­wie znowu sta­wiać szam­pana… jak za sprawę pre­miera, nie przy­mie­rza­jąc – zakoń­czył Kon­rad tro­chę cynicz­nie, tro­chę zło­śli­wie, ale na pewno szcze­rze.

– Sze­fie? Ten drink wciąż jest aktu­alny? – zapy­tał Mar­cin z uśmie­chem.

– Jeden! Potem zała­twiaj doku­menty dla Bia­ło­ru­sina. Aha! Znajdź mu też jakieś tanie miesz­kanko w War­sza­wie. Przy­go­tuj się, będziesz z nim pra­co­wał. To kapi­tan KGB z Miń­ska.

41

Prom wpły­nął do portu w Nynäshamn o cza­sie. Jor­gen­sen spa­ko­wał się, wyrzu­cił do kosza pustą butelkę po brandy i zaj­rzał pod łóżko. Zało­żył torbę na ramię i sta­nął przy drzwiach. Przez chwilę pomy­ślał, czy wszystko zabrał i co powi­nien dalej zro­bić. Wyjął port­fel i spraw­dził, czy ma kartę tele­fo­niczną. Miał, więc już nie będzie musiał iść do kio­sku.

Wyszedł z ter­mi­nalu pro­mo­wego i poczuł silny powiew wia­tru od morza. Był zły na sie­bie, że nie wziął cie­plej­szego ubra­nia. Przed wyjaz­dem zapo­znał się z pro­gnozą pogody, lecz tem­pe­ra­tura spa­dła znacz­nie bar­dziej, niż się spo­dzie­wał. Na cyfro­wym wyświe­tla­czu, zamon­to­wa­nym na dachu ter­mi­nalu, poja­wiała się raz po raz czer­wona liczba: +13.

Do koń­co­wej sta­cji kolejki pod­miej­skiej było około pół kilo­me­tra. Znał drogę, bo z tego samego ter­mi­nalu odpły­wał prom na Gotlan­dię. Kiedy zajął miej­sce w środ­ko­wym wago­nie, do odjazdu pozo­stało pięt­na­ście minut.

Pomy­ślał, że mógłby poje­chać teraz do domu, ubrać się cie­plej i dopiero potem udać się do Åkersbergi. Prze­jazd, z sze­ścio­mi­nu­tową prze­siadką w Västerhaninge, trwał pół­to­rej godziny. Potem z Jakobs­bergu miał już nie wię­cej niż trzy­sta metrów do domu. Zre­zy­gno­wał jed­nak z tego pomy­słu, i to nie dla­tego, że byłoby to nie­zgodne z tym, co zapla­no­wał. Po pro­stu chciał, by to wszystko już się skoń­czyło. Pra­gnął mieć dzi­siaj spo­kój. Wró­cić do domu. Zadzwo­nić do Carla. Teraz myślał tylko o nim. Miał tylko jego. Kochał go teraz jesz­cze moc­niej. Praw­dziwy jest tylko on i Ingrid, wszystko inne to fik­cja. Nawet Gerda! Ta myśl spo­wo­do­wała przy­pływ roz­cza­ro­wa­nia, jakiego do tej pory nie znał.

Wyda­rze­nia ostat­nich dni kłę­biły się w nim nie­upo­rząd­ko­wane. Nie mógł sobie z tym pora­dzić. Nie był na to przy­go­to­wany. Coraz sil­niej jed­nak prze­bi­jało się z tego cha­osu prze­czu­cie, że musi coś zro­bić, że dłu­żej tak trwać nie może. Nie mar­twił się jed­nak o sie­bie, myślał o Carlu.

Kolejka ruszyła zgod­nie z roz­kła­dem o czter­na­stej zero pięć. Na dru­giej sta­cji do wagonu weszła hała­śliwa grupa chłop­ców o śnia­dych twa­rzach, w orta­lio­no­wych kurt­kach i opa­da­ją­cych spodniach. Wyglą­dali na człon­ków jakie­goś gangu. Pili coca–colę z papie­ro­wych kub­ków i roz­sie­dli się, opie­ra­jąc mokre buty o sie­dze­nia. Jeden z nich, naj­wy­raź­niej skłó­cony z pozo­sta­łymi, usiadł dwa rzędy dalej. Kom­pani robili sobie z niego żarty. Po chwili w jego kie­runku pole­ciały puste kubki po coli. On też nie pozo­sta­wał dłużny i wyka­zy­wał silną wolę walki. Ogar­niała ich coraz więk­sza weso­łość. W wago­nie było jesz­cze kilku pasa­że­rów. Wszy­scy uda­wali, że niczego nie widzą, i sie­dzieli wpa­trzeni w okno, jakby się bali, że samym spoj­rze­niem mogą ścią­gnąć na sie­bie kło­poty.

Jor­gen­sen wstał, bez słowa pod­szedł do pierw­szego z brzegu chło­paka i gwał­tow­nym ruchem zepchnął jego nogi z sie­dze­nia. Pod­niósł z pod­łogi kubek i rzu­cił nim w tego, który sie­dział pod oknem.

Nagle wszy­scy zamil­kli. Zro­biło się cicho. Pozo­stali zdjęli nogi z sie­dzeń i pozbie­rali kubki. Kolejka ruszyła. Wszy­scy sie­dzieli w mil­cze­niu aż do następ­nej sta­cji, na któ­rej wysie­dli. Zacho­wa­nie star­szego czło­wieka musiało ich zaszo­ko­wać. Nikt ni­gdy nie zwró­cił im uwagi.

Dopiero po dłuż­szej chwili zdał sobie sprawę z tego, co zro­bił. To było sprzeczne z jego naturą. Powi­nien sie­dzieć i patrzeć w okno jak inni. Dzia­łał jed­nak spon­ta­nicz­nie i nie potra­fił wytłu­ma­czyć wła­snego zacho­wa­nia. Z jed­nej strony czuł się nie­swojo, bo nie rozu­miał swo­jego czynu, ale z dru­giej owład­nęło nim nara­sta­jące przy­jemne uczu­cie satys­fak­cji. Zda­rze­nie to zupeł­nie wybiło go z dotych­cza­so­wych myśli. Nawet nie zauwa­żył, kiedy zdą­żył się prze­siąść w Västerhaninge na pociąg linii 35 do Bålsta.

Pociąg wje­chał na Cen­tralny. Jor­gen­sen wysiadł wraz z tłu­mem podróż­nych i przej­ściem pod­ziem­nym dotarł na postój tak­só­wek przed dwor­cem. Wsiadł do żół­tego samo­chodu z bar­dzo ciem­nym kie­rowcą. Od razu pomy­ślał o pol­skim tak­sów­ka­rzu z Gdań­ska i wie­dział, że z tym nie poroz­ma­wia tak jak z tam­tym. Popro­sił o pod­wie­zie­nie do sta­cji ben­zy­no­wej w Åkersberdze, pół­tora kilo­me­tra od swo­jego domu. Ni­gdy nie wymie­niał dokład­nego adresu, pod który się uda­wał. Na wszelki wypa­dek. Kie­rowca wbił nazwę do GPS, cho­ciaż wszy­scy miesz­kańcy Sztok­holmu wie­dzą, gdzie jest Åkersberga. Jor­gen­sen pomy­ślał, że teraz każdy może zostać tak­sów­ka­rzem, także Soma­lij­czyk, który do Szwe­cji przy­je­chał zale­d­wie rok temu.

Jazda zajęła czter­dzie­ści pięć minut. Kie­rowca rze­czy­wi­ście nie ode­zwał się ani sło­wem. Może nie znał szwedz­kiego, a może nie miał nic do powie­dze­nia. Jor­gen­sen wszedł do baru na sta­cji ben­zy­no­wej, z auto­matu zadzwo­nił na radio­taxi i zamó­wił samo­chód na osiem­na­stą.

Docho­dziła szes­na­sta. Kupił sobie fran­cu­skiego hot doga z keczu­pem, musz­tardą, sosem czosn­ko­wym i dużą caffè latte. Był jedy­nym klien­tem. Sta­nął z boku przy sto­liku i się­gnął po leżącą na bla­cie „Sven­ska Dag­bla­det”. Nie spo­dzie­wał się tego dnia żad­nej wia­do­mo­ści, jed­nak z przy­zwy­cza­je­nia przej­rzał rubrykę ogło­szeń. Nic nie zna­lazł. Kiedy już zjadł i dopił kawę, odło­żył gazetę na miej­sce i posta­no­wił iść.

Na zewnątrz wciąż wiał silny wiatr. Było jed­nak znacz­nie zim­niej niż w Nynäshamn. Jor­gen­sen wró­cił na sta­cję i kupił orta­lio­nowy płaszcz prze­ciw­desz­czowy.

Czte­ry­sta metrów za sta­cją skrę­cił w szu­trową drogę pro­wa­dzącą na wybrzeże, gdzie stał jego dom. Szedł pod wiatr i miał wra­że­nie, że pcha przed sobą wielką puchową poduszkę. Do przej­ścia zostało mu jesz­cze trzy­sta metrów. Mija­jąc pose­sję Svens­so­nów, zoba­czył, że stary Jens mimo pogody pra­cuje w ogro­dzie, i w tym momen­cie pomy­ślał, że źle to zapla­no­wał. Jen­sowi wyda się dziwne, że sąsiad w taką pogodę idzie pie­szo.

Jens rze­czy­wi­ście go zauwa­żył, więc Jor­gen­sen się zatrzy­mał i mimo huczą­cego wia­tru i szumu drzew zaczął tłu­ma­czyć, że zepsuł mu się samo­chód i jest w warsz­ta­cie w Åkersberdze. Jens o nic się nie dopy­ty­wał i nawet nie sły­szał, bo był cał­kiem głu­chy na jedno ucho, a dru­gie też nie dzia­łało jak należy. Poki­wał jed­nak zna­cząco głową ukrytą w kap­tu­rze pele­ryny.

Jor­gen­sen wszedł do domu. Dokład­nie zamknął za sobą drzwi. Wszystko wyglą­dało tak, jak zosta­wił parę dni temu. Na stole dostrzegł otwarty kar­ton mleka. Przez chwilę zasta­no­wił się, czy to moż­liwe, żeby zapo­mniał go wsta­wić do lodówki. Pową­chał i poczuł ostry smród. Spraw­dził datę. Mleko było sprzed trzech dni. Wydało mu się dziwne, że nie zauwa­żył tego kar­tonu. Ale nie mógł wyklu­czyć, że tak wła­śnie było. Zszedł do piw­nicy. Zapa­lił świa­tło i przez chwilę obser­wo­wał pomiesz­cze­nie, spraw­dza­jąc usta­wie­nie przed­mio­tów. Skon­cen­tro­wał się na narzę­dziach ogrod­ni­czych opar­tych o ścianę. Ich uło­że­nie miało swój sens i porzą­dek, podob­nie jak dwa włosy zaci­śnięte mię­dzy nimi w odpo­wied­nim miej­scu. Jakie­kol­wiek ich poru­sze­nie, jak w grze w bierki, zmie­ni­łoby układ, któ­rego już w żaden spo­sób nie dałoby się odtwo­rzyć.

Wszystko było w porządku. Odsta­wił narzę­dzia na bok i otwo­rzył zama­sko­wane przej­ście do swo­jego „labo­ra­to­rium”. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.

O sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści zakoń­czył pracę i zosta­wił wszystko w schro­nie tak, jak było. Posta­no­wił, że tym razem nie będzie robił porząd­ków. Wie­dział, że coś się z nim dzieje, nie bar­dzo jed­nak potra­fił okre­ślić co. Po prze­czy­ta­niu na pro­mie pro­to­kołu prze­słu­cha­nia Zubowa nie prze­spał ani godziny. Nie zauwa­żył nawet, jak prom wszedł w burzę i zaczęło nim mocno koły­sać. Wspo­mnie­nia mie­szały mu się z fan­ta­zjami i nie­usta­jącą próbą oceny wła­snego życia. Był jed­nak pewny, że musi zmie­nić bieg swego losu, by ochro­nić Carla i to, co zostało.

Teraz chciał tylko jak naj­prę­dzej zna­leźć się w domu. Liczył na to, że w dro­dze powrot­nej na sta­cję ben­zy­nową wiatr będzie dmu­chał mu w plecy, ten jed­nak zło­śli­wie ucichł. Jor­gen­sen spóź­nił się dzie­sięć minut, ale tak­sówka cze­kała.

Docho­dziła dzie­więt­na­sta, gdy doje­chał na Kvarnvägen w Jakobs­bergu. Prze­szedł wzdłuż budynku, wysta­wiony na widok sąsia­dów z par­teru, któ­rzy zasia­dali do kola­cji. Krę­co­nymi scho­dami dotarł na pierw­sze pię­tro i otwo­rzył drzwi. Nie zapa­lał świa­tła. Powoli wśli­zgnął się do miesz­ka­nia i zro­bił obchód. Zawsze tak postę­po­wał, gdy nie było go w domu kilka dni. Chciał spraw­dzić, czy pamięta roz­sta­wie­nie mebli, przed­mio­tów, zapach. Miał wra­że­nie, że gdyby pod jego nie­obec­ność ktoś tutaj wszedł, musiałby to wyczuć. A naj­le­piej wyczułby to wła­śnie w ciem­no­ści.

Po chwili zapa­lił świa­tło i pod­cią­gnął do połowy rolety szczel­nie zasła­nia­jące okna. O tej porze roku było jesz­cze jasno, cho­ciaż dzień był raczej jesienny niż letni. Pod­szedł do zamknię­tych drzwi pokoju Carla i zaj­rzał przez dziurkę od klu­cza. Wewnątrz było szaro, ale mógł wyraź­nie dostrzec spory balo­nik z prze­zro­czy­stej folii leżący na łóżku. Każde otwar­cie drzwi powo­do­wało ruch powie­trza, który tar­gał lek­kim balo­nikiem. Uło­że­nie go ponow­nie w tym samym miej­scu było prak­tycz­nie nie­moż­liwe.

Nie­po­trzeb­nie zabez­pie­czał się w ten spo­sób i dobrze o tym wie­dział. W domu nie trzy­mał żad­nych przed­mio­tów zwią­za­nych ze swoją pracą wywia­dow­czą. Co wię­cej, rozu­miał, że takie środki ostroż­no­ści mogą wła­śnie wzbu­dzić podej­rze­nia, bo są dobrze znane w śro­do­wi­sku służb spe­cjal­nych na całym świe­cie. Chciał jed­nak wie­dzieć pierw­szy, kiedy kontr­wy­wiad wpad­nie na jego trop, bo wią­zał z tym pewne oso­bi­ste plany.

Balo­nik tkwił nie­po­ru­szony.

Na auto­ma­tycz­nej sekre­tarce w przed­po­koju migało czer­wone świa­tełko. Zauwa­żył je natych­miast, gdy wszedł, ale naj­pierw musiał spraw­dzić miesz­ka­nie.

To był Carl. Wia­do­mość z tego ranka. Pro­sił, żeby ojciec spraw­dził jego łódź. Bał się, że sztorm na Bał­tyku może jej zaszko­dzić.

Jor­gen­sen zaklął. Kiedy scho­dził z promu, pamię­tał, żeby spraw­dzić łódź Carla, która stała w klu­bie pół kilo­me­tra od ich domu w Åkersberdze. Była dobrze zacu­mo­wana i choć wiało od strony morza, nic jej nie mogło się stać. Wie­dział, że to uko­chana łódź syna, który poświę­cał jej każdą wolną chwilę. Żeby ją kupić, wziął ogromny kre­dyt w banku, a także poży­czył tro­chę pie­nię­dzy od niego.

Tele­fon ozna­czał, że Carl szuka kon­taktu z ojcem, bo prze­cież mógł popro­sić kogoś z klubu. I to było teraz naj­waż­niej­sze. Jor­gen­sen szybko się ubrał. Wło­żył zie­loną kurtkę Bar­bo­ura i swoim volvo 245 poje­chał z powro­tem do Åkersbergi. Było wpół do dzie­sią­tej wie­czo­rem.

W sezo­nie let­nim jazda po Sztok­hol­mie była znacz­nie uła­twiona, ale nawet w takich warun­kach Jor­gen­sen zła­mał wie­lo­krot­nie ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, ryzy­ku­jąc utratę prawa jazdy. Po raz pierw­szy! Chciał jed­nak jak naj­szyb­ciej być z powro­tem w domu, by jesz­cze przed nocą zadzwo­nić do Carla i zdać mu rela­cję z inspek­cji łodzi. Żadne kłam­stwo nie wcho­dziło w grę!

Jadąc, myślał o nim i zro­zu­miał, że tylko on może odmie­nić jego los. Tylko on! Bo jest jego synem!

Opi­nia radziec­kiego agenta Fishera-Abla, że nie­le­ga­łem się rodzi i umiera, jest już nie­ak­tu­alna. Przy­naj­mniej dla niego, Hansa Jor­gen­sena! Myślał życze­niowo, bo to było tylko silne wra­że­nie. Lecz kiedy się zasta­na­wiał, jak to zro­bić, jak ta roz­mowa powinna się zacząć, a przede wszyst­kim co będzie potem, opusz­czał go entu­zjazm. Wtedy przez chwilę mu się wyda­wało, że jed­nak Fisher-Abel9 miał rację. Hans Jor­gen­sen jest nie­le­ga­łem i tylko nie­le­ga­łem, naprawdę taki czło­wiek ni­gdy się nie uro­dził, umrzeć więc może tylko nie­le­gał. Nie jako nie­le­gał!

Tur­bu­len­cje myśli były już tak męczące, że nawet nie zauwa­żył, kiedy zatrzy­mał się pod domem. Sie­dział w samo­cho­dzie przy włą­czo­nym sil­niku i z nie­po­ko­jem się zasta­na­wiał, jak doje­chał z powro­tem do Jakobs­bergu. Jak to moż­liwe, że nie zapa­mię­tał drogi?

– Co się ze mną dzieje?! – powie­dział do sie­bie pół­gło­sem, wyraź­nie zanie­po­ko­jony.

Dopiero po chwili dotarło do niego, że czas wysiąść.

Znów wiał pół­nocny wiatr i Jor­gen­sen pomy­ślał, że latem tak zimno jesz­cze w Szwe­cji nie było. Miał do przej­ścia tylko sto metrów, ale zapiął kurtkę pod szyję.

W domu było cie­pło. Spraw­dził kalo­ry­fery i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że grzeją. Poszedł do kuchni i zro­bił sobie her­batę jabł­kowo-mię­tową. Uła­mał kawa­łek twar­dego knäckebröda, posma­ro­wał mar­ga­ryną, poło­żył na wierzch pla­ster sera i kilka kawał­ków ogórka. Tale­rzyk i kubek posta­wił na stole przy oknie. Zde­cy­do­wał jed­nak, że zje dopiero po roz­mo­wie z Car­lem.

Słu­chawka tele­fonu stała przed nim na stole.

Naci­snął menu i na wyświe­tla­czu poja­wiło się „Carl komórka”. Syn ode­brał nie­mal natych­miast.

– Cześć, tato! – zabrzmiało w słu­chawce.

– Witaj, synu! – odparł Jor­gen­sen. Od zawsze wła­śnie tak zaczy­nali roz­mowę przez tele­fon. – Co u cie­bie sły­chać? Nie pytam, gdzie jesteś… oczy­wi­ście! Dobrze się czu­jesz?

– Wszystko w porządku. Tato… nic mi nie jest. – W słu­chawce na chwilę zale­gła cisza. – Widzia­łem twoje kwiaty na gro­bie mamy… Piękne!

– Przy­kro mi, że tak to wyszło… – Jor­gen­sen czuł, że zaci­ska mu się gar­dło i za chwilę nie będzie mógł mówić.

– Daj już spo­kój! Wszystko w porządku. Mamy prze­cież sie­bie… – Ton głosu Carla świad­czył, że wyczuł wzru­sze­nie ojca. – Będę w Sztok­hol­mie już za kilka dni. Koń­czę ćwi­cze­nia wcze­śniej. Pój­dziemy jesz­cze raz… razem! Dobrze? Bar­dzo chcę się z tobą zoba­czyć i poroz­ma­wiać… Zostanę do ponie­działku na Kvarnvägen, dobrze? Zro­bimy sobie wspa­niałą ucztę…

– Oczy­wi­ście, synu! – Hans nie mógł wydu­sić z sie­bie wię­cej.

– Upiekę indyka w poma­rań­czach. I co byś powie­dział na… raki i kraby?

Głos Carla był cie­plej­szy niż zwy­kle. Jor­gen­sen zauwa­żył to natych­miast, potrze­bo­wał tego, i znów powró­ciła myśl, że powi­nien mu wszystko powie­dzieć i wła­śnie na nim się oprzeć.

– Świet­nie, Carl! Ja to przy­go­tuję… Wspa­niale! Raki, indyk… – Urwał nagle i po chwili waha­nia dodał: – Wiesz, ja też chcę z tobą poroz­ma­wiać. Mam coś waż­nego… zresztą… bo ja wiem…

– Co z tobą, tato? – rzu­cił Carl, wyraź­nie zanie­po­ko­jony, bo od śmierci matki bał się o niego coraz czę­ściej. – Co się dzieje?!

– Nic… Nic, wszystko w porządku! Bar­dzo się za tobą stę­sk­ni­łem i… jak by ci to powie­dzieć… źle się czuję, że nie byłem z tobą u Ingrid. Nie rozu­miem tego…

Jor­gen­sen poczuł, że ucisk w gar­dle wresz­cie ustą­pił, ale z oczu pły­nęły mu strugi łez. Sta­rał się jed­nak mówić nor­mal­nie, tak by Carl tego nie zauwa­żył. Ogar­nęła go nie­znana mu dotąd świa­do­mość ulgi.

– Wiesz, synu, czuję się, jak­bym prze­grał… Cza­sami ma się okropne wyrzuty sumie­nia… Ja…

– Tato! Daj już spo­kój! Poroz­ma­wiamy, kiedy przy­jadę… Kocham cię!

– Tak, Carl. – Jor­gen­sen patrzył przez okno na młode klony szar­pane przez wiatr. Zerwane liście goniły sku­lony cień jakie­goś prze­chod­nia, widoczny na tle latarni. – Ja cie­bie też! Prze­pra­szam, tak się tro­chę roz­kle­iłem… – Zorien­to­wał się, że posu­nął się za daleko i nie­po­trzeb­nie zde­ner­wo­wał Carla. – Byłem w Åkersberdze. Dzi­siaj… Łódź w porządku – zaczął wyraź­nym, pogod­nym gło­sem. – Sztorm jest potężny. Czuje się go także w Jakobs­bergu. Popra­wi­łem odboje…

– Wcho­dzi­łeś do środka?

– Tak. Spa­dła ze stołu butelka po wodzie, ale się nie roz­biła…

– Wiatr jest pół­nocno-zachodni. Spraw­dza­łem – powie­dział Carl.

– No tak! Nasz klub usta­wiony jest na połu­dniowy wschód. Rze­czy­wi­ście było to czuć na przy­stani. – Jor­gen­sen był już spo­kojny i wyglą­dało, że Carl to wyczuł.

– Spo­tka­łeś kogoś?

– Widzia­łem świa­tło na łodzi Hage­nów i Svens­so­nów. Pew­nie byli…

– Stieg Hagen miał spę­dzić całe lato na łodzi. Mówił mi pod­czas Mid­som­maru. Zamie­rzał popły­nąć na Wyspy Alandz­kie, do Hel­si­nek i Tal­lina. To dziwne, że wciąż cumuje.

– Może to nie była łódź Hage­nów. Było już ciemno! – Jor­gen­sen zła­pał się na tym, że praw­do­po­dob­nie się pomy­lił.

– Nie­ważne, tato! – wtrą­cił Carl. – Jest coś jesz­cze… W nie­dzielę dołą­czy do nas Sophie…

– Zupeł­nie zapo­mnia­łem! – pra­wie wykrzyk­nął Jor­gen­sen i pokrę­cił głową, jakby sam nie wie­rzył wła­snym sło­wom. Sophie Lund­berg, znana dzien­ni­karka SVT24, od kilku lat była part­nerką Carla. – Oczy­wi­ście! Będzie wspa­niale! Co u niej sły­chać? – Przez sekundę pomy­ślał, że nie będzie mógł mu powie­dzieć tego, co sobie zapla­no­wał, ale zaraz dotarło do niego, że prze­cież jesz­cze nie pod­jął osta­tecz­nej decy­zji.

– Duże zmiany, tato! Duże… U niej… u mnie! Myślę, że także u cie­bie…

– Nie rozu­miem…

– Zacze­kaj do soboty. To już za trzy dni. Kup szam­pana! Ja też kupię! Teraz idź już spać… – Prze­rwał na moment i zaraz dodał: – Cie­szę się, że jesteś moim ojcem!

– A ja, że ty jesteś moim synem. Dobra­noc, Carl.

– Dobra­noc, tato.

Her­bata zupeł­nie wysty­gła. Ale kanapka z twar­dego chleba sma­ko­wała mu jak ni­gdy dotąd.

42

Sara pole­ciała do Wilna samo­lo­tem o jede­na­stej czter­dzie­ści pięć. Stam­tąd wyru­szyła auto­bu­sem do Miń­ska.

Jej rosyj­ski pasz­port nie zwró­cił naj­mniej­szej uwagi ani litew­skich, ani bia­ło­ru­skich pogra­nicz­ni­ków. Sam prze­jazd zajął nie­całe trzy godziny i wie­czo­rem była już w Miń­sku. Wysłała „Tra­vi­sowi” SMS-a z zako­do­waną infor­ma­cją, że jest już na miej­scu.

Cze­kała, prze­cha­dza­jąc się w pobliżu fon­tanny obok Koma­row­skiego Rynku, który od pół­go­dziny był już zamknięty. Pode­szła do rzeźby panny z pie­skiem i przy­sia­dła na murku. Uważ­nie obser­wo­wała oto­cze­nie. Nie­liczni już prze­chod­nie nie wzbu­dzali jej podej­rzeń. Znała to miej­sce dobrze, cho­ciaż ni­gdy tu nie była. Przed wyjaz­dem z War­szawy dokład­nie zapo­znała się z doku­men­ta­cją tak zwa­nego MNK, miej­sca nawią­za­nia kon­taktu. Teraz miało być ono wyko­rzy­stane po raz pierw­szy.

Poczuła wibra­cję tele­fonu w kie­szeni. To był sygnał od „Tra­visa”, że zajął już pozy­cję i gotów jest do nawią­za­nia kon­taktu. Ruszyła w lewo ulicą, przy któ­rej stały zapar­ko­wane żółte mini­busy. Po jakichś stu metrach skrę­ciła ponow­nie w lewo, a po następ­nych dwu­stu dotarła do pię­cio­po­zio­mo­wego par­kingu samo­cho­do­wego.

Na chwilę zatrzy­mała się przed wej­ściem i skon­tro­lo­wała oto­cze­nie. Weszła do środka, wje­chała windą na odkryty ostatni poziom. Sta­nęła na zewnątrz. Po chwili zauwa­żyła, że z sze­regu wysu­nął się biały samo­chód i zatrzy­mał przo­dem do niej. Z tej odle­gło­ści nie mogła doj­rzeć kie­rowcy. Samo­chód bły­snął świa­tłami i Sara zro­zu­miała, że to „Tra­vis”. Pod­nio­sła rękę i samo­chód z wolna pod­je­chał. Dopiero wtedy zoba­czyła twarz „Tra­visa”. Ulżyło jej. Usia­dła obok niego. Przy­wi­tali się ser­decz­nie, cho­ciaż widzieli się dwa dni temu.

– Pierw­szy raz w Miń­sku. Na twoim gospo­dar­stwie – rzu­ciła z uśmie­chem.

– Rze­czy­wi­ście! Pierw­szy raz. Mam jed­nak nadzieję, że ostatni…

– Potwier­dzam! Dosta­łeś dzi­siaj rano wia­do­mość? Roz­po­czę­li­śmy ofi­cjal­nie eks­fil­tra­cję Popo­wów, czyli twoją też! Kon­rad powo­łał spe­cjalny zespół… – Zamil­kła na chwilę, gdyż „Tra­vis” pod­je­chał do okienka, by zapła­cić za par­king. – Tego kapi­tana… Zaraz, jak on się nazywa…?

– Krupa. Wasia ma na imię – natych­miast zare­ago­wał „Tra­vis”.

– Jest decy­zja. Zabie­ramy go do Pol­ski. Kon­rad uznał, że robimy to nie­za­leż­nie od tego, jak się spi­sze w spra­wie archi­wum. Jego wie­dza o pracy bia­ło­ru­skiego kontr­wy­wiadu może być dla nas uży­teczna.

„Tra­vis” poki­wał z zado­wo­le­niem głową i zaraz dorzu­cił:

– Będzie z niego poży­tek. Jestem tego pewien. Jego pomysł na twier­dzę jest pro­sty, odważny i ryzy­kowny, ale wkom­po­no­wuje się dokład­nie w to, co chcemy osią­gnąć. Poroz­ma­wiamy o tym póź­niej.

– Przy­go­to­wu­jemy dla niego doku­menty, żeby prze­rzu­cić go przez gra­nicę. Jest jed­nak pewna sprawa… – Sara zawie­siła głos. – Kon­rad chce prze­ba­dać tego Krupę na wykry­wa­czu kłam­stwa.

– Myślę, że nie będzie z tym pro­blemu. Może mu się to nie spodo­bać, ale jak już będzie w Pol­sce, nie będzie miał wyboru. To jasne! – sko­men­to­wał „Tra­vis” bez emo­cji.

– Rzecz w tym, że Kon­rad chce go prze­ba­dać jesz­cze przed roz­po­czę­ciem ope­ra­cji w Brze­ściu… – „Tra­vis” spoj­rzał na Sarę nie­mal z prze­ra­że­niem. – Spo­dzie­wa­łam się takiej reak­cji – dorzu­ciła.

– A jeżeli Krupa się nie zgo­dzi? Może to zro­bić z tysiąca powo­dów, choćby ze stra­chu. Czy wtedy wyco­famy się ze sprawy? Prze­cież to nie­moż­liwe! On zna pra­wie wszyst­kie szcze­góły…

– Trudno! Kon­rad jed­nak nie chce, byśmy wpa­dli w ręce KGB. Nie ma takiego archi­wum na świe­cie, któ­rego by nie poświę­cił dla swo­ich ludzi. Poza tym jeżeli Krupa godzi się na wyjazd z Bia­ło­rusi i prze­rzu­ce­nie na Zachód, to musi zakła­dać, że będziemy go spraw­dzać. Pew­nie nie podej­rzewa, że to może być teraz i tutaj…

– Co ty, Saro?! Dzi­siaj?! – nie­mal wykrzyk­nął „Tra­vis”.

– Nie… nie dener­wuj się! Póź­niej – odpo­wie­działa spo­koj­nie. – Zakła­damy, że jeżeli jest pod­sta­wiony, to Bia­ło­ru­sini będą chcieli zdjąć nas wszyst­kich na gorą­cym uczynku. Przed robotą to byłby suk­ces poło­wiczny, a mają na to dość sił i środ­ków. Są prze­cież u sie­bie, czyż nie?

– To jasne! – rzu­cił „Tra­vis”, cały czas obser­wu­jąc w luster­kach oto­cze­nie. Prawe usta­wił tak, by rów­nież Sara mogła to robić.

– Jeżeli nie zgo­dzi się na bada­nie lub wynik będzie nega­tywny, koleś zosta­nie w zamknię­ciu do czasu, aż wszy­scy opu­ścimy Bia­ło­ruś. Ruscy ni­gdy się nie dowie­dzą, gdzie jest archi­wum…

– No tak! Twier­dza to ogromny obszar…

– A tylko my znamy praw­dziwą loka­li­za­cję skrzyni! – rzu­ciła pew­nie Sara.

– Wtedy zosta­nie nam jedy­nie cze­kać, aż Bia­ło­ruś wstąpi do NATO lub Unii – stwier­dził z sar­ka­zmem „Tra­vis”. – Czyli nie będzie to za naszego życia.

– Nie bądź takim pesy­mi­stą, Oleg! W tej czę­ści świata jesz­cze dużo może się zmie­nić.

„Tra­vis” klu­czył samo­cho­dem już dłuż­szą chwilę. Pod­je­chał na par­king pod jakimś blo­kiem miesz­kal­nym, usta­wił się przo­dem do kie­runku jazdy i obser­wo­wał ulicę. Po kilku minu­tach ruszył, poko­nał trzy­sta metrów i pod­je­chał pod podobny blok obok. Sara wzięła swoją torbę podróżną i nese­ser, w któ­rym miała magne­to­metr, po czym oboje wysie­dli z samo­chodu.

– Więc tutaj jest ten twój safe house? – zauwa­żyła, patrząc na kil­ku­pię­trowy dom, od dawna wyma­ga­jący remontu.

– To dobre miej­sce. Taka zwy­kła miń­ska dziel­nica. Spo­kojna i bez­pieczna, ale nie­ty­powa dla bez­piecz­nia­ków. Oni miesz­kają w innej czę­ści mia­sta – sko­men­to­wał „Tra­vis”.

Weszli pie­szo na trze­cie pię­tro, cho­ciaż w bloku była winda. Uwię­zie­nie w win­dzie mogło się stać nie­po­trzeb­nym pro­ble­mem, szcze­gól­nie w sta­rym, post­so­wiec­kim domu.

„Tra­vis” otwo­rzył drzwi do miesz­ka­nia numer 56 i wszedł pierw­szy, zapa­la­jąc świa­tło w przed­po­koju. Sara weszła za nim i już po chwili poczuła wyraźny, znany, kwa­śno­ostry zapach.

– To grzyb – uprze­dził jej pyta­nie „Tra­vis”. – Nie pró­buję z tym nic robić, bo to zbędny kło­pot. Może przy­cią­gnąć uwagę. Zresztą sąsie­dzi też nic z tym nie robią.

– Nie ma pro­blemu. Bywało gorzej. – Jej iro­nia wska­zy­wała, że rze­czy­wi­ście nie jest tym prze­jęta.

– Tu będziesz spała. – „Tra­vis” poka­zał jej duży pokój urzą­dzony bez smaku, ale prak­tycz­nie. – Pew­nie jesteś bar­dzo głodna. Przy­go­to­wa­łem coś na dzi­siej­szy wie­czór. Nic spe­cjal­nego, ale nie pój­dziesz spać głodna. – Prze­szedł do kuchni i otwo­rzył lodówkę. – Zaraz coś przy­rzą­dzę…

– Zrób mi naj­pierw her­batę. Cytrynę masz?

– Myślisz, że zapo­mnia­łem, jak bie­ga­łem szu­kać cytryn w nie­dzielny wie­czór w Bia­łym­stoku? Tego się nie zapo­mina! Ni­gdy! – „Tra­vis” silił się na żar­to­bliwy ton.

Sara nie była zło­śliwa ani uciąż­liwa, ale jej nałóg pale­nia papie­ro­sów i picia her­baty z cytryną mógł być męczący, szcze­gól­nie gdy jej tego zabra­kło.

Usia­dła w kuchni i zapa­liła. „Tra­vis” podał jej popiel­niczkę i włą­czył czaj­nik elek­tryczny. Posta­wił tale­rze na stole, a gar­nek na kuchni.

– Ugo­to­wa­łem swoją spe­cjal­ność… Pamię­tasz?

– Nie pamię­tam. Pró­bo­wa­łam?

– Nie jestem pewny… – odparł w podob­nym nastroju „Tra­vis”. – To zupa rybna! W ogól­nym zało­że­niu podobna raczej do bouil­la­ba­isse niż do uchy. Dosto­so­wana do bia­ło­ru­skiego rynku. W zasa­dzie wszystko można tutaj kupić, ale trzeba się tro­chę nacho­dzić za mał­żami, kre­wet­kami i kra­bem. Ostat­nio, jak wiesz, byłem bar­dzo zajęty i nie mia­łem czasu łazić po skle­pach, więc jest to raczej ucha oparta na zaso­bach mojego sklepu osie­dlo­wego…

– Daj spo­kój! – prze­rwała mu Sara, widząc, że „Tra­vis” jest tro­chę skrę­po­wany. – Jestem głodna jak wilk. Zjem twoją uchę nawet bez ryb. Byle była ostra!

– Jest! Oczy­wi­ście! Są też w niej rybki. – „Tra­vis” wyjął boche­nek czar­nego chleba, ukroił kilka kro­mek i wło­żył je do pla­sti­ko­wego koszyczka na stole. – Nie bar­dzo rozu­miem, jak prze­pro­wa­dzimy bada­nie Wasi – powró­cił do prze­rwa­nego wątku. – Prze­cież trzeba ścią­gnąć poli­gra­fera z Pol­ski… mieć odpo­wiedni lokal. Krupa musi być przy­go­to­wany. To nie będzie łatwe zada­nie. I kiedy mamy to zro­bić? Jest mało czasu!

– Wiesz, Oleg, bar­dzo się cie­szę… – odparła Sara jakby nie na temat. – Cie­szę się, że mówisz o tym, co mamy zro­bić, w kate­go­rii „my”: prze­pro­wa­dzimy, mamy i tak dalej. To zna­czy, że jesteś przy­go­to­wany na tę robotę nie­za­leż­nie od ryzyka, że ufasz mi, że wie­rzysz we mnie. Sza­nuję cię za to. Bar­dzo! – mówiła, patrząc mu pro­sto w oczy, tak jak zawsze, gdy czuła, że jej słowa płyną z serca.

„Tra­vis” wyjął z lodówki butelkę wódki i poka­zał ją Sarze z nie­mym pyta­niem na twa­rzy. Uśmiech­nęła się i ski­nęła głową. Posta­wił dwa kie­liszki i pew­nym ruchem nalał wódki. Stał oparty o szafkę, w czer­wo­nym T-shir­cie i dżin­sach.

– Za cie­bie, Saro! Dzię­kuję! – Wypił do dna, nie cze­ka­jąc na nią.

– Za cie­bie, Oleg! Za to, co zro­bi­łeś, i za naszą przy­jaźń! – powie­działa z uśmie­chem w oczach, uno­sząc kie­li­szek. Wypiła połowę i pospiesz­nie zagry­zła ode­rwa­nym kawał­kiem czar­nego chleba. – Gdzie moja her­bata?

Gdy powie­działa „za to, co zro­bi­łeś”, „Tra­vis” od razu pomy­ślał o Ste­pa­no­wy­czu i wydało mu się, że teraz jest chyba naj­lep­szy moment, by jej wszystko powie­dzieć. Powstrzy­mał się jed­nak, gdyż zro­biło mu się przy­kro, że tak ode­brał jej słowa. Poza tym gdyby teraz o tym opo­wie­dział, mogłoby to wpły­nąć na reali­za­cję ope­ra­cji – wytłu­ma­czył sobie.

– Dzięki – wykrztu­sił po chwili. – Już ci robię.

– Z bada­niem Krupy nie powinno być pro­ble­mów. Mamy nowe urzą­dze­nie do wykry­wa­nia kłam­stwa. To nie jest tra­dy­cyjny poli­graf, na jakim byłeś badany ty czy ja. Nie wymaga poli­grafera. Bada­nie może prze­pro­wa­dzić każdy prze­szko­lony ofi­cer. To test Voight-Kampffa. To pro­ste. Kom­pu­ter, zwy­kły lap­top z odpo­wied­nim pro­gra­mem i spe­cjalna kamera ter­mo­wi­zyjna. Nasta­wiasz kamerę na twarz deli­kwenta i roz­ma­wiasz z nim, zada­jesz pyta­nia. Więk­szość ludzi nawet nie wie, że poszcze­gólne punkty ich twa­rzy reagują jak wraż­liwy sen­sor i oddają emo­cje przez zmianę tem­pe­ra­tury. Podob­nie się dzieje ze źre­nicą oka.

– Rozu­miem teraz! – wtrą­cił „Tra­vis”. – Rze­czy­wi­ście widzia­łem kie­dyś na fil­mie, chyba w któ­rymś Bon­dzie, jak za pomocą kamery ter­mo­wi­zyj­nej usta­lano, który samo­chód w garażu przy­je­chał ostatni. Bo był naj­cie­plej­szy.

– Otóż to! Lecz tech­nika poszła znacz­nie dalej. Czu­łość kamery jest nie­sa­mo­wita. Reje­struje nawet przy­spie­szony oddech w wyniku obser­wa­cji cie­pła wyda­la­nego przez nos, usta i skórę. W odpo­wied­nich warun­kach można tę kamerę sto­so­wać nawet bez wie­dzy bada­nego, ale wynik nie jest zbyt pre­cy­zyjny. Robi­li­śmy tak w kilku spra­wach, ale trak­tu­jąc to tylko jako dowód uzu­peł­nia­jący. Potwier­dza­jący inne infor­ma­cje. W przy­padku Krupy tak zro­bić nie możemy. Nie mamy czasu i musimy mieć jasny, czy­telny wynik. Dla­tego Krupa będzie wie­dział, że badamy jego lojal­ność. Będzie musiał odpo­wie­dzieć na pro­ste pyta­nia. To, że możemy go zba­dać z zasko­cze­nia, prze­ma­wia na naszą korzyść. Ryzyko spada do mini­mum.

„Tra­vis” posta­wił przed Sarą her­batę i cukier­nicę. Dolał jej wódki do kie­liszka i wlał też sobie. Usiadł naprze­ciwko. Czuł się dziw­nie, kiedy Sara mówiła o wykry­wa­czu kłam­stwa. Nie znał tego urzą­dze­nia, o któ­rym wspo­mi­nała, ale znał inne. Ni­gdy jed­nak nie miał do poli­grafu emo­cjo­nal­nego sto­sunku, jak wiele innych osób, bo ni­gdy nie miał nic do ukry­cia. Ani pry­wat­nie, ani służ­bowo. Ale teraz ukry­wał zabój­stwo.

– Jeżeli odmówi bada­nia lub wynik będzie nega­tywny i okaże się, że facet jest pod­sta­wiony, zwi­jamy się z Bia­ło­rusi… – dokoń­czyła.

– A co z nim? – „Tra­vis” ock­nął się z zamy­śle­nia.

– Nic mu się nie sta­nie. Będzie musiał pocze­kać w zamknię­ciu, aż wszy­scy wyje­dziemy. A wtedy zadzwo­nimy do jego sze­fów z KGB, pęka­ją­cych z dumy, jak to im się udało zro­bić Pola­ków na szaro, i powiemy, skąd mogą sobie ode­brać swo­jego asa. Dla­tego będziesz musiał przy­go­to­wać w Brze­ściu odpo­wiedni lokal. – Sara wyglą­dała na roz­ba­wioną.

– Dobrze to wygląda. Jeżeli Krupa jest pod­sta­wiony, w co raczej wąt­pię, to po takim nume­rze polecą w KGB głowy, i to wysoko. Wiem, co mówię! – zare­ago­wał „Tra­vis” w podob­nym nastroju.

Nagle prze­rwał i zaczął nasłu­chi­wać, dając Sarze znak, by się nie odzy­wała. Jak w zwol­nio­nym tem­pie zaczął iść w kie­runku kory­ta­rza. Wtedy także Sara usły­szała docho­dzące stam­tąd dziwne dźwięki.

„Tra­vis” zga­sił świa­tło w kuchni i przed­po­koju. Po cichu pod­szedł do swo­jej torby, wyjął pisto­let i zatknął go z tyłu za pasek. Dźwięki nasi­liły się. Klamka powoli się opu­ściła, a potem rów­nie wolno powró­ciła do wcze­śniej­szej pozy­cji. Ktoś wyraź­nie spraw­dzał, czy drzwi są zamknięte, i nie chciał, żeby to zauwa­żyła osoba prze­by­wa­jąca w miesz­ka­niu.

Sara stała w kuchni, spo­glą­da­jąc zza rogu w głąb ciem­nego przed­po­koju, któ­rym skra­dał się „Tra­vis”. Wzięła nóż, ale natych­miast go odło­żyła. „Tra­vis” pod­szedł do drzwi i bar­dzo deli­kat­nie odsu­nął klapkę wizjera, zakry­wa­jąc go natych­miast pal­cem, tak by nie można było zauwa­żyć z zewnątrz jakie­go­kol­wiek ruchu czy świa­tła. Po dru­giej stro­nie zale­gła cisza. Przy­ło­żył ucho do drzwi i przez chwilę nasłu­chi­wał. Spoj­rzał przez wizjer.

Sara wciąż stała w tym samym miej­scu. Miała wra­że­nie, że „Tra­vis” zamarł, przy­kle­jony czo­łem do drzwi. Przy­po­mniało jej się, jak kie­dyś zgi­nął agent Kon­rada na Ukra­inie, zastrze­lony przez wizjer w drzwiach.

Po chwili „Tra­vis” odwró­cił się do Sary i roz­ło­żył ręce w geście wska­zu­ją­cym, że nikogo nie zoba­czył. Tym­cza­sem z dru­giej strony zaczęły znów docho­dzić dźwięki. Meta­liczny dźwięk świad­czył o tym, że ktoś wyjął klu­cze lub wytry­chy.

Na pewno to nie jest KGB ani zło­dzieje – oce­nił szybko „Tra­vis”, już zupeł­nie spo­kojny. Pro­fe­sjo­na­li­ści spraw­dzi­liby wcze­śniej, czy jest ktoś w domu. Cho­ciażby obser­wu­jąc świa­tła w oknach lub po pro­stu dzwo­niąc pod jakimś pre­tek­stem do drzwi.

Sły­chać było, że intruz z dru­giej strony pró­buje wło­żyć coś do zamka. „Tra­vis” jesz­cze raz spoj­rzał przez wizjer i pod­szedł cicho do Sary.

– Na klatce jest ciemno i nie­wiele widać – powie­dział szep­tem. – Nie zauwa­ży­łem żad­nego ruchu. Ale nie możemy cze­kać. – Na chwilę zawie­sił głos. – Trzeba spraw­dzić, co to jest. Weź broń i zostań w kuchni.

Ski­nęła głową.

„Tra­vis” podał jej pisto­let, zapa­lił świa­tło i pod­szedł do drzwi. Spoj­rzał za sie­bie. Sara dała mu znak, że jest gotowa, i „Tra­vis” gwał­tow­nym ruchem prze­krę­cił zamek i szarp­nął drzwi.

Do miesz­ka­nia, ku ich kom­plet­nemu zasko­cze­niu, wpadł facet w pro­chowcu wło­żo­nym tylko na lewą rękę, w któ­rej trzy­mał teczkę. Opie­rał się o drzwi, gdy „Tra­vis” je otwo­rzył, i nie zdą­żył zła­pać rów­no­wagi.

Obcią­żony teczką i skrę­po­wany zwi­sa­ją­cym płasz­czem, bez­sku­tecz­nie poszu­ku­jąc opar­cia w powie­trzu, runął na pod­łogę pod sto­pami „Tra­visa”. Sara cof­nęła się do kuchni i wybuch­nęła śmie­chem.

– Wiera, moja… lubi­maja! Nu… zaczem? Izwini… – usły­szała z przed­po­koju skargę w mocno znie­kształ­co­nym rosyj­skim.

Po chwili wyj­rzała i zoba­czyła, jak „Tra­vis” pró­buje pod­nieść kor­pu­lent­nego męż­czy­znę w nie­okre­ślo­nym wieku, sta­ra­ją­cego się coś powie­dzieć. Jed­nak posta­wie­nie gościa do pionu nie powio­dło się, więc „Tra­vis” pozo­sta­wił go w pozy­cji pół­sie­dzą­cej pod drzwiami i pod­szedł do Sary, którą wstrzą­sały spa­zmy śmie­chu, bez­sku­tecz­nie tłu­mione dło­nią.

– Kurwa! Mamy pro­blem! – „Tra­vis” nie był poważny, był wście­kły. – Kto to jest?! Co ja z nim zro­bię?! – zapy­tał bez­rad­nie i popa­trzył na wciąż roz­ba­wioną Sarę. Nieco się roz­luź­nił, ale zdo­był się tylko na uśmiech. – Pomy­lił miesz­ka­nie? Budy­nek? Może dziel­nicę! Cho­lera!

– Nie­stety, ten pan nie może z nami zostać. – Sarze udało się powstrzy­mać śmiech. – Musi jakoś zna­leźć swoją Wierę. Pew­nie jej wytłu­ma­czy, że znowu prze­grał w sza­chy, i wszystko będzie dobrze. Wygląda, że chłop nie ma lekko w domu. – Wyszła z kuchni i pode­szła do męż­czy­zny, który już zdą­żył zasnąć. – Chodź! Wynie­siemy go do windy. Tam go na pewno szybko znajdą.

„Tra­vis” spraw­dził klatkę scho­dową, ścią­gnął windę i razem wynie­śli męż­czy­znę, który twardo trzy­mał teczkę.

– Ode­ślemy go na par­ter – powie­dział i zamknął drzwi od windy.

Gdy usie­dli z powro­tem w kuchni, par­sk­nął śmie­chem.

– Mam już dość alko­holu na dzi­siaj – oznaj­mił pew­nym gło­sem.

W miesz­ka­niu roz­cho­dził się inten­sywny zapach. „Tra­vis” wlał do sto­ją­cych na stole tale­rzy zupę o bar­wie doj­rza­łych pomi­do­rów.

– Potem bie­rzemy się do roboty – zako­mu­ni­ko­wała już cał­kiem poważ­nie Sara – bo nie­długo się okaże, że bra­kuje nam czasu.

43

Pogoda tego dnia była piękna, mimo to Kon­rad był od rana wście­kły.

Jadąc do pracy swoim saabem z otwar­tym dachem, nie zauwa­żył, jak z prze­jeż­dża­ją­cego samo­chodu ktoś rzu­cił na jego tylne sie­dze­nie zapa­lo­nego papie­rosa. Dopiero gdy sta­nął na świa­tłach przy Odyńca, poczuł swąd. Papie­ros wypa­lił dziurę wiel­ko­ści pię­cio­gro­szówki na samym środku pra­wego sie­dze­nia. Roz­pacz i wście­kłość wypeł­niły Kon­rada od stóp do głów.

Wszyst­kie samo­chody ruszyły, a on wciąż stał, zupeł­nie obo­jętny na ner­wowe klak­sony innych kie­row­ców.

Przez uła­mek sekundy dostrzegł za tylną szybą odjeż­dża­ją­cego sta­rego bmw uśmiech­niętą twarz męż­czy­zny. Nie miał naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że ten uśmiech był skie­ro­wany wła­śnie do niego i nazna­czony nie współ­czu­ciem, lecz bez­in­te­re­sowną, szczerą rado­ścią.

Zdą­żył zapi­sać numer reje­stra­cyjny z woje­wódz­twa pod­la­skiego.

W takim sta­nie wszedł do pokoju Mar­cina, który, o dziwo, znów był ubrany w gar­ni­tur. Pode­rwał się na widok szefa. Kon­rad ści­skał w kie­szeni kartkę z nume­rem bmw i zasta­na­wiał się, czy zle­cić Mar­ci­nowi zasto­so­wa­nie retor­sji wobec bez­czel­nie uśmiech­nię­tej twa­rzy, czy odpu­ścić. Jesz­cze w trak­cie jazdy przy­szło mu na myśl, żeby powie­rzyć to zada­nie Lut­kowi, ale pewne spa­le­nie nawet sta­rego bmw wydało mu się jed­nak zbyt ostrą retor­sją. Łagod­niej­szy Mar­cin byłby lep­szym wyko­nawcą wyroku.

– Sia­daj! Czemu sto­isz jak słup?

– Tak jest, sze­fie! – odparł Mar­cin, wyczu­wa­jąc w powie­trzu nad­miar napię­cia. – Czy coś się stało? Mogę w czymś pomóc, sze­fie?

Sku­bany Mar­cin! Skąd on tak dobrze mnie zna? Wyczuwa mnie bez­błęd­nie! – prze­le­ciało mu przez myśl. Wyczuwa tak wszyst­kich czy tylko mnie? Naprawdę jestem taki przej­rzy­sty? Nie­moż­liwe!

– Nie, nic się nie stało! Dla­czego pytasz? – ode­zwał się bar­dziej miękko. Wyjął rękę z kie­szeni, zmiął żółtą kar­teczkę i wrzu­cił ją do kosza.

– No bo… szef to ni­gdy nie roz­ma­wia, trzy­ma­jąc rękę w kie­szeni… Szcze­gól­nie z rana! – wytłu­ma­czył Mar­cin, ale Kon­rad mu nie uwie­rzył i wolał, żeby już nic wię­cej nie mówił.

Dosko­nale pamię­tał, jak na jakimś przy­ję­ciu wyśmiał w duchu dziew­czynę Mar­cina, która z upo­rem twier­dziła, że on posiada zdol­no­ści para­nor­malne, czego dowo­dem miały być latar­nie uliczne, gasnące, gdy koło nich prze­cho­dził. Ale teraz! Posta­no­wił poroz­ma­wiać z nim o tym póź­niej. Para­nor­malne zdol­no­ści u ofi­cera wywiadu? To może być cie­kawe.

– Do rze­czy! Co masz?

– Jest jeden pro­blem, sze­fie – zaczął tro­chę nie­pew­nie Mar­cin. – Po naszej roz­mo­wie wysła­łem info do Szwe­dów, że mamy rela­cję z pobytu Jor­gen­sena w Pol­sce. No i… oni przy­la­tują… – wystę­kał z wyraź­nym poczu­ciem winy.

– No nie! Nie wie­rzę wła­snym uszom! – Kon­rad opadł ciężko na fotel. – Kto ci kazał?! – nie­mal wykrzyk­nął. – Ty bał­wa­nie! No… nie mogę cię ina­czej nazwać! Co im teraz powiemy? Że Jor­gen­sen spo­tkał się z Ruper­tem? – Dostrzegł, że Mar­cin poczer­wie­niał na twa­rzy. – Nawet nie możemy ich teraz odwo­łać, bo pomy­ślą, że coś kom­bi­nu­jemy…

Otwo­rzyły się drzwi. Kon­rad nawet się nie odwró­cił. Do pokoju weszła Ewa, komu­ni­ku­jąc krótko, że „Ciężki” chce z nim roz­ma­wiać, i natych­miast zni­kła.

Sie­dział jesz­cze przez chwilę w mil­cze­niu. Sam już nie wie­dział, czy Mar­cin jest nie­do­ro­zwi­nięty, czy wprost prze­ciw­nie.

– Zasta­no­wię się, co powie­dzieć Szwe­dom… – oznaj­mił już cał­kiem bez emo­cji. – Ja cię któ­re­goś dnia zamor­duję!

Słowa zabar­wione lekką iro­nią roz­luź­niły atmos­ferę. Skru­szony dotych­czas Mar­cin jakby natych­miast zapo­mniał o swoim prze­wi­nie­niu i w typowy dla sie­bie spo­sób znów try­skał para­nor­malną ener­gią. Kon­rad szybko oce­nił sytu­ację i uznał, że ta nad­gor­li­wość jest nawet w jakimś stop­niu korzystna, bo zmu­sza go do pod­ję­cia decy­zji, która i tak jest nie­unik­niona. Prę­dzej czy póź­niej Szwe­dów trzeba będzie poin­for­mo­wać.

„Ciężki” kazał mu przyjść na wpół do jede­na­stej. W krót­kiej roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej nie wspo­mniał ani sło­wem, o co cho­dzi. Nie było go kilka dni, więc pew­nie chce wie­dzieć, co się dzieje. Tak kal­ku­lo­wał Kon­rad i wyda­wało się to oczy­wi­ste.

Jechał na roz­mowę, przy­go­to­wany do odpo­wie­dzi na każde pyta­nie. „Ciężki” ni­gdy nie zada­wał skom­pli­ko­wa­nych pytań. Praw­do­po­dob­nie nie potra­fiłby nawet takich wymy­ślić. Zresztą wcale nie musiał, skoro mógł zostać zastępcą szefa wywiadu do spraw ope­ra­cyj­nych, nie zna­jąc żad­nego języka. Jesz­cze gorzej wyglą­dał jego tak zwany doro­bek zawo­dowy, który zwy­kle mie­rzy się liczbą i jako­ścią zre­ali­zo­wa­nych spraw.

Kon­rad sta­rał się zawsze zna­leźć u prze­ło­żo­nych i wyko­rzy­stać te cechy, które umoż­li­wiały sprawną reali­za­cję bie­żą­cych zadań. „Ciężki” pod tym wzglę­dem speł­niał jego ocze­ki­wa­nia i na co dzień nie spra­wiał zbyt wielu kło­po­tów. Tak czy ina­czej po każ­dej zmia­nie rządu, cza­sami nawet czę­ściej, nastę­po­wały także zmiany w kie­row­nic­twie Agen­cji Wywiadu, a pracę trzeba było kon­ty­nu­ować. Nie­raz Kon­rad się zasta­na­wiał, jak to moż­liwe, że jesz­cze nie doszło do jakiejś kata­strofy, i nie odstę­po­wało go prze­czu­cie, iż to tylko kwe­stia czasu.

Zajął miej­sce w sekre­ta­ria­cie i cze­kał na wezwa­nie. Tego dnia nie było Mał­gosi, tylko jakaś nowa dziew­czyna, któ­rej nie znał. Na fotelu po dru­giej stro­nie sie­dział męż­czy­zna w jasnym gar­ni­tu­rze i zie­lo­nych butach. Na kola­nach trzy­mał teczkę i mar­two patrzył w prze­strzeń przed sobą. Kon­rad miał wra­że­nie, że już gdzieś go widział. Uwagę przy­ku­wał brak jakiej­kol­wiek har­mo­nii w ubio­rze i te zie­lone buty w szpic. Męż­czy­zna wyraź­nie cze­kał na „Gene­rała”, z któ­rym „Ciężki” dzie­lił sekre­ta­riat.

Po chwili otwo­rzyły się drzwi gabi­netu „Cięż­kiego” i wyszła Ala, lek­torka angiel­skiego, pra­cu­jąca w Agen­cji od zawsze. Pod pachą nio­sła książki i zeszyty. Spoj­rzała na Kon­rada, wymow­nie wznio­sła oczy ku niebu i znik­nęła w kory­ta­rzu.

– Szef zapra­sza pana naczel­nika – powie­działa sekre­tarka do Kon­rada, który nie mógł ode­rwać wzroku od zie­lo­nych butów.

„Ciężki” z wycią­gniętą ręką wyszedł zza biurka i zamiast „witam” czy „dzień dobry” rzu­cił tylko:

– Kawa?

– Kawa – odpo­wie­dział Kon­rad.

Dla sie­bie „Ciężki” zamó­wił her­batę. Ruchem ręki wska­zał Kon­ra­dowi fotel, co ozna­czało, że roz­mowa będzie dłuż­sza, może mniej for­malna i praw­do­po­dob­nie z domieszką ele­men­tów zapro­gra­mo­wa­nej sym­pa­tii. Tak przy­naj­mniej powinna to ode­brać zapro­szona osoba. Zawsze bawiły go te socjo­tech­niczne chwyty sze­fów i był na nie przy­go­to­wany.

– Wła­śnie wró­ci­łem ze Sta­nów. Byłem z wizytą w NASA… – zaczął „Ciężki” i widząc zdzi­wie­nie na twa­rzy Kon­rada, zaraz się popra­wił: – Zna­czy się w ene­sej, Natio­nal Secu­rity Agency – powie­dział, w miarę bez­błęd­nie wyma­wia­jąc tylko dwa pierw­sze słowa. – Poka­zy­wali nam naj­no­wo­cze­śniej­szy sys­tem nawi­ga­cji GPS, pozwa­la­jący śle­dzić osoby na całym świe­cie na pod­sta­wie mikro­chipu. Wspa­niały sys­tem! Sama tech­nika nie jest nowa, w prze­ci­wień­stwie do opro­gra­mo­wa­nia, któ­rego można użyć dzięki nowemu sate­li­cie. Ale o tym nic nie chcieli opo­wie­dzieć. – „Ciężki” mówił z lek­kim pod­nie­ce­niem, bo na tech­nice znał się dobrze. – Musi pan, naczel­niku, tam jechać i zoba­czyć to cudo. Weź­mie pan swo­ich spe­cja­li­stów, może coś pod­pa­trzą. Był ze mną szef naszej tech­niki, ale nie mógł się zorien­to­wać, na czym to polega.

– Jak pan wie – zaczął Kon­rad – my też mamy sys­tem śle­dze­nia oparty na chi­pie GPS w tele­fo­nie komór­ko­wym. Nie jest może nad­zwy­czajny ani szcze­gól­nie nowo­cze­sny, ale w wymia­rze aktyw­nym spra­wuje się dobrze. Nie ma zasto­so­wa­nia pasyw­nego i to jest jego ogra­ni­cze­nie. Dwu­krot­nie wkła­da­li­śmy chipy do tele­fo­nów naszych agen­tów w pro­ce­sie wery­fi­ka­cji ich lojal­no­ści. Spraw­dziły się dosko­nale…

– Nie­mniej to, co mają Ame­ry­ka­nie, jest świetne. Zde­kla­ro­wali się, że jak będziemy w potrze­bie, to nam pomogą.

Mimo emo­cjo­nal­nego zaan­ga­żo­wa­nia „Cięż­kiego”, który na ten temat mógł mówić zawsze, Kon­rad wie­dział, że nie to było powo­dem jego zapro­sze­nia.

– Za chwilę dołą­czy do nas szef – usły­szał. – Teraz ma gościa z zewnątrz…

– W zie­lo­nych butach? – rzu­cił jakby od nie­chce­nia Kon­rad.

– Nie wiem – odpo­wie­dział „Ciężki” i nie zain­te­re­so­wał się kolo­rem, bo widać był myślami gdzie indziej.

Minęła chwila na łyk kawy i koko­sowy bisz­kopt, gdy do pokoju wszedł szef Agen­cji Wywiadu. Przy­wi­tał się z kin­dersz­tubą wyuczoną na war­szaw­skich salo­nach, ale tro­chę na wyrost w szpie­gow­skim śro­do­wi­sku.

– Jak wygląda sprawa naszego archi­wum? – zaczął bez zbęd­nych wstę­pów. – Czy jest już jakiś plan dzia­ła­nia? Ma pan jakąś kon­cep­cję?

– Oczy­wi­ście, panie mini­strze! – zwró­cił się Kon­rad, uży­wa­jąc jego ulu­bio­nego tytułu. – W tej chwili dopra­co­wu­jemy ostat­nie szcze­góły i myślę, że na początku przy­szłego tygo­dnia będę mógł przed­sta­wić raport. – Kła­mał po raz pierw­szy, ale nawet nie czuł zaże­no­wa­nia. Cze­kał na następne pyta­nie…

– Kiedy pan prze­wi­duje reali­za­cję? I jakie są szanse powo­dze­nia?

Kon­rad zasta­no­wił się, przy­bie­ra­jąc odpo­wiedni wyraz twa­rzy.

– Panie naczel­niku – nale­gał szef – musi pan wie­dzieć, że tą sprawą żywo inte­re­suje się pałac. Wydzwa­nia też do mnie pre­zes Małecki. Jak pan rozu­mie, jestem pod nie­ustanną pre­sją.

– Ja rozu­miem! Ale… nie chce pan chyba, panie gene­rale, wywie­rać na mnie naci­sku. W prze­ciw­nym razie to będzie impro­wi­za­cja, a nie poważna misja…

– Nikt na pana nie naci­ska – wtrą­cił natych­miast szef.

– Szanse powo­dze­nia są tym więk­sze, im lepiej się przy­go­tu­jemy. To oczy­wi­ste! Mimo pozo­rów to nie jest łatwa ope­ra­cja i nie cho­dzi prze­cież tylko o zdo­by­cie archi­wum, ale także o to, by nie dostało się w ręce Rosjan czy Bia­ło­ru­si­nów. – Kon­rad wie­dział, że takie na pozór banalne stwier­dze­nia naj­le­piej oddzia­łują na poli­tyczne emo­cje sze­fów.

– Otóż to, panie naczel­niku! Tak uważa rów­nież pan pre­zy­dent, który jest o spra­wie poin­for­mo­wany. Pre­zy­dent przy­wią­zuje dużą wagę do histo­rycz­nego dzie­dzic­twa Dru­giej Rzecz­po­spo­li­tej. Wie pan o tym?!

– Oczy­wi­ście! Cza­sem oglą­dam tele­wi­zję – sko­men­to­wał Kon­rad.

– Czyli, jeżeli dobrze pana zro­zu­mia­łem, w przy­szłym tygo­dniu będziemy mogli zapo­znać się ze szcze­gó­ło­wym rapor­tem ope­ra­cji, czy tak?

– W rze­czy samej, sze­fie!

– Jaką rolę prze­wi­dział pan dla naczel­nika Marka? – wtrą­cił „Ciężki”.

Zorien­to­wał się, że zapro­sze­nie na roz­mowę z oboma sze­fami musiało być spo­wo­do­wane gło­dem infor­ma­cji. Sami za bar­dzo nie mogli zaspo­koić zain­te­re­so­wa­nia pałacu, lecz gdyby naczel­nik Marek został włą­czony do sprawy, wie­dzie­liby prze­cież wszystko.

– Żad­nej! W akcji uczest­ni­czą naj­lepsi ofi­ce­ro­wie Wydziału „Q”. Ktoś musi kie­ro­wać pozo­sta­łymi spra­wami i pil­no­wać gospo­dar­stwa. Zaj­muje się tym Marek… – Kon­rad zamilkł na chwilę, po czym zapy­tał: – Chyba się nie skarży…?

– Nie! Nie! Nic takiego! – odparł „Ciężki”. – Dla­czego miałby się skar­żyć?

– Mam poważne zastrze­że­nia do pracy naczel­nika Marka Belika. Szcze­gól­nie w ostat­nim cza­sie. – Nie pla­no­wał o tym mówić, ale zare­ago­wał spon­ta­nicz­nie na hipo­kry­zję „Cięż­kiego”. – Zarówno do jego kom­pe­ten­cji zawo­do­wych, jak i do pre­dys­po­zy­cji psy­chicz­nych wyma­ga­nych na tym sta­no­wi­sku! W naj­bliż­szym cza­sie będę chciał o tym poroz­ma­wiać. Zresztą swoją ocenę pracy naczel­nika przed­sta­wię w naj­bliż­szej opi­nii służ­bo­wej. Ale to po zakoń­cze­niu sprawy archi­wum. Będę miał kon­kretne pro­po­zy­cje…

– Oczy­wi­ście, panie naczel­niku – odparł szef opa­no­wa­nym gło­sem. – Teraz naj­waż­niej­sza jest sprawa.

Kon­rad zorien­to­wał się, że przez przy­pa­dek i nad­miar emo­cji osią­gnął to, co w głębi duszy już dawno zamie­rzał. W ten spo­sób, wypo­wia­da­jąc wojnę, zmusi kie­row­nic­two AW do jasnej decy­zji doty­czą­cej jego osoby. To nie przy­spa­rzało mu bez­sen­nych nocy, ale chciał wie­dzieć, jaka ma być jego przy­szłość. Takim posta­wie­niem sprawy zwią­zał im ręce i zapew­nił sobie swo­bodę dzia­ła­nia, przy­naj­mniej na okres akcji.

Zale­gła cisza. Kon­rad był pewny, że sły­szy, jak zgrzyta im pia­sek mię­dzy zębami.

– Jak roz­wija się nasza akcja na Bli­skim Wscho­dzie? Jest coś nowego? – Szef zmie­nił temat.

– Na razie nie. Nie­dawno był w War­sza­wie Wil­liam Sten­ton, z któ­rym pro­wa­dzimy tę sprawę. „Fok­ker” czeka na kon­takt z Safi­rem i jeżeli coś uzy­ska, da nam sygnał i ruszamy dalej…

– „Fok­ker” to ten agent Angli­ków w Al-Kaidzie? – zapy­tał „Ciężki”, zaska­ku­jąc Kon­rada.

Dobra pamięć!

– Tak jest – odparł.

– Podobno był w Pol­sce Geo­rge Gor­don? – rzu­cił jakby od nie­chce­nia szef.

Kon­rad natych­miast się zorien­to­wał, że jest pod obser­wa­cją i jego spo­tka­nie z Geo­rge’em było kon­tro­lo­wane. Zresztą to, co powie­dział mu Mar­cin na bal­ko­nie, nie pozo­sta­wiało żad­nych złu­dzeń co do inten­cji kie­row­nic­twa. Zaśmiał się w duchu i pomy­ślał, że papie­ros, który wypa­lił mu dziś rano dziurę w samo­cho­dzie, pięk­nie się w to wkom­po­no­wuje.

– Oczy­wi­ście! Przy­je­chał na zapro­sze­nie ABW. Widzia­łem się z nim, byli­śmy na drinku – odpo­wie­dział Kon­rad zgod­nie z prawdą.

– Zna­cie się dobrze? – cią­gnął wątek szef.

– Tak. Pra­co­wa­li­śmy kie­dyś razem.

– Spo­tka­łem go paro­krot­nie. Ostat­nio pod­czas wizyty w Lon­dy­nie. Świet­nie mówi po pol­sku. Podobno stu­dio­wał w Kra­ko­wie w latach osiem­dzie­sią­tych…

– Tak. Pra­co­wał wów­czas na kie­runku pol­skim i po powro­cie do Lon­dynu też. Dosko­nale zna się na pol­skiej poli­tyce i rozu­mie nasze sprawy. Wie pan, że Gor­don ma uni­ka­tową kolek­cję soli­dar­no­ścio­wych znacz­ków?

– Nie. To cie­kawe! Widział pan?

– Tak. Byłem kilka razy u niego w domu…

– Wie pan, naczel­niku – prze­rwał Kon­ra­dowi szef – chciał­bym, żeby pan mnie infor­mo­wał o takich spo­tka­niach. Gor­don to nie jakiś tam ofi­cer. To jest już poli­tyka i niech pan ją zostawi nam.

– Rozu­miem… będę pana mini­stra infor­mo­wał – odparł Kon­rad, pamię­ta­jąc, że „Gene­rał” ma nad­zwy­czaj pobu­dliwe ego.

Czuł, że spo­tka­nie dobiega końca, bo szef zawsze cho­wał takie tek­sty na wielki finał. Wolał, żeby Kon­rad opusz­czał jego pokój w nie­zbyt dobrym nastroju. Przy­naj­mniej sądził, że taki efekt osiąga.

Kon­rad wyszedł sam z gabi­netu „Cięż­kiego”. Gościa w zie­lo­nych butach już nie było. Nie mógł sobie przy­po­mnieć, gdzie go widział. Męczyło go to.

Poje­chał do cen­trum przez most Sie­kier­kow­ski i dalej wzdłuż Wisły do mostu Ponia­tow­skiego. W Ale­jach Jero­zo­lim­skich utknął w korku na dobre dwa­dzie­ścia minut. Zadzwo­nił do Irka, lecz jego tele­fon mil­czał. Podob­nie jak tele­fon Mirka. Połą­czył się więc z Ewą i popro­sił, by się z nimi skon­tak­to­wała. Chciał wie­dzieć, czy z Sarą jest wszystko w porządku. Ewa zawia­do­miła go przy oka­zji, że czeka na niego Lutek. A także że naczel­nik Marek dwa­dzie­ścia minut temu wyje­chał na spo­tka­nie, ale nie powie­dział dokąd ani kiedy wróci.

Samo­chody zaczęły toczyć się powoli. Kon­rad był od rana pode­ner­wo­wany i śli­ma­czący się korek potę­go­wał jesz­cze ten stan. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że Marek poje­chał do „Cięż­kiego”.

Lutek sie­dział w sekre­ta­ria­cie. Ewa zro­biła mu kawę. Lubiła go może bar­dziej niż innych, bo Lutek był mało­mówny, grzeczny, tro­chę nie­śmiały wobec kobiet i bar­dzo wyspor­to­wany. Lutek też lubił Ewę, bo dużo mówiła, zawsze na temat, dużo czy­tała, ale nie pism dla kobiet, i miała o czym opo­wia­dać, poza tym ład­nie pach­niała i była blon­dynką. Dla­tego też według Lutka jej eks­pres parzył naj­lep­szą kawę na świe­cie.

Kiedy Kon­rad wszedł do sekre­ta­riatu, Lutek wstał natych­miast, jak przy­stało na woj­sko­wego.

– Jak ci poszło? – zapy­tał Kon­rad, wycią­ga­jąc do niego rękę.

– Wszystko przy­go­to­wane! – W ustach Lutka takie pro­ste stwier­dze­nie ozna­czało, że Kon­rad nie musi się o nic mar­twić. „Wszystko”, czyli na sto pięć­dzie­siąt pro­cent!

– Chodź, opo­wiesz mi. Ewo… – zwró­cił się do sekre­tarki – nikogo nie wpusz­czaj i nie łącz żad­nych roz­mów.

44

Ostat­nio dużo pił. Szcze­gól­nie wie­czo­rami. Poma­gało mu to zasnąć. Tej nocy spał tak mocno, że z początku pomy­ślał, że włą­czył się budzik w jego komórce i że jest już ranek, ale po chwili zdał sobie sprawę, że jed­nak dzwoni tele­fon.

Zapa­lił świa­tło i spoj­rzał na wyświe­tlacz. Numer się nie iden­ty­fi­ko­wał. Było wpół do dru­giej. Od razu wie­dział, kto dzwoni.

– Słu­cham – rzu­cił krótko.

– Za pięć minut na dole! – Znany mu głos nie pozo­sta­wiał złu­dzeń, że ma nie­wiele czasu.

Krupa odło­żył słu­chawkę.

– Kurwa mać! – zaklął gło­śno.

Czy ten skur­wy­syn nie ma odro­biny sza­cunku dla ludzi? Czy musi zawsze wycią­gać mnie w środku nocy? Ja go kie­dyś zastrzelę! Jak Boga kocham!

Ubrał się jed­nak szybko, bo wie­dział, że to nie prze­lewki.

Zbiegł po scho­dach z trze­ciego pię­tra i wyszedł przed blok. Nie przy­pusz­czał, że zro­biło się tak zimno, i wło­żył tylko koszulkę, spodnie i klapki.

Przed domem, w cie­niu latarni, stał Fie­do­tow, wielki jak hipo­po­tam, o sple­śnia­łej od wódki twa­rzy, i palił papie­rosa. Na widok Krupy od razu zary­czał:

– Co tak sto­isz jak sie­rota?! Chodź tutaj!

Krupa posłusz­nie wyko­nał pole­ce­nie. Już po gło­sie roz­po­znał, że Fie­do­tow ma nie­źle w czu­bie. A to nie wró­żyło dobrze. Potra­fił być wtedy nie­obli­czalny i agre­sywny. Co gor­sza, zupeł­nie tra­cił czu­cie w wiel­kich łapach, któ­rymi machał bez opa­mię­ta­nia.

– Coś się tak długo zbie­rał?! Nie mogłeś się odkleić od dziwki? Chodź, mamy gości z Moskwy. Ani słowa… kurwa… o naszym biz­ne­sie. Rozu­miesz? Urwę ci jaja, jak coś piśniesz!

Fie­do­tow nie żar­to­wał i Krupa dobrze o tym wie­dział. Od początku podej­rze­wał, że to on sprząt­nął Ste­pa­no­wy­cza, ale bał się nawet o tym myśleć.

Pode­szli do nowego czar­nego bmw 6 na moskiew­skich nume­rach reje­stra­cyj­nych, z zaciem­nio­nymi szy­bami. Fie­do­tow rzu­cił papie­rosa i otwo­rzył tylne drzwi. Krupa zajął miej­sce obok osiłka o jasnych, lekko falu­ją­cych wło­sach. Fie­do­tow wto­czył się za kie­row­nicę, aż zako­ły­sało samo­cho­dem. Sie­dzący z przodu młody męż­czy­zna o chło­pię­cej twa­rzy odwró­cił się i podał Kru­pie rękę. Nikt się jed­nak nie przed­sta­wił.

Wasi­lij nie miał wąt­pli­wo­ści, że goście są z Moskwy i że nie repre­zen­tują FSB. Od razu roz­po­znał Służbę Wywiadu Zagra­nicz­nego, nie wie­dział jed­nak, skąd takie wra­że­nie. Nie bał się, nie miał czego, ale też nie czuł się kom­for­towo. Mimo to był zado­wo­lony, że sie­dzi w cie­płym samo­cho­dzie, bo Fie­do­tow mógłby go trzy­mać w klap­kach na dwo­rze nawet przez godzinę.

Dla­czego oni spo­ty­kają się zawsze w nocy? – pomy­ślał. Czy ich tak szkolą? Czy to ma jakiś sens? Fil­mów się naoglą­dali… czy co?

– Co wiesz o zabój­stwie Ste­pa­no­wy­cza? – zaczął blon­dyn.

– Wszystko, co wiem, powie­dzia­łem już Ana­to­li­jowi Andrie­je­wi­czowi – odrzekł z waha­niem i spoj­rzał na tłu­sty kark Fie­do­towa, który ani drgnął.

– Czy wiesz coś nowego? Mia­łeś się prze­cież dowie­dzieć! – kon­ty­nu­ował blon­dyn.

Krupa mil­czał i cały czas patrzył na Fie­do­towa, jakby się spo­dzie­wał, że ten jakimś nie­roz­waż­nym ruchem przy­zna się do zabój­stwa Ste­pa­no­wy­cza. Nie paso­wał mu tylko nóż w jego ręku. Takiemu bydla­kowi przy­sta­wała raczej maczeta albo celny strzał w tył głowy.

– Byli­ście prze­cież bli­sko! Robi­łeś z nim inte­resy, nie?! – Głos blon­dyna sta­wał się coraz bar­dziej natar­czywy. – Co ty, kurwa, myślisz?! Że mogli­ście robić biz­nes na faj­kach z Pol­ski bez naszej zgody?! Tu nic się nie dzieje bez naszej zgody! Rozu­miesz, Krupa?! A nawet jak nic się nie dzieje, to też musi być na to nasza zgoda.

Krupa przy­wykł już do aro­gan­cji Rosjan, szcze­gól­nie ofi­ce­rów służb spe­cjal­nych, któ­rzy trak­to­wali Bia­ło­ruś jak kolo­nię, mimo to cham­stwo blon­dyna zbiło go nieco z tropu. Teraz poczuł dumę, że jest Bia­ło­ru­si­nem, cho­ciaż słabo znał język i nie bar­dzo rozu­miał, co to takiego naród bia­ło­ru­ski.

– Pale­nie zabija! – wtrą­cił Fie­do­tow iro­nicz­nym tonem i wszy­scy się roze­śmiali, oprócz Krupy, który nie lubił żar­tów z czy­jejś śmierci. – Ste­pa­no­wycz sta­now­czo za dużo palił! – dorzu­cił Fie­do­tow głu­pio, bo sam kop­cił bez umiaru.

– Wystar­czy! – ode­zwał się nieco dzie­cin­nym gło­sem ten o chło­pię­cej twa­rzy. Krupa od razu zro­zu­miał, że to on dowo­dzi. Wyda­wał się jed­nak tro­chę za młody. – Wasi­lij! Wszystko w porządku… Prze­pra­szam, że wycią­gnę­li­śmy cię z łóżka tak późno, ale sprawa jest pilna. Rozu­miesz?

– Jasne! – odparł Krupa. – Robota to robota!

– Czy­ta­łem twoje raporty w spra­wie zabój­stwa Ste­pa­no­wy­cza. Dobre! Wni­kliwe! Od razu znać świet­nego ofi­cera. – Chło­pacz­ko­waty w tani spo­sób chciał zdo­być jego zaufa­nie. – Jak rozu­miem, nie masz do powie­dze­nia nic nowego?

– Wła­śnie! Od mojego wczo­raj­szego raportu nic takiego się nie wyda­rzyło – odparł Krupa.

– Dobrze roze­gra­łeś sprawę z tym pol­skim agen­tem… jak mu tam… „Żubrem”. Zaj­miemy się nim tro­chę póź­niej. Chciał­bym naj­pierw usta­lić kilka fak­tów. Pisa­łeś o tym, ale chciał­bym to usły­szeć od cie­bie… Cie­kawi mnie, skąd Ste­pa­no­wycz o nim wie­dział. Nie udało ci się usta­lić, czy pro­wa­dził w jego spra­wie for­malne roz­pra­co­wa­nie? Dla­czego ci o nim wspo­mniał? Nie domy­ślasz się… skąd przy­pusz­cze­nie, że to on zabił Ste­pa­no­wycza? – Chło­pacz­ko­waty zada­wał celne pyta­nia.

– Tak mi wycho­dzi z ana­lizy sytu­acji, zacho­wa­nia „Żubra”, roz­mów z nim i z jego wypo­wie­dzi. Nie może być ina­czej! – Krupa mówił z peł­nym prze­ko­na­niem w gło­sie. – No, jakieś praw­do­po­do­bień­stwo, że to pora­chunki, jest, ale mini­malne…

– Ten „Żubr” to inte­li­gentny czło­wiek? – zapy­tał blon­dyn.

– Bar­dzo! To ide­owiec!

– Czyli należy uznać, że Ste­pa­no­wycz nie zosta­wił na niego żad­nych mate­ria­łów, bo ina­czej ten „Żubr” już by sie­dział. To pew­nie dzięki wam albo pre­zy­denc­kiej bez­piece? – kon­ty­nu­ował młody.

– Oczy­wi­ście, że tak! – ode­zwał się Fie­do­tow. – Ze Służby Bez­pie­czeń­stwa wciąż nic nie wycie­kło, a minęło już tro­chę czasu. Pil­nuję tematu.

– To dobrze! To bar­dzo dobrze! Będzie nasz! Gra­tu­luję ci, Wasi­lij! Dosta­niesz pre­mię. – Chło­pacz­ko­waty był wyraź­nie zado­wo­lony.

– Myślę, że Ste­pa­no­wycz powie­dział mi o nim, bo chciał się zabez­pie­czyć. Może cze­goś się oba­wiał? Może „Żubr” mu gro­ził?!

– Ste­pa­no­wycz oczy­wi­ście nie wie­dział, że pra­cu­jesz dla nas? Bo gdyby wie­dział, mogłoby to zna­czyć, że chciał go nam pod­sta­wić. Nie wyczu­wa­łeś, że może coś podej­rze­wać?!

– Skąd! Ni­gdy! – odparł Krupa.

– Zna­ko­mi­cie, Wasi­lij! Jesteś dobrym ofi­ce­rem kontr­wy­wiadu. Sprawę z tym pol­skim agen­tem pro­wa­dzisz świet­nie. Nawet Fie­do­tow nie jest ci potrzebny… Ale zasta­nów się, czy nie wyklu­czasz takiej wer­sji, że Ste­pa­no­wycz pra­co­wał dla Pola­ków. Był chciwy i bez­względny… za pie­nią­dze sprze­dałby matkę. Wszy­scy to wie­dzą. Polacy też musieli o tym wie­dzieć i zwer­bo­wa­nie go nie byłoby trudne. Naczel­nik kontr­wy­wiadu KGB, puł­kow­nik… łakomy kąsek!

– Nie sądzę! To by wypły­nęło. On by tego nie utrzy­mał w tajem­nicy. Zdra­dziłby się czymś prę­dzej czy póź­niej…

– Nie rozu­miesz, Wasi­lij! – Młody nabrał nagle men­tor­skiego tonu. – Polacy albo Ame­ry­ka­nie mogą wie­dzieć, że dla nas pra­cu­jesz. Na przy­kład mówią Ste­pa­no­wy­czowi, żeby sprze­dał tobie „Żubra”, że to pol­ski agent. Ty wcho­dzisz z nim w kon­takt albo on z tobą… jak to było w rze­czy­wi­sto­ści. Potem on cię wer­buje i sprze­daje infor­ma­cje, pewny, że ty prze­ka­żesz je dalej… nam. W ten spo­sób wcią­gają nas w grę ope­ra­cyjną i dez­in­for­mują. Krótko mówiąc, wpusz­czają nas, skur­wiele, w maliny.

Zale­gła cisza.

– Tak może być. Ale jest bar­dziej praw­do­po­dobne, że po pro­stu pod­rzu­cili mu mate­riały na „Żubra”… – zaczął Krupa.

– To odpada! Za duże ryzyko – prze­rwał mu zaraz blon­dyn. – Polacy nie mie­liby pew­no­ści, że Ste­pa­no­wycz zacho­wałby się zgod­nie z ich prze­wi­dy­wa­niami. Mógłby dla splen­doru aresz­to­wać „Żubra”, i po spra­wie. Nic by w ten spo­sób nie ugrali, a agent poszedłby sie­dzieć. Ste­pa­no­wycz prze­ka­zał ci infor­ma­cję o „Żubrze” i był już nie­po­trzebny. Nawet wię­cej, trzeba było go uci­szyć, żeby cze­goś nie wyga­dał. Mogło tak być!

– Mogło! – potwier­dził młody. – To jed­nak tylko hipo­teza i nie mamy czasu jej zwe­ry­fi­ko­wać. Czę­sto rze­czy­wi­stość jest prost­sza, niż nam się wydaje. Naj­waż­niej­sza jest teraz sprawa brze­ska! Brawo, Wasi­lij! Nawet nie wiesz, jaką przy­sługę odda­łeś ojczyź­nie! – Odwró­cił się i patriar­chal­nie pokle­pał go po ramie­niu.

Jakiej ojczyź­nie?! – pomy­ślał Krupa. Chyba mu się we łbie poprzew­ra­cało! Robię, bo muszę, bo byłem głupi, że dałem się wcią­gnąć.

Tak naprawdę dobrze wie­dział, że nie miał wów­czas wyboru.

– Kiedy jedziesz z „Żubrem” do Brze­ścia? – zapy­tał nie­uprzej­mie blon­dyn.

– Jesz­cze nie wiem. To on decy­duje. Ale myślę, że w sobotę albo nie­dzielę.

– Hm… – zasta­no­wił się młody i znów w samo­cho­dzie zale­gła cisza.

– Może powin­ni­śmy z nimi poje­chać… albo przy­naj­mniej wysłać Fie­do­towa. Jak sądzisz? – wtrą­cił znowu blon­dyn.

– Nie. To… – zare­ago­wał natych­miast Krupa.

– Nie cie­bie pytam! – skar­cił go blon­dyn.

– Dobrze. Jak sądzisz, Wasi­lij? – ode­zwał się młody.

Krupa poczuł satys­fak­cję na myśl, że blon­dyn dostał prztyczka.

– Uwa­żam, że to nie­po­trzebne. On jest cwany. Wyczuje coś i zwieje. Prze­cież i tak wszystko…

– Oczy­wi­ście, Wasi­lij! Masz rację. Nie ma co ryzy­ko­wać – pod­chwy­cił chło­pacz­ko­waty.

Fie­do­tow otwo­rzył okno i zapa­lił papie­rosa.

– Coś ty, Fie­do­tow, ochu­jał?! Wypier­da­laj, jak chcesz palić! – dzie­cin­nym gło­sem gwał­tow­nie zare­ago­wał młody, a Fie­do­tow bez słowa wysiadł z samo­chodu.

Krupa znów poczuł przy­pływ satys­fak­cji i pomy­ślał, że ten chło­pacz­ko­waty jest w porządku i musi mieć mocne plecy w Jase­nie­wie, ale na asa wywiadu to nie wygląda, skoro pozwala sobie tak łatwo wmó­wić, co ma robić. Blon­dyn cham, ale przy­naj­mniej zawo­do­wiec.

– „Żubr” wie, gdzie jest zako­pana skrzy­nia, ale jesz­cze mi nie powie­dział. A ja nie mia­łem moż­li­wo­ści go zapy­tać. Na razie wiem tylko, że w twier­dzy. Teraz poje­dziemy zro­bić wizję lokalną. Spraw­dzić miej­sce i tak dalej. – Krupa chciał być koope­ra­tywny i mówił do mło­dego.

– My też wiemy, gdzie jest ta skrzy­nia. Chcemy mieć jed­nak pew­ność. Ten Polak spadł nam z nieba! Mówił ci, co w niej jest?

– Jakieś stare doku­menty. Czy coś takiego. On sam dokład­nie nie wie, ale wie, że to bar­dzo ważne dla Pola­ków. Gotowi są dużo zapła­cić! Ale on to robi dla idei…

– Dosko­nale, Wasi­lij! Teraz będziemy cze­kać, aż wró­cisz z Brze­ścia i poka­żesz nam dokładne miej­sce ukry­cia skrzyni. My to porów­namy… – Młody nagle urwał, jakby powie­dział za dużo.

– Może jed­nak też pojadę do Brze­ścia… – znów wtrą­cił się blon­dyn, tym razem bar­dziej zde­cy­do­wa­nie.

– Dobrze wiesz, że Misza ma drugą część ope­ra­cji do zre­ali­zo­wa­nia! Zapo­mnia­łeś?! Przy­pa­dek! Cokol­wiek! Polacy się zorien­tują i będą nici. Misza ma rachunki do wyrów­na­nia! To jak gra ope­ra­cyjna, tele­pa­tyczna par­tia sza­chów mię­dzy dwiema służ­bami. Trzeba umieć prze­wi­dy­wać ruchy prze­ciw­nika. – Widać było, że młody trwa przy swo­jej decy­zji.

Krupa popa­trzył na blon­dyna, któ­rego twarz mimo pół­mroku wyra­żała pełne poli­to­wa­nie dla naiw­no­ści mło­dego.

Do samo­chodu wró­cił Fie­do­tow, a wraz z nim smród prze­sy­co­nego papie­ro­so­wym dymem ubra­nia.

– Tylko nic nie rób­cie koło „Żubra”, dopóki wam nie powiem, że można. Bo go spło­szy­cie! – zakoń­czył zde­cy­do­wa­nie Krupa i zapy­tał: – Mogę już iść?

– Spier­da­laj! – odpo­wie­dział nie­spo­dzie­wa­nie Fie­do­tow.

45

Roz­mowy ze Szwe­dami zajęły Kon­ra­dowi ponad cztery godziny. Potem była kola­cja, która prze­cią­gnęła się do dwu­dzie­stej trze­ciej.

Szwe­dzi musieli być mocno zasko­czeni tym, co usły­szeli, bo nie mogli się powstrzy­mać od zachwy­tów nad pol­ską gościn­no­ścią i żubrówką. Śmiesz­nie wyglą­dały na jasnych twa­rzach Olafa i Pera policzki zabar­wione na mali­nowo od sil­nych emo­cji i alko­holu. Obaj bar­dzo przy­pa­dli Kon­ra­dowi do gustu i chyba wza­jem­nie, bo roz­mowa dobrze się ukła­dała i była zupeł­nym zaprze­cze­niem obie­go­wych opi­nii o zim­nych, mil­czą­cych Szwe­dach.

Kon­rad zapła­cił kartą kre­dy­tową tak­sów­ka­rzowi, który na sam jej widok trzy­krot­nie pro­po­no­wał, że pod­wie­zie go na swój koszt do naj­bliż­szego ban­ko­matu. Kon­rad nie miał pie­nię­dzy w port­felu i przez moment się zasta­na­wiał, gdzie je wydał. Nie miał naj­mniej­szej ochoty jechać jesz­cze o tej porze do ban­ko­matu.

Czuł miłe roz­luź­nie­nie. Wypił trzy albo cztery kie­liszki. Kole­dzy ze Sztok­holmu nato­miast pozwo­lili sobie na znacz­nie wię­cej. Kroku musiał im dotrzy­my­wać Mar­cin jako odpo­wie­dzialny za ich przed­wcze­sny przy­jazd.

Noc była cie­pła i przy­jemna. Godzinę wcze­śniej lekki deszcz oży­wił powie­trze.

Kon­rad stał przed swoim domem na Kaba­tach i myślał, czy jesz­cze nie przejść się przed snem. I pew­nie by tak zro­bił, gdyby miłego samo­po­czu­cia nie zabu­rzał mu dys­kom­fort, powo­do­wany świa­do­mo­ścią, że skła­mał szwedz­kim kole­gom. Może nie skła­mał, ale nie powie­dział nic o Ruper­cie, pod­czas gdy oni poin­for­mo­wali go szcze­rze o wszyst­kim.

Wytłu­ma­czę im to potem. Już po ope­ra­cji. Zro­zu­mieją!

Wstu­kał kod do drzwi wej­ścio­wych, ale się nie otwo­rzyły. Powtó­rzył więc czyn­ność i usły­szał cha­rak­te­ry­styczny dźwięk zamka elek­trycz­nego. Wycią­gnął rękę, by chwy­cić za klamkę, gdy drzwi gwał­tow­nie się otwo­rzyły i sta­nął w nich wysoki męż­czy­zna.

Zamarli naprze­ciw sie­bie. W pierw­szym momen­cie Kon­rad się prze­stra­szył. Sto­jący pół metra przed nim facet miał około czter­dziestki. Mimo mroku i sła­bego świa­tła z wnę­trza klatki dobrze było widać jego twarz. Trwało to ułamki sekund. Kon­rad wyczuł u niego nie­po­kój.

– On mnie zna – usły­szał wła­sny głos.

Stał jak zamu­ro­wany i chciał zapy­tać intruza, co tu robi, gdy kątem oka zauwa­żył gwał­towny ruch. Skom­pen­so­wana intu­icja zmu­siła go do uniku i zasło­nię­cia się ręką, lecz pięść, mimo gardy, dosię­gła policzka pod lewym okiem. Poczuł silny ból i błysk w oczach. Stra­cił rów­no­wagę i byłby upadł, gdyby nie oparł się o ścianę.

Zacho­wał przy­tom­ność i nie­mal od razu sprę­żył się gotowy do walki. Męż­czy­zna jed­nak wyraź­nie nie chciał się bić i zaczął ucie­kać pustą ulicą. Kon­rad ruszył za nim. Gdy nie­zna­jomy obej­rzał się i zoba­czył, że jest ści­gany, natych­miast mocno przy­spie­szył.

Skrę­cił w wąski prze­jazd mię­dzy domami, wyraź­nie licząc na to, że w zauł­kach uda mu się zgu­bić pogoń. Kon­rad skra­cał jed­nak dystans i męż­czy­zna to zauwa­żył.

Wybiegł na ulicę i po chwili był już na skrzy­żo­wa­niu KEN i Wąwo­zo­wej. Metr od niego zatrzy­mał się z piskiem opon samo­chód, zagra­dza­jąc drogę. Męż­czy­zna spraw­nie prze­sko­czył przez maskę i biegł dalej. Kilku prze­chod­niów przy­sta­nęło, obser­wu­jąc ze zdzi­wie­niem nie­co­dzienną scenę. Nie­zna­jomy obej­rzał się i widząc Kon­rada, skrę­cił w lewo. Wciąż biegł jezd­nią Alei KEN w kie­runku cen­trum. Wyraź­nie przy­spie­szał, raz po raz oglą­da­jąc się za sie­bie.

Kon­rad czuł silny ból w mię­śniach, ale deter­mi­na­cja tam­tego, by nie dać się zła­pać, i prze­czu­cie, że wszystko to nie dzieje się za sprawą przy­padku, powo­do­wały, że mógł go dopaść. Po chwili zorien­to­wał się, że z tyłu doga­nia go jakiś samo­chód. Kiedy był tuż za nim, kie­rowca zro­bił ostry manewr, jakby chciał go potrą­cić bokiem. Kon­rad odsko­czył w prawo, potknął się o kra­węż­nik i upadł na traw­nik.

Oczy­wi­ste było, że samo­chód, stary biały golf, zro­bił to celowo. Prze­je­chał jesz­cze kil­ka­dzie­siąt metrów i Kon­rad ze zdu­mie­niem zoba­czył, jak męż­czy­zna, któ­rego gonił, nie­mal w biegu wska­kuje do środka.

Leżał przez chwilę na traw­niku, ciężko dysząc i patrząc w ślad za samo­cho­dem, który gwał­tow­nie przy­spie­szał. Pod­cią­gnął nogi i usiadł. Nie mógł zebrać myśli. Pierw­szy raz spo­tkało go coś takiego. Nie potra­fił zro­zu­mieć, co się stało. Dla­czego?! Dla­czego on? To zda­rze­nie wyda­wało się takie irra­cjo­nalne, a jed­nak musiało mieć jakiś sens. Ude­rze­nie, potem sza­leń­czy bieg i na doda­tek ten samo­chód! Czyli był ktoś jesz­cze!

Po chwili zorien­to­wał się, że wciąż sie­dzi na traw­niku przy jezdni. Nie­opo­dal stał młody chło­pak z psem i dwie dziew­czyny. Przy­glą­dali mu się z nie­po­ko­jem.

Pomy­ślał, że może zapa­mię­tali numer golfa. Pod­niósł się i ruszył w ich kie­runku. Ale oni nie­spo­dzie­wa­nie się odwró­cili i dosyć szyb­kim kro­kiem zaczęli się odda­lać. Wyraź­nie nie chcieli mieć z nim do czy­nie­nia. Zro­zu­miał, że sytu­acja wydała im się podej­rzana i nawet jeżeli coś zauwa­żyli, nie może liczyć na ich pomoc. Coś takiego rzadko zda­rza się na Kaba­tach.

Wró­cił do domu. Wszedł po scho­dach, jakby zapo­mniał, że jest winda. Skar­cił się, że to z powodu zde­ner­wo­wa­nia. Cho­ciaż bywał w znacz­nie gor­szych opa­łach, zawsze zacho­wy­wał zimną krew. A tym razem nie! Było mu wstyd przed samym sobą.

Dotknął nabrzmia­łego już policzka i od razu pomy­ślał, że będzie miał pod­bite oko. Nie pierw­szy raz. Zaśmiał się, ale wcale nie było mu wesoło.

Chciał wło­żyć klucz do zamka, gdy zoba­czył tkwiącą w szcze­li­nie drzwi białą kopertę. Zapa­lił świa­tło, by się lepiej przyj­rzeć. Koperta nie miała żad­nych napi­sów i z pew­no­ścią nie była to reklama. Od razu wydało mu się to dziwne. Nasu­nęło się sko­ja­rze­nie z tym, co go spo­tkało przed chwilą. Zawa­hał się, czy doty­kać koperty. Pomy­ślał o spra­wie Safira, ale zaraz odrzu­cił to nie­do­rzeczne przy­pusz­cze­nie. Nie­mniej na koper­cie mogą być odci­ski pal­ców.

Chwy­cił jej róg przez chu­s­teczkę higie­niczną. Otwo­rzył drzwi i wszedł do miesz­ka­nia. Poło­żył kopertę na biurku i zapa­lił lampkę. Był nie­mal pewny, że w środku jest jakaś wia­do­mość. Koperta była zakle­jona.

Poszedł naj­pierw umyć ręce i szybko wró­cił do biurka. Wyjął z szu­flady pęsetę i szkło powięk­sza­jące. Obej­rzał kopertę pod świa­tło. Widać było, że wewnątrz jest papier, na któ­rym odbija się blady cień krót­kiego tek­stu.

Powoli, deli­kat­nie roz­ciął kopertę chiń­skim nożem do papieru i z cele­brą wycią­gnął pęsetą zło­żoną na pół kartkę. Wpa­try­wał się w nią, jakby za chwilę miał spraw­dzić numery totka, po czym ją otwo­rzył.

Uka­zał się tekst po pol­sku:

Witaj, Kon­rad! I do zoba­cze­nia w Brze­ściu!

Pozdra­wiam

Misza P.

Zamarł. Od stóp do głów prze­bie­gła go fala dresz­czu. Przez chwilę sie­dział odrę­twiały w fotelu, jakby stra­cił świa­do­mość. Potrze­bo­wał czasu, by zro­zu­mieć, że to ten męż­czy­zna, który go ude­rzył i któ­rego gonił, wło­żył tę wia­do­mość w jego drzwi.

– Poznał mnie! Nie mógł tego ukryć i wpadł w panikę! Dla­tego mnie ude­rzył. Nie mógł się ode­zwać… bo to Rosja­nin i od razu bym się zorien­to­wał… – zaczął mówić na głos. – Nie­praw­do­po­dobne! Prze­cież mógł mnie tylko pchnąć! To ude­rze­nie i ten list nie pasują do sie­bie. Mogłem go dogo­nić albo wdać się w walkę i wtedy by wpadł. Było sto róż­nych moż­li­wo­ści! Dla­czego tak zare­ago­wał? Bał się mnie?

Zaczy­nał coraz szyb­ciej i spraw­niej ana­li­zo­wać sytu­ację.

Gdy­bym go zatrzy­mał, a następ­nie odna­lazł list Popo­wskiego, mie­li­by­śmy w gar­ści rosyj­skiego agenta, i to pew­nie spoza war­szaw­skiej Rezy­den­tury. Dla­czego Misza tak ryzy­kuje?

Pogrą­żył się w myślach i nagle zdał sobie sprawę, że dzwoni jego tele­fon.

– Jestem! – usły­szał w słu­chawce i przez jakiś czas stał kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wany. – A ty jesteś tam? – ode­zwała się Sara.

– Tak… Tak! Jestem. Oczy­wi­ście. Jestem!

– Przy­je­cha­łam… – I po chwili z waha­niem w gło­sie zapy­tała: – Co z tobą? Coś się stało? Jesteś pijany? O tej porze?

– Nie! Nie jestem! – Kon­rad się opa­no­wał. – Coś mi się przy­da­rzyło… – prze­rwał. – Opo­wiem ci jutro. Czyli jesteś?

– Musiało się przy­da­rzyć coś naprawdę nie­zwy­kłego, bo cię nie poznaję, a znam cię jak nikt…

– Poroz­ma­wiamy jutro, dobrze? Muszę iść spać. – Roz­łą­czył się, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź.

Poszedł do pokoju i wziął tele­fon komór­kowy do łącz­no­ści spe­cjal­nej, ale po chwili zasta­no­wie­nia odło­żył go.

Jeżeli Rosja­nie – zaczął myśleć pospiesz­nie – znają mój adres pry­watny i zde­cy­do­wali się na pod­rzu­ce­nie listu, to rów­nie dobrze mogli mi zain­sta­lo­wać pod­słuch w domu. To byłaby tra­ge­dia! I wstyd! Jutro M-Irek prze­cze­szą miesz­ka­nie. Boże… a jeżeli coś znajdą?! Zaraz… No nie, panika zmy­słów! Oczy­wi­ście! Prze­cież już samo pod­rzu­ce­nie listu by wystar­czyło, bym spraw­dził dom i wykrył pod­słuch… To oczy­wi­ste, że musieli się z tym liczyć. Po co by im to było? – Kon­rad roz­wa­żał różne aspekty. – Chyba że chcą, żebym go wykrył! To byłaby wojna! Prze­cież Misza zna zasady. Nie tykamy naszego życia pry­wat­nego, życia ofi­ce­rów! Agenci to co innego. Nie zro­biłby tego! Kurwa, nie zro­biłby?! Nie chce chyba wojny… – Zaczęły wzbie­rać w nim wąt­pli­wo­ści. – Jeżeli odnajdę plu­skwę, to co…? Może chcą mi poka­zać swoją siłę? Prze­cież są silni… Wszy­scy to wie­dzą! Nie muszą tego robić. Nie… to nie­moż­liwe…

Wyszedł na bal­kon i usiadł na fotelu. Szu­miało mu w uszach. Było cicho i bez­wietrz­nie. Dom wyda­wał się wymarły. Kon­rad miał wra­że­nie, że docie­rają do niego nowe, nie­znane mu dotąd emo­cje. Pamię­tał tylko te prze­stra­szone oczy i jasne włosy. Nie był pewien, czy potra­fiłby ziden­ty­fi­ko­wać tego męż­czy­znę.

Odrzu­cił myśl o pod­słu­chu w domu, bo dotarła do niego inna, nie mniej ważna. Skąd Rosja­nie znają jego pry­watny adres?

– Zdo­byli się na nie lada wyczyn z tym listem, to prawda, ale skąd znają mój adres… adres… adres? – powta­rzał jak man­trę. – Są tylko dwie moż­li­wo­ści. Albo mają u nas kreta, albo namie­rzyli mnie sami! Oba warianty wcho­dzą w grę. I oba… Kurwa! – zaklął gło­śno. – Mogą znać loka­li­za­cję Wydziału „Q”! Czy to mi chcia­łeś powie­dzieć, Misza? Że jesteś lep­szy? Tak?! – Kon­rad był wyraź­nie zanie­po­ko­jony. – Wystar­czy, że pra­cuje dla nich jakiś straż­nik w Agen­cji, wystar­czy, że przy­pad­kowo zoba­czył mnie na mie­ście jakiś ich ofi­cer. Wszystko moż­liwe! Mogą wie­dzieć, gdzie jest Wydział, ale co z tego? Do tego budynku wcho­dzi tysiące osób. Chyba jed­nak tajem­nica kryje się gdzie indziej…

Wciąż sie­dział na bal­ko­nie. Było już po pierw­szej i poczuł w końcu chłód nocy.

Dla­czego zaan­ga­żo­wali takie siły i środki, by prze­ka­zać mi ten list? I nie­wiele bra­ko­wało, by wpa­dli… Musieli prze­cież się z tym liczyć. To mogło ich drogo kosz­to­wać, a to nie są głupcy… szcze­gól­nie Misza!

Kon­rad wró­cił do miesz­ka­nia i pod­szedł do biurka, na któ­rym wciąż leżała koperta. Usiadł i nagle dotarł do niego czy­telny komu­ni­kat.

No tak! Sprawa chyba jest jasna! Misza! Misza!

Kon­rad był pod­nie­cony i czuł nie­po­trzebną w tej chwili satys­fak­cję.

Popeł­ni­łeś błąd, Misza! Duży błąd. Zawio­dła cię cier­pli­wość! Tak bar­dzo chcesz wygrać? Pra­gniesz się ode­grać za Kijów? Piszesz: „Do zoba­cze­nia w Brze­ściu”, tak? Chcesz mi powie­dzieć, że wiesz, co pla­nuję, tak? Ale w ten spo­sób wysy­pa­łeś się, że nie wiesz, gdzie jest ukryte archi­wum, albo nie jesteś tego pewny. Boisz się, że chcę zro­bić numer i wpu­ścić cię w maliny? Masz rację… tak wła­śnie chcę zro­bić. Jeżeli myślisz, że wypro­wa­dzisz mnie z rów­no­wagi i że to ja zro­bię pierw­szy błąd, to się mylisz!

Kon­rad uśmiech­nął się do sie­bie i poczuł ból w policzku.

Tak! Zro­bi­łeś na mnie wra­że­nie tym listem! Ale poka­za­łeś też, jaki jesteś zde­ter­mi­no­wany! Masz jakieś pro­blemy w pracy? Musisz to robić? Musisz poka­zać się sze­fom? Przy­ja­cielu! Ja już wiem od Angli­ków, że coś pla­nu­jesz! Ja znam two­jego agenta… tego Ruperta! A plan twier­dzy brze­skiej, który trzy­masz w rękach, to mój pro­dukt. Tego wła­śnie boisz się naj­bar­dziej, czyż nie? Nie jesteś pewien tego Ruperta. Słusz­nie, bo to chuj! Dla­tego uru­cho­misz wszyst­kie swoje siły na Bia­ło­rusi, by wywią­zać się z tego zada­nia i… wygrać. Tak? Ale nie możesz wystrze­lić przed­wcze­śnie, bo nie ufasz Bia­ło­rusinom i boisz się, że pierwsi zdejmą archi­wum. A to byłby wstyd w Jase­nie­wie, co?! Trzeba byłoby szu­kać nowej pracy gdzieś na mie­ście. Do końca życia by cię to gry­zło. Dla praw­dzi­wego ofi­cera to nie porażka… to śmierć! A co dopiero dla Rosja­nina! Dla­tego będziesz cze­kał, aż przy­jadę z moimi ludźmi wyko­pać to archi­wum. Będziesz chciał mnie zdjąć razem z nim, ale wspa­nia­ło­myśl­nie nas puścisz, a archi­wum zabie­rzesz. Tak pla­nu­jesz? Na pewno! Źle zro­bi­łeś, wysy­ła­jąc ten list. Zbyt dużo wiem, bym z jego powodu musiał zmie­niać swoje plany. Wiem wię­cej niż ty.

Powiem ci, Misza, coś jesz­cze! Potwier­dzi­łeś, że mój plan jest dobry! Rób tak dalej! Nie należy zatrzy­my­wać wroga, kiedy popeł­nia błędy, jak powie­dział kie­dyś Napo­leon. Rób tak dalej, Miszo Popo­wski!

Sara wstała w dosko­na­łym nastroju, wypo­częta i zado­wo­lona. Leżała jesz­cze przez chwilę i sta­rała się odtwo­rzyć sen. Śnił jej się Olek, ale z każdą sekundą to miłe wra­że­nie roz­pły­wało się jak dym z papie­rosa i nie mogła sobie przy­po­mnieć, o co cho­dziło.

Za oknem było szaro, padał deszcz. Lubiła taką pogodę, dobrze się czuła w cza­sie niżu, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej nie przy­pusz­czała, że jest mete­opatą. Żało­wała tro­chę, że musi iść do pracy. W taki dzień naj­bar­dziej lubiła sie­dzieć w domu, zro­bić coś wokół sie­bie, poczy­tać książkę.

Mimo to musiała jechać do biura i jak naj­szyb­ciej prze­ka­zać Kon­ra­dowi, co usta­liła z „Tra­vi­sem” w Miń­sku. Pomysł „Tra­visa” i Krupy był wyśmie­nity. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że dobrze zro­biła, zle­ca­jąc im wyko­na­nie tego, co zapla­no­wali, bez cze­ka­nia na decy­zję Kon­rada. Była wię­cej niż pewna, że on ten plan zaak­cep­tuje, a czas naglił.

Zaczęła wyko­ny­wać poranne czyn­no­ści zgod­nie z usta­lo­nym ryt­mem, aż do zamknię­cia drzwi i posta­wie­nia sobie pyta­nia: „Czy na pewno wszystko wyłą­czy­łam?”. Scho­dząc po scho­dach, poczuła chwi­lowe roz­cza­ro­wa­nie na myśl, że jej skrzynka e-mailowa wciąż była pusta.

Wysia­dła na sta­cji Cen­trum, skąd miała już parę minut do firmy. Lubiła jeź­dzić metrem o tej porze roku, kiedy nawet rano były miej­sca sie­dzące i mogła sobie cokol­wiek poczy­tać. Zasta­na­wiała się, co przy­da­rzyło się wczo­raj Kon­ra­dowi, że był taki nie­swój. Tro­chę ją to nie­po­ko­iło, bo przy­go­to­wa­nia do akcji w Brze­ściu były już na ukoń­cze­niu. A tu jakiś dro­biazg mógł wszystko zepsuć.

Zaraz się okaże, dla­czego tak szybko zakoń­czył roz­mowę… – skon­sta­to­wała i przy­spie­szyła kroku. Zaraz, zaraz… a może była u niego jakaś kobieta? – prze­le­ciało jej przez myśl i ruszyła jesz­cze szyb­ciej.

Weszła do swo­jego pokoju. Kon­rad już był, widziała go przez szybę, jed­nak nie zwra­cał na nią uwagi. Zanie­po­ko­iła się. Wyraź­nie zaafe­ro­wany, tłu­ma­czył coś M-Irkowi, dziw­nie gesty­ku­lu­jąc. Po chwili M-Irek wyszli z wyraź­nie więk­szym pośpie­chem niż zwy­kle. Dopiero teraz Kon­rad spoj­rzał w jej kie­runku i dał jej ręką znak, żeby przy­szła.

Od razu zauwa­żyła inten­syw­nie zaczer­wie­niony poli­czek i wylew w oku.

– Kto ci przy­ło­żył? – zapy­tała na powi­ta­nie i obej­rzała jego twarz.

Zro­zu­miała, że z jego wczo­raj­szymi przej­ściami nie miała nic wspól­nego żadna kobieta, i odczuła dziwną ulgę.

– Będzie ładny monokl. Jak poje­dziesz na robotę?

– Cześć, Saro! Mogła­byś milej zacząć ten dzień – powie­dział Kon­rad z pustym uśmie­chem.

– Gdy­bym cię nie znała, pomy­śla­ła­bym, że wczo­raj naru­sza­łeś swój cen­tralny układ ner­wowy…

– Daj spo­kój! Nic nie piłem! Mia­łem spo­tka­nie ze Szwe­dami w spra­wie Jor­gen­sena, a jak wiesz, to abs­ty­nenci… – skła­mał czę­ściowo.

– Wiem! Wiem! – prze­rwała mu z nie­do­wie­rza­niem. – Kto zaczyna pierw­szy? Przy­gody w Miń­sku czy histo­ria two­jego oka?

Kon­rad opo­wie­dział szcze­gó­łowo o wyda­rze­niach poprzed­niego wie­czoru i swo­ich podej­rze­niach.

Sara wyglą­dała na wię­cej niż zasko­czoną. Swój stan emo­cjo­nalny oka­zała jak zwy­kle w takich sytu­acjach, gasząc nad­pa­lo­nego papie­rosa.

Podob­nie jak Kon­rad nie mogła uwie­rzyć, że Rosja­nie zde­cy­do­wali się na taki ruch. Ewi­dentne zła­ma­nie zasad. Jed­nak wnio­ski, jakie z tego zda­rze­nia wycią­gnął Kon­rad, zasko­czyły ją jesz­cze bar­dziej. Pozor­nie pro­sta ana­liza fak­tów, w zesta­wie­niu z poszla­kami i prze­czu­ciem, dała wyjąt­kowo prze­ko­nu­jące efekty. Trudno było nie zgo­dzić się z jego opi­sem i oceną tego, co zaszło. Na koniec swo­jego dłu­giego wywodu Kon­rad, mimo gro­te­skowo pod­bi­tego oka, try­skał już zaraź­liwą rado­ścią i opty­mi­zmem.

– Wysła­łem M-Irka ze sprzę­tem, żeby spraw­dzili miesz­ka­nie. Czy Rosja­nie mi tam cze­goś nie zain­sta­lo­wali. Jakiejś nie­spo­dzianki. Póź­niej pojadą z tym listem do zna­jo­mych z ABW i zba­dają odci­ski pal­ców i ślinę. Zoba­czymy, może coś wyj­dzie w bazie danych. – Kon­rad zakoń­czył rela­cję.

– Wąt­pię, by coś zna­leźli. Ruscy nie są tacy głupi… ale spraw­dzić trzeba – sko­men­to­wała scep­tycz­nie Sara. – Teraz sia­daj, roz­luź­nij się i słu­chaj uważ­nie, bo nie będę powta­rzać dwa razy. – Jej dobry nastrój wska­zy­wał, że efekty podróży do Miń­ska są wię­cej niż zado­wa­la­jące. – Póź­niej ci opo­wiem o zabaw­nym zda­rze­niu, jakie nam się przy­tra­fiło, tylko mi przy­po­mnij, dobrze?… Tak… „Tra­vis” jest nie­sa­mo­wity, nie­zwy­kły…

– Twoja szkoła, czyż nie? – wtrą­cił z uzna­niem.

– Kie­dyś mogłam tak pomy­śleć, ale nie dzi­siaj. Wykształ­cił u sie­bie cechy, któ­rych nie miał, albo… nie zna­łam go na tyle dobrze.

– To nor­malne w sytu­acji, w jakiej się znaj­duje. Tak działa mecha­nizm obronny, kiedy czło­wiek musi się ukry­wać, kamu­flo­wać. Wyostrzają się zmy­sły i pod­nosi próg odpor­no­ści. W walce z trud­no­ściami czło­wiek poznaje sam sie­bie…

– Nie nudź! Ja to wszystko wiem. Kon­rad, to nie to… Jak by to powie­dzieć…? Jest taki inny, z jed­nej strony zor­ga­ni­zo­wany, inte­li­gentny, pewny sie­bie… Powie­dzia­ła­bym nawet, że czy­telny i prze­wi­dy­walny. Ale… ale… z dru­giej strony tro­chę się go boję… Może nie do końca wła­śnie tak, ale nie potra­fię tego odczu­cia okre­ślić teraz ina­czej…

– Czy coś się stało w Miń­sku? – zare­ago­wał podejrz­li­wie Kon­rad.

– Nie, nic! Abso­lut­nie nic! Wprost prze­ciw­nie! Plan dzia­łań zapro­po­no­wany przez „Tra­visa” jest już w toku. Mówi­łam tylko o moich odczu­ciach. To nie ma wpływu na sprawę… Może jestem prze­wraż­li­wiona… Taka kobieca intu­icja. – Uśmiech­nęła się z lek­kim zawsty­dze­niem, że nie potra­fiła kon­kret­niej uza­sad­nić źró­dła wła­snych wra­żeń i odwo­łała się do swo­jej płci. – Dajmy na razie spo­kój… Jesz­cze się nad tym zasta­no­wię…

– W porządku! Wró­cimy do tego… Zresztą „Tra­vis” już nie­długo zjawi się w Pol­sce. Wtedy sobie z nim poroz­ma­wiamy. Będzie się musiał przy­zwy­czaić do nowej rze­czy­wi­sto­ści i swo­jej nowej roli w życiu. Tej praw­dzi­wej. Po tylu latach to może nie być łatwe. Nie­które cechy cha­rak­teru nie­le­gała utrwa­lają się bar­dzo mocno. Cza­sami pozo­stają do końca, bo łatwiej z nimi żyć. Przy­naj­mniej oni tak sądzą… ale… to nie jest prawda. Nie potra­fią się zaadap­to­wać w nowym śro­do­wi­sku, zna­leźć przy­jaźni, zało­żyć rodziny. Trzeba będzie pomóc „Tra­visowi” wyjść z tego…

– …i zna­leźć psy­cho­loga.

– To też. Ale naj­waż­niej­sza rola przy­pad­nie nam, bo to my będziemy teraz jego rodziną. Mam nadzieję, że te lata w Miń­sku nie zde­wa­sto­wały za bar­dzo jego psy­chiki.

– Nie jestem spe­cja­listką, ale nie zauwa­ży­łam u niego żad­nych psy­chicz­nych defor­ma­cji. Nie­wąt­pli­wie ma jakieś takie stany eufo­ryczno-depre­syjne, ale potrafi się opa­no­wać, real­nie oce­nia fakty… to nie jest żadna ner­wica natręctw czy coś takiego.

– To dobrze, to mniej wię­cej nor­malne. Ważne, żeby chciał z nami współ­pra­co­wać i pozwo­lił sobie pomóc. Jeżeli w ogóle będzie taka potrzeba. – Kon­rad wyraź­nie miał już ochotę zamknąć ten wątek i przejść do usta­leń, które Sara poczy­niła w Miń­sku.

Nie spodo­bał jej się spo­sób, w jaki zmie­nił temat. Uznała go za zbyt lek­ce­wa­żący. Roz­mowa na temat „Tra­visa” pobu­dziła ją, bo czuła się za niego odpo­wie­dzialna. Przez chwilę znów pomy­ślała, że może jest prze­wraż­li­wiona i nie dociera do niej racjo­nalny język Kon­rada. Jed­nak jego pona­gla­jące spoj­rze­nie spo­wo­do­wało, że obie­cała sobie zasta­no­wić się nad tym póź­niej.

– To, co zapla­no­wał i zapro­po­no­wał „Tra­vis” przy pomocy kapi­tana Krupy z miń­skiego KGB, to praw­dziwy „boski motek”… naj­wyż­sza sztuka i fine­zja w swo­jej cudow­nej szpie­gow­skiej pro­sto­cie – zaczęła Sara, wyraź­nie prze­ko­nana do tego, co mówi.

Mar­cin zadzwo­nił do Zenona Ruperta poprzed­niego dnia i poda­jąc się za dok­to­ranta z Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego, umó­wił się z nim na krót­kie spo­tka­nie w Gio­vanni Cafe na dru­gim pozio­mie cen­trum han­dlo­wego Złote Tarasy.

Rupert sam wybrał to miej­sce i godzinę, dzie­siątą pięt­na­ście, czyli w chwilę po otwar­ciu cen­trum. Mar­cin przy­pusz­czał, że pew­nie potem będzie chciał pocho­dzić po skle­pach, bo, jak usta­lił, jego prze­ło­żony, pre­zes Małecki, wyje­chał na semi­na­rium do Ber­lina i Rupert został w IPN sam, bez nad­zoru.

Teraz Mar­cin cze­kał na niego w kawiarni, w sta­ran­nie wybra­nym miej­scu, przy sto­liku, który naj­le­piej nada­wał się do tego, co zamie­rzał zro­bić. Do spo­tka­nia z Ruper­tem przy­go­to­wy­wał się przez cały wie­czór, głów­nie sur­fu­jąc w Inter­ne­cie. Przy­go­to­wał sobie zestaw pytań doty­czący dzia­łal­no­ści Depar­ta­mentu Pierw­szego MSW, czyli wywiadu cywil­nego PRL.

Rupert pro­wa­dził swoją stronę inter­ne­tową i blog. Przed­sta­wiał się jako spe­cja­li­sta od histo­rii wywiadu PRL. Mar­cin nie­wiele wie­dział o tam­tych cza­sach, ale znał Kon­rada i to mu wystar­czało.

Nato­miast Rupert miał stały dostęp do archi­wów IPN i widać było, że dużo wie. Z jego tek­stów prze­bi­jała jed­nak aro­gan­cja, auto­re­klama i prze­sadna pew­ność sie­bie. Naj­bar­dziej draż­niło Mar­cina jego wymą­drza­nie się o spra­wach nie stricte histo­rycz­nych, lecz czy­sto ope­ra­cyj­nych. Było to tro­chę dziwne. Tak jakby inte­re­so­wało go to znacz­nie bar­dziej niż wymiar naukowy.

Można było przy­jąć, że takie zacho­wa­nie Ruperta może mieć coś wspól­nego z jego pracą dla Rosjan. Mar­cin oce­niał to jedy­nie w war­stwie emo­cjo­nal­nej, nie­okre­ślo­nej. Pamię­tał ze szko­le­nia w Kiej­ku­tach, jak Kon­rad i inni wykła­dowcy mówili, że czło­wiek czę­sto decy­duje się na współ­pracę z obcym wywia­dem tylko dla­tego, iż chce udo­wod­nić sobie, oto­cze­niu, światu, że będzie naj­lep­szym agen­tem wszech cza­sów, któ­rego nikt ni­gdy nie zła­pie. Jakiego dotąd nie było. Tacy ludzie w swej aro­gan­cji nie dostrze­gają, że są agenci, o któ­rych świat ni­gdy się nie dowie­dział i nie dowie. Ruper­towi mogłoby się też udać, ale teraz zajął się nim Mar­cin.

Zoba­czył łysie­ją­cego trzy­dzie­sto­latka o kor­pu­lent­nej syl­wetce, z sze­ro­kim uśmie­chem zmie­rza­ją­cego dziar­sko w jego kie­runku.

W kawiarni było już kilka osób.

Na swo­jej stro­nie inter­ne­to­wej wyglą­dał na przy­stoj­niej­szego… Lubi ład­nie wyglą­dać, bladź! O w mordę, na kilo­metr widać zakom­plek­sio­nego wała! Już my ci tutaj przy­go­tu­jemy zabawę! – pomy­ślał Mar­cin, który jak tylko zoba­czył Ruperta, wydał na niego wyrok.

Dał znak Lut­kowi i Ewie, któ­rzy sie­dzieli przy sąsied­nim sto­liku, że zbliża się obiekt.

Rupert, idąc w kie­runku Mar­cina, już w odle­gło­ści kil­ku­na­stu kro­ków wycią­gnął rękę do powi­ta­nia, pro­sto jak sema­for. Wyda­wało się to dziwne, a po chwili wręcz śmieszne. Mar­cin ujął wil­gotną i pulchną dłoń, luźną jak u kobiety, i po męsku, z przy­jem­no­ścią i rów­nie sze­ro­kim uśmie­chem, ści­snął ją tak mocno, jak potra­fił. Dostrzegł, że uśmiech Ruperta jakby na chwilę zamarzł. Po pro­stu nie mógł sobie odmó­wić tej przy­jem­no­ści. To było sil­niej­sze od niego.

– Bar­dzo dzię­kuję, że zgo­dził się pan ze mną spo­tkać i poświę­cić mi swój czas… – zaczął Mar­cin nie­zwy­kle uprzej­mie, bo wystra­szył się nieco nega­tyw­nego efektu uści­sku ima­dła.

– Nie ma sprawy. Zawsze chęt­nie poma­gam mło­dym naukow­com i pasjo­na­tom tematu. – Mar­ci­nowi ulżyło. – Ale zanim zaczniemy, chciał­bym wie­dzieć, z kim roz­ma­wiam. Pro­szę się nie gnie­wać, ale sam pan rozu­mie, temat jest deli­katny – powie­dział Rupert, a Mar­cin pomy­ślał, że to zemsta za zmiaż­dże­nie dłoni.

– Oczy­wi­ście, rozu­miem, panie dok­to­rze.

Szybko wyjął swój lega­li­za­cyjny dowód oso­bi­sty. Rupert wziął go do ręki i przez chwilę stu­dio­wał z miną znawcy dowo­dów oso­bi­stych.

– Jeste­śmy rówie­śni­kami – rzu­cił ze zdzi­wie­niem i zaraz zapy­tał: – Na jakim eta­pie jest pań­ska praca? Kto jest pana pro­mo­to­rem?

Pode­szła kel­nerka. Mar­cin zamó­wił zwy­kłą kawę z mle­kiem, a Rupert latte i ciastko.

– Wła­śnie otwo­rzy­łem prze­wód. Na dobrą sprawę dopiero badam temat. Dla­tego pro­si­łem pana o spo­tka­nie, bo od tej roz­mowy uza­leż­niam kie­ru­nek swo­jej dal­szej pracy. Jest pan naj­lep­szym spe­cja­li­stą w tej pro­ble­ma­tyce. Naprawdę zna się pan na histo­rii wywiadu PRL. Teraz coś panu powiem… – Mar­cin teatral­nie zwie­sił głos. – „Trog” to ja! – Pod­niósł wysoko brwi z wyjąt­kowo głu­pa­wym uśmie­chem. – To ja! Uczest­ni­czę w cza­tach z panem od dawna…

– No, no… to mnie pan zasko­czył, panie Zbyszku! Jest pan jed­nym z moich naj­lep­szych dys­ku­tan­tów… – Rupert zła­pał przy­nętę i wciąż trzy­mał dowód oso­bi­sty Mar­cina.

– Sta­ram się, ale to pan roz­daje karty. Trudno panu dorów­nać…

– Niech pan nie prze­sa­dza, panie Zbyszku – prze­rwał Rupert z widocz­nym zado­wo­le­niem. – Mieszka pan na Gołę­biej? Gdzie to jest? – zapy­tał.

Mar­cin od razu zro­zu­miał, że go spraw­dza.

– To na Tar­gówku. Miesz­kam z rodzi­cami – odpo­wie­dział pew­nie, bo lewe papiery miał dobrze zabez­pie­czone.

– To dla­czego pan stu­diuje w Kra­ko­wie, a nie w War­sza­wie? Mógłby pan prze­cież robić dok­to­rat tutaj. Mogę panu pomóc…

– Bar­dzo dzię­kuję, ale jestem już po sło­wie z pro­fe­so­rem Witec­kim. A oprócz tego… albo przede wszyst­kim… moja dziew­czyna stu­diuje w Kra­ko­wie.

– Dobrze pan tra­fił – wtrą­cił Rupert. – Znam publi­ka­cje pro­fe­sora… Cie­kawe, cie­kawe, cho­ciaż nie zga­dzam się z nim w wielu pod­sta­wo­wych kwe­stiach…

Mar­cin zro­bił poważną minę i bar­dzo sta­rał się ją zacho­wać, cho­ciaż chciało mu się śmiać.

– Przede wszyst­kim – cią­gnął Rupert – w kwe­stii auto­no­mii pol­skiego wywiadu cywil­nego po pięć­dzie­sią­tym szó­stym roku. Moim zda­niem całe pol­skie służby spe­cjalne aż do tysiąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tego roku były ści­śle zwią­zane ze Związ­kiem Sowiec­kim, KGB i GRU. Pro­fe­sor zaś twier­dzi, że Rosja­nie nie ufali Pola­kom, w tym także pol­skiemu wywia­dowi cywil­nemu. Uważa, że War­szawa odwza­jem­niała to uczu­cie i w odróż­nie­niu od innych kra­jów komu­ni­stycz­nych swo­ich ofi­ce­rów szko­liła u sie­bie, w Pol­sce. Ale zaga­lo­po­wa­łem się…

– Nie, skąd! Dokład­nie o tych spra­wach chcia­łem poroz­ma­wiać. Mam nawet przy­go­to­wany zestaw pytań. Ja się z panem w pełni zga­dzam i uwa­żam, że pro­fe­sor Witecki jest zbyt pobłaż­liwy w swo­jej oce­nie komu­ni­stów. – Mar­cin sta­rał się wypaść wia­ry­god­nie, choć prze­czy­tał tylko jeden arty­kuł pro­fe­sora.

Rupert zdjął mary­narkę i powie­sił ją na swoim krze­śle. Mar­cin liczył na to, że tak wła­śnie zrobi, i dla­tego wybrał sto­lik z dwoma krze­słami, choć miał przy­go­to­waną też inną wer­sję, na wypa­dek gdyby do tego nie doszło.

Lutek, który sie­dział przy sto­liku obok, tuż za ple­cami Ruperta, zauwa­żył ten ruch. Mar­cin patrzył na Ruperta, ale widział rów­nież Lutka. Dał mu znak. Ewa, która kon­tro­lo­wała oto­cze­nie, potwier­dziła, że wszystko gra. Wtedy Lutek pochy­lił się, jakby chciał coś pod­nieść z pod­łogi, i szyb­kim, spraw­nym ruchem przy­cze­pił do mary­narki Ruperta mikro­sko­pijny nadaj­nik GPS, po czym zasy­gna­li­zo­wał, że jest on na swoim miej­scu.

Mar­cin już wie­dział, że od tej chwili powi­nien przy­spie­szyć spo­tka­nie.

– Pro­wa­dzę inten­sywne bada­nia i udo­wod­nię, że Witecki jest w błę­dzie…

– Czy zna­lazł pan już jakieś przy­kłady współ­pracy ope­ra­cyj­nej Depar­ta­mentu Pierw­szego i Pierw­szego Zarządu Głów­nego KGB? – zapy­tał Mar­cin, rze­czy­wi­ście zain­te­re­so­wany.

– Jesz­cze nie, ale pra­cuję nad tym. Komu­ni­ści znisz­czyli wiele doku­men­tów, ale prę­dzej czy póź­niej coś znajdę… No, jest prze­cież Zachar­ski… – Rupert mówił pew­nym gło­sem.

– Zanim zacznę swoje pyta­nia… – Mar­cin wycią­gnął notat­nik – chcia­łem się jesz­cze dowie­dzieć, czy IPN pla­nuje opu­bli­ko­wać jakieś mate­riały doty­czące pro­wa­dzo­nych przez Depar­ta­ment Pierw­szy i Drugi roz­pra­co­wań oby­wa­teli pol­skich pra­cu­ją­cych dla zachod­nich wywia­dów, na przy­kład w latach osiem­dzie­sią­tych, w ówcze­snej opo­zy­cji demo­kra­tycz­nej?

Rupert wytrzesz­czył oczy.

– O czym pan mówi?! No tak… – zawa­hał się przez chwilę. – Z tego, co wiem, to nie ma takich pla­nów. Zresztą mate­riały te są nie­wia­ry­godne, nie­kom­pletne… Sam pan rozu­mie. Trudno na nich pole­gać… Poza tym to były naj­czę­ściej podej­rze­nia. Nie wiemy, czy komu­ni­ści nie zosta­wili nam też jakichś nie­wy­bu­chów… Rozu­mie pan, panie Zbyszku… Zresztą… – Rupert się nadął. – To nie jest przed­mio­tem zain­te­re­so­wań IPN.

– Tak myśla­łem. Mnie jed­nak cie­ka­wią inne sprawy…

Mar­cin chciał już przejść do zada­wa­nia pytań, gdy uzmy­sło­wił sobie z całą siłą, że Rupert jako rosyj­ski agent musiał prze­ka­zy­wać infor­ma­cje cudow­nie przy­datne do wer­bo­wa­nia osób z aktu­al­nych elit wła­dzy.

Sam chciał­bym mieć takiego agenta – pomy­ślał z zazdro­ścią. Ale to ja… mię­dzy innymi… zakoń­czę twoją dzia­łal­ność i otwo­rzę ci twój nowy prze­wód! To też duża sprawa! Suk­ces!

Naj­bar­dziej jed­nak miał ochotę strze­lić go otwartą dło­nią w pysk i zoba­czyć, jak czer­wie­nieje.

Za ple­cami roz­par­tego na krze­śle Ruperta zoba­czył Ewę i Lutka wsta­ją­cych od sto­lika. To ozna­czało, że Lutek spraw­dził już dzia­ła­nie chipu GPS. Mar­cin przy­stą­pił do zada­wa­nia pytań.

– Wyśmie­ni­cie! Wyśmie­ni­cie!

Kon­rad powta­rzał to słowo, bo nie mógł zna­leźć żad­nego moc­niej­szego, które lepiej okre­śli­łoby to, co usły­szał od Sary. Plan dzia­ła­nia zapro­po­no­wany przez „Tra­visa” był rze­czy­wi­ście dosko­nały i w pełni wkom­po­no­wy­wał się w ich zamie­rze­nia, a może nawet szedł odważ­nie jesz­cze dalej. Jeżeli wszystko da się zre­ali­zo­wać, efekt powi­nien być dobry. Bar­dzo dobry! Kon­rad nie mógł stłu­mić w sobie prze­ko­na­nia, że po raz drugi uda mu się uprze­dzić Popo­wskiego.

– Nie­po­trzeb­nie wysy­łał ten list! Nie­po­trzeb­nie mnie ude­rzył! – powie­dział do sie­bie, gdy został sam, bo wzbie­rała w nim deter­mi­na­cja i coraz więk­sza pew­ność, że zwy­cięży.

Docho­dziła szes­na­sta trzy­dzie­ści. Sara poszła do swo­jego pokoju przej­rzeć ostat­nie doku­menty i szy­fro­gramy. Po całym dniu roz­mów posta­no­wili tro­chę się zre­lak­so­wać i odpo­cząć od sie­bie. Teraz cze­kali na powrót Mar­cina, Lutka, Ewy i M-Irka. Kon­rad wie­dział, że skoro nie dzwo­nią, to zna­czy, że wszystko idzie dobrze.

Sara nie mogła się jed­nak sku­pić, więc wró­ciła do Kon­rada i oboje zasie­dli w fote­lach przed tele­wi­zo­rem. Oglą­dali wia­do­mo­ści. W mediach trwała już kam­pa­nia pre­zy­dencka, cho­ciaż do wybo­rów zostało jesz­cze kilka mie­sięcy.

Na ekra­nie poja­wiła się Justyna. Sto­jąc z mikro­fo­nem przed pała­cem pre­zy­denc­kim, z teatral­nym zaan­ga­żo­wa­niem komen­to­wała jakąś wypo­wiedź Zie­liń­skiego.

– O czym ona mówi? Wiesz? – zapy­tał Kon­rad.

– Skąd! Od dawna nie oglą­da­łam tele­wi­zji – odpo­wie­działa zgod­nie z prawdą Sara. – Justyna dobrze wygląda – dodała po chwili.

– Myślisz?

– Zadbana, atrak­cyjna kobieta. Może sta­cja też w nią inwe­stuje, ale tak czy ina­czej…

– Ma swój styl, to prawda, cho­ciaż teraz, z tą fry­zurą, wygląda, jakby w nią pio­run strze­lił…

– Nie żału­jesz? Cza­sem myślę, że zro­bi­łeś błąd, ale nie chcę… wiesz…

– Moż­liwe… tyle że dziś to już nie ma zna­cze­nia.

W tele­wi­zji tym­cza­sem roz­po­czął się wywiad z pre­zy­den­tem Wałęsą, który w bar­dzo emo­cjo­nalny spo­sób wypo­wia­dał się o Insty­tu­cie Pamięci Naro­do­wej.

– Może tro­chę pomo­żemy Wałę­sie? – rzu­cił Kon­rad i pomy­ślał o Ruper­cie.

– Chyba powin­ni­śmy! To jed­nak nasz sym­bol. Cho­ciaż cza­sami mam go dość… Moi rodzice byli dzia­ła­czami pod­ziem­nej Soli­dar­no­ści, a ja jako dziecko byłam wyko­rzy­sty­wana do prze­no­sze­nia pod­ziem­nej poczty. Opo­wia­da­łam ci o tym?

– Chyba tak… Miesz­ka­li­ście wtedy we Wro­cła­wiu, tak?

– Tak. Ojciec miał swoje zdję­cie z Wałęsą i na­dal jest jego wier­nym zwo­len­ni­kiem. Tak też byłam wycho­wy­wana… Ale teraz coś mi się odmie­niło. Wiesz, mam takie wra­że­nie, że Wałęsa wszedł na pie­de­stał…

– Bo tam jest jego miej­sce… – wciął się Kon­rad.

– Ale nie chce stać jak dumny pomnik, tylko macha rękami jak wia­trak. Nie wiem, czy to mnie śmie­szy, czy mar­twi, ale nie wygląda to dobrze…

Na ekra­nie tele­wi­zora poja­wiła się pro­fe­sor Jadwiga Poczo­but i roz­po­częła swoje parap­sy­cho­po­li­tyczne dywa­ga­cje. Kon­rad i Sara jed­no­cze­śnie chwy­cili za pilota.

Otwo­rzyły się drzwi i do pokoju weszli M-Irek. Kon­rad już po wyra­zie ich twa­rzy zauwa­żył, że coś jest nie tak.

– No i co?

– No i bingo! – odpo­wie­dział Mirek.

Kon­rad poczuł, że ugięły się pod nim kolana. Sara opa­dła na fotel. Zale­gła cisza.

– Jak to? Jak to moż­liwe?! – Zła­pał się za głowę. – Nie mogę uwie­rzyć, żeby Rosja­nie się na to zdo­byli… A gdzie mają punkt odbioru…? Kurwa!

– Gdzie był pod­słuch? Mów­cie, do cho­lery! – włą­czyła się Sara.

– Pro­szę bar­dzo, tylko to nie jest tak, jak myśli­cie… – odparł z kamienną twa­rzą Irek.

– Pokaż tę plu­skwę! – nie­mal krzyk­nął Kon­rad.

– Nie przy­nio­słem jej. Wię­cej, nie wymon­to­wa­łem. Zosta­wi­łem tam, gdzie była.

– Odbiło ci?! Myślisz, że co… będę ich dez­in­for­mo­wał? Uda­wał, że nic nie zna­la­złem…? Ja pier… Prze­cież po tym zaj­ściu przed domem i liście musieli zakła­dać, że spraw­dzę… – Kon­rad był wście­kły i gubił się w tym, co mówił, ale M-Irek zno­sili to ze sto­ic­kim spo­ko­jem. – Co jest grane? Dowiem się w końcu?

– Tak. Otóż plu­skwa jest w two­jej lam­pie, która stoi koło sofy w dużym pokoju, tylko że to… – fleg­ma­tycz­nie cią­gnął Mirek.

– Bar­dzo dobra i nowo­cze­sna, z zasi­la­niem induk­cyj­nym… – dodał Irek.

– Pano­wie…

– Jasne! Rzecz w tym, że to nie jest ruska plu­skwa.

Sara pod­nio­sła się z fotela, a Kon­rad usiadł. Ich twa­rze wyra­żały wyłącz­nie zdzi­wie­nie, nic wię­cej.

– To nie jest ruska plu­skwa… – kon­ty­nu­ował, cele­bru­jąc słowa, Irek.

– Tylko jaka, ku…, chiń­ska?! – nie wytrzy­mała Sara.

– To jest nasza plu­skwa. – Mirek uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Jak to nasza?! Jaka nasza? Twoja? Co ty bre­dzisz? – pytał wciąż pod­nie­cony Kon­rad.

– Nie nasza, nie z naszego Wydziału. To są plu­skwy, które zro­bił Wydział Tech­niki na zle­ce­nie Wydziału Bez­pie­czeń­stwa Wewnętrz­nego. Jakieś pół­tora roku temu nie mogli sobie pora­dzić z trans­pon­de­rem do wyso­kich czę­sto­tli­wo­ści i poma­ga­li­śmy im roz­wią­zać ten pro­blem. Sam kaza­łeś nam to zro­bić…

– Tak, pamię­tam…

– To wła­sność Agen­cji Wywiadu, więc nie mogli­śmy jej zde­mon­to­wać, bo to nie­le­galne – tłu­ma­czył Irek.

Kon­rad, zamy­ślony, zagłę­bił się w fotelu. Wszy­scy zamil­kli, cze­ka­jąc na jego słowa jak na wyrocz­nię.

– Dobrze zro­bi­li­ście… – ode­zwał się po chwili, ważąc każde słowo. – Dobrze, bar­dzo dobrze! Wię­cej! Świet­nie! – Spoj­rzał na Sarę, która wciąż nie mogła opa­no­wać zasko­cze­nia, ale chyba zaczy­nała już rozu­mieć, o co cho­dzi.

– Wiemy, sze­fie, wiemy! – zgod­nie odpo­wie­dzieli M-Irek. – Będziemy cze­kać na dal­sze roz­kazy.

– Dobra robota, pano­wie. Dzię­kuję! Poroz­ma­wiamy póź­niej.

M-Irek wyszli z wyraź­nie zado­wo­lo­nymi minami.

Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Sara znie­cier­pli­wiona oznaj­miła:

– Już do mnie dociera, co jest grane. To wubewu! Skur­wy­syny! Wyja­śnij mi to wszystko…

– Co tu wyja­śniać?! Sprawa jest pro­sta. Zain­sta­lo­wali mi pod­słuch. Pyta­nie: po co? Ale to pyta­nie teo­re­tyczno-reto­ryczne… W zasa­dzie nie obcho­dzi mnie po co…

– Kon­rad! – Sara nie­mal krzyk­nęła. – Żeby zro­bić coś takiego, musieli prze­cież zało­żyć na cie­bie for­malne roz­pra­co­wa­nie. Na pod­słuch musi być zgoda pro­ku­ra­tora. – Zasta­no­wiła się chwilę i pstryk­nęła zapal­niczką, choć nie miała w ustach papie­rosa. – Czyli co? Jesteś o coś podej­rzany? Nic z tego nie rozu­miem! – Była mocno zde­ner­wo­wana.

– Robią to bez zgody pro­ku­ra­tora. Czy­sta impro­wi­za­cja. Gówno mnie to obcho­dzi, bo ja wiem, że jestem czy­sty. Szu­kają na mnie cze­go­kol­wiek. Może się okaże, że jestem ruskim szpie­giem, nie­złom­nym wojow­ni­kiem Marksa, Engelsa i Mao, a może pedo­fi­lem… Wszystko dobre! To jest taka filo­zo­fia Par­tii Brzyd­kich: naj­pierw coś znaj­dziemy, a potem zro­bimy z tego jakiś poży­tek. To pro­ste. Chcą się mnie pozbyć za wszelką cenę. Mogliby to zro­bić po ofi­cer­sku, z hono­rem i kul­tu­ral­nie, ale czego ocze­ki­wać od gene­rała, co zamiast w ofi­cer­kach cho­dzi w san­da­łach. Sorry, zaga­lo­po­wa­łem się… Tro­chę mnie to wkur­wiło…

– To zro­zu­miałe! Ale dla­czego kaza­łeś zosta­wić tę plu­skwę?

– M-Irek to zro­zu­mieli, a ty nie?!

– No, domy­ślam się, że…

– Teraz sobie posłu­chają róż­nych rze­czy, a jak zakoń­czymy sprawę w Brze­ściu, wezmę tę plu­skwę i zaniosę panu gene­ra­łowi, żeby ją sobie wsa­dził w… – Kon­rad zamy­ślił się na chwilę i z odro­biną gory­czy w gło­sie dodał: – Nie mogę uwie­rzyć, że zało­żyli na mnie sprawę… To jest nie­le­galny pod­słuch! Będą musieli za to kie­dyś odpo­wie­dzieć!… Dobrze… okay! Nie będę się teraz tym dener­wo­wał…

– Jak się będziesz czuł po powro­cie do domu? Ja bym nie mogła tak żyć, miesz­kać…

– Wytrzy­mam tych parę dni. Wiesz, Saro, że ja czwar­tego czerwca osiem­dzie­sią­tego dzie­wią­tego roku gło­so­wa­łem na Soli­dar­ność. Wyobra­żasz to sobie?! Para­doks czy para­noja? Cza­sem, jak na nich patrzę, to sobie myślę… mam taką durną teo­rię… że ja służę tym wszyst­kim, któ­rzy nie cho­dzą na wybory, bo ci, co cho­dzą, sami wybie­rają swo­ich obroń­ców, takich jak „Ciężki”, „Gene­rał” i to całe towa­rzy­stwo. No, ktoś musi dbać o bez­pie­czeń­stwo pozo­sta­łych, tych, co nie gło­sują. – Kon­rad uśmiech­nął się i widać było, że swoją teo­rię trak­tuje z humo­rem.

Sara też się odprę­żyła.

– Cze­kamy na Mar­cina i Lutka. Zadzwo­nisz do nich? – zapy­tała.

– Nie! Cze­kamy!

46

Mar­cin poże­gnał się pospiesz­nie, czym wywo­łał zdzi­wie­nie na twa­rzy Ruperta. Zje­chał windą do garażu i wsiadł do samo­chodu. Zanim uru­cho­mił sil­nik, wło­żył słu­chawkę do ucha i połą­czył się z Lut­kiem.

– Wszystko gra! – powie­dział Lutek, obser­wu­jąc pul­su­jący zie­lony punkt, który poru­szał się po ekra­nie minia­tu­ro­wego kom­pu­tera. – Myszka cho­dzi po labi­ryn­cie i jest dobrze widoczna. Możesz ruszać!

– Okay! Jadę! Będę cze­kał na cie­bie na miej­scu! – odparł Mar­cin.

– Ruszamy za tobą w ciągu paru minut.

Mar­cin prze­ci­skał się służ­bo­wym volks­wa­ge­nem touare­giem przez zatło­czone mia­sto do Anina, gdzie w nowym apar­ta­men­towcu miał miesz­ka­nie Zenon Rupert.

Lubił tę robotę, a naj­bar­dziej to pod­nie­ce­nie, adre­na­linę wypeł­nia­jącą żyły, kiedy prze­pro­wa­dzał tajne prze­szu­ka­nie. Robił to już tylo­krot­nie, w kraju i za gra­nicą, i zawsze czuł to samo, od pierw­szego razu.

Zatrzy­mał samo­chód po dru­giej stro­nie ulicy, około stu metrów od domu. Wej­ście na pose­sję było strze­żone.

Mar­cin poka­zał ochro­nia­rzowi poli­cyjną bla­chę i został wpusz­czony bez słowa. Od razu pomy­ślał, że to pew­nie eme­ry­to­wany poli­cjant albo… mili­cjant. Posta­no­wił, że gdy będzie wycho­dził, to poroz­ma­wia z nim i dowie się, czy dobrze zgadł.

Wszedł na klatkę scho­dową. Spraw­dził na liście loka­to­rów, że Rupert mieszka na ostat­nim pię­trze, choć wie­dział o tym dosko­nale.

– Jestem w domu. Wy gdzie? – zapy­tał cicho przez radio.

– Będziemy za dzie­sięć minut. Sto­imy w korku – usły­szał w słu­chawce.

– Ochro­nia­rzowi nie poka­zuj­cie blach poli­cyj­nych, bo się zanie­po­koi. To praw­do­po­dob­nie były poli­cjant. Powiedz­cie, że idzie­cie do Maryli Kor­wac­kiej, miesz­ka­nia dwa­na­ście. To pod Ruper­tem. Zro­zu­mia­łeś… Lutek?

– Wszystko gra!

– Cze­kam na was!

Mar­cin pod­szedł do drzwi Ruperta i przy­sta­wił do wizjera „oko i ucho pro­roka”, przez które mógł zaj­rzeć do miesz­ka­nia. Małe urzą­dze­nie odbior­cze z ekra­nem mie­ściło mu się w dłoni. Na szczę­ście wizjer nie był zasło­nięty od środka, a gdyby nawet, to był spo­sób, żeby prze­su­nąć klapkę. Wej­ście do miesz­ka­nia znaj­do­wało się szczę­śli­wie poza polem widze­nia innych loka­to­rów.

Wewnątrz pano­wał pół­mrok. Mar­cin dostrzegł przed­po­kój i w per­spek­ty­wie otwarte drzwi do pokoju. Nie widać było żad­nego ruchu. Nie docho­dził też żaden dźwięk. Cho­ciaż w środku mógł ktoś być i na przy­kład spać, jak to już raz mu się zda­rzyło. Prze­szu­kał wtedy pół miesz­ka­nia, zanim się zorien­to­wał, że w sypialni ktoś śpi.

Naci­snął dzwo­nek i uważ­nie obser­wo­wał ekran. Cisza. Powtó­rzył kil­ka­krot­nie. Żad­nego ruchu. Wybrał numer domowy Ruperta. Usły­szał w słu­chawce dzwo­nek docho­dzący z głębi miesz­ka­nia. Bez reak­cji.

Na dole trza­snęły drzwi i natych­miast w słu­chawce ode­zwał się Lutek.

– Idziemy na górę… To my.

– Okay.

Po chwili dołą­czył do Mar­cina. Ewa została z kom­pu­te­rem na pół­pię­trze, śle­dząc na pla­nie mia­sta ruchy Ruperta.

Mar­cin bez słowa pod­niósł kciuk, co ozna­czało, że wszystko jest w porządku. Lutek kiw­nął głową i wyjął z torby wzier­nik, któ­rego cienki koniec wpro­wa­dził do zamka, a drugi przy­ło­żył do oka. Po chwili wyjął zestaw cien­kich wytry­chów. Z jed­nego zro­bił klucz, wysu­nąw­szy na jego grzbie­cie małe meta­lowe bolce, i bez pro­ble­mów otwo­rzył nim zamek. Zajęło mu to minutę. Pozo­stał jesz­cze jeden zamek. Lutek miał już powtó­rzyć czyn­no­ści, gdy Mar­cin naci­snął klamkę i drzwi się uchy­liły.

Weszli do środka. Mar­cin od razu zoba­czył wyka­łaczkę leżącą przy drzwiach. Poka­zał ją Lut­kowi, który ski­nął głową na znak, że zro­zu­miał. Jasne było, że Rupert sto­suje pro­ste, pry­mi­tywne zabez­pie­cze­nia, by spraw­dzić, czy ktoś wcho­dzi do jego domu. Nie było naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że cze­goś się oba­wia. Zapałka czy wyka­łaczka to dzie­cinny, naiwny spo­sób. Mar­cin wie­dział, że w takich wypad­kach jest raczej mało praw­do­po­dobne, by w domu były inne, bar­dziej zaawan­so­wane pułapki.

Lutek poszedł do kuchni.

Mar­cin odna­lazł kom­pu­ter i dokład­nie go obej­rzał. Naj­waż­niej­sze było usta­lić, czy jest pod­łą­czony do zasi­la­nia. Śred­nio zdolny czło­wiek może przy­go­to­wać swój domowy kom­pu­ter tak, by z ukry­cia pil­no­wał jego miesz­ka­nia. Rupert jed­nak nie znał chyba tego spo­sobu.

Nie nauczyli go czy co? Nie prze­szedł szko­le­nia? – pomy­ślał ze zdzi­wie­niem Mar­cin.

– Wyje­chał z cen­trum. Jedzie samo­cho­dem do biura – usły­szeli w słu­chaw­kach Ewę.

– Okay!

– Wszystko w porządku, żad­nych mikro­fo­nów – powie­dział Lutek, cho­wa­jąc detek­tor.

Teraz mogli bez­piecz­nie poru­szać się po miesz­ka­niu.

Lutek sys­te­ma­tycz­nie posu­wał się metr po metrze, wszystko dokład­nie spraw­dza­jąc.

W małym pokoju peł­nym ksią­żek, tam gdzie stał kom­pu­ter, Mar­cin odna­lazł biurko Ruperta.

Miesz­ka­nie było urzą­dzone kosz­tow­nie, ale bez jakie­go­kol­wiek smaku. Wypeł­nione masą usta­wio­nych bez­ład­nie tan­det­nych dro­bia­zgów, zwo­żo­nych z całego świata. Draż­niło to arty­styczną duszę Mar­cina.

Żad­nego praw­dzi­wego dzieła sztuki, choćby maleń­kiego. Nic! No, może jedy­nie ten krzyż pra­wo­sławny – pomy­ślał, oglą­da­jąc rze­czy zawie­szone na ścia­nie. Tyle tych mosięż­nych figu­rek mar­szałka Pił­sud­skiego! Facet ma jakąś obse­sję. Popier­sia, konno, w zamy­śle­niu, z pro­filu… Ten Rupert musi znać wszyst­kie sklepy z pamiąt­kami na Sta­rym Mie­ście. To świr!

Odwró­cił się i zoba­czył na ścia­nie za drzwiami kiep­ską kopię por­tretu mar­szałka natu­ral­nych roz­mia­rów.

Mar­cin otwo­rzył szu­fladę biurka. Była pełna mate­ria­łów piśmien­nych. Po lewej stro­nie leżało mnó­stwo pla­sti­ko­wych dłu­go­pi­sów. Mar­cin przej­rzał je. Pocho­dziły z naj­róż­niej­szych hoteli.

To pew­nie taki typ, co zabiera z hotelu bute­leczki z szam­po­nem, mydełka i jed­no­ra­zową gąbkę do butów.

Im bar­dziej zagłę­biał się w miesz­ka­nie Ruperta, tym więk­szą czuł nie­chęć do jego loka­tora.

Żad­nych zdjęć z dziew­czyną… tylko on sam! To jakiś ona­ni­sta! Pił­sud­ski i tatuś. Tatuś z pre­zy­den­tem, pre­mie­rem…

Pró­bo­wał otwo­rzyć boczne drzwiczki biurka. Były solid­nie zamknięte.

– Lutek! – zawo­łał nie­zbyt gło­śno.

– Zaraz, zaraz! Coś zna­la­złem w sza­fie mię­dzy butami… – I po chwili Lutek rzu­cił pod­nie­co­nym gło­sem: – O kurwa! Chodź tutaj!

Mar­cin pod­szedł i zoba­czył Lutka sie­dzą­cego na ziemi z latarką w ustach i trzy­ma­ją­cego w rękach drew­niane pudełko po cyga­rach Cohiba.

– Idź otwórz biurko. Jest zamknięte. A ja obej­rzę to. Zro­bi­łeś fotkę?

– Tak. – Lutek pod­niósł się spraw­nie i poszedł do dru­giego pokoju.

Mar­cin spoj­rzał na otwarte pudełko. Wewnątrz były cztery paczki dola­rów, po dzie­sięć tysięcy każda, owi­nięte ban­de­rolą bez żad­nych ozna­czeń, oraz zapal­niczka z latarką i GPS.

Wyjął notat­nik i spi­sał numer seryjny pierw­szego bank­notu każ­dej paczki.

Obej­rzał dokład­nie zapal­niczkę. Nie dzia­łała. Była nie­stan­dar­dowa. Bez jakich­kol­wiek napi­sów czy reklam. Nato­miast wmon­to­wana w nią latarka świe­ciła na parę metrów moc­nym nie­bie­skim świa­tłem.

Odło­żył zapal­niczkę i wziął do ręki GPS, dobrze mu znany model Edge 605 firmy Gar­min. Jeden z lep­szych na rynku. Włą­czył urzą­dze­nie i spraw­dził jego zawar­tość. GPS miał w pamięci zestaw bar­dzo dobrych i szcze­gó­ło­wych map Pol­ski. Mar­cin spraw­dził, że w pamięci zapi­sane zostały dwa tygo­dnie temu dane jed­nego punktu.

– Wyszedł i idzie do samo­chodu – zabrzmiał cichy głos Ewy w słu­chawce.

Spoj­rzał na zega­rek: docho­dziła sie­dem­na­sta. Pomy­ślał, że prze­jazd przez War­szawę zaj­mie Ruper­towi co naj­mniej godzinę.

– Daj znać, gdy zauwa­żysz, że jedzie w kie­runku domu – powie­dział cicho do mikro­fonu.

– Okay!

Mar­cin zapi­sał dane punktu z GPS: 53º09′07,39″N i 20º24′17,33″E.

– Otwo­rzy­łem! – wyszep­tał Lutek wystar­cza­jąco gło­śno i po chwili jesz­cze gło­śniej dodał: – Chodź! Zobacz!

Mar­cin spa­ko­wał pudełko po cyga­rach. Wie­dział, że to, co zna­lazł, jest mocno podej­rzane.

Dane geo­gra­ficzne spraw­dzę w fir­mie, ale pozo­stałą zawar­tość pamięci GPS powinni przej­rzeć M-Irek – pomy­ślał, pod­no­sząc się z pod­łogi. Szcze­gól­nie trzeba przyj­rzeć się tej latarce. Będę musiał ją zabrać.

Pod­szedł do Lutka, który prze­glą­dał jakąś teczkę.

– Co to jest? – zapy­tał.

– Gość ma pry­watny IPN w domu – odparł Lutek i dał Mar­ci­nowi teczkę w gru­bych tek­tu­ro­wych okład­kach, na któ­rej wid­niał napis: „Depar­ta­ment I MSW, Teczka Per­so­nalna, Zbi­gniew Gru­dziń­ski «Sar­necki»”.

Mar­cin zaj­rzał do środka. Była to auten­tyczna teczka per­so­nalna ofi­cera wywiadu PRL.

Otwo­rzył sze­rzej drzwiczki biurka. Wewnątrz stał sze­reg podob­nych tek­tu­ro­wych teczek oraz innych, nieco podob­nych, lecz w kolo­rze jasno­nie­bie­skim. Wszyst­kich mogło być nie wię­cej niż trzy­dzie­ści. Mar­cin wyjął kolejną: „Teczka Roz­pra­co­wa­nia Ope­ra­cyj­nego krypt. «Orion»”.

– To nie­praw­do­po­dobne! Rupert wyniósł z IPN archi­walne akta! To nie­le­galne! – powie­dział cicho do Lutka, który prze­su­nął dło­nią po gar­dle, co u niego ozna­czało, że win­nego trzeba uka­rać.

– Teraz tego wszyst­kiego nie przej­rzymy. Musimy jak naj­szyb­ciej powia­do­mić o tym Kon­rada i przyjść tutaj jesz­cze raz… Skur­wy­syn!

Mar­cin pochy­lił się, by zaj­rzeć głę­biej do szafki. Włą­czył latarkę. Po pra­wej stro­nie zoba­czył znacz­nie cień­sze sko­ro­szyty. Ostroż­nie wycią­gnął kilka. Były to kse­ro­ko­pie teczek per­so­nal­nych.

– Lutek! Chodź tutaj! – zawo­łał, bo Lutek był już w przed­po­koju. – Nie­praw­do­po­dobne…

Mar­cin zaczął gło­śno kląć, co w takim wymia­rze zda­rzało mu się spo­ra­dycz­nie. Prze­kła­dał w rękach teczki, z nie­do­wie­rza­niem krę­cąc głową.

Lutek pod­szedł i zaczął czy­tać na głos nazwi­ska lega­li­za­cyjne ofi­ce­rów, zapi­sane w cudzy­sło­wach. Były to akta per­so­nalne ofi­ce­rów wywiadu sprzed 1990 roku, ale będą­cych jesz­cze w służ­bie. Naczel­nika Wydziału Nasłu­chu Elek­tro­nicz­nego AW, naczel­nika Wydziału Poli­tycz­nego i kilku innych. Mię­dzy nimi znaj­do­wała się kopia teczki per­so­nalnej Kon­rada „Wol­skiego”.

Usie­dli osłu­piali.

– Będzie za pół godziny – ode­zwała się Ewa w słu­chaw­kach, ale odpo­wie­działa jej cisza. – Sły­szy­cie? Jeste­ście tam? – zapy­tała i po chwili znów: – Sły­szy­cie? Co się dzieje?

– Tak! Zaraz koń­czymy! – odpo­wie­dział Lutek.

Ock­nęli się jak z letargu i zaczęli porząd­ko­wać wszystko, czego dotknęli. Poma­gały im w tym zdję­cia, które robił Lutek.

Opu­ścili miesz­ka­nie tro­chę pospiesz­nie, ale Lutek nie zapo­mniał o posta­wie­niu wyka­łaczki przy drzwiach. Mar­cin był wyraź­nie nie­obecny. Rupert miał u sie­bie kopie teczek czyn­nych ofi­ce­rów z kie­row­nic­twa Agen­cji! Mar­cin mógł się tylko domy­ślać w jakim celu i na pewno się nie mylił.

Wszy­scy się zebrali w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Wysłu­chali w ciszy Mar­cina, który opo­wie­dział dokład­nie, co ujaw­nili z Lut­kiem w miesz­ka­niu Ruperta.

Teraz cze­kali, co powie Kon­rad, który w mil­cze­niu sie­dział na para­pe­cie okien­nym. Po chwili pierw­szy ode­zwał się Irek.

– Pozy­cja geo­gra­ficzna zapi­sana na GPS Ruperta to miej­sce odda­lone o jakieś dwa, trzy metry od par­kingu samo­cho­do­wego koło pomnika Obroń­ców Mławy przy tra­sie gdań­skiej.

– Latarka, o któ­rej mówił Mar­cin – wtrą­cił Mirek – to praw­do­po­dob­nie latarka flu­ore­scen­cyjna. Za pomocą GPS odnaj­duje się miej­sce, a za pomocą latarki przed­miot, drzewo, kamień, butelkę… ina­czej mówiąc, scho­wek. Pamięta szef? – zwró­cił się do Kon­rada. – Podob­nie robi­li­śmy w Peters­burgu.

– Tak, pamię­tam… – odpo­wie­dział z opóź­nie­niem Kon­rad. – Kim jest Rupert… nie ma naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. Na dobrą sprawę mogli­by­śmy go zdjąć już teraz, ale nie wiemy, czy Popo­wski się nie zorien­tuje… wtedy mógłby zmie­nić plany – stwier­dził nie­spo­dzie­wa­nie spo­koj­nie.

– Co robimy? – zapy­tała Sara.

– Robimy swoje! – odpo­wie­dział. – Reali­za­cję w Brze­ściu prze­wi­duję na naj­bliż­szy ponie­dzia­łek, jede­na­stego…

– Super! – wtrą­cił Mar­cin. – Ale co z Ruper­tem?

– To jasne, że Rupert na pewno ma jakiś sys­tem powia­da­mia­nia o zagro­że­niu. Nas teraz nie będzie w kraju. W związku z tym jutro zapro­szę Grześka z kon­try ABW i wszystko mu opo­wiem. Umó­wimy się tak, że zdej­mie Ruperta dopiero na mój sygnał. Grze­siek to przy­ja­ciel, mogę na nim pole­gać… Zrobi co trzeba!

– Na Bia­ło­ruś wyjeż­dżamy oddziel­nie i w usta­lo­nej kolej­no­ści – prze­jęła ini­cja­tywę Sara. – Przy­po­mi­nam: pierw­szy jedzie Lutek, potem ja, zaraz po mnie M-Irek, Mar­cin i na końcu Kon­rad.

– Doku­menty dla tego Krupy będę miał gotowe za dwa dni – zamel­do­wał Mar­cin.

– Dobrze! Mamy jesz­cze dużo do zro­bie­nia przed wyjaz­dem. Każdy wie, za co odpo­wiada? – zakoń­czył tro­chę nie­spo­dzie­wa­nie Kon­rad.

Zaczęli się roz­cho­dzić, lecz w sali kon­fe­ren­cyj­nej czuło się dziwną atmos­ferę roz­cza­ro­wa­nia. Ocze­ki­wali, że Kon­rad powie coś wię­cej o tym, co zna­le­ziono u Ruperta, oceni, prze­klnie, wyła­duje złość, zrobi cokol­wiek, byle mocno!

Kiedy wszy­scy wyszli, Sara zapy­tała Kon­rada wprost:

– Dla­czego nic nie powie­dzia­łeś? Oni na to cze­kali!

– Bo nie mogłem… – zdo­łał tylko wykrztu­sić.

Wyglą­dał, jakby go roz­pie­rały roz­pacz i wście­kłość jed­no­cze­śnie. Teraz, gdy już zostali sami, prze­stał nad sobą pano­wać. Ni­gdy dotąd nie widziała go w takim sta­nie.

47

Pokój wypeł­niało żywe poranne słońce. Jor­gen­sen leżał jesz­cze w łóżku. Uświa­do­mił sobie, że wie­czo­rem nie zacią­gnął rolet. Za chwilę miał otwo­rzyć oczy i spoj­rzeć na budzik. Zasta­na­wiał się, czy zgad­nie, która jest godzina. Posta­wił na dwa­dzie­ścia, może dwa­dzie­ścia pięć po pią­tej. Uniósł powieki. Była szó­sta trzy­dzie­ści jeden.

Usiadł na kra­wę­dzi łóżka, zdu­miony, że po raz pierw­szy w życiu zaspał. Nie był zły, tylko zdu­miony. I to wła­śnie zasko­czyło go jesz­cze bar­dziej. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, że nie sły­szał gaze­cia­rza i nie czuje zapa­chu kawy. Jego dobre samo­po­czu­cie popra­wiło się jesz­cze bar­dziej. Posta­no­wił więc, że nie będzie też robił gim­na­styki.

Wło­żył szla­frok i wyszedł na bal­kon. Rześ­kie powie­trze i ostre słońce na nie­bie o bar­wie ultra­ma­ryny zapo­wia­dało wspa­niały dzień.

Dzień Pierw­szy! Tak wczo­raj okre­ślił ten dzień – dzień spo­tka­nia i roz­mowy z Car­lem. Nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści. Był zde­cy­do­wany i wie­dział, co ma robić. Nie bał się też jego reak­cji, ponie­waż Carl był jego synem. Dobrze, że zde­cy­do­wał się prze­nieść spo­tka­nie do domu w Åkersberdze. Kiedy Sophie wyje­dzie, zejdą do piw­nicy i wszystko mu pokaże.

Włą­czył auto­mat do kawy i poszedł do przed­po­koju po gazety.

Pod­niósł z pod­łogi „Sven­ska Dag­bla­det” i mie­sięcz­nik „Mil­len­nium”. Usiadł na ławie w kuchni i pomy­ślał, że zostało mu nie­wiele czasu, by się przy­go­to­wać. Nie miał na myśli jedze­nia. Z tym dosko­nale sobie radził. Musiał przy­go­to­wać piw­nicę, swoje „labo­ra­to­rium”. Tak wczo­raj posta­no­wił.

Wstał, nalał sobie kawy i wró­cił na miej­sce. Spoj­rzał na dostar­czoną prasę, wycią­gnął rękę i zawa­hał się. Jego uwagę przy­cią­gnęła kolo­rowa okładka mie­sięcz­nika. Przyj­rzał się bli­żej. Była to kopia pla­katu kon­kursu rock and rolla w Malmö z 1957 roku. Przy­po­mniał sobie, że uczest­ni­czył w tym tur­nieju z Ingrid, która była jedną z naj­lep­szych tan­ce­rek na Uni­wer­sy­te­cie w Lund.

Odsu­nął „Dag­bla­det” na bok i otwo­rzył „Mil­len­nium”. Prze­kart­ko­wał pismo i zna­lazł arty­kuł. Rag­gare czy otaku i meido, a może gotycka Lolita. Co było pierw­sze? Próba porów­na­nia źró­deł – autor: Mikael Sten­kvist.

Jor­gen­sen dobrze wie­dział, kim są w Szwe­cji rag­gare, ale nie miał poję­cia, co to takiego otaku i meido. Zain­te­re­so­wał się. Zawsze znaj­do­wał w „Mil­len­nium” coś cie­ka­wego do prze­czy­ta­nia, cho­ciaż pismo zapre­nu­me­ro­wał jesz­cze Carl, kiedy miesz­kał na Kvarnvägen.

Odło­żył mie­sięcz­nik z twar­dym posta­no­wie­niem, że prze­czyta ten arty­kuł w pierw­szej kolej­no­ści, ale póź­niej. Teraz miał waż­niej­sze sprawy na gło­wie.

Nie czuł głodu. Na czczo kawa z mle­kiem sma­ko­wała mu wyśmie­ni­cie. Dolał sobie drugi kubek i włą­czył radio. Usiadł, wyjął kartkę papieru i zaczął spi­sy­wać, co powi­nien kupić do jedze­nia. Minęła siódma i w radiu wła­śnie koń­czyły się wia­do­mo­ści. Cie­pły głos męż­czy­zny zachę­cał do słu­cha­nia sta­cji Lun­gna Favo­ri­ter, potem zaczęły się dener­wu­jące reklamy.

Jor­gen­sen skoń­czył listę zaku­pów. W radiu ten sam głos zapo­wie­dział zespół Dire Stra­its w utwo­rze Why Worry. Jor­gen­sen nie znał się na muzyce, a szcze­gól­nie współ­cze­snej. Bez­błęd­nie roz­po­zna­wał tylko kapelę Vikin­garna i Kikki Daniels­son.

Sta­cję Lun­gna Favo­ri­ter na 104,7 FM nasta­wił kie­dyś Carl i tak zostało. Jor­gen­sen słu­chał teraz spo­koj­nego głosu woka­li­sty nie­zna­nego mu zupeł­nie zespołu i sta­rał się nadą­żyć za tek­stem. Przez chwilę zdał sobie sprawę, że gdzieś już to wcze­śniej sły­szał. Zain­try­go­wały go pierw­sze słowa, a refren ode­brał jak dedy­ka­cję dla sie­bie na dziś. Jak motto na naj­bliż­sze dni.

Cze­kał, aż refren powróci, i kiedy usły­szał go po raz drugi, mógł powtó­rzyć słowa razem z woka­li­stą, jakby sam był ich auto­rem. I zakoń­czył na głos: So why worry now… Czuł, jak wzbie­rają w nim siły. Było dobrze!

Posta­no­wił zatem, że aby nadać temu dniowi wła­ściwą dyna­mikę, pój­dzie na szybki spa­cer na pola rezer­watu Järvafältet. Kie­dyś robił to regu­lar­nie, by utrzy­mać dobrą kon­dy­cję, a szcze­gól­nie sprę­ży­stość nóg, które w zawo­dzie szpiega są nie mniej ważne niż głowa. Na sku­tek poran­nego wysiłku fizycz­nego i dotle­nie­nia wzra­stało mu ciśnie­nie, a wszyst­kie zmy­sły pra­co­wały przez cały dzień na naj­wyż­szych obro­tach. Tym razem jed­nak po raz pierw­szy miał to zro­bić wyłącz­nie dla sie­bie. Dla wła­snego dobrego samo­po­czu­cia.

Wziął szybki prysz­nic i ogo­lił się. Spoj­rzał na ter­mo­metr, który mimo wcze­snej godziny wska­zy­wał już osiem­na­ście stopni.

Wło­żył dżinsy, zapi­naną koszulę w nie­bie­ską kratę z krót­kim ręka­wem i wygodne buty spor­towe Vaga­bond. Wciąż nie czuł głodu.

Wziął klu­cze z wie­szaka w przed­po­koju i po pro­stu wyszedł, nawet się nie oglą­da­jąc. Jedy­nie zatrza­snął za sobą drzwi.

Wsiadł do samo­chodu i pod­je­chał dwa kilo­me­try do Säby Gård. W sie­dem­na­sto­wiecz­nym dwo­rze była teraz stad­nina koni i szkoła jeź­dziecka. Tutaj na bez­płat­nym par­kingu zawsze zosta­wiał samo­chód i zaczy­nał marsz po szla­kach, które wiły się przez pola i lasy mię­dzy dwoma małymi jezio­rami, Säbysjön i Översjön.

Kie­dyś te tereny nale­żały do armii szwedz­kiej. Potem wyku­piła je komuna Järfälla i od tego czasu słu­żyły w celach rekre­acyj­nych miesz­kań­com oko­licz­nych osie­dli – Bar­karby, Jakobs­bergu czy Kallhällu. Mimo że w oko­licy Järvafältet powstało w ostat­nim cza­sie wiele cen­trów han­dlo­wych, z naj­więk­szą w Szwe­cji Ikeą, nie wpły­nęło to na szczę­ście zna­cząco na pobli­ską naturę.

Jor­gen­sen cho­dził po tych tra­sach od lat i czuł się nie­mal ich wła­ści­cie­lem. Odkąd prze­szedł na eme­ry­turę, lubił cho­dzić rano, naj­le­piej w dni powsze­dnie. Wtedy pra­wie w ogóle nie spo­ty­kał rowe­rzy­stów, któ­rzy go tro­chę iry­to­wali. Nato­miast ni­gdy nie prze­szka­dzali mu kłu­su­jący po tra­sach jeźdźcy z pobli­skiej stad­niny, cho­ciaż konie pozo­sta­wiały po sobie liczne ślady.

Cza­sami widy­wał tu sarny, lisy, kilka razy natknął się na łosia. Pra­wie zawsze, i to od lat, spo­ty­kał też męż­czy­znę mniej wię­cej rów­nego mu wie­kiem, z nie­zwy­kłymi wąsami, zwi­sa­ją­cymi jak sznurki na co naj­mniej dzie­sięć cen­ty­me­trów i zaple­cio­nymi na koń­ców­kach. Nazwał go kie­dyś Nor­we­giem, ale nie pamię­tał już dla­czego. Może przez te wąsy. Jor­gen­sen zaczy­nał trasę w lewo, a Nor­weg w prawo, więc zawsze się mijali, idąc w prze­ciw­nym kie­runku. Ni­gdy ze sobą nie roz­ma­wiali, ale zawsze pozdra­wiali się uśmie­chem i unie­sioną ręką.

Zro­biło się już bar­dzo cie­pło. Po kil­ku­dnio­wych opa­dach zapo­wia­dał się upalny i wil­gotny dzień. Jor­gen­sen wysiadł z samo­chodu. Jak zwy­kle rozej­rzał się wokół i wyko­nał kilka ćwi­czeń roz­cią­ga­ją­cych. W zasięgu wzroku nie było nikogo, jedy­nie konie na pobli­skim wybiegu.

Zde­cy­do­wał, że tym razem po raz pierw­szy pój­dzie w prawo, tak jak Nor­weg!

To będzie ozna­czać – pomy­ślał – że tym razem na pewno go nie spo­tkam. Szkoda, może powi­nie­nem się z nim poże­gnać… Nie! Muszę się zde­cy­do­wać i zmie­nić wszystko, roz­stać się ze wszyst­kim, z Nor­we­giem też! Pójdę w prawo!

Ruszył zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, z uczu­ciem, że to, co teraz robi, ma bar­dzo ważne zna­cze­nie.

Minął po pra­wej stro­nie odda­lony o dwie­ście metrów nie­bie­ski budy­nek Ikei i skrę­cił w lewo, ścieżką lekko w dół. Na dro­dze było jesz­cze sporo kałuż, więc musiał wło­żyć tro­chę wysiłku, by je omi­nąć.

Na odcinku około trzy­stu metrów ścieżka bie­gła przez pod­mo­kły teren, jed­nak sama była już sucha. Po obu stro­nach rosły wyso­kie wierzby i kar­ło­wate brzozy wymie­szane ze świer­kami, olchami i gra­bami, a wszystko to było osa­dzone w wyso­kim pod­szy­ciu.

Im dalej się posu­wał, tym sil­niej­sze odno­sił wra­że­nie, że idzie tą drogą po raz pierw­szy. Ni­gdy tu nie był. Chwi­lami mu się wyda­wało, że jest w jakimś tro­pi­kal­nym lesie, a nie w pod­sztok­holm­skim rezer­wa­cie. Nie mógł roz­po­znać żad­nych frag­men­tów drogi, ale prze­cież wie­dział dosko­nale, że to jest wła­śnie Ta Jego Jedyna Droga, nie żadna inna, że jest u sie­bie!

Nagle ogar­nął go dziwny nie­po­kój i przez moment poża­ło­wał, że zmie­nił kie­ru­nek mar­szu. Prze­mknęło mu przez myśl, żeby zawró­cić, że nie odszedł jesz­cze daleko, ale prze­cież nie mógł się ośmie­szyć przed samym sobą, szedł więc dalej. Po chwili zro­zu­miał, że to tylko zwy­kłe złu­dze­nie. Wdep­nął w kałużę, co go dodat­kowo roz­ba­wiło. Nie­po­trzeb­nie się tym wszyst­kim tak prze­jął.

Wyszedł z lasu na otwartą prze­strzeń i po raz pierw­szy z przy­jem­no­ścią roz­po­znał miej­sce, gdzie biwa­kują spot­te­rzy. Ni­gdy nie mógł zro­zu­mieć, jak można sie­dzieć przez cały dzień i obser­wo­wać przez lunetę ptaki, a potem jesz­cze kilka godzin o tym roz­ma­wiać. Mimo to miał dla tych ludzi sporo sym­pa­tii. Zatrzy­mał się na chwilę przy drew­nia­nym pło­cie i obser­wo­wał ich, ubra­nych w stroje masku­jące, sie­dzą­cych w bez­ru­chu na skła­da­nych sto­łecz­kach przy potęż­nych lune­tach na sta­ty­wach. Po chwili znowu ruszył. Robiło się coraz cie­plej i dusz­niej, a niebo wciąż nie zwia­sto­wało desz­czu.

W pew­nym momen­cie zauwa­żył, że drogę pod jego sto­pami prze­cina coraz wię­cej śli­ma­ków. Nie było w tym nic dziw­nego, gdyż o tej porze roku w rezer­wa­cie Järvafältet poja­wiały się w ogrom­nej ilo­ści. Dla niego sta­no­wiły po pro­stu część natury, ot śli­maki w lesie. Dopóki trwał jego marsz, musiał uwa­żać, żeby ich nie roz­dep­ty­wać. Potem już nawet o nich nie myślał.

W tym roku były jed­nak wyjąt­kowo duże. Tak mu się przy­naj­mniej wyda­wało. Duże jak ni­gdy dotąd. Pomy­ślał nawet, że to musi być efekt glo­bal­nego ocie­ple­nia. A kiedy zoba­czył, że są takie potężne i piękne, zaczął sta­wiać stopy z jesz­cze więk­szą ostroż­no­ścią.

Zatrzy­mał się i przy­kuc­nął, żeby im się przyj­rzeć z bli­ska. Dwa ogromne śli­maki, jakich dotąd nie widział, z maje­sta­tem cią­gnęły w poprzek drogi swoje pochy­lone na bok gra­ni­towe muszle. Ni­gdy wzdłuż, ni­gdy na skos, zawsze w poprzek, nie­za­leż­nie od tego, w którą stronę bie­gła droga. Śli­maki w tra­wie z pew­no­ścią poru­szały się we wszyst­kich kie­run­kach, jakże mogło być ina­czej?

Przy­po­mniał sobie, że ten pro­blem tak go kie­dyś intry­go­wał, że nawet kupił książkę o śli­ma­kach Helix poma­tia, ale nie zna­lazł w niej wyja­śnie­nia tego faktu. Tłu­ma­czył sobie, że win­niczki też muszą mieć jakąś pro­stą inte­li­gen­cję, skoro tak czy­nią. Lubił te stwo­rze­nia i ni­gdy żad­nego nie roz­dep­tał.

Minął polne skrzy­żo­wa­nie z odnogą do Hägerstalundu. Przy­po­mniał sobie, że wkrótce powinna być droga w prawo, przez las do Väsby Gård, gdzie znaj­do­wało się gospo­dar­stwo rolne i nie­duże schro­ni­sko, w któ­rym można było napić się kawy. Tam trasa łączyła się z kolej­nym szla­kiem.

By dotrzeć do tego miej­sca, musiał przejść około tysiąca trzy­stu metrów, z czego połowę przez gęsty las świer­kowy. Już od lat nie szedł tym odcin­kiem, ale pamię­tał, że był pro­sty i łatwy. Liczył na to, że las, przez który wie­dzie ścieżka, da mu wię­cej cie­nia, tym bar­dziej że zapo­mniał oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

Skrę­cił w prawo i sze­roka, utwar­dzona droga prze­szła w nie mniej dobrą, tyle że znacz­nie węż­szą. Rzadko z niej korzy­stali rowe­rzy­ści i jeźdźcy, bo była zbyt kręta i pagór­ko­wata. Nisko wiszące gałę­zie i wysta­jące korze­nie zmu­szały do więk­szej ostroż­no­ści.

Gdy tylko zagłę­bił się w las, od razu wyczuł więk­szą wil­got­ność. Jego uwagę zwró­ciła nie­zwy­kła cisza. Nie był pewien, czy to jest stan natu­ralny i tak jest tutaj zawsze, czy to tylko złu­dze­nie. Już dru­gie tego dnia.

Prze­szedł pierw­sze sto metrów i zacze­pił twa­rzą o nocną paję­czynę. Nie zauwa­żył jej, gdyż musiał wciąż kon­cen­tro­wać się na śli­ma­kach. Nie zno­sił pają­ków i paję­czyn. Zatrzy­mał się i ner­wowo oczy­ścił twarz. Pomy­ślał przez moment, że może powi­nien zawró­cić, bo w głębi lasu paję­czyn będzie z pew­no­ścią wię­cej. Ruszył jed­nak dalej.

Gdy się schy­lił, by omi­nąć kolejną paję­czynę, zoba­czył tuż przed sobą roz­gnie­cio­nego na mia­zgę ogrom­nego śli­maka. Aż się cof­nął, tak odpy­cha­jące wra­że­nie zro­bił na nim ten widok. Poczuł szarp­nię­cie w żołądku i kwa­śny smak w ustach. Zawsze się bał, że kie­dyś nadep­nie śli­maka. A ten był duży, wyjąt­kowo duży.

Ktoś musiał to zro­bić nie­dawno, bo nie ma jesz­cze much ani mró­wek – pomy­ślał i omi­nął to miej­sce łukiem.

Stą­pał teraz jesz­cze uważ­niej. Na samą myśl, że mógłby z chrzę­stem zmiaż­dżyć ogromną sko­rupę pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wego śli­maka, znów zro­biło mu się nie­do­brze.

Po chwili jed­nak z oddali dostrzegł na ścieżce kolejną mia­zgę. Sta­rał się nie patrzeć i omi­nąć to miej­sce. Szedł bar­dzo ostroż­nie i pod­świa­do­mie zwol­nił, ale nie zauwa­żył żad­nego żywego śli­maka. Sta­rał się nie myśleć o tym, co przed chwilą widział, bo wciąż czuł odrazę. Jed­nak zaraz dostrzegł kolejną mia­zgę. Już trze­cią na odcinku kil­ku­na­stu metrów. I ani jed­nego żywego!

Odraza zaczęła zamie­niać się w zdzi­wie­nie.

Jak mógł ktoś przy­pad­kowo nadep­nąć na trzy śli­maki z rzędu? Cie­kawe – prze­mknęło mu przez myśl.

Jed­nak kilka metrów dalej zoba­czył kolej­nego i w per­spek­ty­wie drogi jesz­cze jed­nego. Poko­naw­szy pięć­dzie­siąt metrów, doli­czył się pięt­na­stu, same świeże mia­zgi. Po stu metrach było ich dwa­dzie­ścia pięć. I wciąż ani jed­nego żywego.

Doszedł do wnio­sku, że przed chwilą ktoś szedł tą drogą i celowo roz­gnia­tał napo­tkane śli­maki. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego to robił, i ta myśl napa­wała go prze­ra­że­niem. Ni­gdy nie zetknął się z czymś podob­nym. Nie myślał o śli­ma­kach, myślał o czło­wieku, który z pew­no­ścią nie był dziec­kiem.

Czy to jakiś sza­le­niec… czy to jest okru­cień­stwo? – zasta­na­wiał się Jor­gen­sen, przy­spie­szyw­szy kroku. Jak daleko jest od miaż­dże­nia śli­maka do miaż­dże­nia czło­wieka? Czy po to ten obłą­ka­niec tu przy­szedł?

Zbli­żał się do końca lasu. Doli­czył się już czter­dzie­stu sied­miu miazg. Miał wra­że­nie, że podąża śla­dem jakie­goś mon­stru­al­nego trolla, który nie­na­wi­dzi życia i ludzi.

Nagle się zatrzy­mał. Zauwa­żył, że kilka metrów przed nim, na środku ścieżki, coś się miota, coś małego, wyko­nu­jąc nie­na­tu­ralne, gwał­towne ruchy. Od razu pomy­ślał, że to musi być śli­mak. Ruszył nie­pew­nie i jak zahip­no­ty­zo­wany zaczął się zbli­żać do wstrzą­sa­nego kon­wul­sjami stwo­rze­nia. Z każ­dym kro­kiem widział je coraz lepiej. Gdy był już bar­dzo bli­sko, zoba­czył, że to ogromny siwo­brą­zowy śli­mak ze zmiaż­dżoną sko­rupą, nie­mal prze­po­ło­wiony i zato­piony w sza­rej mazi.

Zaczął biec. Po minu­cie dotarł do gospo­dar­stwa Väsby Gård. Zatrzy­mał się zdy­szany obok drew­nia­nego płotu i pró­bo­wał ure­gu­lo­wać oddech. Uzmy­sło­wił sobie, że gdy biegł, nie widział już żad­nego śli­maka.

Za pło­tem dostrzegł gospo­da­rza, który prze­rwał kar­mie­nie krów i ze zdzi­wie­niem przy­glą­dał się zasa­pa­nemu star­szemu czło­wie­kowi w stroju zupeł­nie nie­od­po­wied­nim do jog­gingu.

– Czy… szedł… tu ktoś… przede mną? – ode­zwał się Jor­gen­sen, łapiąc oddech.

Męż­czy­zna z widłami w rękach wciąż przy­glą­dał mu się podejrz­li­wie.

– Czy coś się stało? – zapy­tał. – Potrze­buje pan pomocy?

Jor­gen­sen pokrę­cił głową. Już chciał powie­dzieć o tym, co widział w lesie, ale pomy­ślał, że gospo­darz mu nie uwie­rzy albo, co gor­sza, uzna go za śmiesz­nego dzi­waka. Więc zre­zy­gno­wał i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ruszył przed sie­bie.

– Jestem tu od dwóch godzin i nikogo nie widzia­łem… żad­nych tury­stów. Pan jest dzi­siaj pierw­szy! – dobie­gło zza ple­ców Jor­gen­sena.

– Dzię­kuję! – odpo­wie­dział, nawet się nie odwra­ca­jąc. Nie chciał widzieć twa­rzy gospo­da­rza, wciąż nazna­czo­nej gry­ma­sem zdu­mie­nia.

Po pięć­dzie­się­ciu metrach doszedł do drogi głów­nej. Chciał wejść do schro­ni­ska Natur­sko­lan, ale było jesz­cze zamknięte. Na schod­kach sie­działy dwie star­sze kobiety w spor­to­wych stro­jach, z kij­kami do mar­szu, i Jor­gen­sen zde­cy­do­wał się do nich przy­siąść.

Zaczął neu­tral­nie, o pogo­dzie i zdro­wiu, ale w rze­czy­wi­sto­ści chciał je odwieść od pój­ścia w lewo, trasą, którą przy­szedł. Wymy­ślił naprędce, że droga jest zalana i nie można nią przejść. Kobiety podzię­ko­wały mu za towa­rzy­stwo oraz infor­ma­cję i zgod­nie z jego radą poszły pro­sto.

Sie­dział jesz­cze chwilę na schod­kach schro­ni­ska i czuł, jak pot spływa mu po ple­cach. Pomy­ślał, że poranna kąpiel była zbędna. Teraz będzie musiał znowu wejść do wanny, ale ta świa­do­mość spra­wiła mu ulgę.

– Prze­cież to tylko śli­maki! Czym ja się przej­muję?! – powie­dział do sie­bie uspo­ka­ja­jąco. – Zresztą chyba coś mi się przy­wi­działo… Jestem ostat­nio taki ner­wowy. Ludzie widzą wtedy różne rze­czy… Trzeba się zbie­rać! – rzu­cił na głos, pod­niósł się dziar­sko i wziął kilka głę­bo­kich odde­chów. – Mam jesz­cze pięć kilo­me­trów.

So why worry now… – zaczął nucić, z początku bez prze­ko­na­nia, ale po chwili nabrał ani­mu­szu i ruszył zde­cy­do­wa­nie naprzód, omi­ja­jąc po lewej stro­nie gospo­dar­stwo Väsby Gård, spe­cja­li­zu­jące się w hodowli bydła szkoc­kiej rasy wyżyn­nej.

Przez jakiś czas muszę omi­jać to miej­sce – dotarło do niego jak przy­ka­za­nie, gdy odszedł już wystar­cza­jąco daleko.

48

– Zasta­na­wia­jące jest, że tak łatwo się na nie zgo­dził… On godzi się na wszystko! Czy to nor­malne? No, zasta­nów się! – Sara komen­to­wała bada­nie Krupy na wykry­wa­czu kłam­stwa, które wła­śnie się odbyło. – Lutek śle­dził go od wyj­ścia z domu i też nie zauwa­żył niczego spe­cjal­nego. Twier­dzi, że facet inten­syw­nie się kon­tro­lo­wał, ale to dobrze, bo to zna­czy, że boi się swo­ich. Czyli jest szczery, praw­do­po­dob­nie… Zajmę się ana­lizą nagra­nia, a ty idź i go pil­nuj!

– Ile zaj­mie ci to czasu? – zapy­tał „Tra­vis”.

– Około dwu­dzie­stu minut. Może kró­cej… On się nie zorien­to­wał, że jestem tutaj?

– Moim zda­niem nie. Dla­czego pytasz?

– Cie­kawa jestem, jak się zachowa, gdy mnie zoba­czy. Oczy­wi­ście jeżeli będzie miał dobry wynik. Jak nie… to posie­dzi sobie tutaj parę dni. Ale wola­ła­bym, żeby tak nie było… I jesz­cze jedno! Zapo­mnia­łam cię zapy­tać, jak zare­ago­wał, gdy zorien­to­wał się, że idzie do nie­zna­nego mu miesz­ka­nia. Zde­ner­wo­wał się? Prze­stra­szył?

– Wydaje mi się, że był tro­chę zanie­po­ko­jony, ale w gra­ni­cach normy… dla takiej sytu­acji. Nie, niczego szcze­gól­nego nie zauwa­ży­łem. Mam wra­że­nie, że przy­jął gene­ralne zało­że­nie, że godzi się na wszystko… Albo jest takim mistrzem, że potrafi nas oszu­kać.

– Z tym też musimy się liczyć, ale nie mamy już czasu na dokład­niej­sze spraw­dza­nie. Zary­zy­ku­jemy! Idź teraz do niego!

„Tra­vis” wyszedł, a Sara przy­stą­piła do ana­lizy kom­pu­te­ro­wego nagra­nia sys­temu Voight-Kampffa.

Gdy wszedł do pokoju, Krupa sie­dział na krze­śle w takiej samej pozy­cji jak zaraz po bada­niu. Wyda­wał się prze­stra­szony.

– Tam ktoś jest? – zapy­tał i ruchem głowy wska­zał na drzwi.

– Oczy­wi­ście – odparł „Tra­vis”. – Zaczyna badać twój mate­riał… to spe­cja­li­sta. Wasia! – rzu­cił po chwili. – Masz jesz­cze jedną, ostat­nią szansę. Jeżeli cze­goś nie powie­dzia­łeś albo skła­ma­łeś, zrób to teraz. Póź­niej nie będzie już odwrotu. Rozu­miesz?! – Zauwa­żył, że Krupa ma taką minę, jakby zaraz miał się roz­pła­kać, i zro­biło mu się go żal. – Zda­jesz sobie sprawę, że w tej chwili decy­duje się twoje życie! Ten kom­pu­ter prze­są­dzi o two­jej przy­szło­ści!

– Rozu­miem. Dosko­nale rozu­miem… Oleg. Nie jestem głup­cem i wiem, co robię. Nie przy­pusz­cza­łem, że będę badany w ten spo­sób, ale w naszej branży spraw­dze­nie czło­wieka to koniecz­ność… wiem o tym! Powie­dzia­łem jed­nak prawdę! Tylko prawdę! Jeżeli wyj­dzie, że kła­ma­łem, to ta wasza maszyna jest do dupy… Tylko ja wiem, jaka jest… moja prawda!

– Ja ci wie­rzę, Wasia, i… – „Tra­vis” naprawdę mu wie­rzył.

– To dla­czego zabra­łeś mi komórkę i doku­menty? Dla­czego mnie zamkną­łeś w tym pokoju?

– Ja ci naprawdę wie­rzę, ale zro­zum…

– Oleg… ty… ty nie jesteś Bia­ło­ru­si­nem? – Krupa zni­żył głos.

– Jestem Bia­ło­ru­si­nem tak jak ty, a może nawet bar­dziej! Jak możesz?! – „Tra­vis” poczuł się szcze­rze ura­żony, cho­ciaż wie­dział, co Krupa ma na myśli.

– Prze­pra­szam. Zaga­lo­po­wa­łem się. Zresztą czy to teraz ważne?! Nie czuję się kom­for­towo… i tyle! To chyba zro­zu­miałe… Boli mnie głowa.

– Ja też prze­pra­szam! Skończmy już ten temat! – zde­cy­do­wa­nie rzu­cił „Tra­vis”.

– Dobrze! Cze­kamy na mój wyrok, tak? Jeżeli nie będzie po waszej myśli, to co zro­bi­cie…

– Daj spo­kój, Wasia! Nie pro­wo­kuj mnie…

– Dla­czego? To pyta­nie jest jak naj­bar­dziej zasadne, nie?

– Chcesz, żebym się zde­kla­ro­wał? Otóż nie zro­bimy ci nic złego… nie jeste­śmy dzi­ku­sami. Pój­dziesz do domu, po pro­stu. Wzię­li­śmy pod uwagę i taką ewen­tu­al­ność. Chyba nie sądzi­łeś, że zadamy sobie tyle trudu i nie przy­go­tu­jemy zakoń­cze­nia. To byłoby nie­pro­fe­sjo­nalne! Ale ani ja, ani nikt z nas nie zakła­dał, że będziemy musieli reali­zo­wać ten wariant. Ufa­li­śmy ci od początku, chcemy jed­nak mieć pew­ność, bo z tą ope­ra­cją łączy się spore ryzyko. Ja też byłem spraw­dzany, i to nie­je­den raz…

– W porządku, Oleg! Ja to wszystko rozu­miem. Zaufa­łem tobie i odda­łem swój głos na Pol­skę. Może brzmi to pate­tycz­nie, ale tak jest. Nie mam już odwrotu!

Sie­dzieli w zaciem­nio­nym pokoju. Zamil­kli w poczu­ciu, że każde następne słowo będzie w tej sytu­acji zbędne, że teraz, w tej chwili, powinni wystrze­gać się słów, któ­rych póź­niej mogliby żało­wać.

„Tra­vis” sie­dział na krze­śle, pod­pie­ra­jąc obu­rącz głowę, ze wzro­kiem utkwio­nym w pod­ło­dze. Nie mógł patrzeć na Krupę, jakby miał wyrzuty sumie­nia, ale w głębi duszy wie­dział, że doty­czą one wciąż Ste­pa­no­wy­cza. Usły­szał, że Wasi­lij zapa­lił papie­rosa, i poczuł coś w rodzaju ulgi.

– Wyda­wało mi się, że rzu­ci­łeś pale­nie – powie­dział.

– Ow­szem, po naszym spo­tka­niu w bani, ale wciąż mia­łem fajki przy sobie. Nie wytrzy­ma­łem…

Nie zdą­żył skoń­czyć, gdyż otwo­rzyły się drzwi i sta­nęła w nich Sara. Zapa­liło się świa­tło. Krupa, wyraź­nie zasko­czony, powoli pod­niósł się z fotela. „Tra­vis”, widząc posępną minę Sary, przez chwilę był zdez­o­rien­to­wany i pomy­ślał, że Krupa nie prze­szedł bada­nia, ale gdy na jej twarz zaczął powra­cać uśmiech, zro­zu­miał, że wszystko poszło dobrze.

Sara wycią­gnęła zza ple­ców rękę, w któ­rej trzy­mała butelkę szam­pana.

– Leć po kie­liszki – rzu­ciła do „Tra­visa”.

Bez słowa pode­szła do Krupy i podała mu rękę.

Na twa­rzy Wasi, który ner­wowo roz­glą­dał się za popiel­niczką, malo­wało się zasko­cze­nie, szybko ustę­pu­jące naiw­nemu gry­ma­sowi, tro­chę śmiesz­nemu u męż­czy­zny.

– Witaj w zespole, Wasi­lij! Prze­sze­dłeś test! – zaczęła. – Mamy jesz­cze sprawy do wyja­śnie­nia, ale kto ich nie ma…

Krupa wciąż trzy­mał jej dłoń i musiała deli­kat­nie użyć siły, żeby ją wyzwo­lić.

Wró­cił „Tra­vis”, usta­wił kie­liszki i zaczął otwie­rać butelkę.

– Mówi­łem, że ci wie­rzę – powie­dział wyraź­nie oży­wiony, jakby kamień spadł mu z serca. – Byłem pewien, że wszystko będzie dobrze…

Strze­lił korek. Wzięli kie­liszki i wznie­śli toast za powo­dze­nie ope­ra­cji i nowe życie Krupy, który nie­mal nie odry­wał wzroku od Sary.

– Dzięki. Naprawdę się cie­szę – ode­zwał się w końcu. – Nie wiem, co powie­dzieć, ale na pewno się na mnie nie zawie­dzie­cie. Trudno mi to jesz­cze zro­zu­mieć, bo wszystko dzieje się tak szybko… Dzię­kuję, Oleg… I za wolną Bia­ło­ruś! Niech żyje Bia­ło­ruś! – Był zmie­szany i tro­chę sztuczny.

– Mam na imię Agnieszka. – Wycią­gnęła kie­li­szek w stronę Krupy. – Jestem ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu i na razie będę tutaj dowo­dzić.

– Tak jest, dowódco Agnieszko! – Krupa trza­snął obca­sami i przy­jął postawę zasad­ni­czą. – Język rosyj­ski macie świet­nie opa­no­wany – dorzu­cił z uzna­niem i stuk­nął się z nią kie­lisz­kiem.

Wypił do dna, aż mu gaz zakrę­cił w nosie.

– Wasi­lij, prze­sze­dłeś to nie­ła­twe bada­nie zadzi­wia­jąco dobrze! Można nawet powie­dzieć, że zbyt dobrze…

– To źle? – zapy­tał, auten­tycz­nie zasko­czony.

– No nie, skąd! Nie­wła­ści­wie mnie zro­zu­mia­łeś albo… nie­wła­ści­wie się wyra­zi­łam. Mia­łam na myśli to, że zgo­dzi­łeś się odpo­wia­dać na bar­dzo intymne pyta­nia. I w tym zakre­sie wypa­dłeś bez zarzutu. Cho­ciaż w jed­nym miej­scu skła­ma­łeś. – Sara uśmiech­nęła się tajem­ni­czo i poki­wała zna­cząco głową. – To ważna sprawa! Mimo to jesteś z nami. Nie dener­wuj się…

– Nie skła­ma­łem! Ani razu! Powie­dzia­łem całą prawdę! – Krupa, wyraź­nie poru­szony, spoj­rzał na „Tra­visa”, który rów­nież wyglą­dał na zasko­czo­nego. – W któ­rym miej­scu skła­ma­łem? Co skła­ma­łem?

– Wasi­lij! Nie dener­wuj się! – zare­ago­wała natych­miast Sara. – Poroz­ma­wiamy o tym póź­niej. Kiedy będziemy już w Pol­sce. Okay?

Krupa nic na to nie odrzekł. Był jed­nak wyraź­nie zawie­dziony.

– Jesz­cze raz! Za nas! – Wznio­sła toast, by roz­ła­do­wać atmos­ferę.

„Tra­vis” i Krupa podą­żyli za nią, ale już ze znacz­nie mniej­szym entu­zja­zmem.

– Co z wami, pano­wie? Wię­cej życia! To ostatni alko­hol, jaki pije­cie w tym kraju. Od dzi­siaj obo­wią­zuje stu­pro­cen­towa abs­ty­nen­cja… Następ­nym razem napi­jemy się dopiero w War­sza­wie.

– W porządku… Ni­gdy nie byłem za gra­nicą… wie­cie? – ode­zwał się Krupa w nieco lep­szym już nastroju. – Moi zna­jomi jeż­dżą regu­lar­nie do War­szawy i Bia­łe­go­stoku… – prze­rwał na chwilę i zaraz dodał: – Nie, nie, nic z tego, o czym myśli­cie! Zwy­kli zna­jomi. Mówili mi, że War­szawa jest piękna i bogata, że są tam bar­dzo dobre restau­ra­cje… tań­sze niż w Miń­sku… że jest dużo Bia­ło­ru­si­nów…

– Już wkrótce sam to oce­nisz, Wasia – wtrą­cił „Tra­vis”.

– Pano­wie, bie­rzemy się do roboty! Mamy coraz mniej czasu – prze­rwała im Sara. – Mówi­łeś mi, Oleg, że do Brze­ścia rusza­cie w sobotę rano.

– Tak jest. Jedziemy moim samo­cho­dem… – wtrą­cił „Tra­vis”.

– Wasi­lij zapo­znał się już z dzia­ła­niem magne­to­me­tru? – zapy­tała.

– Jesz­cze nie – odparł. – Prze­cież cze­ka­li­śmy na wynik bada­nia! – zare­ago­wał w umó­wiony spo­sób, by utwier­dzić Krupę w prze­ko­na­niu, że prze­szedł pozy­tyw­nie testy.

– W takim razie zaczniemy od magne­to­me­tru. W trójkę pój­dzie nam szyb­ciej… Aha… – prze­rwała nagle. – Oleg mówił – zwró­ciła się do Krupy – że wczo­raj wie­czo­rem mia­łeś się spo­tkać z tymi cel­ni­kami od papie­ro­sów. Udało się?

– Zro­bi­łem wszystko tak, jak uzgod­ni­łem z Ole­giem. Temat łyk­nęli… tak mi się wydaje. Na następne spo­tka­nie umó­wi­łem się z nimi po przy­jeź­dzie z Brze­ścia.

– Wró­cimy do tego póź­niej – rzu­ciła.

Zaczęli oma­wiać szcze­góły dzia­łań na naj­bliż­sze dni. Zajęło im to ponad cztery godziny, ale wcale nie odczu­wali zmę­cze­nia.

Zna­jo­mość bia­ło­ru­skich realiów i pomy­sło­wość Krupy były nie do zastą­pie­nia i Sara zro­zu­miała, że bez jego pomocy nie byliby w sta­nie sku­tecz­nie prze­pro­wa­dzić ope­ra­cji.

„Tra­vis” co chwila wsta­wał, by otwo­rzyć okno, gdyż Sara nie­ustan­nie paliła, a Krupa korzy­stał z jej papie­ro­sów bez umiaru. Wypili też cały zapas her­baty.

– Na dzi­siaj koń­czymy! – zarzą­dziła wresz­cie Sara i zde­cy­do­wa­nie pod­nio­sła się zza stołu pokry­tego zapi­sa­nymi i zary­so­wa­nymi kart­kami. – Jutro ciąg dal­szy.

– Dowódco Agnieszko, kapi­tan Wasi­lij Niko­ła­je­wicz prosi o pozwo­le­nie na zada­nie pyta­nia! – zwró­cił się do niej w żar­to­bli­wym tonie Krupa.

– Pozwa­lam. Spo­cznij! – odparła w podob­nym stylu.

– Chciał­bym wie­dzieć… no, to jest w końcu dla mnie ważne, bo ja też nie­źle znam ten kraj… jak mnie stąd… No, gene­ral­nie, jak mnie stąd wywie­zie­cie?

– Nie oba­wiaj się, Wasi­lij! To zupeł­nie bez­pieczne – wtrą­cił „Tra­vis”. – Niech ci wystar­czy, że ja mogę jeź­dzić do Pol­ski czy na Litwę, kiedy zechcę. – Mocno prze­sa­dził, ale chciał uciąć roz­mowę na ten temat i ubiec dal­sze trudne pyta­nia Krupy, który dobrze wie­dział, jak działa sys­tem kon­troli na gra­nicy.

– Nu… mołodcy Polaki! – skwi­to­wał z uzna­niem Krupa.

– Idź już do domu, Wasi­lij. Odpocz­nij… Jutro mamy trudny dzień… ty masz trudny dzień. Wyśpij się dobrze.

– Tak jest!

Krupa pod­niósł się i wycią­gnął rękę. Wyraź­nie już oswoił się z obec­no­ścią Sary i ści­ska­jąc jej dłoń, nie błą­dził wzro­kiem po pokoju.

Z „Tra­vi­sem” poże­gnał się nad­zwy­czaj ser­decz­nie. Zupeł­nie jakby zdany egza­min, mimo pew­nego zgrzytu, otwo­rzył mu drzwi do nowej, lep­szej rze­czy­wi­sto­ści. Sara i „Tra­vis” odnie­śli takie samo wra­że­nie, ale się nim nie podzie­lili.

– Dałaś znać Lut­kowi? – zapy­tał „Tra­vis”, gdy tylko za Krupą zamknęły się drzwi.

– Tak. Mimo że wcale nie musia­łam…

– Nie rozu­miem.

– Nie znasz Lutka. On tam czeka na dole zwarty i gotowy. I z góry przyj­muje, że zapo­mnę go zawia­do­mić. Nie ufa nikomu, cho­ciaż wszyst­kich lubi. Zawsze zakłada, że działa sam. Taki cha­rak­ter! Nie­za­wodny i nie­za­stą­piony!

– Mówisz, jakby to był twój chło­pak – powie­dział „Tra­vis” chłodno, bo chciał, żeby i o nim Sara tak myślała.

– Chyba nie jesteś zazdro­sny?

„Tra­vis” był zasko­czony. Nie przy­pusz­czał, że tak łatwo da się roz­szy­fro­wać. Ale zro­biło mu się miło.

– Dla­czego powie­dzia­łaś mu, że skła­mał? Po co wzbu­dzać w nim wąt­pli­wo­ści… szcze­gól­nie teraz, przed ope­ra­cją? – „Tra­vis” nie był do końca prze­ko­nany, czy dobrze robi, zada­jąc takie pyta­nia. Wyda­wało mu się, że Sara zro­biła to celowo, że było to zagra­nie obli­czone na kon­kretny efekt. Dla­tego zapy­tał ponow­nie: – Skła­mał?

– Tak! Skła­mał! – odpo­wie­działa spo­koj­nie, nie odry­wa­jąc wzroku od swo­ich nota­tek. – Na pyta­nie, czy nad­używa alko­holu, odpo­wie­dział, że nie. Na skali para­me­tru nie­szcze­ro­ści i kłam­stwa osią­gnął mak­sy­malną liczbę punk­tów. – Sara spoj­rzała na „Tra­visa” z pra­wie nie­zau­wa­żal­nym uśmie­chem. – Wszyst­kie pozo­stałe były w porządku.

– Dziwne, że mu to wyszło. Tutaj każdy nad­używa… to nor­malne. Nikt sobie nie robi z tego powodu wyrzu­tów. Wygląda na to, że Krupa się tym przej­muje…

– Wła­śnie tak! – wtrą­ciła gwał­tow­nie Sara. – I to bar­dzo dobrze, że się przej­muje. Skła­mał, bo się wsty­dzi tego, że pije… nie jak inni. Chciał być lep­szy, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści, ponie­waż mu na nas zależy. Widać, że ma skru­puły.

– No tak, ale jeżeli skła­mał, to ma ku temu inkli­na­cje i mógł to robić też w innych spra­wach…

– Może tak być – znów mu prze­rwała. – To jed­nak mało praw­do­po­dobne. Dygnęło mu tylko na tym pyta­niu. Wykres jest czy­sty. Para­dok­sal­nie to kłam­stewko daje mu dobre świa­dec­two. Robi z niego, w jakimś sen­sie, wraż­li­wego czło­wieka. Wie­dział, że nad­uży­wa­nie alko­holu jest dla nas nega­tyw­nym ele­men­tem oceny, i pró­bo­wał z tego wybrnąć w naj­prost­szy spo­sób. Pew­nie w swo­jej wyobraźni nawet prze­ce­niał nasz osąd. Sam mówił, że nie był na Zacho­dzie. Być może gdyby takie pyta­nie zadali mu Bia­ło­ru­sini albo Rosja­nie, mógłby odpo­wie­dzieć tak samo, że nie nad­używa, i nic by mu wów­czas nie drgnęło, bo to byłby dla nich stan­dard. Czu­jesz blu­esa?

– Mniej wię­cej. Cho­ciaż mam wąt­pli­wo­ści…

– Przy­ja­cielu, ja też mam wąt­pli­wo­ści! – rzu­ciła fami­liar­nie, nie cze­ka­jąc nawet, aż „Tra­vis” powie coś kon­kret­nego. – To nie maszyna bada praw­do­mów­ność czło­wieka, tylko drugi czło­wiek. To jest star­cie tego, który chce coś ukryć, z tym, który pra­gnie się dowie­dzieć, co tam­ten chce ukryć! Mimo pośred­nic­twa urzą­dze­nia jest to poje­dy­nek dwóch inte­lek­tów. Każdy ma coś do ukry­cia… czym nie chce się z nikim dzie­lić. To nor­malne! Tylko że kłam­stwo może mieć zna­cze­nie względne. Jak w przy­padku Krupy. – Nagle prze­rwała i zamy­śliła się.

„Tra­vis” sie­dział w mil­cze­niu.

– Dajmy już spo­kój… można by o tym długo… Tro­chę za bar­dzo się roz­krę­ci­łam.

– Nie! Dla mnie to ważne… Chęt­nie bym jesz­cze kie­dyś o tym poroz­ma­wiał. Też mam pewne prze­my­śle­nia.

– Tak, ten temat wzbu­dza duże emo­cje. Ludzie kła­mią na potęgę, a naj­gor­sze, że czę­sto okła­mują samych sie­bie. I co wtedy z wario­gra­fem, kiedy pytany i pyta­jący tak wła­śnie robią. Podobno psy­cho­lo­gia zna odpo­wiedź na to pyta­nie, ale wąt­pię, żeby tak było.

– Czuję, o co ci cho­dzi. Czy jest taka maszyna, która może prze­ba­dać homo sovie­ti­cus? Czy nor­malny czło­wiek, Euro­pej­czyk, jest w sta­nie to zro­bić? Tu, na Bia­ło­rusi, homo sovie­ti­cus ma się dobrze jak ni­gdzie indziej, i w Rosji, i na Ukra­inie, i wszę­dzie w byłym Soju­zie. Krupa też jest taki i nawet o tym nie wie.

– Czy­ta­łeś Mistrza i Mał­go­rzatę? – zapy­tała nagle Sara jakby bez związku z tema­tem.

– Dawno. A…? – odparł „Tra­vis”, zasko­czony, choć książki nie czy­tał.

– Dużo się zmie­niło od cza­sów Buł­ha­kowa, ale dusza sowiecka została i na dobre zro­sła się z gogo­low­ską. W świe­cie, gdzie nie ma Boga ani dia­bła i nie ma już jedy­nej słusz­nej par­tii, tylko jest kult mamony, Woland w dal­szym ciągu miałby pro­blem z usta­le­niem, kto jest dobry, a kto zły. Komu jako dia­beł powi­nien pomóc, a komu zaszko­dzić? Tak będzie pew­nie jesz­cze długo, więc co my możemy zro­bić? Pomyśl, Oleg, czy można zba­dać duszę czło­wieka, który uważa, że nie ma duszy? Skoro Woland i Behe­mot nie mogą, to co my możemy? Dobre, co? – Roze­śmiała się i wstała z krze­sła w geście jed­no­znacz­nie ozna­cza­ją­cym zakoń­cze­nie tematu.

– Coś w tym jest. Muszę prze­czy­tać to jesz­cze raz, bo już zupeł­nie wyle­ciało mi z głowy – skwi­to­wał „Tra­vis”, lekko zawsty­dzony, po czym zapy­tał: – Kiedy przy­je­dzie Kon­rad?

– W ponie­dzia­łek musimy mieć wszystko zapięte na ostatni guzik. – Sara ner­wowo prze­trzą­sała torebkę w poszu­ki­wa­niu papie­ro­sów. Ze zło­ścią zgnio­tła w dłoni puste pudełko. – Nie mam papie­ro­sów! – rzu­ciła jak naj­po­waż­niej w kie­runku „Tra­visa”, co mogło ozna­czać tylko jedno: poszu­ki­wa­nie papie­ro­sów marki Blend w noc­nym Miń­sku, i to nie­ko­niecz­nie uwień­czone suk­ce­sem.

– Nie rozu­miem, dla­czego powie­dzia­łaś Kru­pie, że skła­mał – zasta­na­wiał się na głos „Tra­vis”, licząc naiw­nie, że przy oka­zji usu­nie w cień pro­blem braku papie­ro­sów.

– Żeby nie czuł się zbyt pew­nie. Homo sovie­ti­cus, zanim sta­nie się homo euro­pa­eicus, naj­le­piej pra­cuje i jest szcze­rze oddany, gdy ma nad sobą wła­dzę. On to po pro­stu uwiel­bia! Dla­tego tak powie­dzia­łam. Pro­ste, nie? – Sara była tro­chę zło­śliwa, bo dener­wo­wał ją brak papie­ro­sów i nie­ja­sna per­spek­tywa ich zdo­by­cia. – Prze­wie­trzysz się? – zapy­tała z wyraźną deter­mi­na­cją w oczach.

„Tra­vis” wła­ści­wie ode­brał tę swo­istą mie­szankę prośby i pole­ce­nia. Znał nie­koń­czący się pro­blem papie­ro­sów i her­baty, któ­rym Sara cza­sami drę­czyła oto­cze­nie, szcze­gól­nie to nie­pa­lące i roz­mi­ło­wane w zapa­chu kawy. Popa­trzył w jej wyra­zi­ste nie­bie­skie oczy i pomy­ślał, jak by to było wspa­niale, gdyby prze­stała palić i pić her­batę. Szybko jed­nak zdał sobie sprawę z absur­dal­no­ści tych marzeń. Jasne było, że dla niej wydo­bę­dzie te papie­rosy spod ziemi.

– Nie ma sprawy. Znam nocny sklep nie­da­leko… deli­ka­tesy. Powinni mieć twoje blendy – powie­dział ze szcze­rym prze­ko­na­niem w gło­sie.

Lutek usta­wił swo­jego volks­wa­gena bus syn­cro nie­wiele ponad sto metrów od wej­ścia do budynku, w któ­rym prze­by­wali Sara, „Tra­vis” i badany Krupa.

Zadrze­wione miej­sce dawało cień pozwa­la­jący ukryć samo­chód. Sie­dział wci­śnięty głę­boko w fotel, pewien, że jest zupełne nie­wi­doczny. Mar­twił się tro­chę, że miń­ska tablica reje­stra­cyjna nie została przy­twier­dzona wystar­cza­jąco mocno. Nie­stety, w zesta­wie narzę­dzi bra­ko­wało odpo­wied­niego klu­cza. Mimo że winny był pra­cow­nik zabez­pie­cze­nia tech­nicz­nego, Lutek nie czuł zło­ści… nie znał cze­goś takiego… mar­twił się tylko, żeby jej nie zgu­bić pod­czas jazdy.

Na kola­nach trzy­mał lor­netkę Delta Opti­cal Tita­nium 8x42. Pod­niósł ją do oczu po sygnale od Sary, na osiem sekund przed poja­wie­niem się Krupy w drzwiach klatki scho­do­wej. Zdą­żył doli­czyć do dzie­się­ciu i włą­czył sil­nik, który zasko­czył nie­mal bez­gło­śnie.

00.13.29. Krupa wyszedł z budynku i skrę­cił w lewo. Spoj­rzał w prawo i nie zatrzy­mu­jąc się, ruszył przy­spie­szo­nym kro­kiem.

Na ulicy było pusto. Tylko za drze­wami i sze­ro­kim na trzy­dzie­ści metrów traw­ni­kiem sły­chać było słaby ruch od prze­lo­to­wej Sur­ga­nowa.

Gdy Krupa odda­lił się na bez­pieczną odle­głość, Lutek zaczął deli­kat­nie pusz­czać sprzę­gło i lekko wci­skać gaz, tak by samo­chód nawet nie poczuł, że poru­sza nim sil­nik. Toczył się na wyga­szo­nych świa­tłach, gotowy w każ­dej chwili przy­sta­nąć.

Krupa szedł coraz szyb­ciej, raz po raz się roz­glą­da­jąc. Doszedł do skrzy­żo­wa­nia i bez uza­sad­nie­nia obszedł je dookoła. Lutek zatrzy­mał samo­chód i obser­wo­wał go przez lor­netkę. Po chwili Krupa wró­cił w to samo miej­sce, wyjął tele­fon komór­kowy i pró­bo­wał się z kimś połą­czyć.

Lutek zano­to­wał godzinę: 00.15.30. Krupa stał odwró­cony pół­pro­fi­lem, więc było dobrze widać, że nie roz­ma­wiał przez tele­fon. Wyglą­dało to tak, jakby nie uzy­skał połą­cze­nia. Scho­wał komórkę i zaczął iść w kie­runku volks­wa­gena. Lutek zsu­nął się na fotelu tak nisko, jak tylko mógł, by jed­no­cze­śnie nie stra­cić go z pola widze­nia.

Nagle zoba­czył przed sobą świa­tła samo­chodu. Jedno było słab­sze. Po chwili roz­po­znał jadące powoli żiguli, zwane w Rosji pia­tiorką. Samo­chód co naj­mniej archa­iczny, nawet tutaj, ale wciąż popu­larny.

Krupa naj­wy­raź­niej rów­nież zauwa­żył żiguli i zszedł z chod­nika, minął rząd zapar­ko­wa­nych samo­cho­dów i wyszedł na ulicę. Sta­nął na brzegu jezdni i zaczął dawać znaki. Żiguli z ocią­ga­niem zatrzy­mało się kilka metrów za Krupą. Lutek oce­nił, że kie­rowca ma nie mniej niż trzy pro­mile alko­holu. Wska­zy­wała na to godzina, marka samo­chodu i tech­nika hamo­wa­nia. Krupa pod­szedł do kie­rowcy, który otwo­rzył okno.

00.19.34 – zano­to­wał Lutek. Zapi­sał też numer reje­stra­cyjny. Krupa roz­ma­wiał z kie­rowcą nie­całą minutę, po czym żiguli, z tru­dem syn­chro­ni­zu­jąc sprzę­gło i gaz, po dwóch pró­bach ruszyło do przodu. Samo­chód minął Lutka. Krupa wciąż stał na jezdni i ponow­nie pró­bo­wał zadzwo­nić. Świa­tło pobli­skiej latarni uła­twiało obser­wa­cję.

00.21.10. Roz­ma­wiał przez pięt­na­ście sekund. Scho­wał tele­fon i obró­cił się tyłem do Lutka. Prze­szedł dwa­dzie­ścia metrów do przodu, aż zatrzy­mał się przy swoim samo­cho­dzie. Otwo­rzył go pilo­tem. Wsiadł, wyco­fał i szybko ruszył przed sie­bie. Gdy dojeż­dżał do zakrętu, Lutek włą­czył świa­tła i siłą napędu na cztery koła wystar­to­wał ostro za Krupą.

Nie­wielki ruch w mie­ście o tej porze i sze­ro­kie ulice pozwa­lały na pro­wa­dze­nie obser­wa­cji z bez­piecz­nej odle­gło­ści. Nie zauwa­żył jed­nak, by Krupa w jaki­kol­wiek spo­sób się kon­tro­lo­wał. Jechał zbyt szybko i kodeks dro­gowy nie­wiele go obcho­dził, Lutek jed­nak nie uznał tego za aktyw­ność ope­ra­cyjną.

Po kil­ku­na­stu minu­tach Krupa zatrzy­mał samo­chód koło sta­cji metra. Wysiadł, nie zamy­ka­jąc nawet drzwi, i pod­szedł do kio­sku sto­ją­cego w gru­pie kil­ku­na­stu podob­nych ulicz­nych kon­struk­cji. Lutek nie opusz­czał samo­chodu. Miał dosko­nałe pole obser­wa­cji. Przez lor­netkę zoba­czył, że Krupa kupił butelkę jakie­goś alko­holu, a gdy wra­cał do samo­chodu, ponow­nie zate­le­fo­no­wał. 00.40.11. Wsia­da­jąc, wciąż roz­ma­wiał, więc Lutek nie mógł stwier­dzić, jak długo to trwało.

Krupa ruszył ostro, aż zapisz­czały opony. Znów z fan­ta­zją dży­gita gnał przez mia­sto. Lutek miał teraz mały pro­blem z dotrzy­ma­niem mu towa­rzy­stwa. Na szczę­ście nie trwało to długo. Po kilku minu­tach Krupa zatrzy­mał samo­chód na Żylu­no­wi­cza, przed czte­ro­pię­tro­wym budyn­kiem z lat sześć­dzie­sią­tych, numer 31. Wysiadł i przy­sta­nął na chwilę, wpa­trzony w okna.

Lutek zapar­ko­wał po dru­giej stro­nie ulicy.

00.48.48. W domu wszyst­kie świa­tła były wyga­szone. Dobrze widział przez lor­netkę, tym bar­dziej że ulica miała skromne oświe­tle­nie.

Krupa znik­nął za rogiem budynku. Lutek pod­je­chał bli­żej.

00.51.03. Zapa­liło się świa­tło w oknie na trze­cim pię­trze, dru­gie po pra­wej – zano­to­wał Lutek i spraw­dził.

Żylu­no­wi­cza 31 to nie był adres miesz­ka­nia Krupy, który podał mu wcze­śniej „Tra­vis”.

49

Dyrek­tor gene­ralny Säpo Anders Pauls­son opu­ścił spo­tka­nie znacz­nie wcze­śniej, niż się wszy­scy spo­dzie­wali. Gdy wycho­dził, uczest­nicy narady pod­nie­śli się z sza­cun­kiem, ale mieli poczu­cie, że nie zostali potrak­to­wani przez szefa z nale­żytą uwagą. Uwa­żali, że sprawa Hansa Jor­gen­sena to ładu­nek wybu­chowy o więk­szej sile niż afera Stiga Ber­glinga10 i wszyst­kie inne, z jakimi spo­tkał się po woj­nie szwedzki kontr­wy­wiad.

W grun­cie rze­czy nie prze­jęli się tym spe­cjal­nie, bo byli przy­zwy­cza­jeni do tego, że Pauls­son wolał nie wie­dzieć zbyt dużo o spra­wach, które niosą ze sobą jakieś więk­sze ryzyko. Znany był z tej filo­zo­fii stru­sia, gdy jesz­cze peł­nił funk­cję pro­ku­ra­tora okrę­go­wego w Uppsali. Teo­re­tycz­nie jego awans na szefa Säpo mógłby się wydać nie­zro­zu­miały, gdyby nie pry­watne powią­za­nia z mini­strem spra­wie­dli­wo­ści Berg­ma­nem, który for­mal­nie nad­zo­ruje szwedz­kie cywilne służby spe­cjalne.

Dla zespołu Olafa Svens­sona z sek­cji rosyj­skiej Säpo ważne było, że w pokoju został Kurt Lövenström, pierw­szy zastępca Pauls­sona.

Kurt od lat pozo­sta­wał cie­niem każ­dego dyrek­tora gene­ral­nego. Był zawo­dow­cem i cie­szył się zaufa­niem i sza­cun­kiem pod­wład­nych. Każdy z dotych­cza­so­wych rzą­dów, z lewa czy z prawa, miał wystar­cza­jąco roz­wi­nięty instynkt samo­za­cho­waw­czy, żeby nie maj­stro­wać przy swo­ich służ­bach, i pil­no­wał, by Kurt Lövenström przy­pad­kiem nie pomy­ślał o zmia­nie zaję­cia.

Po każ­dej dużej spra­wie, poczy­na­jąc od Ber­glinga, a koń­cząc na zabój­stwach Olofa Pal­mego i Anny Lindh, dawały się sły­szeć głosy żąda­jące grun­tow­nej rewo­lu­cji w służ­bach, ale na szczę­ście ni­gdy nie zro­biono nic, co by zmniej­szyło ich efek­tyw­ność. Wprost prze­ciw­nie.

Wszy­scy usie­dli i po chwili ciszy głos zabrał Kurt.

– Hm… Tak… Sprawa tego Jor­gen­sena to cie­kawy przy­pa­dek. Nie przy­po­mi­nam sobie cze­goś podob­nego i zga­dzam się z Ola­fem, że to dopiero począ­tek. Mało jesz­cze wiemy. Cie­kawe… co ustalą Polacy – mówił cicho, z opusz­czoną głową.

W spe­cjal­nie zabez­pie­czo­nym przed pod­słu­chem pokoju bez okien, przy Polhems­ga­tan 30 w Sztok­hol­mie, zro­biło się wyjąt­kowo duszno.

– Jakieś pro­blemy z kli­ma­ty­za­cją… – rzu­cił Lövenström i zdjął mary­narkę, demon­stru­jąc archa­iczne szelki, nad­zwy­czaj prak­tyczne przy jego syl­wetce. – Pod­su­mujmy jesz­cze raz, co wiemy o spra­wie, i zasta­nówmy się nad pla­nem dal­szych dzia­łań.

– Z naszego punktu widze­nia – zaczął Olaf Svens­son – rze­czy­wi­stym pro­ble­mem jest Carl Johan Jor­gen­sen, jego syn. Sto­pień: koman­dor. Przy­dział: wywiad woj­skowy. Dla­tego tę sprawę pro­wa­dzimy razem z kole­gami z bez­pie­czeń­stwa wewnętrz­nego KSI11 – dodał i spoj­rzał na Pera Gusta­vs­sona.

Ten, wywo­łany do odpo­wie­dzi, prze­jął pałeczkę.

– Mło­dego Jor­gen­sena mamy pod ści­słą kon­trolą od początku sprawy. Nie jest to łatwe zada­nie. Musie­li­śmy doko­nać wni­kli­wej selek­cji ludzi, któ­rym je powie­rzy­li­śmy. Gdyby przy­jąć zało­że­nie, że Carl pra­cuje dla Rosjan, to bio­rąc pod uwagę jego pozy­cję, sta­no­wi­sko i staż w służ­bie, nale­ża­łoby prze­pro­wa­dzić bar­dzo głę­boką pene­tra­cję. Wtedy mógłby się szybko zorien­to­wać, że jest pod obser­wa­cją. A ponie­waż w dal­szym ciągu poru­szamy się w sfe­rze domy­słów i poszlak, mamy ogra­ni­czone moż­li­wo­ści prawne nie­któ­rych dzia­łań…

– Zdaję sobie z tego sprawę. Ale prawo to prawo. Nawet w tej sytu­acji – prze­rwał mu Kurt. – Roz­ma­wia­łem już z sze­fem na ten temat i obie­cał, że jeśli tylko poja­wią się nowe ele­menty, wystąpi z odpo­wied­nim wnio­skiem do Berg­mana.

– Liczymy na Pola­ków – wtrą­cił Chri­stian Bloom, odpo­wie­dzialny za wywiad w Säpo.

– Minął już tydzień od naszej wizyty w War­sza­wie… Może do nich zadzwo­nić? – wtrą­cił Olaf Svens­son.

– Zacze­kamy jesz­cze. Gdyby coś mieli, to już by dali znać – skwi­to­wał Kurt. Gestem popro­sił Lindę Lund, jedyną kobietę w zespole, by podała mu ter­mos z kawą. – Co dalej?

To pyta­nie skie­ro­wał do Olafa, odpo­wie­dział mu jed­nak Per Gusta­vs­son.

– Obec­nie zespół jest nie­wielki. Pra­cu­jemy nad mapą kon­tak­tów Carla Jor­gen­sena, zarówno w obrę­bie służby, jak i na zewnątrz. Jest jesz­cze zbyt wcze­śnie, byśmy mogli stwier­dzić, czy miał dostęp do spraw, które były poza jego przy­dzie­lo­nymi kom­pe­ten­cjami, bądź też sta­rał się go uzy­skać… Tak czy ina­czej zakres wie­dzy, jaką dys­po­nuje, jest ogromny i gdyby wyko­rzy­stali go Rosja­nie, byli­by­śmy zdru­zgo­tani.

– Na to wygląda. – Lövenström poki­wał wymow­nie głową. – Roz­ma­wia­łem o tej spra­wie wczo­raj z waszym sze­fem, gene­ra­łem Oscars­so­nem. Carl Jor­gen­sen pro­wa­dzi agen­turę w obwo­dzie kali­nin­gradz­kim…

– Ow­szem, w Bał­tij­sku, Kali­nin­gra­dzie i… wyle­ciało mi teraz z głowy. Naj­waż­niej­sze, że to wła­śnie on doko­nał więk­szo­ści wer­bun­ków – kon­ty­nu­ował Gusta­vs­son.

– Czyli jeżeli Carl pra­cuje dla Rosjan, to jego wer­bunki mogły być pod­sta­wione, żeby nas dez­in­for­mo­wać… – roz­wa­żał dalej Kurt.

– Rze­czy­wi­ście Jor­gen­sen należy do naj­lep­szych ofi­ce­rów w naszym HUMINT i jego szybki awans był efek­tem bar­dzo dobrych wyni­ków. Tak przy­naj­mniej wynika z jego teczki per­so­nal­nej. Zbyt wcze­śnie, by wycią­gać wnio­ski. Prawdę mówiąc, nie mie­li­śmy jesz­cze czasu…

– Panie Gusta­vs­son, pan jest ofi­ce­rem? – zapy­tał znie­nacka Lövenström.

– Nie… jestem cywi­lem. Pra­cuję w KSI od dzie­się­ciu lat.

– Cały czas w wewnętrz­nym kontr­wy­wia­dzie?

– Nie… przez pierw­sze dwa lata zaj­mo­wa­łem się obwo­dem lenin­gradz­kim…

– Czy przez te lata zła­pał pan jakie­goś rosyj­skiego szpiega w waszych sze­re­gach? Założę się, że nie! – Kurt mówił bar­dzo spo­koj­nie, bez cie­nia iro­nii czy dwu­znacz­no­ści. – Powiem wię­cej: wiem, że nie! O czym to może świad­czyć? Ano o tym, że Carl Jor­gen­sen czy inny szpieg pra­cuje tak dobrze, iż na czas potrafi uprze­dzić Moskwę o swoim zagro­że­niu, albo że… – zawie­sił głos i popa­trzył po zebra­nych, a pocią­gnąw­szy łyk kawy, dokoń­czył: – albo że nie ma żad­nego agenta i młody Jor­gen­sen jest czy­sty. Säpo dobrze pra­cuje i przez trzy­dzie­ści lat, jak się­gam pamię­cią, namie­rzy­li­śmy wielu szpie­gów. Ponie­śli­śmy też porażki, tak to już bywa… Coś mi jed­nak mówi, że Carl jest w porządku. Ina­czej byłby agen­tem ide­al­nym, a takich nie ma. Nie zro­zum­cie mnie źle. To nie jest żadna wska­zówka co do kie­runku, w jakim ma iść roz­pra­co­wa­nie… trzeba spraw­dzić abso­lut­nie wszystko. Ale trzeba też prze­strze­gać prawa, w tym jest nasza siła.

– W rze­czy samej! – przy­znał Chri­stian Bloom. – Carl Jor­gen­sen jest synem Hansa, a to on jest głów­nym podej­rza­nym. Musie­li­by­śmy uznać, że pra­cują razem dla Rosjan. Wyglą­da­łoby to tro­chę baśniowo.

– Pamię­tam, że w USA był taki przy­pa­dek – zare­ago­wała Linda Lund, dopiero od czte­rech lat w służ­bie. – Rosja­nie mieli agen­tów, ojca i syna, na jakimś lot­ni­skowcu, w każ­dym razie na pewno w mary­narce wojen­nej. Uzy­ski­wali dzięki nim kody czy coś w tym rodzaju.

– To było przed­się­bior­stwo szpie­gow­skie Wal­ke­rów. Ojciec, jego syn, jego brat, żona, córka, kolega i ktoś tam jesz­cze… – wtrą­cił Gusta­vs­son.

– Skupmy się teraz na Han­sie. Carla zostawmy na razie w cie­niu. Jeżeli znaj­dziemy coś na ojca, wów­czas zwięk­szymy siły i zaj­miemy się też synem. Musi być jakaś logika w naszym dzia­ła­niu, bo ina­czej roz­mie­nimy się na drobne, a czas ucieka. Pod­su­mujmy, co mamy na Hansa. – Kurt Lövenström zakoń­czył ogólne roz­wa­ża­nia i prze­szedł do sedna sprawy.

– To może ja… – zaczęła na pozór nie­śmiało Linda.

– To wła­śnie Linda, można powie­dzieć, jest autorką tej sprawy. – Olaf chciał koniecz­nie zare­ko­men­do­wać kom­pe­ten­cje Lindy Lund, ale wszy­scy widzieli, że darzy ją sym­pa­tią, którą nie­zgrab­nie stara się ukryć. Zresztą nie był pod tym wzglę­dem odosob­niony.

Linda po przyj­ściu do Säpo szybko dała się poznać jako zdolny i pełen deter­mi­na­cji ofi­cer ope­ra­cyjny. Znała cztery języki, wyróż­niała się nie­zwy­kłą umie­jęt­no­ścią ana­lizy kon­se­kwen­cji, a na dokładkę była ude­rza­jąco podobna do pio­sen­karki Sis­sel Kyrkjebø, choć więk­szość uwa­żała, że jest od niej znacz­nie ład­niej­sza.

– To wiemy. Pro­szę, Lindo, niech pani mówi. – Kurt rzu­cił to tak lekko, że Olaf poczuł, jak zalewa go cie­pła fala wstydu.

– Dzię­kuję, Ola­fie, ale… chyba nie jestem autorką tej sprawy. Doko­na­łam jedy­nie ana­lizy fak­tów i nie mogę jesz­cze stwier­dzić, że mamy do czy­nie­nia ze sprawą w sen­sie praw­nym. – Linda ukoń­czyła prawo na Uni­wer­sy­te­cie w Uppsali, więc sen­ty­men­talny lob­bing Olafa, choć pod­jęty w dobrej inten­cji, nieco ją dener­wo­wał. – To jest sprawa w sen­sie ope­ra­cyj­nym, więc nie możemy jesz­cze prze­ko­nać sędziego, by zezwo­lił nam na głęb­szą inwi­gi­la­cję Hansa Jor­gen­sena. Wydaje mi się jed­nak, że jeste­śmy bli­sko. Co prawda nie sądzę, że zdo­bę­dziemy dowód bez­po­średni…

– Lindo, może przed­sta­wisz kon­cep­cje, które dotąd wypra­co­wa­li­śmy… – wtrą­cił Olaf, znów powo­do­wany jak naj­lep­szą inten­cją, myśląc, że Linda pogu­biła się z tremy.

– Nie! Abso­lut­nie nie! To ważne, co pani mówi. Naj­pierw fakty i ich ocena, potem nasza fan­ta­zja ope­ra­cyjna. Nie na odwrót! – Kurt był wyraź­nie uszczy­pliwy. – Pro­szę, Lindo!

– Wszystko, co wiemy o Han­sie, to poszlaki, jeżeli posłu­żyć się języ­kiem praw­ni­czym. Lecz w sen­sie litery prawa poszcze­gólne zebrane fakty poszla­kami nie są. Powie­dzia­ła­bym nawet, że dopiero nasz zbiór fak­tów sta­nowi poszlakę. Jedną poszlakę! Że Hans Jor­gen­sen może pra­co­wać dla obcego wywiadu… dla Rosjan. Nie że pra­cuje! Na to musie­li­by­śmy mieć dowód bez­po­średni. W prak­tyce to ozna­cza, że albo byśmy go zła­pali na gorą­cym uczynku, albo on sam przy­znałby się do winy. Co w chwili obec­nej jest mało praw­do­po­dobne. Zatem na dzi­siaj mamy tylko… poszlaki. Jeżeli zbie­rzemy ich tak dużo, że suma stwo­rzy łań­cuch zamknięty, będziemy mogli prze­ko­nać sąd co do faktu głów­nego: że Hans Jor­gen­sen jest zdrajcą ojczy­zny i prze­stępcą.

Kurt noto­wał coś na kartce i z apro­batą kiwał głową. Pozo­stali obma­cy­wali wzro­kiem wszystko, co było na stole. Jedy­nie Olaf czę­ściej niż inni słał spoj­rze­nia w kie­runku Lindy.

– Każdy fakt z osobna – wyja­śniała – nie jest niczym spe­cjal­nie dziw­nym ani tym bar­dziej podej­rza­nym.

Lövenström prze­stał pisać i patrzył na nią z sym­pa­tią.

– Na początku Jor­gen­sen został zare­je­stro­wany przez naszą kamerę jako jedna z osób poja­wia­ją­cych się w alta­nie ogrodu bota­nicz­nego na Gotlan­dii. – Linda mówiła swo­bod­nie, lekko i logicz­nie. – Wiemy, że altaną inte­re­so­wali się rezy­dent i Pie­tusz­kin oraz że praw­do­po­dob­nie coś w niej lub koło niej było. Czyli, prak­tycz­nie rzecz ujmu­jąc, począ­tek naszego zain­te­re­so­wa­nia Han­sem Jor­gen­senem jest co naj­mniej mało kon­kretny. Rezy­dent i Pie­tusz­kin byli w tym samym miej­scu, to jest w alta­nie, kilka razy w ciągu pię­ciu dni, podob­nie jak póź­niej pięć­dzie­siąt sie­dem innych osób. – Linda prze­rwała na moment i po chwili zapy­tała: – A może trzeba było obser­wo­wać to miej­sce znacz­nie dłu­żej? Ilu cie­ka­wych ludzi byśmy wyty­po­wali? Może cie­kaw­szych niż Jor­gen­sen! On prze­cież ma osiem­dzie­siąt lat! Osta­tecz­nie po spraw­dze­niu zostało nam tych osób kil­ka­na­ście…

Znów prze­rwała i zaczęła prze­glą­dać swoje notatki. Nie miało to jed­nak nic wspól­nego z tremą, o którą podej­rze­wał ją Olaf. Był to po pro­stu ele­ment jej reto­ryki.

– W miarę jak spły­wały infor­ma­cje o tych wyty­po­wa­nych oso­bach, Jor­gen­sen prze­su­wał się w moim ran­kingu to wyżej, to niżej, lecz zawsze znaj­do­wał raczej na jed­nej z ostat­nich pozy­cji. Jego wiek nie paso­wał mi do obrazu szpiega! Tkwiło to tak sil­nie w mojej świa­do­mo­ści, że nie mogłam go zakwa­li­fi­ko­wać do pierw­szej trójki. Ale z dru­giej strony coś mi mówiło, że prze­ciw­ni­kowi wła­śnie o to cho­dzi. Przy­znam szcze­rze, że z początku Jor­gen­sen pozo­sta­wał w gru­pie podej­rza­nych tylko dla­tego, że pewne infor­ma­cje jed­no­znacz­nie zdys­kwa­li­fi­ko­wały inne osoby. Wię­cej, nawet kiedy Olaf poin­for­mo­wał mnie, kim jest syn Hansa, jego pozy­cja w ran­kingu w zasa­dzie się nie zmie­niła. W przy­padku osiem­dzie­się­cio­latka trudno było mówić nawet o poszlace.

– Jak to moż­liwe, że nie zauwa­ży­łaś wów­czas zbież­no­ści tych fak­tów? – prze­rwał jej łagod­nie Per Gusta­vs­son.

– A jest taka zbież­ność?

– Moim zda­niem jest!

– Jaka?

– Carl, jego syn, jest ofi­ce­rem wywiadu! Czy to nie wystar­cza­jąca zbież­ność?

– Dla mnie nie! W gru­pie dzie­się­ciu podej­rza­nych, która została mi w tym cza­sie, mia­łam szefa ośrodka badaw­czego SAAB Tech­no­lo­gies, brata dyrek­tora depar­ta­mentu MSZ, dowódcę jed­nostki ze Strängnäs i kilku innych, nie mniej cie­ka­wych. Prze­cież o tym wiesz!

– Nasze siły i środki są ogra­ni­czone – ode­zwał się mil­czący do tej pory Rolf Blom­kvist, naczel­nik Wydziału Obser­wa­cji, ofi­cer o naj­dłuż­szym stażu w Säpo. – W tym cza­sie nie mogli­śmy objąć sku­teczną obser­wa­cją i roz­pra­co­wa­niem wię­cej niż trzech figu­ran­tów. Mamy dużo roboty dla Wydziału Anty­ter­ro­ry­stycz­nego.

– Nasza praca to nie zagadki CSI czy przy­gody Sher­locka Hol­mesa… – wrzu­cił swój głos Olaf.

– …ani Hamil­tona czy Jamesa Bonda – dodał z uśmie­chem Rolf.

– Daj­cie spo­kój – prze­rwał im Kurt. – Co dalej, Lindo?

– Myślę jed­nak, że CSI, Hol­mes, Bond, Poirot i Wal­lan­der wno­szą coś do naszej pracy – zaczęła.

– Co? – zapy­tał Per.

– Wyobraź­nię, logikę…

– …i deter­mi­na­cję – dodał Olaf.

Wszy­scy popa­trzyli na niego zdzi­wieni, jak szybko dosto­so­wuje się do wypo­wie­dzi Lindy, cho­ciaż znany był z umie­jęt­no­ści samo­dziel­nego myśle­nia. Ale Olaf tego nie zauwa­żył.

– Hans zna­lazł się w pierw­szej piątce, gdy zapo­zna­łam się z jego życio­ry­sem i przej­rza­łam jego akta. Przez pra­wie całe swoje życie zawo­dowe, gdy pia­sto­wał sta­no­wi­sko w Urzę­dzie Imi­gra­cyj­nym, był naszym współ­pra­cow­ni­kiem. To jakby oczy­wi­ste i nic z tego nie wynika. Jego ofi­ce­ro­wie pro­wa­dzący z tam­tych cza­sów już nie żyją, a wywiadu śro­do­wi­sko­wego nie chcia­łam jesz­cze robić, żeby go nie wystra­szyć. Z jego życio­rysu wyno­to­wa­łam ele­menty, które po pod­su­mo­wa­niu awan­so­wały go do pierw­szej trójki. Hans Jor­gen­sen uro­dził się we Flens­burgu w Szle­zwiku jako syn Poula Jor­gen­sena, który zgi­nął na fron­cie wschod­nim. Wycho­wy­wał się we Flens­burgu z matką, Gerdą z domu Schmidt, potem prze­niósł się do Danii i z Danii do Szwe­cji. Droga odbie­ga­jąca nieco od stan­dardu…

– Może paso­wać do nie­le­gała, cho­ciaż… – rzu­cił Kurt nie­pew­nie.

– Cho­ciaż to jesz­cze mało – bez skrę­po­wa­nia dodała Linda. – W Ska­nii podob­nych przy­pad­ków jest wię­cej. Duń­czycy ze Szle­zwiku chęt­nie prze­no­sili się wów­czas do Danii, gdyż sytu­acja w Niem­czech była trudna. Cie­kawe są nato­miast notatki funk­cjo­na­riu­szy, z któ­rymi Hans miał kon­takt, opi­su­jące go jako odda­nego, solid­nego urzęd­nika i współ­pra­cow­nika, a jed­no­cze­śnie odludka bez przy­ja­ciół. Nie byli­śmy w sta­nie usta­lić żad­nych jego kon­taktów z Duń­czy­kami z Malmö, Kopen­hagi czy Flens­burga. Nic! O życiu Jor­gen­sena w Danii nic nie wiemy. Więk­szość jego kon­taktów z tam­tych lat już pew­nie od dawna nie żyje. Duń­scy kole­dzy też nie­wiele mogli dodać. W tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym siód­mym roku oże­nił się ze Szwedką, Ingrid Knuts­son, a dwa lata póź­niej otrzy­mał oby­wa­tel­stwo szwedz­kie. Bar­dzo cho­ro­wity. Czę­sto brał zwol­nie­nia z pracy. W nie­któ­rych okre­sach nawet zbyt czę­sto. Spraw­dzi­łam jego kartę zdro­wia, odkąd prze­szedł na eme­ry­turę. I co? Okaz zdro­wia! Kole­dzy w Malmö pró­bują zwe­ry­fi­ko­wać jego zwol­nie­nia lekar­skie z doku­men­ta­cją z tam­tych lat… ale to potrwa! Wtedy Hans wszedł już do pierw­szej trójki! Ale zaraz objął pro­wa­dze­nie, choć jesz­cze nie­zbyt pewne.

Kurt uśmiech­nął się. Podo­bał mu się styl nar­ra­cji Lindy.

– W sie­dem­dzie­sią­tym pią­tym roku prze­niósł się do Sztok­holmu. Moty­wo­wał to tym, że jego żona dostała tu pracę. Nie było wtedy, tak jak teraz, cen­tral­nej ewi­den­cji. Usta­li­łam jed­nak, że Ingrid w tym cza­sie nie pra­co­wała. Co wię­cej, Säpo pro­wa­dziło wła­śnie inten­sywne roz­pra­co­wa­nie ni­gdy nie­usta­lo­nego sowiec­kiego agenta w rejo­nie Malmö. Wpraw­dzie według FRA agent pra­co­wał jesz­cze przez rok od wyjazdu Jor­gen­sena, ale to mogła być tylko zasłona. Bo jeżeli w try­bie pil­nym wyco­fali go do Sztok­holmu, to musieli wie­dzieć, że go szu­kamy. W ten spo­sób być może chcieli odcią­gnąć od niego naszą uwagę…

– Zbyt ryzy­kowna hipo­teza, żeby coś na tym budo­wać – wtrą­cił Rolf Blom­kvist.

– Nie­mniej tak się robi… jest taka prak­tyka – ode­zwał się Per Gusta­vs­son tro­chę z obo­wiązku, jako że był w tym gro­nie jedy­nym ofi­ce­rem wywiadu. – Połowa lat sie­dem­dzie­sią­tych to szcze­gólny okres w histo­rii KGB. Byli wtedy naprawdę dobrzy! I są!

– Oczy­wi­ście nikt tego wów­czas nie sko­ja­rzył. Nie było ku temu powodu – kon­ty­nu­owała Linda. – Ale zupeł­nie ina­czej zaczę­łam patrzeć na wszyst­kie inne dowody pośred­nie, które zebra­li­śmy w spra­wie, a szcze­gól­nie na motyw jego wizyty w Visby, na to, co zoba­czy­li­śmy na zdję­ciach z altany, i tak dalej. W efek­cie Hans Jor­gen­sen został bez­a­pe­la­cyj­nie nume­rem jeden na mojej liście.

– Pod­ję­li­śmy wtedy decy­zję, że skon­cen­tru­jemy nasze dzia­ła­nia na Jor­gen­se­nie – prze­jął ini­cja­tywę Olaf. – Linda w krót­kim cza­sie wyko­nała wspa­niałą robotę. Sędzia wydał dwu­ty­go­dniową zgodę na wyko­rzy­sta­nie w tej spra­wie tech­niki ope­ra­cyj­nej. Powiedz Lindo, co było dalej.

– Wiem, co było dalej – wtrą­cił Kurt – ale chęt­nie odświeżę pamięć.

– Jor­gen­sen nie ma kom­pu­tera, tele­fonu komór­ko­wego, karty kre­dy­to­wej. To było dla nas dziwne. Cho­ciaż jeśli wziąć pod uwagę jego wiek… – zawie­siła na chwilę głos – nie musiało to być podyk­to­wane ostroż­no­ścią czy wyra­cho­wa­niem ope­ra­cyj­nym.

– Dzi­siaj czło­wiek bez tych codzien­nych atry­bu­tów pra­wie nie ist­nieje. Jest prze­zro­czy­sty. Jakby nie miał adresu ani nazwi­ska, ani numeru iden­ty­fi­ka­cyj­nego – wtrą­cił Per.

– To abso­lutna prawda – dodał Kurt. – Dobra orga­ni­za­cja wie, jak nie­bez­pieczne jest posłu­gi­wa­nie się tymi narzę­dziami. Wie to rosyj­ski wywiad, wiemy my, wie Al-Kaida.

– Dla­tego uzna­łam ten fakt za kolejną poszlakę w moim łań­cu­chu. Jor­gen­sen miał za to tele­fon domowy, na który zało­ży­li­śmy pod­słuch. Przez dwa tygo­dnie prze­pro­wa­dził tylko jedną roz­mowę, w któ­rej naj­wy­raź­niej poróż­nił się z synem. Przy­pa­dała wła­śnie rocz­nica śmierci jego żony, ale oznaj­mił Car­lowi, że nie może razem z nim odwie­dzić jej grobu, bo musi się spo­tkać ze zna­jo­mym w Umeå. Spraw­dzi­li­śmy: Jor­gen­sen nie ma żad­nych przy­ja­ciół, dla któ­rych zre­zy­gno­wałby z tak waż­nego zwy­czaju…

Otwo­rzyły się drzwi i do pokoju ciszy wszedł Staf­fan, nowy asy­stent Olafa.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale uwa­żam, że powi­nie­neś to jak naj­szyb­ciej zoba­czyć – zwró­cił się do Olafa. – Przy­szła odpo­wiedź z