Luis Suárez Pistolet

Luis Suárez Pistolet

Autorzy: Luca Caioli

Wydawnictwo: Amber

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 288

Cena książki papierowej: 37.80 zł

cena od: 22.26 zł

Pierwsza biografia najbardziej kontrowersyjnego piłkarza. Piłkarz, który na boisku potrafi zachowywać się jak szaleniec, który pozdrawiał kibiców obscenicznymi gestami, który za pierwsze ugryzienie przeciwnika zyskał przydomek „Kanibala”, który obraził czarnoskórego Patrice’a Evrę, jest dziś idolem swojej drużyny. Teraz z wyczekiwanym od 25 lat pucharem Premier League cały Liverpool szaleje za 27-letnim Urugwajczykiem, piłkarskim wulkanem, który wywrócił do góry nogami najstarszą ligę świata.Najlepszy piłkarz Urugwaju, najlepszy piłkarz turnieju Copa America, jedyny zagraniczny gracz, który zdobył ponad 100 bramek dla Ajaxu Amsterdam, Piłkarz Roku w Anglii w sezonie 2013/2014, zdobywca największej liczby bramek dla Liverpoolu w jednym sezonie… zawieszony na Mistrzostwach Świata 2014 za ugryzienie włoskiego zawodnika. Luca Caioli odwiedził Salto, rodzinne miasto Suáreza, Montevideo, gdzie Luis zaczynał grać w piłkę, Amsterdam i Liverpool. Dotarł do nieznanych faktów, rozmawiał z przyjaciółmi piłkarskiego geniusza, z piłkarzami i trenerami, którzy udzielili mu wywiadów na wyłączność. Ze swadą, która uczyniła jego poprzednie książki światowymi bestsellerami, zbudował gol po golu kompletną biografi ę kontrowersyjnego piłkarza, który wzbudza emocje na boisku i poza nim.

Redakcja stylistyczna

Joanna Złotnicka

Korekta

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© Richard Heathcote/Staff/Getty Images

Tytuł oryginału

Luis Suárez

Copyright © Luca Caioli, 2014

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2014 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5296-4

Warszawa 2014. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

juras@evbox.pl

Książkę tę dedykuję:

Elvirze, Magdalenie, Valentinie, Violecie,

Eduardo, Olmo, Tullio i Aldzie.

Początek przyjaźni (sobota, wpół do ósmej rano)

Roberto Mallón stoi za barem, krząta się przy ekspresie do kawy. Nikt go nie musi o nic prosić. Zna swoją klientelę. Błyskawicznie ustawia białą filiżaneczkę na czerwonym talerzyku i napełnia szklankę wodą.

W barze Arocena w dzielnicy Carrasco o tej porze jest bardzo mało ludzi. Tylko dwóch chłopaków, którzy wyglądają na takich, co to ostatnią noc spędzili na balandze. Jeden zamawia chivito, specjalność firmy: to kanapka napchana wieloma warstwami wędlin, jajek, sałaty… Drugi woli gigantyczną milaneze – panierowany sznycel wielkości placu apelowego i, obowiązkowo, coca-colę. Dobry sposób na strawienie wczorajszej solidnej porcji alkoholu!

Trochę bardziej w głębi trzej miejscowi, najwyraźniej stali goście, siedzą przy porannej kawie, zagłębieni – z wręcz religijną czcią – w lekturze pierwszej strony hiszpańskiego dziennika „El Pais”.

Wszyscy mieszkańcy Montevideo znają ten bar położony w sercu jednej z najelegantszych dzielnic miasta. To ostatnia przystań, ostatnie schronienie, kiedy inne bary już dawno pospuszczają żaluzje. Arocena jest otwarty zawsze – i w niedzielę, i na Wielkanoc, i w Boże Narodzenie... ba, nawet w Nowy Rok! – w dodatku przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. I to bynajmniej nie żaden z nowoczesnych wymysłów, o nie! Tutaj tak było zawsze. Można powiedzieć, że Arocena to koło ratunkowe dla samotnych serc. Do tego stopnia, że kiedyś ktoś nadał mu przydomek „baru zbawiciela”.

Atmosfera, jaka w nim panuje, jest typowa dla lokali na prowincji: wokół jest mnóstwo tu zieleni, skwerów, wszędzie wznoszą się niskie domy, które w początkach XX wieku były letnimi rezydencjami naprawdę zamożnych ludzi, a dzisiaj są zamieszkane przez cały rok.

Jednak do baru Arocena ani luksus, ani nowoczesność nie mają dostępu. Tutaj wciąż króluje gust z minionej epoki: nikt nie zadziera nosa i obsługuje się uprzejmie każdego klienta, bez względu na status społeczny i majątkowy. A goście są bardzo różni. Bywają tu pijacy i malarze, piłkarze, rugbiści i gracze w jednorękiego bandytę, wracający z pobliskiego kasyna; zaglądają tu zziębnięci taksówkarze, wpadają robotnicy na szybkie śniadanie tuż przed pójściem do pracy, studenci – zazwyczaj bez grosza przy duszy, kibice klubu Nacional i konkurencyjnego Peñarol, ludzie z Carrasco, tacy, co to uważają się za „lepszych”, wreszcie staruszkowie z chudziutkimi portfelami...

Za ladą na półkach stoją rzędy zakurzonych butelek i szeregi kartonów papierosów. Lodówki przypominają te z lat pięćdziesiątych. Ale główną ozdobą lokalu są dziesiątki chorągiewek rozmaitych urugwajskich klubów piłkarskich, zawieszonych w równiutkim rządku nad kontuarem.

Na ścianach, wyraźnie zdradzających ślady upływu czasu, nie brak obrazków, starych fotografii oraz reklam whisky i różnych gatunków piwa. Wisi też – oprawiony w ramki i za szkłem – artykuł wycięty z dziennika „El Observador” pod tytułem Historia pewnego imigranta. Opisuje życie Roberto Mallóna.

Mallón urodził się w 1936 roku (tuż po wybuchu wojny domowej w Hiszpanii) w galicyjskiej miejscowości Agualada, prowincjonalnej mieścinie odległej o dwanaście kilometrów od Carballo, a o trzydzieści od La Coruña. W Hiszpanii głód był wtedy zjawiskiem powszechnym.

Osiemnastoletni Roberto wraz z bratem trafiają do seminarium duchownego. To sposób na wyrwanie się z biedy. Chłopak bardzo lubi czytać i właśnie dzięki książkom i gazetom odkrywa, że w Ameryce Południowej życie jest lepsze niż w Hiszpanii. Wydaje mu się, że tam, po drugiej stronie Atlantyku, wszyscy bez trudu mogą znaleźć pracę. Zrzuca więc sutannę i wsiada na statek, który w dzień Bożego Narodzenia 1955 roku cumuje w porcie Montevideo w Urugwaju.

Pomywacz, kucharz, barman, piekarz... pan Mallón robił właściwie wszystko, pracował wszędzie, na całym wybrzeżu, aż po Punta del Este. Nauczył się robić pizzę, piec chleb, przygotowywać sznycle i marynaty. Później, w roku 1974, wspólnie z Alfredo, też pochodzącym z Galicji, za pieniądze zaoszczędzone przez tych dwadzieścia lat kupują bar Arocena, który od tej chwili nigdy nie bywa zamknięty.

Lekturę biografii właściciela przerywa nam ryk telewizora umieszczonego tuż pod sufitem. Prezenter wiadomości sportowych mówi, że Urugwajczycy coraz bardziej się interesują wynikami meczów angielskiego Liverpoolu. Czy wygrali, czy zremisowali, czy Luis Suárez strzelił gola, czy pobił rekord Premier League, czy pokona Portugalczyka Cristiano Ronaldo i Hiszpana brazylijskiego pochodzenia Diego Costę i przywiezie do kraju Złoty But, nagrodę dla najlepszego gracza?

Według słów prezentera, numer 7 całkowicie zmienił miejscowe zwyczaje i zasady i teraz w Montevideo jest mnóstwo kibiców liverpoolskich Redsów. Oglądamy fragmenty ostatniego meczu z Norwich City i słuchamy komentarza... Zainteresowani klienci podnoszą głowy.

Pan Roberto Mallón, którego minione lata nauczyły ignorować wyzwiska w rodzaju „tępy Galicjanin” czy „nadęty Galicjanin” i duszą, i sercem kibicować urugwajskiemu klubowi Nacional, podchodzi do jednego ze stolików.

Ten łysy mężczyzna w ciemnym fartuchu i o zmęczonych oczach napełnia wodą kolejną szklankę i z wyraźnym galicyjskim akcentem, którego nie stracił przez lata spędzone w Montevideo, mówi:

– Lucho jest nadzwyczajny! Strzelił najwięcej goli, kiedy grał w Holandii, tak samo teraz, w Anglii. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać! Żeby zrobić coś takiego, trzeba być naprawdę kimś! A on jest jedyny. Dla mnie jest najlepszy na świecie, razem z Messim i Ronaldo. Popatrzcie tylko! – wskazuje na telewizor. – Faulują go na wszystkich boiskach, na których gra, nieważne, w koszulce Liverpoolu czy Celeste, a on – jakby nic się nie stało! Idzie za każdą piłką. Od razu widać, że wychowany przez Nacional!

– Tak – zgadza się Eduardo, jeden ze stałych gości – ale tym, kim jest teraz, stał się dopiero w Europie; tutaj nie był aż taki dobry. Kto ma wątpliwości, niech sobie przypomni, jak w Gran Parque Central, Wielkim Parku Centralnym nazywali go „drewnianą nogą”.

Kolega Eduardo, wsparty łokciami o gazetę, dorzuca swoje:

– Tak czy siak, ja tam go lubię. Suárez to prawdziwy czołg, a raczej traktor. Zaorać jakieś ściernisko czy zachwaszczone pole to dla niego betka! Da sobie radę ze wszystkim. Nic mu się nie oprze. Nic go nie zatrzyma.

Dyskusja się rozkręca i wygląda na to, że prędko się nie skończy. Do baru wchodzi dostawca napojów, który przywiózł mnóstwo kartonów coca-coli i fanty. Zostawia drzwi otwarte i zabiera się do wyładowywania ciężarówki, a słowa wyfruwają z baru z wiatrem wiejącym nad aleją Alfredo Aroceny. Aleją, która przecina dzielnicę Carrasco, by następnie przejść w bulwar Rambla República de México, gdzie stoi hotel Casino Carrasco – barokowy pałacyk nad wodami Rio de la Plata.

Hotel, otwarty w 1921 roku, ze swoimi salami balowymi, salonami gry, krytymi tarasami, ogromną restauracją, stiukami i kolorowymi witrażowymi szybami, był do połowy XX wieku tętniącym życiem centrum kulturalnym Montevideo. Mieszkały tu wszystkie znakomitości przyjeżdżające do Urugwaju z Europy, wśród nich Federico García Lorca, który odwiedził Montevideo w styczniu 1934 roku i właśnie tutaj napisał część Yermy, sztuki, która wraz z Domem Bernardy Alba i Krwawymi godami tworzy jego słynną trylogię teatralną.

Na wiele lat Casino Carrasco popadł w zapomnienie, lecz w roku 2013 wrócił do życia, a dziś gości kolejną gwiazdę. Apartament królewski hotelu zajmuje ni mniej, ni więcej, tylko Paul McCartney!

Gwiazdor wypoczywa przed koncertem, który ma dać wieczorem na Stadionie Stulecia. Wiadomość o występie słynnego eks-Beatlesa bez przerwy podają radio i telewizja. Orlando Petinatti w swoim programie radiowym Złe Myśli rzuca w eter:

– Kiedyś grywałem z Paulem w piłkę nożną; przychodził do mnie do domu napić się mate i zjeść kawałek pieczeni; lubiliśmy się bardzo z Johnem... grałem i z nim, i z Paulem... – zawiesza głos i czeka na reakcję słuchaczy.

Hotel Casino Carrasco jest obstawiony barierkami ze wszystkich stron. Wszędzie pełno policji, przed wejściem stoją limuzyny z ciemnymi szybami, gotowe w każdej chwili odjechać pełnym gazem, ochroniarze z mikrofalówkami i setki, setki fanów. Między nimi dama w zaawansowanym wieku z olbrzymim bukietem, która pragnie osobiście wręczyć kwiaty swojemu ulubieńcowi... jakaś dziewczynka trzymająca tablicę z niezdarnie wypisanym Paul, sign me, please... grupa nastolatków z Paragwaju w czarnych koszulkach, na których białe litery tworzą wspólnie napis Paul New (tytuł ostatniej płyty McCartneya). Wszyscy mają nadzieję zobaczyć swojego idola, poprosić go o autograf i wręcz marzą, żeby zamienić z nim kilka słów.

Niestety, rozczarują się. Zobaczą sir Paula tylko w przelocie, jak wychyla się na moment z okna czarnej limuzyny, pozdrawia ich skinieniem ręki i odjeżdża.

Osobą, która będzie mogła porozmawiać z McCartneyem tuż przed jego drugim koncertem w stolicy, jest Luis Suárez.

Cztery minuty pytań i odpowiedzi z jednej i drugiej strony Atlantyku, pokazane na kanale angielskiego artysty.

Ponieważ syn numeru 7 Redsów urodził się w Liverpoolu, a córka tam się uczy, Luis chce wiedzieć, gdzie są najciekawsze miejsca związane z kulturą. Pyta też Paula o dobre szkoły, ten zaś wybiera swoją dawną szkołę dla chłopców LIPA, w której poznał George’a Harrisona, a która teraz jest znana jako Institute for Performing Arts (Instytut Sztuki Dramatycznej).

Rozmawiają o ostatnim koncercie muzyka w Urugwaju, który zgromadził aż pięćdziesiąt tysięcy widzów, i o piosenkach Beatlesów, które po wielu latach nadal się wszystkim podobają i łączą ludzi na całym świecie. Rozmawiają również o piłce nożnej, o zbliżającym się Mundialu i o poprzednich, a także o legendarnej reprezentacji Urugwaju, która pokonała Brazylię podczas mistrzostw świata w 1950 roku, i to na słynnej Maracanie.

Paul zapewnia, że właśnie Suárez jest jego ulubionym piłkarzem, na co Luis obiecuje, że w takim razie jemu zadedykuje gola – w razie gdyby Anglia została wyeliminowana; namawia również eksBeatlesa, aby kibicował reprezentacji urugwajskiej.

– Nie sądzę, żeby tak się to potoczyło – odpowiada McCartney – ale możesz mi zadedykować tego gola.

Rozmowa dobiega końca. Żegnając się, Suárez mówi:

– Dziękuję, Paul! Mam nadzieję, że ci się spodoba mój kraj i jego mieszkańcy. Są wspaniali!

– Było mi bardzo miło, Luis – zapewnia muzyk i z loży stadionu Centenario intonuje: – Liverpool, Liverpool, Everton...

W ten sposób przypomina, że zawsze był kibicem klubu Everton.

Tak czy owak przyjaźń Liverpoolu z Montevideo jest już faktem.

You know we love you (Wiesz, że cię kochamy)

Każde miasto ma własny pomysł na to, jak się pokazać od możliwie najlepszej strony. Co zrobić, żeby każdy turysta zrozumiał, do jak wspaniałego miejsca przyjechał! Przede wszystkim trzeba przypomnieć ciekawe wydarzenia i postacie związane z miastem. Liverpool robi to już w momencie, kiedy się tam ląduje. Wystarczy nazwa lotniska, noszącego imię Johna Lennona.

Przy wyjściu z terminalu w drodze do miasta można podziwiać autoportret muzyka – kilka pociągnięć ołówkiem ukazujących długie włosy, wydatny nos i charakterystyczne okrągłe druciane okulary – a naprzeciwko postoju taksówek zobaczyć „Yellow Submarine”, wykonany w bardzo dużej skali model słynnej żółtej łodzi podwodnej znanej z filmu z 1968 roku.

Kiedy Adi ląduje na lotnisku imienia Johna Lennona, jest zimno i wietrznie. Kłębiaste chmury płyną po niebie, raz oświetlone słońcem, to znów pochłaniane przez cień. Zanosi się na ulewny deszcz…

Adi przyleciał z Malezji, z Kuala Lumpur. Towarzyszy mu żona, Yanti. Kiedy jadą taksówką do hotelu, mijają po drodze bilboardy z napisami: Welcome in the best successful football city in the UK (Witajcie w mieście największych sukcesów piłki nożnej w Zjednoczonym Królestwie) i It’s football, it’s Liverpool (To jest piłka nożna, to jest Liverpool).

Ulica biegnie wzdłuż ujścia rzeki Mersey. Jadąc tędy, mijamy sterty kontenerów, punkty sprzedaży używanych samochodów, oferujące bajecznie niskie ceny, zielone boiska do piłki nożnej i do rugby, rzędy domów z czerwonej cegły, włoskie knajpki, centra handlowe, koszary pułku piechoty morskiej i stocznie okrętowe. Po prawej widać przystań Alberta z olbrzymimi magazynami, w których kiedyś przechowywano bawełnę, herbatę, cukier, jedwab, kość słoniową i inne towary zwożone tu z całego świata, a w których obecnie mieszczą się muzea. W jednym z nich można obejrzeć wystawę na temat katastrofy „Titanica”, a w sąsiednim ekspozycję poświęconą Beatlesom, którzy w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zrewolucjonizowali muzykę młodzieżową.

Przystanie, z których niegdyś transatlantyckie kolosy wypływały do Ameryki, wioząc tysiące emigrantów marzących o lepszym życiu, uznano za pominiki dziedzictwa kulturowego i dziś są tylko atrakcją turystyczną.

Lecz Adi i Yanti nie przyjechali w celach turystycznych. Nie zamierzają zwiedzać liverpoolskich muzeów ani przystani. Znaleźli się tutaj, żeby obejrzeć ostatni mecz Redsów w tym sezonie. Wprawdzie nie ma mowy o zdobyciu biletów na stadion Anfield, oni jednak chcą po prostu przebywać w tym mieście i chłonąć atmosferę, jaka panuje przed meczem i podczas niego. Pragną być blisko swojej ekipy, dzielić z nią radości i smutki – razem z wieloma innymi kibicami drużyny.

Adi, w czapeczce bejsbolowej z napisem „Liverpool FC” i czerwono-białym szalikiem na szyi, staje z malutką kamerą filmową w Rainford Gardens, dwa kroki od wielkiego plakatu z napisem: Welcome to Mathew Street birthplace of The Beatles (Witajcie na Mathew Street, miejscu narodzin Beatlesów). Na tej ulicy przy Cavern Club, gdzie Beatlesi zagrali razem po raz pierwszy, znajduje się pomnik dłuta Arthura Dooleya opatrzony podpisem: Four Lads Who Shook the World (Czterej chłopcy, którzy wstrząsnęli światem).

To ulica pubów, w których Beatlesi bywali na początku lat sześćdziesiątych, a w których teraz sprzedaje się rozmaite pamiątki związane z zespołem. Tutaj także wznosi się pomnik Carla Gustava Junga, który przejeżdżał tędy w 1927 roku i napisał o Liverpoolu: Is the pool of life, it makes to live (To źródło życia, bo sprawia, że się żyje).

Bogiem a prawdą, mało kto dziś pamięta o szwajcarskim psychiatrze. Ludzie przyjeżdżają na Mathew Street, chcąc odwiedzić miejsce, w którym mogą uczcić pamięć słynnej czwórki z Liverpoolu.

Adi ma 44 lata. Jest producentem telewizyjnych konkursów, miniseriali i reality show. Teraz filmuje ulice, puby i przechodniów, ale nie ma to nic wspólnego z jego pracą. Po prostu chce uwiecznić tysiące kibiców w czerwonych koszulkach wędrujących ulicami Liverpoolu.

Jest niedziela 11 maja 2014 roku. Dzisiaj o trzeciej po południu na stadionie Anfield klub Liverpool FC zmierzy się z Newcastle w ostatniej kolejce rozgrywek Premier League. Będzie to ostatnie 90 minut marzeń o tytule Mistrza Anglii, którego Redsom nie udało się zdobyć od dwudziestu czterech lat.

Adi wyjaśnia, że w Malezji, dawnej kolonii brytyjskiej – z racji jej historii i kultury – mnóstwo ludzi śledzi rozgrywki w piłce nożnej, a zwłaszcza Premier League. W telewizji co tydzień można oglądać wszystkie mecze angielskich drużyn. On sam jest kibicem Liverpoolu od roku 1977 roku.

– Miałem siedem lat, kiedy brat mi powiedział: „To twoja drużyna” – wspomina. – Od tej pory nie przestaję im kibicować. Wtedy moim idolem był Kenny Dalglish, potem kolejno Robbie Fowler i „El Niño” Torres, a teraz Luis Suárez. To prawdziwy geniusz. Nie mam słów, którymi mógłbym opisać to, co Luis robi razem ze Stevenem Gerrardem dla Redsów! Kocha wygrywać i robi wszystko, żeby tak było! To geniusz, a przy tym ma charakter… Prawda, że jest szalony, ale wiadomo, linia, dzieląca geniusz od szaleństwa jest naprawdę niezmiernie cienka… jak ostrze noża.

Adi i Yanti nie są jedynymi, którzy pokonali tysiące kilometrów, aby przybyć na ostatni mecz Liverpoolu w sezonie. Takich jak oni można liczyć w tysiące. „Czerwone bractwo” wiernych kibiców drużyny zrzesza ludzi pochodzących z Irlandii i ze Szkocji, z północnej, południowej i środkowej Europy, z obu Ameryk i z Bliskiego oraz Dalekiego Wschodu. Nie zważają na kolor skóry, język, religię, ideologię, wiek czy status społeczny, bo łączy ich wspólne credo, które sprawia, że są gotowi pokonać każdą odległość, byle tylko zobaczyć ukochaną drużynę w akcji. W dniu meczu w Liverpoolu można spotkać ludzi z najdalszych zakątków świata, takich jak ci trzej sympatyczni chłopcy, którzy przyjechali aż z Korei Południowej!

Wszyscy z radością są gotowi zrobić sobie selfie w czerwonych koszulkach.

Jung-Su, w wielkich okularach w czarnych oprawkach, nie ma wątpliwości co do Suáreza.

– Jest nieprawdopodobnie szybki. Ma znakomite, superskuteczne uderzenie, a w polu jest prawdziwym zabójcą. Nie przepuści niczemu i nikomu.

Jung-Su grywa w piłkę z kolegami i wie, co mówi.

Z Hamar, niewielkiego miasta w okręgu Hedmarken w Norwegii, przyjechali Frederick i jego koledzy, także w czerwonych koszulkach. Siedzą w pubie, czekając na początek meczu, i chętnie godzą się na rozmowę. Mówią, że odkąd w latach siedemdziesiątych norweska telewizja zaczęła transmitować co sobotę mecze ligi angielskiej, wielu ich rodaków po prostu zakochało się w drużynie z Liverpoolu.

Frederick fachowo analizuje grę Pistoleta.

– To nie ten sam Suárez, co w zeszłym roku – stwierdza. – Już nie jest takim indywidualistą, gra dla zespołu i dzięki temu idzie naprzód. Znalazł przyjaciół, takich jak Sturridge czy Sterling, i doskonale się rozumieją. Poza tym dzięki nim się rozwija, zupełnie tak, jak Messi w Barcelonie, kiedy się nim zajęli Iniesta i Xavi.

Joachim, Szwed z Sôlvesborgu, który się przyłączył do skandynawskiego towarzystwa, mówi:

– Brendan (Rogers) i Stevie (Gerrard) zaufali Suárezowi, a on im to odpłaca z nawiązką! Pokazał, że potrafi być fantastycznym graczem.

Do rozpoczęcia meczu zostały trzy godziny i centrum Liverpoolu zabarwia się na czerwono. Z autobusów nadjeżdżających co 10 minut z drugiego brzegu Mersey wysiadają fantastycznie poprzebierani kibice. Food Trucks, ciężarówki, z których sprzedaje się ryby, hamburgery i frytki, są dosłownie oblężone. Po kanapki i plastikowe pojemniki z tonącymi w tłuszczu fish and chips ustawiają się długie kolejki. Wszyscy jedzą i piją na ulicy, zanim zaczną pochłaniać kwarty piwa i tracić nerwy podczas meczu.

Dyżym powodzeniem cieszą się również uliczni sprzedawcy wszystkiego, co Liverpool może zaoferować kibicom. Nie sposób wszak wejść na stadion bez koszulki, szalika czy flagi, czegokolwiek, co wskazuje, komu kibicujesz. Dlatego w żadnym kramiku nie brakuje czerwonych koszulek z numerem 9 na plecach ani szalików w barwach klubowych. Na koszulkach i szalikach widnieje napis Just can’t get enough, tytuł piosenki na melodię grupy Depeche Mode, którą Redsi zadedykowali Suárezowi.

Jakikolwiek będzie wynik meczu, ta niedziela to w Liverpoolu święto na cześć jednego bóstwa: piłki nożnej. A stadion Anfield jest świątynią, do której zmierzają zgodnie wszyscy wyznawcy. Wokół stadionu, zbudowanego w 1884 roku dla innego miejscowego zespołu, Evertonu, a przejętego przez Liverpool FC w roku 1892, kłębi się istne mrowie ludzi. Kibice spacerują, witają się, rozmawiają, śpiewają, piją piwo – w okolicznych pubach i na zewnątrz – i udzielają krótkich wywiadów licznym ekipom telewizyjnym. Są fotografowie, którzy przychodzą tu w poszukiwaniu malowniczych ujęć, policjanci na koniach i strażnicy, próbujący zaprowadzić jakiś porządek w tym morzu ludzi

Są też dzieciaki, ubrane od stóp do głów na czerwono, jak mały Kevin, który stwierdza z przekonaniem:

– Suárez jest naaajwiększy!

Młodzi łysonie, wytatuowani, gdzie się tylko da, z oburzeniem wpatrują się w niebo, po którym lata nad stadionem samolot z napisem na plakacie: „Manchester United 20 – Gerrard 0”. Jeden unosi rękę, w której trzyma niewidoczny karabin maszynowy, i puszcza serię. Dwie młode damy, wypięknione jak na uroczysty wieczór, stają w drzwiach pubu, poprawiają sobie usta pomadką w kolorze fuksja, po czym ruszają w kierunku stadionu.

Bill, sześćdziesięcioletni rodowity liverpoolczyk, opiera się o ścianę i z papierosem przyklejonym do wargi rozprawia o taktyce i technice gry, a jego słowom towarzyszą kłęby tytoniowego dymu. Dialektem, niestety trudnym do rozszyfrowania, wyjaśnia:

– Uważam, że kibice Liverpoolu bardzo pomogli Suárezowi, kiedy było mu tu źle. Bronili go, byli dla niego dobrzy… Jak mówimy, nigdy nie będziesz chodził samotnie (You never walk alone). No, i nie zostawiliśmy go samemu sobie! A Luis to wyczuł, zrozumiał i docenił.

– Dlatego – dodaje Crispin, stojący obok kolegi – mam nadzieję, że zostanie z nami jeszcze chociaż ze dwa, trzy lata.

Przy wejściu na stadion, parę kroków od pomnika Billa Shankly’ego, strażnik w żółtej wiatrówce z fosforyzującymi taśmami grzecznie wyjaśnia jakiejś parze Amerykanów z Bostonu, że nie ma już wolnych miejsc, i wymownym gestem wskazuje tłum przy wejściu. Radzi im, żeby się nie dali naciągnąć „konikom”, sprzedającym bilety po niebotycznych cenach. Sugeruje, aby znaleźli jakiś pub, gdzie w spokoju obejrzą mecz na ogromnym telebimie, popijając piwo. W ten spokój co prawda trudno uwierzyć, ale strażnik osiąga cel. Para się oddala, kupiwszy przedtem jakąś pamiątkę w oficjalnym sklepie drużyny. Sklep jest pełen ludzi i oferuje setki najrozmaitszych gadżetów z emblematem Liverpool FC.

Przy barierkach jakiś zażywny mężczyzna w szkockim kilcie niewzruszenie dmie w dudy. Przechodzący obok ludzie fotografują grajka, a niektórzy wrzucają monety do leżącej u jego stóp czapki.

Wreszcie masa głów i kufli wypełniająca całą przestrzeń wokół stadionu zaczyna się powoli rozpraszać. Do gwizdka rozpoczynającego mecz została niecała godzina. Akurat tyle, ile trzeba, żeby wypić ostatnie piwo w pubie The Albert. Zgnieciony jak sardynka w puszce Warren walczy o skrawek miejsca przy barze, zasłaniając łokciem swój kufel. Zapytany o Luisa Suáreza, wali się pięścią w pierś ozdobioną koszulką z godłem Liverpoolu i oznajmia uroczyście:

– Kochamy go i on o tym wie!

Koniec wersji demonstracyjnej.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ronaldinho. Uśmiech futbolu Luis Suárez Pistolet Ronaldo. Obsesja doskonałości Neymar. Nadzieja Brazylii, przyszłość Barcelony Carles Puyol. Kapitan o sercu w kolorze blaugrana Zinédine Zidane. Sto dziesięć minut, całe życie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila