Siedem dobrych lat

Siedem dobrych lat

Autorzy: Etgar Keret

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB

Ilość stron: 176

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 18.90 zł

Nowa książka Etgara Kereta. Krótkie, trafione w punkt opowiadania Kereta nie są pozornie autobiograficzne, lecz jego wyobraźnia nie daje mu poprzestawać wyłącznie na faktach. Oto notki o nowo narodzonym synu pisarza, ojcu, który nad kołyską wnuka już mu prawi o funduszach inwestycyjnych dlań zakupionych. Oto obraz współczesnego Izraela dla fanów filmów braci Coen, surrealizmu, pure nonsensu i… Etgara Kereta.

Et­gar Ke­ret

Sie­dem do­brych lat

Przełożyły Agniesz­ka Ma­cie­jow­ska i Maja La­ver­gne

Tytuł ory­gi­nału: The Se­ven Good Years

Co­py­ri­ght © by Et­gar Ke­ret

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with The In­sti­tu­te for the Trans­la­tion of He­brew Li­te­ra­tu­re

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Agniesz­ka Ma­cie­jow­ska, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Maja La­ver­gne, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Spis treści

Wstęp

Rok pierwszyNagle ciągle to samo

Duże dziecko

Abonent niedostępny

Jak prowadzimy wojnę

Rok drugiZ nieszczerym poważaniem

Medytacje lotnicze

Zobaczyć jaszczurkę

Obrońca ludu

Requiem dla snu

Opowieść na dobranoc

Rok trzeciZapałczana wojna

Szwedzkie sny

Gry wojenne

Mój starszy brat

Rok czwartyTykająca bomba

Taksówka

Moja nieodżałowana siostra

Wściekłe ptaki

Rok piątyCzarno-biała Polska

Tłuste koty

Instruktor sportu dla leniwych

Tylko inny grzesznik

O psach, braciach i opowiadaniach

Amsterdam

Chłopcy nie płaczą

Rok szóstyDom taty

Noc w muzeum

€urodisney

Wypadek

Wąsy dla syna

Pierwsze spotkanie rodziców

Rok siódmySziwa

Śladami ojca

Dżem

Zbyt dobry dla swojego własnego dobra

Pastrama

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Wstęp

Pi­sa­rze lubią porówny­wać swo­je książki do dzie­ci, ale muszę przy­znać, że nig­dy do końca nie ro­zu­miałem tego porówna­nia. To praw­da, że można poświęcić całe swo­je ser­ce i całą swoją pasję opo­wia­da­niu, tak jak zro­biłoby się to dla dziec­ka, ale z chwilą, gdy wyj­dzie w świat, nie trze­ba się o nie mar­twić. To praw­da, lu­dziom może się to nie po­do­bać lub mogą to na­wet dys­kre­dy­to­wać i można się po­czuć z tego po­wo­du obrażonym, ale w prze­ci­wieństwie do dziec­ka samo opo­wia­da­nie nig­dy się nie ob­ra­zi ani nie rozpłacze, ani nie będzie próbować oddać znie­wa­gi. I nie­ważne, jak su­ro­wa jest na­ga­na, samo opo­wia­da­nie po­zo­sta­nie całe i nie­tknięte pomiędzy okład­ka­mi no­wej książki. Z dziec­kiem spra­wa jest trochę bar­dziej skom­pli­ko­wa­na.

Opo­wia­da­nie nig­dy nie wy­bie­gnie na ru­chliwą ulicę i nie spróbuje połknąć ba­te­ryj­ki. I nig­dy się nie za­przy­jaźni z niewłaści­wy­mi dziećmi w kla­sie ani nie za­pa­li pa­pie­ro­sa w ukry­ciu. I co naj­ważniej­sze, opo­wia­da­nie, na­wet jeśli cię za­sko­czy, nig­dy nie będzie py­sko­wać. I za­wsze będzie cię słuchać. Dla­te­go jako oj­ciec po­nad 200 opo­wia­dań i jed­ne­go ośmio­let­nie­go dziec­ka muszę przy­znać, że by­cie oj­cem dziec­ka jest o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne.

Ze wszyst­kich swo­ich zbiorów opo­wia­dań naj­bliższy mo­je­mu ser­cu jest Sud­den­ly a Knock at the Door (Na­gle pu­ka­nie do drzwi). Po­nie­waż jest pierwszą i jak na ra­zie je­dyną książką, którą na­pi­sałem jako oj­ciec. By­cie ro­dzi­cem jest bo­daj naj­bar­dziej zdu­mie­wającym i złożonym doświad­cze­niem, ja­kie­go do­znałem w życiu. Co rano napełnia cię na­dzieją i lękiem i do­da­je dzie­siątki drob­nych, ale znaczących i mających głęboki wpływ zwy­cięstw i porażek do życio­we­go pola bi­twy. Co więcej, rola ro­dzi­ca, jeśli ją praw­dzi­wie sza­nu­jesz, zmu­sza cię do świeżego spogląda­nia na sie­bie i swo­je działania pod no­wym, trochę ostrzej­szym i na­iw­nym kątem oraz wyjaśnia­nia tego za­gma­twa­ne­go świa­ta, w ja­kim żyje­my, so­bie i swo­jemu dziec­ku i dla­cze­go ro­bisz wszyst­kie te dziw­ne rze­czy, które po­sta­no­wiłeś tu robić. Większość opo­wia­dań w tej książce nie wiąże się bez­pośred­nio z ro­dzi­ciel­stwem, ale wszyst­kie na­pi­sał oj­ciec cie­ka­we­go i uko­cha­ne­go dziec­ka, a w ich tle leży próba wyjaśnie­nia mo­je­mu sy­no­wi w nie mniej­szym stop­niu niż so­bie sa­me­mu, dla­cze­go tak trud­no jest być człowie­kiem i dla­cze­go, niech to dia­bli, ciągle war­to po­dej­mo­wać ten wysiłek.

Rok pierw­szy

Na­gle ciągle to samo

– Po pro­stu nie cier­pię za­machów – mówi chu­da sio­stra do dru­giej, star­szej. – Chcesz gumę do żucia?

Star­sza bie­rze gumę i kiwa głową.

– Co robić – mówi. – Ja też nie­na­widzę nagłych wy­padków.

– Nie cho­dzi o nagłe wy­pad­ki – upie­ra się chu­da. – Z wy­pad­ka­mi i tak da­lej nie mam pro­ble­mu. Cho­dzi o za­ma­chy, mówię ci. To od­bie­ra ochotę do wszyst­kie­go.

Na ławce pod po­rodówką myślę so­bie, że coś w tym jest. Le­d­wo go­dzinę temu do­tarłem tu zde­ner­wo­wa­ny z żoną i taksówka­rzem – ma­nia­kiem czy­stości, który cały czas tyl­ko się trząsł, że jej od­chodzące wody płodo­we zniszczą mu ta­pi­cerkę, a te­raz siedzę po­nu­ry na ko­ry­ta­rzu i cze­kam na powrót le­ka­rzy i pielęgnia­rek. Wszy­scy, poza tymi dwie­ma, po­szli po­ma­gać przy ran­nych. Również skur­cze żony stały się rzad­sze. Naj­wi­docz­niej na­wet i dla dzi­dziu­sia cała ta spra­wa z po­rodem prze­stała być taka pil­na. W dro­dze do ka­fe­te­rii kil­ku ran­nych prze­jeżdża obok mnie na skrzy­piących no­szach na kółkach.

Po dro­dze do szpi­ta­la, w taksówce, moja żona wrzesz­czała jak wa­riat­ka, ale oni wszy­scy są ci­cho.

– Ty je­steś Et­gar Ke­ret? – pyta mnie chłopak w kra­cia­stej ko­szu­li. – Ten pi­sarz?

Przy­ta­kuję niechętnie.

– Ale nu­mer. – Wyciąga z tor­by mały ma­gne­to­fon. – Gdzie byłeś, jak to się stało?

Kie­dy wa­ham się przez se­kundę, od­zy­wa się w przypływie em­pa­tii:

– Nie spiesz się. Nie ma co się spi­nać. Przeżyłeś traumę.

– Nie byłem w za­ma­chu – wyjaśniam. – Tak się tyl­ko składa, że tu dziś je­stem. Moja żona ro­dzi.

– O – mówi, nie próbując ukryć roz­cza­ro­wa­nia, i na­ci­ska STOP w ma­gne­to­fo­nie. – Wszyst­kie­go do­bre­go.

Sia­da te­raz obok mnie i za­pa­la pa­pie­ro­sa.

– Może po­wi­nie­neś spróbować po­roz­ma­wiać z kimś in­nym – su­ge­ruję, usiłując odpędzić od twa­rzy dym z luc­ky stri­ke’ów. – Przed chwilą wi­działem, jak wieźli dwóch na neu­ro­lo­gię.

– Ro­sja­nie – wzdy­cha. – Nie mówią słowa po he­braj­sku. A poza tym tu na neu­ro­lo­gię i tak nie wpusz­czają. To mój siódmy za­mach w tym szpi­ta­lu i zdążyłem już po­znać te ich wszyst­kie nu­me­ry.

Sie­dzi­my chwilę w mil­cze­niu. Jest o ja­kieś dzie­sięć lat młod­szy ode mnie, ale już zaczął łysieć. Kie­dy łapie moje spoj­rze­nie, uśmie­cha się i mówi:

– Szko­da, że cię tam nie było. Aku­rat nieźle by mi pa­so­wało dać w tekście re­akcję pi­sa­rza. Ktoś ory­gi­nal­ny, z odro­biną po­lo­tu. Po każdym za­ma­chu za­wsze słyszę te same re­la­cje: „Na­gle usłyszałem bum”, „Nie wiem, co się stało”, „Wszędzie do­okoła było pełno krwi”. Dosyć, ile można?

– To nie ich wina – stwier­dzam. – To za­ma­chy są za­wsze ta­kie same. Co ory­gi­nal­ne­go można w końcu po­wie­dzieć o wy­bu­chu i bez­sen­sow­nej śmier­ci?

– Nie mam pojęcia. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Ty je­steś pi­sa­rzem.

Z izby przyjęć kil­ka osób w białych ki­tlach za­czy­na wra­cać w stronę od­działu położni­cze­go.

– A ty prze­cież je­steś z Tel Awi­wu – dzien­ni­karz chce mnie przyłapać – to co, na­gle przy­je­chałeś taki kawał do tej dziu­ry, żeby ro­dzić?

– Chcie­liśmy na­tu­ral­ne­go po­ro­du, a tu jest od­dział...

– Na­tu­ral­ne­go? – prze­ry­wa mi, chi­chocząc. – Co może być na­tu­ral­ne­go w ka­rzełku z ka­bel­kiem zwi­sającym z pępka, który wy­ska­ku­je two­jej żonie z cipy?

Na­wet nie próbuję od­po­wie­dzieć.

– Po­wie­działem mo­jej żonie – ciągnie – że jeśli ze­chce jej się kie­dyś ro­dzić, to tyl­ko przez ce­sar­skie cięcie, jak w Ame­ry­ce. Nie chcę, żeby jakiś nie­mow­lak ją po­roz­ciągał. Dzi­siaj tyl­ko w ta­kich pry­mi­tyw­nych kra­jach jak ten ko­bie­ty rodzą jak zwierzęta. No, idę do ro­bo­ty. – Zbie­ra się do wsta­wa­nia. – Może mimo wszyst­ko po­wiesz coś o za­ma­chu? – próbuje jesz­cze przed odejściem. – To coś zmie­niło? Czy ja wiem, na przykład w spra­wie imie­nia, ja­kie dasz dziec­ku?

Uśmie­cham się prze­pra­szająco.

– Nie szko­dzi. No to, żeby wam lek­ko poszło – mówi, mru­gając. – Mam na­dzieję, że pójdzie lek­ko, chłopie.

Sześć go­dzin później ka­rzełek z ka­bel­kiem wiszącym z pępka wy­ska­ku­je mo­jej żonie z cipy i na­tych­miast za­czy­na płakać. Usiłuję go uspo­koić, prze­ko­nać, że nie ma się czym mar­twić. Że do cza­su, aż dorośnie, wszyst­ko tu na Bli­skim Wscho­dzie będzie już w porządku: na­sta­nie pokój, nie będzie za­machów ter­ro­ry­stycz­nych, a jeśli jakiś, od wiel­kie­go dzwo­nu się zda­rzy, za­wsze będzie ktoś ory­gi­nal­ny, ktoś z odro­biną po­lo­tu, żeby go do­sko­na­le opi­sać. Na mi­nutę się uspo­ka­ja i roz­waża następny ruch. Po­wi­nien być na­iw­ny, do­pie­ro się uro­dził i w ogóle, ale na­wet on tego nie ku­pu­je, po krótkim wa­ha­niu i lek­kim czknięciu za­czy­na zno­wu płakać.

Duże dziec­ko

Kie­dy byłem dziec­kiem, ro­dzi­ce za­bra­li mnie do Eu­ro­py. Naj­większą atrakcją podróży nie był Big Ben czy wieża Eif­fla, ale lot z Izra­ela do Lon­dy­nu, a zwłasz­cza posiłek. Na pla­sti­ko­wej tac­ce znaj­do­wała się maleńka pu­szecz­ka coca-coli, a obok niej pa­czusz­ka korn­fla­kesów nie większa od pacz­ki pa­pie­rosów. Moje zdu­mie­nie tymi mi­nia­tu­ro­wy­mi roz­mia­ra­mi opa­ko­wań za­mie­niło się w naj­praw­dziwszą radość, kie­dy je otwo­rzyłem i od­kryłem colę o sma­ku iden­tycz­nym z tym ze zwykłych pu­szek oraz praw­dzi­we płatki ku­ku­ry­dzia­ne. Trud­no mi dokład­nie wyjaśnić, skąd brała się owa radość. W końcu to tyl­ko napój i płatki śnia­da­nio­we w dużo mniej­szym opa­ko­waniu, ale w wie­ku sied­miu lat byłem pe­wien, że je­stem świad­kiem cudu. A dzi­siaj, trzy­dzieści lat później, gdy siedzę u sie­bie w sa­lo­nie w Tel Awi­wie i patrzę na mo­je­go dwu­ty­go­dnio­we­go syna, przeżywam dokład­nie to samo uczu­cie. Oto mam przed sobą człowie­ka, którego waga nie prze­kra­cza czte­rech ki­lo­gramów, ale w środ­ku jest nie mniej rozzłoszczo­ny, znu­dzo­ny, prze­stra­szo­ny czy po­god­ny niż każdy inny człowiek na na­szej pla­ne­cie. Tyl­ko ubrać tego małego lu­dzi­ka w trzyczęścio­wy gar­ni­tur, dać mu ro­lek­sa oraz ma­lutką skórzaną teczkę i posłać go w świat, a on już za­wal­czy, wy­ne­go­cju­je i sfi­na­li­zu­je in­te­re­sy bez mru­gnięcia okiem. Nie mówi, to praw­da. Kupy wali pod sie­bie, jak­by nig­dy nic, a ja je­stem pierw­szy do zaświad­cze­nia, że musi się jesz­cze jed­nej lub dwóch rze­czy na­uczyć, za­nim wy­strze­li się go w ko­smos lub po­zwo­li pi­lo­to­wać F16. Ale za­sad­ni­czo jest pełną osobą w czter­dzie­stoośmio­cen­ty­me­tro­wym opa­ko­waniu i nie ta­kim so­bie zwykłym, lecz kimś o skraj­nym i eks­cen­trycz­nym cha­rak­te­rze. Ta­kim, którego się sza­nu­je, ale nie w pełni ro­zu­mie. Po­nie­waż, jak każdy człowiek złożony, bez względu na wzrost czy wagę, ma on wie­le stron.

Mój światły syn. Jako ktoś, kto czy­tał wie­le o bud­dy­zmie i wysłuchał dwóch lub trzech wykładów różnych guru, a na­wet złapał raz w In­diach bie­gunkę, muszę po­wie­dzieć, że mój dwu­ty­go­dnio­wy syn jest pierw­szym oświe­co­nym człowie­kiem, ja­kie­go udało mi się spo­tkać. On na­prawdę żyje w teraźniej­szości: nig­dy nie ma pre­ten­sji, nie boi się przyszłości. W ogóle nie ma ego. Nie próbuje wca­le bro­nić swo­je­go ho­no­ru ani nie przy­pi­su­je so­bie zasług. Dziad­ko­wie, na­wia­sem mówiąc, założyli już dla nie­go pro­gram oszczędnościo­wy i ile­kroć dzia­dek, kołysząc go w kołysce, tłuma­czy mu, jak do­bry pro­cent może osiągnąć i ile pie­niędzy do­sta­nie przy spo­dzie­wa­nej śred­niej jed­no­cy­fro­wej in­fla­cji za dwa­dzieścia je­den lat, gdy zwol­nią się środ­ki z pro­gramu, mały wpraw­dzie nie od­po­wia­da, ale kie­dy dzia­dek tak mu wy­li­cza pro­centy i zy­ski, ja mogę po­li­czyć, ile zmarsz­czek na czo­le mu się po­ja­wia – pierw­sze pęknięcia na ścia­nie jego nir­wa­ny.

Mój syn ćpun. Chciałbym pro­sić o wy­ba­cze­nie wszyst­kich uza­leżnio­nych i od­zwy­cza­jo­nych, którzy czy­tają ten tekst, ale z całym sza­cun­kiem dla nich i ich cier­pień żadna abs­ta nie ma star­tu do abs­ty mo­je­go syna. Jak każdy praw­dzi­wie uza­leżnio­ny nie ma tych sa­mych opcji co inni, jeśli idzie o spo­so­by spędza­nia cza­su. Żaden zna­jo­my wybór między dobrą książką, wie­czor­nym spa­ce­rem a de­cy­dującym me­czem NBA w te­le­wi­zji. Są tyl­ko dwie możliwości – pierś albo piekło. „Już wkrótce od­kry­jesz ten świat: dziew­czy­ny, al­ko­hol, nie­le­gal­ny ha­zard w in­ter­ne­cie”, próbuję go ugłaskać, ale za­nim to na­dej­dzie, wie­my obaj – ist­niała będzie tyl­ko pierś. Na jego i na­sze szczęście ma matkę wy­po­sażoną w dwie, tak że w naj­gor­szym wy­pad­ku, jeśli jed­na się po­psu­je, mamy jesz­cze jedną w za­pa­sie.

Mój syn psy­cho­pa­ta. Cza­sem, kie­dy budzę się w nocy i widzę to maleństwo drżące obok mnie w łóżku ni­czym za­baw­ka na ba­te­rie i wy­dające z sie­bie dziw­ne gardłowe dźwięki, nie mogę nie do­strzec jego po­do­bieństwa do mor­der­czej la­lecz­ki Chuc­ky z se­rii filmów gro­zy. Są tej sa­mej wiel­kości, mają ten sam tem­pe­ra­ment i dla obu nie ma nic świętego. I to na­prawdę jest rzecz trochę iry­tująca u mo­je­go dwu­ty­go­dnio­we­go syna: nie ma ani krzty mo­ral­ności, na­wet gra­ma. Ra­sizm, nierówności, obojętność, dys­kry­mi­na­cja – wszyst­ko to nic go nie ob­cho­dzi. Nie ob­cho­dzi go nic poza jego własny­mi doraźnymi po­trze­ba­mi i popędami. A bliźni niech so­bie idzie k’je­bio­noj ma­tie­ri albo dołączy do Gre­en­pe­ace’u. On sam za­in­te­re­so­wa­ny jest te­raz odro­biną do­bre­go mlecz­ka albo tym, żeby go pupa nie piekła, i jeśli do tego po­trzeb­na będzie zagłada świa­ta, daj­cie mu tyl­ko ten gu­zik. Wciśnie go bez wa­ha­nia.

Mój syn nie­na­widzący sa­me­go sie­bie Żyd.

– Nie uważasz, że wy­star­czy? – wtrąca się moja żona. – Może za­miast pisać hi­ste­rycz­ne ma­ni­fe­sty prze­ciw­ko swo­je­mu roz­kosz­ne­mu syn­ko­wi, zro­biłbyś coś pożytecz­ne­go i go prze­winął?

– OK – mówię – w porządku. Właśnie kończę.

Abo­nent nie­dostępny

Praw­da jest taka, że bar­dzo sza­nuję te­le­mar­ke­terów, którzy usiłują być uważni i em­pa­tycz­ni wo­bec tych, do których właśnie dzwo­nią, i w da­nym mo­men­cie nie na­rzu­cać im na siłę roz­mo­wy. I dla­te­go kie­dy dzwo­ni Dwo­ra z te­le­wi­zji sa­te­li­tar­nej YES i pyta, czy to dla mnie do­bry mo­ment, żeby po­roz­ma­wiać, przede wszyst­kim dziękuję jej za de­li­kat­ność. A po­tem grzecz­nie wyjaśniam, że nie naj­lep­szy.

– Tak się składa – zwie­rzam się – że właśnie wpadłem do stu­dzien­ki i zra­niłem się w czoło i w nogę, tak że to istot­nie nie jest ide­al­ny mo­ment.

– Ro­zu­miem – oznaj­mia Dwo­ra. – Jak pan sądzi, kie­dy wo­bec tego będzie pan mógł po­roz­ma­wiać? Za go­dzinę?

– Nie je­stem pew­ny – mówię. – Naj­praw­do­po­dob­niej mam nogę złamaną w ko­st­ce, a stu­dzien­ka jest dość głęboka i nie wygląda, żebym sam dał radę się z niej wy­do­stać. Tak że to ra­czej zależy od tego, kie­dy przy­je­dzie po­go­to­wie i czy zdołają mi włożyć nogę w gips.

– To może le­piej, żebym za­dzwo­niła ju­tro? – su­ge­ru­je Dwo­ra, nie tracąc zim­nej krwi.

– Tak – jęczę – ju­tro, to brzmi świet­nie.

– Co to jest, cała ta hi­sto­ria ze stu­dzienką? – stro­fu­je mnie żona, która sie­dzi ra­zem ze mną w taksówce, pod­czas gdy ja wyśli­zguję się z sideł Dwo­ry z te­le­wi­zji sa­te­li­tar­nej. – Dla­cze­go nie możesz jej po pro­stu po­wie­dzieć: „Dziękuję, ale nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny. Ani kup­nem, ani wy­najęciem czy wypożycze­niem ni­cze­go, co pani mi pro­po­nu­je, więc proszę więcej do mnie nie dzwo­nić. Ani w tym wcie­le­niu, ani jeśli to możliwe, w przyszłych”. A po małej pau­zie życzyć miłego dnia i się rozłączyć jak wszy­scy?

Nie sądzę, że „wszy­scy” od­po­wia­dają Dwo­rze i jej po­dob­nym tak twar­do i nie­przy­jem­nie jak moja żona, ale muszę przy­znać, że w tym, co mówi, jest trochę ra­cji. Bli­ski Wschód to miej­sce, w którym lu­dzie swoją śmier­tel­ność od­czu­wają bar­dziej niż w większości miejsc na kuli ziem­skiej, co u prze­ważającej części lud­ności roz­wi­ja skłonność do agre­sji wo­bec in­tru­za usiłującego mar­no­wać te trochę cza­su, ja­kie im jesz­cze zo­stało na Zie­mi. Ja strzegę własne­go cza­su nie mniej za­zdrośnie, mam tyl­ko praw­dzi­wy pro­blem z po­wie­dze­niem ob­ce­mu człowie­ko­wi przez te­le­fon „nie”. Nie mam żad­ne­go pro­blemu z odmówie­niem stra­ga­nia­rzo­wi na tar­gu czy po­wie­dze­niem „nie” komuś zna­jo­me­mu, kto ofe­ru­je mi co­kol­wiek przez te­le­fon. Ale to nieszczęsne połącze­nie: prośba plus nie­zna­jo­my zupełnie mnie pa­ra­liżuje i od razu za­czy­nam so­bie wy­obrażać po dru­giej stro­nie li­nii ospo­watą twarz człowie­ka na­wykłego do cier­pie­nia i upo­ko­rzeń, który stoi na pa­ra­pe­cie okna w biu­rze na sto czter­na­stym piętrze i roz­ma­wiając ze mną spo­koj­nym głosem przez te­le­fon bez­prze­wo­do­wy, w du­chu po­wta­rza: „Jesz­cze je­den du­pek po­wie mi »nie« i skaczę!”. A jeśli trze­ba roz­strzygnąć między ludz­kim życiem a podłącze­niem kanału „Ba­lo­no­we rzeźby: nie­kończąca się fraj­da dla całej ro­dzi­ny” za je­dy­ne 9,99 sze­kla na mie­siąc, wy­bie­ram życie, a przy­najm­niej wy­bie­rałem, do mo­men­tu gdy żona wraz z dy­rek­to­rem mo­je­go ban­ku grzecz­nie po­pro­si­li, bym prze­stał.

W ten sposób zaczął ob­le­kać się w ciało szkie­let „stra­te­gii na bab­cię”. Na cześć mo­jej błogosławio­nej pamięci bab­ci, którą zmu­szo­ny byłem dzie­siątki razy wir­tu­al­nie po­cho­wać, żeby wyplątać się z jałowych rozmów. Ale z Dworą z te­le­wi­zji sa­te­li­tar­nej to już sam so­bie dołek wy­ko­pałem, po czym w nie­go wpadłem, tak że mogę dać błogosławio­nej pamięci bab­ci Szo­sza­nie od­po­czy­wać w spo­ko­ju.

– Pan Ke­ret? Dzień do­bry – mówi Dwo­ra. – Mam na­dzieję, że pora te­raz bar­dziej panu od­po­wia­da...

– Prawdę mówiąc – mam­roczę – ta spra­wa z nogą trochę się skom­pli­ko­wała. Nie wiem jak, ale wdała się tam gan­gre­na. I złapała mnie pani tuż przed am­pu­tacją.

– To za­bie­rze tyl­ko mi­nutę – próbuje Dwo­ra.

– Przy­kro mi – je­stem upar­ty – do­stałem właśnie za­strzyk ze środ­kiem usy­piającym i le­karz daje mi zna­ki, żebym się już rozłączył. Mówi, że moja komórka nie zo­stała wy­ste­ry­li­zo­wa­na.

– Wo­bec tego spróbuję ju­tro – mówi Dwo­ra. – I uda­nej am­pu­ta­cji.

Większość te­le­mar­ke­terów re­zy­gnu­je po jed­nej roz­mo­wie. An­kie­te­rzy i sprze­daw­cy pa­kietów in­ter­ne­to­wych po­tra­fią wrócić po raz dru­gi. Ale Dwo­ra z te­le­wi­zji sa­te­li­tar­nej oka­zała się naj­bar­dziej upar­ta ze wszyst­kich.

– Wi­tam pana, pa­nie Ke­ret – od­zy­wa się, kie­dy nie­przy­go­to­wa­ny, z za­sko­cze­nia od­bie­ram te­le­fon. – Jak pan się czu­je? – I za­nim zdążę od­po­wie­dzieć, kon­ty­nu­uje. – Pomyślałam, po­nie­waż obec­ny stan zdro­wia z pew­nością za­trzy­mu­je pana w domu, żeby za­pro­po­no­wać panu pa­kiet na­szych kanałów ze spor­ta­mi eks­tre­mal­ny­mi. Czte­ry kanały obej­mujące wszyst­kie ro­dza­je sportów wy­so­kie­go ry­zy­ka na świe­cie, od Mi­strzostw Świa­ta w Rzu­ca­niu Karłami po Mi­strzostwa Au­stra­lii w Je­dze­niu Szkła...

– Pani szu­ka Et­ga­ra? – py­tam szep­tem.

– Tak – od­po­wia­da Dwo­ra.

– On nie żyje. – Robię pauzę, po czym szepczę da­lej: – Tra­ge­dia. Jakiś stażysta wykończył go na sto­le ope­ra­cyj­nym. Myślimy o wnie­sie­niu skar­gi.

– A z kim roz­ma­wiam? – bada Dwo­ra.

– Z Mi­cha­elem – wymyślam naprędce. – Jego młod­szym bra­tem. Nie mogę te­raz mówić, je­stem na po­grze­bie...

– Współczuję panu z po­wo­du tej stra­ty – mówi Dwo­ra drżącym głosem. – Bar­dzo krótko miałam okazję z nim roz­ma­wiać, ale wydał mi się uro­czym człowie­kiem.

– Dziękuję – ciągle szepczę. – Muszę się rozłączyć, mam właśnie od­ma­wiać ka­disz.

– Oczy­wiście – zga­dza się Dwo­ra. – Za­dzwo­nię później. Mam trans­akcję na po­cie­sze­nie, aku­rat dla pana.

Jak pro­wa­dzi­my wojnę

Wczo­raj za­dzwo­niłem do fir­my od te­le­fonów komórko­wych, żeby na nich na­krzy­czeć. Dzień wcześniej mój przy­ja­ciel po­wie­dział mi, że za­dzwo­nił i trochę im na­wy­myślał, za­gro­ził, że się prze­nie­sie do in­ne­go ope­ra­to­ra. I na­tych­miast obniżyli cenę o 50 sze­kli na mie­siąc.

– Dasz wiarę? – po­wie­dział pod­nie­co­ny. – Pięć mi­nut ostrej roz­mo­wy i oszczędzasz 600 sze­kli rocz­nie.

Przed­sta­wi­ciel­ka biu­ra obsługi klien­ta miała na imię Tali. W mil­cze­niu wysłuchała wszyst­kich mo­ich skarg, a kie­dy skończyłem, po­wie­działa ni­skim, głębo­kim głosem:

– Niech mi pan po­wie, czy panu nie wstyd? Jest woj­na. Giną lu­dzie. Po­ci­ski spa­dają na Hajfę i Ty­be­riadę, a pan myśli tyl­ko o swo­ich 50 sze­klach?

Coś w tym było, coś, co spra­wiło, że po­czułem się trochę niezręcznie. Na­tych­miast prze­pro­siłem, a szla­chet­na Tali prędko mi wy­ba­czyła. W końcu woj­na to nie całkiem naj­lep­sza pora na wza­jem­ne ura­zy.

Tego popołudnia po­sta­no­wiłem spraw­dzić sku­tecz­ność ar­gu­men­tu Tali na upar­tym taksówka­rzu, który odmówił za­bra­nia mnie i mo­je­go syn­ka do swo­jej taksówki, po­nie­waż nie miałem przy so­bie fo­te­li­ka.

– Niech no mi pan po­wie, nie wstyd panu? – za­py­tałem, sta­rając się za­cy­to­wać Tali tak dokład­nie, jak umiałem. – Jest woj­na. Giną lu­dzie. Po­ci­ski spa­dają na Ty­be­riadę, a pan myśli tyl­ko o swo­im sie­dze­niu w sa­mo­cho­dzie?

Ar­gu­ment po­skut­ko­wał również tu­taj, za­wsty­dzo­ny kie­row­ca szyb­ko prze­pro­sił i kazał mi wska­ki­wać. Kie­dy wje­cha­liśmy na au­to­stradę, po­wie­dział częścio­wo do mnie, a częścio­wo do sie­bie:

– To praw­dzi­wa woj­na, co? – I ode­tchnąwszy głęboko, dodał no­stal­gicz­nie: – Zupełnie jak daw­niej.

Otóż owo „zupełnie jak daw­niej” po­wra­ca echem w moim umyśle i na­gle widzę cały ten kon­flikt z Li­ba­nem w zupełnie in­nym świe­tle. Myśląc wstecz, próbując od­two­rzyć swo­je roz­mo­wy ze zmar­twio­ny­mi przy­ja­ciółmi o tej woj­nie z Li­ba­nem, irańskich po­ci­skach, sy­ryj­skich kno­wa­niach i założeniu, że przywódca He­zbol­la­hu szejk Has­san Na­sral­lah ma zdol­ność ude­rze­nia w każde miej­sce w kra­ju, na­wet w Tel Awiw, zdaję so­bie sprawę, że w oczach nie­mal wszyst­kich ja­rzyło się drob­ne świa­tełko, jakiś ro­dzaj nieświa­do­me­go wes­tchnie­nia ulgi.

I nie, to nie to, że my, Izra­el­czy­cy, tęskni­my za wojną, śmier­cią i smut­kiem, ale rze­czy­wiście tęskni­my za tym „daw­niej”, o którym mówił taksówkarz. Chce­my, żeby praw­dzi­wa woj­na zajęła miej­sce tych wszyst­kich wy­czer­pujących lat in­ti­fa­dy, kie­dy nie było czar­ne­go ani białego, tyl­ko sza­ry, kie­dy sta­wia­liśmy czoło nie siłom zbroj­nym, ale tyl­ko zde­cy­do­wa­nym młodym lu­dziom mającym na so­bie pasy z ma­te­riałami wy­bu­cho­wy­mi, lat, kie­dy aura męstwa prze­stała ist­nieć, a jej miej­sce zajęły długie ko­lej­ki lu­dzi cze­kających przy na­szych punk­tach kon­tro­l­nych, ko­biet mających za­raz uro­dzić i star­szych osób zma­gających się z dławiącym upałem.

Na­gle pierw­sza sal­wa po­cisków przywróciła nam to zna­jo­me uczu­cie, że oto pro­wa­dzi­my wojnę z bez­względnym wro­giem, który ata­ku­je na­sze gra­ni­ce, wro­giem na­prawdę prze­wrot­nym, nie ta­kim, który wal­czy o swoją wol­ność i sa­mo­sta­no­wie­nie, nie ta­kim, który spra­wia, że za­czy­na­my się jąkać i po­pa­da­my w zmie­sza­nie. Zno­wu mamy pew­ność co do słuszności na­szej spra­wy i z szyb­kością błyska­wi­cy po­wra­ca­my na łono pa­trio­ty­zmu, które nie­mal już po­rzu­ci­liśmy. Raz jesz­cze je­steśmy małym kra­jem oto­czo­nym wro­ga­mi, walczącym o swo­je życie, a nie sil­nym oku­pan­tem zmu­szo­nym co­dzien­nie wal­czyć z cy­wilną lud­nością.

Więc czy to dziw­ne, że w skry­tości od­czu­wa­my odro­binę ulgi? Daj­cie nam Iran, daj­cie nam szczyptę Sy­rii, daj­cie nam garść szej­ka Na­sral­la­ha, a my ich pożremy w całości. W końcu nie je­steśmy lep­si niż inni, jeśli idzie o roz­wiązy­wa­nie nie­ja­sności mo­ral­nych. Ale za­wsze wie­dzie­liśmy, jak wy­grać wojnę.

Rok dru­gi

Z nie­szcze­rym poważaniem

Kie­dy byłem dziec­kiem, uważałem Ty­dzień Książki He­braj­skiej za zwykłe he­braj­skie święto. Coś, co świet­nie wpa­so­wu­je się między Dzień Nie­pod­ległości a Lag ba-Omer i Cha­nukę. W to święto nie pa­li­liśmy ognisk, nie kręciliśmy bączka­mi, nie tłukliśmy się pla­sti­ko­wym młotkiem1 i też, w odróżnie­niu od in­nych świąt, nie upa­miętniało ono żad­nej hi­sto­rycz­nej klęski czy strasz­li­wej prze­gra­nej bi­twy, co spra­wiało, że tym bar­dziej je lubiłem. Każdego roku na początku czerw­ca ma­sze­ro­wa­liśmy z siostrą, bra­tem i ro­dzi­ca­mi na cen­tral­ny plac w Ra­mat Ga­nie, gdzie roz­sta­wia­no dzie­siątki sto­isk i każde z nas miało pra­wo wy­brać so­bie w pre­zen­cie pięć książek. Cza­sa­mi au­tor którejś z nich sie­dział przy sto­li­ku i coś nam pisał w tej książce. Moja sio­stra bar­dzo to lubiła. Mnie to trochę iry­to­wało. Na­wet jeśli ktoś na­pi­sał książkę, nie­ko­niecz­nie ma te­raz pra­wo do ba­zgra­nia po czy­imś pry­wat­nym eg­zem­pla­rzu. Zwłasz­cza gdy ma le­kar­ski, brzyd­ki cha­rak­ter pi­sma i sili się na używa­nie skom­pli­ko­wa­nych zwrotów, tak że trze­ba sięgać do słowni­ka tyl­ko po to, by na ko­niec zro­zu­mieć, że w grun­cie rze­czy słowa te znaczą po pro­stu „przy­jem­nej lek­tu­ry”.

Minęło wie­le lat. I mimo że już nie je­stem dziec­kiem, Ty­dzień Książki nadal po­ru­sza mnie w tym sa­mym stop­niu. Ale dzi­siaj przeżycie jest trochę inne i bar­dziej stre­sujące. Bo dzi­siaj przy sto­li­ku je­stem po dru­giej stro­nie i to ja ba­zgrzę in­nym po no­wiut­kich eg­zem­pla­rzach. I w dal­szym ciągu, po osiem­na­stu ko­lej­nych la­tach sie­dze­nia na sto­isku Ty­go­dnia Książki He­braj­skiej jako au­tor, do­strze­gam w ak­cie pi­sa­nia de­dy­ka­cji w książce należącej do kogoś, kogo w grun­cie rze­czy się nie zna, coś bar­dzo żenującego.

Za­nim zacząłem być dru­ko­wa­ny, de­dy­ka­cje pi­sy­wałem tyl­ko w książkach, które ofia­ro­wy­wałem zna­jo­mym, i na­gle, w ciągu jed­ne­go dnia, stanąłem w ob­li­czu ko­niecz­ności wpi­sy­wania się do książek lu­dziom, którzy sami je ku­pi­li, a których nig­dy w życiu nie spo­tkałem. Co też możesz na­pi­sać komuś, o kim kom­plet­nie nie wiesz, co on za je­den, a to, kim jest, może oscy­lo­wać gdzieś między se­ryj­nym zabójcą a Spra­wie­dli­wym Wśród Na­rodów Świa­ta? „Z przy­jaźnią” gra­ni­czyłoby z kłam­stwem, „Z wy­ra­za­mi sza­cun­ku” też za bar­dzo nie trzy­ma się kupy, „Z naj­lep­szy­mi życze­nia­mi” brzmi jakoś jak z kon­cer­tu życzeń, a „Z na­dzieją, że moja książka się spodo­ba!” – wije się i poci od pierw­szej li­te­ry do wy­krzyk­ni­ka na końcu. I tak,

dokład­nie osiem­naście lat temu, ostat­nie­go wie­czo­ru mo­je­go pierw­sze­go Ty­go­dnia Książki, wy­na­lazłem własny ga­tu­nek fałszy­wych de­dy­ka­cji. Bo jeśli opo­wia­da­nia w książce są zupełną fikcją, to dla­cze­go aku­rat de­dy­ka­cja miałaby być praw­dzi­wa?

„Da­nie­mu, który ura­to­wał mi życie. Gdy­by tego krwa­wie­nia nie za­ta­mo­wał, nie byłoby ani mnie, ani książki”.

„Mi­kie­mu – Two­ja mat­ka dzwo­niła. Trzasnąłem jej słuchawką. Żebyś nie śmiał mi się tu więcej po­ka­zać”.

„Sy­na­jo­wi – wrócę dziś wie­czo­rem późno, ale zo­sta­wiłem Ci czu­lent w lodówce”.

„Noa, gdzie moja dy­cha, no gdzie? Po­wie­działaś dwa dni, a minął już mie­siąc. Wciąż cze­kam”.

„Tzi­kie­mu – przy­znaję, że za­cho­wałem się jak gówniarz. Ale jeśli Two­ja sio­stra mogła mi wy­ba­czyć, Ty też możesz”.

„Aw­ra­mo­wi – nie­ważne, co po­ka­zują te­sty la­bo­ra­to­ryj­ne, dla mnie za­wsze będziesz oj­cem”.

Z per­spek­ty­wy osiem­na­stu lat i cio­su w twarz widzę, że nie należało temu wy­so­kie­mu, ostrzyżone­mu jak ma­ri­nes, który ku­po­wał pre­zent dla swo­jej dziew­czy­ny, wpi­sy­wać: „Bos­mat, oby­dwo­je wie­my, że na­wet jeśli te­raz je­steś z kimś in­nym, i tak w końcu do mnie wrócisz”. Na­wia­sem mówiąc, ten wy­so­ki też mógł mi to jakoś grzecz­nie po­wie­dzieć, za­miast od razu bić. W każdym ra­zie do­stałem lekcję, i to bo­lesną, i od tej pory pod­czas każdego Ty­go­dnia Książki, na­wet jeśli przez chwilę świerz­bi mnie pióro, żeby w eg­zem­pla­rzu Ikie­go czy in­ne­go Szlo­mie­go na­pi­sać, że kie­dy następnym ra­zem zo­ba­czy coś ode mnie na pa­pie­rze, będzie to pi­smo od ad­wo­ka­ta, wciągam głęboko po­wie­trze i gry­zmolę ja­kieś „Z po­zdro­wie­nia­mi”, co jest może nud­niej­sze, przy­znaję, ale za to twarz mniej boli.

Więc jeśli ten wy­so­ki i Bos­mat to czy­tają, chciałbym oka­zać, wpraw­dzie spóźnioną, skruchę i prze­pro­sić. A jeśli przy­pad­kiem również Ty to czy­tasz, Noa, to wiedz, że ciągle cze­kam na moją dychę.

Na­gle ciągle to samo, Duże dziec­ko, Abo­nent nie­dostępny, Z nie­szcze­rym poważaniem, Me­dy­ta­cje lot­ni­cze, Zo­ba­czyć jasz­czurkę, Obrońca ludu, Re­qu­iem dla snu, Opo­wieść na do­bra­noc, Zapałcza­na woj­na, Gry wo­jen­ne, Mój star­szy brat, Ty­kająca bom­ba, Taksówka, Moja nie­odżałowa­na sio­stra, Wściekłe pta­ki, Czar­no-biała Pol­ska, Tłuste koty, In­struk­tor spor­tu dla le­ni­wych, Tyl­ko inny grzesz­nik, O psach, bra­ciach i opo­wia­da­niach, Am­ster­dam, Chłopcy nie płaczą, Dom taty, Noc w mu­zeum, Eu­ro­di­sney, Wy­pa­dek, Wąsy dla syna, Pierw­sze spo­tka­nie ro­dziców, Śla­da­mi ojca, Dżem, Zbyt do­bry dla swo­je­go własne­go do­bra, Pa­stra­ma – z języka he­braj­skie­go przełożyła Agniesz­ka Ma­cie­jow­ska

Wstęp, Szwedz­kie sny, Szi­wa, Jak pro­wa­dzi­my wojnę – z języka an­giel­skie­go przełożyła Maja La­ver­gne

Re­dak­cja: Maja La­ver­gne, Anna Ja­giełło

Ko­rek­ta: Ani­ta Rejch, Do­mi­ni­ka Bu­kow­ska

Skład i łama­nie: Da­riusz Ziach

Pro­jekt okładki: Ma­rek Go­ebel

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-280-1642-2

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mar­cin Ka­pu­sta / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

8% z niczego Rury Siedem dobrych lat Nagle pukanie do drzwi Dżozef. Opowiadanie ze zbioru Siemion 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej