Tam i z powrotem. Podróż. Tom 1

Tam i z powrotem. Podróż. Tom 1

Autorzy: Tomasz Duszyński

Wydawnictwo: Paperback

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 392

cena od: 13.55 zł

W świetle odległych gwiazd trwa wojna... Tutaj nie ma miejsca na słabości. Flota zbuntowanych androidów Drakka zagraża Federacji. Wydaje się, że dni Sprzymierzonych dobiegły końca, a władzę w kosmosie obejmą bezduszne maszyny... Jest jeszcze jednak chłopak z Ziemi, Maks Barski, który zostaje wplątany w międzygalaktyczną intrygę. Przypadek? A może w rozgrywce macza palce trzecia siła?

W otchłani kosmosu trudno odnaleźć drogę do domu. Pozostaje siła woli, męstwo i przyjaźń. Czy Barski przetrwa tę próbę?

Przygotuj się na bardzo długą podróż, z przygodą tam... i z powrotem.

Uważaj! Ta powieść wciąga do ostatniej strony!

Tam i z powrotem. Tom 1. Podróż. Copyright © by Tomasz Duszyński 2013

Tam i z powrotem. Tom 1. Podróż. Copyright © by PAPERBACK 2013

Wydanie I

Strzelin 2013

ISBN: 978-83-936572-0-9

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Projekt okładki: Piotr Foksowicz

Redakcja: Dorota Pacyńska

Skład i korekta: Pracownia wydawnicza EDYTORIUM – www.edytorium.pl

Adres korespondencyjny wydawcy:

Paperback

skr. poczt. nr 1014

50-950 Wrocław 68

www.paperback.com.pl

paperback@poczta.fm

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Tam...

Stacja Alfa

DC 12

Kahirowie

Drakka

Tam...

Podobno wiele zależy od tego, czy rano wstanie się prawą nogą, czy lewą. Maks Barski oczywiście zawsze pilnował właściwej kolejności, mimo to dzisiejszy dzień nie zapowiadał się dla niego zbyt szczęśliwie. Ba, o takim dniu jak ten, wolałby zapomnieć, zanim się zaczął na dobre. Gdyby tylko można było go wyrwać z życiorysu jak kartkę z kalendarza, Maks zrobiłby to bez wahania.

Chłopak westchnął ciężko i popatrzył w niebo. Zbierało się na burzę. Niby nic niezwykłego. Upalnym latem szare napęczniałe chmury często przetaczają się po nieboskłonie. Jednak ta burza wydawała się Maksowi złowróżbna. Jakby jakieś obce siły zaplanowały, że właśnie dzisiaj będą mu robić na złość, a na niebie i ziemi rozpęta się prawdziwy armagedon. Co gorsza, chmury gromadziły się właśnie nad szkołą. Niebo pociemniało i stało się niebezpiecznie granatowe. W tym dramatycznym obrazie brakowało jedynie uderzeń świetlistych gromów.

Od parku powiał chłodny wiatr, unosząc w górę piasek i pył z chodnika. Chłopak zmrużył oczy, mimo to poczuł pod powiekami drobne, drażniące ziarna. Zaczął momentalnie łzawić. Ukradkiem otarł mokre policzki. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś go teraz zobaczył. Jakiś złośliwiec gotów pomyśleć, że się mazgai.

– Hej Maks, mazgaju! Nie becz, pała w dzienniku to nie hańba. Ja mam trzy i się nie rozklejam!

Sylwek Wroński z piskiem opon przejechał tuż obok Maksa. Mało brakowało, a zostawiłby ślady opon na jego butach. Nawet się nie obejrzał. Z potępieńczym reefem silnika swojego nowego skutera popędził w stronę szkoły, wzbijając za sobą piaszczysty tuman. Maks zazgrzytał zębami, chmura otoczyła go niczym nieprzenikniona ściana.

– Szpaner od siedmiu boleści! – wysyczał te słowa, niczym prawdziwy wąż gotów do ukąszenia przeciwnika. Wrona i tak nie był w stanie tego usłyszeć.

Maks momentalnie pożałował, że nie ma własnego skutera. Pokazałby temu osiłkowi, gdzie jego miejsce. Rodzice podobne pomysły wybijali mu jednak z głowy momentalnie. Miał być przecież wyjątkiem od reguły, zaprzeczeniem nieobliczalnych wyrostków myślących tylko o zabawie. Doskonały, wzorowy uczeń, duma i chluba rodu Barskich. Rozbijanie się na pojazdach szybszych od hulajnogi nie wchodziło w rachubę.

Znów ciężko westchnął. Cóż, rodziców czekało kolejne rozczarowanie. Potwierdzało to tylko jego teorię, że szesnasty rok życia jest bardziej pechowy od innych. Kolejnym dowodem na to był fakt, że dzisiaj musiał za karę drałować do budy na piechotę, a w dodatku już na pierwszej lekcji czekał go test z fizyki.

Zimna kropla spadła Maksowi na czubek nosa. Chmury stały się niemal czarne. Ściemniło się tak, jakby zbliżała się nie ósma rano, a co najmniej dziesiąta wieczorem. Chłopak przyspieszył. Nie chciał zmoknąć. Jakby mało było pecha, nie wziął ze sobą kurtki przeciwdeszczowej. W oddali błysnęło. Zupełnie tak, jakby ktoś użył aparatu z gigantyczną lampą błyskową.

– Jeden... dwa... – Nie zdążył doliczyć do trzech. Odgłos grzmotu był przeraźliwie mocny. Chłopak ścisnął mocniej pasek od plecaka i zaczął biec. Od budynku dzieliło go jeszcze kilkadziesiąt metrów.

Uczniowie przepychali się do wejścia. Niektórzy trzymali plecaki nad głowami, żeby uchronić się od deszczu, chociaż tak naprawdę jeszcze na dobre nie zaczęło padać. Inni przemierzali chodnik dostojnym krokiem; sprawiali wrażenie, że nic ich nie rusza.

Maks zasapał się po kilkunastu metrach. Miał nadzieję, że nie widzi go teraz Kostuch, wuefista. Na pewno po raz kolejny kazałby mu sprzątać wszystkie przyrządy po zajęciach. Gdy chłopak doczłapał do pierwszych schodów, odetchnął z ulgą. Zdążył schronić się pod daszkiem w momencie, w którym na ziemię runęła ściana deszczu.

Otarł pot z czoła. Kondycji nie miał w ogóle, był to problem wszystkich Gamersów. Rodzice Maksa uważali, że to przez ciągłe przesiadywanie przed komputerem. Pewnie mieli rację.

– Barski, do szkoły! Zara lekcje się zaczną!

W uchylonych drzwiach stała woźna. Patrzyła na Maksa, jakby był ogromnym tłustym pająkiem, któremu ma przysunąć miotłą po grzbiecie. Ta kobieta potrafiła szybko sprowadzić człowieka na ziemię.

– Przecież idę – odpowiedział. Obejrzał się jeszcze raz za siebie. Środkiem ulicy płynął już spory potok.

– Barski! – Głos woźnej stał się nagle piskliwy i urywany. – A to... bie co się dzie... je?

Kobieta cofnęła się o krok. Wyglądała na przerażoną. Maks poczuł, że rzeczywiście coś się z nim dzieje, coś dziwnego. Nieznośne swędzenie ogarnęło całe ciało, a włosy na głowie stanęły dęba. Miał wrażenie, że cebulki włosowe zaraz wyskoczą mu z czaszki.

– Do środka, migiem! – Woźna przytrzymała miotłą drzwi, żeby nie zamknęły się przed uczniem.

Spóźniła się. Barski poczuł najpierw mrowienie, a potem jakaś siła uniosła go do góry. Huk i błysk był potężny. W tym świetlistym wyładowaniu Maksowi wydało się, że coś zobaczył. Niby cień, ogromną twarz, która wpatrywała się w niego jak w laboratoryjny okaz. Wrażenie to jednak minęło w momencie, gdy wyrżnął plecami o betonowe podłoże. Szyby w oknach zatrzęsły się złowróżbnie, a alarmy samochodowe rozwyły jak stado wilków przy pełni księżyca. Tego wszystkiego Barski już jednak nie usłyszał.

<< >>

– Hej, kochanieńki! Obudź się żeż...

Ten słodki głos. Brzmiał zupełnie, jakby należał do niesamowicie pięknej dziewczyny, Ani Tarkowskiej z równoległej klasy. Blond anielica o błękitnych oczach i zadartym nosku. Wzorowa uczennica. Ideał. Maks, już kilka razy niemal zaprosił ją na herbatę w szkolnym barku...

– Barski! Otwieraj oczy, bo mnie z roboty wywalą!

Chłopak skrzywił się. Teraz ten głos był chrapliwy, wręcz zgrzytliwy, w niczym nie przypominał anielskiego śpiewu.

– Barski, zara wezwę pogotowie! Jak cię podłączą do jakiejś aparatury...

Te słowa podziałały na Maksa niczym zimny prysznic. Podniósł powieki i niemal od razu tego pożałował. Przed oczami zatańczyły mu czerwone, żółte i zielone plamy. Twarz woźnej wydała mu się dziwnie bezkształtna, jakby ulepiona z plasteliny. Falowała, rozmywała się, zupełnie jak przed teleportacją. Maks zamrugał powiekami raz, potem drugi. Twarz kobiety wróciła do normy, ale kolorowe plamy nie znikły, przestały się jedynie przemieszczać.

– Co... co to było?

– Piorun! Jak pie... uderzyło znaczy się, to ho, ho! Pierwszy raz tak widziałam! Aż mnie plomby w zębach rozbolały!

Barski usiadł i rozejrzał się. Ostrożnie obrócił głową w lewo i prawo. Nie poczuł, żadnego bólu, wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Powoli powracała też ostrość widzenia.

– Nic się nie pali? – Woźna podejrzliwie pociągnęła nosem.

– No, co pani... – Barski oburzył się, przyciągając do siebie plecak leżący pod ścianą.

– A, tak tylko... – Kobieta zaśmiała się nerwowo.

– Test! Rany! – Maks momentalnie skoczył na nogi. Chyba zrobił to nazbyt gwałtownie, bo zakręciło mu się w głowie. Gdyby nie ściana, o którą zdążył się podeprzeć, na pewno wyłożyłby się jak długi.

– Chłopcze! Może zaprowadzę cię do pielęgniarki? – krzyknęła za nim woźna. Wydawała się lekko zaniepokojona.

– Nie, dzięki. Nic mi nie jest!

Barski błyskawicznie pokonał korytarz i wbiegł po schodach na pierwsze piętro. Tam skręcił w stronę gabinetu fizycznego. Był spóźniony, on, Maks Barski spóźniony! I to jeszcze dzisiaj! Z poślizgiem wyhamował przy drzwiach. Z trudem uspokoił oddech i odruchowo przygładził włosy. Dopiero wtedy nacisnął klamkę. Wszedł do klasy, modląc się w duchu o łagodny wymiar kary.

– Maks? Ty i spóźnienie?

Fizyk, Stefan Korba patrzył ze zdziwieniem zza grubych okularów. Sprawdzał właśnie listę obecności. Spóźnienie u Maksa było czymś niezwykłym. Może nie był najlepszym uczniem, ale przynajmniej punktualnym. Koledzy z klasy zerkali na niego, nie mogąc powstrzymać głupkowatych uśmiechów.

– Przepraszam, bo to ta... burza... – Głos Maksa, który czuł się strasznie głupio, załamał się jak przypływ na falochronie.

– Burza? No tak... – Korba wydał się nagle poruszony. Wstał od biurka i wyjrzał przez okno, jakby oczekiwał kolejnej błyskawicy, najlepiej tuż, tuż, na szkolnym podwórku. Wydawało się, że nagle zapomniał nie tylko o Maksie, ale i o całej klasie.

Barski skwapliwie wykorzystał ten moment i, starając się nie robić hałasu, ruszył na swoje miejsce. Usiadł obok Mateusza Krochmala, kolegi, z którym grzał tę samą ławkę od czasów podstawówki. Przywitali się zdawkowo i uścisnęli sobie dłonie.

– Wyglądasz, jakby piorun w ciebie strzelił... – zachichotał Krochmal, zakrywając dłonią usta.

– A więc widziałeś? – zapytał drżącym z emocji głosem Barski. – Widziałeś, jak we mnie walnęło? Mówię ci, jeszcze mam mrowienie na skórze!

– No, co ty? – Mateusz spojrzał na kolegę jak na wariata. – Odbiło ci? Przecież żartuję. Włosy ci dęba stoją, pewnie za dużo żelu wrzuciłeś na skalp.

– Nie – obruszył się Maks. Znów przesunął dłonią po grzywce. Rzeczywiście przypominała w dotyku drucianą szczotkę. – We mnie naprawdę piorun strzelił, no właściwie obok mnie... Włosy mi się naelektryzowały i w dodatku coś mi się dziwnego dzieje z oczami...

– Tobie, Barski, to się ten... nie tylko na gały rzuciło... Tylko ten...

Maks obejrzał się przez ramię. W ławce za nim siedział Sylwek Wroński, przywódca Szpanerów i Borys Niedzielski, jego zastępca, autor tej wyjątkowo inteligentnej wypowiedzi. Barski z trudem powstrzymał język za zębami. Ostatnio obiecał sobie, że nie da się prowokować. Pomiędzy Gamersami a Szpanerami panowała ciągła wojna. Szpanerzy rządzili w szkole. Wyrośnięci, szerocy w barach, cały czas siłowali się na rękę i grali w piłkę. W budzie było prawdziwe boisko do nogi, ale Szpanerzy wybrali sobie wysoką, zieloną ścianę przy korcie. Właśnie o nią w każdej wolnej chwili obijali futbolówkę. To chyba jedyne, co im jako tako wychodziło.

– Dzisiaj klasówki nie będzie. – Korba właśnie przebudził się ze swoich rozmyślań. Odszedł od okna i podszedł do tablicy.

Wrzawa, która rozległa się w klasie, była trudna do opisania. Maks dałby głowę, że słyszy jak niejednemu z uczniów kamień spada z serca wprost na linoleum. Gdyby to były prawdziwe głazy, na pewno zarwałaby się pod nimi podłoga. Sam też odetchnął z ulgą. Momentalnie opuścił go nieprzyjemny ucisk w żołądku.

– Wyładowania atmosferyczne, ładunki elektryczne, maszyna elektrostatyczna – Korba zapisywał kredą na tablicy temat zajęć.

– A niech mnie! – Sylwek nachylił się w stronę Maksa. – Ty, Wieloryb... chyba czuć od ciebie spalenizną. Pewnie z mózgownicy zrobił ci się skwarek, to by wiele tłumaczyło...

Borys zarechotał głośno. Uderzył się przy tym kilka razy dłonią po brzuchu. Wyglądał zupełnie jak ten szympans, którego Maks widział w zoo. Zwierzak zaprzestał tej czynności dopiero, gdy opiekun podał mu banana.

– Głodny nie jesteś, Borys? – zapytał Barski.

– Eee? Że co? – Niedzielski popatrzył na Sylwka, jakby u niego szukał pomocy. Przynajmniej przestał klepać się po brzuchu.

Maks poszedł za ciosem. Momentalnie zapomniał o swoim postanowieniu nieulegania prowokacji. Mógł się, co prawda ugryźć w język, ale nie zdążył.

– Frankensteina ożywili piorunem, może z wami też się uda. Macie przecież wiele wspólnego... – palnął bez zastanowienia.

Sylwek zaczerwienił się i zacisnął pięści. Błyskawicznie rzucił się do przodu, jakby chciał złapać Barskiego za szyję.

– Sylwester Wroński! Maksymilian Barski! Macie natychmiast przestać!

Korba wyrósł przy ich ławkach jak spod ziemi. Zmierzył wzrokiem najpierw Sylwka, a potem Maksa. Barski dostrzegł w oczach fizyka rozczarowanie. Mimowolnie opuścił wzrok i zaczerwienił się po koniuszki uszu.

– Najpierw może któryś z was przypomni temat ostatniej lekcji?

Sylwek i Maks zmierzyli się wzrokiem.

– Elektromagnes – odezwał się w końcu Barski. – Wytwarzaliśmy pole magnetyczne...

– Przynajmniej jeden z was uważa... – Fizyk westchnął ciężko. – Weźmiecie udział w eksperymencie. Może to was trochę uspokoi...

– Piątek trzynastego – wyszeptał pod nosem Maks, ale chyba nikt tego nie usłyszał. Właśnie sobie uświadomił, jaki mają dzień tygodnia.

Wolno, wciąż z opuszczoną głową, ruszył za Sylwkiem w stronę tablicy. Czuł się źle. Lubił Korbę, nauczyciel był zawsze sprawiedliwy w ocenach. Teraz na pewno stracił wiele w oczach fizyka. A wszystko przez tego Sylwka.

– Wroński, z szafki numer cztery wyciągniesz maszynę elektrostatyczną i ustawisz ją na biurku. Tylko żeby każdy ją widział! I zrób to ostrożnie! – Korba wydawał rozkazy jak sierżant w wojsku. Był w swoim żywiole, wciąż zacierał dłonie. Na pewno sam nie mógł się doczekać eksperymentu. – A ty... Maks, opuścisz żaluzje w oknach. Ma tu być półmrok, tak żebyście się nie pozabijali, a żeby efekty były jak u Spielberga w „Gwiezdnych Wojnach”.

– Chyba u Lukasa, nie Spielberga – mruknął Wrona.

Na szczęście nauczyciel tego nie dosłyszał. Maks popatrzył za to z zainteresowaniem na Sylwka. Wyglądało na to, że chłopak ma trochę więcej zainteresowań niż tylko piłka nożna i nowy rodzaj żelu na włosy.

– Tak będzie dobrze, Maks. Wystarczy! Muszę jeszcze wszystkim pokazać urządzenie. – Korba złapał się pod boki i wyraźnie zadowolony omiótł uważnym spojrzeniem klasę. – Panie i panowie!

Fizyk właśnie w ten sposób zaczynał swoje wykłady. Każda z lekcji przypominała dokładnie wyreżyserowane przedstawienie. Chwilami w gabinecie fizycznym można było się poczuć jak w cyrku albo na scenie u Davida Copperfielda.

– Dzisiaj będziecie świadkami działania niesamowitego urządzenia, maszyny... maszyny... – nauczyciel zawiesił głos i uniósł palec do góry.

– Elektrostatycznej! – dopowiedziała klasa.

Maks uśmiechnął się, a Sylwek przeraźliwie głośno ziewnął.

– Tak jest. – Korba skinął głową zadowolony. – Maszyna elektrostatyczna służy do wytwarzania ładunków elektrycznych i wywoływania wyładowań elektrycznych. Składa się z dwóch tarcz izolacyjnych, które można obracać za pomocą korbki...

Nawet Maks nie był w stanie się powstrzymać i parsknął śmiechem. Korba jednak nie wydawał się zbity z tropu. Poczekał, aż klasa się uspokoi i kontynuował.

– Tutaj, na wysokości tarcz... – Fizyk pokazywał omawiane miejsca wskaźnikiem, który niczym czarodziejska różdżka pojawił się w jego dłoni – umocowane są pręciki z ostrzami nazywanymi grzebieniami. Ostrza te zbierają ładunki, które następnie są doprowadzone do tych dwóch kulek... iskierników.

Korba popatrzył na swoje audytorium. Wszyscy z uwagą słuchali tego, co ma do powiedzenia, postanowił więc kontynuować.

– Podczas obracania tarczy, co dzisiaj zobaczycie sami, powstają ładunki, które są zbierane przez grzebienie. – Wskaźnik znów powędrował w odpowiednie miejsce. – Gdy między tymi kulkami powstaje duża różnica potencjałów, następuje przeskok iskry! Prawda, że fascynujące?

Kilka osób z pierwszych rzędów zdecydowało się na skinięcie głową. Reszta milczała, czekając, co będzie dalej.

– Najlepiej zobaczyć to na przykładzie. – Korba odszukał wzrokiem Maksa. – Barski domknij żaluzje do końca. A ty, Sylwek zacznij kręcić... hmmm... korbką.

Maks znów podszedł do okna, lecz zanim wykonał polecenie, wyjrzał na zewnątrz. Po burzy nie było nawet śladu, ale z jego wzrokiem wciąż było coś nie tak. Gdy patrzył w niebo, na siatkówce oka pozostawał świetlny refleks. Plamki, kropki, większe i mniejsze, jakby wypalone od wpatrywania się w słońce. Jedna z tych plam miała nawet inny kolor, zielony, pozostałe były szare i niemal przezroczyste. Barski odczuł niepokój. Miał nadzieję, że te plamy znikną same, bał się iść do lekarza.

– Barski, nie śpij, zasłoń okna – powtórzył fizyk. – A ty Sylwek, kręć. Co jak co, ale kręcić to ty chyba potrafisz...

W klasie znów zrobiło się wesoło. Maks nie był w stanie dojrzeć wyrazu twarzy Wrony, ale mógł się założyć, że Sylwek pała teraz żądzą mordu.

– Co jest Wroński? Czemu nie kręcisz? – Korba podszedł do biurka i przyjrzał się z bliska poczynaniom ucznia.

– Bo, panie psorze, chyba się... korba urwała...

Maks dałby głowę, że w głosie Sylwka słyszy nieukrywaną satysfakcję. Wyglądało na to, że chłopak dopomógł korbce w tym nieszczęśliwym wypadku.

– Nic się nie urwało. – Nauczyciel odsunął Wrońskiego od maszyny, nachylił się nad nią i coś przy niej pomajstrował. – Teraz będzie dobrze, ale tym razem kręcić będzie Maks. A ty, Wrona... na mój sygnał będziesz odsuwał od siebie te dwa pręciki z kulkami. W ten sposób klasa zobaczy, jak wydłuża się i skraca iskra wyładowania...

Maks z ociąganiem podszedł do biurka. Takiego wyróżnienia to akurat nie chciał. Wyszło na to, że Sylwek nie potrafi poradzić sobie z prostą czynnością, a on ma go zastąpić. Fizyk chyba nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób wbijał ostatni gwóźdź do trumny Barskiego.

– Nie żyjesz, Maks, po lekcjach na boisku... stłukę cię na kwaśne jabłko – wysyczał Wrona.

Barskiemu przebiegły ciarki po plecach.

– Śmiało, kręć chłopcze! – zachęcał Korba. – Kręć, właśnie tak!

Maks zdębiał. Tak naprawdę zdążył jedynie podejść do urządzenia i chwycić korbę. Nie ruszył nią nawet na milimetr. Mimo to wszyscy usłyszeli głośny trzask i zobaczyli niebieską nitkę wyładowania pomiędzy dwiema kulkami.

– Sylwek, przesuń te dwa druty i oddal kulki od siebie...

Wroński zawahał się, ale chyba bardziej bał się posądzenia o tchórzostwo niż porażenia prądem, bo posłuchał. Maks tymczasem stał z szeroko otwartą buzią i wpatrywał się w to dziwne zjawisko. Miał nawet powiedzieć, że przecież on korbką nie rusza, ale wydało mu się to głupie.

W tym samym momencie niebieski zygzak wyładowania stał się grubszy, a w pomieszczeniu rozległ się głośny syk. Korba jednak nie zwrócił na to uwagi, stał odwrócony tyłem do urządzenia i tłumaczył uczniom działanie maszyny elektrostatycznej.

– Weź lepiej się od tego odsuń, Sylwek – ostrzegł Barski. Patrzył na urządzenie z coraz większym przerażeniem. Jak na jego nos zaczynało za bardzo drżeć i wibrować. W dodatku w powietrzu czuć było drażniący zapach.

– Masz cykora, to sam się odsuń – warknął Wrona. Słowa Maksa, nie wiedzieć czemu, zawsze działały na niego jak płachta na byka.

– W porzo. Niech ci będzie! – Maks wzruszył ramionami. – Pewnie, że się odsunę!

Miał już tego wszystkiego dość. Poczuł taką złość, że mało brakowało, a zdzieliłby Sylwka po łapach. Zbyt wiele spadło na niego dzisiejszego poranka. Wypuścił korbę z dłoni, ale to tylko pogorszyło sprawę.

Wrona nagle wrzasnął, jakby go obdzierano ze skóry. Włosy na głowie stanęły mu dęba. W powietrzu rozległ się kolejny donośny trzask. Iskra wyładowania rozbłysła, oświetlając pulsującym fleszem całą klasę. Zadrżała, napęczniała, a po chwili nie wiedzieć czemu przeskoczyła z metalowych kulek na dłonie Sylwka. Chłopak otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, nie wydobył jednak z siebie nawet słowa. Barski nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Niebieskie zygzaki wyładowań przeskakiwały pomiędzy zębami Sylwka, tak samo jak wcześniej pomiędzy kulkami w maszynie elektrostatycznej.

W klasie z blisko trzydziestu gardeł wydobył się okrzyk przerażenia.

– Jak w „Gwiezdnych Wojnach”, Lord Vader – szepnął mimowolnie Maks.

– Co się dzieje?! – wrzasnął Korba.

Fizyk skoczył pomiędzy Sylwka i Maksa i z całej siły pociągnął ich do tyłu. Zrobił to w ostatniej chwili. Maszyna elektrostatyczna ponownie zadrżała. W powietrzu rozległ się donośny trzask, a potem w huku i dymie, urządzenie rozpłynęło się w powietrzu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Impuls Pietia i Witia Co złego to nie my Droga do Nawi Staszek i straszliwie... pomocna szafa Pietia i Witia Tam i z powrotem. Podróż. Tom 1