Półbrat

Półbrat

Autorzy: Lars Saabye Christensen

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 918

Cena książki papierowej: 69.90 zł

cena od: 31.12 zł

Kultowa powieść Larsa Saabye Christensena po dziesięciu latach powraca do polskich księgarń! Każdy nosi w sobie ranę, która mimo upływu lat nie chce się zabliźnić. Barnum to ceniony scenarzysta filmowy, który w głębi duszy jest ciągle chłopcem rozpaczliwie poszukującym swojego miejsca w świecie. Całe jego życie jest definiowane przez traumę — piętno, którym naznaczona jest jego rodzina, ma związek z jego matką i przyrodnim bratem. Trzy pokolenia kobiet i dwaj chłopcy – rodzina z Oslo, w której życie wdarła się brutalnie w ostatni dzień II wojny światowej wielka historia. Fascynująca książka z pięknymi sylwetkami kobiet oraz mistrzowsko wplecionymi aluzjami filmowymi i literackimi. Półbrat po latach nadal jest uważany za jedną z najważniejszych książek w dorobku Larsa Saabye Christensena – klasyka współczesnej literatury norweskiej. Wyróżniona prestiżową Nagrodą Literacką Rady Nordyckiej powieść Saabye Christensena ukazała się po raz pierwszy w Polsce w 2004 roku i szybko zniknęła z rynku, zyskując status książki kultowej.
Spis treści

Karta redakcyjna

(festiwal)

Tytuł oryginału: HALVBROREN

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Korekta: WERONIKA KOSIŃSKA, ANNA PAWLIKOWSKA, JOANNA ZABOROWSKA

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Copyright © Cappelen Damm AS 200

© Copyright for the Polish translation by Iwona Zimnicka

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2014

Wydanie pierwsze: Izabelin 2004

ISBN 978-83-08-05684-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

(festiwal)

Trzynaście godzin w Berlinie i już wrak. To dzwonił telefon. Słyszałem go. Obudził mnie. Ale ja byłem gdzie indziej. Byłem obok. Byłem odłączony. Byłem nieuziemiony. Nie miałem długiego sygnału, tylko serce, które waliło ciężko, nierytmicznie. Telefon dalej dzwonił. Otworzyłem oczy, wynurzając się z płaskiej ciemności bez obrazów. Mogłem teraz zobaczyć swoją dłoń. Nie był to szczególnie piękny obraz. Dłoń się zbliżyła. Dotknęła mojej twarzy, na próbę, jak gdyby obudziła się z kimś obcym w łóżku, przyczepiona do ramienia innego człowieka. Na widok krótkich palców zrobiło mi się nagle niedobrze. Leżałem dalej. Telefon nie przestawał dzwonić. Słyszałem jakieś ciche głosy, od czasu do czasu stękanie, czyżby ktoś już za mnie odebrał? No to dlaczego ciągle dzwonił? Dlaczego ktoś był w moim pokoju? Czyżbym mimo wszystko nie położył się sam? Odwróciłem się. Zorientowałem się, że głosy dochodzą z telewizora. Dwaj mężczyźni z jedną kobietą. Nie wyglądała na zadowoloną, raczej na obojętną. Miała tatuaż na pośladku, motyla, w żałośnie niewłaściwym miejscu. Posiniaczone uda. Bladzi mężczyźni z nadwagą prawie nie mieli erekcji, lecz się nie poddawali, stękali głucho, biorąc kobietę ze wszystkich możliwych stron. Było to nieporadne i ponure. Obojętność na twarzy kobiety na moment zastąpił grymas bólu, kiedy jeden z mężczyzn trzepnął ją obwisłym fiutem w usta i uderzył. Dłoń zniknęła z mojej twarzy. Zaraz potem obraz zgasł. Gdybym wystukał numer mojego pokoju, mógłbym jeszcze przez dwanaście godzin oglądać pay-tv. Nie chciałem już nic oglądać. Nie pamiętałem numeru pokoju. Leżałem w poprzek łóżka, do połowy wypełzłem z marynarki, prawdopodobnie podejmując próbę zaśnięcia w przyzwoity sposób, rozebrany i normalny, ale najwyraźniej dalej nie dotarłem, zanim zgasło światło w najdalszej pakamerze w lewym skrzydle głowy. Tak, jeden but stał na parapecie. Czyżbym wcześniej sam tam stał i podziwiał widok, czy też myślałem o czymś zupełnie innym? Możliwe. Niemożliwe. Nie miałem pojęcia. Bolało mnie kolano. Znów odnalazłem rękę. To była moja ręka. Pchnąłem ją w stronę nocnego stolika, ale kiedy tam zawisła, jak chory ptak z rozłożonymi skrzydłami nad białym szczurem mrugającym czerwonym, złowieszczym okiem, telefon przestał dzwonić. Ręka pofrunęła do domu. Od tyłu nadciągnęła cisza, rozsunęła naprężony zamek błyskawiczny na moich plecach i jęzorem z żelaza oblizała mój kręgosłup. Nie poruszałem się przez długi czas. Musiałem odzyskać poziom. Zielona bańka powietrza powinna wkrótce znieruchomieć w przekrzywionym mięsie, w zagłębieniu duszy. Niczego nie pamiętałem. Wielka gumka do ścierania popracowała nade mną, jak tyle razy wcześniej. Niemało takich gumek zużyłem. Pamiętałem jedynie, jak się nazywam, no bo kto mógłby zapomnieć takie imię: Barnum. Barnum! Za kogo właściwie uważają się ci rodzice, którzy skazują swoich synów i swoje córki na dożywotnie więzienie za kratami liter? Nie możesz po prostu zmienić imienia? – pytali ci, którzy nie wiedzieli, o czym mówią. Bo to nie pomaga. Imię prześladuje cię podwójnym wstydem, jeśli próbujesz się go pozbyć. Barnum! Pół życia przeżyłem z tym imieniem. Już prawie zaczynałem je lubić. To było najgorsze. Nagle zorientowałem się, że trzymam coś w drugiej ręce, kartę klucz, neutralny płatek plastiku z układającą się w określony wzór pewną liczbą dziurek, który można wsunąć do bankomatu drzwi, a potem opróżnić konto pokoju, jeśli nie wyczyścił go już poprzedni gość, który zostawił jedynie obgryzione paznokcie pod łóżkiem i zagłębienie w materacu po ciężkich snach. Mogłem znajdować się wszędzie. W pokoju w Oslo, w pokoju na Røst, w pokoju bez widoku. Walizka stała na podłodze, stara, milcząca walizka, jeszcze nieotwarta, zresztą i tak pusta, nie było w niej oklasków, tylko scenariusz, w pośpiechu nakreślone strony. Wszedłem i wyszedłem. To ja. Wszedłem, wyszedłem i przyczołgałem się z powrotem. Ale jeszcze umiałem czytać. Na krześle przy oknie wisiał biały hotelowy szlafrok. I na nim zobaczyłem nazwę hotelu. Kempinski. Kempinski! A potem usłyszałem miasto. Usłyszałem Berlin. Usłyszałem koparki ze wschodu i kościelne dzwony na zachodzie. Podniosłem się powoli. Ten dzień już trwał. Zaczął się beze mnie. Teraz coś sobie przypomniałem. Byłem umówiony. Czerwone oko telefonu nie przestawało mrugać. To była jakaś wiadomość dla mnie. Pieprzyłem to. Peder mógł poczekać. Kto mógł dzwonić i zostawiać wiadomości o tej porze, jak nie Peder? Oczywiście, że to Peder. On może poczekać. Peder umie czekać. Ja go nauczyłem. Nikt, kto zachował choć odrobinę rozumu, nie wyznacza spotkań rano przed lunchem pierwszego dnia pobytu w Berlinie, tylko Peder, mój przyjaciel, mój partner, mój agent, on umawiał się przed śniadaniem, bo Peder stał się człowiekiem dobrze ułożonym. Było za dwie wpół do pierwszej. Cyfry, kanciaste pismo pod martwym ekranem telewizora, świeciły na zielono i zmieniły się we wpół do pierwszej dokładnie pomiędzy dwoma nieformalnymi uderzeniami serca. Zrzuciłem ubranie, otworzyłem minibar i wypiłem dwa jägermeistry. Utrzymały się. Wypiłem jeszcze jednego i poszedłem do łazienki wyrzygać się na wszelki wypadek. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadłem. Zakładka na rolce papieru toaletowego była nietknięta. Nawet nie byłem w kiblu. Umyłem zęby, narzuciłem szlafrok, wsunąłem stopy w białe hotelowe kapcie i przed wyjściem zobaczyłem, że czerwone oko telefonu wciąż się na mnie gapi, ale Peder mógł zaczekać, taką miał pracę. Peder potrafił ględzić, dopóki pokój, w którym siedział, nie stanął w ogniu.

Zjechałem windą na basen, wypożyczyłem kąpielówki, wypiłem piwo i jeszcze jednego jägermeistra; zdołałem przepłynąć trzy długości, zanim poczułem się wycieńczony. Leżałem na skorupie wody. Z niewidocznych głośników płynęła muzyka klasyczna, oczywiście Bach, wersje syntetyczne, nietknięte ludzką ręką. Kilka pań unosiło się na wodzie. Robiły to po amerykańsku, leżały nieruchomo na plecach z ramionami jak skrzydła, były w okularach słonecznych, które musiały stale podsuwać na czoło, żeby lepiej widzieć, żeby napotkać czyjeś spojrzenie, bo może o basen zahaczy Robert Downey, Al Pacino w butach na koturnach, albo mój stary przyjaciel Sean Connery, postawiłbym mu wtedy dużego drinka i podziękował za poprzednie miłe spotkanie. Ale na horyzoncie nie pojawił się nikt z tego piętra niebios, a na mnie nie warto było zawiesić oka. Panie z powrotem nasunęły okulary na oczy i dalej unosiły się na wodzie, wolno poruszając sinymi ramionami, zanurzone w chlorze anioły o nadmuchanych brzuszkach. Nieoczekiwanie poczułem się od tego bardzo spokojny, wycieńczony, spokojny i prawie wesoły. Ja też unosiłem się na wodzie. Unosiłem się po norwesku, z rękami wzdłuż boków, poruszając palcami jak szuflami, żeby utrzymać równowagę, pływalność, sunąłem nogami do przodu. Osiągnąłem teraz poziom. Potem pojawił się lęk, zawsze nadciągał równie gwałtownie, chociaż wiedziałem, że przyjdzie, jak śnieg. Lęk zaczął podskubywać mój spokój. Lęk wypijał mój spokój. Czy coś się wydarzyło w nocy? Powinienem komuś kupić kwiaty, kogoś przepraszać, prosić o wybaczenie, pracować dla kogoś za darmo, lizać po tyłku? Nie miałem pojęcia. Wszystko mogło się zdarzyć. Znalazłem się w niewoli podejrzeń. Obróciłem się, robiąc fale, które zakołysały amerykańskimi damami, wspiąłem się po chropowatych stopniach jak garbaty hermafrodyta z niedorozwojem organów płciowych, usłyszałem cichy śmiech ponad wodą i w tej samej chwili z szatni wyłonił się Cliff Richard, naprawdę, nie kto inny, w hotelowym szlafroku i kapciach. Włosy leżały mu na głowie jak koturn, a twarz miał świeżą, naciągniętą. Przypominał mumię, która uciekła z piramidy lat sześćdziesiątych. Innymi słowy, trzymał się świetnie i panie zaczęły się trochę popisywać, oddychały jak przyjacielsko usposobione morświny, chociaż Cliff być może nie zajmował najwyższego miejsca na ich listach marzeń. Dla mnie jednak był więcej niż dobry. Sprawił mianowicie, że na chwilę zapomniałem o lęku, samą swoją obecnością podarował mi chwilę przerwy, tak jak wtedy, w tamtym życiu, które jest naszą historią, moją i Freda, i które nazywam po prostu w t e d y, kiedy siedziałem w naszym pokoju, wtedy, na Kirkeveien, z uchem przyklejonym do gramofonu i słuchałem Livin’ Lovin’ Doll, a Fred niemy leżał na łóżku z szeroko otwartymi oczami, nie mówił od dwudziestu dwóch miesięcy, tyle samo, ile trwa ciąża słoni, nie wypowiedział ani jednego słowa od śmierci Starej i wszyscy już zrezygnowali z nakłaniania go do mówienia, matka, Boletta, wychowawczyni, szkolny dentysta, Esther z kiosku, Bóg i zwykły człowiek, nikt nie zdołał wyciągnąć z niego ani słowa, a przynajmniej nie ja. Ale kiedy podniosłem ramię gramofonu, chcąc puścić Livin’ Lovin’ Doll po raz dwudziesty, Fred wstał z łóżka, wyrwał rączkę, zszedł na podwórze, cisnął cały gramofon do śmietnika i zaczął mówić. Potrzebny był do tego jakiś Cliff. I za to chciałem mu podziękować. Ale sir Cliff Richard po prostu ominął mnie szerokim łukiem, wsiadł na rower treningowy pomiędzy lustrami w rogu i ruszył ku własnemu odbiciu, ani trochę się do niego nie zbliżając, jak mumia z łokciem tenisisty. A moja ręka przesunęła się po ladzie baru i podniosła pierwszą rzecz, na którą natrafiła, dżin z tonikiem, prawdziwy cukierek. Cztery zegary wskazywały czas w Nowym Jorku, Buenos Aires, Dżakarcie i Berlinie. Poprzestałem na Berlinie. Za piętnaście druga. Peder się teraz pocił. Peder konwersował, przepraszał, przynosił piwo, kawę, sandwicze, dzwonił do hotelu, poszukiwał mnie, zostawiał wiadomości, biegał po centrum prasowym, kiwał głową wszystkim, których poznawał, kłaniał się wszystkim, których nie znał, i wręczał wizytówki wszystkim, którzy nie poznawali jego. Prawie słyszałem, jak mówi: Barnum niedługo przyjdzie, na pewno po prostu poszedł okrężną drogą, wiecie jak to jest, prawda, dobre pomysły najczęściej rodzą się w roztargnionych głowach, ja jestem tylko praktycznym umysłem, który ma je uwidocznić, wypijmy za Barnuma! Owszem, Peder zdecydowanie się teraz pocił i dobrze mu tak. Wybuchnąłem śmiechem, śmiałem się głośno na brzegu basenu w hotelu Kempinski, w czasie gdy Cliff Richard ścigał się na rowerze z trzema lustrami i tłustymi spojrzeniami amerykańskich pań, i wtedy, równie nagle jak pojawiły się lęk i śmiech, tak samo uderzył mnie cień. Co we mnie wstąpiło? Cóż za opaczna ekstaza mnie ogarnęła, jakie czarne szczęście mnie pochłonęło? Czy to ostatni śmiech, zanim nadejdzie to, o czym jeszcze nic nie wiedziałem, lecz czego mimo wszystko bałem się najbardziej? Zrobiło mi się zimno. Przez moment zachwiałem się na zielonych marmurowych płytkach. Wessałem w siebie śmiech. Przywołałem go z powrotem. To nie była cisza przed burzą. To była ta cisza, od której koty drżą, na długo zanim spadnie deszcz.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Magnes Beatlesi. Powieść Odpływ Półbrat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie