ZaSYPAny. Życie na zakręcie

ZaSYPAny. Życie na zakręcie

Autorzy: Igor Sypniewski Paweł Hochstim Żelisław Żyżyński

Wydawnictwo: Buchmann

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB

Ilość stron: 330

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 20.80 zł

„Nie pijesz – nie grasz. Pijesz – może zagrasz” – usłyszał wchodząc jako 17-latek do szatni pierwszej drużyny Łódzkiego Klubu Sportowego. Uznał wtedy, że ma duże szanse na karierę, bo przecież o jego talencie już wtedy zaczynały krążyć legendy, a pić zaczął w wieku 9 lat… Igor Sypniewski miał w życiu wszystko. Grał na wielkich stadionach, gdzie zachwycał setki tysięcy kibiców. Teraz nie ma nic.

Ta książka to podróż po pięknych europejskich stadionach, ale także próba dotarcia do skrywanych wcześniej głęboko tajemnic. Sypniewski zmarnował swój talent, a teraz dopuszcza do mrocznych zakamarków swojej duszy wszystkich tych, którzy chcą zrozumieć, jak to się stało.

za­SY­PA­ny

Życie na zakręcie

Igor Syp­niew­ski

Żelisław Żyżyński

Paweł Hoch­stim

Co­py­ri­ght© Żelisław Żyżyński, Igor Syp­niew­ski, Paweł Hoch­stim, 2014

Re­dak­cja: Re­na­ta Sur­macz

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Żak

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: ©gra­FIK

Zdjęcie na okładce: ART PRESS PHO­TO AGEN­CY Ar­tur Kra­szew­ski

Skład i łama­nie: IN­SAT­SU Mi­chał Żele­znia­ko­wicz

Ko­or­dy­na­cja: AS Ar­ka­diusz Se­idler

Wy­daw­ca:

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN: 978-83-280-1633-0

All Ri­ghts re­se­rved.

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być prze­dru­ko­wy­wa­na ani w ja­ki­kol­wiek inny sposób re­pro­du­ko­wa­na czy po­wie­la­na me­cha­nicz­nie, fo­to­op­tycz­nie, za­pi­sy­wa­na elek­tro­nicz­nie lub ma­gne­tycz­nie, ani od­czy­ty­wa­na w środ­kach pu­blicz­ne­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

i Mar­cin Ka­pu­sta / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Spis treści

Dedykacja

Zanim spotkam Beckhama…

1. Lepszy od Lubańskiego?

2. Sypniewski, chłopak z Bałut

3. Być jak Krzysztof Surlit

4. Podania od Wieszczyckiego

5. Równo z Sotomayorem

6. Lato czeka, a po Grześku czeka Beckham

7. Węgrzyn na dzień dobry

8. Franz, Frankowski i inni

9. Jestem jak Paul Gascoigne

10. Ibrahimović i Sypa, tak miało być

11. W szkole Łobanowskiego

12. Przyjechał nawet Schwarz

13. W pokoju z Wichniarkiem

14. Osiem lat po Seamanie. Skazany

Rozmowa z Jonasem Thernem, trenerem Igora

Rozmowa ze Stefanem Sypniewskim, ojcem Igora

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

ro­dzi­com

Za­nim spo­tkam Bec­kha­ma…

Otwie­ram oczy i przez mo­ment za­sta­na­wiam się, gdzie je­stem. Ból głowy ja­sno daje znać, że kil­ka go­dzin wcześniej przyjąłem kil­ka bro­warów, ale pokój, w którym leżę, nie jest izbą wy­trzeźwień. Ból głowy też jest znacz­nie mniej­szy niż na wy­trzeźwiałce, zresztą daw­no tam nie byłem.

Im­pre­zy kończo­ne prze­rwa­nym fil­mem zda­rzają mi się re­gu­lar­nie, ale to nie jest ten przy­pa­dek. Leżę w łóżku w do­brym ho­te­lu – bar­dzo do­brym – a to ozna­cza, że je­stem na ko­lej­nym wy­jaz­do­wym me­czu Pa­na­thi­na­iko­su. Na sto­le kil­ka pu­szek po pi­wie, po­piel­nicz­ka pełna nie­do­pałków, ale to aku­rat nor­mal­ny ob­ra­zek, nic no­we­go. Nic co mogłoby mnie zdzi­wić lub za­in­te­re­so­wać, zwłasz­cza na kacu, zwłasz­cza, że żadna z tych pu­szek nie jest pełna i nie daje na­dziei na szyb­szy powrót do for­my, a ta będzie mi po­trzeb­na już za kil­ka go­dzin. Przy­po­mi­nam so­bie, że je­stem w Man­che­ste­rze i dziś o godz. 20.45 za­gram na Old Traf­ford. Trze­ba wy­trzeźwieć, bo choć za­cznę pew­nie na ławce, to zionąć w szat­ni pi­wem ra­czej nie wy­pa­da. To w końcu Liga Mistrzów...

O tym, że Man­che­ster będzie dla mnie szczęśliwy, wie­działem już wcześniej, w po­nie­działek. Mój szczęśliwy zbieg oko­licz­ności miał chy­ba na imię Ma­ciek i był kel­ne­rem w na­szym ho­te­lu. Ma­ciek, nie Mike. Był Po­la­kiem, choć nie mówimy o cza­sach, w których Po­la­cy mo­gli le­gal­nie pra­co­wać w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Wspo­mi­nam cza­sy, w których trzech Po­laków re­gu­lar­nie występowało w jed­nym klu­bie w Li­dze Mistrzów, byłem jed­nym z nich. Józek Wan­dzik i Krzy­siek Wa­rzy­cha na bro­wa­ry tuż przed me­czem by so­bie nie po­zwo­li­li, ale to były cza­sy, gdy już nie miałem in­ne­go wyjścia – mu­siałem pić. Wie­czo­ra­mi po to, żeby zasnąć, in­a­czej zwy­czaj­nie nie dawałem rady. 20 li­sto­pa­da 2000 roku miałem ten sam pro­blem, tyl­ko on kołatał mi się w głowie. Kupić piwo, wypić, spo­koj­nie za­mknąć oczy.

Wiem, po­wi­nie­nem te­raz w wy­obraźni roz­gry­wać nie­od­legły mecz, myśleć, jak za­trzy­mać Da­vi­da Bec­kha­ma, jak ograć Gary’ego Ne­vil­le’a, ale... miałem inne, na­prawdę ważniej­sze dla mnie zmar­twie­nia. Skąd, do cho­le­ry, wziąć piwo?! Prze­cież nie wyjdę na ulicę w dre­sie Pa­na­thi­na­iko­su i nie za­py­tam prze­chod­niów, gdzie jest mo­no­po­lo­wy? Gdy­bym jesz­cze znał an­giel­ski, to może i coś bym w tym kie­run­ku kom­bi­no­wał, ale mówiłem tyl­ko po pol­sku i po grec­ku. Tak, sy­tu­acja nie wyglądała różowo, dopóki do mo­je­go po­ko­ju nie za­pu­kał ten Ma­ciek – nieMa­ciek. Na­prawdę nie pamiętam, czy właśnie tak miał na imię, ale li­czyło się to, że był Po­la­kiem i że chętnie zgo­dził się pod­rzu­cić mi do po­ko­ju kil­ka piw. Trze­ba mieć moje szczęście, żeby boy ho­te­lo­wy w Man­che­ste­rze mógł tak bar­dzo pomóc.

Chłopak przy­niósł piwa i zo­stał chwilę po­ga­dać. Pa­trzył za­fa­scy­no­wa­ny i pytał, jak to jest grać w Li­dze Mistrzów, co czuję przed występem w Te­atrze Ma­rzeń. Cóż… Od­po­wia­dałem, że nie mogę się do­cze­kać gry. Sączyłem bro­wa­ra i tłuma­czyłem, że, moim zda­niem, ten cały Bec­kham, to nie jest wiel­ki gracz. Nadal tak uważam i choć wie­lu się śmie­je, gdy to mówię – grałem prze­ciw­ko wie­lu lep­szym. Ma su­per ude­rze­nie, dośrod­ko­wa­nie z rzu­tu wol­ne­go i rożnego, ale nie ma ta­kiej ma­nia­ny, jak... Jak choćby ja.

– Jego ta­lent w porówna­niu z moim, to tyle co nic. On to wszyst­ko ma wy­pra­co­wa­ne, wy­tre­no­wa­ne, ja do­stałem dar od Boga – mówię chłopa­ko­wi, a on pa­trzy jak na wa­ria­ta.

– Ale jak to będzie, gdy już wej­dziesz do szat­ni na Old Traf­ford, jak usłyszysz hymn Ligi Mistrzów? – za­da­je te same py­ta­nia, co każdy. Od­po­wia­dam szcze­rze, bo kłamać nie umiem, że wejdę do szat­ni i po­cze­kam na właściwy mo­ment, żeby po ci­chu za­pa­lić tam, gdzie są prysz­ni­ce, le­piej się po­czuć przed me­czem. Gość przez chwilę nie wie, czy żar­tuję, czy mówię se­rio, ale prze­cież wi­dzi mnie z bro­wa­rem i fajką ja­kieś kil­ka­naście go­dzin przed me­czem, więc od­po­wiedź na­su­wa się błyska­wicz­nie. Oj, mu­siał się zdzi­wić nie mniej niż ja sam, gdy usłyszał moje na­zwi­sko w pierw­szym składzie, a po­tem zo­ba­czył kil­ka ak­cji, w których kręciłem tym jego Bec­kha­mem, jak ba­ran­kiem, biorąc na naj­prost­szy zwód, na za­mach.

Nie żebym słyn­ne­go An­gli­ka lek­ce­ważył. Do­brze wiem, że gość jest le­gendą świa­to­wej piłki, mul­ti­mi­lio­ne­rem, sym­bo­lem fut­bo­lu, a ja... scho­ro­wa­nym 37-lat­kiem siedzącym w miesz­ka­niu mat­ki na łódzkich Bałutach. W 2000 roku nikt jed­nak nie mógł wie­dzieć, że się to wszyst­ko tak po­to­czy, a na­wet gdy­bym ja to wie­dział – i tak nie miałoby to żad­ne­go zna­cze­nia. Bo wte­dy, gdy w li­sto­pa­do­wy wieczór obaj słucha­liśmy hym­nu Ligi Mistrzów na tym sa­mym bo­isku, na oczach po­nad 70 tysięcy widzów na sta­dio­nie i kil­ku mi­lionów przed te­le­wi­zo­ra­mi, byliśmy so­bie równi. I nie sądzę, żebym de­ner­wo­wał się me­czem bar­dziej niż Bec­kham, Fa­bien Bar­thez, czy ci dwaj twar­dzie­le ze środ­ka pola, Paul Scho­les i Roy Ke­ane. Owszem, gdy tre­ner An­ge­los Ana­sta­sia­dis prze­czy­tał skład i powie­dział, że z le­wej stro­ny po­mo­cy za­gra Syp­niew­ski, oprócz za­sko­cze­nia po­czułem ad­re­na­linę. Przy hym­nie Ligi Mistrzów też moc­niej zabiło ser­du­cho, ale część stre­su ule­ciała po pierw­szej faj­ce w szat­ni – bo za­zwy­czaj wy­pa­lałem dwie – a resz­ta, gdy za­gwiz­dał sędzia.

Na bo­isku stre­su nie czułem. Gdy za­czy­nała się gra, za­wsze miałem luz. Właśnie wte­dy i w tych chwi­lach, w których sie­dzie­liśmy, piliśmy i ga­da­liśmy z kum­pla­mi z osie­dla, czułem się naj­le­piej, wie­działem, że nikt mi nie zro­bi krzyw­dy. Na bo­isku – na każdym bo­isku świa­ta – i na Bałutach. Na do­brej mu­ra­wie lub na be­to­nie, byle z piłką przy no­dze. I przy na­szej ławecz­ce lub mur­ku w oko­li­cach Su­kien­ni­czej i Łagiew­nic­kiej – tam byłem u sie­bie, w swo­im śro­do­wi­sku. Kon­tro­lo­wałem sy­tu­ację, tam wie­działem, że je­stem do­bry i nikt nie będzie się ze mnie śmiać. Nie­ste­ty w życiu bywało już go­rzej. Znacz­nie go­rzej.

Chłopa­ko­wi w ho­te­lu po­wie­działem, że mam większy ta­lent od Bec­kha­ma i... do dziś tak uważam. Zga­dzam się z tymi, którzy mówili, że ta­kie­go daru od Boga jak Sy­pek w pol­skiej piłce nie miał nikt od czasów Włod­zi­mie­rza Lubańskie­go. Jeśli ktoś mi mówi, że pol­ska piłka mogła wyglądać in­a­czej, gdy­bym nie prze­niósł się w 2002 roku do Wisły Kraków, lecz jako naj­lep­szy li­go­wy piłkarz po­je­chałbym na mi­strzo­stwa świa­ta do Ko­rei i Ja­po­nii, uważam, że... tak mogło być. Tyle, że ja swój ta­lent prze­piłem, roz­puściłem jak wszyst­kie za­ro­bio­ne na piłce pie­niądze, a za­ro­biłem spo­ro. Gdy zacząłem za­ra­biać, całe osie­dle wie­działo, że jak Sy­pek wy­gry­wa, to bawią się wszy­scy, którzy chcą się bawić. Bywało, że pół Ko­zin pi­ja­ne cho­dziło. Wte­dy nie myślałem, co będzie da­lej.

Dziś siedzę w miesz­ka­niu mamy i za­sta­na­wiam się, co ze sobą zro­bić. Swo­ich daw­nych goli nie oglądam, wolę po­pa­trzeć na ja­kieś te­le­dy­ski, posłuchać mu­zy­ki. Na sport zerknę w te­le­wi­zji, ale gdy leci Liga Mistrzów, to wca­le nie muszę jej oglądać. Cza­sem za­sy­piam za­raz po hym­nie.

Mam pro­ble­my. Kil­ka lat temu, na­wet nie wiem kie­dy, prze­szedłem udar i dla­te­go mie­wam kłopo­ty z pamięcią. Cza­sem za­czy­na na­gle drżeć mi ręka, a bywało tak, że trząsłem się cały. Neu­ro­log mówi, że to właśnie z po­wo­du tego uda­ru. Nie­wy­klu­czo­ne, że po­ja­wił się dla­te­go, bo prze­pi­jałem leki.

Cześć, na­zy­wam się Igor, mam 40 lat i je­stem al­ko­ho­li­kiem. Po­wie­działbym, że byłem, ale to po­dob­no zo­sta­je na całe życie i fakt, że nie piję od po­nad dwóch lat, nie ma zna­cze­nia. Je­stem al­ko­ho­li­kiem, a byłem piłka­rzem, do­brym piłka­rzem. Lep­sze­go nie znałem. Głupsze­go też nie. Bo prze­cież nie tyl­ko pech, zwłasz­cza pech do lu­dzi, spra­wił, że tak się to wszyst­ko po­to­czyło. Że wszyst­ko prze­je... Prze­sy­pałem. Że dziś czuję się cza­sa­mi, jak­by już żyw­cem za­sy­pa­no mnie w gro­bie.

Cześć, na­zy­wam się Igor, mam 40 lat i je­stem al­ko­ho­li­kiem.

1. Lep­szy od Lubańskie­go?

Ta­aak, byłem zdzi­wio­ny, że wy­chodzę na mu­rawę Old Traf­ford po to, żeby grać od początku, a nie tyl­ko usiąść na ławce i spo­koj­nie cze­kać na drugą połowę. Stra­chu nie czułem ani przez mo­ment. Gdy tre­ner An­ge­los Ana­sta­sia­dis wy­czy­tał moje na­zwi­sko, gdy Krzy­siek Wa­rzy­cha po­twier­dził mi w szat­ni, że do­brze usłyszałem i że wyjdę w je­de­na­st­ce, po­czułem ad­re­na­linę.

Jeśli spo­dzie­wałem się, że za­cznę na ławce, to na pew­no nie dla­te­go, że nie wie­rzyłem w sie­bie. Za­wsze wie­rzyłem i za­wsze byłem pew­ny swo­je­go. Dwójkę na­past­ników two­rzy­li jed­nak Gu­cio Wa­rzy­cha i Ni­kos Li­be­ro­po­ulos, co spra­wiało, że tra­fiałem często na lewą stronę po­mo­cy. Obaj nie do ru­sze­nia – pierw­szy już był le­gendą, dru­gi – miał wszyst­ko, aby le­gendą się stać. W klu­bie, ba, w całej Gre­cji wiązano z nim ogrom­ne na­dzie­je, a wte­dy do­dat­ko­wo wal­czył o wiel­ki kon­trakt. I było wia­do­mo, że go do­sta­nie: jeśli nie w An­glii od sir Ale­xa Fer­gu­so­na, to nowy – w Ate­nach. Ni­kos miał ogrom­ny ta­lent: świet­ny strzał obie­ma no­ga­mi, do tego tech­ni­ka, gra głową, in­stynkt pod bramką. Porządnie się zdzi­wiłem, gdy zo­ba­czyłem go w składzie Greków pod­czas mi­strzostw Eu­ro­py w 2012 roku. Kil­ka­naście lat wcześniej nie czułem się od nie­go gor­szy, wte­dy ra­zem gra­liśmy w Pa­na­thi­na­iko­sie, dużo star­szy też nie byłem. On miał miej­sce w ata­ku, bo był Gre­kiem, ulu­bieńcem pu­blicz­ności i tyl­ko tym wy­gry­wał. Pod­czas Euro 2012 za­grał na sta­dio­nie Na­ro­do­wym, a ja… no cóż, te me­cze oglądałem w te­le­wi­zji. W sil­nej re­pre­zen­ta­cji Gre­cji wystąpił prze­cież 76 razy, a ja w na­szej ka­drze – za­le­d­wie dwa i to to­wa­rzy­sko. Ale wte­dy na mu­rawę Old Traf­ford wy­szliśmy obaj, ramię w ramię. I wie­działem, że Ni­kos też się nie boi. Jak to mówiliśmy na Bałutach: nie pęka.

Pierw­szy kon­takt z Te­atrem Ma­rzeń był… dziw­ny. Wy­szliśmy na roz­grzewkę, a na try­bu­nach było może 3 tysiące widzów. Pu­chy. Gdy scho­dzi­liśmy do szat­ni, ze­brało się może ja­kieś 6 tysięcy, a prze­cież to Liga Mistrzów, do cho­le­ry! W porządku, Pa­na­thi­na­ikos to nie był Ajax Am­ster­dam, czy Ju­ven­tus Tu­ryn, ale za ogórków trud­no było nas uważać… Ta­kie myśli przez mo­ment po­ja­wiły się w mo­jej głowie, ale szyb­ko zniknęły i do­brze: kil­ka mi­nut przed 20.45, gdy wy­cho­dzi­liśmy na mecz, ki­biców słyszałem już na początku tu­ne­lu. Był kom­plet.

Grając na po­zy­cji le­we­go po­moc­ni­ka dawałem radę. Dokład­nie tak: dawałem radę. To była dla mnie nowa po­zy­cja, taka na której gry­wałem tyl­ko kie­dyś w ju­nio­rach ŁKS, ale wiel­kie­go pro­ble­mu nie miałem. Wszyst­ko dzięki ojcu i mo­je­mu pierw­sze­mu tre­ne­ro­wi, Ja­sio­wi Lir­ce, którzy po długich dys­ku­sjach do­szli do wnio­sku, że będę lep­szym piłka­rzem, jeśli stanę się… le­wo­nożny. Spo­tkało się dwóch panów i usta­li­li, że będą młode­mu robić na złość … Każdy chłopak na tre­nin­gu mógł grać, jak chciał, a je­de­na­sto­let­ni Igo­rek, za­le­d­wie parę mie­sięcy po podjęciu tre­ningów w klu­bie, mógł kopać piłkę tyl­ko słabszą nogą! Wście­kałem się, bo było mi bar­dzo trud­no, ale nie miałem wyjścia, mu­siałem się przy­zwy­czaić. Trochę to trwało, aż wresz­cie przy­szedł tre­ning, na którym coś na­gle prze­sko­czyło w mo­jej głowie. Prze­stałem myśleć, którą nogą mam kopnąć, lewa zaczęła działać jak pra­wa. Za­kaz gry prawą zo­stał za­wie­szo­ny, a dla mnie od tego mo­men­tu nie było już różnicy, którą nogą częściej zagry­wam. Je­dyną, ważną wpraw­dzie, ale je­dyną pamiątką po pra­wej no­dze, zo­stał taki dziw­ny zwód lewą nogą, po którym piłka tra­fiała na prawą, którą za­wsze wolałem ude­rzać. Nie pamiętam, bym ja­kie­goś kar­ne­go strze­lał lewą, bo, o ile nie miało dla mnie zna­cze­nia, jak kiwałem, to bar­dziej wie­rzyłem w strzał prawą nogą.

Tre­nin­gi… Nig­dy ich nie lubiłem. Ko­chałem grać w piłkę, a nie zno­siłem ćwi­czyć ja­kichś dry­blingów, podań, strzałów. To i tak zresztą był mniej­szy pro­blem – większy po­le­gał na tym, że zupełnie nie ak­cep­to­wałem ćwi­czeń fi­zycz­nych. Oszu­ki­wałem wszyst­kich tre­nerów jak mogłem, kie­dy tyl­ko ka­za­li mi zro­bić kil­ka przy­siadów lub pom­pek. Je­dy­nym, którego oszu­ki­wać nie próbowałem, był Jo­nas Thern, ge­nial­ny szwedz­ki piłkarz, a po­tem tre­ner, z którym miałem okazję spo­tkać się w Halm­stad. Gdy wyciągał mnie z de­pre­sji i zo­sta­wał kil­kadzie­siąt mi­nut po każdym tre­nin­gu, cho­dziłem jak w ze­gar­ku. Sprint był wte­dy praw­dzi­wym sprin­tem, jak skłonów miało być dzie­sięć – było dzie­sięć, a na­wet – jeśli nie byłem pe­wien, czy się nie po­my­liłem się w li­cze­niu – je­de­naście. Czułem, że Jo­nas zna się na tym, co robi, że wie, co jest dla mnie do­bre i… że chce mo­je­go do­bra. Szko­da, że tak mało spo­tkałem na swo­jej dro­dze lu­dzi ta­kich jak On. Gdy­bym po­znał Ther­na wcześniej, gdy­by dane nam było – gdy­by dane mi! – dłużej pra­co­wać w tym du­ecie, byłbym dziś oby­wa­te­lem i za­pew­ne re­pre­zen­tan­tem Szwe­cji. Syp­niew­ski i Ibra­hi­mo­vić w jed­nym ze­spo­le – to byłaby praw­dzi­wa bom­ba! Myślę, że byśmy się do­ga­da­li.

Do­pie­ro w Szwe­cji, gdy tam­tej­sze ga­ze­ty zaczęły pisać o tym, że być może mógłbym re­pre­zen­to­wać ich kraj, zro­zu­miałem po raz pierw­szy, ja­kie życio­we szan­se zmar­no­wałem. Ja­kim piłka­rzem mógłbym być, gdy­bym tre­no­wał, za­miast pić. Gdy­bym słuchał mądrzej­szych od sie­bie i nie od­pusz­czał ko­lej­nych tre­ningów. Za dużo nu­merów ucho­dziło mi płazem, więc kie­dyś los mu­siał wy­sta­wić ra­chu­nek. Zro­bił to na tyle późno, że nie miałem już cza­su na spłatę tego kre­dy­tu z gi­gan­tycz­ny­mi od­set­ka­mi. Do­pie­ro mając trzy­dzieści lat zro­zu­miałem, że sa­mym ta­len­tem świa­ta nie za­wo­juję i że to, co wcześniej wy­da­wało mi się szczy­tem ma­rzeń, mogło być za­le­d­wie do­sko­nałym punk­tem wyjścia do wiel­kiej ka­rie­ry. Do­pie­ro w Szwe­cji po­czułem, że tak na­prawdę w Pa­na­thi­na­iko­sie wca­le nie byłem tak do­bry, jak mógłbym być, a dziś myślę, że gdy­bym so­lid­nie pra­co­wał i gdy­by nie cho­ro­ba al­ko­ho­lo­wa, a po­tem de­pre­sja, która osta­tecz­nie ściągnęła mnie na dno – grałbym w Hisz­pa­nii. Być może do dziś.

Spo­ro rze­czy za­po­mniałem, wie­le sie­dzi mi gdzieś w głowie, ale widzę je jak przez mgłę. Nig­dy nie za­pomnę, jak Jo­nas Thern wziął na bok mo­je­go me­nedżera i przy­ja­cie­la, Bog­da­na Maślankę, by po­wie­dzieć mu, że nig­dy nie pra­co­wał z ta­kim za­wod­ni­kiem jak ja, a Maślan­ka zaczął się śmiać:

– Prze­cież to widzę! Po­wie­działem ostat­nio Igo­ro­wi, że grałem w li­dze pol­skiej wie­le meczów prze­ciw­ko Włod­zi­mie­rzo­wi Lubańskie­mu i to jako kryjący go obrońca, że znałem do­sko­na­le Ka­zi­mie­rza Deynę. Ob­ser­wo­wałem też długo Zbysz­ka Bońka, gdy z Ja­nu­szem Kup­ce­wi­czem de­cy­do­wa­li o grze re­pre­zen­ta­cji młodzieżowych. I żaden z nich, a to są naj­większe na­zwi­ska w pol­skim fut­bo­lu, nie miał ta­kie­go ta­len­tu jak Syp­niew­ski – po­wie­dział wte­dy Maślan­ka i to wca­le nie dla­te­go, że był moim me­nedżerem. Po­wta­rza to każdemu, kto za­py­ta, do dziś:

– Sy­pek w do­brej for­mie był lep­szy od Lubańskie­go.

Dzien­ni­ka­rze szwedz­kich ga­zet szyb­ko za­uważyli, kto tra­fił do ich ligi. Wszy­scy pi­sa­li to samo: Kto to jest, skąd on się wziął, gdzie wyście wy­na­leźli tego Syp­niew­skie­go?, a to Jo­nas obu­dził we mnie ta­kie­go człowie­ka i piłka­rza, którego sam nie po­zna­wałem. Albo in­a­czej: którego sam wcześniej nie znałem. Mówił: – Ty je­steś Igor Bra­zy­lij­czy­kiem, a nie Po­la­kiem! Grasz jak Zico.

Słuchałem i grałem. Jak umiałem. Cza­sem bar­dziej dla nie­go niż dla sie­bie, by od­wdzięczyć się, że tak mi za­ufał. Tam, w Szwe­cji, przeżyłem swo­je naj­lep­sze chwi­le.

Przyszły one jakiś czas po tych naj­gor­szych. Zjazd nie zaczął się tak na­prawdę w Gre­cji, skąd mu­siałem wrócić do Pol­ski. Wte­dy wszyst­ko było jesz­cze do opa­no­wa­nia. Po pro­stu prze­siadłem się z luk­su­so­we­go mer­ce­de­sa do słab­sze­go i mniej kom­for­to­we­go sa­mo­cho­du – zresztą na chwilę tyl­ko, tak mi się przy­najm­niej wy­da­wało. Po­tem, po trans­fe­rze do Wisły, znów do­stałem do ręki kie­row­nicę spor­to­wej li­mu­zy­ny i już na pierw­szym zakręcie bru­tal­nie wyrżnąłem w drze­wo. Wte­dy po­czułem, co to zna­czy spa­dać na dno, bar­dzo szyb­ko. Bo spa­danie było krótkie, dużo krótsze niż ba­bra­nie się później w mule, prze­ko­py­wa­nie go, żeby spraw­dzić, czy jest coś jesz­cze niżej.

Właśnie w Kra­ko­wie zaczęła się de­pre­sja. Nie jakiś tam smu­tek, a poważna de­pre­sja. Cho­ro­ba. Ga­ze­ty pisały, ile to pie­niędzy do­staję z ZUS-u, a prze­cież one mi się należały. Nie dla­te­go, że piję, ale dla­te­go, że je­stem poważnie cho­ry. Cho­ciaż wte­dy jesz­cze nie zda­wałem so­bie z tego spra­wy.

W Kra­ko­wie nie tyl­ko piłem – i to dużo. Do­dat­ko­wo wpadłem w ha­zard. W Wiśle szyb­ko się zo­rien­to­wa­li, że na tre­nin­gi przy­chodzę zmęczo­ny, więc po­sta­no­wi­li roz­wiązać ze mną umowę. Przez pięć lat miałem za­ro­bić po­nad półtora mi­lio­na euro, całkiem nieźle, praw­da? Ale nie miał mnie kto przy­pil­no­wać, nie miał się kto mną zająć. Choć wte­dy to ja po­wi­nie­nem się kimś zaj­mo­wać – moja życio­wa part­ner­ka, Gośka, była w ciąży…, a ja piłem, noce spędzałem w ka­sy­nach i pra­co­wałem na to, by nie­ba­wem z mi­lio­ne­ra stać się ze­rem.

Dziś mogę Gośkę tyl­ko prze­pra­szać. Wszyst­ko roz­pie­przyłem.

Do ka­sy­na nikt mnie na siłę nie ciągnął. Zda­rzało mi się wcześniej zakładać, ale w ta­kich zakładach majątku się nie stra­ci. W Kra­ko­wie pierw­szy raz w życiu zacząłem grać na poważne pie­niądze. Ru­let­ka wciągnęła mnie, jak jakiś wir, a że do­dat­ko­wo w głowie mie­szała go­rzała, często byłem tak pi­ja­ny, że nie pamiętałem na­wet, na ja­kie staw­ki grałem. Za­ra­białem duże pie­niądze, spo­ro zo­stało mi jesz­cze z Gre­cji, więc żeto­na­mi rzu­całem jak li­za­ka­mi. I cie­szyłem się z tego jak dzie­ciak, bez względu na to, co po­ka­zało się na kole. W ka­sy­nie czułem się ide­al­nie. Gdy już wszedłem, to wy­cho­dziłem do­pie­ro, gdy za­my­ka­no – na szczęście przed tre­nin­giem. Pew­nie gdy­by było otwar­te całą dobę, prze­stałbym cho­dzić na tre­nin­gi, bo po co prze­no­sić się z miej­sca, w którym każdy cię lubi, po­da­je drin­ki i mówi, jaki je­steś faj­ny, do ta­kie­go, w którym nie czu­jesz się spe­cjal­nie ak­cep­to­wa­ny? I jesz­cze każdy ma pre­ten­sje, że masz kaca, choć to prze­cież cie­bie boli, a nie ich.

W Wiśle szyb­ko się zo­rien­to­wa­li, że za­miast gwiaz­dy i piętna­stu bra­mek w se­zo­nie, mają pro­blem. Pro­blem z Syp­kiem. Wie­dzie­li oczy­wiście, że je­stem do­brym piłka­rzem, ale nie byli chy­ba świa­do­mi, co tak na­prawdę się ze mną dzie­je. Tre­ne­rem był wte­dy Fra­nek Smu­da i myślę, że szcze­rze na mnie li­czył. Roz­ma­wiał ze mną. Próbował do mnie tra­fić. Jed­nak nie byłem ty­po­wym przy­pad­kiem za­gu­bio­ne­go piłka­rza. Wte­dy po pro­stu zupełnie so­bie nie ra­dziłem – ani z cho­robą, ani z sa­mym sobą.

Gośka, którą na­zy­wam często moją drugą żoną, choć ślubu osta­tecz­nie nie wzięliśmy, do­sko­na­le wie­działa, że wra­cając z tre­nin­gu, przy­wiozę pod pachą przy­najm­niej pięć piw – bo szóste wy­piję w sa­mo­cho­dzie. Szyb­ko je skończę i pójdę do skle­pu po następną dawkę, a po­tem często wy­chodzę, by wrócić nad ra­nem, spa­ko­wać się i iść na tre­ning. Coś tam mówiła, trochę na­rze­kała, ale nie po­tra­fiła nade mną za­pa­no­wać, w jakiś sposób wpłynąć. Pierw­sza żona miała ze mną po­dob­ny pro­blem, choć w in­nym wy­mia­rze. Wi­działa młode­go chłopa­ka, któremu al­ko­hol spra­wiał wielką frajdę. Tyl­ko wte­dy mi jesz­cze ręce nie drżały i nie mu­siałem ko­niecz­nie się napić przed snem...

Pro­ble­my z zaśnięciem na trzeźwo zaczęły się chy­ba w Gre­cji. Upi­jałem się dzień w dzień. Gdy grałem w Ka­va­li, Mag­da, moja ówcze­sna na­rze­czo­na, jesz­cze się uczyła i przy­je­chała do mnie tyl­ko raz, a gdy wy­je­chała – po­czułem wol­ność. Wte­dy zda­rzyło mi się po pi­ja­ne­mu wje­chać w pry­wat­ny sa­mochód po­li­cjan­ta. Z aresz­tu wyciągnął mnie grec­ki me­nedżer i szyb­ko dał do pod­pi­sa­nia kon­trakt z Pa­na­thi­na­iko­sem. Cała ak­cja prze­biegła tym łatwiej, że po­li­cjant był ki­bi­cem i po­dob­no twier­dził, że nie wy­ba­czyłby so­bie, gdy­by przez nie­go – tak miał po­wie­dzieć! – Syp­niew­ski nie za­grał w ko­lej­nych me­czach.

Tak, czułem się bez­kar­ny.

Wte­dy pierw­szy raz tra­fiłem do aresz­tu w Gre­cji, ale jak byłem młody, na ko­men­dzie bywałem kil­ka razy. Wy­cho­wując się na Bałutach, trud­no nie mieć kon­tak­tu z po­licją. Gdy miałem 17 lat, okra­dliśmy z kum­pla­mi ja­kie­goś gościa, za­bra­liśmy mu kurtkę i pie­niądze. Wszyst­ko działo się na na­szej uli­cy, na Su­kien­ni­czej. Byliśmy u sie­bie… Czu­liśmy się nie­znisz­czal­ni, a że al­ko­hol szu­miał w głowach, na­wet nie pomyśleliśmy, że może nas roz­po­znać. Osta­tecz­nie wy­co­fał za­rzu­ty w sto­sun­ku do mnie, bo moja mat­ka go upro­siła i prze­ko­nała, że „młody tyl­ko się gapił, to ci star­si bili i kra­dli, co ten dzie­ciak mógł zro­bić?”. Tłuma­czyła, że prze­cież wszyst­ko mam w domu, więc kraść nie muszę, a już na pew­no nie kurtkę. Skończyło się na nocy w aresz­cie, a wcześniej wsty­dzie, gdy ze szkoły wy­pro­wa­dzo­no mnie w kaj­dan­kach. Do dziś pamiętam tę sy­tu­ację, w której po­licja zgłosiła się do dy­rek­cji szkoły, by po­pro­sić w środ­ku lek­cji o za­bra­nie jed­ne­go z uczniów z obo­wiązko­wy­mi bran­so­let­ka­mi na nad­garst­kach. I to na znacz­nie dłużej niż 45 mi­nut.

In­cy­dent z aresz­tem i po­licją oczy­wiście mnie po­ru­szył, ale nie na tyle, na ile po­wi­nien. Kil­ka ty­go­dni wy­rzutów ze stro­ny ro­dziców, kil­ka dni wy­rzutów, które sam so­bie robiłem i wszyst­ko wróciło do nor­my. Spe­cjal­nie się nie zmie­niłem, po­zo­stałem tym sa­mym gościem, którym zresztą je­stem do te­raz. Bez­tro­skim, nie­za­sta­na­wiającym się nad kon­se­kwen­cja­mi swo­ich za­cho­wań i nie­myślącym o przyszłości. Za­wsze li­czyło się przede wszyst­kim „tu i te­raz”. Ju­tra mogło nie być.

Tak samo było, gdy zacząłem grać i za­ra­biać. Wte­dy całe osie­dle cho­dziło ra­zem ze mną pi­ja­ne po wy­gra­nych me­czach w Ce­ra­mi­ce Opocz­no czy Orle Łódź. Lub po pro­stu wte­dy, gdy wra­całem na kil­ka dni do kra­ju, za­ra­biając już za gra­nicą. Kil­ku do­brych chłopaków z mo­jej eki­py już zresztą nie żyje, paru in­nych, jak ja, ma za sobą od­siad­ki. Trud­no po­wie­dzieć, żeby ktoś osiągnął wiel­ki suk­ces…

Moja hi­sto­ria też nie opo­wia­da o suk­ce­sie. Owszem, będzie w niej spo­ro pięknych chwil, bra­mek i efek­tow­nych ak­cji, po­ja­wi się też kil­ka gwiazd pol­skiej i eu­ro­pej­skiej piłki, ale hap­py endu proszę się nie spo­dzie­wać. Chy­ba, że za taki uzna­my sam fakt, że jesz­cze żyję i już nie piję, choć moje dzi­siej­sze życie bar­dziej przy­po­mi­na we­ge­tację. Jed­nak, co by nie po­wie­dzieć, znaj­duję powód do opty­mi­zmu.

Do­brze już było, bar­dziej niż do­brze. Cieszę się, że mam co wspo­mi­nać z uśmie­chem na ustach. Choć do­sko­na­le wiem, iż nig­dy już nie po­czuję sma­ku tam­tych czasów.

2. Syp­niew­ski, chłopak z Bałut

Kie­dy zaczęły się moje pro­ble­my? Można po­wie­dzieć, że mam je od uro­dze­nia. Kon­kret­nie od daty uro­dze­nia. Uro­dziłem się 10 li­sto­pa­da, ale jeśli ktoś chciałby spraw­dzić tę datę w wi­ki­pe­dii, czy na­wet na stro­nach świet­nej „En­cy­klo­pe­dii Piłkar­skiej FUJI” okaże się, że z 10.11.1974 zro­bił się… 11.10.1974. Po­dob­nie było zresztą w wie­lu „Skar­bach Ki­bi­ca”, które wy­cho­dziły przed każdym piłkar­skim se­zo­nem jako do­dat­ki do ga­zet… W mo­men­cie wy­ra­bia­nia do­wo­du oso­bi­ste­go mie­siąc uro­dze­nia prze­su­nięto mi w niewłaściwą stronę. Niewłaściwą oczy­wiście dla piłka­rza, bo prze­cież za­wsze le­piej być młod­szym niż star­szym i to nie tyl­ko wte­dy, gdy uro­dziłeś się w Afry­ce. Cóż, w tym przy­pad­ku szczęście mi nie sprzy­jało, cho­ciaż z dru­giej stro­ny… Do­brze, że urzędnicz­ka nie przekręciła siódem­ki i czwórki w rocz­ni­ku, bo wte­dy żaden klub by mnie nie wziął.

W mo­men­cie uro­dze­nia miałem jesz­cze jed­ne­go pe­cha. Po dziad­ku Ogłazie, ojcu mo­jej mat­ki, odzie­dzi­czyłem dal­to­nizm. Niby nie jest to poważna wada, ale wsty­dli­wa dla dziec­ka i… dość nie­kom­for­to­wa dla piłka­rza. Przede wszyst­kim dla­te­go, że naj­bar­dziej myliły mi się dwa ko­lo­ry, z których je­den jest dość istot­ny, gdy bie­ga się po bo­isku: nie rozróżniam zie­lo­ne­go i brązo­we­go.

Za­wsze umiałem do­sko­na­le odróżnić czer­wo­ne i czar­ne. Nie wie­działem, na który ko­lor po­sta­wić w ka­sy­nie, najczęściej ob­sta­wiałem ten niewłaściwy, cho­ciaż wie­działem, który jest który. Z zie­le­nią i brązem jest in­a­czej. Jeśli ktoś za­pro­wa­dziłby mnie w obce miej­sce i po­ka­zał dwa bo­iska, z których jed­no byłoby brązowe, spa­lo­ne słońcem, a dru­gie porośnięte świeżą zie­lo­niutką trawą, nie wie­działbym, które jest które. Nig­dy wcześniej ni­ko­mu o tym nie powie­działem, bo naj­pierw bałem się śmie­chu dzie­ciaków z mo­jej kla­sy, a po­tem kum­pli z szat­ni. I udało mi się ukry­wać to do dziś, choć prze­cież naj­piękniej­sze chwi­le ka­rie­ry spędziłem w klu­bie z zie­loną ko­ni­czynką w her­bie. Grając w Pa­na­thi­na­iko­sie WIE­DZIAŁEM, że mam na so­bie zie­lony strój, ale WI­DZIAŁEM wokół sie­bie ko­legów ubra­nych na brązowo, bie­gających po brązo­wym bo­isku. Wie­dzie­li o tym tyl­ko moi ro­dzi­ce. Mój dal­to­nizm od­kryła mama, gdy pamiętając o cho­ro­bie swo­je­go ojca, kazała na­ry­so­wać małemu Igor­ko­wi drze­wo. To na­ry­so­wałem – zie­lony pień i brązowe list­ki.

Gdy się ro­dziłem, nikt nie przy­pusz­czał, że ten dzie­ciak będzie miał taki po­gma­twa­ny życio­rys. Nie­ist­niejący już szpi­tal im. He­le­ny Wolf przy ul. Łagiew­nic­kiej to dziś ru­ina, będąca przez pe­wien czas… ra­jem dla złomia­rzy, którzy znaj­do­wa­li tu nie tyl­ko schro­nie­nie, ale także dużo żela­stwa. W 1974 roku szpi­tal wyglądał jed­nak nie­zwy­kle oka­za­le, a jego przed­wo­jen­ny gmach bu­dził praw­dzi­wy re­spekt. Właśnie ten bu­dy­nek był świad­kiem po­ro­du, po którym na uli­cy po­ja­wiła się wy­najęta przez szczęśli­we­go tatę cygańska or­kie­stra. Gra­li ponoć na­prawdę głośno, gdy oj­ciec wziął mnie na ręce, pod­niósł wy­so­ko i oznaj­mił wszyst­kim wokół:

– Mój syn będzie piłka­rzem. Naj­lep­szym na świe­cie. Za­pa­miętaj­cie te słowa i tę datę – Ste­fan opo­wia­dał mi tę hi­sto­rię set­ki razy. Myślę, że gdy­by za oknem nie było tak zim­no, prze­ko­nałby le­ka­rzy i pielęgniar­ki, że musi po­ka­zać mnie grającym na uli­cy Cy­ga­nom.

Bałuty, mająca swoją nie­chlubną le­gendę dziel­ni­ca Łodzi, do­stała ko­lejną im­prezę. Wte­dy, tego li­sto­pa­do­we­go dnia, każdy kogo spo­tkał na swo­jej dro­dze mój oj­ciec, mu­siał świętować wraz z nim. Na­wet, gdy or­kie­stra prze­stała już grać, bo jak długo można hałaso­wać pod okna­mi szpi­ta­la.

Bałuty. Nie tyle Łódź, co właśnie Bałuty. Tu się uro­dziłem, tu­taj wy­cho­wałem, stąd wy­je­chałem w świat. Tu­taj te­raz wróciłem. Bo Bałuty za­wsze były we mnie, wraz z wpo­jo­ny­mi mi na podwórku za­sa­da­mi. Że sza­nu­je się star­szych kum­pli i że to młody bie­ga po flaszkę; że masz być dum­ny ze swo­je­go to­wa­rzy­stwa i ze swo­je­go osie­dla. Za­wsze. To wszyst­ko zo­stało we mnie do dziś.

In­a­czej być nie mogło, ale prze­cież na­wet nie próbowałem się z Bałut wy­rwać – wręcz prze­ciw­nie, za­wsze wra­całem tu z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Wra­całem do: kum­pli, ulic, sklepów i skwerów, ze zna­jo­my­mi ławecz­ka­mi lub be­to­no­wych bo­isk, gdzie kie­dyś kopałem piłkę. Tam, gdzie życie płynie le­ni­wie, ni­ko­mu nig­dzie się nie spie­szy. I gdzie dla wie­lu naj­większym pro­ble­mem jest ten, skąd wziąć pie­niądze na ko­lej­ne­go bro­wa­ra.

Gdy wra­całem do Łodzi, dla mo­ich kum­pli ten ostat­ni pro­blem mo­men­tal­nie zni­kał. Jest taka pio­sen­ka chłopa­ka wy­cho­wa­ne­go właśnie tu­taj. Nie umiałbym le­piej opi­sać tego, co czuję:

O.S.T.R – „Re­pre­zen­tuj” z wy­da­ne­go w 2007 roku al­bu­mu Hol­lyłódź

Re­pre­zen­tuj Bałuty jak masz dumę

Re­pre­zen­tuj jak pi­jesz, czy częstu­jesz sku­nem

I na­wet gdy od­fru­niesz, to da­lej re­pre­zen­tuj

Chuj mnie czy masz do­mek, czy po­cho­dzisz z pro­jek­tu

(..)

Czym jeździsz, gdzie ro­bisz, ile masz z tego gel­du

Co ru­chasz, jak jesz, ile oblałeś se­mestrów

Re­pre­zen­tuj co w ser­cu, Bałuty na za­wsze

(…)

Pamiętaj gdzie Twój dom, Two­ja oś, Two­je mia­sto

Brat, bo nie­ważne ile masz na kon­cie

Gdzie żyjesz, co pi­jesz, Bałuty re­pre­zen­tuj god­nie

(…)

Bro­war po bro­wa­rze, aż się kur­wa zważę

(…)

Re­pre­zen­tuj Bałuty gdzie­kol­wiek nie je­steś

Piliśmy pod klatką z chłopa­ka­mi, gdy na­winął się jakiś chłopak, miał może dwa­dzieścia pięć lat. Dziew­czynę na Su­kien­ni­czej od­wie­dził. Miał pe­cha, bo nie jest to naj­lep­sza uli­ca do miesz­ka­nia, a tym bar­dziej do łażenia sa­me­mu po zmro­ku, gdy ni­ko­go się nie zna. Ten był nor­mal­ny – wódkę po­sta­wił, gdy grzecz­nie po­pro­si­liśmy. Chwilę po­ga­da­liśmy, przy flasz­ce, a po­tem jakoś szyb­ko to wszyst­ko poszło. Do­stał porządnie, pew­nie bez spe­cjal­ne­go po­wo­du, dziś już nie pamiętam. Stra­cił kurtkę, czapkę „bejs­bolówkę” i kasę, którą po­dzie­li­liśmy między sie­bie. Wszyst­ko złożyło się na po­pu­larną u nas na osie­dlu „dzie­sionę”, czy­li ar­ty­kuł 10 ko­dek­su kar­ne­go. Rozbój z kra­dzieżą.

Na­wet spe­cjal­nie się nie za­sta­na­wiałem nad tym, co zro­biłem – robiłem to samo, co kum­ple. Nie pamiętam, czy się bałem, ale chy­ba niespe­cjal­nie, bo o kon­se­kwen­cjach swo­ich wy­bryków nig­dy nie myślałem. Dla­te­go było dla mnie szo­kiem, jak mnie zwinęli, gdy po­li­cja – prze­pra­szam, wte­dy jesz­cze mi­li­cja! – przy­je­chała po mnie do szkoły za­sad­ni­czej i prze­rwała pi­sa­nie klasówki. Powrót do domu był jesz­cze trud­niej­szy niż wyjście z aresz­tu, bo do­stałem la­nie naj­pierw od mat­ki, a po­tem od ojca i od­czułem to bar­dziej niż pod­pi­ty chłopak, którego okra­dliśmy. Ro­dzi­ce popłaka­li się, gdy zo­ba­czy­li, jak ich ko­cha­ny syn idzie sku­ty w kaj­dan­kach, bez sznurówek przy bu­tach, z ko­men­dy do pro­ku­ra­tu­ry. Po­tem, gdy ochłonęli, zla­li mnie kon­kret­nie, ale za­dba­li też, aby nikt w ŁKS nie do­wie­dział się, co zro­bił ich naj­zdol­niej­szy ju­nior po­przed­nie­go wie­czo­ra i jak spędził noc. Hmm, brzmi zna­jo­mo, praw­da?

Chłopak wy­co­fał za­rzu­ty w sto­sun­ku do mnie, bo prze­ko­nał go płacz mamy. Dla­te­go uniknąłem ku­ra­to­ra, pod którego pieczę tra­fi­li moi dwaj kum­ple. Wte­dy było mi głupio – myślałem, że wolałbym po­nieść taką samą karę jak oni. Czułem się nie w porządku, gdy mat­ka długo tłuma­czyła, że się tyl­ko gapiłem, że na pew­no nie ude­rzyłem, bo Igo­rek nie zno­si prze­mo­cy... Prze­cież in­a­czej być nie mogło!

Do pro­ku­ra­tu­ry Ilo­na przyszła ra­zem ze Ste­fa­nem – często mówię do ro­dziców po imie­niu – i dla oboj­ga był to szok.

– Tam­ten to pierw­szy łobuz Bałut, a mo­je­mu sy­no­wi ni­cze­go w domu nie bra­ku­je. To do­bry, grzecz­ny chłopak – tak, krótko po moim za­trzy­ma­niu, tłuma­czy­li wszyst­kim ro­dzi­ce. Długo wal­czy­li, ale mi­li­cjan­ci upar­li się, że muszę spędzić noc w ko­mi­sa­ria­cie przy Cie­siel­skiej i że z sa­me­go rana zo­stanę prze­pro­wa­dzo­ny do pro­ku­ra­tu­ry. Nie pomógł na­wet zna­jo­my ojca, który pra­co­wał na tej ko­men­dzie. Stwier­dził tyl­ko, żeby się nie przej­mo­wać, bo przez noc będę miał dobrą opiekę i przy­najm­niej nic nie wy­winę.

Cza­sy się zmie­niały, ale ja – w żad­nym wy­pad­ku. Nie­re­for­mo­wal­ny. Nie­wy­ciągający wniosków z błędów. Bez­kar­ny, jak mi się wte­dy i długo po­tem wy­da­wało. Nie za­uważałem żad­nych znaków, które dla in­nych byłyby ja­sne jak słońce i bijące pro­sto w oczy. Na­wet gdy wróciłem do ŁKS i przy­cho­dziłem wsta­wio­ny na tre­ning, miałem wrażenie, że nikt tego nie wi­dzi. Choć cza­sem wy­da­wało mi się, że czuć ode mnie al­ko­hol tak, że inni od­wra­cają twarz, gdy ze mną roz­ma­wiają – byłem za­do­wo­lo­ny, bo nikt nie odważył się po­wie­dzieć mi cze­goś na­wet w żar­tach. Każdy uda­wał, że nie ma pro­ble­mu.

Wte­dy, na Bałutach, byłem jesz­cze do ura­to­wa­nia. Choć mama do dziś uważa, że wówczas jako dzie­ciak żad­ne­go ra­tun­ku nie po­trze­bo­wałem. Twier­dzi, że osie­dle mnie znisz­czyło, za­ra­ziło swo­im kiep­skim cha­rak­te­rem. Miesz­ka­my ra­zem, więc słyszę to często…, a prze­cież to nie do końca praw­da. Za­wsze mi taki styl życia od­po­wia­dał i nie przez przy­pa­dek aż trzy razy mu­siałem zmie­niać szkoły pod­sta­wo­we.

Z tej naj­bliżej domu wy­rzu­ci­li mnie, bo kra­dliśmy z dwo­ma ko­le­ga­mi bu­tel­ki od mle­ka. Zna­czy: tak to oce­nio­no, że kra­dliśmy. Nam wy­da­wało się, że zna­leźliśmy do­bry po­mysł na biz­nes. In­te­res kręcił się jed­nak tyl­ko dwa dni, pod­czas których za­bie­ra­liśmy spod skle­pu skrzynkę lub dwie bu­te­lek i za­no­si­liśmy do sku­pu na ulicę Ko­walską. Po­tem kum­pli złapa­li, a ja, choć początko­wo uciekłem, też szyb­ko tra­fiłem na mi­licję. Gdy mat­ka się o wszyst­kim do­wie­działa, pierw­szy raz w życiu do­stałem pa­sem. To była czwar­ta kla­sa pod­stawówki, a do tego cza­su moje wy­cho­wa­nie uznać można za „bez­stre­so­we”, jak to się te­raz określa.

Bity nie byłem, bo to nie było w sty­lu ro­dziców. Zresztą oni uważali, że mają bar­dzo do­bre­go syna, więc bić nie było po­wo­du. Pamiętam, jak kie­dyś oj­ciec chciał mi spuścić la­nie, ale ura­to­wała mnie na­sza cętko­wa­na bok­ser­ka, Saba. Położyła się na mnie i nie po­zwo­liła ude­rzyć, choć cała aż drżała ze stra­chu. Zna­lazłem ją kie­dyś na uli­cy i ubłagałem ro­dziców, by z nami za­miesz­kała, nie mając pojęcia, że była długo bita przez swo­je­go właści­cie­la. U nas zna­lazła przy­tul­ny dom aż do śmier­ci. Mu­sie­liśmy ją uśpić po wie­lu la­tach, gdy oka­zało się, że do­padł ją no­wotwór. Trak­to­wa­liśmy jak członka ro­dzi­ny i, zda­niem mamy, sta­no­wiła chodzący dowód na to, że mam bar­dzo do­bre ser­ce. Bo prze­cież za­nim przy­pro­wa­dziłem Sabę do domu, od­da­wałem jej co­dzien­nie, idąc do szkoły, swo­je ka­nap­ki. Po­tem, gdy już z nami za­miesz­kała, za­wsze spała w moim łóżku. Gdy ją uśpiliśmy, czułem się, jak­bym tra­cił młodszą siostrę…

Ro­dzi­ce nie mie­li ze mną lek­ko także dla­te­go, że ciągle wra­całem do domu po­obi­ja­ny. Na chi­rur­gii po­bli­skie­go szpi­ta­la lądowałem jesz­cze częściej niż w ga­bi­ne­cie szkol­nej dy­rek­cji. Czy­li na­prawdę często.

Kie­dyś ude­rzyła mnie w głowę pani na świe­tli­cy, nie mogła już ze mną wy­trzy­mać, taki byłem nie­znośny – głowa roz­cięta, mat­ka zro­biła świe­tli­czan­ce potężną awan­turę. W efek­cie nikt nie za­py­tał, za co do­stałem. Świe­tli­czan­ka obe­rwała od mamy znacz­nie bar­dziej, niż ja od niej.

Pew­ne­go razu chciałem strącić z drze­wa jedną, je­dyną gruszkę – rzu­co­ny w nią ka­mień tak się odbił, że głowa znów była szy­ta. Pamiętam jesz­cze, jak ko­le­dzy mnie pod­puścili i wsa­dzi­li na dach nie­wiel­kie­go garażu. Ucie­kli, gdy ktoś zaczął nad­cho­dzić i ich po­go­nił, a mnie zo­sta­wi­li. Mu­siałem scho­dzić sam i tak scho­dziłem, że spadłem pro­sto na cegły. Głowa znów roz­bi­ta...

In­nym ra­zem roz­ra­bia­liśmy z ko­le­ga­mi na Kir­cho­lu, bar­dzo ład­nym, choć za­nie­dba­nym cmen­ta­rzu żydow­skim, położonym oczy­wiście na Bałutach. Była zima i jakoś tak się zda­rzyło, że latały między nami nie tyl­ko śnieżki, ale także ka­mie­nie. Jed­nym do­stałem pro­sto w usta. Gdy wróciłem do domu miałem roz­chy­lo­ne war­gi i tak spuch­nięte dziąsła, że nie było widać zębów – tak przy­najm­niej wspo­mi­na tę hi­sto­rię mama. Po­dob­nie jak to, że za­wsze miała przy­go­to­wa­ne pie­niądze i moje książecz­ki zdro­wia, żeby chwy­cić je (gdy tyl­ko wrócę po­obi­ja­ny) i biec na przełaj do uli­cy War­szaw­skiej, gdzie był naj­bliższy postój taksówek. Wte­dy jed­nak, gdy wróciłem prze­krwio­ny – mama opo­wia­dała mi to wie­lo­krot­nie – pierw­szy raz stra­ciła głowę. Naj­pierw kazała mi usiąść i po­cze­kać, aż zro­bi mi her­batę, po­tem ją wypić. Gdy na­gle do­tarło do niej, jak wygląda jej syn, po­biegła ze mną w szla­fro­ku do taksówki, by szyb­ko za­wieźć na ostry dyżur. Znów miałem szczęście, bo tra­fiłem na chi­rur­ga pla­stycz­ne­go. Gdy­by dyżur miał jakiś inny, do końca życia zo­stałbym z zajęczą wargą. I wyglądałbym… Hmm, wyglądałbym słabo. Za­raz po za­bie­gu le­karz, który mnie ope­ro­wał, wy­pi­sał zle­ce­nie dla kie­row­cy ka­ret­ki, żeby mnie nikt nie zo­ba­czył po dro­dze do domu.

Ko­lej­ny wy­pa­dek zda­rzył mi się na łyżwach. Wte­dy chciałem prze­ko­nać kum­pli, że po­tra­fię szyb­ko jeździć do tyłu. Wyrżnąłem w lód tak, że pod okiem wy­rosła mi… dru­ga głowa. Pani dok­tor nie wie­rzyła, że to możliwe. Od razu skie­ro­wała na prześwie­tle­nie.

Tak, moja kar­ta u chi­rur­ga wyglądała pokaźnie. Or­ga­nizm miałem sil­ny, wszel­kie cho­ro­by omi­jały mnie sze­ro­kim łukiem, ale czas, który za­oszczędziłem in­ter­ni­stom, od­bie­rałem z nawiązką u chi­rurgów. W życiu nie łamałem so­bie tyl­ko nóg.

Z jed­ne­go z tre­ningów wróciłem na przykład z gor­se­tem na szyi, a z in­ne­go z… otwar­tym złama­niem ręki, przy sa­mym łokciu. Zaj­mo­wała się mną wte­dy cio­cia To­sia, sio­stra taty. Na­wet nie za­uważyła, jak po ci­chu prze­szedłem do swo­je­go po­ko­ju i położyłem się spać. Do­pie­ro w nocy oka­zało się, że mam 40 stop­ni gorączki… Taksówka, ostry dyżur, dwu­go­dzin­na ope­ra­cja pod nar­kozą i szloch mat­ki, gdy głośno ją wołałem, kie­dy mnie usy­pia­no – taka była ko­lej­ność zda­rzeń. Lek­ko ze mną mama nie miała. Nie ma do dziś.

Oj­ciec sta­rał się nie opusz­czać żad­ne­go z mo­ich meczów i to nie tyl­ko w ju­nio­rach, ale także później: w trze­ciej li­dze, dru­giej, a na­wet w pierw­szej, gdy wróciłem do Ra­dom­ska i byłem już prze­cież sa­mo­dziel­nym, dwu­dzie­sto­sześcio­let­nim gościem. Zna­li go wszy­scy z drużyny se­niorów i dzien­ni­ka­rze. Ci ostat­ni pro­si­li na­wet często o ko­men­tarz do ga­ze­ty, albo za­bie­ra­li Ste­fa­na na me­cze wy­jaz­do­we. Był przy mnie, albo wręcz ze mną przez całą ka­rierę, od początku do końca. I trud­no dziś stwier­dzić, czy stało się do­brze, czy źle, wi­docz­nie tak być mu­siało, aby ktoś nade mną czu­wał. Nie można też po­wie­dzieć, że to była na­do­pie­kuńczość, albo że mi za­szko­dziła. Na ten te­mat mu­siałby się wypo­wie­dzieć psy­cho­log, po­daję tyl­ko fak­ty. Oj­ciec nie nad­zo­ro­wał mo­jej ka­riery – on był jej częścią.

Zaj­mo­wał się nią w ta­kim sa­mym stop­niu, czu­wał nad nią z taką sta­ran­nością i in­te­re­so­wał się każdym jej szczegółem jak… mat­ka moim życiem. Z dzi­siej­szej pe­spek­ty­wy można stwier­dzić, że po­dzie­li­li so­bie te wszyst­kie lata, albo po­zwo­li­li, by samo się to do­ko­nało: przed fut­bo­lem opie­ko­wa­li się mną wspólnie (ewen­tu­al­nie na zmianę, bo prze­cież później byli w se­pa­ra­cji); Syp­kiem – piłka­rzem zajął się oj­ciec, a zmar­no­wa­ny i scho­ro­wa­ny Igo­rek wrócił pod skrzydła mat­ki.

Ilo­na bar­dzo szyb­ko prze­stała cho­dzić na moje me­cze. Do piętna­ste­go roku życia byłem jed­nym z naj­mniej­szych chłopców na bo­isku i mama bar­dzo się bała, że ci więksi mnie po­ko­pią, bądź sta­nie mi się krzyw­da. Ale na bo­isku wy­trzy­my­wałem każdy ból. Gdy inni od­ra­bia­li lek­cje, tłukłem piłką o mur na podwórku i wy­ko­rzy­sty­wałem każdą okazję, by za­grać ze star­szy­mi. Nogi miałem spuch­nięte, nie było chy­ba na nich miej­sca bez si­nia­ka, ale nig­dy nie od­pusz­czałem. Wślizgów też się nie bałem robić i to bez względu na to, czy gra­liśmy aku­rat na ład­nej mu­ra­wie w roz­gryw­kach młodzieżowych (zda­rzały się ta­kie gdzieś na wio­skach, bo ju­nio­rzy tych bar­dziej zna­nych klubów w re­gio­nie gra­li ra­czej na pla­cach zwa­nych „Sa­ha­ra­mi” i tra­wy tam nie było), czy na ja­kimś rżysku albo ubi­tej zie­mi. Mały byłem, to mu­siałem nad­ra­biać za­wziętością. I tech­niką oczy­wiście: tech­niką, której uczył mnie oj­ciec, choćby wte­dy, gdy rzu­cał mi piłkę z bal­ko­nu, z czwar­te­go piętra. Do­brze przyjąłem – do­sta­wałem cu­kier­ka, źle – na­gro­dy nie było. Cza­sem za­sta­na­wiam się, czy właśnie wte­dy nie zacząłem sta­wać się ha­zar­dzistą. Po­ten­cjal­na na­gro­da rosła bo­wiem sys­te­ma­tycz­nie, z każdą rzu­coną i do­brze opa­no­waną piłką, ale i stra­ty bywały potężne, bo błąd tech­nicz­ny ozna­czał utratę całego ze­sta­wu słody­czy. Za­miast cu­kier­ka wi­działem się więc już z wy­graną ta­bliczką cze­ko­la­dy, gdy na­gle po tech­nicz­nym błędzie, nie miałem na­wet łyka oranżady.

Ste­fan wymyślił mor­der­czy sys­tem, który jed­nak wte­dy bar­dzo mi się po­do­bał. Zwłasz­cza, kie­dy moja tech­ni­ka była już na tyle do­bra, że po­zwa­lała spo­ro wy­grać. Tre­nin­gi pro­cen­to­wały i na­wet jako dzie­ciak szyb­ko to za­uważałem. Go­rzej, że w życiu do­rosłym bar­dzo zakłóciłem swo­je po­strze­ga­nie. Nie za­uważyłem, że w ka­sy­nie, choć też można wy­grać lub prze­grać, tre­nin­gi nic nie dadzą. Tam gra się to­czy na in­nych za­sa­dach.

Za­wziętość, chęć wy­gry­wa­nia, nie minęły mi, gdy w za­wodówce w szyb­kim tem­pie urosłem 20 cen­ty­metrów. Ro­dzi­ce opo­wia­dają, że łatwo było mnie wte­dy roz­po­znać na bo­isku. Stałem w roz­kro­ku, trzy­małem się za boki i pa­trzyłem, węszyłem, jak­bym szu­kał zwie­rzy­ny i próbował po za­pa­chu stwier­dzić, gdzie po­le­ci piłka – tak mi to wie­le razy opi­sy­wa­li. Często wy­czu­wałem ten mo­ment, to miej­sce. In­stynk­tow­nie. Tak było już w pod­stawówce, a ra­czej w trzech pod­stawówkach.

3. Być jak Krzysz­tof Sur­lit

Za­czy­nałem w „trzy­dzie­st­ce”, po­tem była SP 72, wresz­cie spor­to­wa kla­sa, w której uczył Jan Lir­ka, w SP 159. Ta szkoła znaj­do­wała się na Po­le­siu, czy­li dziel­ni­cy, w której nikt z sza­li­kiem za­czy­nającym się i kończącym na ko­lo­rze czer­wo­nym, by się nie zapuścił. Tu obo­wiązywały tyl­ko bar­wy biało-czer­wo­no-białe, te należące do ŁKS.

Do dziś w oko­li­cy Alei 1 Maja, jak szum­nie na­zwa­no wąską ulicę, pełną sta­rych, sza­rych i, co bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne dla cen­trum Łodzi, za­nie­dba­nych ka­mie­nic, wie­le się nie zmie­niło. Poza tym, że mo­jej szkoły już nie ma: kil­ka lat temu zo­stała zli­kwi­do­wa­na. Wte­dy jed­nak gwa­ran­to­wała wy­so­ki po­ziom na­ucza­nia… fut­bo­lu. Nas, w kla­sie spor­to­wej, inne przed­mio­ty spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wały.

Za­miast lek­cji wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go mie­liśmy rano tre­ning na obiek­tach ŁKS, od­da­lo­nych o kil­ka przy­stanków au­to­bu­so­wych. Z Bałut było tam da­le­ko i do­jazd zaj­mo­wał mi na­prawdę dużo cza­su, więc po piątej kla­sie prze­pro­wa­dziłem się do ojca na Ko­zi­ny. Ro­dzi­ce byli po roz­wo­dzie, a ja właśnie u Ste­fa­na, skąd miałem bliżej na ŁKS, spędzałem cały ty­dzień, by do Ilo­ny jeździć na week­en­dy. W wie­ku dwu­na­stu lat moje życie znacz­nie się zmie­niło, choć nie­zmien­ny po­zo­stał cha­rak­ter dziel­ni­cy, do której się prze­niosłem. Tu też się piło, a fakt, że pierw­sze­go piwa spróbowałem, mając dzie­więć lat, ni­ko­go nie za­ska­ki­wał. Dziw­ne byłoby ra­czej, gdy­bym w szóstej kla­sie nie napił się z ekipą z podwórka.

Na Bałutach, będących naj­większą dziel­nicą Łodzi, ki­bi­ce Wi­dze­wa i ŁKS się mie­szają, jed­ni i dru­dzy mają swo­je te­re­ny i ar­gu­men­ty, że to oni „rządzą” kon­kret­nym osie­dlem. Na Ko­zi­nach nie ma ta­kich wątpli­wości. To nie byłoby do­bre miej­sce do życia i miesz­ka­nia, gdy­bym zaczął swoją przy­godę z in­nym klu­bo­wym fut­bo­lem. Gdy­bym zaczął od Wi­dze­wa.

Fakt, że na pierw­szy w życiu tre­ning – taki praw­dzi­wy: w klu­bie, z pa­nem, który miał mówić co i jak mamy ćwi­czyć – po­je­chałem na ulicę Ni­ciar­nianą, 200 metrów od sta­dio­nu Wi­dze­wa, może być szo­kujący dla ki­biców ŁKS. Ba, sam w to nie do końca wierzę i nie­zbyt to ro­zu­miem, ale… tak było. Coś tam pamiętam z tej długiej jaz­dy au­to­bu­sem na dru­gi ko­niec mia­sta i z później­szych nie­uda­nych zajęć, ale całą hi­sto­rię do­brze przy­po­mniał mi do­pie­ro oj­ciec. Nie­by­wałe, jak nie­wie­le bra­ko­wało, żebym zo­stał gra­czem później znie­na­wi­dzo­ne­go klu­bu, a na der­bach, przeżywa­nych za­pew­ne równie in­ten­syw­nie, jak za­wsze, za­sia­dał za prze­ciw­ległą bramką. Kto wie, może na­wet krze­sełka wy­ry­wałbym parę lat temu z try­bun obiek­tu przy Al. Piłsud­skie­go, a nie z na­szej „Ga­le­ry” przy al. Unii? W porządku, to ostat­nie zda­nie wca­le nie jest śmiesz­ne.

Jako dzie­ciak po­je­chałem więc z oj­cem na Wi­dzew, pełen dzie­cięcych ma­rzeń o tre­nin­gach, wiodących pro­sto na szczyt. Chciałem być dru­gim Bońkiem, zro­bić wielką ka­rierę. Mar­twiłem się, czy zdam te­sty i czy mnie przyjmą do klu­bu, choć oj­ciec mówił, że je­stem naj­lep­szy i po­radzę so­bie bez pro­ble­mu. Rze­czy­wi­stość oka­zała się bru­tal­na. Od tre­ne­ra, który miał po­pro­wa­dzić zajęcia czuć było al­ko­hol, więc oj­ciec nie po­zwo­lił mi się na­wet prze­brać w spor­to­wy strój. Wziął mnie za rękę i na tym się zakończył mój kon­takt z jed­nym z bocz­nych bo­isk Wi­dzewa. Byłem zroz­pa­czo­ny.

Po­tem oj­ciec za­brał mnie na ŁKS, gdzie szyb­ko za­pi­sa­no mnie do drużyny. Nie je­stem pe­wien, ale wy­da­je mi się, że na osie­dlu nie przy­znałem się na początku, gdzie tre­nuję. Odkąd miałem dzie­więć lat i po­szedłem z tatą na mecz Wi­dze­wa, gdzie zo­ba­czyłem jak Krzysz­tof Sur­lit strze­la gola z po­nad 25 metrów, nie dając szans Jac­ko­wi Ka­zi­mier­skie­mu, a po­tem cały sta­dion świętuje wy­graną 3:1 z Legią, byłem pe­wien, że kie­dyś za­gram w ta­kiej pięknej czer­wo­nej ko­szul­ce. Opo­wia­dałem każdemu, że ci wszy­scy lu­dzie za parę lat będą skan­do­wać moje na­zwi­sko, tak jak te­raz Sur­lita, który strze­lił wte­dy dwa gole. Aż tak bar­dzo się nie po­my­liłem, prze­cież po­nad 20 lat później try­bu­ny na Wi­dze­wie głośno krzy­czały „Syp­niew­ski”. Tyle że był to praw­dzi­wy po­kaz nie­na­wiści pod­czas derbów Łodzi, a cały okrzyk brzmiał tak: „Ch… ci na imię, Syp­niew­ski, ch… ci na imię”.

Gdzieś w za­ka­mar­kach pamięci sie­dzi mi jesz­cze inne spo­tka­nie z dzie­ciństwa, Wi­dzew – Ruch. Klub, któremu wte­dy tak bar­dzo ki­bi­co­wałem prze­grał 0:2, a jakiś wściekły ki­bic wy­rzu­cił za sie­bie flagę. Za­brałem tę flagę do domu, a była re­we­la­cyj­na, miała chy­ba 2 me­try na 3. Wy­cho­dziłem z nią na­wet cza­sem na podwórko aż do mo­men­tu, gdy… komuś ją dałem. Tak wyglądała moja, zna­na na­prawdę nie­licz­nym, wi­dzew­ska przeszłość. Później nig­dy się do niej nie przy­zna­wałem.

Od mo­men­tu, gdy prze­pro­wa­dziłem się do ojca na Ko­zi­ny, uczyłem się kopać piłkę w ŁKS i szyb­ko po­znałem no­wych kum­pli. Cóż, al­ko­hol zbliża, na­wet gdy nie ma się jesz­cze piętna­stu lat. Ciągnie do swe­go… Właśnie tam po­znałem tych, z którymi po­tem trzy­małem się przez całe lata, z którymi ob­le­wałem pierw­sze ważne wy­gra­ne i prze­pi­jałem pierw­sze za­ro­bio­ne pie­niądze. Za­wsze ich zresztą sza­no­wałem i do dziś tak zo­stało. Ten sza­cu­nek nie ule­ciał. Sta­ra bałucka gwar­dia za­wsze będzie trzy­mać się ra­zem.

Wiem, że niektórzy z chłopaków mają pre­tensję o kil­ka wy­wiadów, w których po­wie­działem, że nig­dy nie po­tra­fiłem im odmówić i że to ich obec­ność spra­wiała, że wra­cając do Łodzi, wra­całem do go­rzały lub piwa, ale… Tak było Chłopa­ki. I ja nie mam o to do Was pre­tensji – pamiętaj­cie o tym, jeśli czy­ta­cie tę książkę, albo jeśli ktoś Wam ten frag­ment po­ka­zu­je. Sam tego chciałem, tego mi za­wsze bra­ko­wało. Miałem pro­blem z sobą, a nie z Wami.

Week­en­dy spędzałem u mat­ki na Bałutach i tam cho­dziłem na pierw­sze dys­ko­te­ki. „Deon” to klub, w którym ostro tańczyłem i który pamiętam le­piej niż niektóre piłkar­skie, w których grałem. Pierw­sze piętro w To­wa­rzy­stwie Krze­wie­nia Kul­tu­ry Fi­zycz­nej przy ul. Wspólnej. Praw­da, że do­brze brzmi?

W któryś week­end tak prze­sa­dziłem – nadal je­steśmy przed mo­imi piętna­sty­mi uro­dzi­na­mi – że do­stałem od mamy szla­ban na nie­dzielę. Mu­siała iść do pra­cy, więc za­mknęła mnie w domu. To było trze­cie piętro, ale szyb­ko wymyśliłem, że dam radę przejść po mu­rze do koleżanki z klat­ki obok. Tej dro­gi nig­dy się nie bałem i po­dob­nie postępowałem, gdy byłem już do­rosły, a mat­ka za­my­kała mnie nie w miesz­ka­niu. W jed­nym po­ko­ju i to wca­le nie za karę, ale po to, żebym nie po­szedł na wódkę. Za­nim Ilo­na się zo­rien­to­wała, już scho­dziłem po pa­ra­pe­tach na traw­nik, a po­tem do spożyw­cze­go. Al­ko­hol, chęć wy­pi­cia – to byli dla mnie je­dy­ni i bezbłędni prze­wod­ni­cy.

W cza­sach, gdy mama za­my­kała mnie w po­ko­ju, a ja nie czułem się na siłach wy­cho­dzić na pa­ra­pet, sto­so­wałem także me­todę „na sznu­rek”. Przy­wiązywałem bank­not i opusz­czałem na dół, a któryś z chłopaków szedł do skle­pu i chwilę później przy­wiązywał z dru­giej stro­ny bu­telkę bro­war­ka. To było już po ka­rie­rze, ale w mo­men­tach, gdy jesz­cze chciałem wrócić na bo­isko i wie­rzyłem, że szyb­ko wyjdę także z tego dołka. Fakt, że dro­gi „po sznur­ku” i „po bal­ko­nach” nie były właści­wy­mi, nie prze­szka­dzał mi de­kla­ro­wać, że „te­raz już zmądrzałem”, „wrócę sil­niej­szy”, „mam dla kogo żyć i grać”. Ta­kich wy­wiadów udzie­liłem przy­najm­niej kil­ku­na­stu. I wie­rzyłem w nie w mo­men­cie ich udzie­la­nia, wie­rzyłem całym sobą. Byłem prze­ko­na­ny, że one do­dat­ko­wo zmo­ty­wują mnie, by wy­trwać w abs­ty­nen­cji.

Te na­dzie­je były oczy­wiście płonne, bo do abs­ty­nen­cji nie mogła mnie zmo­ty­wo­wać na­wet śmierć bliższych lub dal­szych zna­jo­mych. Ba, na­wet per­spek­ty­wa własnej śmier­ci! Le­ka­rze ostrze­gają, że wszyw­ki nie da się prze­pić? Że gro­zi to za­trzy­ma­niem ak­cji ser­ca? Nie wierz­cie. Ale, za­kli­nam Was na wszyst­ko, nie spraw­dzaj­cie. Prze­ko­na­cie się na ko­lej­nych stro­nach tej książki, że nie war­to, zo­ba­czy­cie na moim przykładzie, czym to gro­zi.

Mam ta­kie­go przy­ja­cie­la, Ro­ber­ta. Po­znałem go na Bałutach, pod­czas jed­nej z prób wyjścia z nałogu. Ko­ja­rzył mnie jako piłka­rza i tak zaczęła się ta zna­jo­mość z uli­cy. On też miał pro­blem z al­ko­ho­lem i też obec­nie nie pije. Taka brat­nia du­sza, ide­al­nie się ro­zu­mie­my. Cza­sa­mi roz­ma­wia­my, ilu do­brych chłopaków z Bałut i Ko­zin już nie ma. Zmie­nia się oto­cze­nie, re­mon­to­wa­ne są uli­ce, ale cha­rak­ter tych dziel­nic i lu­dzie, którzy prze­stają w bra­mach lub siedzą wie­czo­ra­mi na skwer­kach, są nie­zmien­ne. Star­si od­chodzą, młodzi przy­chodzą. I robią te same błędy, ten sam bałagan w swo­ich życio­ry­sach, na­wet nie próbując się stąd wy­rwać. Choć je­stem ostat­nią osobą, która może udzie­lać im wskazówek i świe­cić przykładem.

Rok temu zmarł je­den z kum­pli, z którym wie­le wypiłem. Inny do­bry ko­le­ga, Bo­dziu, gdzieś za­ginął. Gdy miałem pie­niądze, cały czas trwała u mnie ba­lan­ga, często ra­zem piliśmy. Parę lat temu, aku­rat wte­dy, gdy wy­je­chałem na Kretę, Bo­dzia zna­le­zio­no nie­przy­tom­ne­go. Nie wia­do­mo, czy sam się przewrócił, czy ktoś mu wtłukł… Za­dzwo­niła do mnie koleżanka z in­for­macją, że coś mu się stało, wte­dy za­sta­na­wiałem się na­wet, czy nie wra­cać – ta­kie to były więzi. Zresztą Bo­dzia to na­wet mama lubiła, bo jego nie lubić się nie dało. Potężny ba­sior, który nig­dy nie dał słab­sze­mu krzyw­dy zro­bić. Za­wsze mogłem na nie­go li­czyć. Oczy­wiście także wte­dy, gdy za­mie­rzałem prze­pić większą gotówkę lub wrzu­cić ją do ma­szy­ny. Wspo­mi­nałem już, że więcej pie­niędzy prze­grałem niż prze­piłem?, a prze­piłem na­prawdę spo­ro.

Były ta­kie wa­ka­cje, w które każdy mój dzień wyglądał tak samo i nie był to ob­raz na­kreślony przez tre­ne­ra w in­dy­wi­du­al­nych pla­nach tre­nin­go­wych. Po­ra­nek ozna­czał de­li­kat­ne śnia­da­nie (albo jego brak, bo je­dze­nie na pew­no nie było tym, co zaprzątało moją głowę) i szyb­kie spo­tka­nie ze wspo­mnia­nym Bo­dziem albo Majt­kiem, dru­gim kum­plem z Bałut. Po­tem piwo po dro­dze na Piotr­kowską, szyb­ka wi­zy­ta w kan­to­rze i… jesz­cze szyb­szy kurs do „Tip Topu”. Otwie­ra­li o 10.00, najczęściej byliśmy pierw­si.

„Tip Top” to był taki mały sa­lon gier przy ul. Trau­gut­ta, kil­ka­dzie­siąt metrów od Piotr­kow­skiej. Tra­fiłem tam po fa­tal­nym zakończe­niu po­by­tu w Kra­ko­wie, gdy próbowałem się od­na­leźć w życiu, gdy przy­najm­niej częścio­wo minęły mi sta­ny lękowe. I to było bar­dzo do­bre miej­sce – przy­najm­niej tak mi się wte­dy wy­da­wało. Nie myślałem o stra­chu przed ludźmi i de­mo­na­mi spod Wa­we­lu, które prędzej czy później mu­siały mnie dopaść. Myślałem, czy ob­ra­cające się szyb­ko sym­bo­le za­trzy­mają się we właści­wej ko­lej­ności, wska­zując choćby jedną parę, a naj­le­piej ka­retę, czy­li nie dwie, a czte­ry ta­kie same kar­ty. W sa­lonie moje pro­ble­my sta­wały się na­gle bar­dzo małe. Tym­cza­so­wo rzecz ja­sna.

Jeśli cho­dzi o fi­nan­se, to wówczas coś tam jesz­cze zo­stało z mo­je­go gi­gan­tycz­ne­go kon­trak­tu w Wiśle, wypłaco­ne­go osta­tecz­nie tyl­ko w nie­wiel­kiej części. Nie­wie­le, bo nie­wie­le, ale za­wsze. Jesz­cze przed trans­fe­rem pi­lo­tujący go me­nedżer Adam Man­dzia­ra namówił mnie, żebym założył kon­to w Szwaj­ca­rii i tam trzy­mał przy­najm­niej trochę pie­niędzy, więc tak właśnie zro­biłem. Te­raz przy­szedł czas na jego roz­wiąza­nie.

Nie było to wca­le ta­kie pro­ste, bo kon­to było na hasło, więc naj­le­piej byłoby po pro­stu po­je­chać do Zu­ry­chu. Należało jed­nak znać też nie­miec­ki, tak na wszel­ki wy­pa­dek. Na szczęście miałem w Ber­li­nie ku­zy­na, który zgo­dził się pomóc. Wziąłem go więc do sa­mo­cho­du po dro­dze do Szwaj­ca­rii, a po­tem bez pro­ble­mu wy­czyściłem kon­to. Pięćdzie­siąt tysięcy euro to nie jest dużo pie­niędzy, przy­najm­niej objętościo­wo. Łatwo weszło do kie­sze­ni, na gra­ni­cach nie mie­liśmy żad­ne­go pro­ble­mu. Mały kłopot po­ja­wił się w Łodzi, bo prze­cież do ban­ku z taką sumą się nie pójdę – nie chciałem, by ktoś za­py­tał mnie, skąd na­gle mam taką kasę. Wymyśliłem, że scho­wam ją w miesz­ka­niu na Ko­zi­nach, w… tap­cza­nie u ojca. Pry­wat­na kasa, w której bank­no­ty euro leżały owi­nięte w pościel, wy­da­wała mi się do­sko­nała. Przede wszyst­kim była dys­kret­na i szyb­ko dostępna. Bar­dzo szyb­ko dostępna, o każdej po­rze dnia i nocy.

Do ojca wolałem nocą nie cho­dzić, więc najczęściej do tap­cza­nu zaglądałem rano, w dro­dze na Trau­gut­ta. Pacz­ka po pacz­ce bank­no­ty tra­fiały do mo­jej kie­sze­ni, a po­tem na ladę kan­to­ru, by wresz­cie, już jako złotówki, wpa­dać do ma­szy­ny. Pięćdzie­siąt tysięcy euro. Tyle prze­grałem w nie­spełna dwa mie­siące, za­sta­na­wiając się za każdym ra­zem, czy wy­pad­nie choćby para dam, bo od ta­kich dwóch kart na licz­ni­kach była wypłata. Wiem, że inni piłka­rze prze­gry­wa­li nie­porówny­wal­nie poważniej­sze sumy w znacz­nie krótszym cza­sie, ale była jed­na istot­na różnica – oni byli wte­dy gwiaz­da­mi i za­ra­bia­li set­ki tysięcy. Ja byłem bez­ro­bot­ny. Oni gra­li za wy­so­kie staw­ki, ale też dużo za­ra­bia­li i mie­li ja­kieś per­spek­ty­wy, cho­dzili do ka­syn, gdzie byli gośćmi ze złoty­mi kar­ta­mi. Ja cho­dziłem do małego sa­lo­ni­ku w to­wa­rzy­stwie kum­pli z osie­dla i nie za­sta­na­wiałem się na­wet, czy jesz­cze kie­dyś pod­piszę jakiś kon­trakt, czy będzie mi dane kopnąć piłkę tak, by ktoś chciał za to zapłacić.

Miesz­kałem wte­dy z Gośką w wy­najętym miesz­ka­niu na Inf­lanc­kiej i nie dało się nade mną za­pa­no­wać. Kie­row­nicz­ka „Tip Topu” su­ge­ro­wała, żebym nałożył na sie­bie za­kaz gry. Zo­sta­wiałem tyle kasy w jej sa­lo­nie, nie­mniej żałowała mnie i tego jak postępuję. Nie była to jed­nak możliwość, którą poważnie roz­pa­try­wałem. Na­wet nie grałem po to, żeby wy­grać, ode­grać się… Po pro­stu mu­siałem grać i raz po raz wci­skać ten cho­ler­ny przy­cisk. Chciałem też, by czas zle­ciał mi wśród lu­dzi, a nie sa­mot­nie w domu. W czte­rech ścia­nach de­pre­sja jest w ogóle nie do znie­sie­nia. Z chwi­lo­wym po­zy­ski­wa­niem pie­niędzy nie miałem żad­ne­go kłopo­tu. Każdy, kto choć kil­ka razy był w ka­sy­nie i albo dużo prze­grał, albo jest spo­strze­gaw­czy, wie, że nie bra­ku­je tam fa­cetów, którzy ani nie grają, ani dużo nie piją. Oni za­ra­biają. Tyl­ko oni i właści­ciel lo­ka­lu są wy­grani w tej grze.

Goście z „Tip Topu” bar­dzo chętnie pożycza­li mi pie­niądze. Można po­wie­dzieć, że stała do mnie ko­lej­ka. Byłem do­brym klien­tem, ta­kim z ga­tun­ku ide­al­nych. Zna­ny, czy­li nie uciek­nie. Re­gu­lar­nie by­wający, czy­li ktoś, kto nie zre­zy­gnu­je na­gle z uko­cha­ne­go życio­we­go zajęcia dla paru mar­nych, w swo­im pojęciu, gro­szy. Gdy­bym raz nie oddał kasy – nie mógłbym przyjść następne­go dnia, więc… było pew­ne, że od­dam. I od­da­wałem, jeśli po­przed­nie­go dnia mi za­brakło. To, co pożyczyłem, plus trzy­dzieści pro­cent. Raj­ba, tak na­zy­wa się taki pro­cent. Jeśli wziąłem dzie­sięć tysięcy złotych, następne­go od­da­wałem bez szem­ra­nia trzy­naście i… gdy tyl­ko była taka po­trze­ba, gdy chwi­lo­wo za­brakło mi pie­niędzy, znów pożyczałem. Często na­wet więcej niż dzień wcześniej. I tak się to kręciło.

Te zmie­niające się kar­ty mam przed ocza­mi do dziś. As, król, dzie­siątka, dama… Tak w kółko, przez cały dzień. W po­ke­ra za­wsze wstu­ki­wałem naj­wyższą stawkę, bo prze­cież „kto gra gru­bo, wy­grać musi”. Pięćdzie­siąt złotych za ude­rze­nie w przy­cisk. Bęc. Pięć dych. Bęc. Ko­lej­ne. Bęc. Jest para, a więc i dru­ga szan­sa: po­dwa­ja­my, czy wypłaca­my? Bęc, próbu­je­my. Nie ma trze­cie­go króla. Pięć dych. Bęc… I tak cały dzień. Cza­sem oczy­wiście uda­wało się tra­fić coś poważniej­sze­go, ale myśli o prze­rwie w gra­niu nikt nie do­pusz­czał. Wypłacić 10 tysięcy, gdy stra­ciło się 15? Mowy nie ma. Wypłacić 15, gdy włożyło się wcześniej dychę?, a gdzie tam, idzie, więc trze­ba grać da­lej. Do spodu. Do dna, a na­wet jesz­cze głębiej. W „Tip To­pie” poważną wadą był fakt, że nie sprze­da­wa­no al­ko­ho­lu, ale mnie i Bo­dzio­wi to nie prze­szka­dzało. Albo in­a­czej: brak piwa by prze­szka­dzał, ale my przy­no­si­liśmy swo­je, ku­pio­ne w Żabce tuż obok. Nikt oczy­wiście złego słowa nam nie po­wie­dział, gdy piliśmy so­bie z własnych pu­szek. Zo­sta­wiając w tym cza­sie gru­be pie­niądze… Dla­te­go pod tym względem lep­sze są ka­sy­na. Tam czu­jesz się królem świa­ta: je­steś w wiel­kim świe­cie, kul­ka ci­cho ska­cze obok cie­bie, ładne kel­ner­ki do­noszą ci dar­mo­we drin­ki lub po pro­stu czystą wódkę albo piwo. Za­zwy­czaj brałem piwo. Prze­gry­wasz dzie­siątki tysięcy i dużą część swo­jego życia, ale na­wet o tym nie myślisz, bo prze­cież go­rzała jest za dar­mo. Do­bra, w od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­rze, a ru­let­ka tak faj­nie szu­mi…

Moje uza­leżnie­nie od ha­zar­du zaczęło się jesz­cze w dzie­ciństwie. Jak większość tego, co istot­ne w moim życiu na Bałutach. Pięćdzie­siąt metrów od wyjścia z klat­ki blo­ku przy ul. Su­kien­ni­czej stała buda, w miej­sce której po­wstał po­tem sklep Społem. W bu­dzie stały zaś flip­pe­ry, czy­li bar­dzo wte­dy po­pu­lar­ne elek­tro­nicz­ne stoły z dużymi wyświe­tla­cza­mi i efek­tow­ny­mi ko­lo­ro­wy­mi bla­ta­mi, pełnymi grzybków, między którymi obi­jała się me­ta­lo­wa kul­ka. Je­den żeton dawał trzy próby, a za­da­niem grającego było nie prze­puścić kul­ki do bram­ki. Nie­win­na w su­mie za­baw­ka łatwo uza­leżniała. Tym bar­dziej, że gra to­czyła się na pie­niądze – już jako ośmio­la­tek grałem więc o ko­lej­ny żeton: dwóch naj­lep­szych za­ra­biało, dwóch słab­szych płaciło. Tam przy­najm­niej można było wy­grać.

Przy tych elek­tro­nicz­nych stołach na­uczyłem się palić, ku­pując pa­pie­ro­sy za część pie­niędzy, które do­stałem od mat­ki lub ojca na „za­bawę” na au­to­ma­tach. Oj, jak to wszyst­ko wciągało… Bar­dziej niż piłka, z której w pew­nym mo­men­cie, jako dzie­ciak, zre­zy­gno­wałem, bo tre­nin­gi u Ja­sia Lir­ki prze­stały mi się na­gle po­do­bać. Ste­fan do­wie­dział się o tym. Tre­ner i kil­ku ro­dziców chłopaków z ze­społu przy­szli do domu prze­ko­ny­wać mnie, żebym wrócił. Jakoś prze­ko­na­li. Znów zacząłem cho­dzić na tre­nin­gi i bawiłem się piłką. Flip­perów przez pe­wien czas też nie od­pusz­czałem.

Grałem ze star­szy­mi i łatwo dawałem się pod­puścić, nie tyl­ko do gry. Z opo­wieści mat­ki znam hi­sto­rię, jak osie­dlo­wa star­szy­zna nie miała czym popić wódki, więc wysłali mnie do skle­pu, żebym coś dla nich ukradł. Na początek bułkę, taką zwykłą kaj­zerkę. No to po­szedłem i bułkę wy­niosłem, ale na­wet do głowy mi nie przyszło, żeby ją scho­wać. Eks­pe­dient­ki, które mnie znały, po­zwo­liły mi wyjść, myśląc, że jeść się dziec­ku za­chciało na podwórku… Mat­ka była zszo­ko­wa­na, po­nie­waż za­py­tały ją, czy na pew­no kar­mi syna i czy wszyst­ko u niej w porządku. W domu pełna lodówka, co­dzien­nie obiad z dwóch dań, a tu gro­zi mi mi­li­cja albo zgłosze­nie do opie­ki społecz­nej, bo bułkę kradnę ze skle­pu… Kie­dyś próbowałem też wy­nieść jakiś dez­odo­rant, chy­ba po to, żeby za­im­po­no­wać star­szym ko­le­gom. I też mnie złapa­li, dry­gu do kra­dzieży nie miałem.

O tym, że miałem dobrą opiekę i to nie wa­run­ki w domu określiły moją przyszłość, niech świad­czy hi­sto­ria z pew­nej zimy. Wy­bra­liśmy się z dwo­ma ko­le­ga­mi na lód na sta­wach w Łagiew­ni­kach, po­bli­skim kom­plek­sie leśnym. Igra­liśmy wte­dy z lo­sem, bo już po pierw­szej ta­fli le­d­wo prze­szliśmy, ale chcie­liśmy spróbować, jak wie­le wy­trzy­ma ko­lej­na. No i pękła… Cu­dem się wy­gra­mo­li­liśmy na brzeg, a po­tem au­to­bu­sem wróciliśmy do domu – oczy­wiście do nas, bo na moją matkę można było za­wsze li­czyć. Załamała się i prze­ra­ziła, ale sku­tecz­nie ogrzała pościelą z całego domu te posągi lo­do­we, które stanęły w drzwiach…

Tych hi­sto­rii z dzie­ciństwa jest na­prawdę wie­le. Gdy miałem je­de­naście lat coś mi się w domu nie spodo­bało i uznałem, że war­to będzie uka­rać mamę. Zniknąłem więc z domu na noc, prze­spałem się u kum­pla, a cała ro­dzi­na w popłochu mnie szu­kała. Do­pie­ro następne­go dnia wysłałem do mamy ko­legę z wy­pi­saną na kar­tecz­ce wia­do­mością, że wszyst­ko u mnie w porządku, żeby się nie mar­twić. Mama już nie wypuściła posłańca i wy­du­siła z nie­go, gdzie się ukryłem. Powrót z uciecz­ki, rzecz ja­sna, miły nie był, bez la­nia się nie obeszło. Tak jak wte­dy od mat­ki nie do­stałem nig­dy. Przy­najm­niej w dzie­ciństwie, bo po­tem, gdy wyciągała do­rosłego syn­ka z kor­ko­ciągu, kil­ka razy po twa­rzy mi dała. Ale zasługi­wałem: tak wte­dy, jak i później. Nie byłem bity pa­sem, ale zda­rzało się, że Ilo­na chciała mi przyłożyć ścierką, a gdy już nie mogła ze mną wy­trzy­mać, cza­sem wręcz kopnąć. Jed­nak od dziec­ka umiałem uni­kać wślizgów i kop­nięć, więc gorszą karą była ta od ojca – do­dat­ko­we go­dzi­ny czy­ta­nia. Nie­na­wi­dziłem sie­dzieć nad książką.

Na­uka była dla mnie tra­ge­dią i szcze­rze mówiąc już bym wolał do­sta­wać pa­sem, a te­raz na naukę jest już za późno. Przede wszyst­kim na naukę życia.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

ZaSYPAny. Życie na zakręcie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia