Oni

Oni

Autorzy: Olga Haber

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 504

Cena książki papierowej: 26.90 zł

cena od: 9.95 zł

Natalia jest na życiowym zakręcie. Była świadkiem śmiertelnego wypadku, rozstała się z mężczyzną i odeszła z pracy. Żeby zapomnieć o traumatycznych przejściach, zaszywa się w drewnianym domku nad jeziorem. Zauroczona sporo młodszym chłopakiem i pełna nadziei na lepsze jutro, powoli dochodzi do siebie. Sielska okolica ma jednak swoje mroczne tajemnice – wokół dziewczyny zaczynają się dziać niepokojące wypadki. Natalia czuje się obserwowana, dręczą ją pełne krwi senne koszmary, a okoliczni mieszkańcy zachowują się tak, jakby coś w nich wstąpiło. Coś, co ma bardzo złe intencje i krąży wokół starego cholerycznego cmentarza. Po serii brutalnych wydarzeń kobieta postanawia wyjechać, jednak ONI z pewnością jej na to nie pozwolą – osaczona, przerażona i bezwolna, powoli zamienia się w sterowaną diabelską siłą marionetkę. I chociaż wszytko w niej krzyczy „uciekaj”, nie ma już drogi odwrotu… „Olga Haber raczy czytelnika historią pełną emocji, plastycznych opisów i w większości żywych (przynajmniej do czasu!) bohaterów. Tę powieść warto sprezentować zarówno komuś bliskiemu, jak i samemu sobie... Gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni”. Kazimierz Kyrcz, pisarz; „Zaskakująca, świeża, przewrotna – czegoś takiego jeszcze w naszym horrorze nie było. Atmosfera gęstniejąca z rozdziału na rozdział, tajemnica i poczucie osaczenia. Będziecie śnili po tej książce koszmary...”. Krzysztof T. Dąbrowski, pisarz, scenarzysta
* * *

Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Projekt okładki

© Pracownia WV

Ilustracja na okładce

© mythja/istockphoto.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

tekst © Katarzyna Misiołek

ISBN 978-83-7835-355-3

* * *

1.

Obudził mnie jakiś zgrzyt. Dziwny metaliczny dźwięk przypominający upiorny odgłos gniecionej blachy. Usiadłam na łóżku, nasłuchując, jednak panująca w niewielkim parterowym domku cisza była wręcz wymowna — wszystko musiało mi się przyśnić. Spojrzałam na Łukasza. Spał na brzuchu, przykryty skotłowanym lnianym prześcieradłem. Pomyślałam, że to dziwne widzieć go śpiącego na ulubionym miejscu Emila… Zerknęłam w stronę okna. Czerwcowa noc była parna, wilgotna. Po gwałtownej burzy, która wieczorem przeszła nad okolicą, nie było już śladu, jednak targający konarami silny wiatr rodził we mnie dziwny niepokój. Poprawiłam opadające mi na twarz włosy, przyglądając się wybrzuszanej wietrznymi podmuchami półprzezroczystej firanie. Radośnie tańczyła w świetle zbliżającego się do pełni księżyca — wolna i beztroska. Pomyślałam, że jej zazdroszczę. Że pewnie długo jeszcze nie będę się tak czuła. Nie po tym, co stało się w marcu…

Wstałam, wsuwając stopy w czekające przy łóżku bambosze, i podeszłam do okna. Oparłam łokcie o parapet i wyjrzałam na zewnątrz — otulona srebrną księżycową poświatą polana za domem wydała mi się nagle dziwnie obca, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Cofnęłam się w głąb pokoju i starając się poruszać bezszelestnie, wróciłam do łóżka. Łukasz wymamrotał w poduszkę coś, co zabrzmiało zupełnie niezrozumiale i wydał z siebie przeciągły świst. Ostatnio oboje miewamy zaskakująco dużo sennych koszmarów.

Pomyślałam o wypadku. Odgłos, który przed kilkoma minutami wyrwał mnie ze snu, musiał być jedynie uparcie powracającym wspomnieniem tamtego zdarzenia — podświadomością, która wciąż gdzieś w mojej głowie usiłowała uporać się z tamtą nocą. Wspomnienia zaatakowały nagle — jak zawsze nachalne, nieproszone, pełne dźwięków, krzyku i krwi. Druga czternaście nad ranem, w radiu smęcąca o utraconej wiosną miłości brytyjska wokalistka. Wypadający zza zakrętu samochód. Pisk opon, omiatające przydrożne drzewa snopy reflektorów, zawrotna prędkość i dziki taniec na mokrej, zdradziecko śliskiej jezdni. Strzępy moich myśli, fragmenty wspomnień. „Jest pijany?” — panikuję, odbijając kierownicą. Ten z przeciwka zbliża się nieuchronnie, raz za razem zahaczając o mój pas. Maksymalnie zjeżdżam na pobocze, z trudem opanowując chęć gwałtownego wciśnięcia hamulca. Przy tak śliskiej nawierzchni skończyłoby się to pewnie poślizgiem… Koła chroboczą na wyżwirowanym poboczu, fala mdłości podchodzi mi do gardła. Kilka sekund później pędzący z naprzeciwka szaleniec prawie się o mnie otarł. Nie widziałam nawet marki wozu — oślepiły mnie jego światła, po chwili z hukiem i dziwnym wizgiem jego samochód wpada na przydrożne drzewo, wbijając się w nie z całym impetem.

Resztę pamiętam, jak przez mgłę. Zatrzymuję się, szosa jest pusta. Mży i jest przenikliwie zimno, a od strony pobliskiego jeziora idzie gęsta mgła. Trzęsą mi się nogi; bohatersko walczę z kolejną falą mdłości. Robię niepewny krok do przodu, zlodowaciałymi palcami usiłując wybrać numer pogotowia. Wbity w drzewo samochód — teraz widzę, że stare białe BMW — tkwi nieruchomy, zastygły w swoich ostatnich sekundach. Usiłuję dostrzec kierowcę. Nie wiem nawet, czy to mężczyzna, czy kobieta. W słuchawce zgłasza się znudzony, zachrypnięty głos. „Pogotowie!” — mówi. Krzyczę coś bez ładu i składu, dzwonią mi zęby. Podchodzę bliżej, chociaż wcale tego nie chcę. Na myśl o krwi, zdradzieckich odłamkach przedniej szyby i nieludzko poharatanej twarzy nieszczęsnego pirata prawie mdleję z przerażenia. Czytałam kiedyś, że obecnie szyby już się nie tłuką, czemu więc uparcie myślę o tych przeklętych odłamkach? Idę dalej, krok za krokiem, chociaż wcale nie chcę, chociaż mam ochotę dopaść swojej nowej toyoty, wcisnąć się za kierownicę i jechać, dopóki nie zobaczę pierwszych nocnych świateł mojego miasta. „Pogotowie!” — powtarza dyspozytorka, głosem, w którym nadal nie słyszę nawet cienia empatii. Bardziej poirytowanie…

Robię jeszcze jeden niepewny krok; moje zamszowe mokasyny nasiąkają wodą z mokrej trawy na poboczu, po policzkach płyną łzy. A może to mżawka? Bełkoczę coś o tragicznym wypadku — język mam dziwnie skołowaciały, jak kiedyś, po zażyciu nerwosolu. Nie mam pojęcia, czemu po zażyciu nerwosolu drętwieje mi język… Coś syczy. Myślę o ogniu. Czy wbity w drzewo samochód może się zapalić? Tłumaczę dyspozytorce, gdzie jesteśmy, usiłując podać jak najdokładniejsze wskazówki. Kobieta mówi, że karetka jest w drodze; w jej ochrypłym głosie udaje mi się w końcu uchwycić coś na kształt współczucia.

Trawa jest coraz wyższa, oprócz butów mam już mokre nogawki spodni, a lodowate zimno zdaje się przenikać mnie do szpiku kości. Wszystko wydaje się dziać w dziwnie zwolnionym tempie, chociaż wiem, że od wypadku musiały minąć co najwyżej dwie minuty. Zmuszam się, żeby przyspieszyć. Usiłuję przypomnieć sobie wszystko, czego uczyli nas na zajęciach z pierwszej pomocy, ale w głowie mam kompletną pustkę. „Ten człowiek potrzebuje twojej zimnej krwi — mówię sobie, zastanawiając się, czy w ogóle zdołam podejść bliżej. Wiem, jakie są konsekwencje nieudzielenia pomocy, jednak czy w takiej sytuacji można zmusić własne oporne ciało do posłuszeństwa? Mówią, że buzująca w żyłach adrenalina napędza do działania, jednak ja czuję jedynie paraliżujący, obłędny strach. Nogi z każdym krokiem głębiej wrastają mi w ziemię, wszystko we mnie krzyczy: „Uciekaj!”. Pierwszą rzeczą, jaką widzę, jest krew na masce — wyraźnie widoczna na białym lakierze, ciemnoczerwona i lepka. Od dziecka bałam się widoku krwi. Podobno u kobiet to znacznie rzadsze niż u mężczyzn. My — według psychologów — od urodzenia boimy się pająków. Strach przed widokiem posoki to ponoć przypadłość typowo męska, a jednak…

Za plecami słyszę warkot silnika, chwilę później ktoś zatrzymuje się na poboczu. „Proszę pani?”. Męski głos. Obcy, chociaż dziwnie kojący. Odwracam się, siłą woli starając się uspokoić rozszalałe serce. Brnie przez wysoką trawę — szczupły, energiczny, raczej młody. „Jest pani ranna?” — pyta. Przecząco kręcę głową, robiąc dwa kroki w jego stronę. Wykrztuszam coś o będącej w drodze karetce i razem podchodzimy do wraku. Stoi tuż obok — milczący, zszokowany, pachnący wodą kolońską o mocnej morskiej nucie. Sama się sobie dziwię, że w tej dramatycznej sytuacji zwracam uwagę na takie detale jak jego zapach… Pośrodku chłodu marcowej nocy, mżawki i otulającej nas mgły jego obecność wydaje mi się błogosławieństwem — jawi mi się niczym te napotkane gdzieś przypadkiem anioły, podające ludziom rękę w trudnych sytuacjach. Przysuwam się bliżej, prawie stykamy się ramionami. Pyta, czy na pewno dobrze się czuję. „Tak” — szepczę, chociaż wcale nie jestem tego taka pewna. Czuję na ramieniu jego ciężką dłoń…

Dopiero po jakiejś sekundzie zdałam sobie sprawę, że to Łukasz musiał się obudzić i bezszelestnie do mnie podejść, wyrywając mnie z zamyślenia.

— Cała drżysz. Chłodno ci? — zapytał z troską.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Pachniał zwietrzałą nutką wody kolońskiej, którą kupiłam mu kilka tygodni wcześniej, i dziecięcym rumiankowym szamponem, którego ponoć używał od lat.

— Wszystko okay? — dociekał, rozmasowując moje plecy.

— Jasne. Pić mi się chce — skłamałam.

Łukasz nie wiedział o tamtym wypadku, a ja nie zamierzałam mu o nim mówić. Byliśmy razem dopiero dwa miesiące. Dwa pełne seksu, dobrej zabawy i śmiechu miesiące. Nie chciałam tego psuć opowiastkami rodem z horroru, nie chciałam tej koszmarnej historii pomiędzy nami. Najśmieszniejsze było to, że w zasadzie w niczym wtedy nie zawiniłam. Czemu więc śmierć tamtego chłopaka z białego BMW stale śniła mi się po nocach? Zmarł, zanim dotarła do nas karetka. Mężczyzna, który zatrzymał się, żeby pomóc, reanimował go, dopóki nie przyjechali. Miałam jednak nieprzyjemne wrażenie, że już wtedy nie żył, a nasze wysiłki były jedynie cichym, bezsilnym krzykiem w stronę ciemnego, milczącego nieba. A może sam był sobie winny? „Pijany w dupę, bezmyślny szczeniak!” — mówię sobie czasem, przeklinając tamtą noc, tamtą drogę i cały ciąg niefortunnych zdarzeń, które przygnały mnie wtedy w tamtą okolicę. Gdybym tylko posłuchała przyjaciółki i została u niej do rana… Gdybym wyjechała od Marzeny parę minut wcześniej… Gdybym powiedziała, że nie mam ochoty oglądać u niej filmu, bo muszę pracować… Gdybym…

— Duszno tu — rzucił Łukasz, stając tuż za mną.

W całkowitej ciemności dom zdawał się żyć swoim życiem. Metalowe drzwi nowej wysokiej lodówki błyszczały w świetle wpadającej przez okno księżycowej poświaty, stary zegar z kukułką tykał jakby głośniej niż za dnia, a zrobiony przez miejscowego stolarza drewniany stół wydawał się bardziej kanciasty. Jak gdyby nagle wszystkie te swojskie, znajome sprzęty objawiły swoją drugą, zagadkową naturę.

Otwarłam pomrukującą przyjaźnie lodówkę i wyjęłam z niej butelkę mineralnej. Przyjemnie schłodziła mi palce; miałam ochotę przyłożyć ją sobie do policzka i przez chwilę tylko stać, studząc kłębiące się we mnie emocje.

— Dla mnie cola — powiedział Łukasz, całując mnie w szyję.

Otrząsnęłam się ze wspomnień. Podałam mu puszkę i zdjęłam z niewielkiej, zawieszonej nad stołem półki dwie wysokie szklanki.

— Żartujesz? — zaśmiał się, z sykiem otwierając napój.

— No tak, ty szklanek nie używasz — mruknęłam, opierając się o zimny blat.

— Dopiero kwadrans po drugiej — powiedział, szeroko ziewając. — Pewnie znowu do rana nie będę mógł zasnąć…

„Kwadrans po drugiej nad ranem” — pomyślałam i mimowolnie się wzdrygnęłam. Dokładnie tak jak wtedy, na szosie. Prawie…

— Coś cię gryzie, czy mi się wydaje? — zapytał Łukasz.

Wpatrzona w ciemną ścianę lasu za szeroko otwartym oknem, w milczeniu dopiłam wodę. Nie mogłam uwierzyć, że sypialiśmy w tej głuszy z otwartymi na oścież oknami. W Bielsku, w którym się wychowałam, byłoby to nie do pomyślenia. To jak zaproszenie dla złodzieja, jawna prowokacja, manifestacja czystej głupoty. Jednak w tej zalesionej dziczy… Nasz dom „wieńczył” wzgórze — za tylnymi oknami była już tylko pierwsza linia lasu. Jakieś sto pięćdziesiąt metrów niżej, jadąc wzdłuż pełnej kamieni, zakurzonej drogi, stała zbudowana z bali chata Maćka i Anety, naszych jedynych sąsiadów; reszta mieszkańców kisiła się w niewielkim, raczej brzydkim miasteczku w dolinie. Kilka innych domków letnich „porastało” drugą stronę zbocza — jednak tutaj wciąż było odludnie.

— Natalia? Przecież widzę, że coś cię podgryza — naciskał Łukasz.

Milczałam. Mój chłopak odgarnął mi z czoła przydługą ciemną grzywkę i cierpliwie czekał, aż zacznę mówić. Nie chciałam jednak opowieści o tamtej nocy. Nie tutaj. Nie w miejscu, które od lat było czymś na kształt mojego ukochanego azylu. Nocny incydent na szosie był zbyt upiorny, żeby o nim wspominać tu, gdzie czułam się szczęśliwa i bezpieczna.

— Wydaje ci się. — Wysiliłam się na uśmiech. Każde kolejne kłamstwo przychodziło mi coraz łatwiej…

— Skoro tak mówisz. — Łukasz lekko wzruszył ramionami i dopiwszy swoją colę, wrzucił zgniecioną puszkę do przepełnionego kosza.

Trzasnęła jedna z zawieszonych pod sufitem drewnianych belek, gdzieś za oknem zahukał puchacz. Albo coś, co w moich uszach zdeklarowanej mieszczki na puchacza mi zabrzmiało.

— Chodźmy spać — rzucił mój facet, chwytając mnie za rękę.

„Kolejny z jego uroczych, infantylnych gestów… Emil nigdy by się na to nie zdobył” — pomyślałam, dziwnie wzruszona.

W sypialni pomimo otwartego okna było nieprzyjemnie duszno. Wyjrzałam na zewnątrz, opierając się o parapet. Łukasz objął mnie od tyłu i całując moją szyję, wyszeptał, że nie może oderwać ode mnie rąk.

— Jak ty to robisz?

— Czary? — mruknęłam, przelotnie zerkając na zarośnięty trawnik przed oknami.

Drewniany piknikowy stół, zamówiony przez Emila dwa lata wcześniej u tego samego stolarza, który urządził nam kuchnię, stał samotnie pośrodku wysokiej, dawno niekoszonej trawy. Niedbale pozasuwane, zdobne w wysokie, rzeźbione zagłówki, krzesła tkwiły dookoła niego — nieruchome jak wypalone z gliny figury terakotowych żołnierzy chińskiej armii. Porywane nagłymi podmuchami ciepłego letniego wiatru drzewa szumiały nieprzerwanie i nagle te rozkołysane pod nocnym niebem konary wydały mi się jakoś dziwnie złowieszcze. Zerknęłam w stronę lasu. Dom był już definitywnie wykończony, jednak ciągle nie mieliśmy płotu. Trawnik, zwany kiedyś przez Emila naszą prywatną polaną, kilkanaście metrów dalej przemieniał się po prostu w rozległy zagajnik.

— Czego tak wypatrujesz? — szepnął Łukasz, przygryzając płatek mojego ucha.

Na piersiach poczułam jego ciepłe, duże dłonie, na szyi gorący oddech. Nie odpowiedziałam, zresztą pewnie sama nie znałam odpowiedzi. Po prostu coś niezdefiniowanego przykuło moją uwagę. Przymknęłam oczy, dając się ponieść chwili — jego dotyk sprawił, że zapomniałam o całym świecie. Zsunął z moich ramion cienkie jak nitki spaghetti ramiączka satynowej koszulki i, błądząc coraz bardziej niecierpliwymi dłońmi po moich pośladkach, wymruczał, że nigdy nie ma mnie dość.

— Chodź — powiedział. — Może to mało oryginalne podejście do miłości, ale w łóżku zawsze jest najwygodniej.

Ostatni raz zerknęłam w stronę lasu i przeszło mi przez myśl, że w nieprzeniknionej ciemności wietrznej nocy ktoś mi się stamtąd przygląda. Czułam, że to największa bzdura, jaką mogłabym sobie uroić, ale nawet kochając się z moim facetem pośród błękitno-beżowej skotłowanej pościeli, miałam upiorne wrażenie, że ktoś lub coś nie spuszcza z nas wzroku…

Jakieś pół godziny później Łukasz zasnął i boso wymknęłam się z łóżka. Trawnik przed oknami był pusty, jednak wpatrując się w ciemną ścianę lasu, wciąż odczuwałam czyjąś dziwną, niemal magnetyczną obecność. To pulsowało w mojej głowie, mrowiło w czubkach palców, wibrowało pod moją czaszką, gdzieś na krawędzi świadomości — uparte, milczące, czujne. Przez kilka minut stałam w oknie, jak przyrośnięta do chłodnych klepek parkietu, w końcu położyłam się obok Łukasza, odganiając od siebie myśl, że jakiś tajemniczy stwór — człowiek lub zwierzę — patrzy prosto w otwarte na oścież ciemne okno naszej sypialni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyklęci Oni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione