Zapomniane słowa . Antologia pod redakcją Magdaleny Budzińskiej

Zapomniane słowa . Antologia pod redakcją Magdaleny Budzińskiej

Autorzy: Autor nieznany

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 25.07 zł

Niektóre słowa żyją wiecznie, niektóre giną śmiercią nagłą i niewyjaśnioną, jedne wstydliwie wychodzą z mody, drugie wspominamy z nostalgią. Zapomniane słowa to słowniczek wyrażeń archaicznych, mało znanych, niemodnych, wyrzuconych z pamięci, znikających z codziennego języka. To także wielobarwny zbiór osobistych skojarzeń, anegdot, refleksji i wspomnień znanych pisarzy, wybitnych naukowców, uznanych artystów. Bezcenny sztambuch dla wszystkich, dla których język jest naturalnym środowiskiem myślenia i działania.„Słowa starzeją się podobnie jak ludzie. Najpierw są tylko trochę archaiczne, nabierają dostojeństwa, budzą szacunek, ale zaraz potem robią się nieprzydatne, często śmieszne, stają się cieniami siebie sprzed lat, po kolei trafiają do umieralni dla słów. Mało kto o nich pamięta, bo tyle się rodzi nowych uroczych słówek, które domagają się uwagi: toster, interfejs, hospicjum, spam…”Jacek Podsiadło„W niewielkim sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, mieszczącym się na tak zwanym bazarku przylegającym do osiedla, na którym od lat mieszkam, poprosiłem o szczotkę do mycia statków; może użyłem zdrobnienia i posłużyłem się słowem „szczoteczka”, nie pamiętam, działo się to przed kilkunastu laty. Młoda sprzedawczyni nie wiedziała, o co chodzi – i mnie powiadomiła, że szczotek odpowiednich rozmiarów do mycia podłóg nie ma, a niewątpliwie taka potrzebna jest na statku”. prof. Michał Głowiński„Na naszych oczach blednie i zanika język literacki, wszystkie te tryby i frazy i kadencje przynależne narracji beletrystycznej – nie ma już narracji beletrystycznej, jest jedna prasowo-blogowo-telewizyjno-uliczna polszczyzna-mielizna. (...) Kto się schyli i wyłowi podgniły czasownik, zaśmierdły przysłówek, rozkładający się na fonetyczny kompost jeden i drugi archaizm, pokonany przez bezfleksyjne anglicyzmy szyk przestawny, kto z powrotem weźmie w usta wyplute słowa?” Jacek Dukaj„Podobno archaiczny jest już ajfon 5, podczas gdy ja nie wiem jeszcze, co to jest w ogóle ajfon. No, ale kiedyś do kelnera – chcąc mu pochlebić – zwracano się „panie starszy”, dzisiaj za coś takiego można by chyba dostać w mordę”. Michał Ogórek
Zapomniane słowa

pomysł i redakcja Magdalena Budzińska

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Prawa autorskie do tekstów zamieszczonych w antologii przysługują ich autorom.

Pomysł, układ, redakcja © by Magdalena Budzińska, 2014

Adiustacja Zuzanna Szatanik / d2d.pl

Korekta Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-861-1

Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa

tel. +48 18 351 00 70

e­-mail: redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2014

Wydanie I

Ark. wyd. 9,4

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Zamiast wstępu, czyli embarras de richesse Urszula Kozioł

Ancymonki Krzysztof Czyżewski

Archaizm Michał Ogórek

Awanturnik Ziemowit Szczerek

Azali, atoli, aliści Ernest Bryll

Bakelit Zbigniew Mentzel

Beresić Stanisław Bereś

Bonie dydy Bohdan Zadura

Bonie dydy Joanna Szczepkowska

Braterstwo Karol Modzelewski

Buchadło Leszek Szaruga

Bumelant Ewa Kuryluk

Buzdygan Jacek Kleyff

Charakterność Sylwia Chutnik

Cnota Magdalena Środa

Czuczeło Małgorzata Szejnert

Dezabil Katarzyna Kłosińska

Dukt Filip Springer

Dusza Magdalena Grochowska

Facecjonista Wojciech Młynarski

Flota Angelika Kuźniak

Garsoniera Hanna Samson

Gumno Andrzej Stasiuk

Gwiazdopatrznia Joanna Bator

Harmider Marek Zaleski

Hecny Mariusz Szczygieł

Jarosz Beata Chomątowska

Jegomość Irena Grudzińska-Gross

Kajet Tadeusz Lubelski

Kalkomania Edwin Bendyk

Kibić Jarosław Klejnocki

Kobiałka Jacek Podsiadło

Kociaki Jerzy Jarniewicz

Kontent Eustachy Rylski

Kostyczny Mirosława Marody

Krachla Zbigniew Benedyktowicz

Krnąbrny Wojciech Eichelberger

Kryg Antoni Kroh

Kukuruźnik Stefan Chwin

List Wojciech Nowicki

Łapserdak Konstanty Gebert

Miglanc Anda Rottenberg

Moderant Jan Hartman

Nachkastlik Jan Gondowicz

Nakastlik Andrzej Franaszek

Naser mater Tomasz Różycki

Niepomny Maja Komorowska

Niezborny Janusz Rudnicki

Nobliwy Edmund Wnuk-Lipiński

Obelgi, wyzwiska, wymysły Zagadnienie leksykalne Przemysław Czapliński

Oblicze Joanna Kulmowa

Ochędóstwo Tadeusz Nyczek

Ogłada Kazimierz Orłoś

Ordynus Marek Bieńczyk

Osobliwy Piotr Matywiecki

Owszem Jan Miodek

Pachciarz Henryk Grynberg

Pieczeniarz Tadeusz Rolke

Plereza Maria Poprzęcka

Podkurek Piotr Siemion

Polepa albo na co spluwał Ślimak Aleksander Kaczorowski

Poniewczasie Jerzy Bralczyk

Poniewierka Roch Sulima

Powalać Justyna Bargielska

Pozłotka Edward Dwurnik

Prywaciarz Ewa Milewicz

Prywatka Monika Płatek

Przeźmion Jan Jakub Kolski

Psiakrew Olga Tokarczuk

Samowtór Filip Łobodziński

Skucha Joanna Bator, Jacek Hugo-Bader

Służyć ks. Adam Boniecki

Smugi Ireneusz Kania

Statki Michał Głowiński

Suty Paweł Bravo

Szadź Joanna Szczęsna

Szmizetka Janusz Degler

Sznytka Inga Iwasiów

Szwajcarnia Marian Pilot

Takt Jerzy Jedlicki

Trzpiot Józefa Hennelowa

Turnus Agnieszka Glińska

Udatny Ewa Łętowska

Um Mariusz Wilk

Urwis Tadeusz Cegielski

VHS Agnieszka Wolny-Hamkało

Wzuwać, zezuwać Elżbieta Sawicka

Zacny Stanisław Dubisz

Zrobił był Zagadnienie gramatyczne Jacek Dukaj

Żydki Paweł Śpiewak

Zamiast wstępu, czyli embarras de richesse

Urszula Kozioł

W pierwszej chwili, dowiedziawszy się o tym projekcie, poczułam przypływ entuzjazmu. Postanowiłam wyjść od epitetu: „ależ bezczelny!”, wykrzykniętego kiedyś przez panią z radia w funkcji zachwytu. Przypomniałam sobie analogiczną dwoistość wymowy słowa „szelma!”. Ba – „szelmutka!”. „Bestyjka!”

Oto coś, co niosło w sobie zabarwienie ujemne (także: „wstręciuch!”, „brzydal!”), nagle nabiera swoistego powabu, atrakcyjności, wdzięku, nawet – pieszczoty. A słowo „bałamut”? Z jakim podziwem słyszało się kiedyś mawiane (bo już nie dziś): „A to szelma!”, „Ach, ty bałamucie!”.

W pewnej chwili wysypało mi się z pamięci tak wiele przykładów rozproszonych, pogubionych słów lub ich dwoistego znaczenia (à propos „dwoistego”, przypomina mi się zasłyszane w autobusie gdzieś koło Izbicy, że ona, kobieta jadąca obok, ma „troiste” buty, no bo takie błoto). Słowem – istny embarras de richesse. Poczułam się zablokowana, niezdolna do wyboru tego jednego tylko, zapomnianego słowa. Zbyt trudna decyzja!

W końcu moje dzieciństwo nasiąkało w najwcześniejszych miesiącach życia zasłyszanymi w tamtej okolicy językami Ukraińców i Rusinów (oni przestrzegali tych trudnych do uchwycenia rozróżnień), Żydów, kolonistów niemieckich, wędrownych Cyganów. No i lokalnej gwary. Czysta, poprawna polszczyzna zachowała się jedynie w obrębie ordynacji Zamoyskich, jako że ten zasłużony ród słynął z dbałości o poziom i powszechność wiejskich szkół.

Tak więc w mowie potocznej zakorzeniły się te wszystkie fajerki, lufty i lufciki, cwibaki z bakaliami czy bez, rajtki (do konnej jazdy), cymesy, łacykuszki (o łakociach), meszty (we Lwowie), zapodział się niejeden szaławiła czy absztyfikant. Mało kto w tym świecie jest – w przeciwieństwie do czasów piłsudczykowskich – zafajdańcem (stąd nikt już u nas nie fajda!). Maluczko, maluczko, a zabraknie u nas trzpiotek, szkrabów, berbeci. Mało kto emabluje kogoś, a tak w ogóle kto z kim dzisiaj trzyma sztamę? Gamonia i fajtłapę wypiera dupek i – excusez le mot – ch…! Albo weźmy takie słówko „mizdrzyć się”. Czy można powiedzieć, że na przykład poseł Czarnecki bądź Kłopotek mizdrzą się do kamery? Ja bym tak tego nie ujęła, bo to chyba niegrzeczne (choć ciśnie się na usta!). Ale tego słówka już prawie nie ma! Wyszło! Ubywa też birbantów. Zamiast „impertynent” większość mówi „cham”. A zakupów nikt już u nas nie taszczy, tylko je dźwiga.

Co z naszej mowy wypada na wirażach czasu, a co w niej umocowane jest – na maksa? – ależ skąd! Umocowane na fest!

Ancymonki

Krzysztof Czyżewski

„Podejdźcie no tu bliżej, ancymonki”… Wujek Krynicki spoglądał na nas surowo, choć w jego oczach, skrytych za cienką, złotą oprawą okularów, było coś filuternego. Na próżno jednak łudziliśmy się z bratem, że draka, której byliśmy sprawcami, ujdzie nam na sucho. Z cykorem w oczach ruszyliśmy przez ocean drewnianej podłogi aż pod sam cypel palca wskazującego wujka, pożółkły od papierosów. Wreszcie przestał nim kiwać. Jak zawsze ubrany był w czarny garnitur zalatujący naftaliną, który kontrastował z jego siwizną i białą, niemal przezroczystą cerą przedwojennego asesora, a teraz mecenasa o nieskazitelnej reputacji. Nawet do głowy nam nie przyszło kręcić. Przyznaliśmy się do wszystkiego. A on zamiast spuścić nam lanie, zaczął mówić.

Staliśmy – dwa knajtki, które ledwie od ziemi odrosły – jak na tureckim kazaniu, cierpiąc katusze większe niż te najcięższą rózgą zadane. Uderzenia są przynajmniej krótkie, a potem szlus, tymczasem to trwało i trwało, niemiłosiernie długo. Niecnie postąpiliśmy z ciocią, wykorzystując jej fizyczne niedomaganie, jej spuchnięte nogi, gdy zmusiliśmy ją, by uganiała się za nami, za garnkami, które jej podkradaliśmy, kiedy gotowała, aż wywróciła się z krzykiem na podłogę, tłukąc naczynia. „No dobrze – powtarzałem sobie w duszy – już to wiemy, przyznaliśmy się, o czym tu jeszcze gadać?” Nie mogłem znieść, że słucha tego wszystkiego Renia, najmłodsza córka wujostwa, w której się ukradkiem bujałem, choć nasze wspólne spacery to był dla niej jedynie pretekst do wyjścia z domu i spotkania się z chłopakiem, z którym całowała się na moście w parku…

Lecz wujek mówił dalej. Tyle tylko, że zmienił się ton jego oracji. Mówił o szacunku dla innych, dla starszych, słabszych i szalonych, mówił o Łemkach, którzy przychodzą do jego kancelarii ze skargą na szykany doświadczane od sąsiadów, o Nikiforze, z którego nieopodal na deptaku natrząsają się dzieci, bezkarnie wyczyniając mu różne psoty. Nagle zaczęło do nas docierać, że w jego słowach skierowanych ku nam nie ma złości, gromów i połajanek, że jest w nich niespodziewanie tyle miłości… Obejmował nimi nas, naszą rodzinę, sąsiadów, cały świat. Tak jakby stał, jak my wczoraj, na szczycie Góry Parkowej w Krynicy i miłością obejmował w posiadanie wszystko, co się przed nim rozpościerało. A cała tajemnica jego magicznej siły skrywała się w tym jednym czarodziejskim słowie, które jak zaklęcie powtórzył jeszcze kilka razy: „ancymonki”. „Ancymonki” były twardomiękkie i kwaśnosłodkie, zaczynały się surowo, a kończyły miłośnie, dosycały błogi smak rodziny przyprawą odpowiedzialności, brzmiały polifonicznie jak śpiew w łemkowskiej cerkwi.

Dzisiaj myślę o tym, co by było, gdyby wujek Krynicki nie znał takiego słowa albo je zapomniał. Czy wówczas ten nasz mały rodzinny dramat – taki, jakich tysiące wydarza się w tym świecie na styku z innością – miałby szansę obrócić się z ciemnej strony na jasną? Tamtego dnia zamiast rozejść się z urazem w sercu i łzami goryczy, znaleźliśmy się z bratem w ciepłym uścisku schorowanych ramion cioci, która przez łzy miłości powtarzała: „Moje ancymonki, moje ancymonki…”.

Archaizm

Michał Ogórek

Spośród wszystkich słów archaicznych najgorzej ma samo słowo „­archaizm”. Jest przestarzałe po wielokroć: przez swą treść i znaczenie, brzmienie, a nawet kontekst; w jego towarzystwie wszystko od razu się starzeje. Postarza nawet bardziej niż „sędziwość”, bo to chociaż może być współcześnie rozumiane jako pełny skład sędziowski.

Coś, co jest archaiczne, przedpotopowe, zamierzchłe – z definicji nie może być niczym atrakcyjnym, o ile w ogóle jest jeszcze choć trochę żywe. „Archaiczny” stopiło się już ze słowem „anachroniczny” i oba znaczą to samo: niedostosowany do swojego czasu. Przy czym teoretycznie anachroniczne może być i coś, co wyprzedziło swój czas, nazbyt nowoczesne, na przykład Anna Grodzka w Sejmie, ale w tym sensie nikt tak nie powie.

„Archaizm” jest w ogóle najstarszym pojęciem językoznawczym, jeśli uświadomić sobie, jak prędko pierwsze utracone słowo stało się od razu archaizmem. Według Biblii było to słowo „raj” i wówczas było jeszcze czego żałować.

Obecnie „archaizm” ma się tak fatalnie, bo współczesny świat nie ceni niczego, co nawet odrobinę jest nie na czasie. Wszystko, co nowsze, jest lepsze od tego, co starsze – wobec czego i w dziedzinie archaizmów archaizm młodszy byłby lepszy od archaizmu starszego.

Dziś przecież wszystko, co jest choćby trochę stare, od razu przerabia się na nowe. Samo pojęcie „archaizować” nie bardzo miałoby co oznaczać, bo to, co stare, jest już od razu maksymalnie archaicz­ne. Kiedy mojemu małemu synkowi powiedziałem, że kiedyś ludzie nie znali prądu, zapytał: „To jak wtedy żyliście?”. Starość przestała się bowiem stopniować i przerabianie czegokolwiek na jeszcze starsze byłoby rzeczą całkowicie bezcelową, bo starość jest po prostu wcieleniem całej przeszłości.

Młodzi żyją w przekonaniu, że nic przed nimi nie było, a przynajmniej nic, o czym warto by wiedzieć. Pamiętam taki teleturniej, w którym uczestnik, uśmiechając się z pobłażliwą wyższością, wyjaśnił, że nie może nic wiedzieć na temat wydarzenia, o które go pytano, bo kiedy miało miejsce, nie było go jeszcze na świecie. Późne urodzenie uważał za rodzaj przewagi, która zwalnia z obowiązku posiadania jakiejś wiedzy. To, że prowadzący teleturniej – rzeczywiście mocno starszy gość – wiedział, co było przed pojawieniem się na świecie pierwszego człowieka, nic a nic zawodnika nie zastanawiało.

Sam piszę to jako archaik, wywodzący się z pokolenia, które pisało sobie na koszulkach no future, a nie no past. To ostatnie hasło dziś wzięte by zostało zresztą raczej za informację o zamknięciu włoskiej restauracji.

Podobno archaiczny jest już ajfon 5, podczas gdy ja nie wiem jeszcze, co to jest w ogóle ajfon. No, ale kiedyś do kelnera – chcąc mu pochlebić – zwracano się „panie starszy”, dzisiaj za coś takiego można by chyba dostać w mordę. Obecne Rady Starców czy Konwenty Seniorów muszą być po operacjach plastycznych, aby nikogo nie zrażać do siebie zmarszczkami i wyglądać na znacznie młodsze, niż są naprawdę. Nawet Spartanki przed zepchnięciem ze skały naciągałyby sobie skórę, żeby jakoś na tej uroczystości wyglądać.

Archaizmowi obecnie nie pomaga także to, że intuicyjnie kojarzony jest z Grecją. („Achajowie” brzmią prawie jak „Archajowie”). Sądząc po codziennych telewizyjnych obrazkach z Aten, najbardziej archaiczne jest tam to, że coś funkcjonuje. Strajkowano już za mitologii, a Herkules jest tam czczony za to, że wykonał w ogóle jakąkolwiek pracę, i już samo to uznano za nadludzki wysiłek.

Nie da się ukryć, że i z tego powodu antyk nie ma dziś nigdzie na świecie dobrej prasy i Troi nie tylko raczej by nie odkopano, ale by jej jeszcze dokopano.

Mieszkańcy Unii Europejskiej są przekonani, że do dziś muszą dopłacać do antyku. Uznają to nie tylko za archaizm, ale jeszcze za anarchizm.

Awanturnik

Ziemowit Szczerek

Obecnie, gdy ktokolwiek mówi o awanturniku, to się rozglądamy, czy ktoś nie chce nas przypadkiem wystrzelać po pysku. Awantura: tyle zostało w Polsce ze starego, dobrego łacińskiego advenire – przychodzić, które przeszło długą drogę znaczeniową, by w światowej świadomości zakorzenić się najsilniej jako angielskie adventure. A ten, kto przygód zażywa, kto ich szuka – to adventurer, poszukiwacz przygód. Polski „awanturnik” to, być może, też poszukiwacz przygód, ale dość specyficznych: wyjechać komuś z baśki w tramwaju, barem kogoś zawadzić na chodniku, a jak zawadzony się oburzy, to mu poprawić z liścia albo i z półobrotu. Takie są te polskie awantury.

Kiedyś, dawno, dawno temu, ten polski awanturnik oznaczał nie tylko wyżej opisanego pajaca, ale również kogoś, kto poszukuje innego rodzaju przygód: podróżuje, szpera, jeździ po ciekawych, dziwnych miejscach, jest ciekaw wrażeń. A później tak się jakoś porobiło, że z tego porządnego i zacnego człowieka, awanturnika, typ pozostał paskudny. Ogr jakiś niewychowany, chamidło, bydlę wręcz. Brr.

Jasne, słowo „przygoda”, polskie prawdziwie, polskie niczym żółty wiślany piach i wioski słomiany dach, dobrze tę „awanturę”, makaronizm, zastępuje, w porządku, równie godnie, jak „Żegota” Ignacego, „Tworzyjan” Floriana czy „Wilczychód” Wolfganga, okej, nie mam nic przeciwko, ale brakuje mi polskiej wersji awanturnika. Poszukiwacz przygód? A co to za opisówka dwusłowna, co my, Niemcy jesteśmy, żeby takie piętrowe cuda robić? Żebyśmy sobie jak oni to razem zapisywali, poszukiwaczprzygód, to jeszcze, ale po takim poszukiwaczuprzygód, po takim ciągu człowiek automatycznie ma ochotę postawić domenę .pl i wychodzi z tego jakiś sklep podróżniczy, a nie poszukiwacz przygód. No więc co? Przygodowiec? Przygodnik? Brzmi toto jak „ugodowiec” i „tygodnik”. Nie działa, nie ma sensu, nie da się. W języku polskim – po prostu – brak jednego, porządnego, intuicyjnego i prostego określenia na awanturnika. A dziwi to, swoją drogą. W końcu Polacy to nie naród hobbitów siedzących po wygodnych hobbitonach, ładnych, z trawką przystrzyżoną, do których, gdy przygoda zapuka, to się jej nie wpuszcza, tylko psami szczuje i modli, żeby nie wróciła. Polacy przecież rzucają się w co się da i na co się da, Polak raczej znany z tego, że ruchliwy, żwawy, że zakręci, zakombinuje, poradzi sobie, że świata ciekawy (być może dlatego również, że hobbitony mamy nie za ładne i nie za kojące, ale to inny temat). Coś się dziwnego z naszym językiem w tym punkcie porobiło. Jakiś błąd w matrixie.

I mnie się to bardzo nie podoba.

Żądam przywrócenia awanturnikowi należnej mu czci i godności!

Azali, atoli, aliści

Ernest Bryll

Tak mi się w dzieciństwie ułożyło, że znalazłem się na pograniczu paru odmian języka polskiego. Najpierw babka, która mówiła gwarą Powiśla i Warmii, potem ojciec – Kujawy wokół Gopła, matka – polski tych Polaków z Pomorza, co wędrowali za pracą po Westfalię. No i ziemie, gdzie mieszkałem w dzieciństwie – tu wpływ Puszczy Białej i jej tradycji kurpiowskiej, granica wsi mazowieckich i szlacheckich zaścianków – a one miały inną opowieść. I potem znajduję się w Gdyni. W 1947 roku jestem w pierwszej klasie gimnazjum ojców jezuitów w Orłowie. Tu mieszanina różnych wpływów. Wielu kolegów w dzieciństwie w ogóle nie mogło używać polskiego, bo rozmowa w tym języku w Gdyni czasów okupacji była surowo karana. A ja z moim „azali”, „atoli”, „aliści”. Dla mnie to zwyczajne słowa, dla wielu starożytność.

Pamiętam wizytację w szkole, kiedy nasza polonistka pani Jurszowa poprosiła mnie o streszczenie Zemsty przed szanownym areopagiem. Piękne to było, tylko że ja przeczytałem sztukę Fredry jedynie do połowy. Streszczałem ją więc dokładnie, licząc, iż za chwilę komu innemu ten zaszczyt przekażę. Tak też się stało, na dodatek moje „azali”, „atoli”, „aliści” wywołały zachwyt i na tej opinii długo jechałem.

A wiele lat później w Irlandii, gdzie los mnie zaniósł w ambasadory, urządzałem wigilię. Byli Polacy mieszkający w Irlandii, a też studiujący tam werbiści – zakon misjonarski. I oni, kiedy doszło do Cichej nocy, zapytali:

– Czy śpiewamy z atoli?

Bo na Śląsku taki jest przekład kolędy: „wszystko śpi, atoli…” – czyli „wszakże”, „jednak”, „mimo to”.

Więc choć ja znałem inne, bardziej powszechne tłumaczenie – nieprzygotowany aliści do tej zasadzki werbistów – pomyślałem: Popróbujemy atoli, azali się powiedzie. I zaśpiewaliśmy.

Bakelit

Zbigniew Mentzel

Słowa „bakelit” mój kolega z podstawówki za nic nie potrafił sobie przyswoić. Podobnie jak wielu dorosłych wymawiał je zawsze „bakielit”, co budziło we mnie poczucie wyższości.

– Jaki bakielit? Jaki bakielit? Bakelit, baranie! – tłumaczyłem mu nadaremno.

Pod koniec lat pięćdziesiątych XX stulecia wynalazek belgijskiego przemysłowca Leo Baekelanda przyjął się u nas na dobre i coraz więcej bakelitowych przedmiotów mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Z bakelitu były obudowa radia i aparat telefoniczny, lampka typu grzybek i rzutnik do przezroczy, mydelniczka, kontakt elektryczny i pudełko na pchełki.

Moja siostra, uczennica liceum ogólnokształcącego, które otrzymało imię kubańskiego rewolucjonisty, na loterię fantową urządzoną w szkole z tej okazji kupiła bakelitowego Murzyna; ale czerwona ze wstydu przyniosła z powrotem – sama go wylosowała. Murzyn, duży jak niemowlę karmione amerykańskim mlekiem w proszku, bardzo mi się podobał, ale zanim zdążyłem go bliżej poznać, zniknął gdzieś bez śladu jak niechciane dziecko, które zdjęte nagłym przerażeniem, wyszło z domu i dotychczas nie powróciło, oddaliwszy się w nieznanym kierunku.

Po trzydziestu latach Murzyn, a być może jego brat syjamski, odnalazł się w Krakowie przed sylwestrem. W gabinecie mojego przyjaciela, pisarza, w którym przygotowano mi gościnny nocleg – siedział wysoko na szafie i gdy tylko obudziłem się wczesnym rankiem, poczułem na sobie jego natarczywy wzrok.

„Murzyn miał regularne europejskie rysy, jasno dowodzące, iż jego projektantom przyświecała idea wielkiej rodziny człowieczej. Ogromny ołowiany ocean lat pięćdziesiątych przetaczał się nad nim” – opowiadał Jurek Pilch w książce, której maszynopis leżał na biurku.

Duch minionej epoki najwyraźniej upodobał sobie brzuch Murzyna i każdemu, kto przyłożył doń ucho, wydawało się, że „w zakamarkach tej pociemniałej bakelitowej muszli” słyszy „szelest stalinowskich sukien, garniturów, śpiew na dachu Łubianki, pojedyncze salwy, grzmot oklasków, skandowane nazwiska, muzykę zachodnich radiostacji”.

– Ten Murzyn jest mój. Dostałam go od rodziców na urodziny – oznajmiła nieoczekiwanie Hanka, żona mego przyjaciela, zaraz po tym, jak wspólnie przywitaliśmy Nowy Rok. – Wiecie, jak on się nazywa? Rodzicom zawsze najbardziej podobało się to imię. Nazywa się… – Hanka popatrzyła na mnie i umilkła zawstydzona.

Murzyn z czarnego bakelitu miał na imię Zbigniew.

Beresić

Stanisław Bereś

Psychologia wcisnęła się już w każdy zakątek życia ludzkiego, sferę onomastyki jednak pozostawiła na antypodach swoich zainteresowań, podczas gdy już dawno na uniwersytetach powinno się wykładać onomastykę psychologiczną, a może i psychologię onomastyczną. Potrzebę taką tymczasem da się wykazać nawet za pomocą mojego nazwiska, którego pochodzenie i znaczenia giną w mrokach staropolszczyzny, ale nie ma wątpliwości, że pochodzi z Kresów. Nie znam nikogo, oprócz trzech wybitnych językoznawców, a wśród nich profesora Jana Miodka, kto wiedziałby, że nazwis­ko „Bereś” pochodzi od słowa „beresić”, oznaczającego „wygłupiać się”, „dokazywać”, „psocić”, „błaznować”. Odnotowuje je Kazimierz Rymut w tomie Nazwiska Polaków. Słownik historyczno-etymologiczny, a potwierdza to Słownik etymologiczny języka polskiego Aleksandra Brücknera z 1927 roku, wywodzący słowo „beresić” od Pobereża, „słynącego z hultajstwa i dziczy w XVI i XVII wieku, dokąd uchodził kto z prawem wojował, wszelki awanturnik”. Ta niezwykła kraina, znana doskonale z Ogniem i mieczem, znajdowała się w południowej części Podola, między Dniestrem i Bohem oraz Murachwą i Jahorlikiem. Stąd zatem cała rodzina słów: „zbereźny”, „zbereźnik”, „zberezyje”, „zberezje”, a zatem określenia osób i czynności związanych z uciechami wszetecznymi, a zatem erotycznymi. „Na pobereżu” – mawiano, myśląc o nierządzie. Pełne pole znaczeń sięga jednak jeszcze dalej: od „figlarza i psotnika” aż po „bezbożnika i zbrodniarza”. Zamyka je zaś szereg: „bredzić” i „breszyć”, a zatem kłamać, bujać, pleść bzdury, wygadywać brednie i niedorzeczności.

Nie mam tu zamiaru katować nikogo językoznawczymi wywodami, bo pełną semantykę tego słowa czuję po prostu w swoich genach. W końcu nazwiska pochodzą od przydomków, nadawanych ze względu na cechy danej osoby. A charaktery najnormalniej w świecie się dziedziczy, co łatwo rozpoznaję w pokręconej i pokrętnej historii swojej rodziny.

Zaglądając w nią głęboko, do czego zmusił mnie na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku sam Jerzy Giedroyc, jako najodleglejszego przodka odkryłem swego pradziada Macieja, który jak wszyscy mężczyźni w mojej rodzinie był cieślą i zapisał się tym, że u boku Jakuba Szeli w czasie rabacji galicyjskiej występował w roli tak zwanego prokuratora ludowego, co oznacza, że słynne słowa Wyspiańskiego w Weselu: „Mego dziadka piłą rżnęli” odnoszą się do mojego przodka. Z tym jednak, że to on rżnął, a nie był rżnięty. Nie minęło osiem lat, a tenże sam Maciej – będący jedynym piśmiennym chłopem w okolicach Rzeszowa – został wysłany przez grupę gmin do cesarza Franciszka Józefa jako negocjator w sporze z miejscowym magnatem Adamem Jędrzejewiczem. Drogę do Wiednia przebył na bosaka tak zwaną kaczą ścieżką. Jak wiadomo z wpisu w księdze przyjęć w pałacu Schönbrunn, do rozmowy doszło dwukrotnie: raz po sforsowaniu ogrodzenia ogrodowego w czasie popołudniowej przejażdżki cesarza, a drugi raz parę dni później, podczas oficjalnej wizyty w kancelarii, gdzie pradziad załatwił sprawę po swojej myśli. Co najdziwniejsze, szczegółowy opis rzucenia się mojego dziada z gramotą w ręku pod koła cesarskiego powozu został opisany przez Arthura Schopenhauera w Reisetagebücher aus den Jahren 1803–1804. Problem jednak w tym, że Reisetagebücher zostały wydane w 1806 roku, a zatem zdarzenie to musiałoby dotyczyć ojca Miłościwego Pana, a więc tym samym również ojca mojego pradziadka, a zatem prapradziadka. Nie mam danych ani ochoty do głębszej analizy tej zagadki, pominę ją więc bez komentarza jako zwyczajną dziwność świata.

Oba te zdarzenia z życia mojego przodka są dostatecznie zabawne, by wyrażać cechy beresienia. Szczególnie adekwatna wydaje mi się kilkutygodniowa zabawa w ludowego prokuratora w czasie rzezi 1846 roku, bo polegała zapewne na partackiej inscenizacji sądu, a więc wystawianiu stołu na podwórko, rzucaniu przed nim na kolana właścicieli ziemskich i dukaniu bzdurnych oskarżeń o zbrodnie, które przyszły tego dnia do ciemnej pradziadowej łepetyny, po czym przystępowano do części właściwej, czyli zarzynania i piłowania właścicieli, gwałcenia dziedziczek, palenia zabudowań dworskich oraz innych uciech. I tak wędrowano z tym przedstawieniem od dworu do dworu w okolicach Krosna, Jasła, Tarnowa i Sanoka przez półtora miesiąca. Długo to trwało, więc zapewne publiczność była zadowolona. Ponura, rzeźnicza strona tych inscenizacji nie wydaje mi się znajoma, ale ich błazeńska humorystyka budzi w moim sercu pewien swojski rezonans, więc z przykrością przyjmuję, że mieści się ona w polu semantycznym mojego nazwiska.

Synem Macieja był Jan Bereś, choć jak na moje arytmetyczne rozeznanie pomiędzy nimi musiał istnieć jeszcze jeden przodek, bo inaczej pradziad musiałby dobić osiemdziesiątki i niemalże na łożu śmierci spłodzić Janka. Ale załóżmy, że faktycznie tak było i parafialne księgi w Staromieściu nie kłamią. Jak jego ojciec Janek był małomównym i upartym cieślą, a do tego dziwakiem, chłopskim filozofem i włóczęgą. Po pożarze, który strawił całą wieś – było to jeszcze przed pierwszą wojną światową – popłynął pięknym liniowcem oceanicznym klasy Barbarossa o długości stu siedemdziesięciu czterech metrów przez Bremę i Hamburg do Ameryki, gdzie pracował przez kilka lat w stoczni Lackawanna (dzisiaj dzielnica Buffalo). Jego nazwisko widnieje na liście pokładowej Norddeutscher Lloyd w Bremie z grudnia 1901 roku oraz w List or manifest of alien passengers for The United Stated immigration officer at port arrival w centrum emigracyjnym na Ellis Island u wrót Nowego Jorku.

Po powrocie – ku zazdrości całej wsi – Jan pokrył dach domu cynkową blachą, która istnieje do dziś, choć mocno zjedzona przez korozję. Ciężko pracował i mocno trzymał rodzinę za pysk, bo był despotą i sknerą, znanym z mierzenia długości firanek nabytych w mieście przez żonę. Okropnie ciągnęło go w świat, więc od czasu do czasu znikał z domu i wałęsał się całymi tygodniami. Widywano go nawet w Karpatach. Przede wszystkim jednak był majster-klepką, który marzył o zbudowaniu latającej machiny. Może w Stanach widział pokazowe loty braci Wright, Blériota, Cháveza lub Garrosa? Można powiedzieć: galicyjski Lindbergh w wersji ludowej. Na co dzień zajmował się ciesiółką, a w wolnych chwilach konstruował swoje niby-lotnie. Niszczył prześcieradła, podkradał babce pierze z pierzyn. Istny Ikar. A potem rzucał się ze swoimi konstrukcjami ze zbocza za stodołą. Na ogół paskudnie się rozbijał. Kilka razy wydawało się, że nikt mu już kości nie poskłada, lecz on się jakoś wylizywał i znów stawał do walki z siłą ciążenia. Starzy ludzie w Trzebownisku twierdzili, że kiedyś udało mu się przelecieć ponad wsią, ale skończył w rzece, gdyż zawadził o most. Nie bardzo w to wierzę, pewne jest w każdym razie, że ksiądz proboszcz z ambony nawoływał go do opamiętania i groził klątwą za wywyższanie się ponad aniołów i serafinów, lecz wszystko na nic.

Lotniarską pasję przerwała dopiero wojna i okupacja, podczas której oklapł i niespodziewanie zmarł. Podobno na nerki. Wcześ­niej oświadczył rodzinie, że idzie umrzeć do ogrodu, czym nikt naturalnie się nie przejął, więc naburmuszony wziął koc, parasol i położył się pod jabłonią. Paradowanie we wsi z parasolem, a co gorzej leżenie pod nim na kocu, uchodziło w tamtych czasach za kompletną brewerię lub objaw pomieszania zmysłów, więc babka przeżegnała się i zapaliła gromnicę pod świętym obrazem. Nie pomogło albo pomogło na coś innego, bo dziadek umarł. W czasie snu, pod tym parasolem. Być może wzleciał za wysoko w marzeniach i umarł z zachwytu.

Tyle mówią czyste fakty, ja jednak wiem, że pod tymi wydarzeniami ukrywa się demon błazeństwa i reżyserowanej komedii. Dziadek doskonale wiedział, że jego lotnie nigdy nie wzbiją się w powietrze, zbyt wytrawnym był bowiem cieślą, który wbitą w pień zapałkę rozcinał siekierą na cztery części. W Stanach na pewno uważnie przyjrzał się pierwszym samolotom, więc nie mógł mieć złudzeń. On po prostu odgrywał kabotyńskie spektakle aeronautyczne, na które schodzili się mieszkańcy wsi i okolic, by patrzeć z otwartymi ustami i drapać się po lnianych głowach, co mu na pewno pochlebiało. W końcu nie było jeszcze kina, były to więc jego życiowe role. A ogrodowa śmierć to już pełny spektakl z kreacją godną pana dziedzica na pikniku. Można powiedzieć, że zagrał się na śmierć. Otwarte pozostaje tylko pytanie, skąd wiedział, że ona nadejdzie tego popołudnia. Ale niektóre role muszą widocznie być dograne do końca.

Spośród jego dwóch synów pewne przejawy dziwactwa zdradzał stryj Stanisław, zwany przez swych uczniów (bo był nauczycielem) Brykasem. Zawdzięczam mu imię oraz umiejętność grania jednym palcem na pianinie paru utworów, ponieważ w czasie kilku pobytów w naszym domu nauczył mnie tego, wyjaśniając, że tą metodą w razie wojny ocalę sobie życie. Bliższego uzasadnienia nie podał, bo sprawę uważał za absolutnie oczywistą. Najlepiej pamiętam go z żywiołowych dyskusji w gronie rodziny i znajomych, w czasie których przekonywał swoich rozmówców, ludzi zresztą zwykle wykształconych, że Ziemia jest płaska. Używał w tym celu, jako podręcznego modelu, dwóch złożonych ze sobą talerzy do zupy. Wyjaśniam, że było to w epoce Gagarina, a stryj był dyrektorem dużego liceum, do tego doktorem fizyki. Na wiele spraw miał odrębny od całego świata pogląd, na co jako młody człowiek – zainteresowany tylko grą w piłkę i łażeniem po drzewach – niezbyt zwracałem uwagę, ale intensywności tej wieloletniej poznawczej krucjaty nie dawało się nie dostrzec, zwłaszcza w kontekście kolejnych lotów kosmicznych, które wszystkie razem wzięte uważał za PR-owski kant, mający na celu straszenie przeciwnika zimnowojennego wyścigu zbrojeń.

Pewne zachowania mojego ojca, gdy patrzę na nie z perspektywy czasu, też nie należały do typowych, by wspomnieć choćby tylko o nagłych rykach, które od czasu do czasu wydawał w miejscach publicznych i prywatnych, a którym towarzyszyło wyrzucanie w górę rąk i szybkie poruszanie dłońmi, jakby wkręcał żarówki. Był to rodzaj ryku radości, wyrażający pełnię życia i pragnienie podzielenia się z bliźnimi rozsadzającą go energią. Oczywiście ludzie patrzyli zdumieni, odsuwali się na bezpieczną ich zdaniem odległość i pukali się w czoła. Starannie inscenizował też rzekome kłótnie ze swoją żoną, a moją mamą, z którą po prostu pokłócić się nie dało, bo była osobą nieskończonej łagodności. Ale ponieważ on co jakiś czas dochodził do wniosku, że został czymś śmiertelnie obrażony, wyprowadzał się do tekturowego trabanta, który parkował za naszym blokiem (żeby sąsiedzi nie wiedzieli, że ma samochód). Jeśli wypadło to w zimie, zwłaszcza podczas mrozów, stanowiło to pewien problem, bo silnika nie włączał z powodu skąpstwa, a czasem po prostu nie miał gotówki lub kartek na benzynę. Wtedy mama wyprawiała mnie na parking z poduszkami, kocem i termosem, by nie zamarzł, a moim zadaniem było tak odegrać scenę wymykania się z domu, żeby broń Boże nie wydało się, że to ona jest inicjatorką akcji ratowniczej, choć było absolutnie jasne, że po mnie aż takiego poziomu empatii nie można się spodziewać.

Jego popisowym numerem było też kładzenie się krzyżem we wrocławskiej katedrze przed kaplicą Najświętszego Sakramentu tuż przed sumą. Zapadała wtedy śmiertelna cisza, a wierni wychylali się ze swoich miejsc, by lepiej zobaczyć grzesznika. Nie było bowiem wątpliwości, że jest to ktoś, kto nosi na sumieniu straszne winy – może gwałciciel, sodomita lub morderca? Takie rzeczy jak padanie krzyżem w kościele zdarzały się wtedy jeszcze może na wsi, ale w mieście wojewódzkim było to coś, co kojarzyło się tylko ze średniowieczem. W każdym razie w archikatedrze czuło się powiew grozy. Co najgorsze, występy mojego ojca przypadały na lata kontestacji i ruchów studenckich w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, gdy każdy z moich rówieśników był hippisem, miał koszule w kwiatki i szerokie dzwony, a w szkole walczył na śmierć i życie o każdy centymetr włosów. Nie muszę dodawać, że ja też byłem kontestatorem, a tu taki wstyd i krecia robota. Ojciec kompromitował mnie w oczach kumpli, skreślał i wdeptywał w ziemię. Nie przysiągłbym się, że nie robi tego w tym właśnie celu, bo aż tak religijny nie był.

Szczególnie jednak ciekawą kwestią były jego sprawy wojenne. Ojciec prawie w ogóle o nich nie opowiadał, bo – jak większość jego pokolenia – wykreślił je z pamięci raz na zawsze, ale członkostwo w ZBoWiD-zie, kilka orderów oraz obecność jego nazwis­ka w paru książkach o ruchu oporu świadczyły o bohaterskiej karcie. Każda jednak rozmowa na ten temat (a moje pokolenie, czyli dzieci Kolumbów, niespecjalnie interesowało się przejściami rodziców, więc okazji nie było zbyt wiele) kończyła się błazeńskimi relacjami – filmowej zdecydowanie proweniencji, choć Indiany Jonesa wtedy jeszcze nie było – o walkach wśród świszczących kul z niemieckimi narciarzami na zboczach Babiej Góry, gdzie ojciec nigdy nie był, o drążeniu gołymi rękami podkopu pod Sołą podczas ucieczki z Auschwitz czy o samotnej walce z esesmanem na rozpalonym kotle pędzącej lokomotywy pod ostrzałem messerschmitta 109. Były to opowieści tak fantastyczne i absurdalne, że pytający miał pełną świadomość, iż cynicznie jest robiony w balona, a celem narratora jest zniechęcenie do dalszych pytań o okupacyjne przejścia. Nic dziwnego więc, że po paru próbach tego typu rozmowy raz na zawsze wygasły. Nie wszyscy jednak o tym wiedzieli, czasem więc ktoś z jego kolegów lub członków dalszej rodziny nie odpuszczał i domagał się opowieści. Wtedy, relacjonując na przykład przebieg walk na stokach Babiej Góry i mnożąc dramaturgiczne efekty, docierał do swojej ulubionej chwili, gdy został osaczony przez esesmanów ze słynnej 1. Górskiej Brygady Narciarskiej SS. Słuchacze z przejęcia otwierali usta i zaciskali palce, a ojciec – odczekawszy dobrą chwilę – dorzucał w stylu Franca Fiszera: „Otoczyli mnie, więc broniłem się do ostatniego pocisku, ale amunicja się skończyła i wtedy rzucili się na mnie hurmem. Cóż było robić? – Tu rozkładał bezradnie ręce. – Wysadziłem się handgranatem. Rozerwało mnie na kawałki, a szczątki rozrzuciło po całym lesie. Nie było co zbierać”. Tu zawsze zapadała martwa cisza, słuchacze patrzyli na niego okrągłymi ze zdumienia oczami, nie mogąc przez dobrą chwilę wykrztusić słowa, a on dorzucał filozoficznie: „Tak, tak, zostały tylko te narty”. I tu wskazywał wzrokiem na białe narty śladówki z zapięciami systemu kandahar, leżące skromnie na szafie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czarna księga trzech lat rządów PiS Stańmy się sobą Jugosławia. Rozsypana układanka Dzikie karty. Tom 7. Ręka umarlaka Warkocz Sekretna wojna. Tom 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze