Deyna, czyli obcy

Deyna, czyli obcy

Autorzy: Roman Kołtoń

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 544

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 23.20 zł

Historia polskiej piłki nożnej przez dziesiątki lat była zakłamana. Jedyną z legendarnych postaci futbolu nad Wisłą jest Kazimierz Deyna, który znalazł tragiczną śmierć na autostradzie w San Diego.

Czy oficer Ludowego Wojska Polskiego może grać w Realu Madryt, hołubionym przez generała Franco? Jednocześnie Deyna jest pełen serwilizmu w stosunku do władzy komunistycznej, co najbardziej uwidacznia wywiad dla Stefana Szczepłka z 1977 roku. Komu potrzebne były takie słowa Deyny - na pytanie o najważniejsze wyróżnienie? - zapisane przez jego biografa:

"Jestem kapitanem reprezentacji Polski. Jako jeden z nielicznych sportowców otrzymałem od I sekretarza KC PZPR, towarzysza Edwarda Gierka, list gratulacyjny. Taki sam list dostałem po meczu w Kopenhadze dla drużyny, jako kapitan. To coś więcej niż tylko sport".

Dopiero po trzydziestce Deyna może wyjechać na wymarzony Zachód. Wcześniej popada w konflikt z Kazimierzem Górskim, a wyzwanie rzuca mu młody Zbigniew Boniek... Deyna trafia do Anglii, a później USA, ale nie znajduje tam ani piłkarskiego, ani życiowego szczęścia.

Roman Kołtoń kreśli - pod hasłem "Mundial życia" - portret Deyny na tle jego wielkich rywali w X finałach mistrzostw świata w 1974 roku, Franza Beckenbauera i Johanna Crauyffa.. Co zrobiła ta trójka ze swoim życiem? Czy Polak skazany był na tragiczny los tylko dlatego, że przyszedł na świat po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny? Sięgnij po Deynę. Autostradą do nieba, aby poczuć klimat tamtych dni, gdy Biało-czerwoni byli czołową reprezentacją globu.

Mojemu Ojcu,

który pochodził z Kresów

i sprawił, że rozumiem,

jak ważna jest historia...

Wstęp

Nigdy nie widziałem na własne oczy Kazimierza Deyny. Wyjechał z Polski, gdy miałem osiem lat. Zarazem spotykałem go na każdym kroku. Osiem lat temu przygotowywałem — dla wydawnictwa Tadeusza Zyska — album „Biało-czerwone mundiale" i przeglądałem wówczas tysiące zdjęć Deyny z lat siedemdziesiątych, z których kilkadziesiąt znalazło się na łamach książki. Do ostatniej chwili wahałem się, kto powinien znaleźć się na okładce prawie 500-stronicowego wydawnictwa — Deyna czy Zbigniew Boniek? Wydawca zdecydował się na niezwykle rzadki zabieg — sam album z fotografią Bońka na okładce znalazł się w pięknej kopercie. I na tej kopercie umieściliśmy efektowne zdjęcie Deyny, szarżującego w pamiętnym meczu „na wodzie" z 1974 roku, gdy walczyliśmy z Niemcami o awans do ścisłego finału X mistrzostw świata...

W 2010 roku Deyna znowu towarzyszył mi przez kilka miesięcy — tym razem przygotowywałem cykl dla telewizji Polsat Sport — „Biało-czerwone mundiale". Szef stacji, Marian Kmita, nabył prawa do wszystkich meczów Biało-czerwonych w finałach najważniejszej imprezy piłkarskiej globu w 1974, 1978, 1982, 1986, a także w 2002 i 2006. I każdy z tych meczów został przeze mnie zmontowany — powstały 24-minutowe skróty, które udźwiękowiłem. Montując skróty, poznałem wszystkie ruchy Deyny w trzynastu meczach finałów Mistrzostw Świata 1974 i 1978 roku. W moim domowym archiwum są również płyty DVD z innymi spotkaniami naszej drużyny narodowej z lat siedemdziesiątych. Od legendarnego meczu z Anglią na Wembley z 1973 roku, w którym Deyna wyszedł z opaską kapitana i poprowadził nas do „zwycięskiego remisu", aż po pamiętny mecz z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie w 1977 roku, zremisowany również 1:1, co też zapewniło nam awans na mundial. Na Wembley Deyna w najtrudniejszym momencie decydował się na „zakładanie siatek" rywalom — czyli puszczanie piłki między ich nogami. To miało uspokoić szarżujących Anglików, a dodać mocy partnerom. Z kolei Stadion Śląski w 1977 to gol Deyny z rzutu rożnego. Cóż to był za „rogal"! Typowy „rogal Deyny"! I to nie sprzed pola karnego, a spod chorągiewki w narożniku boiska. Jednocześnie publiczność wygwizdywała Deynę. I to tak wygwizdywała, że nigdy żaden Polak grający w stroju z Białym Orłem tego nie doświadczył. Każde zagranie — gwizd, przeraźliwy, dominujący, dołujący... Nic dziwnego, że Deyna postanowił już nigdy nie zawitać na Stadion Śląski w Chorzowie. I mówił o tym publicznie, co było zadziwiające jak na warunki Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej...

Przyszedł na świat w PRL-u, w tamtych czasach i tamtym ustroju dojrzewał. Zdobył sławę, a zarazem ściągnął na siebie nienawiść. Skąd brała się ta nienawiść, której ukoronowaniem było lżenie Deyny w kluczowym spotkaniu eliminacji Mundialu 1978 roku? Zastanawiało mnie to od lat i w końcu postanowiłem pójść tym tropem. Ceniąc pracę innych autorów, odkryć Deynę po swojemu...

Najpierw była Biblioteka Narodowa. Później dokumenty z Instytutu Pamięci Narodowej. Kluczem okazały się dialogi z ludźmi, którzy pamiętali Deynę — jego wielkie, ale i małe chwile. Kazimierz Górski — legendarny trener reprezentacji lat siedemdziesiątych — odszedł do Pana kilka lat temu. Kilka razy zdążyłem z nim porozmawiać w jego mieszkanku przy Madalińskiego w Warszawie. To były wielkie wywiady dla „Przeglądu Sportowego" z okazji 25-lecia Wembley, a także w związku z medalem zdo bytym na Mundialu 1974 roku. Kiedy pierwszy raz szedłem do pana Kazimierza, ktoś doradził mi: „Przyda się butelka metaxy, ulubionego trunku po trenerskiej przygodzie Górskiego w Grecji". Sączyliśmy metaxę przez pięć czy sześć godzin. A gdy wychodziłem, pan Kazimierz wypalił: „Gdzie pan się tak spieszy, panie Romanie, mamy jeszcze tyle do omówienia". Wracałem później przez lata. Niezapomniana była wizyta z Marianem Kmitą i rejestracja kamerą świetnych fraz pana Kazimierza. Żałuję do dziś, że zabrakło mnie przy wywiadzie mojego przyjaciela Jana Grzegorczyka. Umówiłem rozmowę, mieliśmy iść razem, ale coś mi wypadło. Janek, jak to Janek, zadawał niebanalne pytania. I usłyszał wiele niebanalnych treści o legendarnych polskich piłkarzach — od Ernesta Wilimowskiego, przez Kazimierza Deynę, aż po Zbigniewa Bońka. Wszystkich ich doświadczył Górski — Wilimowskiego oglądając we Lwowie na gałęzi drzewa, Deynę stawiając w roli lidera kadry, a Bońkowi umożliwiając debiut w reprezentacji...

Pracując nad książką o Kazimierzu Deynie, spotkałem się z Jackiem Gmochem i Andrzejem Strejlauem. Znam ich kilkanaście lat. Rozmawiałem dziesiątki razy, czy na antenie, czy przy kawie. Temat Deyny spowodował jednak gwałtowny przypływ emocji związanych z pamiętnymi meczami Biało-czerwonych czy też ze spotkaniami Legii. W szeregach „wojskowych" Gmoch grał z Deyną, gdy ten wkraczał w dorosłość. Później spotkali się już w kadrze, Gmoch jako asystent Górskiego i współtwórca złotego medalu Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 roku. I w kolejnych latach... Strejlau najpierw prowadził młodzieżówkę, ale później też stał się współpracownikiem Górskiego. A potem jeszcze kierował Deyną jako trener Legii przez ponad trzy lata!

To nie były proste rozmowy. Łatwo mówić o triumfach, ale dużo trudniej o ranach, które nie zabliźniły się nawet po kilkudziesięciu latach.

W poszukiwaniu prawdy o Deynie trafiłem do środowiska „Orłów Górskiego", które szczególnie w latach dziewięćdziesiątych spotykało się wyjątkowo często. Grało po całej Polsce „koncerty", jak można określić ich benefisowe mecze. Rzecz jasna także dla pieniędzy... A pieniądze, jak wiadomo, często dzielą ludzi. Te podziały są bardzo trwałe... Nagle okazało się, że „Orły Górskiego" to szczytne hasło, ale za tym stoi bagaż tyleż pięknych, co trudnych doświadczeń. Kompletnie wykluczony z tego środowiska został Robert Gadocha. Na marginesie znalazł się Antoni Szymanowski — z prozaicznego powodu: zdrowie nie pozwalało mu kopać piłki.

Zawsze niezwykle ciekawe były dialogi ze Zbigniewem Bońkiem. Jego spojrzenie na Deynę odkrywam już od dwudziestu lat. Kiedyś usłyszałem taką anegdotę. Boniek znalazł się na jednym ze swoich pierwszych zgrupowań kadry, a Deyna zbliżał się do setnego występu w kadrze. Selekcjonerem był już Gmoch. Piłkarze uwielbiali wówczas grać w karty — także na pieniądze. Boniek, Deyna i dwóch innych starszych zawodników toczyło właśnie partyjkę pokera. — Była druga w nocy, a w pokoju hotelowym kłęby dymu papierosowego, pełna koncentracja nad kartami! — relacjonował „Zibi". — Nagle otwierają się drzwi i wpada Jacek Gmoch. Spojrzał i mówi do mnie: „Młody do siebie". A przede mną plik banknotów, które właśnie wygrałem. Zacząłem więc powoli zbierać te papierki z nominałem NBP, gdy usłyszałem głos Kazika — z taką charakterystyczną dla niego flegmą: „Jacek, «Młody» musi zostać. Musimy się odegrać". I drzwi się zamknęły. Jacek zniknął, a ja zostałem...

Co ciekawe, idolem młodego Bońka był Włodzimierz Lubański, ten, który stał w opozycji do Kazimierza Deyny. Przynajmniej tak stawiała go publiczność. Lubański to był złoty chłopak, który zadebiutował w reprezentacji jako nastolatek, a później szybko stał się gwiazdą Górnika Zabrze. Lubań ski dobrze wypadał w telewizji. W przeciwieństwie do Deyny... To Lubański pojechał na Igrzyska Olimpijskie do Monachium w 1972 roku jako największa gwiazda. Jednak igrzyska, które przyniosły pierwszy medal polskiemu futbolowi — i to od razu złoty — były pasmem jednego wielkiego triumfu Deyny. Tak, jak Deyna grał w 1972 roku, nie grał już nigdy później — kapitalnie łączył rolę dyrygenta z egzekutorem. W trakcie eliminacji Mundialu 1974 roku nieszczęście Lubańskiego spowodowało, że Deyna przejął opaskę kapitana. I ta już nigdy nie wróciła do Lubańskiego. Założył ją tylko raz w 1980 roku w pożegnalnym meczu w kadrze, gdy Deyna przestał już grać w drużynie narodowej...

Lubański w 1975 roku praktycznie wymusił na władzach PRL-u pozostanie na Zachodzie. Mógł wreszcie zarabiać w „twardej walucie", a miał 28 lat. Ówczesne bzdurne przepisy przewidywały wyjazdy zagraniczne z Polski dopiero po trzydziestych urodzinach. Lubański wymusił, Gadocha — wspólnie z obrotną żoną — wyprosił, a Deyna musiał czekać. Wyjechał do Anglii dopiero po 31. urodzinach...

Znalazłem nie dziesiątki, a setki wypowiedzi Deyny. Kilkadziesiąt wielkich wywiadów, wcale nie banalnych. Część środowiska piłkarskiego jednoznacznie kreśli portret Kazika — wielkiego gracza, a zarazem niemowy. Nie odpowiada to prawdzie w najmniejszym stopniu. Deyna uczestniczył w wielkich dyskusjach lat siedemdziesiątych. W wielu polemikach czy sporach. Miał swoje zdanie. Może nie formułował go tak zgrabnie, jak Boniek, ale... też nie mówił takich banałów, jak niektórzy dzisiejsi polscy reprezentanci. Deyna z reguły trafiał w sedno, choć trzeba dodać, że musiał szczególnie niepewnie czuć się, gdy w jego pobliże trafił tak „wyszczekany" młokos, jak Boniek...

Gdy wgłębiłem się w archiwa, gdy zacząłem rozmawiać z ludźmi, ukazał mi się obraz Deyny jako człowieka niespełnionego, któremu odebrano życiowe szanse rozwoju. Który był ofiarą komunistycznego marazmu, a zarazem — raczej koniunkturalnie — ten marazm publicznie zachwalał. Przez kilka miesięcy cierpliwie zbierałem mozaikę, z której wyłania się portret Deyny. Piłkarza, który pewnego dnia zaszedł na sam szczyt — stanął na jednym podium z gigantami światowej piłki lat siedemdziesiątych, Niemcem Franzem Beckenbauerem i Holendrem Johanem Cruijffem. „Trwaj, chwilo, jesteś piękna" — napisał poeta. Chwila skończyła się w okamgnieniu. Beckenbauer i Cruijff do dziś aktywnie działają w futbolu — na różnych polach. A przez dziesiątki lat dokonali rzeczy niebywałych.

Deyna z podium z Beckenbauerem i Cruijffem trafił do rzeczywistości, w której co kilka, kilkanaście dni towarzyszyły mu gwizdy. Dziś ma swój pomnik na Łazienkowskiej w Warszawie, obok stadionu Legii. Jaką był jednak postacią, gdy ściągniemy go z cokołu? O tym jest ta książka...

Chciałbym zdradzić pierwotny zamiar. W jednym tomie — pod hasłem „Mundial życia" miały się znaleźć cztery portrety — Wilimowskiego, Deyny, Bońka i Lewandowskiego. W futbolu zawsze były emocje, wielkie zwycięstwa, ale i dotkliwe porażki, przyjaźnie, ale i intrygi, pieniądze i... kobiety. Tak było w II Rzeczpospolitej i tak było w PRL-u, tak jest i teraz. Jak radzą sobie z tym życiem najwybitniejsi zawodnicy z Polski? O tym miał być „Mundial życia". Praca nad Deyną pochłonęła mnie, co nie znaczy, że nie wrócę do innych...

1.

Z Beckenbauerem i Cruijffem, a w Polsce najbardziej wygwizdywany piłkarz wszechczasów...

To jedno z najsłynniejszych zdjęć w dziejach polskiej piłki. Przemawia szef FIFA sir Stanley Rous, a obok niego stoją kapitanowie najlepszych zespołów Mundialu 1974 — Franz Beckenbauer, Johan Cruijff i Kazimierz Deyna. Cała trójka u szczytu sławy. Za cztery lata tylko Polak pojedzie na kolejne finały Mundialu, a później jakże inaczej potoczą się ich losy...

W 1974 roku każdy z nich był idolem — w swoich krajach bożyszczem, ale tak naprawdę byli rozpoznawani na całym globie. W 1978 roku Kazimierz Deyna w roli kapitana Biało-czerwonych będzie chciał zawojować Mundial w Argentynie. Powie publicznie: „Interesuje mnie tylko powtórzenie co najmniej osiągnięcia z Niemiec z 1974 roku". Tuż przed samym turniejem oświadczy: „Nie wycofuję się z tej opinii. Nie można jechać z nastawieniem, że wystarczy wyjść z grupy i wszystko będzie w porządku. Mnie takie podejście nie odpowiada, a mogę dodać, że również moim kolegom oraz trenerom. Mamy znacznie większe ambicje".

Franz Beckenbauer i Johan Cruijff mieli inne problemy. Niemiec po kłopotach z urzędem skarbowym pożegnał Bundesrepublik Deutschland i żył w Stanach Zjednoczonych. Z kolei Cruijff w maju 1978 roku właśnie opuszczał Barcelonę i też wybierał się do USA. Wcześniej przeżył napad w domu w Katalonii, co było dla niego traumatycznym przeżyciem...

Deyna poleciał do Argentyny na Mundial, który miał ukoronować całą karierę. Tymczasem zawiódł na całej linii. Chyba najbardziej z całej ekipy. W następnych latach Beckenbauer i Cruijff zrodzili się na nowo w świecie futbolu niczym Feniks z popiołów. Nie sposób zliczyć ich dokonań i trofeów. Deyna pogrążał się w życiowym chaosie, choć zdołał wyrwać się z PRL-u, najpierw trafiając do Wielkiej Brytanii, a następnie do USA...

Beckenbauer i Cruijff — ileż opowieści o ich klasie piłkarskiej. Ileż jednak opowieści również o kulisach związanych z ich finansami. Dyskusji o kontraktach, premiach, reklamach. Do Deyny musiało to docierać. Oficjalnie był oficerem Ludowego Wojska Polskiego. Zarabiał jak na PRL przyzwoite pieniądze, ale gdzie mu było do Niemca i Holendra. Co nie znaczy, że tamci nigdy nie mieli pod górkę. Pytanie, co każdy z nich — Beckenbauer, Cruijff i Deyna — zrobił ze swoim życiem?

Czy Deyna był skazany na los, który dopełnił się 1 września 1989 roku na autostradzie w San Diego?

Kto najlepszy — Polak, Niemiec czy Holender?

33 numer tygodnika „Piłka Nożna" z 1974 roku przyniósł tekst pod jakże prostym tytułem: „Kto najlepszy", opatrzony wspólnym zdjęciem Franza Beckenbauera, Johana Cruijffa i Kazimierza Deyny z gali po X finałach mistrzostw świata w Monachium. Antoni Piontek napisał: „Właściwie odpowiedź już znamy". Kilka cytatów: „Supergwiazdą mistrzostw został Johan Cruijff. Jest bezsprzecznie najwybitniejszym zjawiskiem w światowym piłkarstwie ostatnich lat (...). Przeprowadzić wyczerpującą charakterystykę gry Cruijffa jest niezwykle trudno. Jeśli klub kupuje zawodnika za 1,7 miliona dolarów (tyle otrzymał Ajax od Barcelony), to musi to oznaczać, że przedmiot transferu jest pod każdym względem piłkarzem wspaniałym, bez wad. «Boski Johan» wszystkie umiejętności piłkarskie posiadł w stopniu absolutnym. Wspaniały technik i drybler, niezwykle szybki, potrafi z każdej pozycji oddać równie zaskakujący co precyzyjny strzał. Obecnie jednak jego największym walorem jest talent strategiczny, poparty twórczą inwencją (...). Obecnie Cruijff nie ogranicza się, tak jak dawniej, do czyhania na piłkę w pobliżu pola karnego przeciwnika. Jego ulubione miejsce, z którego najczęściej rozpoczyna akcję, znajduje się w odległości mniej więcej 30 metrów od bramki drużyny przeciwnej i około 10 metrów od bocznej linii boiska. Gdy jest wtedy przy piłce, rywale popadają w popłoch. Nigdy nie wiadomo co zrobi — czy nagłym prostopadłym podaniem stworzy dogodną sytuację któremuś z napastników, czy przerzuci piłkę na przeciwległe skrzydło, czy też wreszcie zdecyduje się na samotny przebój... Każda z tych ewentualności jest jednakowo niebezpieczna, ale można być pewnym, że ta, którą ostatecznie wybrał Cruijff, była w danym momencie najlepsza".

Hymn pochwalny numer jeden. Niezwykle celny. A teraz słowa Piontka o Niemcu: „Miano drugiego piłkarza mistrzostw przypadło Franzowi Beckenbauerowi. 28-letni monachijczyk jest uważany za symbol gracza przyszłości, zawodnika, który dokonał w futbolu, zwłaszcza w taktyce, prawdziwej rewolucji, zmusił trenerów do poszukiwania nowych rozwiązań, przyczynił się do powstania wielu awangardowych koncepcji. Zaczynał karierę jako napastnik, przeważnie występował na prawym skrzydle. Później został przesunięty do drugiej linii i właśnie jako znakomitego rozgrywającego podziwialiśmy go podczas MŚ w Anglii. Cztery lata później w Meksyku zajął już miejsce w środku defensywy i okupuje je do dziś. Ale problem w tym, że te przesunięcia miały charakter czysto «formalny» i nie wpływały prawie wcale na sposób gry Beckenbauera. Zawsze grał tak, jakby występował przynajmniej w dwóch formacjach jednocześnie. Z czasem z powodzeniem zaczął łączyć zadania obrońcy, pomocnika i napastnika".

I na koniec charakterystyka Polaka: „Do tej pory narzekaliśmy, że zagraniczni eksperci nie zawsze potrafią docenić Kazimierza Deynę. Mistrzostwa świata wiele chyba zmieniły pod tym względem. Trzeci — obok Cruijffa i Beckenbauera — z wielkich kapitanów zebrał w RFN entuzjastyczne recenzje. Jako dyrygent drużyny nie miał chyba równych sobie. Fantastycznie opanowana umiejętność zmian rytmu i tempa gry, idealne rozdzielania podań — i to różnorodnych, zawsze zaskakujących dla przeciwnika, łatwość w wyczuwaniu intencji rywala, a także nieskazitelna technika — precyzyjne uderzenia piłki, mijanie kilku graczy przy pomocy nietypowych zwodów — to najważniejsze zalety legionisty. Wielka szkoda, że na mistrzostwach tylko częściowo zademonstrował swoją maestrię strzelecką. Ale to już chyba efekt tego, że momentami zbyt wiele brał na swe barki. Cofał się po piłkę, aż na własne pole karne i później, gdy znajdował się przed bramką drużyny przeciwnej, nie starczało mu sił do oddania precyzyjnego strzału".

Piontek kończy: „U każdego z zawodników, o których pisałem w tym artykule, umiejętność myślenia na boisku jest walorem najcenniejszym".

„Deyna to był fenomen ruchu"

Spojrzenie dziennikarza „Piłki Nożnej" Antoniego Piontka na Kazimierza Deynę u szczytu kariery w 1974 roku jest bardzo ciekawe, a zarazem — gdy dziś ogląda się zapis tamtych meczów z lat siedemdziesiątych — bardzo trafne. Jednak chciał bym jeszcze przywołać opinię Antoniego Szymanowskiego, który był co prawda obrońcą, ale grał niezwykle elegancko. Ba, byli tacy, którzy sposób gry Szymanowskiego porównywali do Franza Beckenbauera.

Szymanowski w drużynie narodowej wystąpił 83 razy, z czego blisko 60 spotkań rozegrał w towarzystwie Deyny.

63-letniego Szymanowskiego spotkałem w Krakowie. Zaszliśmy do cudownej włoskiej restauracji i zaczął się wieczór, który na zawsze zapisał się w mojej pamięci. Myślałem, że porozmawiamy z dwie–trzy godziny. Siedzieliśmy tak długo, że czas stał się niepoliczalny.

— Grałem i z Kaziem Deyną, i ze Zbyszkiem Bońkiem. Nie chciałbym nic umniejszać Zbyszkowi, bo kapitalnie wykorzystał swój czas, a Kaziu na koniec pojechał do Anglii i cierpiał, ale... Dla mnie Deyna jest większym piłkarzem.

— Jednak z Polaków to Boniek zaliczany jest do panteonu nieprzemijających sław światowej piłki...

— Owszem, ale Kaziu nie zrobił takiej kariery, do jakiej był predestynowany, ponieważ nie mógł wyjechać w odpowiednim czasie. Został zatrzymany w PRL-u, gdy był u szczytu...

— Jakie były jego walory?

— Proszę zwrócić uwagę na to, że to był fenomen ruchu.

— Fenomen ruchu?

— Tak, proszę mi spojrzeć w oczy.

Spoglądam, a Szymanowski też patrzy mi w oczy, ale wykonuje przedziwny balans ciałem nad stolikiem. Niby delikatny, ale w odpowiednim momencie zaakcentowany. Rusza w jedną stronę, a po ułamku sekundy w drugą. Świat jakby zaczyna wirować...

— Miał taki zwód, podwójny zwód — relacjonuje Szymanowski. — I proszę mi wierzyć, miało się takie wrażenie, że obrońcy rozchodzili się. Często patrzył w prawo, a grał w lewo. Ciągle starał się oszukiwać rywali, a odpowiednio panując nad piłką, dokonywał tego. Wszystko też zależało od przygotowania fizycznego. Jeśli był w odpowiedniej dyspozycji, wszystko przychodziło mu łatwo...

— Później często nie był...

— Nie da się ukryć, ale ja mówię o turnieju piłkarskim Igrzysk Olimpijskich w 1972 roku, czy o Mundialu w 1974 roku. W 1972 roku jechaliśmy do Monachium, a największą gwiazdą był Włodek Lubański...

— Jednak z Igrzysk Olimpijskich w roli większego piłkarza wrócił Deyna! — wtrącam.

— Dokładnie! Bo Lubański był egzekutorem. A Deyna nie tylko strzelał bramki, ale jeszcze rozgrywał. W 1972 roku to Deyna potrafił w najtrudniejszych chwilach przechylić dla nas szalę zwycięstwa.

Ile płaci Cosmos Nowy Jork?

Beckenbauer pożegnał się z reprezentacją 3 lutego 1977 roku w meczu towarzyskim z Francją w Paryżu. Franz wystąpił po raz 103. w drużynie narodowej. Nikt zresztą nie zakładał, że to jego ostatni występ w kadrze. Po kilku tygodniach udzielił głośnego wywiadu magazynowi „Der Spiegel" i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Fragment tej rozmowy warto przytoczyć:

— Jak reagują pańscy koledzy z Bayernu na transfer do Cosmosu Nowy Jork? Jest pan izolowany w zespole?

— Nie, zawsze miałem dobre kontakty z kolegami i tak pozostaje. Nie było żadnego, który wystąpiłby przed szereg i powiedział: jak możesz decydować się na taki krok? Co chcesz zaoferować Ameryce? Wręcz przeciwnie — koledzy z Bayernu, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że głupotą by było nie przyjąć takiej oferty. Przy tym chciałbym podkreślić, że wszystkie te plotki o gaży 6 czy 7 milionów marek są całkowicie wyssane z palca. Nawet tak potężna kompania, jak Warner Communications, nie wyłożyłaby na gażę piłkarza 6–7 milionów marek.

— Jednak Pele zarobił w Nowym Jorku w trzy lata 23 miliony marek.

— Nie sądzę, aby było to możliwe. To w moim przekonaniu niewyobrażalne.

— Naprawdę ta suma jest przesadzona?

— O sumie w moim kontrakcie nie będę rozmawiał, a kontraktu Pelego nie znam. Być może jeśli chodzi o Brazylijczyka, to policzono także pieniądze od Pepsi. Jednak nawet wówczas nie uznawałbym sumy 23 milionów marek za realistyczną.

— Czy pan też podpisze kontrakt z Pepsi?

— Nie, tylko z Cosmosem.

— Za 6–7 milionów marek rocznie?

— No, ta rozmowa staje się coraz ciekawsza...

Beckenbauer — cokolwiek zirytowany — ostatecznie nie powiedział, ile otrzyma za rok gry w Cosmosie. Dziennikarze mogli tylko spekulować. 6–7 milionów marek to pewnie suma wygórowana, ale gażę „Kaisera" można było liczyć w milionach marek. Na pewno Franz chciał się odkuć po sprawie z niemieckim urzędem skarbowym. To był prawdziwy powód, dlaczego błyskawicznie chciał opuścić Niemcy — na rok przed finałami Mundialu w Argentynie. Po latach w biografii „Ich, wie es wirklich war" („Ja, jak to naprawdę było") — wydanej w 1992 roku — podyktował następujący passus: „Podatki to był także mój problem. Wiadomo, że normalne jest, aby część moich dochodów trafiała do kasy państwowej. Jednak tak wielka część? Firma Schwan/Beckenbauer przeżywała boom przed Mistrzostwami Świata w 1974 — byłoby niedorzeczne, gdybym twierdził coś innego. Przed turniejem finałowym branża reklamowa miała dla mnie tyle ofert, że więcej musiałem odrzucić, niż przyjąć. To był czas, gdy biznesmen Beckenbauer musiał naradzać się z piłkarzem Beckenbauerem, aby dokładnie rozważyć jedno — jeśli piłkarz Beckenbauer przeznaczy za dużo czasu na sprawy pozaboiskowe, to biznesmen Beckenbauer nie może oczekiwać cudów, ponieważ z Beckenbauerem, który będzie przegrany, nikt już nie zechce robić interesów. Wydaje mi się, że potrafiłem zachować odpowiedni balans (...). Nie odczuwałem przy tym jednak wielkiej radości. To były wspaniałe opowieści o moich milionowych zarobkach, jednak dla mnie liczyło się to, co zostało po odprowadzeniu podatków. Jako piłkarz byłem podatnikiem, który znajdował się w najwyższej skali podatkowej — o ile mnie pamięć nie myli: 56 procentowej. Dodatkowe dochody — musiały być opodatkowane jako firmowe. A tutaj skala podatkowa była jeszcze wyższa: 73 procent. Z każdej marki, którą zarobiłem, zostawało 27 fenigów. Nie znam nikogo, kto byłby przyjacielem urzędu podatkowego. Każdy płaci z zaciśniętymi zębami, ale 73 procent naprawdę boli. W gazetach ciągle i wciąż ukazywały się artykuły o niewyobrażalnych sumach, które zarabiałem. Gdy to czytałem, myślałem: pięknie by było... Z kontraktu reklamowego na 100 tysięcy marek zostawało 27 tysięcy. Z godziny podpisywania autografów za 5 tysięcy marek zostawało 1350. Wiem, wiem, że to dalej spore kwoty. Jednak powoli dobiegałem trzydziestki i przychodziły myśli, których nie mają ludzie w innych zawodach. Jeśli ktoś jest księgowym, z roku na rok lepiej zarabia. I nawet wzrost podatków w tym przypadku przyjmowany jest jako coś nieuniknionego. Taki księgowy — mając sześćdziesiąt pięć lat — przejdzie na emeryturę, a długo wcześniej zdaje sobie sprawę, na co może sobie pozwolić i że na pewno nie umrze z głodu. Przez lata wspomaga państwo, a później państwo nie zostawi go w potrzebie. Panuje porządek w życiu, pewność, choć często jest to pewność dość skromna... Jednak Beckenbauerowi lat siedemdziesiątych brakowało tej pewności. Musiał mierzyć się z nieprzyjemnymi myślami. Kiedyś, i to naprawdę niedługo, będziesz już tylko eks... Ekszawodowcem, eksgwiazdą Bundesligi, eksreprezentantem, eksmistrzem świata... I nikt nie może powiedzieć, co będzie się bardziej liczyć — eks czy słowo za eks... Czy po karierze słowo eks będzie oznaczać koniec? Wszystko przeminęło?".

Kiedy czytam te słowa Beckenbauera, to jeszcze bardziej mogę sobie wyobrazić myśli Deyny. Tego Deyny, który od Lechii jako nastolatek zażądał nie 40, a 80 tysięcy złotych. Tego Deyny, który cieszył się zapewne na każdą premię w wysokości kilkudziesięciu, czy kilkuset dolarów, które gwarantował dopiero Jacek Gmoch. Poprzedni selekcjoner, Kazimierz Górski, o finansach nie chciał dyskutować. Finanse jednak napędzały piłkarzy. Rozpalały ich myśli... Deyna myślał: z czego będę żył — tak jak Beckenbauer, choć Niemiec przy Polaku zarabiał krocie.

I „Kaiser" postanowił te krocie ulokować w Szwajcarii. „Nie byliśmy pierwsi, nie byliśmy ostatni, którzy — aby ominąć podatki w Niemczech — zdecydowali się na Szwajcarię" — wspomina Beckenbauer. Najświeższy przykład to Uli Hoeness, prezes Bayernu Monachium, którego afera podatkowa wzburzyła opinię publiczną w 2013 roku, a w 2014 roku zakończyła się wyrokiem bezwzględnego pozbawienia wolności. Zresztą trudno się dziwić, skoro Hoeness oszukał Niemcy na prawie 30 milionów euro zaległych podatków!

Beckenbauer zszokował Niemcy dobre kilkadziesiąt lat temu! 31 stycznia 1977 roku bulwarówka „Bild" na pierwszej stronie ogłosiła: „Beckenbauer — dzień, w którym zaatakowały podatki". Tekst zaczyna się następująco: „Willowa dzielnica Monachium — Gruenwald. To tutaj mieszka «Cesarz» Franz Beckenbauer. Poniedziałkowy poranek, czas śniadania. Gosposia wykrztusiła: «Panie Beckenbauer, trzej panowie przed drzwiami — są z urzędu skarbowego»". Sam Beckenbauer z perspektywy czasu przyznał: „Zaczęło się najbardziej spektakularne polowanie podatkowe roku".

W końcu kwietnia 1977 roku „Der Spiegel" — poczytny tygodnik społeczno-polityczny — na okładce oznajmił: „Cesarz odchodzi". Tekst napisany przez Hellmutha Karaseka — był już ostrzej zatytułowany: „Beckenbauer — libero, który ucieka". W tym czasie poważny dziennik z Monachium, „Sueddeutsche Zeitung" napisał o Beckenbauerze: „Z idola stał się marionetką w rękach reklamodawców". Odejście najlepszego niemieckiego piłkarza wszechczasów z Europy do USA tak skomentował felietonista „Sunday Times": „Grając w piłkę w Ameryce, Beckenbauer zanudzi się na śmierć".

Urząd skarbowy zaatakował. Zaatakowały również historie związane z kobietami. Pod jedną fotografią „Der Spiegel" daje podpis: „Libero reprezentacji Beckenbauer — Cesarz piłki czy...". To zdjęcie z piłką przy nodze, z rozwianym włosem... Na drugim Beckenbauer włos ma ułożony, jest w smokingu i pod muchą, a towarzyszy mu małżonka ubrana w jasną suknię balową. Podpis głosi: „...czy może Casanova Bundesligi? Beckenbauer pnący się po drabinie społecznej, obok żona"...

Beckenbauer wywodził się z biednej części Monachium — był synem urzędnika pocztowego. Jednak w niezwykle dynamicznie rozwijających się Niemczech wspaniale wykorzystał swój talent. Z pomocnika stał się libero. Genialnym, który na boisku grał wręcz elegancko. Po erze Pelego przyszedł czas Beckenbauera. Owszem — miał jednego wielkiego, również genialnego rywala, Cruijffa. Jednak to Beckenbauer był Mistrzem Europy w 1972, Mistrzem Świata w 1974 i Wicemistrzem Europy w 1976. Holandia z Cruijffem na każdym z tych turniejów wypadła słabiej. Ajax z Cruijffem trzy razy zdobył Puchar Europy — w 1971, 1972 i w 1973. Jednak później przyszedł czas Bayernu i Beckenbauera, który też trzy razy z rzędu sięgnął po Puchar Europy w roku 1974, 1975 oraz w 1976.

„Der Spiegel" głosił: „Mercedes, Porsche i Beckenbauer — te trzy marki na pewno przypadły światu do gustu". Beckenbauerowi — zdaniem magazynu z Hamburga — bliżej było do CSU niż SPD, ale w świecie kapitalizmu nie zapominał o ciężkiej pracy. Gdy swego czasu pomógł obalić Udo Lattka, trenera Bayernu, to tłumaczył bez ceregieli: „Piłka nożna to nie jakieś heroiczne sprawy, a praca i obowiązkowość". Zdaniem Beckenbauera trener Lattek koncentrował się na grze w tenisa i dlatego musiał zostać zdymisjonowany. „Jego popularność uderzyła mu do głowy" — powiedział „Kaiser".

Czy popularność Beckenbauerowi nie uderzyła do głowy? Na urodziny potrafił zaprosić 120 prominentnych gości, ale żadnego kumpla z drużyny. Zaprzyjaźnił się z biznesmenami i politykami. Ubrania na miarę szył w Wiedniu, a willa w nobliwej dzielnicy kosztowała 1,6 miliona marek (niewyobrażalna kwota dla zwykłego śmiertelnika w Niemczech lat siedemdziesiątych). W tejże willi w sypialni znalazło się okrągłe łoże w kolorze liliowym.

Już wtedy w autobiografii — tej wydanej w latach siedemdziesiątych — znajdujemy zdanie: „Mam strach przed pustką, która nadciąga, w którą się wpada i nie wiadomo, jak wyjść"...

W piłkarskim życiu chodzi o pasję

Cruijff po latach na łamach „Nieuwe Revu" — wywiad z 1991 roku znalazłem w książce Fritsa Barenda i Henka van Dorpa „Ajax, Barcelona, Cruijff" — powie: „W piłkarskim życiu chodzi o pasję. To dlatego nie pojechałem w 1978 roku do Argentyny na finały mistrzostw świata. Zdałem sobie sprawę, że jeśli pojadę na ten turniej, to zabraknie mi tej pasji, która jest konieczna, aby coś osiągnąć. Mogłem tylko zawieść. Ta pasja może wrócić — na przykład dwa lata później. To kwestia samopoczucia. Przed Mundialem w 1978 roku ciągle powtarzałem, że gdy wywalczymy awans, to rezygnuję z gry w kadrze. Osłodziłem sobie pożegnanie".

26 października 1977 roku Holandia grała z Belgią w eliminacjach Mundialu. „Oranje" wygrali 1:0 i awansowali. To był dla Cruijffa 48. mecz w kadrze, dla której strzelił 33 gole. „Boski Johan" — jak tytułowali go dziennikarze — z dnia na dzień zakończył reprezentacyjną karierę, która była oszałamiająca. Nie przez liczbę meczów czy goli, choć te są imponujące, a przez to, co pokazywał na murawie. To było coś więcej niż kunszt — to był geniusz. Lekkość, z jaką wykonywał wszystko, była olśniewająca. Po latach wszyscy zachwycali się Zinedine'em Zidane'em, ale Cruijff w operowaniu piłką był jeszcze bardziej swobodny. Przy tym dążył bezwzględnie do wykończenia akcji. Wśród kolegów miał wielki autorytet, biorący się z talentu i osobowości.

Jego ojciec zmarł w młodym wieku na zawał serca. Matka była sprzątaczką w klubie piłkarskim. Jako 13-latek przestał uczęszczać regularnie do szkoły. Nie przeszkodziło mu to biegle rozmawiać w kilku językach. Nie było problemem w zawrotnej karierze, w której wykazał się na kilku polach. Najpierw wiodącego — w skali świata — zawodnika, a później trenera i mentora futbolowego, z którego zdaniem liczy się wielu ludzi na całym globie!

Syn sprzątaczki został multimilionerem. Niektórzy uznają go za piłkarza stulecia w Europie. Wielu widziało w nim piłkarza XXI wieku. Gdy w 1964 roku jako 17-latek zadebiutował w Ajaksie Amsterdam, dziennikarze pomylili pisownię jego nazwiska. „Sportkroniek" napisała: „De Kruyff ", a „Het Parool" przedstawił jego nazwisko „Kruijff ". Tylko „Rotterdamer Algemeen Dagblad" napisał, jak należy: „Cruijff", choć później większość światowych mediów pisała (i pisze do dziś) Cruyff . Młody Holender po latach wspomina: „Już wtedy wiedziałem, że dziennikarzom często brakuje precyzji".

Potrafi być arogancki. Miałem okazję rozmawiać w swoim życiu kilka razy i z Beckenbauerem, i z Cruijffem. Niemiec na najtrudniejsze pytanie, nawet drażliwe, potrafi odpowiedzieć z uśmiechem na ustach: „Schau'n mer mal", czyli „Zobaczymy". Można to przetłumaczyć wręcz jako hasło — „Pożyjemy, zobaczymy". Taki typowy zwrot dla Bawarii, jakże charakterystyczny dla Beckenbauera. Cruijff — gdy coś mu nie pasuje — potrafi natychmiast zaatakować. Choć z biegiem lat wyciszył się.

Holender jako 19-latek był już mistrzem kraju i zdążył zadebiutować w reprezentacji. Był zarówno rozgrywającym, jak i snajperem. Umiał ostro dośrodkować, ale i kapitalnie, absolutnie niebanalnie podawać. Gdy trzeba było wdać się w pojedynek, nie pękał, choć wyglądał filigranowo. W 1968 roku Cruijff poślubił Danny — córkę jubilera, Cora Costera. Teść został jego menedżerem. Później obaj twardo negocjowali kolejne kontrakty — czy to z klubami, czy reklamowe. W 1971 roku Ajax podpisał z Cruijffem umowę, która miała trwać siedem lat. Gdy klub z Amsterdamu z Cruijffem w składzie trzy razy wygrał finał Pucharu Europy (za każdym razem do zera — z Panathinaikosem Ateny w 1971, z Interem Mediolan w 1972 i z Juventusem Turyn w 1973), to prezentował najbardziej ofensywny i nowoczesny futbol na świecie.

Podobnie było z Holandią w finałach Mundialu w 1974 roku. Pokazała olśniewający futbol, ale jednak finał z Niemcami przegrała... Cruijff — piłkarz, który wyprzedził epokę, nigdy nie został mistrzem świata, bo do Argentyny w 1978 roku — w przeciwieństwie do Deyny — się nie wybrał... Zabrakło mu — akurat w tym momencie — pasji...

2.

Najpiękniejsze, kiedy pokonany bramkarz nagradza strzelca oklaskami

W lipcu 1965 roku osiemdziesięciu juniorów zostało powołanych — jak się wówczas mówiło i pisało — na „centralny obóz w Warszawie". Chłopcy stawili się w Akademii Wychowania Fizycznego na Bielanach, gdzie przez dwa tygodnie przyglądał im się Antoni Brzeżańczyk, który zrobił później zawrotną karierę trenerską (prowadził nawet Feyenoord Rotterdam w erze wielkiej Holandii lat siedemdziesiątych). „Przegląd Sportowy" podał wówczas — po raz pierwszy — nazwisko bohatera tej książki. Tyle że w błędnej pisowni — Dejna. Skąd zna to Cruijff? Ostatecznie Brzeżańczyk wyselekcjonował trzydziestu dwóch zawodników, ale pominął Deynę. Kilka tygodni później zdolny napastnik — bo na takiej pozycji grał młody Kazik — błysnął w barwach Gdańska na turnieju Jerzego Michałowicza w Koninie. W finale Gdańsk był drugi, a Deyna przypadł do gustu drugiemu trenerowi reprezentacji juniorów, Jerzemu Słaboszowskiemu. Zagrał w młodszej drużynie juniorów i w nieoficjalnym meczu — zorganizowanym przez wrocławski OZPN — z Brnem strzelił dwa gole. W październiku 1965 roku wystąpił już w oficjalnym spotkaniu juniorów Polska — Czechosłowacja w Mielcu — wyszedł w pierwszym składzie, ale w przerwie został zmieniony. Po latach powie w wywiadzie dla „Żołnierza Wolności": „Występując w reprezentacji juniorów w inauguracyjnym spotkaniu, miałem pecha, grałem bowiem z blokadą, co sprawiło, że zyskałem kiepską recenzję, zwłaszcza od redaktora Jerzego Lechowskiego, wielkiego zresztą sympatyka Legii".

Po kilku tygodniach zaliczył swój pierwszy wyjazd zagraniczny — do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W Altenburgu Polska przegrała 0:1. Wiosną wystąpił w trzech kolejnych meczach juniorów — w tym dwóch z Czechosłowacją o awans do turnieju finałowego UEFA w Jugosławii. W Koszycach Biało-czerwoni przegrali 0:1, a w Płocku padł remis 1:1 i to rywale pojechali na Bałkany.

Dyskwalifikacja za dwie umowy

Wiosną 1966 roku — w czasie rywalizacji z Czechosłowacją — Deyna był przedstawiany w prasie jako zawodnik MZKS Gdynia, mimo że nigdy nie grał w tym klubie! Tak naprawdę w tym czasie był zdyskwalifikowany, jeśli chodzi o klubowy futbol! Będąc zawodnikiem Włókniarza Starogard Gdański, najzwyczajniej w świecie podpisał umowę z MZKS Gdynia, bez pytania o zgodę klubu, w którym się wychował!

Urodził się w 1947 roku w Starogardzie Gdańskim. Ojciec Franciszek Deyna pochodził ze wsi Osiek w Borach Tucholskich, a do miasta przeniósł się po drugiej wojnie światowej. Matka Jadwiga — z domu Sprengel — mieszkała najpierw w maleńkiej osadzie Fred. Nazwiska rodziców Kazimierza pokazują, że był z wielokulturowej rodziny. Przodkowie ojca przywędrowali najprawdopodobniej z Litwy, a matki z Holandii lub z Niemiec. Kazik miał dwóch braci i aż siedem sióstr. Ojciec pracował w mleczarni, matka zajmowała się domem.

Młody Deyna uwielbiał sport — piłkę nożną, ale także hokej oraz tenis stołowy. Ten ostatni był w Starogardzie niezwykle popularny, co zaowocowało najlepszym zawodnikiem wszechczasów w Polsce w tej dyscyplinie — Andrzejem Grubbą. Deyna lubił także skok wzwyż i szczypiorniaka, jak określano piłkę ręczną. Niedaleko Starogardu Gdańskiego — w Szpęgawsku — przyszedł na świat Bogdan Wenta, najwybitniejszy polski piłkarz ręczny w historii (grał nawet w słynnej Barcelonie!), a później fantastyczny trener (doprowadził Polskę do wicemistrzostwa świata w 2007 roku oraz Vive Kielce do trzeciego miejsca w Lidze Mistrzów). Sam Deyna tak wspominał tamte czasy (cytat za „Żołnierzem Wolności" z 1977 roku): „W Starogardzie wyrośli znani reprezentanci Polski — skoczek w dal, olimpijczyk Kazimierz Kropidłowski, brązowy medalista olimpijski z Rzymu 1960, Brunon Bendig oraz dyskobolka Danuta Rosati. I ja nie pozostawałem w tyle".

Jeśli chodzi o szkołę, to Deyna był słabym uczniem. Najpierw w podstawówce numer 4, później w Zasadniczej Szkole Zawodowej przy zakładach obuwia. Każdy z nich — i Kazik Deyna, i Franz Beckenbauer, i Johan Cruijff — jako nastolatkowie po prostu lekceważyli szkołę. Za co Polak dostawał srogie lanie od ojca...

* * *

Deyna miał szczęście do pierwszego trenera, Henryka Piotrowskiego, którego spotkał we Włókniarzu Starogard Gdański i który od razu dostrzegł w nim talent. Jako trampkarza zaczął wystawiać zdolnego „szczawika" w zespole juniorów, a jako junior Deyna trafił do drużyny seniorów. Zwrócił uwagę na siebie także, występując w reprezentacji okręgu. Podchody czyniły dwa kluby — Lechia Gdańsk i MZKS Gdynia (późniejsza Arka). W rozmowie z wysłannikami Lechii Deyna po raz pierwszy postawił się. Za namową trenera — jak relacjonuje Stefan Szczepłek — na sumę 40 tysięcy złotych, powiedział: „Nie pójdę za mniej niż 80 tysięcy". Miał mu to podpowiedzieć Piotrowski, który był obecny przy wizycie. Gdy przyjechali wysłannicy MZKS-u, to trenera zabrakło, a Jadwiga Deyna podpisała zgodę na przejście syna do Gdyni, sam Deyna zaś podpisał in blanco kartę zgłoszenia do MZKS-u. Tym samym został — jako 17-latek — piłkarzem dwóch klubów: jednego ze Starogardu Gdańskiego i drugiego z Gdyni. Piłkarz najpierw na dwa miesiące został zdyskwalifikowany przez OZPN, a później aż na dziewięć miesięcy przez PZPN!

W styczniu 1966 roku — w trakcie karencji — do Włókniarza zgłosił się pierwszoligowy ŁKS. Za 70 tysięcy złotych kupił najzdolniejszego juniora w kraju. Rodzice Deyny zaakceptowali, że Kazik musi iść w świat, a że do Łodzi, tym łatwiej było im na to przystać — w Łodzi mieszkał starszy brat Henryk, który pracował jako milicjant.

„Wsadzili do koszar" — na trzy tygodnie

Po odbyciu karencji Kazimierz Deyna zadebiutował w lidze 8 października 1966 roku — na stadionie przy Alei Unii ŁKS zremisował bezbramkowo z Górnikiem Zabrze. Już wcześniej o zdolnego chłopaka zaczęły się upominać dwa wojskowe kluby — Zawisza Bydgoszcz i Legia Warszawa. Legia, już wówczas jeden z najlepszych klubów w Polsce, najzwyczajniej w świecie doprowadziła do powołania Deyny do wojska! Rozmowy na ten temat toczyła pierwsza sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z Łodzi, Michalina Tatarkówna-Majkowska i prezes Legii, generał Zygmunt Huszcza. W jesiennym poborze do wojska powołano trzech piłkarzy ŁKS-u — obok Deyny także Zdzisława Kostrzewińskiego i Edwarda Studniorza. Po negocjacjach towarzyszki Tatarkówny-Majkowskiej i generała Huszczy stanęło na tym, że Legia z tej trójki ostatecznie wcieli do wojska tylko jednego. Legioniści upierają się, że od początku — tak naprawdę — chodziło im tylko o najlepszego z nich: o Deynę!

Kiedy żandarmi z Wojskowych Służb Wewnętrznych wreszcie wręczyli powołanie Deynie w Łodzi, ten stawił się w jednostce wojskowej w Warszawie. Opowiadał w 1972 roku w serii „Droga do medalu" na łamach „Przeglądu Sportowego" (nigdy nieopublikowanej w formie książkowej): „Ostrzygli mi łeb. Ubrali w drelichy i wsadzili do koszar. Nim zdołałem się połapać, już rozpoczął się dla mnie okres normalnego szkolenia rekruckiego. Minął tydzień, minął drugi. Rekrut Deyna, piłkarz ekstraklasy (jednomeczowy, ale zawsze), od rana do nocy dostaje regulaminowo w kość. Już myślałem sobie, że pewnie opowiadania kolegów, że tacy jak ja od razu idą do Legii, to zwykła bajka, że widocznie będę musiał odsłużyć swoje". Deyna wspomina dalej: „Minęły pełne trzy tygodnie rekruckiej służby, aż pewnego listopadowego ranka dowódca kompanii wydał rozkaz rekrutowi Deynie złożenia przysięgi wojskowej w przyśpieszonym terminie. Teraz wszystko poszło piorunem. Zanim ochłonąłem z wrażenia, już maszerowałem prowadzony przez szefa tak zwanego Ośrodka Sportowego, sierżanta Dobrowolskiego. W kieszeni miałem rozkaz odkomenderowujący mnie do tej jednostki. Dzień był zimny i słotny, ale do mnie z pochmurnego nieba uśmiechało się siedem słońc! Nie zdołam — choćbym się nagle zmienił w Puszkina — opisać radości, jaką sprawiła mi wiadomość, że od razu, pierwszego dnia, mam się udać na trening z drużyną pierwszoligową! To była wielka chwila, gdy kierownik piłkarskiej drużyny, Bronisław Brodecki przedstawił mnie zebranym i potem ja witałem się z nowymi kolegami. A byli to piłkarze znani całej futbolowej Polsce: Gmoch, Brychczy, Gadocha, Trzaskowski, Masheli, Grzybowski, Korzeniowski, Blaut, Apostel...". Nie wiem, na ile cały opis jest autorstwa Deyny, a na ile Grzegorza Aleksandrowicza, który spisywał jego wspomnienia. Wątpię, żeby „Puszkin" należał do językowej wyobraźni piłkarza ze Starogardu. Ale to już w ogóle zasada generalna, odnosząca się do wypowiedzi naszych sportowców „zarejestrowanych" w PRL-u. Zawsze jednak jakiejś prawdy możemy się dogrzebać. Bezsprzecznie wypowiedź oddawała nastrój młodego piłkarza.

* * *

Od 1 lipca 1966 roku na Łazienkowskiej pracował słynny Czech, Jaroslav Vejvoda, który wcześniej cztery razy z rzędu wywalczył tytuł mistrza Czechosłowacji — z Duklą Praga! Spotkanie Deyny z Vejvodą było cudownym zbiegiem okoliczności. „Jak se masz kluku" — powiedział Vejvoda do młodego zawodnika, gdy ten wkroczył do szatni Legii. Wojskowi w pierwszym sezonie nie grali za dobrze. Deyna w „Drodze do medalu" zaznacza: „Legii nie wiodło się tej jesieni. Drużyna o wielkich osiągnięciach i chyba nie mniejszych potencjalnych możliwościach, zajmowała na dwie kolejki przed końcem rundy jesiennej jedenaste miejsce z ośmiopunktowym dorobkiem (...). Nie brak było takich, którzy uważali, że przyczyną jest niezwykle srogi reżim treningowy, narzucony przez nowego czeskiego trenera, że «zarżnął nim» nieprzyzwyczajonych do niego zawodników".

Piłka utknęła w kupie błota

20 listopada 1966 roku Deyna zadebiutował w Legii w meczu ligowym — przeciwko Ruchowi. Rywalizacja skończyła się bezbramkowym remisem. „Jeden moment będę pamiętał do końca życia — bramkarz Ruchu, Barow leżał gdzieś z boku, ja miałem na polu karnym piłkę przy nodze i nieatakowany skierowałem ją do pustej bramki. Piłka potoczyła się i... utknęła w kupie błota na samej linii bramkowej" — opowiadał po latach Deyna. Sprawozdanie z meczu w „Przeglądzie Sportowym" głosiło w tytule: „Debiutancka trema paraliżowała ruchy Deyny". Sam zawodnik cytuje po latach wypowiedź Czecha po spotkaniu: „Kazio, ti je urodzony pomocnik!". Vejvoda nie zwlekał. Deyna relacjonuje: „Od następnego dnia po remisowym meczu z Ruchem zacząłem przygotowywać się do nowej dla mnie roli. Trenowaliśmy pilnie, bo czekało nas trudne zadanie. W ostatnim już spotkaniu sezonu jesiennego, w niedzielę 27 listopada, mieliśmy grać z Wisłą w Krakowie". Deyna jednak w tym spotkaniu nie wystąpił — z własnej winy. Po latach niczego nie ukrywał: „W tych właśnie dniach otrzymałem od mieszkającego w Łodzi brata list, w którym Henryk prosił mnie o odwiedzenie go. Nie pamiętam już, jaką miał do mnie sprawę, musiała być jednak dość poważna, skoro w czwartek po treningu zwróciłem się do Vejvody z prośbą o zwolnienie na następny dzień.

— Dobre, Kazio, ale w patek wiczerem ti uz je tu. W sobotę rano trening, a po południu do autokaru i do Krakowa.

Pojechałem. W Łodzi czas upływał okropnie szybko — po raz pierwszy od chwili powołania do wojska byłem znów wśród swoich. Spóźniłem się nie tylko na wieczorny pociąg w piątek, ale i na pierwszy poranny w sobotę. Nie przejmowałem się tym zbytnio. Myślałem — co tam, najważniejsze, żebym zdążył na chwilę odjazdu do Krakowa. W miarę jak pociąg zbliżał się do Warszawy, mina rzedła mi coraz bardziej.

— A nuż odjadą wcześniej? E, niemożliwe — uspokajałem sam siebie. — Vejvoda jest taki punktualny. Właśnie punktualny... A ja?

Gdy wchodziłem w bramę stadionu, czułem się jak smarkacz (pewnie nim jeszcze trochę byłem), który coś przeskrobał. Zobaczyłem stojący przed budynkiem, gotowy do drogi autokar.

— Chwała Bogu, zdążyłem — ucieszyłem się. Poczułem jednak, że nie mam odwagi, żeby sam stanąć przed trenerem.

Pobiegłem do kancelarii.

— Szeregowy Deyna melduje swój powrót z przepustki — powiedziałem regulaminowo zastępcy sekretarza generalnego klubu, podpułkownikowi Adamowi Bagłajewskiemu. — Ee... Eee... Ja się spóźniłem — wyjąkałem całkiem już cywilnym tonem.

Po dwóch, trzech pytaniach podpułkownik Bagłajewski zorientował się, jak sprawa stoi, że boję się iść do trenera.

— Chodź ze mną — powiedział, biorąc czapkę z wieszaka.

Gdy zbliżaliśmy się do mającego już silnik na chodzie klubowego «Sana», widziałem, że chłopaki siedzą w środku, a trener stoi w otwartych drzwiach, trzymając nogę na stopniu. Kiedy nas zobaczył, machnął tylko ręką, że to nawet nie chce gadać, odwrócił się, zatrzasnął drzwi i tyleśmy ich widzieli".

Legia w Krakowie wygrała 1:0, a Deyna stawił się na pomeczowy trening. Wspominał: „Trener popatrzył na mnie i powiedział:

— Ja ti zaufał, a ty sem nie wratil.

Nie dodał nawet, że mnie już nigdy nie puści, choć myślę, że miał to na końcu języka. Tak się jednak stało, że nie zwolnił mnie więcej z treningu. Po prostu — nigdy już o to nie prosiłem. Nie wiem, jakie stosunki panowały w Legii przedtem, bo kiedy ja przyszedłem do klubu, trener Vejvoda już tam był. Coś niecoś wiem o tym tylko z opowiadań zawodników. Przybyłem jednak dość wcześnie, żeby być świadkiem jak stopniowo, z żelazną konsekwencją wprowadzał swoje porządki.

Pamiętam, że kiedyś trener polecił nam stawić się w szatni na godzinę przed meczem. Jeden z nas — a ściśle Wiesiek Korzeniowski — spóźnił się o dziesięć minut. Vejvoda przyjął go słowami: «Panie Korzeniowski, u nas godzina to je 60 minut, a ne 50, ani ne 58. Dowydzenia, dneska ne będziesz hral». Wkrótce punktualność stała się u nas zasadą".

Ojciec bił wyciorem

Deyna nawiązuje do punktualności, ale także opisuje bardzo szczegółowo reżim treningowy. Przyszedł do polskiej ligi fachowiec, jakiego nie było nigdy wcześniej. Był wymagający nie tylko w stosunku do piłkarzy, ale także do kierownictwa klubu. Deyna wspominał w 1972 roku: „Opowiadali mi koledzy, że kiedy przyszedł do Legii i oprowadzono go po obiekcie, oglądając szatnie, powiedział: «Pane pulkownik, tu musi być basinek!». Szef początkowo nie bardzo nawet wiedział, o co idzie, ale w rezultacie myśmy zyskali basenik do masażu podwodnego, a nasz trener nowy przydomek — «Basinek»".

* * *

Starszy o dziesięć lat od Deyny Jacek Gmoch poznał młodszego kolegę w latach sześćdziesiątych XX wieku, już jako jeden z liderów Legii. Deyna był wtedy „szczawikiem", który dopiero wkraczał do zespołu. W trakcie tworzenia tej książki spotkaliśmy się kilka razy i za każdym razem 75-letni Gmoch zaskakiwał mnie coraz to nowymi faktami. Doskonale pamiętał „basinek". I pamięta piorunujące odkrycie, które związane jest z tym urządzaniem, zamontowanym na polecenie Jaroslava Vejvody: — Kaziu Deyna nigdy nie chciał się kąpać w tym baseniku. A Czech uważał, że pozbawi nas to wszelkich chorób. Najpierw gorąca kąpiel, a później trzeba wskoczyć na chwilę do baseniku, gdzie temperatura wody sięgała zaledwie 4 stopni Celsjusza. To doskonale uodparnia. Deyna jednak robił, co mógł, aby z nami nie wskoczyć. Pewnego dnia — jak to chłopy w szatni — uparliśmy się na Kazika. I rozebraliśmy go błyskawicznie, aby wrzucić do lodowatej wody. Okazało się, że Deyna miał straszne szramy na plecach. Ojciec za to, że zdzierał kolejne buty, bił go wyciorem...

— Wyciorem?

— To taki metalowy pręt do czyszczenia karabinu. Naprawdę szramy na plecach były niesamowite i w mig zrozumieliśmy, dlaczego Kaziu unikał wspólnej kąpieli...

* * *

Kazimierz Deyna w „Drodze do medalu" — spisanej przez Grzegorza Aleksandrowicza — kontynuuje opowieść o klubie za czasów pierwszego pobytu Vejvody: „Nasze szatnie pod trybuną główną wyglądały w owym czasie tak, jak niemal wszystkie tego rodzaju pomieszczenia w Polsce, czyli dość ponuro. Na ściankach kołki do wieszania ubrań, pod nimi ławki i to chyba wszystko. To Vejvoda doprowadził, że każdy z nas ma dziś fotel, własną szafkę, a na podłodze jest dywan — słowem luksus, jak w największych europejskich klubach. Nasz «Napoleon» (zaraz okaże się, dlaczego tak nazywaliśmy go, poza tym, że był niewielkiego wzrostu), w sprawach piłki nie uznawał w klubie żadnych autorytetów, był istnym dyktatorem. Anegdotyczne już stało się jego powiedzenie, kiedy to jeden z bardzo wysokich rangą członków zarządu klubu starał się przeforsować swoją koncepcję składu drużyny na jakiś mecz: «Pan rozkazuje na polu bitwy, na boisku rozkazuje Vejvoda!». Nasz szef gospodarczy kategorycznie się sprzeciwiał, kiedy przed spotkaniem, mającym odbywać się przy sztucznym oświetleniu, trener chciał przeprowadzić z nami ostatnie treningi wieczorem, przy reflektorach. Szef argumentował, że to tyle luxów, lumenów, czy jak to się nazywa, że za wielkie koszty, słowem nie zgadzał się i cześć. A Vejvoda na to: «Tak? W niedzielę sam pan będzie grał!». No i tego dnia już trenowaliśmy przy świetle".

* * *

Deyna pierwszą bramkę w oficjalnym meczu Legii strzelił 5 marca 1967 roku — na stadionie przy Reymonta w Krakowie. To było starcie w 1/8 finału Pucharu Polski z Wisłą. Legia jednak przegrała 1:3, a gol Deyny padł w końcówce. W lidze „Kaka" pierwszy raz trafił do siatki 13 maja — w 21. kolejce w spotkaniu wyjazdowym z GKS-em Katowice. To był gol pieczętujący wynik na 4:0 (łącznie kolejek było 26, ponieważ liga liczyła 14 zespołów). Legia wygrała aż 4:0. 28 maja — w 23. kolejce — przyszedł wielki dzień 19-letniego zawodnika. We Wrocławiu Legia pokonała Śląsk 3:1, a młody pomocnik wbił wszystkie trzy bramki. Ba, hattrick uzyskany został w 20 minut — od 8. do 38. minuty, a zdolny młokos strzelił pierwszego gola głową!

Sezon 1966/67 zakończył się dla Legii na 4. miejscu. Deyna zaliczył 12 spotkań ligowych, strzelając 6 bramek.

Chłop miał wrażenie, że płonie stodoła

W tym samym czasie do Legii trafił Henryk Kasperczak. Był o ponad rok starszy od Deyny. Zaczynał kopać piłkę w Stali Zabrze, aby w sezonie 1965/66 zadebiutować w Stali Mielec. Nagle po sezonie Kasperczak zapragnął grać w Wiśle Kraków. Stal jednak zemściła się — ciekawie zapowiadający się wówczas napastnik znalazł się w „kamaszach" i trafił do jednostki saperów w Dębicy, a następnie przeniesiony został do Legii.

Wiosną 2014 roku Kasperczak gościł w Warszawie i dał się zaprosić na popołudnie wspomnień.

Widzę, że niektórym ludziom ciężko przychodzi rozmowa o przeszłości. Kasperczak jest inny. Najpierw siadamy przy obiedzie i czas pędzi... Odwożę jeszcze 67-letniego trenera na Dworzec Centralny w Warszawie i w samochodzie słyszę intrygujące frazy. Trzymając kierownicę, nie mam ich jak zanotować, ale staram się zapamiętać. Kasperczak jest w świetnym humorze. Pewnie nigdy nie pogodzi się z tym, że nie objął reprezentacji Polski, ale... właśnie prowadzi szóstą reprezentację w Afryce. Zaczął od Wybrzeża Kości Słoniowej, później była Tunezja, Maroko, Mali oraz Senegal. Teraz znowu otrzymał pracę w Mali. Płaca? 22 tysiące euro miesięcznie, tylko 3 tysiące mniej niż selekcjoner Biało-czerwonych, Adam Nawałka. Kasperczak jednak nie pracuje dla pieniędzy. Dzieci odchowane, radość z wnuków, piękne domy w Krakowie i w St. Etienne. Pracuje, bo kocha futbol, w którym odniósł niebywałe sukcesy. Choć na początku swojej życiowej drogi miał pod górę, jak mało kto...

— Miałem strasznego pecha, gdy trafiłem do Legii — mówi. — Złamałem kość strzałkową niemal od razu. Później pojechałem na obóz do Szklarskiej Poręby i... znowu złamałem kość strzałkową. W tym samym miejscu. Drugi raz rehabilitacja trwała dużo dłużej. Przez dwa lata nie zdołałem zadebiutować w pierwszej drużynie Legii, ale dobrze poznałem młodego Deynę...

Na wspomnienie Deyny pan Henryk uśmiecha się szelmowsko. — To był naprawdę dowcipny człowiek — opowiada. — Mieszkaliśmy w jednej sali w kilkunastu chłopa. Lubiliśmy się gdzieś urwać w miasto, a jak wracaliśmy, to Kaziu miał taki żart, który powodował, że podrywał na nogi wszystkich w pomieszczeniu. Wybieraliśmy siatkarza lub koszykarza. Nogi wystawały mu poza łóżko i Kazio umieszczał między palcami tych nóg bibułkę. Następnie podpalał ją i lecieliśmy pod kołdry. Po chwili chłop z bibułką płonącą między palcami u nóg miał wrażenie, że płonie stodoła. I zrywał się na równe nogi. Dobrze, że kilku z nich, podrywając się, nie połamało sobie tych nóg...

100:0 nic by nie dało

Sezon 1967/68 był jeszcze lepszy. Legia została wicemistrzem Polski, ustępując pola tylko Ruchowi Chorzów. Deyna rozegrał 23 spotkania ligowe, strzelając 6 bramek. 13 czerwca 1968 roku wojskowi zagrali arcyciekawy mecz z Górnikiem. To była 24. kolejka. Vejvoda delegował na boisko następujący skład: Grotyński — Masheli, Gmoch, Niedziółka, Trzaskowski — Deyna, Brychczy, Blaut — Apostel, Żmijewski, Gadocha. Górnik przy Łazienkowskiej wybiegł następującą jedenastką: Kostka — Kuchta, Oślizło, Latocha, Floreński — Wilczek, Olek, Deja — Szołtysik, Lubański, Musiałek. Bój był zacięty, ale w końcu Legia stanęła przed szansą wygranej — znany wtedy sędzia Marian Środecki podyktował jedenastkę. Do piłki podszedł Deyna, który po latach relacjonował: „Przy strzelaniu karnego odbywa się zwykle coś w rodzaju pokerowej, psychologicznej rozgrywki między strzelcem i bramkarzem. Ustawiając sobie piłkę na jedenastce, patrzyłem cały czas w lewy róg bramki, chcąc zasugerować, że tam będę mierzył. W rzeczywistości postanowiłem posłać piłkę w przeciwnym kierunku. Kiedy już brałem rozbieg — zadziwiające, ile myśli może przemknąć przez głowę w tak krótkim czasie — pomyślałem: «Hubert na pewno domyśli się, że nie strzelę tam, gdzie patrzę, więc może jednak strzelić w lewo?» — Ale natychmiast przyszła refleksja, że on wykombinuje sobie, że skoro patrzę w lewo, to chcę, żeby on myślał, że strzelę w prawo. Na pewno więc rzuci się w przeciwną stronę i dlatego muszę posłać piłkę w prawo... Tak zrobiłem. Z tego psychologicznego pojedynku nie ja wyszedłem zwycięsko. Strzeliłem bardzo dokładnie, mocno i na to, żeby obronić taki strzał, nawet wiedząc, gdzie pójdzie piłka, trzeba być bramkarzem niezwykłej klasy, mieć w nogach stalowe sprężyny, a nie mięśnie. Ale Hubert jest właśnie takim bramkarzem". Deyna nie strzelił swojego pierwszego karnego w oficjalnym meczu. Nie strzelił pierwszego, ale także nie była to ostatnia niewykorzystana jedenastka. Owszem, z reguły trafiał do siatki z karnego. Ale były też karne, które marnował. A jeden taki, który być może jemu zmarnował życie...

* * *

Kolejkę później Górnik rozgromił Stal Rzeszów aż 7:0! Legia z kolei urządziła sobie ostre strzelanie z ŁKS-em i również wbiła 7 bramek! Deyna w tym spotkaniu popisał się wyczynem, jakie rzadko się spotyka — posłał piłkę do siatki aż cztery razy!

Rywalizacja w Polsce już wówczas była dziwna. Nikt nie mówił jeszcze o korupcji, jak w latach osiemdziesiątych, czy dziewięćdziesiątych, ale śmiało można mówić o układach. Dwa kluby z Górnego Śląska „sprytnie" zakończyły sezon 1967/68. Ruch wygrał w lidze z Górnikiem (co było konieczne, aby „Niebiescy" zostali w tabeli przed Legią), ale w zamian kilka dni później zabrzanie zwyciężyli z chorzowianami w finale Pucharu Polski. Gdy Ruch bił Górnika w lidze w ostatniej kolejce, to Legia przegrała z zagrożoną spadkiem Stalą Rzeszów. W 1972 roku Deyna bez ogródek w „Drodze do medalu" opisuje okoliczności: „Dziwny był ten rzeszowski mecz. My, młodzi, tyraliśmy co sił, ale starsi koledzy grali, jakby to było spotkanie towarzyskie «o pietruszkę». Przegraliśmy z zagrożoną spadkiem drużyną 0:1, a po spotkaniu koledzy powiedzieli, że nie wierzyli, żeby w zaistniałej sytuacji Górnik mógł odebrać Ruchowi punkty. Jak się okazało, mieli rację — Ruch wygrał gładko 3:1 i pokonanie Stali nawet 100:0 nic nam dać nie mogło".

Rok w lidze i pierwsze powołanie

Deyna pierwszy raz powołanie do reprezentacji otrzymał od Michała Matyasa, jesienią 1967 roku, a więc rok po tym, jak zadebiutował w lidze. Trwały właśnie eliminacje mistrzostw Europy, które zaczęły się od kompromitującego, bezbramkowego remisu z Luksemburgiem. Później była huśtawka nastrojów — wygrana 3:1 z Belgią na Stadionie Śląskim w Chorzowie, a także klęska 1:4 z Francją na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. W październiku 1967 roku Biało-czerwoni na Heysel w Brukseli mieli zagrać rewanż z Belgami. I Deyna znalazł się w szerokiej kadrze na to spotkanie. Bohater tej opowieści tak wspominał tamte dni: „W końcu września przed meczem o ME z Belgią zostałem po raz pierwszy powołany przez trenera Matyasa do pierwszej reprezentacji. Dla mnie cały honor ograniczył się do występu w sparingu z Pogonią i to tylko przez pół godziny. Znamienne było, że poza mną do reprezentacji powołano jeszcze czterech legionistów (Brychczy, Blaut, Gmoch, Żmijewski), podczas gdy w ubiegłym roku darmo byście szukali przedstawicieli naszego klubu w koszulkach z Białym Orłem". To były pierwsze efekty pracy Vejvody. Ostatecznie Deyna i Blaut do Brukseli nie polecieli, ale Gmoch, Brychczy i Żmijewski wyszli w pierwszym składzie. Ba, to legioniści wspaniale spisywali się na murawie przy 45-tysięcznej publiczności. Gmoch toczył niesamowite pojedynki ze słynnym Paulem van Himstem. Z kolei Żmijewski strzelił trzy gole, a Brychczy także zanotował trafienie. Polska wygrała 4:2! Przeciwko „Czerwonym Diabłom" debiutował Antoni Piechniczek, były legionista, dla którego był to zaledwie jeden z trzech występów z Białym Orłem. Później spełni się jako selekcjoner...

Skocznia narciarska w Szklarskiej

Zimą Legia na pierwsze zgrupowanie zawsze jeździła w góry. Nie inaczej było w styczniu 1968 roku, gdy piłkarze Vejvody znaleźli się w Szklarskiej Porębie. Deyna opisuje to nadzwyczaj barwnie: „Normalny o tej porze roku obóz wypoczynkowo-kondycyjny nie wart by może był wzmianki, gdyby nie to, że wtedy po raz pierwszy w życiu zapoznałem się z nartami. Nie były to jakieś poważniejsze wyczyny, bo większość kolegów, podobnie jak ja, pierwszy raz przypięła narty do nóg. Wszystko, czego wymagał od nas Vejvoda, to było codzienne odbycie kilkukilometrowego spaceru, ale jak bardzo w wykonaniu tego prostego zadania przeszkadzają człowiekowi deski uwiązane do nóg!... Łopatą mogliśmy sobie wygarniać śnieg (była go tej zimy obfitość wielka) zza kołnierzy. Po tygodniu jednak nabraliśmy już jakiej takiej wprawy i poczynaliśmy sobie coraz śmielej. Tuż obok naszego domu był długi, dość stromy stok. Nasze narciarskie wyprawy kończyliśmy tutaj coraz odważniejszymi szusami, a szybkość, jakiej nabieraliśmy, nieraz przekraczała umiejętności. Pamiętam, jak kiedyś Jacek Gmoch, nie mogąc opanować rozpędzonych desek, wjechał w otwarte — na szczęście — wrota stojącej na dole stodoły. Lądowanie na kupie siana nie pociągnęło za sobą przykrych następstw. Nie tak bezboleśnie zakończyła się inna próba podjęta przez Gmocha, Grotyńskiego (ten był zawsze pierwszy do takich wyczynów) i kilku innych kolegów. Zbudowali oni na naszym stoczku małą terenową skocznię i rozpoczęli na niej ustanawianie rekordu długości «lotu». Po tej zabawie tak byli poobijani, że żaden nie nadawał się do codziennych zajęć. Na najbliższej odprawie Vejvoda kategorycznie zakazał podobnych zabaw".

Deyna — w „Drodze do medalu" na łamach „Przeglądu Sportowego" z 1972 roku — kreśli portret Vejvody jako wielkiego guru: „Pierwszy w klubie był zawsze Vejvoda. On zawsze miał coś do zrobienia przed treningiem, a to omówić z szefem klubu wykonanie jakiegoś nowego przyrządu do treningu lub innej sprawy szkoleniowej, a to sprawdzić, czy poprawiono na boisku to, co on wczoraj polecił, a to wreszcie przygotować sprzęt pomocniczy do dzisiejszych zajęć. Kiedy my schodziliśmy się, on już był po wszystkim, gotów do omówienia i rozpoczęcia treningu". Omówienie treningu! Nawet obecnie wielu trenerów w Polsce nie wyjaśnia piłkarzom, o co właściwie chodzi w czasie zajęć. Vejvoda wymagał ogromnego zaangażowania, ale jednocześnie uświadamiał, po co określony wysiłek. Deyna ciągnie opowieść o treningach Czecha: „Kilka minut przed rozpoczęciem zajęć, kiedy już byliśmy wszyscy odpowiednio przebrani — Vejvoda pytał lekarza: — Doktorze, czy wszechni zdrawi? Tak — odpowiadał doktor Soroczko i rozpoczynaliśmy trening zazwyczaj punktualnie o godzinie 11, niezależnie od warunków atmosferycznych. Upał czy zimny deszcz, wszystko jedno, my wychodziliśmy na boisko, każdy z piłką pod pachą. Jeśli ktoś nie czuł się dobrze lub był kontuzjowany, to trener albo zwalniał go z treningu zupełnie, dając do przerobienia indywidualnie pewne ćwiczenia, albo tylko z niektórych zajęć. Rozgrzewka polegała głównie na pożytecznej zabawie z piłką. Oto w dniu, w którym odbywał się ten trening, Vejvoda polecił nam przebiec luźno, prowadząc piłkę nogą, całą długość boiska, swobodnie, w jedną stronę, potem z piłką w tył zwrot i z powrotem, ale już na cały gaz. Za drugim razem luźny bieg przed trzy czwarte boiska, gdzieś około 40 metrów przed bramką przyśpieszenie i strzał. Bramkarz łapał piłkę i rzucał ją w pole, więc trzeba było biec w drugą stronę, znowu przyśpieszyć w odpowiednim miejscu i znowu oddać strzał. Takie biegi ze strzałami trwały bodaj ze 20 minut. Potem przerabialiśmy ćwiczenia technicznego strzału na celność, prowadziliśmy piłkę kilkanaście metrów i staraliśmy się strzelić tak, aby bramkarz nie mógł obronić. Vejvoda uczył nas dużo celności strzału, w tym strzelaniu podczas rozgrzewki chodziło nie tylko o silny strzał, czasem z bliskiej odległości należało piłkę tylko lekko splasować, aby znalazła się w siatce. Chodziło także o wygrywanie pojedynku sam na sam z bramkarzem. Trener chciał, abyśmy się przyzwyczaili do podobnych sytuacji na meczach i nie wysiadali nerwowo, gdy się znajdziemy w czasie gry sami przed bramkarzem. Powtarzaliśmy strzały, nie pamiętam już ile razy, ale sporo, bo trwało to 10–15 minut. A potem był trening. Jacek Gmoch nazywał go stacyjnym. Ja tam nie bardzo wiedziałem, dlaczego właśnie tak się nazywał, bo żadnych stacji lub przystanków ani przerw w ćwiczeniach nie było, dopiero później zrozumiałem, o co chodzi: różne ćwiczenia, wykonywane na zmianę przez wszystkich zawodników, są jakby stacjami na trasie całego treningu. Oto na początek ustawiano w odległości 15 metrów dwie ławki siedzeniami bokiem do siebie, jeden z nas stawał z piłką w samym środku boiska między ławkami, które w ten sposób tworzyły jakby niewysokie, długie na kilka metrów ściany. Należało uderzyć piłkę tak, aby ona odbiwszy się od jednej z ławek, wróciła do zawodnika. Wtedy trzeba ją było przyjąć, opanować, i odwróciwszy się, błyskawicznie uderzyć w kierunku drugiej ławki. I tak samo przyjąć, odwrócić się i znowu uderzyć, aż do gwizdka trenera, który rozlegał się po 30–40 sekundach. Potem robił to kolega Gmoch, a ja patrzyłem, kontrolując pilnie wszystkie jego ruchy (...). Kiedy już w partnerem przerobiliśmy po 2–3 razy to ćwiczenie, przechodziliśmy na drugą stację, na której dla odmiany trzeba się było solidnie nabiegać. Stawało się z piłką w środku, między dwiema chorągiewkami, oddalonymi od siebie około 15 metrów. Na dany sygnał trzeba było prowadzić piłkę sprintem od chorągiewki do chorągiewki, z zatrzymaniem jej i nagłym zwrotem ciała przy każdej chorągiewce. Taki rajd musiał trwać ponad pół minuty, a każdy z nas dwóch przerabiał to ćwiczenie 6, 7, a nawet 8 razy. Na trzeciej stacji było dużo śmiechu i zabawy, grało się na ograniczonym takim małym boisku przez 10 minut «trzech na trzech». Śmiech swoją drogą, a nogi wchodziły nam w siedzenie, ponieważ jest to ćwiczenie bardzo wyczerpujące mięśnie nóg i płuca tym ciągłym bieganiem za piłką lub przeszkadzającym przeciwnikiem. Może dlatego zawodnicy, którzy ukończyli to ćwiczenie, dostawali 2 minuty przerwy. Była ona konieczna, ponieważ następne ćwiczenie było jeszcze bardziej wyczerpujące i wymagające wytrzymałości, szybkości i zwrotności równocześnie, a w dodatku celności uderzenia. Trzech zawodników stawało w jednej linii w odległości około 5 metrów od siebie, stojący na zewnątrz uderzał piłkę prostopadle do linii, w jakiej stała cała trójka, ale niezbyt mocno, tak aby zawodnik środkowy mógł dogonić ją i celnym uderzeniem w biegu zawrócić na pozycję wyjściową. Oczywiście zawodnicy zmieniali swoje stanowiska i każdy z nas wielokrotnie był tym środkowym. Pot lał się z nas, a tu następna stacja czekała na pasażerów: między dwiema chorągiewkami, ustawionymi w odległości 15–20 metrów, trzeba było przerobić starty bez piłki, biegaliśmy sprintem tam i z powrotem. Trener Vejvoda był zadowolony, kiedy któregoś dnia kilku kolegów przebiegło 8 razy. Pewnego razu udało mi się przy głośnym dopingu przebiec 9 razy, poczułem się wtedy jak w siódmym niebie!".

Trochę filozofował

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

3.

„Ta joj, ta Kaziu,

ta dawaj pyska",

czyli złoto i Wembley

Dostępne w wersji pełnej

4.

Pele: „Dla mnie największą rewelacją Mundialu jest Deyna..."

Dostępne w wersji pełnej

5.

Ciągle mówił o końcu kariery i...

rzucił butem w szatni

w Górskiego?!

Dostępne w wersji pełnej

6.

Prokurator przesłuchuje, czyli zszargane nerwy kapitana...

Dostępne w wersji pełnej

7.

Czerwone światło, po którym nie hamuje...

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Redakcja

Jan Grzegorczyk

Zdjęcie na okładce

PAP/PA

Zdjęcia w książce

PAP

Agencja Fotograficzna Newspix.pl Ringier Axel Springer Polska

Projekt okładki

Agnieszka Herman

Copyright © Roman Kołtoń, 2014

All rights reserved

ISBN 978-83-7785-540-9

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Od Euro Do mundialu. Prawda o reprezentacji Deyna, czyli obcy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila