Poprawka z matury

Poprawka z matury

Autorzy: Ewa Woydyłło

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Psychologia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 248

Cena książki papierowej: 24.90 zł

cena od: 18.06 zł

żeby nieszczęśliwa przeszłość

nie zamykała drogi do szczęśliwego życia

Poprawka z matury to dramatyczne historie ze szczęśliwym zakończeniem.

W swojej najnowszej książce Ewa Woydyłło analizuje zdarzenia, które wpłynęły na odmianę losu ludzi krzywdzonych w dzieciństwie. Radzi, jak rozprawić się z traumami przeszłości. Namawia, by ponownie zdać życiowy egzamin dojrzałości. Przekonuje o tym, że z każdej sytuacji i w każdym momencie życia, mamy szansę zmienić swój los i żyć szczęśliwie.

Ewa Woydyłło – w jej rodzinnej biografii jest Katyń i Kazachstan. Mama nauczyła ją tolerancji, Ameryka tego, że życie można dowolnie kształtować i nigdy nie jest za późno na naukę. Jest doktorem psychologii, od lat zajmuje się leczeniem uzależnień jako psychoterapeutka w Ośrodku Terapii Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Jej dziełem jest rozpowszechnienie w Polsce leczenia według tzw. modelu Minnesota, opartego na filozofii Anonimowych Alkoholików. Autorka książek m. in: Sekrety kobiet. My–rodzice dorosłych dzieci. W zgodzie ze sobą, Podnieś głowę.

Za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień otrzymała medal św. Jerzego, za pracę z uzależnionymi w więzieniach - odznaczenie Ministra Sprawiedliwości.

Patronat medialny

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wstęp

Ani Wyrwidąb, ani Waligóra

Prawo do praw

Dorosłe Dzieci Alkoholików

Urazy z dzieciństwa a poczucie wartości

Co bolało najbardziej?

Szczęście a charakter

Wdzięczność

Dobra pamięć, zła pamięć

Hobbyci

JATUITERAZ SA

Ach, ci rodzice

Patrz pod nogi

Przypisy

Redaktor serii: LUCYNA KOWALIK

Redakcja: ALINA DOBOSZEWSKA

Korekta: MAGDALENA MATYJA-PIETRZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK, KRZYSZTOF LISOWSKI

Projekt okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05697-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wstęp

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,

Ten młody zdusi Centaury,

Piekłu ofiarę wydrze,

Do nieba pójdzie po laury.

A. Mickiewicz, Oda do młodości

Pamiętam, że gdy w szkole pisałam wypracowanie o tym, co poeta miał w tym wierszu na myśli, Oda do młodości raczej mi się nie podobała. Nie wierzyłam Mickiewiczowi, że ktokolwiek w kolebce mógłby rzeczywiście urwać łeb jakiejś Hydrze. Mając jeszcze widocznie w pamięci własną kolebkę i siebie w niej, myślałam: „Przesadził wieszcz”. Poza tym, samo brzmienie słowa „hydra” budziło we mnie grozę i wstręt, większe niż „pająk” czy „żmija”.

Coś się jednak od tamtej pory zmieniło. Widocznie dorosłam do tego tekstu, bo dziś uważam, że wieszcz miał rację. Komu do kolebki wedrze się Hydra, a on zdoła urwać jej łeb, będzie wygrany na całe życie. Z czasem zaczęło mnie frapować pytanie, czy jeśli ktoś dał się Hydrze zniewolić w kolebce, może jej jeszcze później urwać łeb? Zaczęłam obserwować, studiować, sprawdzać. O rezultatach swych dociekań chcę tu opowiedzieć. Uprzedzę fakty: rezultaty są obiecujące.

Jako psychoterapeutka zauważyłam pewną prawidłowość. Im bardziej nieszczęśliwe dzieciństwo, tym trudniej dorosnąć. Ludzie bowiem skrzywdzeni w kolebce często są długo, za długo, dziećmi – niedorosłymi, zalęknionymi, zniewolonymi. Żyją obolali, zagniewani i obrażeni, snując wizje krwawej pomsty lub własnej śmierci, wciąż bezradni wobec złego losu, niekiedy po kres życia.

Ci natomiast, którzy mieli dzieciństwo bezpieczne, na ogół wyrastają na zdrowych i silnych dorosłych. Co nie znaczy, że żadna Hydra im nigdy do kołyski nie zaglądała. Mogło raczej być tak, że za każdym razem, gdy ktoś próbował dziecku zrobić krzywdę, tata i mama brali je w obronę. Nasuwa się retoryczne pytanie: czyż nie po to dzieci mają tatę i mamę, by mogły bezpiecznie dorastać? I drugie pytanie, już nie retoryczne: a co będzie, jeżeli Hydra wcieli się w rodziców?

Od każdej reguły zdarzają się wyjątki. Tu wyjątek stanowią osoby krzywdzone i zaniedbywane w dzieciństwie, które jednak, niczym sprężyste piłki rzucane z wielką siłą o twarde, kamieniste lub grząskie podłoże, zamiast pęknąć, wypuścić powietrze, sflaczeć i pozostać na dnie – odbijają się za każdym razem wysoko. Z początku może z trudem, ale z czasem coraz łatwiej i wyżej, odbijają się i szybują poza zasięg rażenia i ranienia. Ludzie sprężyści. Ludzie dojrzali i dorośli. Zaprawieni w treningu odbijania się od dna. Potrafiący w końcu poszybować na taką wysokość, z której już żadna siła nie jest w stanie zepchnąć ich w dół.

Kiedyś, podczas wieczoru autorskiego, ktoś zapytał, skąd miałam odwagę, żeby pójść na psychologię po czterdziestce czy zacząć naukę gry na pianinie, studiować niemiecki i brać udział w klubowych turniejach tenisowych w dojrzałym już wieku. Zastanowiłam się. Do podejmowania wyzwań zaprawiło mnie chyba bardzo szczęśliwe dzieciństwo. Byłam jedynaczką, wychowywała mnie matka, która powtarzała, że dzięki mnie ma więcej powodów do radości niż do zmartwień. Chodziłam do żeńskiej szkoły, gdzie nauczyciele częściej nas chwalili niż ganili. A chłopców, aż do pełnoletności, spotykałam tylko na pływalni, lodowisku albo na treningach szermierki.

Gospodyni wieczoru, prowadząca ze mną rozmowę, zauważyła: „Ileż to jedynaczek, mających do zabawy wyłącznie dziewczynki i wychowywanych przez samotne matki, już w młodości miota się od frustracji do depresji...”. Roześmiałyśmy się wraz z całą salą. Rzeczywiście, wygląda na to, iż z tych samych powodów można uwierzyć, że wygrało się los na loterii lub że jest się tego losu ofiarą. Albo jest się sprężystą piłką, albo nie.

Z tym spostrzeżeniem mam jednak pewien problem. Nie wyrażam zgody na determinizm i fatalizm. Z wszystkiego, czego się nauczyłam, studiując filozofię, teologię, psychologię, najbardziej pociąga mnie koncepcja wolnej woli. Pojmuję ją tak, że właśnie dlatego, iż jest wolna, nigdy nie może być zdeterminowana ani układem gwiazd, ani nawet szyfrem genetycznym. Wierzę, że nad wolną wolą można zapanować. Można uczynić ją jeszcze bardziej wolną mimo wewnętrznych i zewnętrznych ograniczeń. Wiąże się to z procesem osiągania dojrzałości psychicznej i emocjonalnej, a może nawet jest z nią tożsame. Wolna wola jest w pewien sposób tej dojrzałości wyrazem i miarą. Im dojrzalszy jest człowiek, tym bardziej wolna jest jego wola, tym mniej może (musi? chce?) poddawać się lub ustępować uwarunkowaniom. Z drugiej strony wiem, że oddanie własnej woli całej władzy i odrzucenie wszelkich ograniczeń (gdyby w praktyce było to w ogóle możliwe...), czyli wolność absolutna, a więc po prostu samo-wola, musiałaby spowodować totalny chaos, a w konsekwencji samounicestwienie.

Wolną wolę można jednak lepiej wykorzystywać, niż zwykle to robimy. Może ona być wehikułem pozwalającym człowiekowi przekraczać siebie. Jest, mówiąc metaforycznie, energią transcendencji. Wierzę na przykład, że można wedle własnego zamysłu ukształtować swój charakter. Trzeba oczywiście najpierw ów zamysł zbudować na realnych przesłankach. Nie wszystko podlega zmianie, ale wiele rzeczy tak. Zwłaszcza że cywilizacja udostępnia nam co chwila coraz to nowe narzędzia i sposoby. Dzięki medycynie na przykład można kompensować – chirurgicznie, farmakologicznie lub przez odpowiednie urządzenia i procedury – wiele niedoborów spowodowanych przez choroby czy kalectwo. Ale i bez specjalnych „protez” człowiek zawsze potrafił korygować trudno zmienne cechy, jak choćby wrodzony cykl snu i czuwania i związany z nim rytm funkcjonowania dzienno-nocnego. Niektórzy pod wpływem potrzeby wyższej niż biologiczna naginają się do innego modelu, sprzecznego z „naturalnym”. Przykładem mogą być młode mamy, które nawet gdy są z natury porannymi śpiochami, potrafią na okres niemowlęctwa swoich dzieci przestawić się na wczesne wstawanie. Z własnego doświadczenia wiem, że nawyk ten może się spodobać i pozostać na zawsze. Wówczas pierwotna „sowa” przeobraża się w „skowronka” – transformacja (transcendencja?) zupełnie nie do pomyślenia w świecie ożywionym z wyjątkiem człowieka. Dobitnym przykładem zdolności do przekraczania siebie są też osoby chemicznie uzależnione, które właściwie (zgodnie ze swym uzależnionym „charakterem” – czasem wrodzonym, czasem nabytym) musiałyby pozostać do końca życia skazane na uleganie nałogowi; a jednak tysiące spośród nich całkowicie wyzwalają swe ciało od szkodliwej chemii, umysł od obsesyjnej tęsknoty za upragnionym „hajem”, a funkcjonowanie w świecie od potrzeby destrukcyjnych ucieczek od napięć, stresów czy zachwiania równowagi psychicznej.

Ćwiczenia z wolnej woli warto uprawiać nie tyle w celu majstrowania przy charakterze czy osobowości w ogóle, ile w celu powściągania niekorzystnych zachowań, w tym także sposobu myślenia i odczuwania. Odpowiednie zmiany w tych sferach pozwoliłyby unikać wielu destrukcyjnych skutków dla siebie i dla innych. Pomogłyby także nie załamywać się w trudnych momentach. Nie rezygnować. Nie wycofywać z życia. Powtórzę za poetą – pomogłyby zdusić Centaury, wydrzeć ofiarę piekłu i pójść do nieba po laury nawet wówczas, gdy Hydra chciała zadać śmiertelny cios. Czy naprawdę śmiertelny, to powinno zależeć nie od Hydry. Im wcześniej urwiemy jej łeb, tym większą będziemy mieć szansę na powrót do życia. Ale owo wcześniej nie wyklucza później. Później też można.

Postaram się dociec czynników sprzyjających sprężystości emocjonalnej ujawniającej się nie wtedy, gdy wszystko układa się dobrze, lecz wtedy, gdy się nie układa. Gdy przeciwności, choroby, traumatyczne doświadczenia, bolesne krzywdy, zamiast złamać, umacniają człowieka. Gdy mimo plag i ciosów albo braku dostatecznej opieki rodzicielskiej człowiek zachowuje lub odzyskuje zdolność do przeżywania radości życia i obdzielania nią innych.

W potocznym repertuarze porzekadeł często powtarzana sentencja pociesza, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Jej autorem jest Fryderyk Nietzsche, który odniósł ją najprawdopodobniej do samego siebie na początku rozprawy Zmierzch bożyszcz. Myśl tę rozwinął, pisząc dalej: „Ludzie największego ducha, założywszy, że są najodważniejsi, również w znacznie większym stopniu przeżywają najboleśniejsze tragedie; ale właśnie dlatego czczą życie, że przeciwstawia im się ono jako ich największy przeciwnik”[1].

Filozofów trudno się czyta, ale gdy już dotrzemy do sedna ich myśli, stajemy się mądrzejsi. Odbywa się to skokowo, nagłymi olśnieniami, jakby dzięki przenikliwości autorów nasze własne myśli, wiedza, doświadczenie i przekonania pobiegły nagle do przodu o wiele mil.

Od filozofów można się dużo dowiedzieć. Także tego, że „co cię nie zabije, uczyni cię silniejszym”. Nie dowiemy się jednak od nich, jak sprawić, by nas coś nie zabiło, tylko wzmocniło. Co jest potrzebne, by już w kołysce mieć siły na urwanie łba Hydrze. A mnie jeszcze interesuje, jak już zaznaczyłam, co jest potrzebne, by nawet długo po opuszczeniu kołyski potrafić swą Hydrę z dzieciństwa unieszkodliwić.

Przeczucie mi mówi, że to, co dzieje się w kołysce, jest nam jakoś d a n e. To zaś, co potem, musimy sami z d o b y ć, osiągnąć, zrobić, wypracować. Innymi słowy: nie sztuka urodzić się dzielnym zuchem. Sztuka nim zostać, gdy przyjdziemy na świat jako bojaźliwy słabeusz.

W tym miejscu rozchodzą się nasze drogi z wieszczem i filozofem. Nie wystarczają mi ich obserwacje, choć się z nimi całkowicie zgadzam. I z Mickiewiczowską – o Hydrze w kolebce, i z Nietzscheańską – o tym, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Postaram się złamać kod zawierający odpowiedzi tych, którzy urwali łeb Hydrze nie od razu, tylko później, gdy się już zdrowo nacierpieli; przez tych, których coś strasznego złamało, a jednak się odrodzili z powrotem do życia. Bo to od nich, a nie od mędrców formułujących zgrabne sentencje możemy się dowiedzieć, jak odradzać się po nieszczęściach, które nas kiedyś okaleczyły. Jednej odpowiedzi się nie spodziewam. Szyfr kryje ich zapewne wiele. A może niewiele? To się okaże.

Co zrobili ci, którzy nie urodzili się w czepku szczęściarzy i szczęśliwców? Trochę już wiem, bo wielu miałam okazję poznać podczas leczenia ich z zaburzeń psychicznych i emocjonalnych po wielkich nieszczęściach. Niektórym terapia coś podpowiedziała, zdołała skierować uwagę w dobrą stronę, dodała mocy, by mogli w końcu zrzucić klątwę przeszłości. Wszystkiego jednak nie wiem. Najmniej znam tych, którzy poradzili sobie bez leczenia. Tacy do psychologa się nie zgłaszają. Psycholodzy najlepiej znają ich przeciwieństwa, czyli osoby cierpiące z powodu nieszczęśliwego dzieciństwa. Są one ilustracją równania ciężkie dzieciństwo = ciężkie życie, przyjmowanego przez wielu za aksjomat. Mnie frapują osoby będące żywymi dowodami na prawdziwość innego równania: ciężkie dzieciństwo + x = pogodne życie. Właśnie owo x interesuje mnie najbardziej.

Spotkałam oczywiście takie osoby, nawet wiem od nich dokładnie, czym w ich życiu było x (czasem jeszcze y i z). Nie będę jednak pisać książki tylko o znajomych. Do innych przykładów postanowiłam dotrzeć przez ogłoszenie prasowe. Ucieszyłoby mnie nawet kilka odpowiedzi. Otrzymałam ich znacznie więcej.

Jednocześnie zaczęłam natrafiać na mnóstwo przykładów potwierdzających dobry kierunek moich poszukiwań. Oto ktoś napisał artykuł pt. Choroby, które zrodziły mistrzów, gdzie, jakby na moje zamówienie, znalazły się następujące fragmenty:

„Gdyby Il Prete Rosso, czyli Ksiądz Rudzielec, jak nazywano Antonia Vivaldiego (1678–1741), nie cierpiał na astmę, nie cieszylibyśmy się dziś Czterema porami roku. W XVII wieku dychawica była chorobą śmiertelną, a częste ataki uniemożliwiały młodemu duchownemu prowadzenie mszy. Musiał zająć się więc czymś mniej wyczerpującym.

Mistrzostwo włoskiego skrzypka Niccola Paganiniego (1782–1840) też jest nieodłącznie związane z ciężką, nieuleczalną chorobą – genetycznym zespołem Ehlersa-Danlosa. Nadmiernie elastyczna skóra i stawy, które mógł nienaturalnie wykręcać, sprawiły, że niewiarygodnie szybko i sprawnie grał na skrzypcach.

Pianiści twierdzą, że trzeba mieć niezwykle długie palce, by poradzić sobie z niektórymi pasażami w koncertach Siergieja Rachmaninowa. Ich twórca grał je bez najmniejszego trudu – urodził się bowiem z zespołem Marfana, mutacją powodującą m.in. pałąkowatość palców”[2].

Zygmunt Freud miałby tu coś do powiedzenia. Jest wszak ojcem psychoanalizy, w jej duchu postrzegał też nieoczywiste motywy ludzkich działań i zaniechań, przekonań i postaw. Pierwszy rozpoznał i nazwał tak zwane mechanizmy obronne, czyli nieświadomie uruchamiane zachowania (w tym myśli, słowa, czyny, a nawet sny, marzenia i iluzje), mające na celu ratowanie zagrożonego poczucia wartości. Jednym z mechanizmów obronnych jest s u b l i m a c j a, czyli wykorzystanie wady lub słabości w taki sposób, by przestała obniżać poczucie wartości, a raczej stała się jego źródłem lub wzmocnieniem. Zamiast być wadą, niekorzystna cecha staje się jak gdyby zaletą, mocną stroną. Sublimacja jako mechanizm obronny pomaga na przykład nieśmiałym introwertykom obierać zawody, w których prawie w ogóle nie ma publicznych wystąpień (archiwista, bibliotekarz, himalaista, pisarz), ponieważ taką pracę wykonuje się na ogół w odosobnieniu.

O mechanizmach obronnych w służbie własnego dobra będzie jeszcze nieraz mowa w dalszych rozważaniach. Już na wstępie mogę powiedzieć, że przeczuwam, iż może właśnie niektóre z nich stanowią znaczący element owego x w równaniu, które chciałabym rozwiązać. Nie po to, by bawić się w dobrą wróżkę, lecz by na swój własny użytek każdy, kto obwinia swe dzieciństwo za obecne niedobre życie, zaczął zajmować się dniem dzisiejszym i jutrzejszym, a nie wczorajszym.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak się filozofuje młotem, przeł. oprac., posłowie P. Pieniążek, Kraków 2004, s. 63.

[2] M. Kossobudzka, Choroby, które zrodziły mistrzów, „Gazeta Wyborcza”, 13 XI 2007.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ludzie, ludzie... 2 Ludzie, ludzie... My rodzice dorosłych dzieci Poprawka z matury Rak duszy. O alkoholizmie W zgodzie ze sobą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Góra Tajget Wybieraj wystarczająco dobrze Seks się liczy. Od seksu do nadświadomości To tylko dzieci