Neymar. O sobie.. Rozmowa ojca z synem

Neymar. O sobie.. Rozmowa ojca z synem

Autorzy: Silva Santos (ojciec) Neymar Silva Santos (syn) Neymar

Wydawnictwo: JK (Aha, Feeria)

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 23.22 zł

Brazylijska książka, w której Neymar Junior oraz jego ojciec Neymar Senior opowiadają własnymi słowami o karierze i życiu fenomenalnego młodego piłkarza.

Neymar to niezwykła postać na arenie światowego futbolu. Przeszedł długą drogę od wypadku, który przeżył, mając cztery miesiące, przez trudne dzieciństwo, do pozycji gwiazdy piłki nożnej. Początkowo grał w brazylijskim klubie Santos, odnosząc tam pierwsze sukcesy i zdobywając szacunek i uwielbienie miejscowych kibiców. Po latach już jako gracz FC Barcelona stał się idolem kibiców z całego świata. Nie byłoby go jednak w miejscu, w którym się znalazł, gdyby nie miłość i poświęcenie jego bliskich, a szczególnie ojca. "Neymar. O sobie" jest oficjalną książką dwóch Neymarów - ojca i syna, którzy, tocząc rozmowę w naprzemiennych rozdziałach, opowiadają historię miłości - do piłki nożnej i do siebie nawzajem.

Książka zawiera niepublikowane wcześniej informacje na temat transferu Neymara do Barcelony oraz jego planów na przyszłość. Wartościowa lektura dla wszystkich kibiców!

Spis treści

Przedmowa

Wstęp

Od ojca do syna

Od syna do ojca

Tragiczny wypadek

Pierwsze mecze

Honor i praca

Wielki Santos FC

Real Madryt

Jestem Neymar Jr.

Chłopięce zachowanie?

Debiut

Wola zwycięstwa

Kibice

Być krytym

Piłkarskie więzi, trudne nauki

Meninos da Vila 3 : 0

Zostaję

Rok 2011

Lekcja futbolu

Campeonato Paulista 2012

Reprezentacja Brazylii

Srebrny sen

Sztuka dojrzewania

Barcelona

Mi casa, su casa

Puchar Konfederacji 2013

Davi Lucca

Duma

Przyszłość

Nagrody

Instituto Projeto Neymar Jr.

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: Neymar. Conversa entre Pai e Filho

Copyright for the Polish edi on @ 2014 by Wydawnictwo JK

Authorized transla on of the Portuguese edi on of Conversa entre pai e fi lho © 2013 by Universo dos Livros

Przekład z angielskiego: Monika Rozwarzewska

Redakcja: Katarzyna Nawrocka

Korekta: Jakub Foremniak, Maria Zalasa

Projekt okładki: Loducca

Zdjęcie na okładce: Mario Daloia

Zdjęcia wewnątrz: Helena Passarelli

@ Ge y Images

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN: 978-83-7229-403-6

Łódź 2014

Wydawnictwo JK

ul. Krokusowa 1-3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69, fax 42 646 49 69 w. 44

www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Przedmowa

Neymarze Jr.,

Dzień po wygraniu przez Ciebie Copa Libertadores da América (Pucharu Wyzwolicieli Ameryki), mój ojciec, dziennikarz Joelmir Beting, który był prezenterem wiadomości w telewizji Band, ze swoich mokrych siwych włosów zrobił takiego samego irokeza, jakiego Ty nosisz. Niewiele brakowało, a pokazałby się tak na antenie! Nie zapominajmy przy tym, że kibicował drużynie Palmeiras.

Był najlepszym ojcem, jakiego może mieć dziennikarz, i najlepszym dziennikarzem, jakiego syn może mieć za ojca. Uwielbiał Cię! Mogę sobie tylko wyobrazić, co czuł – siedząc gdzieś obok Boga trzy dni po swej śmierci w listopadzie 2012 roku – gdy zobaczył, jak na oczach kibiców zgromadzonych na stadionie Maracanã i wszystkich widzów obserwujących spotkania Pucharu Konfederacji otrzymuję z Twoich rąk tabliczkę pamiątkową i wyrazy wdzięczności za jego zasługi dla futbolu. Jakżeż on uwielbiał futbol, także ten w Twoim wydaniu! Twój gest nastąpił dokładnie 52 lata po tym, jak mój ojciec złożył na ręce Pelégo pamiątkową tabliczkę w dowód uznania za jego gol, który stał się z czasem wyrazem umiejętności najlepszych zawodników – słynny gol de placa. A przecież Ty właśnie jesteś obecnie – i będziesz jeszcze przez wiele lat – jednym z najlepszych brazylijskich rozgrywających. A może i jednym z najlepszych rozgrywających na świecie?

Muszę przyznać, że nie pamiętam Twoich zdań, które padły tamtego dnia na stadionie Vila Belmiro. Zatarły mi się też w pamięci słowa, które powiedziałem do Ciebie, odbierając tabliczkę przekazaną przez klub Santos memu ukochanemu ojcu.

Nigdy nie czułem się tak zaszczycony i rozemocjonowany, mogąc reprezentować tatę – do tego stopnia, że zapomniałem, co powiedziano w tej tak niezwykłej chwili.

Próbuję sobie wyobrazić, co Neymar Sr. czuje podczas każdego z Twoich dryblingów. Sam jestem ojcem, a jednocześnie jestem synem specjalisty w pewnej dziedzinie. Moi rodzice i synowie są dla mnie wszystkim. Wciąż nie potrafię jednak pojąć, co czuje ojciec, gdy jego syn jest jednym z najlepszych w tym, co robi, i ma potencjał, by osiągnąć jeszcze więcej.

Łatwiej mi wyobrazić sobie, co czuje Neymar Jr., mając za ojca mistrza, mając wyjątkowego ojca będącego prawdziwym towarzyszem i przyjacielem.

Wiem także, co czuł Ivan Moré, mając szczęście widzieć na żywo tę niesamowitą wymianę podań. Przy okazji gratuluję mojej przyjaciółce Marcii Batiście za realizację tak wyjątkowego przedsięwzięcia.

Nie ma lepszego zespołu niż własna rodzina – to pewna ogólna prawidłowość – niewiele jednak rodzin sprawdziło się w sporcie tak znakomicie jak rodzina składająca się z wybitnego ojca Neymara Sr. i wybitnego syna Neymara Jr., ucieleśniających duszę zespołu piłkarskiego Santos Futebol Clube.

Amen!

Mauro Beting, dziennikarz sportowy

Wstęp

Spotkałem Neymara Jr. krótko po jego profesjonalnym debiucie, gdy trenerem Santosu był jeszcze Vanderlei Luxemburgo. Doskonale pamiętam ten dzień. Odbywał się wówczas na Vila Belmiro jeden z typowych meczów Santosu przeciwko Palmeiras. Neymar Jr. strzelił lewą nogą decydującą bramkę i drużyna gospodarzy wygrała 2 : 1. Trzeba tu dodać jeden drobny szczegół – bramkarzem przeciwnika był legendarny Marcos (zwany „Świętym z Palmeiras”).

W drugiej połowie Neymar Jr. został zdjęty z boiska. Poprosiłem wtedy trenera o pozwolenie, by usiąść koło niego na ławce, i zapytałem go, czy mógłby ściągnąć lewy but – chodziło mi o zdjęcie do reportażu z tego meczu. Pamiętam, że choć na jego młodej twarzy odmalowało się wtedy zaskoczenie z odrobiną strachu, spełnił moją prośbę.

Tak zaczęła się moja znajomość z obiecującym wówczas zawodnikiem Santosu. W czasach jego pierwszych osiągnięć w barwach tego klubu miałem sposobność napisać o nim kilka szczególnych reportaży. Niewiele osób wie o pewnym ważnym czynniku, który miał wpływ na błyskawiczne zapoczątkowanie przezeń kariery, a mianowicie o osobie jego ojca. Gdy przyglądamy się przeszłości związanej z ojcem bohatera tej książki, wyłania się piękna, wzruszająca opowieść o rodzinie, która musiała stawić czoła wielu trudnościom i wyszła z tych zmagań zwycięsko. Poznawszy ową historię, zyskamy pewność, że w karierze tego zawodnika, który jest jak oszlifowany diament, nic nie działo się przez przypadek.

Niniejsza książka powstała z zamysłem ukazania drogi do sukcesu tego młodego człowieka z dziwną fryzurą. Staramy się w niej wyjaśnić, jak stał się gwiazdą współczesnego sportu brazylijskiego, skąd pochodzi ogień, który go rozpala, skąd wzięła się cała ta energia.

Aby dać obraz będący odpowiedzią na powyższe pytania, przeplatamy wypowiedzi ojca i syna, gdyż pomagają one zrozumieć rolę i wpływ jednego na życie drugiego oraz to, w jaki sposób ich doskonała współpraca przyniosła synowi taką sławę.

Talent Neymara Jr. jest po prostu wyjątkowy, jednak gdyby chłopak nie był dobrze prowadzony, mógłby zaginąć gdzieś w piłkarskim świecie. Podczas czytania książki Neymar. O sobie. Rozmowa ojca z synem zrozumieć można, skąd wziął się sukces tego geniusza znanego światu jako Neymar Jr. i zdać sobie sprawę, że ciągle jeszcze jest przed nim wspaniała przyszłość.

Ivan Moré, dziennikarz

Od ojca do syna

Nazywam się Neymar da Silva Santos. Neymar nie jest w Brazylii zbyt częstym imieniem, choć wydaje mi się, że staje się coraz bardziej znane z powodu pewnej szczególnej osoby, która pojawiła się w moim życiu 21 lat temu. Silva i Santos to z kolei bardzo popularne nazwiska. W każdym zakątku Brazylii można spotkać jakiegoś Silvę, nazwisko to nosili nawet nasi prezydenci. Noszenie nazwiska Santos odbieram jako wielki zaszczyt. Ku mojej radości – takiej, jaką czuć może każdy zwykły, prosty Brazylijczyk – jestem Santosem przepełnionym dumą i miłością. Z wszystkiego i do wszystkiego! Jeszcze więcej chluby przynosi mi moja wspaniała rodzina, mój syn, mający swój udział w wielkiej historii Santos Futebol Clube (Santos FC) – drużyny mojego idola, Pelégo, i wielu innych znakomitych zawodników z Vila Belmiro. Drużyny najbliższej memu sercu, drużyny mego syna.

Nikt z mojej rodziny nie był jednak większym fanatykiem Santosu FC niż mój ojciec, Seu Ilzemar. Wraz z matką pochodzą ze stanu Espírito Santo i są bardzo z niego dumni. Myślę jednak, że ojciec chciałby, byśmy wszyscy urodzili się w bardziej znanym miejscu: przy stadionie Vila Belmiro, uwielbianym przez każdego obywatela Santosu – w tym także i mnie, gdyż urodziłem się w Santosie, podobnie jak mój brat José Benício, nazywany przez wszystkich Nicinho, oraz Joanna d’Arc, czyli nasza Jane.

Niestety Seu Ilzemar nie zdążył zobaczyć, jak jego wnuk gra w zawodowym klubie, gdyż zmarł w maju 2008 roku, niespełna rok przed debiutem Neymara Jr. w Santosie FC. Mój syn odziedziczył szacunek i uwielbienie dla drużyny, a na boisko zawsze zabierał ze sobą pamięć i miłość do dziadka.

Dla Neymara Jr. – czyli Juninha, jak nazywamy go w rodzinie – kariera piłkarska jest jak jedna wielka zabawa. Traktuje ją odpowiedzialnie, ale jednocześnie jest dla niego źródłem wielkiej radości. W swojej pracy znajduje wszystko to, czego zawsze chciał od życia. Do szczęścia potrzebne mu jest tylko boisko, bramka i piłka. Ale nic w życiu nie przyszło samo ani jemu, ani nam. Aby osiągnąć to, co teraz ma, musiał pokonać wiele przeciwności. Mojemu synowi nic nie spadło z nieba – może poza jednym: talentem. Zawsze pracował z wielkim oddaniem i nie zmarnował naszego wsparcia i pomocy wszystkich, którzy w niego uwierzyli.

Każdy zawodowy sportowiec żyje w niemal nierealnym świecie. W sporcie niełatwo osiągnąć zawodowstwo, a później jeszcze utrzymać się na tym poziomie. Dodatkowo gdy sportowiec kończy karierę, nie może tak po prostu zmienić pracy – musi znaleźć zupełnie nowy zawód, co jest bardzo trudnym zadaniem.

Gdy piłkarz jest w szczytowej formie, zarówno sportowej, jak i ogólnie psychofizycznej, gdy staje się dojrzały i odpowiedzialny, jego organizm zaczyna odczuwać skutki wielkiego wysiłku i poświęceń. Można okiwać swoich przeciwników, ale nie można wykiwać czasu. Ten bowiem mija nieuchronnie dla wszystkich. Wojownik jednak ma w swoją naturę wpisaną walkę o zwycięstwo, także z czasem. A tej walki wygrać nie można… Trzeba wiedzieć, kiedy odejść. Kto jednak potrafi rozpoznać ten moment? Tylko Bóg. Musimy mieć taki sam szacunek do czasu, jak do Boga.

Sam byłem zawodowym piłkarzem i także zaczynałem w młodzieżówce Santosu. Od 14. do 16. roku życia reprezentowałem mój ukochany klub, a potem zostałem zawodowym piłkarzem Portuguesa Santista. Stamtąd, będąc wciąż bardzo młodym zawodnikiem, trafiłem do Tanabi w São Paulo. Potem grałem w trzecioligowym zespole stanu Minas Gerais (w mikroregionie Frutal) o nazwie Iturama, gdzie nabawiłem się gruźlicy. Rekonwalescencja miała trwać cały rok, do moich dwudziestych urodzin.

W takich warunkach nie było mowy o zawodowym futbolu. Postanowiłem wrócić do domu i pracować z ojcem w jego warsztacie. Wtedy dostałem zaproszenie do gry w starym klubie z Santosu, Jabaquara, o długiej i bogatej historii, sięgającej lat sześćdziesiątych XX wieku.

Mój ojciec, Seu Ilzemar, nie chciał, żebym znów stał się częścią piłkarskiego świata. W pracy dobrze mi szło. Naprawiałem w warsztacie używane samochody i sprzedawałem je ze sporym zyskiem. Ojciec sprzeciwił się temu, bym rzucił tę robotę i znów szukał szczęścia na boisku, ale go nie posłuchałem. Kochałem grać. To właśnie chciałem robić. W tygodniu więc zajmowałem się samochodami, a w weekendy grałem dla Jabaquary. Moja miłość do futbolu była tak wielka, że brałem udział w rozgrywkach, nie dopominając się wynagrodzenia.

Zagrałem cztery dobre mecze z „Jabucą”, w tym jeden przeciwko União FC z Mogi das Cruzes, wówczas trzecioligowemu zespołowi, w rozgrywkach Campeonato Paulista (mistrzostwa stanu São Paulo). Jabaquara była wtedy w czwartej lidze, co dawało mi kolejny powód do pokazania się z jak najlepszej strony. Poszło mi dobrze… Tak dobrze, że sędzia, słynny Dulcídio Wanderley Boschilia, zarekomendował mnie menedżerom União, a ci przyjęli jego sugestię! Gra w Jabaquarze nie robiła na moim ojcu wrażenia – dla niego nie była to prawdziwa praca. Co innego jednak União FC! Pojechałem na spotkanie do Mogi das Cruzes, ale menedżerowie w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać, tylko wysłali mnie od razu do położonego blisko stolicy miasta Suzano, bym dołączył do pozostałych zawodników. Z czystym sumieniem mogę się pochwalić, że na pierwszej sesji treningów sprawowałem się świetnie, grając jako prawoskrzydłowy. Potrafiłem kiwać i przeprowadzić piłkę skrzydłem, a potem podać ją koledze z zespołu. Robiłem to samo, co w Jabaquarze. Mój debiut był naprawdę niezły, więc po tym cyklu treningowym pojechałem do Mogi das Cruzes, aby podpisać umowę z szefem klubu. Ponieważ w Jabaquarze grałem za darmo, ucieszyłaby mnie każda pensja otrzymana w União FC. Wszystko to działo się w marcu 1989 roku. Zaproponowano mi roczny kontrakt za dobre pieniądze, znacznie większe, niż się spodziewałem dostać. Starałem się nie okazywać entuzjazmu, wewnątrz jednak rozpierała mnie chęć natychmiastowego sfinalizowania umowy. Ponieważ umiałem negocjować, powiedziałem, że wrócimy do tematu później, co szef klubu musiał odebrać jako wyraz mojego niezadowolenia, ponieważ niemal podwoił mi zarobki. Z drugiego spotkania wyszedłem z podpisanym kontraktem, ani na chwilę nie tracąc twarzy pokerzysty.

Wiele mnie to spotkanie nauczyło. Grałem w trzecioligowym zespole i byłem dobry; na tyle dobry, że zainteresował się mną zespół Rio Branco, który był wtedy w drugiej lidze. W grudniu 1989 roku dziesięciu przedsiębiorców z Mogi das Cruzes wspólnie wykupiło moje prawa, by zaoferować je União FC. Za sprzedaż swoich udziałów kupiłem domek dla mojego ojca w Santosie i wtedy po raz pierwszy poczułem się bogaty – nie były to co prawda wielkie pieniądze, ale pozwalały mi odwdzięczyć się rodzicom za wszystko, co zrobili dla mnie i moich braci. Nic nie może równać się z tym uczuciem.

Moja umowa z União FC przewidywała, że będę grać dla nich w pierwszym półroczu, a potem będę występował w barwach innych klubów jako wypożyczany zawodnik, gdyż mój klub przez resztę roku nie miał żadnych profesjonalnych spotkań. W ten sposób występowałem w barwach takich drużyn, jak Coritiba, Lemense i Catanduvense, zawsze wracając do União FC. Nie byłem najlepszy, ale i nie najgorszy; wiedziałem, co robić z piłką, i miałem dobrą wizję gry. Nie wszystkim jednak udaje się spełniać wyobrażenia o sobie samych, a ciało często nie nadąża za umysłem. Tylko najlepsi zawsze widzą wszystko jako pierwsi i potrafią zrobić z piłką dokładnie to, co chcą.

Moja kariera sportowa zakończyła się z powodu kontuzji, gdy miałem 32 lata. Musiałem przedwcześnie rozstać się z zawodowym sportem, który był moją pasją i źródłem dochodów. Do tego dochodziły złe kontrakty, złe warunki w klubie, a poza tym nie byłem już dzieckiem. Ponieważ w 1992 roku założyłem rodzinę, miałem swoje obowiązki. 11 marca 1996 roku urodziła się nasza pierwsza córka, Rafaela. Mając na wychowaniu ją i Juninha, trudno było podróżować do innych miast i starać się podpisywać umowy, które pozwoliłyby związać koniec z końcem.

Już nie mogłem sobie na to pozwolić. Przenoszenie syna z jednej szkoły do drugiej było dla nas zbyt frustrujące, a dla niego – okazało się prawdziwym koszmarem. Musieliśmy z tym skończyć… Zresztą mój organizm też już nie dawał rady. Jeżeli w tygodniu ostro trenowałem, przed meczem bolały mnie wszystkie mięśnie, a gdy odpuszczałem sobie treningi, cierpiały na tym technika i strategia. Menedżerowie zaczęli podejrzewać, że celowo gram gorzej, ja jednak nigdy bym tak nie zrobił – po prostu fizycznie nie dawałem już rady. Zarabiałem coraz mniej, byłem na ryzykownych kontraktach. Z powodu kontuzji mogłem podpisywać tylko takie umowy, które przewidywały natychmiastowe ich zerwanie, gdyby doszło do kolejnego urazu.

Bardzo cierpiałem i starałem leczyć się w domu, by menedżerowie nic nie wiedzieli o moich problemach. W końcu nie mogłem dłużej oszukiwać ani siebie, ani swych pracodawców. Musiałem dokonać wyboru, co nigdy nie jest łatwe, a już zwłaszcza, gdy robisz to, co kochasz – nawet gdy jest się dorosłym, decyzja o porzuceniu dziecięcych marzeń ma bardzo gorzki smak. Nie było jednak innego wyjścia. Moja kariera sportowa dobiegła końca.

Wtedy jednak miałem już w domu bezcenny skarb, a nawet dwa. Jeden z nich przewyższył moje marzenia.

Od syna do ojca

To, kim jestem i co mam, w całości zawdzięczam moim rodzicom i Bogu. Mój ojciec jest kimś więcej niż rodzicem – mam przy swym boku przede wszystkim najlepszego przyjaciela, który czasem jest dla mnie szorstki, ale wszystko, co robi, czyni z myślą o mnie i dla nas: dla naszej rodziny.

Ojciec jest zazwyczaj najważniejszą osobą dla syna. Nasza relacja nie jestem pod tym względem wyjątkowa. Mój ojciec zawsze myśli o tym, co jest dla nas najlepsze. Wiele się uczę, słuchając jego rad. Cieszę się, że mam takiego nauczyciela życia i futbolu jak on. Sam futbol także przyczynił się do mojego rozwoju. Dziś potrafię odróżniać dobro od zła. Czasem z powodu braku doświadczenia popełniamy błędy. Tato pomaga mi dojrzeć moje, a także uniknąć niewłaściwych decyzji. Jest dla mnie kimś znacznie więcej niż menedżerem, agentem czy doradcą – jest dla mnie wszystkim. Zawdzięczam mu nie tylko pojawienie się na świecie, ale również wszystkie moje osiągnięcia. Zdaję sobie sprawę, iż często zachowuję się jak dzieciak, że wiele muszę się jeszcze nauczyć. Mam jednak od kogo czerpać wiedzę. Mam w ojcu wzór do naśladowania, zarówno na boisku, jak i poza nim. Zawsze patrzę na to, co robi i mówi. Ileż to razy, grając w piłkę (czy w życiu codziennym), zastanawiałem się: „A co w tej sytuacji zrobiłby mój ojciec?”. Takie myślenie mi pomaga. On jest moją inspiracją.

Na boisku są nią także i inni wielcy zawodnicy, idole. Ojciec nauczył mnie uważnie patrzeć i uczyć się od bardziej doświadczonych, zatem przyglądam się Messiemu, Cristiano Ronaldo i innym mistrzom. Zawsze też starałem się nauczyć czegoś od Ronalda, Robinha, Romária czy Rivalda.

Wiem, że jestem osobą publiczną, toteż muszę uważać na to, co robię i na boisku, i w życiu prywatnym. Jestem wzorem dla wielu dzieci, co wymaga odpowiedzialności. Gdy jednak zajmujesz się tym, co kochasz, wszystko przychodzi łatwiej.

Robię wszystko po swojemu; nie odgrywam ról, nie wymyślam historii. Nie dbam o chwyty reklamowe. Lubię być autentyczny. Bawię się swoim wyglądem, dokonuję śmiałych wyborów co do odzieży, butów, nakryć głowy czy kolczyków. Jestem przedstawicielem swojego pokolenia! Nie widzę w tym nic złego. Choć od czasu do czasu zmieniam fryzurę, stopami zawsze twardo stoję na ziemi. Taki jestem.

Przygany znoszę z dużym spokojem, nie odczuwając gniewu. Wiem, kiedy powinienem coś poprawić, a także jak wiele wciąż czeka mnie nauki. Umiem odróżnić konstruktywną krytykę od osobistych przytyków, choć różnica ta bywa nieoczywista nawet dla tych, którzy takie uwagi formułują. Do tego, by się rozwijać, potrzebna jest cierpliwość i wytrwałość oraz umiejętność sprawienia, by ci, którzy teraz cię ganią, po następnym meczu rozpływali się w pochwałach.

Jestem przyzwyczajony do krytyki, bo mam w domu szczerego przyjaciela. Gdy przychodzę do domu, pytam ojca o zdanie, a Neymar Sr. czasem bezlitośnie oznajmia: „Synu, tu i tu popełniłeś błąd, ale możesz go następnym razem uniknąć”. Na tym przecież polega nauka, prawda? Kluczem do wszystkiego jest rozmowa.

Podobnie jak ojciec nie lubię przegrywać. To słowo nie istnieje w moim słowniku. Nie ustaję w staraniach, by dać kibicom powód do radości, biorąc na siebie odpowiedzialność za błędy. Chcę mieć piłkę, chcę grać! Nie cierpię chwil, gdy nie uda mi się strzelić gola albo zmarnuję dobre podanie. Bardzo dużo od siebie wymagam, naprawdę. Pragnę grać na stadionach tak samo jak w czasach, gdy kopałem piłkę na ulicy, z tą samą śmiałością i radością.

Tato jest moim najlepszym krytykiem – i najsurowszym. Po meczach pokazuje mi, jak zachowywałem się na boisku, a następnie daje mi kopię nagrania, żebym wiedział, nad czym muszę pracować. Przedstawia mi statystyki, mówi, co było źle, a co dobrze i co należy poprawić. Ma ogromną wiedzę, daje mi więc cenną lekcję. Tak właśnie się uczę i jestem mu bardzo wdzięczny za wszystko.

Tragiczny wypadek

Było to w lutym 1992 roku. Kiedy Nadine odeszły wody, szybko pojechaliśmy na porodówkę. Dzięki Bogu poród miał prawidłowy przebieg, siłami natury. Urodził się nam syn! Nie znaliśmy wcześniej płci dziecka, gdyż nie było nas stać na badanie USG.

Mieliśmy duże trudności z wymyśleniem dlań imienia. Skłanialiśmy się ku propozycji Nadine, aby nadać chłopcu imię Mateus, ale nie umieliśmy się ostatecznie zdecydować, i tak przez pierwszy tydzień Juninho (jak nazywamy go w rodzinie) nie miał imienia. Nic się od tamtych czasów nie zmieniłem: robię wszystko na ostatnią chwilę, ponieważ potrzebuję czasu na podjęcie decyzji, ale jeśli już coś postanowię, nigdy się nie cofam. Tak więc gdy szedłem zarejestrować syna, miał mieć na imię Mateus, jednak w połowie drogi zmieniłem zdanie i nazwałem go Neymar. Czyli imieniem jego ojca. Dlatego nazywa się Neymar Junior!

Mieszkaliśmy wtedy z Nadine w mieszczącym się w regionie Rodeio mieszkaniu wynajmowanym przez União FC z Mogi. Tam spędziłem pierwsze dni z synem, bojąc się go nawet wziąć na ręce. Nie miałem pojęcia, jak opiekować się taką kruchą istotką! Potrzebowałem, by ktoś mi pokazał, jak go trzymać. Oczywiście po pewnym czasie umiałem się już nim zajmować i byłem wręcz zazdrosny, gdy ktoś inny spędzał za dużo czasu z moim synem.

W czerwcu 1992 roku, kiedy Juninho miał ledwie cztery miesiące, pojechaliśmy do Santosu odwiedzić rodzinę. Tego dnia grałem w União FC. Ja prowadziłem, Nadine siedziała obok, a nasz syn smacznie spał w foteliku samochodowym na tylnym siedzeniu naszego czerwonego auta. Zjeżdżanie z gór w deszczowy dzień jest zawsze niebezpieczne, a już zwłaszcza, gdy jedzie się jednopasmówką o dwukierunkowym ruchu. Gdy na horyzoncie pojawił się zmierzający w naszą stronę samochód, odbiłem nieco w lewo. Jechałem wtedy na piątym biegu. Wcisnąłem pedał gazu, ale wciąż poruszałem się za wolno, a nie było czasu na redukcję biegu i zwiększenie prędkości. Ten samochód wjechał w nas, uderzając w drzwi po mojej stronie. Lewa noga wylądowała mi na prawej, kości w obrębie miednicy się zwichrowały. Będąc w szoku, krzyczałem do żony, że umieram. Wszystko działo się bardzo szybko. Kiedy wróciła mi przytomność, pojawiło się coś znacznie gorszego od bólu i strachu. Było to pytanie, gdzie jest Juninho, gdzie jest mój syn.

Ani ja, ani moja żona nie mogliśmy znaleźć małego Neymara Jr. Zupełnie jakby zniknął! Nie było go ani z przodu, ani z tyłu i zacząłem już myśleć, że wypadł z samochodu. Ledwie czteromiesięczne dziecko! Nie muszę chyba opisywać, co czułem – choć i tak nie potrafiłbym znaleźć odpowiednich słów. Samo wspomnienie budzi we mnie dreszcze.

Byliśmy już niemal pewni, że straciliśmy syna. Pamiętam, jak w rozpaczy i bólu modliłem się do Boga, by zabrał mnie zamiast niego. Gdybym go utracił, byłaby to najgorsza rzecz w moim życiu, nieporównywalnie trudniejsza do zniesienia niż fizyczne cierpienie.

Samochód zatrzymał się nad urwiskiem. W pobliżu był strumyk, a my wisieliśmy tuż nad nim. Nadine nie mogła wydostać się z samochodu przez swoje drzwi, gdyż spadłaby w przepaść. Musiała wyjść przez tylną szybę. Mnie więziły pasy bezpieczeństwa. Po stłuczce wszystko było zdeformowane. Juninho zniknął. Byliśmy w desperacji, ale dla wierzących w Boga wszystko jest możliwe! Ludzie, którzy przyszli nam z pomocą, znaleźli Juninha pod tylnym siedzeniem. Był tam przez cały czas. Dzięki Bogu! Kiedy go wyciągnęli z samochodu, był zakrwawiony, toteż zabrano go natychmiast do szpitala. Zobaczyłem go i żonę dużo później, gdy był już czysty i miał tylko bandaż na głowie. Krew pochodziła z małej ranki na głowie, powstałej w wyniku zadraśnięcia odłamkiem szkła. Nic poważnego.

A co działo się ze mną przez ten czas? Miałem bardzo poważne złamanie z przemieszczeniem kości w obrębie miednicy. Ponieważ miednicy nie można unieruchomić gipsem, lekarze zastosowali specjalny „pas”, na którym moje ciało wisiało w powietrzu. Spędziłem w takim stanie dziesięć dni w szpitalu, a potem jeszcze cztery miesiące w domu.

Po ośmiu miesiącach od wypadku – gdy roczny wówczas Juninho przestał już płakać na mój widok – mogłem tylko brać go na ręce. Początkowo bał się tego wszystkiego, co trzymało mnie w powietrzu, ten sprzęt go przerażał. Dla mnie niemożność bycia z synem była czymś wyjątkowo przykrym. Nie mogłem go ani dotknąć, ani być z nim blisko, ani nawet pomagać żonie w opiece nad nim.

Zasypiałem późno w nocy, gdy żona i syn już spali, zmęczony płaczem. To, że nie mogłem ani siedzieć, ani się ruszyć, było czymś strasznym i z przerażeniem myślałem o swojej przyszłości jako sportowca.

Być może owo doświadczenie w pewien sposób przygotowało mnie na to, co się później wydarzyło w życiu Neymara Jr., i jestem wdzięczny losowi za ów wypadek, ponieważ mam teraz więcej wiary i cierpliwości. Dziękuję Bogu za wszystkie cierpienia, których doświadczyłem. Lepiej samemu je znosić, niż widzieć, jak cierpi twoje dziecko. Nie sądzę, bym mógł sobie poradzić w sytuacji, gdyby jednemu z moich dzieci stało się coś takiego.

Moją największą dumą jest to, że Neymarowi Jr. i Rafaeli dobrze się wiedzie, i gdybym mógł zacząć jeszcze raz, niczego bym nie zmieniał. Dzięki pomocy boskiej i dzięki ludziom, którzy pospieszyli nam na ratunek, nasz chłopak przeżył wypadek. Jak mówi Juninho: „Bóg zawsze ma nas w opiece: i wtedy, i wcześniej, i mieć będzie w przyszłości”.

Pierwsze mecze

To ojciec nauczył mnie grać w piłkę. Pewnego dnia siedziałem na stadionie i oglądałem mecz z udziałem taty. Właśnie podczas tego meczu zacząłem faktycznie grać, a nie tylko biegać za piłką, jakby była jakąś kolejną zabawką.

Mój ojciec grał naprawdę. Biegałem między siedzeniami na stadionie, co jakiś czas mu się przyglądając. Ganiałem bardziej niż tato na boisku, w górę i w dół, tam i z powrotem, bez przerwy. Najzabawniejsze było to, że wcale nie kopałem piłki, tylko biegałem. Nagle pojawił się Betinho, niezwykle doświadczony i kompetentny trener Santosu. Zobaczył mnie i bardzo mu się to moje bieganie spodobało. Przemknęło mu przez myśl, że mógłbym być dobrym zawodnikiem. Albo że przynajmniej warto spróbować mnie przeszkolić.

Porozmawiał z moimi rodzicami. Przekonywał Neymara Sr., że warto, bym trenował razem z nim. I tak to się wszystko zaczęło. Miałem wielkie szczęście, że od samego początku uczył mnie i pomagał mi Betinho. Razem z moim ojcem wskazali mi właściwy kierunek, dzięki czemu stałem się tym, kim teraz jestem. Ile talentów się marnuje z powodu braku takich wskazówek? Wszyscy znamy opowieści o ludziach z wielkim potencjałem, który pozostał niewykorzystany, gdyż zabrakło kogoś, kto by go odpowiednio ukierunkował.

Byłem szczęśliwcem, ponieważ miałem dwie takie osoby, jedną w domu, czyli mojego ojca, a drugą w postaci Betinha, mojego nauczyciela, który odkrył mój talent, rozwijał moje mocne strony i poprawiał błędy. Nie ma lepszego sposobu nauki niż słuchanie z pokorą tych, którzy więcej wiedzą, więcej przeżyli. Doświadczenie jest w życiu czymś niezbędnym, ale w piłce nożnej równie wielkie znaczenie ma improwizacja, co zrozumiałem bardzo wcześnie, grając w futsal. Można dużo wiedzieć i ciężko trenować, lecz dopiero w trakcie gry okazuje się, czy coś jest skuteczne, czy nie. Trzeba umieć wyczuć odpowiedni moment na jakieś zagranie. Większość z tego, co robiłem na boiskach zamkniętych czy nawet – już jako zawodowiec – na otwartych, trawiastych, wymyślałem na poczekaniu. Sekret w tym, że faktycznie można „wyćwiczyć” improwizowanie. Ile razy robiłem to w domu? Ustawiałem meble tak, by biegnąc z piłką, wykonywać drybling wokół tego, co pojawiało się przede mną.

Bawiłem się tak przez całe dzieciństwo w domu dziadka, gdzie mieszkałem z rodzicami. Mieliśmy jeden mały pokój: ja, moja siostra i rodzice. Po lewej stronie, patrząc od drzwi, był materac, na którym spaliśmy wszyscy w czwórkę. Przed materacem stał kufer i szafa na ubrania, co tworzyło wąskie przejście, w którym grałem w piłkę. No, na materacu też… Tak wyglądało moje „boisko”. Uwielbiałem kopać piłkę między meblami albo rzucać się na materac jak bramkarz. Ponieważ miałem mało miejsca, lubiłem grać na tej pozycji, ale tylko w tych pierwszych „oficjalnych meczach” w domu dziadka.

Moje kuzynki też grały, to znaczy… brały udział w grze. Jennifer udawała jeden ze słupków bramki, podobnie jak przez długi czas Rafaela, moja siostra. Lorrayne i Rayssa z kolei wcielały się w przeciwników (choć raczej, z całym szacunkiem, służyły za manekiny szkoleniowe). Były przeszkodami, które musiałem ominąć, a czasem nawet miały na sobie sportowe ubrania, żeby przydać realizmu sytuacji.

Pewnego dnia brałem udział w sesji zdjęciowej do reklamy i po jej zakończeniu jak zwykle zapytałem, czy mogę zostawić sobie piłkę. Wziąłem ją i podbijałem w windzie stopą, a ponieważ nikogo nie było, mogłem się tak bawić całą drogę w dół. Później dzieci, które były w korytarzu, poprosiły mnie o autograf. Po zrobieniu wpisów, wróciłem do zabawy piłką, i tak aż do samochodu. Ja po prostu nie mogę żyć bez piłki. To trwa od czasów mieszkania w domu mojego dziadka. Tak było, odkąd pamiętam.

Gdy potem mój tato wybudował mały dom w Praia Grande, moje „boisko” też było bardzo proste. Jedną bramkę tworzyły drzwi wyjściowe, taką faktycznie „tylną bramkę” mojego stadionu, druga znajdowała się w moim pokoju. Rozgrywałem własne mecze i turnieje, kopałem piłkę i dodawałem własną narrację. Grałem, komentowałem i wiwatowałem: Gooool dla Neymara! Neymarzinho! Ja!

Brakuje mi tego… Były też „faule”. Kiedy na przykład biegłem z piłką i uderzyłem w tapczan, zgłaszałem to „sędziemu” – oczywiście wymyślonemu. Ale zachowywałem się tak, jakby wszystko się działo naprawdę.

Trenowałem też odbijanie małej piłeczki o ścianę. Jeśli prawa noga mi się zmęczyła, zmieniałem na lewą, a potem znowu na prawą i znowu na lewą. Następnie ćwiczyłem przyjmowanie piłki na klatkę piersiową, zagrania głową. Chodziło nie tylko o strzelenie bramki z główki, ale w ogóle o kontrolowanie piłki. To wcale nie było łatwe, ale tak się bawiłem. Sam nie zauważałem, jak stawałem się coraz lepszym zawodnikiem.

Na mój styl gry duży wpływ miało też granie na plaży. Chodziliśmy tam z tatą, jak tylko miał czas. Pokazywał mi, gdzie i jak kopnąć. Brał moją stopę, tłumacząc: „Z tego miejsca wykonujesz kopnięcie”. A potem miałem powtórzyć lekcję, czyli kopnąć piłkę dokładnie tą częścią stopy, którą wskazał.

Pewnego dnia nabroiłem… Tato zrobił przy domu naprawdę ładne małe boisko. Wszystko przygotował sam, nawet posiał trawę. Zaprosiłem kolegów i graliśmy przez całe popołudnie, ale sporo wtedy padało i trawa się jeszcze nie zakorzeniła, więc zniszczyliśmy ją. Przez resztę dnia wyobrażałem sobie, jaką dostanę karę od taty, gdy wróci późnym wieczorem i zobaczy to błoto. W takich chwilach trzeba umieć wziąć się w garść. A może nie? Nie wiem. Wiem tylko, że przez następne dwa tygodnie jakoś dziwnie wcześnie chodziłem spać. Gdy tato wracał, ja już zawsze spałem.

Lubiłem też zabawiać się w menedżera. Organizowałem turnieje, w których były fazy grupowe, play-offy, półfinały i finały. W ten sposób wygrywałem wymyślone przez siebie spotkania i mistrzostwa, marząc, że kiedyś tak będzie naprawdę.

Nigdy nie zapomnę mojego boiska w Praia Grande. I tych wiecznie obitych drzwi sąsiadów! One też służyły nam za bramki. A wazony mojej mamy… Prawda jest taka, że dobrze mi się kilka razy oberwało. Mama miała rację, gdy wściekała się o to, że ciągle biegam po domu, kopię piłkę i czasem trafiam nie w to, w co powinienem. Chyba nie muszę mówić, co działo się potem.

Mając na uwadze dobro innych, mama mogłaby powiedzieć mi: „Synku, proszę, daj sobie spokój z piłką”. Ale ona nigdy nie odciągała mnie od grania. Wręcz przeciwnie! Zachęcała mnie do tego na równi z tatą. Jej ojciec, a mój dziadek, Arnaldo, także grał w piłkę. Nigdy go nie poznałem, jestem jednak przekonany, że był typem człowieka, który nigdy się nie poddaje – jak mama. Zawsze robiła dla nas wszystko. Nie tylko troszczyła się o dom, lecz także zabierała mnie na treningi, kiedy mój ciężko pracujący ojciec nie mógł się tym zajmować. Pod tym względem miałem wielkie szczęście. Moi rodzice starali się jak mogli, żebym był szczęśliwy. Bez nich ta książka nie powstałaby, a ja byłbym tylko kolejnym chłopcem z wielkimi marzeniami.

Honor i praca

Juninho kocha nie tyle akcje na boisku, co sam przedmiot: piłkę. Naprawdę! Uwielbia ją bardziej niż cokolwiek na świecie. Zawsze mówię, że on przede wszystkim gra w piłkę, a dopiero potem w futbol. Aby być najlepszym, trzeba kochać to, co się robi. Musisz lubić piłkę, musisz przepadać za nią, okazując jej szacunek i podziw. Do tytułu profesjonalisty można aspirować dopiero wtedy, gdy zna się swój zawód. I jeszcze jedno: trzeba testować wszystkie możliwości, jakie dają nam narzędzia.

Dzieci zazwyczaj nie kochają futbolu, lecz zabawę piłką. Bawią się nią w dużym pokoju, na podwórku, wszędzie, gdzie tylko mogą. Nie ma dla nich znaczenia, ile mają miejsca i czy mogą coś stłuc. Dziecko chce mieć piłkę i się nią bawić, a dopiero z czasem takie zabawy mogą przerodzić się w coś poważniejszego, jak to się stało w przypadku mojego syna.

Ludzie, którzy grają w piłkę nożną, potrafią rozpoznać dobrego zawodnika po jego pierwszym kontakcie z piłką. Mário Américo, masażysta pracujący dla reprezentacji Brazylii w jej złotych czasach, mawiał: „Poznasz asa po sposobie, w jaki stawia kroki”. Muszę powiedzieć, że Neymar Jr. miał to „coś” w sobie, jeszcze zanim nauczył się chodzić, a kiedy liczył sobie trzy lata, zrozumiałem, jak wiele może osiągnąć. Juninho kopał piłkę do mnie z wielką dokładnością. To, co miało być zwykłą zabawą ojca z synem, traktował bardzo poważnie, bo dla niego piłka nie była po prostu zabawką. Nigdy też nie był zachłanny: zawsze podawał do mnie. Dzieci zwykle kopną piłkę raz, a potem bawią się same, często używając także rąk. Ale nie Juninho. On chciał prawdziwej gry, w której prowadził dialog ze swoim współgraczem. Taki miał sposób porozumiewania się. Wiedział, że potrzebny mu jest partner do gry i wymiany podań. Uczył się z łatwością, niemal instynktownie. Już od pierwszych meczów było widać, że jest inny, i nie chodziło wcale o umiejętności, lecz o jego wizję gry. Dzieci w zabawie zwykle biegną wszystkie razem za piłką – ale nie Juninho. On stał z boku i czekał na właściwy moment.

Dostrzegłszy jego talent, zacząłem pokazywać mu bardziej wyrafinowane podania, a on przyjmował piłkę i oddawał ją we właściwym kierunku. Nic nie musiałem mu tłumaczyć, sam od razu wiedział, o co chodzi. Wiedział, gdzie podać piłkę i co z nią robić. Grając zawodowo w piłkę, miałem pozycję prawoskrzydłowego i choć byłem dobry w dryblingu, brakowało mi umiejętności do strzelania goli. W całej swojej karierze zdobyłem tylko kilka bramek. Również gra lewą nogą nie była moją mocną stroną. Jak to mówią, w najlepszym wypadku moja lewa noga nadawała się do wchodzenia do autobusu. Neymar Jr. był inny. Od samego początku umiał wszystko. Już we wczesnych latach życia ujawnił się jego wielki potencjał.

Tak bardzo lubił futbol, że zaczął gromadzić piłki. Mieliśmy ich w domu ponad pięćdziesiąt – różne: dobre i złe, stare i nowe, sflaczałe i napompowane. Do jego pokoju ledwie dało się wejść, tyle ich tam było. A kochał je wszystkie. Najbardziej te małe, nad którymi najtrudniej było zapanować.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz kopnąłem piłkę, i wiem, że Juninho też nie pamięta swojego pierwszego kopnięcia, ale jeśli jest coś takiego w życiu, co uwielbia się robić, o czym się marzy, wtedy możemy powiedzieć, że się z tym urodziliśmy. W jego wypadku tym czymś jest piłka nożna.

Ja też kochałem ten sport, ale moja miłość zakończyła się wypadkiem w lipcu 1992 roku. Przez długie miesiące nie mogłem później chodzić. Wypadek ten skrócił moją karierę, która oficjalnie zakończyła się w roku 1997. Wygrałem mistrzostwa stanowe Mato Grosso z Operário de Várzea Grande, pokonując w finale União de Rondonópolis 2 : 1. To było 3 sierpnia 1997 roku. Odbyła się wielka impreza, a krótko potem przeszedłem na piłkarską emeryturę.

Na początku 1998 roku, niespełna pół roku po moim ostatnim meczu, złożyłem podanie o pracę do CET (firmy zajmującej się inżynierią drogową) w Santos. Ponieważ zawsze interesowały mnie samochody i dużo pracowałem w warsztacie ojca, CET wydawało mi się dobrym miejscem na rozpoczęcie nowego życia po odejściu od zawodowego sportu.

Przyjęto mnie, ale nie zajmowałem się samochodami – jak chciałem – lecz byłem zatrudniony w charakterze pracownika budowlanego. W związku z tym, że CET wymieniało wówczas wszystkie przystanki autobusowe w Santos, miałem wraz z innymi pracownikami wznosić na ulicach nowe wiaty dla pasażerów. Naprawiałem chodniki, kopałem doły pod słupy itp. Nie o takiej pracy marzyłem, ale w pierwszej połowie roku 1998 tylko to mogłem robić. Po czterech miesiącach ciężkiej pracy przeniesiono mnie na inny etat w tej samej firmie. CET podzlecało prace konserwacyjne pojazdów. Ponieważ byłem dobrym mechanikiem, zaproponowano mi, bym zastępował nieobecnego kolegę, Juvenala. Okres próbny poszedł mi świetnie, więc zacząłem zajmować się wszystkimi motocyklami żandarmerii wojskowej i CET. Pracowałem na stanowisku szefa konserwacji pojazdów do 2009 roku, kiedy to rzuciłem wszystko, by zająć się rozwojem zawodowym syna. Jeśli Bóg pozwoli, jego kariera zakończy się lepiej niż moja – ja przecież z mistrza stanowego w jednej chwili stałem się pracownikiem budowlanym.

Oba te zajęcia były poważne i uczciwe, jednak różniły się od siebie diametralnie. Miałem rodzinę na utrzymaniu, a pracowałem za stawkę minimalną, więc żeby związać koniec z końcem, zacząłem sprzedawać filtry do wody firmy Panasonic. Trzeba było sobie jakoś radzić. Możecie sobie wyobrazić, jak teraz się czuję, widząc mojego syna w reklamach tej firmy! Kto by pomyślał, że kiedyś do tego dojdzie?

Ciężko pracowałem dla mojej rodziny i chociaż jako sportowiec nie zarabiałem zbyt dużo, mogłem pomóc synowi spełnić marzenie. Z pomocą Boga, dzięki sprzyjającemu losowi i licznym przyjaciołom mogę się dziś nazwać prawdziwym szczęściarzem. Mam wszędzie wspaniałych przyjaciół, ludzi, na których zawsze mogłem liczyć i którym staram się odpłacić pomocą. Jak to dobrze, że jest ich tak wielu!

Kiedy w 1998 roku zacząłem pracować w CET, musiałem imać się także różnych innych zajęć. Między innymi woziłem ludzi starym volkswagenem transporterem; pasażerowie siedzący na tylnych siedzeniach na zakrętach trzymali drzwi, żeby się nie otworzyły. W tamtych czasach poznałem dwóch właścicieli amatorskiego klubu w Praia Grande. Jeden z nich, Toninho, był także agentem celnym i miał boisko piłkarskie w regionie Jardim Real. Drugi zaś, imieniem Jura, posiadał klub w Melvi.

Miałem w Praia Grande działkę budowlaną o wymiarach 12 na 30 metrów i marzyłem o tym, by kiedyś postawić na niej dom. Tylko tyle mi zostało z mojej sportowej kariery: 12 na 30 metrów gruntu pod budowę. Byłem jej prawowitym właścicielem, miałem wszystkie papiery, jednak brakowało mi pieniędzy na zakup materiałów budowlanych. Nie było mnie stać na postawienie domu dla mojej żony i dzieci, ale gdy się ma przyjaciół, każde marzenie może się spełnić. Toninho załatwił mi wszystkie potrzebne materiały, a Jura zatrudnił robotników. Wszystko to w zamian za „wypożyczenie” moich umiejętności ich zespołom amatorskim. W soboty grałem w jednym zespole, a w niedziele – w drugim. Dzięki temu mogłem wznieść wymarzony dom. Przyjaciele nadal mi pomagają.

Wiele razy znajdowałem się w trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy zabrakło pieniędzy, by opłacić rachunki za elektryczność, odcięto nam prąd. Juninha i Rafaelę, w przeciwieństwie do dorosłych, bardzo bawiła ta sytuacja. Z niecierpliwością wyczekiwali nadejścia zmroku, by zapalać świece. Byli zachwyceni! Nie mogłem narzekać, bo przecież w tym moim domu pozbawionym prądu miałem coś bezcennego: prawdziwą miłość. To na niej tak naprawdę buduje się dom – i życie. Na miłości, czułości, partnerstwie i cierpliwości. Nasza rodzina, choć biedna, była jeszcze bardziej zjednoczona i szczęśliwa.

Nawet kiedy pracowałem już w CET, pożegnawszy się z futbolem, nadal zapraszano mnie do zajmowania się tym, co kochałem najbardziej, czyli do grania w piłkę nożną. Moja zgoda na te propozycje pociągała za sobą jednak ryzyko utraty pracy i, co za tym idzie, źródła dochodów – a to w mojej sytuacji było niedopuszczalne. Nie było odwrotu. Odmawianie przychodziło mi z wielkim trudem, lecz musiałem – dla finansowego bezpieczeństwa mojej rodziny, dla mojego ojca. Trzeba było skończyć z marzeniami i żyć w realnym świecie, choć odmowa bolała bardziej niż jakakolwiek kontuzja, której doznałem na boisku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Neymar. O sobie.. Rozmowa ojca z synem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia