Chcę, abyś był

Chcę, abyś był

Autorzy: Tomas Halík

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Religia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.39 zł

Ksiądz Tomáš Halík, jedna z najważniejszych postaci czeskiego Kościoła, laureat Nagrody Templetona 2014 przyznawanej za „wyjątkowy wkład w rozwój duchowego wymiaru życia”, oddaje do rąk polskiego czytelnika kolejną książkę. Redaktor próbujący wybrać z niej fragment na okładkę napotyka trudności: nadają się na nią niemal wszystkie zdania tego tekstu. Poruszają nasze uśpione sumienia, zmuszają do namysłu i nowych odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzieliśmy sobie, jak nam się wydawało, już raz na zawsze. Co znajdujemy w tym, kogo kochamy? Czym naprawdę jest miłość? Czy zamiast: „Skąd zło?”, nie powinniśmy pytać raczej: „Skąd czułość i dobro?”. Czy pragniemy, aby Boga nie było? Czy z Jego niedostępności nie wyprowadzamy zbyt pochopnych wniosków? Czy On jest odpowiedzią, czy też raczej pytaniem? Czy nasze życie to definitywne olśnienie Bogiem, które kiedyś przeżyliśmy, czy może „droga w dół z góry Tabor”? Ksiądz Halík pisze o Bogu, który tęskni za naszą tęsknotą, i o Bogu, który jest tańcem. Sporo miejsca poświęca też Nietzschemu, którego uważa paradoksalnie za swego przewodnika po krętych ścieżkach religii. Wiara, która sądzi, że nie potrzebuje już płomienia tęsknoty, jest trupio zimna; jeśli uważa, że nie potrzebuje już wyruszać w dalszą drogę poszukiwania i pytania, jest dotknięta paraliżem. Jeśli przekonanie religijne nie zawiera owego żarliwego przytaknięcia, jeśli owo „wiem, że jesteś”, nie jest już ożywiane pragnieniem miłości, owym „chcę, abyś był”, wtedy wiara zamienia się w ideologię. Traci w ten sposób swój niepowtarzalny korzenno-słony smak, do niczego już się nie nadaje, tylko do wyrzucenia i podeptania przez ludzi. A ludzie to często i chętnie (i słusznie) czynią! (fragment książki)
Amo: volo, ut sis.

Kocham: chcę, abyś był.

(Stwierdzenie przypisywane świętemu Augustynowi)

Istnieje jakaś relacja między miłością i Boskością (…).

Tak, miłość jest „ekstazą”, ale ekstazą nie w sensie chwili upojenia, lecz ekstazą jako droga, trwałe wychodzenie z „ja”, zamkniętego w samym sobie, w kierunku wyzwolenia „ja”, w darze z siebie (…). Jest to jednak proces, który pozostaje w ciągłym rozwoju: miłość nigdy nie jest „skończona” i spełniona; miłość zmienia się wraz z biegiem życia, dojrzewa i właśnie dlatego pozostaje wierna samej sobie.

Benedykt XVI, encyklika Deus caritas est

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:

największa z nich jednak jest miłość.

1 Kor 13, 13

Pamięci czeskiego teologa i obrońcy praw człowieka,

więźnia nazistów i komunistów,

autora Teologii agape

doktora teologii Josefa Zvěřiny (1913–1990),

nauczyciela wiary, miłości i obywatelskiej odwagi,

w setną rocznicę urodzin

z wdzięcznością dedykuje autor niniejszej książki,

jeden z jego wielu uczniów.

Bóg, który tańczy

(Słowo autora do czeskiego czytelnika)

Głównym tematem niniejszej książki jest miłość. Rzadko które słowa mają dziś dla różnych ludzi tak różne znaczenia jak słowa „Bóg” i „miłość”. Zadaję sobie pytanie, jaki sens mogą mieć znane biblijne wypowiedzi na temat miłości w wypadku ludzi, którym samo słowo „Bóg” wydaje się ukryte w ciemnym obłoku nieokreśloności lub w najlepszym razie prowadzi ich do kolejnych pytań zamiast być ostateczną odpowiedzią; „Bóg umarł” – wyraził ową sytuację Nietzsche.

Kto nie miłuje, ten nie zna Boga – powiada Pismo. Chciałbym pokazać, że dopiero w głęboko ludzkim doświadczeniu miłości można na nowo, w nowy sposób i głębiej odsłonić sens słowa „Bóg” – po tym jak w naszych czasach pewien typ religii wyraźnie obumiera. Podzielam pogląd, że kończy się rola określonej formy religii, która ukształtowała się na progu nowoczesności, i że wraz z nią odchodzi pewne rozpowszechnione wyobrażenie Boga. Nazywam je „banalnym bogiem” i jestem przekonany, że śmierć właśnie tej formy religii przepowiedział Nietzsche w swoim słynnym wieloznacznym stwierdzeniu.

W niniejszej książce kilkakrotnie sceptycznie wypowiadam się na temat powtarzanego dziś wszędzie hasła o powrocie religii, mimo to często inspiruję się tym, co określa się mianem „religijnego zwrotu” w czasach filozofii postmodernistycznej, zwłaszcza francuskiej i amerykańskiej. Kontynuuję tu także swoje już wiele lat trwające poszukiwanie miejsca i orędzia chrześcijańskiego właśnie w tym ważnym historycznym momencie „końca religii”. Filozof religii z Cambridge Nicholas Lash, od którego sporo się nauczyłem, napisał w książce The Beginning and the End of Religion, że kończy się nowożytna postać religii (resp. zachodniego chrześcijaństwa); nie kończą się jednak wiara, nadzieja i miłość. I właśnie do tego nawiązuję. Z tego też powodu po książkach o wierze i nadziei zacząłem pisać książkę o miłości.

Jestem przekonany, że chrześcijaństwo jutra nie będzie „ideologią” ani religią w sensie „systemu wiar i rytuałów” (wedle definicji Durkheima), ale że powinno i może być szkołą wiary, nadziei i miłości; szkołą wedle ideałów średniowiecznych uniwersytetów, owej społeczności życia, modlitwy i studiowania, gdzie prawda była poszukiwana w swobodnej dyskusji, a innym przekazywane było to, co wcześniej zostało przemedytowane (zgodnie z zasadą contemplata aliis tradere). Być może właśnie w Czechach, gdzie klasyczne formy Kościoła i religii zostały tak mocno zniszczone, to nowe oblicze chrześcijaństwa ma większą szansę niż wszędzie tam, gdzie koniec starej formy religii nie jest dotychczas tak widoczny?

Z żadnym innym tytułem i podtytułem książki nie miałem tyle kłopotu co z tym. Tytuł czeskiego wydania wychodzi od „definicji miłości” przypisywanej świętemu Augustynowi: Kocham, to znaczy: chcę, abyś był. Myślę, że zdanie to można zdecydowanie przenieść na nasz stosunek do Boga. Do Boga nie dojdziemy przez wiarę bez miłości, wiarę w sensie samego przekonania o istnieniu Boga; Bożego bytu nie ogarniemy swoimi przekonaniami ani wyobrażeniami, ale obejmiemy go jedynie swoją miłością i tęsknotą. Bogu nie chodzi o nasze teoretyczne przekonanie, ale o przekonanie egzystencjalne; także ktoś, komu odpowiedź na pytanie, w jaki sposób Bóg jest i co to znaczy, że „Bóg jest”, rozpływa się w obłoku niewiedzy, może przeniknąć przez ów obłok strzałą głębokiej tęsknoty: owo pragnienie ludzkiego serca (które może być ukryte w autentycznym pragnieniu sensu, miłości, prawdy i sprawiedliwości) przenika do serca Bożego pewniej niż zgoda rozumu na zdefiniowane artykuły wiary. Wiara przeniknięta i ożywiana tęsknotą miłości oznacza „przytaknięcie” nie tylko stwierdzeniom o Bogu, ale i samemu Bogu. Jest odpowiedzią całego człowieka, całej ludzkiej egzystencji na Boże „tak” wobec nas – bo przecież także owo Boże „tak”, które nas powołało z morza niebytu do życia, jest płonącym słowem miłości.

Zastanawiając się nad tytułem tej książki, myślałem również o szerokiej społeczności zagranicznych czytelników. Moja książka Vzdáleným nablízku*, która w wielu przekładach, od angielskiego przez większość języków europejskich aż po turecki i chiński, obiegła kawał świata i stała się przedmiotem żywej dyskusji między teologami, filozofami, ale także ludźmi stojącymi daleko poza granicami chrześcijaństwa i kultury zachodniej od Australii przez Amerykę Północną po Afrykę Południową (w kilku dyskusjach miałem okazję uczestniczyć osobiście), we wszystkich tych przekładach nosiła tytuł Trpělivost s Bohem (Cierpliwość wobec Boga). Obecna książka, która do niej pod względem tematycznym i treściowym w wielu miejscach nawiązuje oraz stara się jej przemyślenia w sposób istotny pogłębić i rozwinąć, być może w wydaniach obcojęzycznych nosić będzie tytuł nawiązujący do wcześniejszego: Po „Cierpliwości wobec Boga” nastąpi „Taniec z Bogiem”. Tytuł ten stanowi aluzję do tajemniczego zdania, jakie pozostawił po sobie Nietzsche, a mianowicie że mógł-by uwierzyć „w boga, który by tańczyć potrafił”. Słowa te przypomniałem sobie przed ikoną wyobrażającą wewnętrzne życie Trójcy Świętej, wzajemne przenikanie się (perichoresis) Ojca, Syna i Ducha Świętego jako taniec Osób Boskich. A tej „niebiańskiej Trójcy” odpowiada „ziemska trójca” trzech cnót boskich, z których wedle słów apostoła Pawła największa jest miłość (por. 1 Kor 13, 13). Tak, wierzę i wyznaję, że za pośrednictwem wzajemnie przenikającej się miłości, wiary i nadziei człowiek może wejść w miłosny taniec w samym sercu Trójjedynego Boga.

Pisanie niniejszej książki – tym razem podczas dwóch letnich pobytów w pustelni nad Renem, gdzie w kontemplacyjnej ciszy i przy inspirującym szepcie lasu powstały wszystkie moje dotychczasowe książki tej samej serii wydawniczej – sprawiało mi głęboką, upajającą radość. Oby choć cząstki tej radości zaznał także czytelnik, którego uprzejmie zapraszam do tańca myśli, wewnętrznych obrazów i przeczuć, słów i medytacyjnego milczenia. Mogę prosić?

* Wydanie polskie: Cierpliwość wobec Boga. Spotkanie wiary z niewiarą, tłum. A. Babuchowski, Kraków 2009 (przyp. red.).

I. Skąd i dokąd miłości

Często pytałem się

Choć odpowiedzi nie znalazłem

Gdzie czułość i dobro swą przyczynę mają

Nadal tego nie wiem

I muszę już iść

– napisał Gottfried Benn. Powyższe wersy ujmują swoim autentyzmem i smutkiem. Przez pokorną szczerość poety prześwieca coś jeszcze głębszego i bardziej uniwersalnego – prawda o czasie, w którym żyjemy. Nieustanne dopływy do morza ludzkiej wiedzy przysłaniają i odsłaniają owo nie wiemy, tę otchłań bezradności w obliczu pytania o najodleglejsze skąd, które stawia opór wszelkiemu opisowi.

W pierwszej połowie XX wieku – w obliczu wszystkich potworności wojen i ludobójstwa – z nową natarczywością narastało odwieczne pytanie „skąd zło?”. Być może w naszej epoce przywykliśmy już do zła, przemocy i cynizmu na tyle, że ze zdumieniem stawiamy sobie inne pytanie: Skąd czułość i dobro? Skąd się jeszcze biorą w tym naszym okrutnym świecie? Czy czułość i dobro – podobnie jak zło i przemoc – nie wywodzą się poniekąd ze stosunków panujących w naszym świecie (czy zło i dobro nie zależą przede wszystkim od tego, jak urządzone jest społeczeństwo?) albo od jakichś niezbadanych zakamarków naszej podświadomości czy złożonych procesów w naszym mózgu? Istnieje mnóstwo rozpraw naukowych poświęconych procesom psychoneurobiologicznym, jakie towarzyszą naszemu przeżywaniu różnorakich emocji, oraz ośrodkom mózgowym aktywowanym w chwili odbierania lub okazywania dobra i czułości. Nie wątpię, że wszystko, co czujemy i myślimy, przechodzi najpierw przez niezliczone bramy naszego „naturalnego świata”, że uczestniczy w tym zarówno nasz organizm, jak i nasze środowisko, nasza kultura, w której się urodziliśmy, łącznie z językiem, w jakim myślimy. Przecież nasze ciało i nasza psychika, nasz mózg i wszystkie zachodzące w nim procesy są częścią „świata” czy „przyrody”, owego rozczłonkowanego korytarza, przez który przepływa rzeka życia. Ale gdzie jest to rzeczywiście najgłębsze źródło?

Czy wolno nam odrzucić najstarszą intuicję, że dobro i czułość, owo światło i ciepło istnienia, które już niemal boimy się nazwać wytartym słowem „miłość”, wchodzą w nasze życie – a tym samym w nasze myśli i działanie – nie tylko jako wyłączny produkt nas samych, lecz także jako dar, jako radykalnie nowa jakość, która nie bez powodu napełnia nas zawsze podziwem i wdzięcznością? Czy świat i wszystko, co do niego należy, łącznie z nami samymi, nie jest raczej odbiorcą miłości niż jej „producentem”? Czy także sam świat nie jest darem, czy i my sami nie jesteśmy sobie dani – i czy ten dar nie jest nieustannie odnawiany i ożywiany z owego „stąd”, skąd wypływa miłość? Jeśli jednak będziemy owego źródła szukać w jakichś „zaświatach”, na zewnątrz, to czy nie zaprzepaścimy okazji spotkania się z nim w miejscu, którego nie dostrzeżemy właśnie z powodu jego bliskości, wewnątrz?

Gdzie czułość i dobroć swoje źródło mają? Czy może ja to wiem? Muszę przyznać, że nie wiem; wszystkie odpowiedzi, jakie przychodzą mi na myśl, wydają mi się raczej grubą zasłoną zakrywającą otwarte okno powyższego pytania. Istnieją pytania tak dobre, że szkoda je kalać odpowiedziami. Istnieją pytania, które powinny pozostać otwartym oknem. I otwartość ta nie musi prowadzić do rezygnacji, ale do kontemplacji.

Czytelnik, który wie, że tę książkę pisze teolog, być może czeka już niecierpliwie, kiedy wreszcie oznajmię, że odpowiedzią na to najgłębsze pytanie jest oczywiście sam Bóg. We mnie jednak stopniowo dojrzało przekonanie, że Bóg przychodzi do nas raczej jako pytanie niż jako odpowiedź. Być może Ten, którego określamy słowem „Bóg”, jest dla nas obecny bardziej wtedy, kiedy wzdragamy się to słowo wypowiedzieć zbyt prędko. Być może jest Mu z nami lepiej w otwartej przestrzeni niż w zbyt zamkniętym wąwozie naszych odpowiedzi, ostatecznych twierdzeń, naszych definicji i wyobrażeń. Postępujmy maksymalnie wstrzemięźliwie i ostrożnie z Jego świętym Imieniem!

Być może owe historyczne chwile, kiedy w przestrzeni publicznej i akademickiej milczy się kurtuazyjnie lub neutralnie o Bogu, są także dla teologa cenną okazją, by naprawić błąd pobożnego gadulstwa poprzedniej epoki i powrócić do tego, co święty nauczyciel wiary Tomasz z Akwinu podkreślał na początku swoich badań filozoficzno-teologicznych: Bóg nie jest „ewidentny”, my sami z siebie nie wiemy, czym lub kim jest Bóg. Nie bójmy się zawrotu głowy od spojrzenia w głąb Nieznanego. Nie bójmy się pokornego wyznania „nie wiemy” – to przecież nie jest koniec, ale zawsze nowy początek niekończącej się drogi.

Przecież dla wiary (a także nadziei i miłości), dla wszystkich tych trzech form „cierpliwości wobec Boga”, wraz z Jego ukryciem1, słowo „nie wiem” nie oznacza nieprzekraczalnego muru.

Dla wielu ludzi z mojego otoczenia biblijne wypowiedzi na temat miłości („Bóg jest miłością”, „Kocham Boga z całego serca”, „Bóg kocha świat”, „Miłujcie swoich nieprzyjaciół”) brzmią jak zdania w nieznanym, niezrozumiałym czy dawno już zapomnianym języku. Ludzie ci często sami uważają się za „niewierzących” (albo w najlepszym razie za „wierzących inaczej” niż ci, którzy przyznają się do wiary chrześcijańskiej lub żydowskiej). W świecie Biblii, teologii i wiary chrześcijańskiej są obcy – oczywiste jest więc, że podobne zwroty religijne wydają się im muzyką z dalekich światów lub ruinami miast, w których dawno temu mieszkały pokolenia ich przodków.

A my? Nie uchylajmy się od pytania, jak i w jakim stopniu rozumiemy te zdania my, którzy mamy odwagę uważać się jeszcze w tym świecie za chrześcijan! Owe zdania są nam, wierzącym, tak bliskie dlatego, że słyszeliśmy je wielokrotnie – ale w jakiej mierze korespondują z naszymi doświadczeniami, z naszym życiem codziennym?

Przychodzi mi znowu na myśl opowieść o żydowskim młodzieńcu, który wbrew woli ojca, bogatego kupca, zgłosił się do rabinackiej szkoły. Kiedy w czasie wakacji wrócił do domu, ojciec zapytał go z ironią: „No to czegoś się tam, synku, nauczył w ciągu całego roku?”. „Nauczyłem się – odpowiedział chłopiec – że Pan, nasz Bóg, jest jedynym Bogiem”. Wzburzony ojciec chwycił za ramię jednego ze swych pomocników: „Izaaku, czy ty wiesz, że Pan jest jedynym Bogiem?”. „Oczywiście” – odpowiedział zgodnie z oczekiwaniami ów prostaczek. Syn jednak krzyknął poirytowany: „Ja wiem, że on o tym słyszał, ale czy się tego nauczył?”.

Niniejszą książką chcę zdać rachunek z tego, czego próbowałem się nauczyć, co wciąż staram się głębiej zrozumieć z owych kilku pozornie prostych i tak bardzo znanych zdań, które Biblia mówi na temat miłości. Z góry jednak przyznaję: ze stwierdzeniami o Bożej miłości, o miłości Boga i miłości nieprzyjaciół, które wcale nie są tak jednoznacznie „czytelne”, jak mogłoby się komuś wydawać – a także z ich „przekładem” na język naszego współczesnego doświadczenia – wcale się jeszcze nie uporałem! Również ta książka, podobnie jak wszystkie moje poprzednie, jest jedynie „kolejną relacją z podróży”, pragnie być raczej inspiracją i zachętą do drogi, do własnej odwagi w poszukiwaniu niż obietnicą zbioru niezawodnych map.

„Napisał już ksiądz książki o wierze i nadziei – kiedy napisze ksiądz książkę o miłości?” Pytający, młody mężczyzna w audytorium podczas jednego z moich spotkań z czytelnikami, musiał być zaskoczony tym, jak bardzo swoim pytaniem wprawił mnie w zakłopotanie. „Chyba jeszcze do tego nie dojrzałem” – odparłem mamrocząc, ale już w tym momencie wiedziałem, że jego pytanie jest dla mnie wyzwaniem, któremu nie będę mógł opierać się w nieskończoność.

Kiedy na ciekawskie pytanie moich przyjaciół, jaki temat przygotowuję do swojej przyszłej książki, odpowiedziałem, że będę pisać o miłości, nie zaskoczyło mnie ich zakłopotanie i zdziwienie.

Będąc przed wielu laty przypadkowo obecny na ceremonii ślubnej w budapeszteńskiej katedrze, spytałem swojego przewodnika, który w odróżnieniu ode mnie rozumiał po węgiersku, czy słowo użyte przez kapłana w jego krótkiej przemowie chyba ze trzydzieści razy oznacza miłość; kiedy mi to potwierdził, przyrzekłem sobie, że jeśli kiedyś zostanę księdzem, będę tego słowa używać jak szafranu. W księgarniach z literaturą religijną instynktownie unikałem książek, które miały w tytule słowo „miłość”: bałem się, że już od pierwszych rozdziałów owioną mnie tanie słodkie perfumy pobożnego kiczu, który zawsze przyprawia mnie o mdłości. „Świecka literatura” jest wręcz przesycona tematem miłości – od poezji erotycznej po podręczniki poradnictwa psychologicznego z dziedziny stosunków międzyludzkich. Co do tego wszystkiego może dziś dodać teologia filozoficzna czy hermeneutyka wiary?

„O miłości tedy mówię, że ją trzeba poświadczać bardziej czynami niż słowami” – napisał mój najukochańszy święty, Ignacy Loyola. Jednak refleksja, jeśli jest szczera, jest również czynem i może być inspiracją do czynów, które nie będą powierzchowne. Jaki kierunek nadać dziś wysiłkowi myślowemu, jeśli chcemy głębiej zrozumieć relację między miłością a religią, miłością a wiarą chrześcijańską?

Zapewne niektórzy przedstawiciele filozofii analitycznej zdanie „Bóg jest miłością” natychmiast wygwizdaliby z boiska swojej gry językowej – stwierdzenia tego nie da się potwierdzić ani obalić. Słowo „miłość” – podobnie jak słowo „Bóg” – jest wyrażeniem typowo polisemantycznym; trudno byłoby znaleźć w języku dwa inne słowa, pod które różni ludzie podkładają tak różne rzeczy.

Chciałbym w tej książce pokusić się o wzbogacenie refleksji na temat miłości, skupiając się na dwóch typowo chrześcijańskich aspektach, których laickiemu pojęciu miłości brakuje i o których liczne nabożne podręczniki zbyt często wypisują tylko płaskie banały. Są to: miłość do Boga i miłość do nieprzyjaciół. Jestem przekonany, że właśnie ten podwójny aspekt – głęboko się wiążący ze stosunkiem człowieka do siebie samego i do świata – ma zwłaszcza w naszych czasach znacznie większe znaczenie, niż się to na pierwszy rzut oka wydaje.

Miłość oznacza wyjście poza siebie. A ku czemu człowiek może bardziej radykalnie wyjść ze swojego – zwłaszcza dziś tak silnego – egocentryzmu, jeśli nie ku „absolutnej tajemnicy” (czyli ku Bogu) oraz ku niepokojącej i groźnej obcości świata, który pokazuje mu swoją nieprzyjazną twarz (czyli ku nieprzyjacielowi)?

W swoich wcześniejszych rozważaniach doszedłem do przekonania, że wiara (w pierwotnym biblijnym tego słowa znaczeniu) nie jest wyznawaniem określonych poglądów i „pewników”, lecz odwagą wejścia w przestrzeń tajemnicy: Abraham „usłuchał wezwania, by wyruszyć do ziemi, którą miał objąć w posiadanie. Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie”2. Mam wrażenie, że z miłością (także z miłością do Boga i miłością do nieprzyjaciela) jest tak samo; jest to przedsięwzięcie ryzykowne, o którym nigdy z góry nie wiemy, jak wypadnie, jest to droga i nigdy z góry nie możemy być pewni, dokąd nas zaprowadzi.

Jeśli mówię tak o „miłości do nieprzyjaciela” (owym absurdalnie brzmiącym nakazie Jezusa), jest to z pewnością zrozumiałe. To samo jednak dotyczy naszej „miłości do Boga”. Czy nie okaże się wcześniej lub później, że była to tylko iluzoryczna projekcja naszych marzeń i życzeń na rzeczywistość nadprzyrodzoną?

Zwrot „miłość do Boga” brzmi dla wielu ludzi wokół nas niemal tak absurdalnie jak „miłość do nieprzyjaciela”. I po trzydziestu pięciu latach posługi duszpasterskiej ośmielam się twierdzić, że zdanie: „Będziesz więc miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił” (Pwt 6, 5), wprawia niejednego wierzącego w zakłopotanie: Czego właściwie się tu od nas konkretnie oczekuje?

Moje książki nie są adresowane do tych, którzy są całkowicie pewni, że w dostatecznym stopniu i w pełni rozumieją, co oznacza przykazanie miłości do Boga; ci za tę pewność otrzymali już swoją nagrodę. Mówię do tych, którzy sensu tych słów szukają, niezależnie od tego, czy uważają się za wierzących (takiego lub innego wyznania – ponieważ we wszystkich wspólnotach kościelnych bądź religijnych na pewno znajdą się pojmujący wiarę nie jako „posiadanie”, lecz jako metodę, drogę, która stale trwa) czy za prawie wierzących, czy „ekswierzących” (którym nurt życia z tych lub innych powodów odebrał wcześniejszą pewność religijną), czy wreszcie za wątpiących, agnostyków lub niewierzących (ponieważ w różnorodnym świecie „niewierzących” znajdą się też zawsze tacy, którzy swojej niewiary nie uważają za wygodne łoże na końcu życia, lecz także są „ludźmi w drodze”). Mówię do człowieka, którego codziennie spotykam wszędzie wokół siebie (a czasem i w sobie), do człowieka, który jest „simul fidelis et infidelis”, równocześnie wierzący i niewierzący. To znaczy: nie jest wcale „religijnie niemuzykalny”, ale zna na swej drodze wiary również chwile Bożego milczenia i wewnętrznej pustki; czasem tę drogę gubi, a potem znowu ją odnajduje; nosi w sobie pytania bez odpowiedzi i zna także chwile buntu. Mówię do człowieka, który musi ciągle wołać jak ów człowiek z Ewangelii: Wierzę, Panie Boże, pomóż mojej niewierze!3.

Teolog jest „zawodowym sceptykiem”; również wtedy gdy swoją własną szczerą i gorącą wiarą jest w pełni zakotwiczony w Bogu, bo przecież jego obowiązkiem jest przyłączenie się do tłumu poszukujących, tak aby ciągle na nowo wkładać w ich pytania własny sposób przeżywania, rozumienia i wyrażania wiary. Wiara, która w ten właśnie sposób jest stale niepokojona wątpliwościami, a musi zmagać się z niewiarą także wewnątrz samej siebie, nie jest żadną „wiarą połowiczną”.

W swoich książkach zajmuję się dialogiem wiary z niewiarą, dialogiem, o którym twierdzę, że nie jest sporem dwóch „walczących obozów”, lecz rozgrywa się w sercu wielu, bardzo wielu ludzi. Staram się przy tym ukazać wiarę (pewnego typu) i niewiarę (pewnego typu) jako dwie różne interpretacje, dwa spojrzenia z różnej perspektywy na tę samą górę, zakrytą obłokiem tajemnicy i milczenia. Wielokrotnie interpretowałem niewiarę naszej epoki jako „kolektywną ciemną noc ducha”, jako wielkopiątkowy moment „zaćmienia Boga”, który niewierzący mogą postrzegać jako „śmierć Boga”, a wierzący jako konieczne przejście do wielkanocnego poranka.

W niniejszej książce robię kolejny krok na tej drodze. Pokazuję, że „znikanie Boga” nie musi być jedynie „nocą ciemną”. Przykazanie miłości może prowadzić ku doświadczeniu mistycznemu, w którym równocześnie „znika Bóg” i „znika ludzkie ja”. Miłość bowiem przekracza granice między „podmiotem a przedmiotem” – a owo umieszczenie Boga w świecie, ściśle podzielonym na sferę „subiektywną” i „obiektywną”, zaowocowało fatalną zamianą Boga Biblii na banalnego bożka nowożytności, który w pełni zasługuje na odrzucenie4! Bóg „tylko obiektywny” lub „tylko subiektywny”, wobec świata i człowieka wyłącznie zewnętrzny lub wyłącznie wewnętrzny, naprawdę nie jest godzien ani wiary, ani miłości.

Połączenie przykazania miłości do Boga z przykazaniem miłości do nieprzyjaciół – ów rdzeń Ewangelii Jezusa – pozwala Boga, który „zniknął”, odkryć na nowo, ale w relacji do bliźniego. Jezus nie godzi się, by z kategorii „bliźnich” z góry wykluczać kogokolwiek, nawet nieprzyjaciela. Pytanie, kto jest (jeszcze) naszym bliźnim, odwraca: Ty uczyń się bliźnim każdego. Podobnie jak połączenie przykazania miłości do Boga z przykazaniem miłości do człowieka przezwycięża pokusę uczynienia sobie z Boga przedmiotu, abstrakcyjnego idola, tak samo przykazanie miłości do nieprzyjaciela przezwycięża pokusę uczynienia sobie abstrakcyjnego idola z człowieka; na pytanie, kim jest Bóg i kto jest naszym bliźnim, nie możemy mieć już z góry gotowej odpowiedzi, tej odpowiedzi musimy stale szukać i sprawdzać, w jaki sposób w procesie szukania horyzont możliwych odpowiedzi stale się poszerza. Ten, kto burzy granicę między Bogiem a człowiekiem, burzy także wszelkie granice między ludźmi, nie zgadza się, by jakikolwiek podział między ludźmi na „my i oni” uważać za niezmienny.

Jestem przekonany, że „drugim słowem” po śmierci Boga, owym powrotem, który wedle Ewangelii rozpoczął się pewnego wielkanocnego poranka i dokona się na końcu wieków, jest odkrycie miłości. Miłości w jej radykalnym sensie, jaki słowu temu nadała Ewangelia: miłość jest pojmowana tutaj jako bezwarunkowa i wszechogarniająca siła zjednoczenia z Bogiem i wszystkimi ludźmi, z nieprzyjaciółmi włącznie. Jezus mówi o miłości, która wypełnia odwieczne ludzkie pragnienie doskonałości, czyli bycia jak Bóg: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5, 48). „On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5, 45). Jest to jednak zupełnie inne pojmowanie miłości niż romantyczne wyobrażenie miłości jako emocji, która na gruncie chrześcijańskim sprowadziła to słowo na mielizny sentymentalizmu. Miłość, tak jak ją rozumie Ewangelia, ma niewiele wspólnego z romantycznym wirowaniem uczuć; chodzi o to, by mieć odwagę umrzeć dla swego egoizmu, zapomnieć o sobie na rzecz drugiego człowieka, przekroczyć samego siebie.

Powtórzmy raz jeszcze: Miłość jest ze swej istoty transcendencją, przekroczeniem granic, w których naszą egzystencję zamyka „ten świat”, świat rzeczy. (Mówiąc za Martinem Buberem5 – jest to wyjście ze świata słowa „ono” do świata słowa „Ty”). Dlatego miłość jest ze swej istoty tematem religijnym, teologicznym i teologia filozoficzna nie może tego tematu zostawiać na pastwę literatury, psychologii i nauk przyrodniczych, choć nie powinna zamykać się także na to, czym temat miłości może wzbogacić spojrzenie z innych perspektyw. W końcu: O czym innym miałaby traktować teologia chrześcijańska, jeśli nie o miłości, o miłości w owym radykalizmie i głębi, do której dotrzeć może jedynie spojrzenie wiary! Teologia ma obowiązek zastanawiania się nad wiarą, nawet jeśli wie, że w końcu wszystkie jej wypowiedzi muszą zamilknąć w kontemplacyjnej ciszy na progu Tajemnicy.

Książka niniejsza ma jednak jeszcze „drugi plan”. Podobnie jak w poprzednich pracach również tutaj staram się połączyć tematykę religijną, teologiczno-filozoficzną, z próbą diagnozy naszych czasów. Teilhard de Chardin napisał w swojej analizie dziejów – w obliczu systemów totalitarnych XX wieku – że „miłość jest jedyną siłą, która jednoczy, nie niszcząc”6.

Przyglądając się Zachodowi w naszej epoce – a zwłaszcza Europie, która jednoczy się politycznie, ekonomicznie i administracyjnie, ale rozpaczliwie zatraca wiarygodną i nośną jednoczącą więź duchową – próbuję coraz głębiej przemyśleć i rozwinąć swoją idée fixe, że przyszłość Europy zależy od znalezienia dynamicznej kompatybilności między dwiema tradycjami europejskimi: chrześcijańską i laickohumanistyczną. W swojej książce wspominam ponadto o stykaniu się i zmaganiu ze sobą trzech nurtów w dzisiejszej Europie: chrześcijaństwa, „laickiego humanizmu” i „neopogaństwa”. A ponieważ od Teilharda nauczyłem się nie obawiać wizji, która wielu może wydawać się utopijna (gdyż każda wizja jest w swej istocie utopią, co wcale nie ujmuje jej siły i znaczenia), ośmielam się pytać: Czy dla sporu między różnymi koncepcjami Zachodu nie okaże się ostatecznie decydujące to, który projekt będzie w stanie zaoferować w naszym świecie większą przestrzeń dla „dobra i czułości”?

Karol Marks w swoim „hymnie nienawiści do religii”, owym interesującym kwiecistym tekście, z którego ludzie znają przeważnie metaforę o religii jako opium ludu (i to najczęściej w uproszczonej i zmienionej znaczeniowo przez Lenina wersji „opium dla ludu”), nazywa religię sercem świata bez serca, uczuciem nieczułego świata7. Marks tego stwierdzenia zdecydowanie nie używa jako komplementu. Jednak wypowiedzi żyją własnym życiem: Czy nie moglibyśmy tej właśnie wypowiedzi zinterpretować nieco inaczej i wprząc jej w służbę naszych poszukiwań „skąd przychodzi czułość i dobro”? Czy religia nie odgrywa dobrej i ważnej roli już przez to, że w nieczułym świecie przechowuje źródło tego, co z jego nieczułością kontrastuje, albo przynajmniej podtrzymuje pytanie o to źródło i pragnienie go?

Oczywiście jeszcze ważniejsza od odpowiedzi na pytanie o przyczynę dobra i czułości jest odpowiedź na to, co czynić i czego nie czynić, aby to zagrożone światło nie zgasło, aby ta żywa woda nie wyschła. I jeśli nawet nie uzyskamy zadowalającej odpowiedzi, to przynajmniej umocnijmy się w postanowieniu wytrwania w tych właśnie pytaniach.

1 O tym aspekcie „cnót boskich” piszę w książce Cierpliwość wobec Boga (Kraków 2009).

2 Hbr 11, 8.

3 Por. Mk 9, 24.

4 Więcej na ten temat w rozdziałach IV i V.

5 Por. M. Buber, Ja i Ty. Wybór pism filozoficznych, tłum. J. Doktór, Warszawa 1992.

6 Więcej na ten temat w rozdziale XII.

7 Por. K. Marks, Przyczynek do krytyki heglowskiej filozofii prawa. Wstęp, tłum. L. Kołakowski, Warszawa 1949.

II. Czekanie na drugie słowo

Dostępne w wersji pełnej.

III. Pierwszeństwo miłości przed wiarą?

Dostępne w wersji pełnej.

IV. Boże oddalenie

Dostępne w wersji pełnej.

V. Chcę, abyś był

Dostępne w wersji pełnej.

VI. Boża bliskość

Dostępne w wersji pełnej.

VII. Otwarte drzwi

Dostępne w wersji pełnej.

VIII. Zdradliwe jeziorko narcyza

Dostępne w wersji pełnej.

IX. Czy tolerancja jest naszym ostatnim słowem?

Dostępne w wersji pełnej.

X. Miłość nieprzyjaciół

Dostępne w wersji pełnej.

XI. I bez piekła, i bez nieba

Dostępne w wersji pełnej.

XII. Kochać świat?

Dostępne w wersji pełnej.

XIII. Mocniejsza od śmierci

Dostępne w wersji pełnej.

XIV. Taniec miłości

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Chci, abys byl

Copyright © by Tomáš Halík

Projekt okładki

Michał Pawłowski

Ilustracja na okładce

Andriej Rublow, Trójca Święta

© Corbis

Korekta

Urszula Horecka

Jadwiga Grell

Copyright © for the translation by Andrzej Babuchowski

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o. o., 2014

ISBN 978-83-240-3186-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2014

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Chcę, abyś był Hurra, nie jestem Bogiem! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu