Dziewczę z sadu. Seria romantyczna

Dziewczę z sadu. Seria romantyczna

Autorzy: Lucy Montgomery

Wydawnictwo: Egmont

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 24.99 zł

cena od: 10.75 zł

Eric Marshall, świeżo upieczony absolwent college’u przyjeżdża na Wyspę Księcia Edwarda, by w zastępstwie chorego przyjaciela poprowadzić szkółkę w Charlottetown. Poznaje tam piękną i tajemniczą Kilmeny – niemą dziewczynę obdarzoną słuchem absolutnym, która komunikuje się ze światem poprzez grę na skrzypcach. Eric się w niej zakochuje. Musi jednak zawalczyć o swoją miłość. Czy uda mu się zdobyć serce Kilmeny?

Dziewczę z sadu to opowiedziana z punktu widzenia młodego mężczyzny historia prawdziwej i głębokiej miłości, która okazuje się mieć uzdrawiającą moc.

Tytuł oryginału: Kilmeny of the Orchard

© Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

Warszawa 2014

Tłumaczenie: Magdalena Koziej

Redakcja: Anna Kubalska

Korekta: Magdalena Adamska, Jolanta Gomółka, Joanna Egert

Projekt graficzny serii i okładki: Agnieszka Kucharz-Gulis

Zdjęcia na okładce: © Irene Lamprakou / Arcangel Images

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: 88em

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0175-3

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Mojej kuzynce,

Beatrice A. McIntyre

Kilmeny piękna, dzieweczko miła,

Gdzieżeś ty była, kędyś chodziła?

Czy się schroniłaś w zielonym gaju?

Może chłodziłaś stopy w ruczaju?

Róż białych trzymasz naręcze całe

Kilmeny piękna, gdzieś je zerwała?

[…]

Nie wie, co odrzec, i słowa waży.

Nie ma uśmiechu na pięknej twarzy.

The Queen’s Wake

JAMES HOGG

5

ZACHWYCAJĄCA ZJAWA

Sad był rozległy, długi, otoczony walącym się starym płotem z desek wysrebrzonych w słońcu wielu utraconych letnich miesięcy. W regularnych odstępach rosły wzdłuż płotu wysokie jodły, a wieczorny wiatr, wonny niczym wschodnie balsamy, śpiewał w ich wierzchołkach odwieczną pieśń, która potrafi przenieść duszę do zarania dziejów.

Po wschodniej stronie rósł gęsty jodłowy las. Zaczynał się od drobnych drzewinek o pierzastych gałązkach wychylających się z trawy, a potem stopniowo wznosił się aż do wysokiego, równego starodrzewu, który tworzył spadzistą ścianę zieleni tak pięknie zwartej, że wydawało się, jakby jej aksamitna powierzchnia została przystrzyżona przez artystę.

Większa część sadu była porośnięta bujną trawą, ale na krańcu, gdzie stał Eric, znajdował się kwadratowy placyk bez drzew, gdzie widocznie kiedyś znajdował się przydomowy ogródek. Nadal można było dostrzec stare ścieżki obramowane kamieniami. Rosły tu też dwa krzewy bzu, jeden miał kwiaty ciemnofioletowe, a drugi białe. Pomiędzy nimi znajdowała się rabata „czerwcowych gwiazdek”. Ich słodka woń roznosiła się w wilgotnym powietrzu z każdym powiewem wiatru. Wzdłuż płotu rosły krzewy róż, ale jeszcze nie rozkwitły.

Dalej ciągnął się właściwy sad, czyli rozdzielone zielonymi alejkami trzy długie rzędy drzew, a każde z nich było obsypane cudownym różowym i białym kwieciem.

Jeszcze żadne miejsce nigdy tak Erica nie oczarowało. Nie miał romantycznych skłonności, lecz ten zakątek subtelnie przyciągnął go ku sobie, zawładnął nim. Przez dziurę w płocie młodzieniec wszedł do sadu, bezwiednie idąc na spotkanie tego, co życie miało dla niego w zanadrzu.

Przeszedł przez całą długość sadu środkową alejką pomiędzy długimi, powykręcanymi gałęziami upstrzonymi delikatnymi różowymi kwiatami. Kiedy doszedł do jego południowego krańca, wyciągnął się na trawie pod płotem, przy którym rósł kolejny krzak bzu, a pod nim paprocie i leśne fiołki. Z tego miejsca Eric dojrzał skrawek domu stojącego w odległości około ćwierci mili, a jego szary dwuspadowy dach wychylał się z ciemnego świerkowego lasu. Domostwo zdawało się posępne i opuszczone, Eric nie wiedział, kto tam mieszka.

Miał rozległy widok na zachód, gdzie w oddali ujrzał przymglone pola poprzecinane niebieskawymi miedzami. Właśnie zaszło słońce i zielone łąki, które ciągnęły się dalej, pławiły się w złotym świetle. Za długą doliną wypełnioną po brzegi cieniami wznosiły się wyżyny zachodzącego słońca i rozpościerały się szafranowe i różowe niebiańskie jeziora, w których mogła zatopić się dusza. Powietrze ochrzczone rosą było aromatyczne, przenikała je woń mięty zdeptanej przez Erica po drodze. Z okolicznych lasów dobiegały urywane, wyraźne i słodkie pogwizdywania drozdów.

„Tu naprawdę czuć odwieczny spokój – pomyślał Eric, rozglądając się z zachwytem. – Mógłbym tu zasnąć, śnić i mieć różne wizje. Co za niebo! Czy może być coś cudowniejszego niż ten czysty, kryształowy błękit na wschodzie i delikatne, białe obłoczki, które wyglądają jak utkane z koronki? Jak oszałamiająco pachną bzy! Ciekawe, czy można zamroczyć się tym zapachem. No i te jabłonie… ale co to?”.

Eric zastygł w bezruchu i zaczął nasłuchiwać. W łagodnej ciszy, zmąconej tylko przez piskliwe nawoływania drozdów i szum wiatru wśród drzew, nadpłynęły dźwięki rozkosznej muzyki, tak pięknej i niesamowitej, że Eric wstrzymał oddech ze zdumienia i zachwytu. Czyżby śnił? Nie, to była prawdziwa muzyka skrzypiec; dźwięki wydobywane z instrumentu ręką natchnioną duchem harmonii. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszał i był niemal pewien, że nikt inny również tego nie doświadczył. Odnosił wrażenie, że ta cudowna melodia przybywa prosto z duszy niewidzialnego skrzypka i po raz pierwszy przekłada się na wyrafinowane tony. Była to jakby dusza muzyki, oczyszczona z tego, co zmysłowe i przyziemne.

Nieuchwytna, przejmująca melodia dziwnie pasowała do tego czasu i miejsca. Słychać w niej było westchnienie leśnego wiatru, niesamowity szept traw, na które opada rosa, białe myśli „czerwcowych gwiazdek”, wesołość kwiatów jabłoni, echa dawnych śmiechów, pieśni i szlochów rozlegających się niegdyś w tym sadzie, a poza tym był tam tęskny płacz, jakby coś chciało wyrwać się na wolność i wypowiedzieć.

Z początku Eric słuchał, jakby ktoś rzucił na niego czar, w milczeniu i bezruchu, zatracił się w zachwycie. Potem opanowała go całkiem naturalna ciekawość. Kto w Lindsay mógł tak grać na skrzypcach? I któż grał akurat tutaj, w tym opuszczonym starym sadzie?

Podniósł się i ruszył długą, białą aleją, idąc jak najwolniej i najciszej, by nie przeszkodzić w grze. Kiedy wyszedł na otwartą przestrzeń dawnego ogródka, przystanął w zachwycie i zdziwieniu i znów przyszło mu na myśl, że chyba śni.

Pod wielkim, rozłożystym krzakiem białego bzu stała stara drewniana ławka. Siedziała na niej dziewczyna grająca na skrzypcach. Wpatrzona w odległy horyzont nie zauważyła nadejścia Erica. Przez kilka chwil stał nieruchomo i tylko się przyglądał. Obraz, który miał przed oczami, już na zawsze dokładnie wrył mu się w pamięć. Do ostatnich chwil życia Eric Marshall będzie umiał przypomnieć sobie wyraźnie tę scenę – aksamitny mrok świerkowego lasu, łagodny blask kopuły nieba, rozkołysane lekko kwiaty bzu, a pośród tego wszystkiego dziewczynę na ławce, ze skrzypcami pod brodą.

W swoim dwudziestoczteroletnim życiu spotkał setki miłych dla oka kobiet, wiele ładnych i kilka o wielkiej urodzie. Ale teraz zdał sobie sprawę, że nigdy nie widział ani nie wyobrażał sobie kogoś tak wyjątkowego jak ta dziewczyna z sadu. Miała tyle niezwykłego uroku, że Ericowi niemal dech zaparło.

Twarz dziewczyny była owalna, a jej rysy, jakby wzięte wprost z kamei, wyrażały czystość, jaką mają oblicza aniołów i Madonn ze starych obrazów, nieskalane tym, co ziemskie. Gęste, kruczoczarne, rozdzielone przedziałkiem włosy opadały w dwóch ciężkich lśniących warkoczach na ramiona. Eric jeszcze nigdy nie widział tak błękitnych oczu. Miały odcień spokojnego morza i łagodnego światła, które pojawia się po pięknym zachodzie słońca. Błyszczały niczym gwiazdy lśniące nad portem Lindsay w zorzy wieczornej i były okolone bardzo długimi, czarnymi jak sadza rzęsami oraz obramowane delikatnymi ciemnymi brwiami. Cera dziewczyny była aksamitna, w odcieniu płatków białej róży. Sukienka bez kołnierzyka z bladoniebieskiego perkalu odsłaniała gładką, smukłą szyję. Rękawy skrzypaczki, podwinięte nad łokcie, ukazywały rękę, która prowadziła smyczek. Dłoń miała chyba najwięcej uroku – doskonała w kształcie, silna i biała, o wąskich palcach i różowych paznokciach. Długi opadający pióropusz kwiatu bzu lekko muskał włosy dziewczyny i rzucał drżący cień na jej podobną do kwiatu twarz.

Dziewczyna miała w sobie coś dziecinnego, ale przeżyła co najmniej osiemnaście wiosen. Wydawało się, że gra na wpół świadomie, jakby jej myśli bujały w jakiejś odległej krainie marzeń. Nagle odwróciła głowę od horyzontu, za którym skryło się słońce, i spojrzenie jej ślicznych oczu spoczęło na Ericu stojącym nieruchomo w cieniu jabłoni.

Nagła zmiana w jej zachowaniu była porażająca. Skrzypaczka skoczyła na równe nogi, przerywając grę, a smyczek wysunął się jej z ręki i upadł w trawę. Bardzo pobladła i zadrżała jak poruszane wiatrem czerwcowe gwiazdki.

– Bardzo przepraszam – powiedział pospiesznie Eric. – Przykro mi, że panią przestraszyłem. Grała pani tak zachwycająco, że nie pomyślałem, by uprzedzić o swojej obecności. Proszę o wybaczenie.

Przerwał skonsternowany, bo nagle uzmysłowił sobie, że na twarzy dziewczyny maluje się przerażenie. Nie tylko przestrach zaskoczonej, nieśmiałej osoby, która sądziła, że jest sama, lecz absolutne przerażenie. Zdradzały je pobladłe i drżące usta, a także szeroko rozwarte niebieskie oczy, które patrzyły na niego jak ślepia dzikiego zwierzątka pochwyconego we wnyki.

Zabolało go, że jakaś kobieta może tak na niego patrzeć, bo żywił dla kobiet wielką cześć i szacunek.

– Proszę się nie bać – powiedział łagodnie jak do dziecka, myśląc tylko o tym, żeby ją uspokoić. – Nie zrobię pani krzywdy. Jest pani zupełnie bezpieczna.

Pragnąc upewnić ją, że nie ma się czego bać, bezwiednie zrobił krok do przodu. Dziewczyna natychmiast się odwróciła i ruszyła biegiem przez sad, przeskoczyła przez dziurę w płocie i pognała dróżką na skraju jodłowego lasu, nad którą gałęzie czereśni, mgliście białe w gęstniejącym mroku, tworzyły łuk. Zanim Eric zdołał oprzytomnieć, zniknęła mu z oczu pomiędzy jodłami.

Schylił się i podniósł smyczek, czując się trochę głupio i bardzo nieprzyjemnie.

– Tajemnicza sprawa – mruknął z pewnym zniecierpliwieniem. – Czy to jakieś czary?

SPIS ROZDZIAŁÓW

1. MŁODZIEŃCZE PLANY

2. LIST OD LOSU

3. NAUCZYCIEL Z LINDSAY

4. POGAWĘDKA PRZY PODWIECZORKU

5. ZACHWYCAJĄCA ZJAWA

6. DZIEJE KILMENY

7. CZAR KOBIECOŚCI

8. U BRAM RAJU

9. PROSTOTA EWY

10. ZMĄCONA WODA

11. ZAKOCHANY I JEGO WYBRANKA

12. W MIŁOSNYCH PĘTACH

13. PIĘKNOŚĆ

14. SZLACHETNE WYRZECZENIE

15. PIĘTNO GRZECHU

16. DIAGNOZA DAVIDA BAKERA

17. ZERWANIE PĘT

18. DECYZJA NEILA GORDONA

19. ZWYCIĘSTWO

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ania z Zielonego Wzgórza Dziewczę z sadu. Seria romantyczna Błękitny zamek Ania z Zielonego Wzgórza Ania z Wyspy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę