Złoto głupców. Zakon ciemności

Złoto głupców. Zakon ciemności

Autorzy: Philippa Gregory

Wydawnictwo: Egmont

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 344

cena od: 18.00 zł

W trzecim tomie bestsellerowej serii o tajemniczym Zakonie Ciemności młodzi podróżnicy Luca, Freize, Izolda i Iszrak przybywają do Wenecji w czasie karnawału. Podczas gdy mieszkańców miasta ogarnia szaleństwo zabawy, bohaterowie mają zbadać sprawę fałszerstwa złotych monet. W trakcie dochodzenia poznają dwoje alchemików, którzy najprawdopodobniej są w posiadaniu kamienia filozoficznego. Z biegiem czasu na jaw zaczynają wychodzić kolejne niewiarygodne, a czasem przerażające sekrety.

Tytuł oryginału: Fools’ Gold

Text copyright © 2014 by Philippa Gregory

Published by arrangement with Simon & Schuster UK Ltd

1st Floor, 222 Gray’s Inn Road, London, WC1X 8HB

A CBS Company

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system without permission in writing from the Publisher.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2014

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Katarzyna Sarna, Anna Kubalska, Jolanta Gomółka

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcia na okładce: © David et Myrtille/arcangel-images.com; © Corbis

Zdjęcie autorki na tylnym skrzydełku okładki: © Johnny Ring, 2011

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Przygotowanie pliku e-booka: 88em

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2014

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0165-4

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

RAWENNA,

WIOSNA 1454

Piątka jeźdźców zatrzymała się przed potężną zamkniętą bramą Rawenny. Płatki śniegu wirowały wokół nich, gdy skuleni czekali, aż służący Freize załomocze pałką w drewniane skrzydło i krzyknie:

– Otwierać!

– Pamiętaj, co masz powiedzieć – napomniał go Luca.

Rozległ się zgrzyt wolno odciąganej zasuwy.

– Aczkolwiek z natury jestem prawdomówny, potrafię czasami skłamać, gdy wymaga tego sytuacja – odparł Freize z dumą.

Brat Piotr pokręcił głową z ubolewaniem, że przyszło mu polegać na pomocy łgarza.

Brama tkwiła w wielkim murze otaczającym stare miasto. Umocnienia dopiero co odbudowano; miasto niedawno zostało zajęte przez zwycięskich wenecjan, którzy w całej okolicy zaprowadzili swoją wyjątkową formę rządów – republikę – zasilaną złotem pozyskiwanym dzięki handlowi. Drewniane podwoje rozchyliły się powoli i strażnik w jaskrawych barwach zwycięzców zaprezentował broń, czekając, aż podróżni poproszą o pozwolenie na wjazd.

Freize, ze źle skrywanym zadowoleniem, wyrecytował przygotowane kłamstwa.

– Oto mój pan – powiedział, wskazując Lucę. – Młody i bogaty arystokrata z zachodnich Włoch. A to jego brat, ksiądz. – Wskazał brata Piotra, który rzeczywiście był duchownym, ale służył Luce jako skryba. Obaj poznali się na początku wyprawy. – Jego siostrą jest ta nadobna młoda dama. – Skłonił się pięknej dziewczynie, pani Izoldzie z Lucretili, w żaden sposób niespokrewnionej z przystojnym młodzieńcem, a podróżującej z nim dla własnego bezpieczeństwa. – A to smagłe dziewczę to jej towarzyszka podróży. – Tu Freize najmniej oddalił się od prawdy, bo Iszrak była od dzieciństwa przyjaciółką Izoldy i nie odstępowała jej na krok, a teraz obie znajdowały się na wygnaniu i szukały sposobu, by wrócić do domu. – Natomiast ja jestem…

– Służącym? – wpadł mu w słowo strażnik.

– Totumfackim – oznajmił dobitnie Freize, wymawiając to słowo starannie i z dumą. – Jestem ich totumfackim.

– Dokąd się udajecie? – spytał mężczyzna, wyciągając rękę po ich listy uwierzytelniające.

Freize bez mrugnięcia okiem wyjął dokument z pieczęcią zwierzchnika tajnego papieskiego zakonu, potwierdzający bajeczkę o bogatej rodzinie w podróży.

– Do Wenecji – wyjaśnił. – A potem do domu, jeśli Bóg pozwoli – dodał nabożnie.

– Cel podróży?

– Handel. Mój młody pan interesuje się transportem towarów i złotem.

Strażnik uniósł brwi i głośno wydał rozkaz swoim ludziom za murami. Wielka brama otworzyła się szerzej, a strażnik odstąpił z szacunkiem na bok, kłaniając się nisko podróżnym, którzy dostojnie wjechali do miasta.

– Dlaczego rozpowiadamy te kłamstwa już tutaj? – spytała bardzo cicho Iszrak jadąca z tyłu, jak na służącą przystało. – Dlaczego nie dopiero w Wenecji?

– Wtedy byłoby za późno – odszepnął Freize. – Jeśli Luca ma uchodzić za młodego kupca, ktoś mógłby zagadnąć go o podróż. Ktoś może nas zobaczyć w tutejszej karczmie. Będziemy powtarzać, że przyjechaliśmy z Rawenny. Jeśli ktokolwiek zada sobie trud, by rozpytać o nas, tutaj powiedzą mu, iż rzeczywiście jesteśmy bogatą rodziną. Mam nadzieję, że nikt nie okaże się na tyle skrupulatny, by prześledzić całą naszą drogę z Pescary.

– Jeśli jednak to zrobią, to dowiedzą się nie tylko o Pescarze, ale też o wiosce Piccolo i o tym, że Luca jest inkwizytorem pracującym z rozkazu samego papieża, ty jesteś jego przyjacielem, a brat Piotr skrybą, natomiast Izoldy nie łączą z wami żadne więzy krwi i jesteśmy obcymi wam kobietami zmierzającymi do krewnego Izoldy.

Freize zmarszczył brwi.

– Gdybyśmy wiedzieli, że zwierzchnik Luki zechce, byśmy podróżowali w przebraniu, wyruszylibyśmy w nowych strojach, rozrzucając pieniądze na prawo i lewo. Ale ponieważ raczył nas powiadomić o tym dopiero w Piccolo, musieliśmy zaryzykować. Kupię nam tu jakieś eleganckie, drogie peleryny i kapelusze, a resztę garderoby trzeba będzie nabyć w Wenecji.

Strażnik wskazał im drogę do najlepszej gospody w mieście. Znaleźli ją bez trudu – duży budynek pod murami wielkiego zamku, na niewysokim wzgórzu nad placem targowym. Freize zeskoczył z konia i otworzył drzwi, wzywając głośno służących, by pomogli jego panu. Potem wrócił i przytrzymał konie, a Luca, pani Izolda i brat Piotr wkroczyli dumnie do gospody i zamówili dwie sypialnie i prywatną jadalnię, jak przystało osobom ich stanu. Freize pomógł Iszrak zsiąść z konia. Dziewczyna poszła szybko za swoją panią, a chłopak zaprowadził konie i jucznego osła do stajni.

Kiedy dziewczęta rozpakowywały bagaże, z zewnątrz dobiegło bicie kościelnych dzwonów wzywających wiernych na nieszpory. Spłoszone hałasem ptaki zerwały się z licznych dzwonnic i wzbiły się pod niebo. Izolda podeszła do okna, starła szron z szybek i spojrzała w dół. Brat Piotr i Luca szli do kościoła wśród wirujących płatków śniegu.

– A ty nie idziesz? – spytała ze zdziwieniem Iszrak, ponieważ jej przyjaciółka odznaczała się wielką pobożnością.

– Pójdę jutro rano. Dziś nie mogłabym się skupić.

Iszrak nie musiała pytać, dlaczego Izolda jest taka rozkojarzona; świadczyło o tym jej spojrzenie podążające tęsknie za młodzieńcem, który oddalał się brukowaną ulicą.

Kiedy mężczyźni wrócili z mszy, wszyscy udali się na kolację do prywatnej jadalni. Freize przynosił dania z kuchni. Gdy na stole znalazły się już wszystkie potrawy – placek, pitadine, czyli rodzaj naleśnika z pikantnym farszem, dziczyzna, pieczona szynka, kurczak i wety – stanął przy drzwiach niczym wcielenie przykładnego sługi.

– Freize, zjedz z nami – poprosił Luca.

– Mam odgrywać waszego totumfackiego – zaoponował Freize, rozkoszując się dostojnym brzmieniem tego słowa – czyli zaufanego sługę.

– Nikt nas nie widzi – zauważyła Izolda. – I czuję się dziwnie, kiedy nie siadasz przy stole. Lubię jadać w twoim towarzystwie.

Freize nie dał się dwa razy prosić. Usiadł, wziął talerz i nałożył sobie solidną porcję jedzenia.

– Poza tym w ten sposób zjesz dwa posiłki – dodała Iszrak z uśmieszkiem. – Jeden teraz, drugi w kuchni.

– Człowiek, który pracuje fizycznie, musi mieć siłę – rzucił wesoło Freize, smarując masłem pajdę chleba, w którą zaraz łapczywie zatopił białe zęby. – Jaka jest Rawenna?

– Stara – powiedział Luca. – Przynajmniej ta część, którą zdążyłem obejrzeć. Wspaniałe miasto z cudownymi kościołami, w niektórych miejscach równie piękne jak Rzym. Jutro przed wyjazdem chcę zobaczyć grobowiec Galli Placydii.

– Czyj? – spytała Izolda.

– Sławnej damy z czasów starożytnych. Opowiadał mi o nim ksiądz z kościoła, do którego poszliśmy. Mówił, że ma bardzo piękne wnętrze, z mozaikami od podłogi do sufitu.

– Chciałabym go zobaczyć! – zawołała Iszrak, a potem zarumieniła się na myśl, że Izolda będzie ją podejrzewać o narzucanie się Luce.

Widząc zakłopotanie przyjaciółki, Izolda także oblała się rumieńcem i czym prędzej zawołała:

– Oczywiście, że musisz go zobaczyć! Idź z Lucą, a ja spakuję nasze bagaże. Pójdźcie z samego rana.

Brat Piotr powiódł wzrokiem od jednej zaczerwienionej dziewczyny do drugiej, jakby uważał je za istoty z innego świata.

– Na miłość boską, co tu się znowu wyprawia? – spytał ze zmęczeniem.

– Jeśli masz uchodzić za moją siostrę, a Iszrak za twoją służącą, to obie powinnyście odwiedzić grobowiec – odezwał się Luca, całkiem nieświadomy ich skrępowania. – A Iszrak powinna być z tobą, gdy spacerujesz po obcym mieście. Musisz mieć zawsze przy sobie damę do towarzystwa.

– Poza tym nie możemy zapuszczać się na koniec chrześcijańskiego świata, kiedy tak się zachowujecie – dodał łagodnie Freize.

– Co? O co chodzi? – Luca przyjrzał się uważniej dziewczętom, wreszcie dostrzegając ich zmieszanie. – Co się stało?

Zapadła niezręczna cisza.

– Posprzeczałyśmy się – wyjaśniła z zakłopotaniem Izolda. – Przed wyjazdem z Piccolo. Z mojej winy.

– Wy się kłócicie? – zdziwił się Luca. – Nigdy nie widziałem, żebyście się kłóciły. O co poszło?

Freize, który wiedział, że dziewczęta pokłóciły się o Lucę, przyszedł im z pomocą.

– Takie już są te pannice – rzucił w przestrzeń. – Często irytują się o to czy o tamto. Łatwo wybuchają. Są jak osiołki. Uważają, że wiedzą, o co im chodzi, choć to nieprawda.

– Nie bądź śmieszny! – prychnęła z rozdrażnieniem Iszrak. Spojrzała na Izoldę. – Chcę, żeby między nami było znowu tak jak dawniej. Wszystko się ułoży.

– Przepraszam – powiedziała Izolda ze spuszczonymi oczami. – Bardzo się myliłam.

– Zatem wszystko w porządku – orzekł Freize z zadowoleniem człowieka, który znalazł dyplomatyczne rozwiązanie trudnego problemu. – Cieszę się, że to załatwiłem. Nie musicie dziękować.

– Lepiej pomódlcie się o cierpliwość – wycedził brat Piotr przez zęby. – Bóg mi świadkiem, że ja bardzo jej potrzebuję.

Wstał od stołu i dostojnie wyszedł z pokoju. Gdy drzwi się za nim zamknęły, czworo młodych ludzi uśmiechnęło się do siebie markotnie.

– Ale o co poszło? – spytał Luca.

Freize pokręcił głową.

– Lepiej dać im spokój – rzucił. – Tak jak osiołkowi, gdy wreszcie się uspokoi.

– W każdym razie już po wszystkim – rzekła Izolda – i my także powinniśmy się udać na spoczynek.

Wstała, a Luca otworzył przed nią drzwi i wyszedł za nią na korytarz.

– Jesteś na mnie zła o coś? – spytał cicho.

Pokręciła głową.

– Byłam niesprawiedliwa wobec Iszrak. Powiedziała, że kiedy cierpiałeś, wzięła cię w ramiona, a ja rozgniewałam się na nią.

– Dlaczego? – spytał z łomoczącym sercem, choć miał nadzieję, że odgadł już jej odpowiedź.

Uniosła twarz i spojrzała mu prosto w oczy.

– Niestety, byłam zazdrosna – powiedziała bez ogródek. Uśmiechnęła się ze smutkiem. – Głupio zazdrosna.

– O to, że Iszrak mnie objęła? – szepnął bardzo cicho.

– Tak.

– Bo my nigdy się nie obejmowaliśmy?

– Nie możemy – zauważyła rozsądnie. – Ty masz wstąpić do zakonu, ja jestem damą. Nie mogę całować wszystkich na prawo i lewo. Iszrak to co innego. Ona może robić, co chce.

Luca podszedł bliżej.

– Ale chcesz, żebym cię objął? – szepnął, dotykając ustami jej włosów, tak że poczuła ciepło jego oddechu.

Nie odpowiedziała, tylko skłoniła ku niemu głowę.

Bardzo delikatnie, bardzo ostrożnie, jakby bał się, że ją spłoszy, otoczył jedną ręką jej smukłą talię, a drugą ramiona i przyciągnął ją do siebie. Izolda oparła mu głowę na piersi i zamknęła oczy, rozkoszując się bliskością sprężystego ciała Luki i siłą jego ramion.

– Powiedziała ci, że pocałowałem ją w czoło? – szepnął jej do ucha, zachwycony jej bliskością i zapachem wody różanej otaczającym tę dziewczynę, której pragnął od chwili, kiedy ją poznał.

Podniosła głowę.

– Tak.

– Czy o to także byłaś zazdrosna?

W jego oczach zapaliła się figlarna iskierka. Izolda zauważyła to i uśmiechnęła się do niego.

– Czy mam cię pocałować tak, jak pocałowałem ją? Czy wtedy będzie dobrze?

W odpowiedzi zamknęła oczy i uniosła ku niemu twarz.

Luca chciał pocałować jej ciepłe usta, ale zgodnie z umową musnął wargami jej czoło. Poczuł, jak Izolda zachwiała się lekko w jego ramionach, jakby także pragnęła czegoś więcej. Po chwili otworzyła ciemnobłękitne oczy.

– Mam cię pocałować w usta? – spytał Luca.

Posunął się za daleko. Izolda drgnęła i odchyliła się na tyle, żeby spojrzeć w jego uśmiechniętą twarz.

– Nie sądzę – odparła, ale zadając kłam własnym słowom, nadal go obejmowała, nie pozwalając mu się oddalić.

Powoli nachylił się ku niej. Przymknęła oczy i zastygła w oczekiwaniu. Drzwi za ich plecami otworzyły się i na korytarz wyszedł Freize z pustymi talerzami. Zobaczywszy ich, przystanął zdumiony.

– Przepraszam – rzucił wesoło i ruszył do kuchni.

Luca gwałtownie puścił Izoldę, która przyłożyła dłonie do rozpalonych policzków.

– Powinnam iść spać – odezwała się cicho. – Wybacz.

– Ale nie jesteś już zła na Iszrak ani zirytowana?

Zwróciła się w stronę schodów, ale widział, że się śmieje.

– Zrobiłam jej karczemną awanturę – wyznała. – Oskarżyłam ją o rozwiązłość, bo pozwoliła ci się pocałować. A tu proszę, co sama zrobiłam.

– Ona ci wybaczy – odrzekł. – I znowu będziesz szczęśliwa.

Izolda spojrzała na niego i uśmiechnęła się promiennie. Świetliste piękno jej twarzy zaparło mu dech w piersiach.

– Już jestem – powiedziała. – Chyba nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Rano, gdy Freize kupił im nowe piękne peleryny i kapelusze, w których mieli odbyć morską podróż do Wenecji, brat Piotr i Luca, udający braci kupców, a także Izolda z Iszrak, jako ich siostra z damą do towarzystwa, udali się na przechadzkę po Rawennie. Było to małe miasto otoczone zwartym pierścieniem murów, z wielkim zamkiem górującym nad dachami nędznych domów stłoczonych pod zamkowym wzgórzem.

Było pogodnie i słonecznie. Poranny szron topniał na czerwonych dachówkach. Na tle błękitnego nieba rysowały się wysokie dzwonnice ogromnych kościołów, które spotykało się niemal co krok. Na nabrzeżu płytkiego kanału, sięgającego w sam środek miasta, znajdowało się targowisko. Niegdyś miasto to było stolicą starożytnego królestwa i krzyżowały się tutaj szerokie brukowane trakty wiodące na wszystkie strony świata.

Dziewczęta zatrzymały się przed wielkim, strzelistym kościołem, z podziwem przyglądając się różowym cegłom, z których go zbudowano.

– Kościół przyciąga uwagę, ale grobowiec, który chcę zobaczyć, znajduje się tam – powiedział Luca i ruszył w stronę skromnego, małego budyneczku z boku.

– Taka szopa? – Izolda musiała się pochylić, żeby wejść przez niskie drzwi.

Iszrak podążyła za nią, na końcu wkroczył brat Piotr. Budynek – małe mauzoleum – był zbudowany na planie krzyża. Przez chwilę wszyscy czworo stali w wejściu. Izolda przeżegnała się i uklękła, a Luca aż krzyknął na widok eksplozji kolorów we wnętrzu tego niepozornego budynku.

Wszystko w tym pomieszczeniu o sklepionym suficie lśniło jak świeżo pomalowane: ściany, posadzka, nawet sklepienie pyszniły się barwnymi mozaikami. Izolda rozglądała się dokoła w zdumieniu i zachwycie. Iszrak nie mogła oderwać oczu od stropu – głębokiego morza błękitu z setkami złotych gwiazdek. Wyglądał jak jedwabny szal rozwieszony nad ich głowami i spływający na łuki z czterech stron.

– Jakie to piękne! – zawołała Iszrak, myśląc, jak bardzo to przypomina bogate zdobienia ze świata arabskiego. – Co to? Prywatna kaplica?

– To nie kaplica, lecz mauzoleum – wyjaśnił brat Piotr. – Setki lat temu kazała je wybudować wielka chrześcijańska dama jako grobowiec dla siebie.

– Patrzcie! – Izolda odwróciła się w stronę drzwi. Rozległa mozaika nad wejściem przedstawiała utrzymaną w ciepłych barwach scenę z opartym na lasce Dobrym Pasterzem ze złotą aureolą nad głową, w otoczeniu owiec. – Jak mogli zrobić coś takiego setki lat temu? Ta czułość, która emanuje z obrazu… Widzicie, jak on dotyka owiec?

– A oto przypowieść o chrześcijaninie, który poświęcił życie za Słowo Boże – powiedział brat Piotr nabożnie, wskazując przeciwległą ścianę, na której ukazano człowieka z krzyżem na ramieniu i otwartą księgą w ręce, zbliżającego się do płomieni. – Widzisz święte księgi w bibliotece?

– Widzę – powiedziała Iszrak łagodnie.

W tym cudownym, świętym miejscu nie chciała drwić z dewocji zakonnika ani wyrażać swojego sceptycyzmu. Wychowała się w chrześcijańskim domu ojca Izoldy, pana Lucretili, ale matka nauczyła ją czytać Koran. Wykształcenie, które otrzymała później, skłoniło ją do analizowania wszystkiego, choć i tak zawsze lubiła raczej pytać, niż przyjmować cokolwiek na wiarę. Rozejrzała się po lśniącym wnętrzu. Jej uwagę przykuła plama kolorów na białych płytkach mozaiki. Jedna z szybek w oknach mauzoleum była pęknięta. Poranne słońce, lśniące na rysie, rzuciło barwne promienie na białe kafelki i biały zawój Iszrak.

– Patrz. – Dziewczyna trąciła Izoldę. – Nawet słońce jest tu kolorowe.

Luca usłyszał to i spojrzał na wspaniałą feerię barw. Tęcza, otaczająca głowę Iszrak, wyraźnie go zafascynowała.

– Daj mi swój zawój – poprosił nagle.

Bez słowa, nie odwracając wzroku od jego twarzy, rozwinęła zawój i ciemne, gęste włosy opadły jej na ramiona. Luca podał jej jeden koniec tkaniny, a sam trzymał drugi. Rozpostarli materiał tak, żeby padło na niego światło. Kolory tęczy natychmiast rozbłysły na białym jedwabiu. Razem, jakby w dziwnym tańcu, podeszli do okna i stwierdzili, że barwy się rozmywają i tracą intensywność; potem znowu się cofnęli, a kolorowe pasy stały się węższe i nabrały ostrości.

– Wygląda na to, że pęknięte szkło nadaje światłu słonecznemu wiele barw – zauważył z namysłem Luca. Spojrzał na mozaikę, na którą wcześniej patrzył. – Zobacz, na mozaice także jest tęcza. – Ściana, pod którą stał, była aż do sklepienia ozdobiona wzorem we wszystkich barwach tęczy. Luca powiódł wzrokiem od zawoju Iszrak do tęczowej mozaiki. – To te same kolory – powiedział. – Tysiąc lat temu odmalowali tęczę w tych samych barwach, ułożonych w tym samym porządku.

– Co robicie? – spytała Izolda. – Na co patrzycie?

– Wydaje się, że tęcza zawsze musi się składać z tych samych kolorów – wyjaśniła jej Iszrak, gdy Luca zbyt długo milczał. – Prawda? Czy kolory zawsze są takie jak na tej mozaice? Nie patrz na wzór, patrz na kolory!

– Tak! – zawołał Luca. – To dziwne, że ludzie zauważyli to zjawisko tak wiele stuleci temu! Cudownie, że uwiecznili te barwy. – Zastanowił się. – Czy to znaczy, że każda tęcza jest taka sama? Od setek lat? A jeśli kawałek szkła może stworzyć tęczę tutaj, co sprawia, że pojawia się ona na niebie? Co maluje na nim te kolory?

Nikt mu nie odpowiedział – nikt nie znał odpowiedzi. Nikt oprócz Luki nie zadałby takiego pytania. Wyrzucono go z klasztoru właśnie za zadawanie pytań bliskich herezji i choć Zakon Ciemności polecił mu zbadać wszystkie zagadki tego i innych światów, oczekiwano od niego, że będzie trzymać się zasad Kościoła.

– Dlaczego to takie ważne? – spytała Izolda, widząc przejęte twarze przyjaciół. – Dlaczego ta sprawa was interesuje?

Luca wzruszył ramionami i jakby oprzytomniał.

– Ach, to tylko ciekawość – powiedział. – Podobnie jak nie znamy przyczyn wielkiej fali w Piccolo czy powstawania grzmotów, nie wiemy także, co tworzy tęczę. Tak wielu rzeczy nie wiemy… A ponieważ nie potrafimy tego wyjaśnić, ludzie uważają dziwne zjawiska natury za dzieło czarownic, diabłów czy duchów. Ze strachu oskarżają sąsiadów, a do mnie należy odkrycie prawdy. Ale nie potrafię podać im prostego wyjaśnienia, bo go nie znam. Za to tutaj… twórcy tych mozaik znali kolory tęczy… więc może wiedzieli też, co je tworzy.

– Ale dlaczego was to interesuje? – powtórzyła Izolda. – Czy to ważne, jakiego koloru był wczorajszy zachód słońca?

– Tak – odezwała się niespodziewanie Iszrak. – To ważne. Bo świat jest pełen tajemniczych zjawisk i tylko zadając pytania, ucząc się i badając, możemy cokolwiek zrozumieć.

– Nie ma tu nic do rozumienia, bo wszystko zostało już wyjaśnione – rozstrzygnął brat Piotr, wypowiadając się w imieniu Kościoła. – Bóg rzucił na niebo tęczę jako obietnicę daną człowiekowi po potopie. „Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze”1. – Zakonnik spojrzał z powagą na młode kobiety. – Nic więcej nie musicie wiedzieć. – Następnie popatrzył surowo na Lucę. – Jesteś inkwizytorem świętego zakonu – napomniał go. – Badanie spraw tego świata to twój obowiązek i twoja powinność. Ale strzeż się pytania o to, co nie dotyczy naszej misji. Nasz zwierzchnik i Ojciec Święty zlecili ci przeprowadzić dochodzenie w kwestii końca świata, lecz niektóre pytania to herezja. Niektórych spraw nie należy zgłębiać.

Zapadła cisza. Luca zastanowił się nad słowami zakonnika.

– Nie potrafię powstrzymać się od myślenia – powiedział cicho. – Może to Bóg dał mi tę ciekawość.

– Nikt ci nie każe przestać myśleć – odparł brat Piotr, otwierając niskie drzwi mauzoleum. – Ale zatrudniając cię, mistrz powiedział wyraźnie, że masz myśleć w granicach nakreślonych przez Kościół. Niektóre sprawy są dla nas niewiadome, jak przemiana człowieka w wilkołaka czy przyczyna tamtej strasznej powodzi, i słusznie wniknąłeś w ich istotę. Lecz Bóg w swojej Świętej Księdze wyjawił nam znaczenie tęczy, więc w tej kwestii twoje rozmyślania nie są nam potrzebne.

Luca schylił głowę, ale zerknął z ukosa na Iszrak.

– Ja będę myśleć bez względu na to, czy wasz Kościół sobie tego życzy – oznajmiła dziewczyna. – Arabscy naukowcy także. Najwyraźniej wasi starożytni przodkowie również nie stronili od rozmyślań. A teraz arabscy naukowcy tłumaczą ich książki.

– Ale my jesteśmy posłusznymi synami Kościoła – oświadczył brat Piotr. – A to, co myślisz ty, dziewczyna, w dodatku niewierna, nie ma znaczenia dla nikogo.

Odwrócił się i wyszedł, a oni posłusznie podążyli za nim. Izolda przystanęła w progu.

– Tak tu pięknie… – powiedziała. – Kolory mają taką soczystość, jakby fresk namalowano wczoraj.

Luca wyszedł po krótkiej chwili, chowając coś do kieszeni spodni.

– Co tam masz? – spytała Izolda szeptem.

– Kawałek szkła – odrzekł. – Chcę zobaczyć, czy zdołamy stworzyć za jego pomocą tęczę w innym miejscu.

Spojrzała na niego poważnie.

– Ale czy tworzenie tęczy nie jest dziełem boskim? Tak jak powiedział brat Piotr?

– Jest naszym dziełem – wtrąciła się Iszrak. – Bo zjawiliśmy się na tym świecie, żeby go zrozumieć. I tak jak Luca chcę sprawdzić, czy można stworzyć tęczę. A jeśli jemu tego nie wolno, to ja spróbuję. Bo mój Bóg, w przeciwieństwie do waszego, nie zakazuje mi zadawania pytań.

Freize czekał na nich w karczmie. Wsiedli na konie i przejechali kawałek drogi wzdłuż zamulonego kanału, do portu w Classe. Prom czekał na nich przy kamiennym nabrzeżu, inne statki i sławne weneckie galery kołysały się obok.

– Starczy ci odwagi, żeby wejść na pokład? – zagadnęła żartobliwie Iszrak Freize’a, który nie postawił stopy na żadnym statku, odkąd porwała go straszliwa fala.

– Jeśli mój Rufino da radę, to ja także – odparł. – A to koń rzadkiej odwagi i mądrości.

Iszrak spojrzała z powątpiewaniem na duże srokate zwierzę, które nie wyglądało na szczególnie rozgarnięte.

– Naprawdę?

– Niech cię nie zwiodą pozory – doradził Freize. – Patrzysz na tego konia i widzisz wielkie niezdarne stworzenie, ale ja wiem, że ma w sobie odwagę i delikatne uczucia.

– Delikatne uczucia? – powtórzyła Iszrak z uśmiechem. – Czyżby?

– Podobnie jest ze mną. Patrzysz na mnie i widzisz przystojnego, stąpającego twardo po ziemi, prostego chłopaka. Jednak ukrywam w sobie głębię i zaskakujące talenty.

– Doprawdy?

– Doprawdy. A jeden z tych talentów pozwoli mi zaprowadzić pięć koni i osiołka po trapie. Możesz usiąść na nabrzeżu i podziwiać.

– Dziękuję. – Iszrak usiadła na jednej z kamiennych ław wprawionych w mur nabrzeża.

Freize przeprowadził zwierzęta drewnianym mostkiem z kei na statek.

Konie były spłoszone, szarpały się i parskały, ale Freize nie tracił spokoju i przemawiał do nich kojąco. Iszrak nie pochlebiła jego próżności, bijąc mu brawo, ale pomyślała, że jest coś bardzo wzruszającego w tym, jak ten kanciasty młodzieniec i wielkie konie wymieniają spojrzenia, pieszczoty i ciche pomruki, prawie jakby ze sobą rozmawiali, aż zwierzęta uspokoiły się i poszły za nim do zagród na pokładzie.

Tego dnia na promie nie było innych pasażerów, więc gdy zwierzęta zostały już bezpiecznie wprowadzone na pokład, czwórka podróżnych wzięła trochę chleba i dzbany cienkiego piwa i podążyła w ślad za Freize’em. Kapitan odbił od brzegu i postawił żagiel.

Podróż do Wenecji pod porywisty, zimny wiatr zajęła im cały dzień i noc. Dziewczęta przespały się trochę w małej kajucie pod pokładem, ale o świcie wyszły i stanęły na dziobie obok mężczyzn ciepło opatulonych i czekających, aż niebo się rozjaśni. Uwagę Iszrak przykuł mały, smukły stateczek, który szybko sunął prosto na nich przez ciemne wody – czarna sylwetka na czarnych falach.

– Kapitanie! – zawołała przez ramię do mężczyzny stojącego za sterem. – Widzisz tę galerę? Płynie wprost na nas!

– Peter, rzuć żagiel! – ryknął kapitan do syna, który popędził do masztu, rozluźnił wanty i opuścił żagiel.

– Czekaj, pomogę! – Freize podbiegł do niego. – Czemu tak na nas szarżuje?

Dziewczęta, brat Piotr i Luca patrzyli, jak galera z wioślarzami, wiosłującymi w rytm uderzeń bębna, coraz bardziej się do nich zbliża.

– Galera powinna ustąpić miejsca statkowi żaglowemu – zauważył z niepokojem brat Piotr. – Co oni robią? Wygląda, jakby chcieli nas staranować!

– To atak! – Luca nagle zrozumiał, co się dzieje. – Zaraz się zderzymy! Kim oni są?

– Nie widzę flagi – rzucił brat Piotr, wytężając wzrok w ciemnościach. – Nie są oświetleni. Czyja to łódź?

– Freize! – krzyknął Luca, odwracając się i chwytając bosak, jedyną dostępną broń. – Może dojść do abordażu!

– Postawcie żagiel! – zawołał brat Piotr.

– Nie zdołamy im uciec – odezwała się Iszrak.

Galera z dobrze wyćwiczonymi wioślarzami była o wiele szybsza od ociężałego promu. Iszrak rozejrzała się, szukając broni lub kryjówki. Ale na ich małym statku znalazło się miejsce tylko na zagrody dla koni i małą kabinę pod pokładem.

Freize stanął obok nich z pałką w ręku. Wyjął zza cholewy nóż i podał go Iszrak. Twarz miał zaciętą.

– Czy to ten osmański dowódca po nas wraca? – spytał Lucę.

– To nie osmańscy piraci – odparł ten, patrząc na wiosła rytmicznie zanurzające się w fale i napędzające galerę. – Statek jest zbyt mały.

– Zatem komuś bardzo zależy na rozmowie z nami – powiedział markotnie Freize. – I wygląda na to, że nie unikniemy tej przyjemności.

Powoli, gdy prom stanął i zanurzył się głębiej, galera zmieniła kurs i zatrzymała się tuż przy nich. Dwaj wioślarze wstali i natychmiast zarzucili bosaki, zaczepiając je o reling. Izolda z trudem oparła się pokusie, by je odrzucić. Wioślarze zaczęli wspinać się po linach.

Luca i Izolda zebrali się na odwagę i spojrzeli na wioślarzy w dole, którzy nie byli przykuci łańcuchami, a także na mężczyznę stojącego na rufie.

– Kim jesteście? Czego od nas chcecie? – spytał Luca.

Dowódca dobył kordelasa. Zimne światło zalśniło na stalowym ostrzu. Spojrzał na nich chłodno.

– Pan Lucretili rozkazał mi przejąć pieczę nad tą kobietą – oznajmił, wskazując Izoldę. – To jego zbiegła siostra, którą mam odstawić do domu.

– Twój brat! – syknęła Iszrak kątem ust.

– Nie jestem nią – odparła spokojnie Izolda, przybierając mocny akcent kobiety z południa Włoch. – Nie wiem, o kim mówicie.

Mężczyzna zmrużył oczy.

– Podążaliśmy twoim śladem, pani. Z klasztoru, gdzie twój brat powierzył cię opiece dobrych siostrzyczek, do wioski rybackiej, gdzie zetknęłaś się z tymi sługami bożymi, aż po te wody. Byłaś oskarżona o czary…

– I uniewinniona! – przerwał mu Luca. – Jestem inkwizytorem i sam papież polecił mi odkryć przyczyny dziwnych wydarzeń i zbadać oznaki nadchodzącego końca świata. Przesłuchałem tę kobietę i wysłałem raport zwierzchnikowi mojego zakonu. Oczyściłem ją z zarzutów. Nie poszukuje jej ani prawo, ani Kościół.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Może być niewinna, ale nie przestała być siostrą pana Lucretili – oznajmił sucho. – Nadal znajduje się w jego władzy. Jeśli on chce jej powrotu, nikt nie może mu odmówić praw do niej.

– Czego od niej chce? – spytała Iszrak, stając obok nich przy relingu. – Tak szybko pozbył się jej z domu po śmierci ojca i oskarżył ją o zbrodnię, za którą spłonęłaby na stosie. Dlaczego teraz chce ją odzyskać?

– Ciebie też, niewolnico – oznajmił mężczyzna. – Mam zabrać także ciebie. – Zwrócił się do Luki. – Musisz mi ją wydać, bo to zbiegła niewolnica, która należy do pana Lucretili. Również ta dama ma zostać wydana w moje ręce, bo jest siostrą pana Lucretili i jego własnością, tak jak jest nią krzesło czy koń.

– Jestem wolną kobietą – warknęła wrogo Iszrak. – Podobnie jak ona.

Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby jej słowa nie miały żadnego znaczenia.

– Jesteś niewierną, a ona jest jego siostrą. Należała do ojca, a po jego śmierci należy do brata. Odziedziczył ją, tak jak trzodę i pola. Jest jego własnością. Jeśli sprzeciwisz się jej powrotowi – rzekł do brata Piotra – ukradniesz własność pana Lucretili, jego niewolnicę i siostrę, a ja oskarżę cię o kradzież. Jeśli je tu zatrzymasz, będziesz winny porwania.

Freize westchnął.

– Trudna sytuacja – zauważył, nie zwracając się do nikogo w szczególności. – Bo wiecie, prawo jest po jego stronie. Kobieta należy do swojego ojca, brata czy męża.

– Nie należę już do mojego brata – oznajmiła nagle Izolda. Chwyciła Lucę pod ramię. – Wzięliśmy ślub. Teraz ten człowiek sprawuje nade mną pieczę.

Mężczyzna przyjrzał się jej zdeterminowanej twarzy, a potem zaciskającemu zęby Luce.

– Naprawdę? Czy to prawda, inkwizytorze?

– Tak – potwierdził Luca krótko.

– Przecież jesteś duchownym! Masz zbadać oznaki końca świata i powiadomić o wynikach dochodzeń swój zakon.

– Złamałem śluby zakonne i pojąłem tę kobietę za żonę.

Brat Piotr jakby się zakrztusił, ale nie odezwał się ani słowem.

– Małżeństwo jest skonsumowane?

– Tak – powiedział Luca, chwytając Izoldę za rękę.

Zapadła chwila ciszy. Mężczyzna z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Obcowaliście ze sobą? Wziąłeś ją z pożądaniem, miałeś ją pod sobą, krzyczała z rozkoszy? Całowaliście się, pieściłeś jej piersi? Trzymałeś ją wpół, a ona przyjęła cię w siebie?

Izolda zapłonęła rumieńcem wstydu. Iszrak posłała mężczyźnie nienawistne spojrzenie.

– Tak – odparł Luca bez wahania. – Zrobiliśmy to wszystko.

– Pocałuj ją.

– Nie możesz… – zaczęła Izolda, ale Luca odwrócił się do niej, wziął ją pod brodę i pocałował powoli i głęboko, jakby nie potrafił przerwać pocałunku.

Izolda pomimo zawstydzenia odchyliła głowę, objęła go, położyła rękę na jego karku, wsunęła palce w jego włosy.

Luca podniósł głowę.

– Proszę – odezwał się nieco zduszonym głosem, gdy w końcu puścił dziewczynę. – Jak widzisz, nie wahałem się pocałować mojej wybranki. Jesteśmy małżeństwem. Jej brat stracił do niej prawo. Izolda należy do mnie.

Freize poważnie skinął głową.

– Żona musi iść za mężem. On ma do niej większe prawa.

Brat Piotr słuchał ze zgrozą tych straszliwych kłamstw, ale nadal się nie odzywał.

Mężczyzna spojrzał na niego.

– Czy mam w to uwierzyć? A ty, kapłanie? Powiesz mi, że poślubiłeś tę drugą? Pocałujesz ją, żeby to udowodnić?

– Nie – odparł krótko brat Piotr. – Dotrzymuję ślubów.

– Czy ci dwoje naprawdę są małżeństwem? W oczach Boga?

Brat Piotr otworzył usta. Przytrzymał się relingu, bo mała fala zakołysała promem.

– Jesteś ich świadkiem przed obliczem Pana – przypomniał mu mężczyzna. – Zaklinam cię w Jego imię, powiedz mi prawdę.

Zakonnik przełknął ślinę.

– Pamiętaj o swoich ślubach – dodał przybysz. – Bóg patrzy na ciebie. Mów prawdę.

Brat Piotr spojrzał na Izoldę, która nadal obejmowała Lucę w pasie.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Bardzo przepraszam. Ale nie mogę skłamać. Nie mogę.

Dziewczyna skinęła głową.

– Rozumiem – szepnęła i odsunęła się od Luki.

– On nie musi nic mówić – odezwała się Iszrak. – Ja jestem świadkiem.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Twoje słowo się nie liczy. Jesteś niewierną, niewolnicą i kobietą. Twoje słowa są jak głos ptaka o poranku. Za głośne i pozbawione znaczenia. – Znowu odwrócił się do Luki. – Wyślij obie kobiety na mój statek, bo dam rozkaz do abordażu i odbijemy je siłą.

Luca popatrzył na galerę obsadzoną przez około dwunastu uzbrojonych po zęby mężczyzn. Zerknął na Freize’a, który ze stoickim spokojem uniósł pałkę. Wyglądało na to, że mogą walczyć, ale przeciwnik był o wiele liczniejszy. Nie mieli żadnych szans. Mężczyzna spojrzał na kapitana promu, który ponuro przysłuchiwał się wymianie zdań.

– Przewozisz skradziony towar. Te dwie kobiety należą do pana Lucretili. Jeśli będę musiał, odbiję je siłą. Możemy uszkodzić twój statek, twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Wydaj nam je, a nikt nie ucierpi.

– Przyjąłem je w dobrej wierze – odkrzyknął kapitan. – Jeśli są twoje, możesz je zabrać. Nie odpowiadam za nie.

– Nie ma sensu walczyć – szepnęła Izolda do Luki. – To beznadziejne. Nic nie rób. Oddam się w jego ręce. – I nie pozwalając Luce dojść do głosu, krzyknęła do przybysza: – Dajesz słowo, że zawieziesz nas bezpiecznie do mojego brata?

Ten przytaknął.

– Mam rozkaz nie robić wam krzywdy.

Izolda skinęła głową. Podjęła decyzję.

– Weź nasze rzeczy – rzuciła przez ramię do Iszrak.

Dziewczyna szybko zeszła do kajuty i po chwili wyłoniła się, niosąc dwie sakwy. Nóż Freize’a zatknęła za pasek, ukrywszy go w fałdach sukni.

– Co ze mną będzie? – spytała Izolda.

Skinęła na Iszrak i podeszła na dziób statku. Dowódca dał znak Luce i Freize’owi, żeby przyciągnęli jego galerę do burty promu, by młode kobiety mogły przejść przez reling prosto na pokład.

– Twój brat sądzi, że chcesz prosić hrabiego Wołoszczyzny o pomoc. Podejrzewa, że próbowałabyś zbrojnie przejąć rodową posiadłość. Dlatego wyda cię za francuskiego hrabiego, który wywiezie cię daleko do swojego zamku.

– A co ze mną? – spytała Iszrak, gdy Luca, Freize i brat Piotr rzucili kotwiczki z linami i przyciągnęli galerę do dziobu promu.

– Ciebie mam sprzedać Osmanom w Wenecji – oznajmił mężczyzna. – Niestety. Takie dostałem rozkazy.

Luca, którego rodziców porwano na osmańską galerę, gdy był jeszcze dzieckiem, pobladł i chwycił się relingu, żeby nie upaść.

– Nie możemy na to pozwolić – powiedział cicho do Freize’a. – Ja nie mogę na to pozwolić. Nie możemy do tego dopuścić.

Ale Freize patrzył na Izoldę, która nagle zatrzymała się, słysząc, że Iszrak nie będzie jej towarzyszyć.

– Nie. Iszrak idzie ze mną – oświadczyła. – Nigdy się nie rozdzielamy.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Mój pan wyraził się jasno. Mam ją sprzedać Osmanom.

– Bądź gotów – szepnął Freize do Luki. – Ona na to nie pójdzie.

Izolda dotarła na dziób statku i przystanęła. U jej stóp leżał toporek, który trzymano tu na wypadek, gdyby maszt złamał się podczas burzy albo sieci rybackie zaczepiły o coś na dnie. Nawet nie patrząc na niego, wstąpiła na mocno zasupłaną linę kotwiczną i spojrzała na mężczyznę, który po nią przybył.

– Mam pieniądze – odezwała się błagalnie. – Przebiję cenę, którą zaproponował ci mój brat, a ty wróć do niego i powiedz, że nie mogłeś nas znaleźć. Twoim ludziom też zapłacę.

Mężczyzna rozłożył ręce.

– Pani, jestem wiernym sługą twojego brata. Obiecałem, że cię do niego przywiozę, a ją sprzedam. Zejdź, bo przyjdę po was, a wtedy twoi przyjaciele na pewno ucierpią.

Zagryzła wargę.

– Proszę, weź mnie, ale moją przyjaciółkę zostaw w spokoju. Powiedz memu bratu, że jej nie znalazłeś.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Chodźcie tu – rzucił ostro. – Obie. Natychmiast.

– Nie chcę walki – powiedziała z desperacją. – Nie chcę, żeby przeze mnie ktoś został ranny.

– Zatem chodź, bo sprowadzimy was tak czy inaczej. Mam rozkaz przywieźć was żywe lub martwe.

Freize zauważył, że dziewczyna prostuje się, jakby podjęła decyzję, ale rzekła tylko:

– Dobrze. Najpierw rzucę moje rzeczy.

Dowódca skinął głową, chwycił linę kotwiczną i przyciągnął galerę do kołyszącego się lekko promu. Izolda wychyliła się, trzymając ciężkie sakwy.

– Podpłyń bliżej – powiedziała. – Nie chcę, żeby moje rzeczy wpadły do wody.

Mężczyzna roześmiał się, rozbawiony zaborczą naturą kobiet, tak głupich, że w chwili porwania martwią się o sukienki. Przyciągnął galerę jeszcze bliżej. Kiedy znalazła się dokładnie pod dziobem promu, Izolda rzuciła mężczyźnie sakwy. Złapał je i zatoczył się do tyłu pod ich ciężarem, a ona błyskawicznie chwyciła toporek i kilkoma szybkimi, gorączkowymi uderzeniami przecięła linę ciężkiej kotwicy na burcie promu.

Kute, potwornie ciężkie żelazo runęło w dół i przebiło cienki drewniany pokład galery, robiąc w nim ogromną dziurę i roztrzaskując burty.

Iszrak przyskoczyła do przyjaciółki i rzuciła nożem prosto w twarz mężczyzny, trafiając go w usta. Bluznęła krew. Luca, Freize i brat Piotr chwycili bosaki i cisnęli nimi w głowy wioślarzy. Woda wdarła się na pokład galery.

– Stawiaj żagiel! – ryknął Luca, ale kapitan i jego syn już to zrobili.

Materiał wydął się, załopotał i znowu się wydął. Prom zaczął się oddalać od tonącej galery. Niektórzy wioślarze szamotali się w wodzie, krzycząc o pomoc.

– Zawróćmy! – zawołała Izolda. – Nie możemy ich zostawić na pewną śmierć.

– Możemy – warknęła Iszrak. – Oni by nas zabili.

Na dziobie promu leżały deski. Izolda podbiegła do nich i zaczęła je ciągnąć. Freize pomógł jej, podniósł deski na reling i zrzucił na wodę, by służyły jako tratwy ratunkowe.

– Ktoś ich weźmie na pokład – zapewnił dziewczynę. – Na tych wodach roi się od statków, a wkrótce zrobi się jasno.

Izolda miała oczy pełne łez. Pobladła z przerażenia.

– Ten człowiek… miał… nóż w ustach!

– Sprzedałby mnie w niewolę! – krzyknęła wściekle Iszrak. – Chciał cię zabrać do brata!

– Mogłaś go zabić!

– I co z tego? Nic mnie to nie obchodzi! Jesteś głupia, że się o niego martwisz.

Izolda, dygocząc, odwróciła się do brata Piotra.

– Przecież zabić człowieka to grzech, bez względu na okoliczności, prawda?

– Tak – przyznał. – Ale Iszrak się broniła…

– Nic mnie to nie obchodzi! – powtórzyła Iszrak. – Chyba oszalałaś, że w ogóle zaprzątasz nim sobie głowę. To wróg. Chciał cię zabrać do brata, a mnie sprzedać. Zabiłby nas obie. To jasne, że się broniłam. Ale gdybym chciała go zabić, wbiłabym mu nóż w oko i straciłby życie, a nie zęby.

Izolda obejrzała się za siebie. Część wioślarzy wpełzła na wrak galery. Dowódca, z zakrwawioną twarzą, uczepił się desek, które wraz z Freize’em rzuciła na wodę.

– Najważniejsze jest to, że uratowałaś siebie i Iszrak – powiedział Luca. – A oni będą musieli zameldować o wszystkim twojemu bratu, więc przez jakiś czas nic ci nie będzie groziło. Iszrak zachowała się wspaniale, podobnie jak ty. Nie miej skrupułów, że okazałaś odwagę. Ocaliłaś nas wszystkich.

Izolda roześmiała się niepewnie.

– Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy!

Iszrak uścisnęła ją mocno.

– To było wspaniałe – powiedziała ciepło. – Nie spodziewałam się, że to zrobisz. Zadziałało idealnie.

– Ten pomysł sam wpadł mi do głowy… kiedy powiedzieli, że cię zabiorą.

– Poszłabyś z nimi, zamiast walczyć?

Izolda przytaknęła.

– Ale nie mogłam pozwolić, żeby zabrali ciebie. I żeby cię sprzedali.

– Słusznie postąpiłaś – rozstrzygnął Luca i spojrzał na brata Piotra, który pokiwał głową.

– Usprawiedliwione działanie – rzekł po namyśle.

– A ten rzut nożem! – Luca popatrzył na Iszrak. – Gdzie się tego nauczyłaś?

– Moja matka uważała, że powinnam umieć się bronić – wyjaśniła Iszrak z uśmiechem. – Pokazała mi, jak rzucać nożem, a ojciec Izoldy, pan Lucretili, wysłał mnie do hiszpańskich mistrzów, którzy nauczyli mnie sztuki walki. Jednocześnie opanowałam łucznictwo… i inne umiejętności.

– Winniśmy podziękować Panu, że udało nam się uciec – oznajmił brat Piotr, chwytając krzyż, który zawsze nosił przy sznurze w pasie. – Spisałyście się doskonale, działając szybko i odważnie. Przepraszam, że nie mogłem skłamać – dodał, zwracając się do Izoldy.

– Rozumiem.

– A ty będziesz się musiał wyspowiadać, bracie – powiedział łagodnie Piotr do Luki – kiedy tylko dotrzemy do Wenecji. Wyparłeś się ślubów złożonych Kościołowi, powiedziałeś wiele kłamstw i… – głos mu się załamał – pocałowałeś ją.

– Tylko po to, żeby kłamstwo wydało się bardziej przekonujące – zaprotestowała Izolda.

– I był niezwykle przekonujący – zauważył Freize z podziwem, mrugając do Iszrak. – Niemal wydało mi się, że chciał ją pocałować. Prawie pomyślałem, że ten pocałunek mu się podobał. I mało brakowało, a uwierzyłbym, że ona także go pocałowała. W pełni mnie zwiedli.

– Powinienem się pomodlić o bezpieczną podróż – mruknął zakonnik, oddalił się parę kroków i ukląkł.

Freize poszedł na rufę do kapitana. Iszrak odwróciła głowę.

– Nie chodziło tylko o uprawdopodobnienie kłamstwa – szepnął Luca do Izoldy. – Czułem… – Urwał. Nie potrafił opisać, co poczuł, gdy wtuliła się w niego i dotknął jej warg.

Izolda nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na niego. A on patrzył na wstążkę peleryny spoczywającą na jej szyi. Poruszała się lekko od gwałtownego pulsowania krwi w żyłach.

– To się nie może powtórzyć – dodał. – Zakończę nowicjat i złożę śluby kapłańskie, a ty jesteś wysoko urodzoną damą, posiadającą ogromny majątek. Jeśli zdołasz zebrać wojsko i odbić swój zamek i ziemie, poślubisz wielkiego pana, może księcia.

Skinęła głową, nie odwracając od niego wzroku.

– Wtedy, przez chwilę, wydawało mi się, że naprawdę wzięliśmy ślub – wyznał Luca, śmiejąc się nieśmiało. – Ale wiem, że to niemożliwe.

– Tak – zgodziła się. – To zupełnie niemożliwe.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dom cudzych marzeń Zmierzch Tudorów Trzy siostry, trzy królowe Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej Klątwa Tudorów Biała księżniczka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę