Gigi Buffon. Numer 1

Gigi Buffon. Numer 1

Autorzy: Roberto Perrone Gigi Buffon

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 216

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.18 zł

Wielkość. I wierność.

Wolał grać w drugiej lidze niż opuścić ukochany Juventus.
W reprezentacyjnej i klubowej piłce wygrał niemal wszystko.
O swoim życiu i karierze.
Marzeniach i życiowych dramatach.
Szczerze, przewrotnie, ironicznie.
Piłkarska autobiografia numer 1.

 

Buffon to mój przyjaciel i wspaniały profesjonalista. Jest także świetnym bramkarzem. Znam go od wielu lat i razem przeżyliśmy cudowne chwile. Jestem szczęśliwy, że to on broni w Juventusie. I mam nadzieję, że będzie to robił jeszcze przez wiele lat.
Alessandro Del Piero

Gigi jest dla mnie punktem odniesienia. Marzyłem, by stać się tak dobry, jak on. Gra przeciwko niemu to dla mnie za każdym razem prawdziwy zaszczyt.
Iker Casillas

Na początku mojej kariery wzorowałem się na Oliverze Kahnie, Peterze Schmeichelu i Edwinie van der Sarze, ale potem pojawił się Gigi Buffon i wszystko się zmieniło.
Petr Čech

Gigi Buffon to absolutny top we Włoszech, w Europie i na całym świecie. Jest po prostu najlepszy.
Dino Zoff

Bramkarz musi być liderem drużyny, musi widzieć wszystko. Właśnie kimś takim jest Gigi.
Didier Deschamps

Buffon jest najlepszy na świecie. To Messi w naszym świecie bramkarzy.
Christian Abbiati

Oficjalnie najlepszy bramkarz ostatniej dekady, mocny kandydat na najlepszego bramkarza wszech czasów. Golkiper kompletny – jego fenomenalnych interwencji nawet nie próbuję zliczyć.
Michał Pol, redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego”

Dla Juventusu okazał się inwestycją na lata – szalenie kosztowną, ale pod każdym względem opłacalną. Charyzmatyczny także poza boiskiem – z jego zdaniem  każdy się liczy. Oczywiście nie jest bez wad i słabości – dobrze,  że supermani też je mają.
Tomasz Lipiński, NC+

Wstęp

Byłem w Parmie, gdy debiutował w Serie A – Nevio Scala wystawił go w podstawowym składzie na mecz z Milanem. Choć dopiero zaczynał swoją karierę piłkarską, bynajmniej nie okazywał strachu. Byłem w zasypanej śniegiem Moskwie, gdzie nikt, nawet on, nie chciał być, kiedy to debiutował w drużynie narodowej Włoch. Byłem w Turynie, gdy po raz pierwszy miał na sobie koszulkę bianconerich i zastanawiał się, czy podjął właściwą decyzję. Byłem w Udine, gdy wygrał swoje pierwsze scudetto i na naszych oczach pisał swoją nową historię. Byłem w Manchesterze, gdzie przegrał finał Ligi Mistrzów. Widziałem żal, jaki pozostał w nim do dziś, lecz który teraz chce przekuć w zwycięstwo. Byłem w Berlinie, kiedy „wierny druh Canna” oddawał w jego ręce Puchar Świata.

Byłem we wszystkich tych miejscach, byłem tam dla niego. Historię Buffona mogłoby opisać wielu, może nawet lepiej ode mnie. Piękno tej książki – z mojego dość egoistycznego punktu widzenia – to jednak fakt, że narodziła się z przyjaźni i jeszcze bardziej ją wzmocniła. W tym wypadku to nie jajko (książka) było pierwsze, lecz kura (przyjaźń) – wszystko działo się zgodnie z prawami Matki Natury, która przecież nigdy się nie myli.

Na stronach tej autobiografii najlepszy bramkarz świata – jeden z czterech czy pięciu, którzy zapiszą się na zawsze w historii piłki nożnej – pisze swoją własną powieść. Są tu daty, chociaż nie zawsze. Są imiona – te z kolei za każdym razem. Oprócz nich wspomnienia, obrazy. Ludzkie oblicze mistrza, który wiele wygrał, ale też popełnił dużo błędów, a dzisiaj wie, jak poradzić sobie w każdej, nawet trudnej sytuacji. Znalazło się też miejsce na garść statystyk, książka nie jest jednak żadnym almanachem sportowym. Kto wie, może nawet pomyliliśmy się przy którejś z dat. Cóż, najwyżej ci najbardziej skrupulatni i nadgorliwi dziennikarze będą mieli swoje pięć minut. Poza tym podczas długiej rozmowy, w trakcie której nadawaliśmy tej książce kształt, nie zabrakło innych spraw ogromnej wagi: spaghetti carbonara w wykonaniu Angelino, karczochów według przepisu Giudice, towarzystwa Aleny, Silvano i – przede wszystkim – małego Louisa Thomasa, uważnie wsłuchującego się w opowieści taty, który przez całe to popołudnie trzymał go w ramionach.

Nie lubię długich wstępów, więc na tym skończę. Chcę podkreślić, że opisałem historię osoby, której życzę jak najlepiej. Jedynego grającego jeszcze piłkarza, którego mogę nazwać swoim przyjacielem. Jedynym, z którym poszedłbym na kolację – po pierwsze ze względu na wyborne towarzystwo, po drugie zaś dlatego, że z pewnością zabrałby mnie do wyśmienitej restauracji.

Roberto Perrone

Prolog

Marilyn nie miała racji

Są w życiu chwile, gdy tęsknota za normalnością jest ogromna, kiedy szuka się jej niczym mitycznego kwiatu paproci. Wszystko, co miałeś do tej pory, jakby niknie w oczach, wessane nagle w czarną dziurę duszy. Bywają momenty, gdy pewne zdania, do których do tej pory podchodziłeś z dystansem, stają się boleśnie prawdziwe i nie jesteś w stanie się od nich uwolnić.

Czułem się tak przez dobre sześć miesięcy, od grudnia 2003 roku do maja, a właściwie czerwca 2004 roku.

Wpadłem w depresję i byłem pod opieką psychologa. Nigdy nie zrozumiałem, dlaczego to wszystko stało się akurat wtedy, dlaczego nie wcześniej albo później. Może właśnie wkraczałem w dorosłość, mimo że przecież już od trzynastu lat mieszkałem sam, bez rodziny, a moja kariera rozwijała się dość dynamicznie. Daleko od domu, z moją drużyną, Juventusem. W tamtym okresie nie szło nam zbyt dobrze. Jak to się mówi? Rok przemian. Ale przecież to nie może wyjaśniać wszystkiego.

Co się ze mną działo? Cóż, sprawa była prosta: nie byłem zadowolony ze swojego życia ani z piłki nożnej – mojej pracy. Były to skomplikowane miesiące, z którymi trudno było sobie poradzić. Osobie o wysokiej samoocenie i woli walki, zdolnej odnaleźć w sobie energię, aby każdą sytuację obrócić na swoją korzyść, trudniej jest znaleźć punkt zaczepienia, by się podnieść.

Na treningach dosłownie nic mi nie wychodziło. Byłem wystraszony, bałem się nawet mistrzostw Europy w Portugalii, które miały być zwieńczeniem tamtego sezonu. Nie znałem wcześniej tego uczucia. Trzęsły mi się nogi i nieustannie przeszywało mnie złe samopoczucie.

Przez miesiąc czułem się, jakbym postradał zmysły. Nie zrobiłem, co prawda, nic strasznego czy nierozważnego, ale czułem, jakby moja głowa nie należała już do mnie, ale do kogoś innego, tak jakbym cały czas był gdzie indziej.

Na szczęście, mimo że zwykłem liczyć przede wszystkim na samego siebie, nie wstydziłem się otworzyć przed innymi. Rozmawiałem o tym ze wszystkimi. Przede wszystkim z moją rodziną, władzami Juve i lekarzem klubowym, Riccardo Agricolą. Pomogli mi.

Przez miesiąc byłem pod opieką psychologa, co również bardzo mi się przydało. Na szczęście wyszedłem z tego wszystkiego dość szybko.

Ów dziwny lęk i niepewność znikły w jednej chwili, i to właśnie tam, dokąd tak bałem się jechać – na mistrzostwach Europy w Portugalii, podczas zremisowanego 0:0 meczu Włochy – Dania. Tak, tego okropnego meczu, zapamiętanego przez wszystkich chyba tylko z tego, że Francesco Totti opluł Poulsena, który – o ironio – został później moim kolegą z drużyny.

To uczucie nagłego oswobodzenia było niczym niebo przejaśniające się po burzy. Stałem w rzęsistym deszczu, w końcu jednak stanąłem w pełnym słońcu.

Kiedy po meczu schodziliśmy do szatni, tylko ja się uśmiechałem. Być może któryś z moich kolegów z drużyny pomyślał wtedy: „No i z czego on taki zadowolony?”, nikt jednak nie powiedział do mnie ani słowa.

Dokładnie w tamtej chwili zastanowiłem się nad powiedzeniem, które często wydaje się nam banałem, nad przysłowiem uważanym nieraz za przestarzałe i pozbawione sensu w świecie zbudowanym na innych wartościach i zasadach.

„Pieniądze to nie wszystko”.

Słowa te rozbrzmiewały cały czas w mojej głowie. Nagle zrozumiałem, jak bardzo są prawdziwe. Zdałem sobie sprawę, że w pewnych sytuacjach pieniądze nie mają nic wspólnego z twoim życiem, wartościami ani z tym, czego się nauczyłeś, czego uczysz się każdego dnia i co później możesz przekazać innym.

Marilyn Monroe powiedziała kiedyś: „Lepiej jest płakać w rolls-roysie niż w zatłoczonym tramwaju”. Cóż, nie miała racji. Ten, kto płacze w zatłoczonym tramwaju, zdaje sobie sprawę, że może wyjść, stać się lepszy i zmienić swoje położenie. Włoży w to więcej siły i determinacji i prędzej poradzi sobie z kryzysem, szybciej wysuszy łzy.

Kto zaś płacze na wygodnych siedzeniach rolls-royce’a, jest przekonany, że osiągnął już wszystko, dlatego dużo trudniej będzie mu wyjść z kryzysu. Nie umie nawet wyznaczyć sobie konkretnego celu, by zmienić swoją sytuację. Jeśli sięgasz dna w taki sposób, nie masz już żadnej nadziei.

Tamtego czerwcowego dnia 2004 roku, w szatni stadionu w Guimarães, poczułem w środku niesamowite szczęście.

„Wróciłem”, powiedziałem sam do siebie, podczas gdy koledzy z drużyny patrzyli zdziwieni na moją zadowoloną twarz.

Znów byłem Gigim.

Gigim Buffonem.

Wygrałem

Pertegada blues

„Wygrałem!!!”

Od radosnego okrzyku ściany domu w Pertegadzie aż się zatrzęsły. Pewnie słychać by go było nawet na dole, w rodzinnym sklepie, gdyby tylko był otwarty. Jest jednak niedziela – jedna z tych, kiedy to piłkarski wieczór we włoskich domach zaczynał się (i kończył, ponieważ nie rozgrywano meczów wcześniej ani później, a dzieciom nie pozwalano siedzieć do samego końca Sportowej niedzieli) wraz z programem 90 minuta. Zimą zmrok zapadał wcześnie, ale w Pertegadzie chyba najwcześniej. Tutaj zimy przychodzą szybko i trwają dłużej, niż się spodziewasz – niczym mecz, do którego doliczono dodatkowe minuty.

Jestem w salonie, razem z wujostwem, zagorzałymi kibicami Juventusu, w ręku trzymam kupon Totocalcio1 i jestem szczęśliwy. Mam jakieś cztery czy pięć lat i dzień wcześniej po raz pierwszy obstawiłem wyniki meczów.

„Wygrałem!”, krzyczę po raz kolejny. Ciocia i wujek śmieją się. Nie naśmiewają się ze mnie, ale i tak jest mi głupio. Pocieszają mnie i cierpliwie tłumaczą, że w zakładach Totocalcio liczy się każda kolumna osobno, a nie, tak jak myślałem, obie naraz.

Tamtego dnia nie wygrałem, jednak lata później – jako że obstawiałem wyniki meczów każdego tygodnia, dopóki było mi wolno – udało mi się trafić „dwunastkę”2 wartą milion lirów. Wtedy jednak już nie krzyczałem z radości, nawet nie pamiętam, gdzie byłem. Pamiętam jedynie tę wielką satysfakcję. Nie z powodu pieniędzy, a emocji związanych z poprawnym wytypowaniem wyników. Z powodu gry samej w sobie, jednej z moich największych pasji. Ale to już inna historia. Do opowiedzenia później.

Prawdziwą wygraną jest dla mnie moja rodzina, mój tata Adriano i moja mama Maria Stella. Czasem przyglądam się im z tym samym zdziwieniem i zaciekawieniem co w dzieciństwie, mimo że przecież nie jestem już dzieckiem. Chciałbym za trzydzieści lat wyglądać jak oni, kiedy są razem – chciałbym wtedy patrzeć na kobietę, którą kocham, i chciałbym, by ona odwzajemniała to spojrzenie w taki sam sposób, w jaki mama patrzy dziś na tatę.

On trenował pchnięcie kulą, ona zaś rzut dyskiem. Oboje obracali się w kręgu reprezentacji narodowej w lekkoatletyce. Poznali się w Formii, w Narodowym Centrum Szkoleniowym. Ich pierwsze spotkanie nie należało jednak do najbardziej sympatycznych. Tata miał właśnie wykonać rzut kulą, kiedy obok przeszła mama. „Z drogi!”, krzyknął do niej aroganckim tonem. Jeden rzut, dwa serca. A raczej trzy. Najpierw urodziły się moje siostry, Guendalina (w 1973 roku) i Veronica (w 1975), później zaś ja, w 1978 roku.

Zawsze byłem tym najmniejszym w domu, byłem i wciąż jestem, bo przecież wzrost i wiek w tym wypadku nie mają znaczenia. Tak po prostu jest, i tyle.

Zawsze czułem, że sport mam zapisany w DNA – wychowałem się w rodzinie sportowców, wszyscy z nazwiskiem Buffon nosili koszulkę reprezentacji. Moi najbliżsi najpierw uprawiali sport, potem zaś uczyli go innych. Moje siostry były mistrzyniami w siatkówkę. Rodzice są z wykształcenia nauczycielami wychowania fizycznego. Uczyli w różnych szkołach w Toskanii: w Tirrenii, Pizie, Fucechio. Kiedy się urodziłem, moje siostry chodziły do przedszkola. Ja byłem jednak dużo młodszy, a rodzice nie byli w stanie przez cały czas się mną zajmować. Tata pochodzi z Latisany, w regionie Friuli, gdzie do dziś mieszkają jego krewni.

W ten właśnie sposób znalazłem się u cioci i wujka, którzy mieli możliwość się mną zaopiekować. Aż do rozpoczęcia szkoły podstawowej moje życie upływało w rytmie pór roku: zimy spędzałem w Pertegadzie, małym miasteczku, u wujostwa, lata zaś w domu.

Stale rozpieszczał mnie wujek Gianni, ciocia Maria (ci od słynnego kuponu bukmacherskiego) oraz babcia Lina. Byłem najmłodszym z wnuków, obcy w tym miejscu. Zwróciliście może kiedyś na to uwagę? Urokiem małych miasteczek i społeczności jest to, że ten, kto z nich nie pochodzi, staje się rozpoznawalny i jest uważnie obserwowany, a jeśli w końcu zostaje zaakceptowany, traktują go nawet lepiej niż tych, którzy mieszkają tam od zawsze.

Czasem zastanawiam się, czy inni też tak mają – czy dla innych życie również jest jedną wielką grą relacji i sygnałów. To właśnie tam, w Pertegadzie, między jedną zaspą śnieżną a drugą, pierwszy raz grałem w piłkę. Gdy debiutowałem w reprezentacji Włoch, patrząc na śnieg na byłym stadionie Lenina w Moskwie, powiedziałem sam do siebie: „Niemożliwe, tutaj też?”.

Poranki w Pertegadzie spędzałem w rodzinnym spożywczaku razem z moją drugą ciotką, Aldiną. Ten sklep był dla mnie niczym magiczny świat. Biegałem między półkami, po korytarzach pełnych rzeczy do jedzenia. Właśnie, jedzenia…

Zawsze uwielbiałem jeść. Najbardziej lubiłem kanapki z mortadelą, pochłaniałem je z prędkością światła. Poza tym kartony pełne Haribo – te z lukrecją, żelki, cukierki. Przeszczęśliwy pławiłem się w tych pysznościach. Moje małe podróże po sklepie były sposobem na to, by nie być dla bliskich zbyt dużym ciężarem. Uczyłem się samodzielności i do dziś jest to moją nieodłączną cechą.

Sklep mieścił się na parterze, nad nim zaś znajdowało się mieszkanie podzielone na dwie części – jedna z nich należała do Gianniego i Marii, druga zaś do Aldiny. Był tam wielki piec, na którym po powrocie z dworu i szaleństwach na śniegu można było wysuszyć przemoczone ubranie. U cioci Aldiny oglądałem filmy z Budem Spencerem. Przygotowywała mi wtedy makaron z sosem oraz zuf – rodzaj zupy na bazie polenty3.

Ponieważ na dworze bywało bardzo zimno, ciepły posiłek był niezwykle ważną sprawą. Bez problemu znoszę niskie temperatury – czasem myślę, że to właśnie dzieciństwo mnie zahartowało – ale mimo tego nie przepadam za taką aurą. Pamiętam, jak któregoś dnia po obiedzie ciocia Maria nie pozwoliła mi wrócić na dwór, na śnieg – w ciągu dnia zdążyła przebrać mnie aż siedem razy. A ja wychodziłem, by rzucać śnieżkami, bawić się w śniegu z kolegami i grać w piłkę.

Dzisiaj rzadko kiedy ubieram się ciepło, nawet w zimowe dni, ale gdy mieszkasz w miejscu z takim klimatem, łatwo uczysz się doceniać i lubić ciepło. Bez wątpienia piec w domu wujostwa był ważnym elementem mojego dzieciństwa.

Podobnie te wszystkie szalone pory dnia. Może dlatego dzisiaj mam w zwyczaju jeść o każdej porze oprócz tej właściwej, obiadowej. W Pertegadzie wstawaliśmy o godzinie 5.00, obiad jedliśmy o 11.30, a kolację o 17.30. Wpół do dziewiątej wieczorem piliśmy rumianek, a pół godziny później kładliśmy się spać. Czułem się tam jednak jak w domu. Bardzo przywiązałem się do samego miejsca oraz do osób, które tam przebywały.

Przywiązanie to było na tyle silne, że któregoś razu sprawiłem swojej mamie wielką przykrość. Może nawet jedną z największych, które kiedykolwiek jej wyrządziłem. Wydarzyło się to podczas jednej z uroczystości rodzinnych w Carrarze, gdzie spotkaliśmy się z okazji jakiegoś święta. Przed pójściem do łóżka zrobiłem straszną scenę: chciałem spać z ciocią i wujkiem, a nie z moimi rodzicami. Mamie zrobiło się wtedy bardzo przykro. Nawet dzisiaj czasem mi to opowiada i patrzy na mnie, kręcąc głową.

Pertegada stała się miejscem moich korzeni, najsilniejszych doświadczeń. Wciąż przewija się we wspomnieniach. Tam na przykład zacząłem kolekcjonować karty Panini z wizerunkami piłkarzy. W 1983 roku dostałem w prezencie swój pierwszy album. Przeglądając go dzisiaj, wciąż jestem podekscytowany. Otwieram opakowanie, wyjmuję z niego dwie karty z piłkarzami Ascoli – Anzivino i Nicolinim – i znowu czuję się jak dziecko. Nigdy nie przestałem ich kolekcjonować. Od 1961 roku brakuje mi zaledwie dwóch albumów.

W Pertegadzie dostałem też swoją pierwszą piłkę, prezent od wujka. Chodziłem z nią na boisko, pięćset metrów od domu. Była to jedna ze słynnych wówczas piłek „supertele”. Nie dało się jej opanować, latała, gdzie tylko chciała. Z kolei mój tata kupował mi tylko piłki z gąbki, te do kupienia na stacjach benzynowych. Zupełnie mi się nie podobały. Chodziłem grać w piłkę z kolegami starszymi ode mnie, byłem ich maskotką.

Na wakacje wracałem do Carrary. W dzieciństwie lato było dla mnie równie magiczne, co zima. Obie te pory roku miały ten sam smak życia, które otwiera się przed tobą, kiedy chcesz spróbować wszystkiego. Moim ulubionym miejscem było – i zresztą nadal jest – kąpielisko Bagni Unione 1920. Cały dzień na plaży, razem z siostrami, kuzynkami i ich chłopakami. Dla nich też byłem maskotką. Czasem bawili się ze mną wręcz jak z jakąś świnką morską.

Mieli swoją ulubioną rozrywkę: wiązali mi ręce za plecami, po czym musiałem pokonywać przeszkody, robiąc koziołki. Ile razy obiłem sobie kości! Dzięki temu jednak przezwyciężyłem strach przed rzucaniem się na ziemię, nawet gdy nie ma śniegu, który amortyzuje upadek.

W końcu jednak przyszedł wrzesień, a ja nie wróciłem już do Pertegady. Miałem sześć lat – przyszedł czas na to, by pójść do szkoły.

Właśnie otwierały się przede mną pierwsze wielkie drzwi w moim życiu.

[1] Włoskie zakłady sportowe, popularne od 1946 roku (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] W latach 1950–2003 w zakładach Totocalcio obstawiano wyniki trzynastu meczów; „dwunastka” oznaczała dwanaście poprawnie wytypowanych rezultatów.

[3] Polenta jest włoską potrawą ludową sporządzaną na ogół z mąki kukurydzianej, niekiedy z różnymi dodatkami (np. serem, sosem pomidorowym). Zuf to polenta z dodatkiem dyni. Konsystencją przypomina purée.

Tytuł oryginału

Gigi Buffon. Numero 1

© 2008 RCS Libri S.p.A., Milan

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2014

Copyright © for the translation by Aleksandra Paukszta and Marcin Nowomiejski 2014

Copyright © for the afterword by Bartłomiej Olek 2014

Redakcja i korekta – Kamil Misiek / Editor.net.pl

Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Front cover photograph © Aldo Fallai

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2014

ISBN EPUB 978-83-7924-160-6

ISBN MOBI 978-83-7924-161-3

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wstęp

Prolog – Marilyn nie miała racji

Wygrałem

Ławka i poprzeczka

Skazani na Shawshank

Ultras w ramonesce

Debiuty

Kamienie milowe

Z Moskwy do Turynu

Wisienka na torcie

Juventus „przed”

Mroczne historie

Stadion Olimpijski w Berlinie

Juventus „po”

Alena

Epilog

Posłowie

Rankingi

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Gigi Buffon. Numer 1 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila