Szczęście za progiem

Szczęście za progiem

Autorzy: Manula Kalicka

Wydawnictwo: Szara Godzina

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 240

cena od: 24.90 zł

Warszawa wydaje się wyjątkowo nieprzyjazna, gdy nie ma się ani pieniędzy, ani znajomych. Gosia, energiczna dwudziestolatka, która przyjechała do metropolii, by zacząć od nowa, wierzy, że właśnie tu odniesie sukces i odmieni życie.

Kolejne mieszkania, kolejni pracodawcy, marzenia o księciu. Ten się w końcu znajduje. Gosia z Kopciuszka przemienia się w księżniczkę. Czy jednak tylko o to jej chodziło?

Szczęście za progiem to dynamiczna, pełna optymizmu i humoru powieść, która stała się już bestsellerem.

* * *

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Szara Godzina s.c.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© Edyta Pawlowska|Depositphotos.com

© Danussa|Vectorstock.com

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Zespół

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Jakiekolwiek podobieństwo do wydarzeń lub postaci autentycznych jest zupełnie przypadkowe.

Wydanie II, poprawione, Katowice 2014 (na podstawie wydania Prószyński i S-ka SA 2005)

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © by Manula Kalicka

© Szara Godzina s.c., 2014

ISBN 978-83-64312-36-6

* * *

Rodzina, rodzina nie cieszy gdy jest,

lecz kiedy jej nie ma, samotnyś jak pies.

Jeremi Przybora

* * *

Książkę tę dedykuję całej mojej niezwykłej i trzymającej się razem rodzinie, ach rodzinie, która od lat co roku w maju spotyka się na Górce Zgody niedaleko naszego Jagniątkowa, co zwie się Lubanią. A szczególnie cioci Oli i wujkowi Michałowi z wdzięcznością za przyjaźń i pomoc w opałach, w które nieraz wpadam.

Dobrze, że jesteście.

* * *

Prolog

Gosia

Duża czarna mucha rozpaczliwie próbowała wydostać się z kałuży rozlanego piwa. Siedziałam na zapleczu sklepiku Grzebałkiewiczowej. Sączyłam piwo i obserwowałam jej beznadziejne wysiłki.

No cóż, zawsze to jakaś akcja.

Przy sąsiednim stoliku drzemał stary Borowczyk. Poza nim widać było tylko brudnego kundla, który szwendał się po okolicy w nadziei — nieuzasadnionej, że dam mu coś do żarcia.

Piłam piwo powoli, tak by wystarczyło na jak najdłużej. Tu była cisza i spokój. Gdybym nie miała tych dwóch złotych na browar, mogłabym pójść do jednej z moich koleżanek: Jadźki albo Tereski. Tam też piłabym browar albo ciepłą wódeczkę i gadałybyśmy o byle czym. Dwoje albo troje dzieci darłoby się, zakłócając nam konwersację. Jadzia przylałaby szmatą, żeby się zamknęły. Tereska próbowałaby je przekrzyczeć. Mąż Tereski, Darek, spałby pijany za przepierzeniem, a mąż Jagi, Olek, oglądałby na wideo film zrobiony w Hongkongu, na którym w zasadzie widać tylko majtające nogi i facetów o martwych twarzach, naparzających innych facetów o martwych twarzach. Wykrzykiwałby przy tym:

— Widzicie?! Ale mu, kurna, dowalił! Ja cię kręcę!!! Widzicie?! Ale daje!!!

Z Tereską obejrzałybyśmy telenowelę pod tytułem „Maria Estrella wychodzi za mąż”.

U Jadźki nie było na to szans.

Zdecydowanie wariant z Tereską był lepszy. No, chyba że Darek by się obudził.

Patrzyłam na muchę i chciało mi się wyć. Było gorąco, było duszno, nic nie miało sensu.

Mucha znowu wpadła do kałuży, a już prawie się wyczołgała. Miałam dosyć. Nie wiem, jak do tej pory to wytrzymywałam. Ani minuty dłużej. Koniec. Mam dość. Wymiękam.

Tereska chodziła ze mną do odzieżówki; w ciążę zaszła w trzeciej klasie.

I skończyła na niej edukację. Z małą zresztą szkodą, zarówno dla siebie, jak i przemysłu odzieżowego. Jadźka dostała nawet świadectwo z czerwonym paskiem i co? To samo. Wiecznie naprany mąż i bachory. Ja ocalałam. Nie wpadłam, miałam więcej szczęścia niż rozumu. Kandydaci na chłopaków trafiali mi się raczej tacy niżej podłogi. Nie chciałam ani ich, ani życia, które mi mogli zaoferować. Kiedy patrzyłam na moje dwie kumpele i moją matkę, wiedziałam, że scenariusze lubią się powtarzać.

W domu troje rodzeństwa rozrabiało gorzej niż bachory Jadźki czy Tereski, a pijany ojczym bynajmniej nie spał. Spojrzałam na zegarek. W tej chwili pewnie gra w karty z kolegami. Kończą właśnie szóste wino. A może już siódme. Mniejsza o to. Jak wrócę, jeśli wrócę, pewnie już padnie. A może nie. No, ta niepewność dodaje życiu uroku. Będę spała na przygórku albo w stodole. Zawsze jakieś urozmaicenie.

Takich facetek jak ja było w naszej wsi kilkanaście. Wszystkie po odzieżówce, która wciąż produkuje kolejne roczniki popapranych panienek.

No bo jedyny zakład odzieżowy splajtował lat temu cztery. Ja się już nie załapałam do roboty. Miałam natomiast rzecz u nas rzadką, a mianowicie maturę. Nie wiem, co mnie podkusiło. Z mojego rocznika zdawało ją dziesięć najambitniejszych. Wszystkie zdałyśmy i teraz każda ma sobie czym tyłek podetrzeć. Albo powiesić na ścianie. Maturę, nie tyłek. Bo roboty nie ma — ani u nas w Jagniątkowie, ani w sąsiednim Pleszewie. Żyjemy tylko siłą rozpędu. To mama wyrwie jakiś zasiłek, to dzieciaki sprzedadzą grzyby albo śliwki przy drodze. Czasem ojczym coś da, jeśli załapie się na jakąś robotę. Ogólnie mówiąc, kaszana.

A ja już nie mogę wracać do tego smrodu, brudu i ubóstwa. Ja padam, spadam, ja wymiękam. Mnie tu już nie ma.

Patrzyłam na muchę, która nie ustawała w swoich wysiłkach, i kombinowałam, jak dać nogę i gdzie. Żadnej rodziny, żadnych znajomych, żadnych pieniędzy. Zapłaciłam za piwo i zostało mi pięćdziesiąt groszy. Mała fortuna, jednym słowem. Można z tym ruszać na podbój świata.

To się nazywa, zdaje się, pat. Ani w tę, ani we w tę. Patrzyłam w stolik, patrzyłam na Borowczyka, patrzyłam na muchę. Żadnego pomysłu. Pies się położył i spał w pełnym słońcu.

Może powinnam… co ja powinnam? Co ja mogę, nic nie mogę.

Może dać sobie spokój.

Nie, zdecydowanie nie.

Na ryneczek zajechał autobus, słońce grzało, piwo się kończyło. Z autobusu wysiadło kilka znajomych osób i wszystkie się szybko rozpierzchły.

Nie przyjedzie raczej tym autobusem rycerz w lśniącej zbroi. To by było najlepsze i najprostsze, ale coś mi mówiło, że nie ma co na to liczyć. Cuda się zdarzają. Może. Ale nie u nas, w Jagniątkowie.

Proszę, zostanę poetką. Wiejską. Spróbujmy. Zaraz…

Szara droga w Jagniątkowie

Ona tobie wszystko powie

Czy Snopczyna już zaczyna

Czy chłopina już rozpina

Szara droga w Jagniątkowie

Ona tobie wszystko powie

Jak kochała Iza mała

Jak dawała i płakała

Szara droga w Jagniątkowie

O sukcesie nie opowie

Poezja pierwszej wody. Ja chyba mam talent. Może dorobię do tego muzykę i będzie przebój disco polo. Kasa murowana. No, to jest myśl. Tak, świetna, tylko że nie mam za grosz słuchu.

Samą poezją człowiek nie wyżyje. Co ja, do cholery, mogę albo powinnam zrobić?

Pieprzy mi się w głowie od tego upału i piwa. Co słychać u muchy? Znowu na dnie. Świetnie, przynajmniej nie ja jedna.

— Jest nas dwie, słyszysz, mucho?

Żeby stąd zwiać, potrzebna jest choć mała kasa. Skąd ją wziąć? Oto jest pytanie. Jak z Szekspira, nieomal. O ile czegoś nie mylę, to napisał jeszcze, że z niczego może być tylko nic.

No, zostawmy literaturę. Przygnębiająca jest. Skąd się bierze szmalec, czyli kesz? Od mamy nie ma co liczyć, kumpele gołe i bose. Który to dziś. Piąty. Czy ja czasem nie mam farta? Dzisiaj babcia bierze emeryturę. Jeśli wujek Tomek nie będzie pierwszy, to może mi coś kapnie. Ruszyłam z kopyta, ale po chwili wróciłam do stolika. Wyciągnęłam muchę. Trzeba dać jej szansę. To myślenie magiczne… Może to pomoże? Ja musze, a Bóg mnie?

To był mój dobry dzień. Tomeczek zapił i nie dotarł. Byłam pierwsza. Babcia dała mi kasę bez słowa, tylko ją poprosiłam. Potem wmusiła we mnie ohydną grochówkę. Na ten upał! Nie spytała, po co mi taka kasa. Czułam, że powinnam jej powiedzieć, że wyjeżdżam. Myślałam, że się zmartwi, a tu babcia mnie zaskoczyła.

— Dawno powinnaś to zrobić.

Ogłupiałam. Popatrzyłam na jej pochylone plecy, na siwą głowę, na uważne oczy. Moja babcia mi mówi takie rzeczy, nigdy bym się nie spodziewała.

— Tak myślisz, babciu?

— Jakżeby inaczej, dziecko. Przecie tutaj to aby się zmarnujesz. — Pomyślała chwilkę. Zniknęła na przygórku i dołożyła mi jeszcze dwie stówki. Hojna ta babcia. Zaczęłam się mizdrzyć, że to za dużo, że babci na życie nie starczy, a babcia na to: — Bierz, kiedy dają, bo do niczego w życiu nie dojdziesz.

Spytałam, czy nie ma jakiejś torby albo walizki, rzeczy w coś muszę spakować.

— A mam — powiedziała babcia i wręczyła mi walizkę. Tekturową.

— To jest tekturowe! Babciu!!!

— A tak. A jaką byś chciała? Twój świętej pamięci ojciec poszedł z nią do wojska. Nie podoba ci się?

— No… jest fajna. Strasznie dziękuję, babciu.

Nie ma to jak tradycje rodzinne.

Wzięłam walizkę i pomaszerowałam do domu. Na pożegnanie babcia mi przykazała, bym pisała czasem. Powiedziałam:

— Jasne, babciu!

W domu, jak zwykle, zastałam piekło. Ojczym wyzywał Adasia od nierobów. Na mój widok wrzasnął:

— O! Drugi nierób przyszedł.

Zmilczałam. Odwróciłam wzrok od jego napuchniętej twarzy i gatek trzeciej świeżości. Nie lubiłam na niego patrzeć. Ściskając walizkę, poszłam na przygórek. Zaczęłam się pakować. Mam parę niezłych ciuchów. Sama sobie uszyłam. Przynajmniej taki pożytek był z tej całej krawieckiej szkoły. Jedyny chyba. Nie mam dużo rzeczy, ale nie mogłam się zdecydować, co wziąć. Wszystko, wydawało mi się ważne i potrzebne. Szła jesień, wzięłam więc parę grubszych ciuchów, kilka kosmetyków, które mam. Zabrałam z łazienki szampon, mydło i pastę do zębów. Jeśli chcę do czegoś dojść, muszę nie mieć skrupułów. Powiedzmy sobie to jasno. Nie mogę też być brudna i śmierdzieć, bo kto mi da robotę. Zeszłam na dół i wywołałam mamę na podwórko. Uderzając nogą o zardzewiałą bronę, odkąd pamiętam, zalegała pod stodołą, powiedziałam:

— Mamo, wyjeżdżam!

Mama spojrzała na mnie zestrachanym wzrokiem i wytarła nerwowo ręce o kraj sukienki.

— Gdzie wyjeżdżasz, córeczko?

Rany boskie. Gdzie ja wyjeżdżam? Przyładowałam mocniej bronie, i: — Do Warszawy — powiedziałam ambitnie. Bardzo ambitnie, sam bilet autobusowy zeżre mi dużą część gotówki.

— Co ty tam będziesz robiła? Zginiesz bez żadnego oparcia.

— Nic się nie bój, dam sobie świetnie radę! — zakrzyknęłam z wielkim przekonaniem, choć go w ogóle nie miałam.

— Może ci dać jakieś pieniądze? — zapytała trwożliwie mama.

— Nie, dzi… ękuję, babcia mnie wspomogła. — Mama odetchnęła z ulgą.

— Kiedy jedziesz? — spytała.

— Za pół godziny odchodzi autobus do Pleszewa, a stamtąd pojadę do Warszawy.

— Tak szybko? — zatroskała się zupełnie nieoczekiwanie.

— Nie ma na co czekać, dość z tym zwlekałam — powiedziałam energicznie.

W gruncie rzeczy bałam się, że jak zaraz nie pojadę, to w ogóle już nigdy nie pojadę. Stchórzę. Bo się bałam. Bardzo.

— Poczekaj, zapakuję ci coś do jedzenia. — Mama podreptała do kuchni.

A ja poszłam na przygórek, złapałam walizkę, wrzuciłam do niej prawie nowy sweter Jarka. Trudno, będzie musiał się bez niego obejść. Zabrałam też ostatnią powieść Amandy Quick, którą wczoraj wypożyczyłam z biblioteki. Nie mogłam z niej zrezygnować. Może im odeślę. Kiedyś.

Tak ruszyłam z Jagniątkowa w świat.

Marcel

Słońce, piekące słońce prześwietlało liście. Tworzyło plamy, półcienie, świetliste punkty na nagim ciele. Chłonąłem wzrokiem rysunek długich nóg, wzgórki wysoko osadzonych pośladków, leciutki zarys żeber, wystające zabawnie łopatki i długą jak u Buszmenki szyję. Oczy miała zamknięte, a rzęsy jak śmieszne pajączki opadały na policzek z przyklejonymi drobinami piasku. Była doskonała. Jak dzieło sztuki, jak natura. Nawet wystające kolana, zbyt może prostokątne, dodawały jej wdzięku. Robiła wrażenie czegoś nazbyt długiego, kruchego, niezwykłego. Uśmiechnęła się leciutko i uchyliła powieki. Spojrzała na mnie tym nieprzeniknionym spojrzeniem z lekka kpiącej Mona Lizy. Usta wygięły się w niedbałym półuśmiechu. Poprzeczna kreska, mięsień właściwie lekko zadrgał, i zamknęła znowu oczy, i zanurkowała w sen. Była niezwykła, zupełnie niezwykła. Długa i smukła, niewinna i wiecznie zadziwiona, a przy tym mądra mądrością starą jak świat. Obserwowałem to nagie ciało z zadowoleniem sytego posiadacza, faceta, któremu się trafiła wygrana w życiu czy na loterii, gościa, który się po prostu załapał, i powolutku położyłem rękę na jej pośladku. Drgnęła, ale nie otworzyła oczu. Z tą ręką, ręką posiadacza, rozluźniłem się i zamknąłem oczy, spokojny i pewny, że tu, teraz, nie zniknie. Jest moja.

Gorące powietrze, ledwie poruszane lekką bryzą znad morza, wywoływało senność. Na granicy jawy i snu pamięć przywoływała jakieś bezsensowne obrazy, majaki. Słyszałem niedokończone zdania, antycypowałem jakieś zdarzenia, widziałem nieznane miejsca świata, a wszystko to niepokojące i falujące jak morze, jak maszyna w pełnym pędzie, jakiś walec, który się do ciebie zbliża i wiesz, że spotkanie z nim jest nieuchronne, że nie uciekniesz.

Spieczone usta i palący strach. Krzyk, którego nie mogłem wydobyć z zamulonej kamiennej krtani, przemienił się w charkot, rzężenie, spazm. Z trudem złapałem oddech i obudziłem się, nie wiedząc, gdzie jestem, co jest jawą, a co snem. Nieprzytomny, otumaniony, usiadłem na piasku, usiłując nieporadnie poskładać siebie i rzeczywistość. Spojrzałem na piasek, na matę rozłożoną na drewnianym szczebelkowym stelażu, i w jednym błysku przypomnienia uświadomiłem sobie, że jestem sam. Miejsce obok było puste.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Koniec i początek Dziewczyna z kabaretu Kulminacje Tutto bene Szczęście za progiem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

A ja żem jej powiedziała Opowiadania bizarne Amy i Isabelle Homo deus Biała chryzantema Jankeski fajter