Życie w micie

Życie w micie

Autorzy: Wojciech Eichelberger

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 4.68 zł

Ta książka jest niczym podróż - pokonując jej 14 eta­pów, z których każdy jest rozdziałem książki, poznasz 14 mitów współczesnego świata.

 

Świata, który znalazł się właśnie na krawędzi kryzysu?

 

Dzięki tej książce zrozumiesz, że współczesne mity - wbrew temu, co wmawiają nam specjaliści od marketingu - nie są drogą do szczę­ścia. Jeśli szukasz drogowskazów - nie ulegaj tym, które są fałszy­we i prowadzą na życiowe manowce. Dlatego warto się tym mitom przyjrzeć.

 

Zastanów się między innymi, czy naprawdę wszystko, co dla Ciebie ważne, można kupić za pieniądze? Czy najważniejsze jest to, by zaj­mować się sobą lub mieć modną pasję? Czy kobiety są już w pełni wyemancypowane, a mężczyźni całkiem do niczego? Czy możemy być tym, kim tylko zechcemy?

 

Nie sztuką jest jednak odrzucić wykreowane przez współczesną kul­turę mity. Sztuką jest żyć tak, by doświadczyć tego, co nazwano w tej książce "żywą treścią".

 

Jak to osiągnąć? Jak nauczyć się odmawiać konsumpcyjnej mitologii? Jak uwierzyć w to, że każdy z nas ma wszystko, co jest niezbędne do osiągnięcia szczęścia? W tej książce znajdziesz opowieści osób, które doświadczyły "życia w micie" oraz wskazówki, które pomogą Ci wytyczyć swoją własną drogę do udanego, pełnego sensu życia.

 

Wojciech Eichelberger

 

psycholog i psychoterapeuta, współtwórca pierwszych ośrodków psychoterapii w Polsce. Prowadzi Instytut Psychoimmunologii (IPSI) w Warszawie. Autor i współautor wielu bestsellerowych książek, m.in. Męskie pół świata, Jak wychować szczęśliwe dzieci (Wydawnictwo Zwierciadło), uświadamiających czytelnikom istotne źródła ich życiowych problemów i wskazujących drogę do ich przekraczania.

Beata Pawłowicz

pisarka, poetka, dziennikarka. Autorka książki Dekalog szczęścia. Jak się nie dać udawanej radości, ale też nie wpaść w czarną rozpacz (Wydawnictwo Zwierciadło) oraz trzech tomików wierszy (Self, Nad duszność wyjść rzeczy, Planeta). Związana z magazynem Zwierciadło.

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa

tel. 22 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@zwierciadlo.pl

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2013

Text © copyright by Wojciech Eichelberger, Beata Pawłowicz 2013

REDAKCJA: Elżbieta Morawska

REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała

KOREKTA: Elżbieta i Wojciech Górnasiowie / Redaktornia.com

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Natalia Baranowska / manukastudio.pl

ILUSTRACJE: © C.J. Burton/Corbis/FotoChannels

ISBN: 978-83-63014-86-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Zapraszamy w podróż

Żebrak i maszyna

czyli mit niezależności za pieniądze

„Jak ja tego nie zrobię, to zrobi ktoś inny”

Polubić głodne tygrysy

czyli mit zajmowania się sobą

„Nie powiem, ile temu facetowi płacę”

Targowisko niewolnic

czyli mit emancypacji kobiet

„Mogłam trafić gorzej”

Cicha przystań dla serca

czyli mit modnej pasji

„Ludzie nie mówią nic ciekawego”

Mitologia evergreen

czyli mit wiecznej młodości i zdrowia

„Czekam, kiedy zacznie się batalia o zdrową żywność”

Spotykasz zawsze tylko siebie

czyli mit mężczyzn, którzy są do niczego!

„Byłam słaba i zagubiona”

Sezam bez odwrotu

czyli mit, że wszystko, co ważne, można kupić

„Ten moment, kiedy wkładasz do koszyka”

Przedszkolaki w ubraniach dorosłych

czyli mit stawiania na Wewnętrzne Dziecko

„Kocham modne gadżety”

Mały misio z erekcją i bogini spragniona przemocy

czyli mit seksualnego wyzwolenia kobiet

„Jeśli nie miłość, to luksus”

Buława mistrza zen

czyli mit o tym, że można być, kim się chce

„Moja maska ma twoje imię!”

Samotność na bogato

czyli mit o byciu singlem jako drodze do spełnionego życia

„Przestrzeń publiczna a drinki w samotności”

Chodzi o szacunek

czyli mit politycznej poprawności

„Nie byłam jedną z nich”

Problem Kopciuszka

czyli mit szczęścia na wyciągnięcie ręki

„Tylko jasna strona życia”

Wszystko będzie dobrze

czyli mit zaklinania rzeczywistości

„Nie musimy zbawiać świata w jeden sposób”

Skarb bohatera

Bibliografia

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Zapraszamy w podróż

Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że ta książka to pokład statku kosmicznego, a Ty jesteś wyjątkowym podróżnikiem. Gdy uruchomisz silniki, wyruszysz w drogę, by wytyczyć nowy gwiezdny szlak i odnaleźć skarb, którego każdy z nas poszukuje. Aby wykonać to zadanie, musisz przemierzyć galaktyki poglądów, które tylko pozornie wydają się przyjazne, minąć gwiazdozbiory przekonań, które wabią udawaną ludzką twarzą. Nie wolno Ci dać się zwieść rojom meteorów, które mamią obietnicą wskazania prawidłowego kursu. Do celu dotrzesz, jeśli zignorujesz fałszywe drogowskazy – gwiazdy świecące odbitym blaskiem – a będziesz się kierował tymi prawdziwymi! Nie wszystko, co napotkasz w tej podróży, będzie takie, jakie się wydaje. Nie wolno dać się oszukać i zboczyć ze szlaku! W podróży, którą są kartki tej książki, napotkasz wiele niebezpieczeństw. Pomożemy Ci rozpoznać i ominąć czternaście fałszywych gwiazd, planet i rojów meteorów, które mogą zaprowadzić na kosmiczne pokuszenie, na kosmiczne manowce.

Nazwaliśmy je mitami współczesnej kultury, bo to właśnie mity od zawsze tłumaczyły ludziom świat i rzeczywistość, wskazywały, co w życiu ważne, i podpowiadały, jak to zdobyć1. Mity mają bowiem niezwykłą moc: zmieniają obowiązujące w jakichś czasach ideologie, zasady ekonomii i światopoglądy w coś, co zdaje się wynikać z samej natury i istoty człowieczeństwa. Dlaczego tak się dzieje? Odczuwamy wielką potrzebę mitologizowania rzeczywistości i samych siebie po to właśnie, by zyskać bezsprzeczną pewność: jak żyć, jak myśleć, w co wierzyć, a nawet czego pragnąć czy lękać się i czego unikać. Potrzebujemy mitów.

Człowiek współczesny – mimo całej swojej wiedzy i sceptycyzmu wobec tego, czego nie może dotknąć (jak smartfona), zważyć (jak torbę z laptopem) albo zjeść (jak batonik) – podobnie jak jego przodkowie, nie potrafi żyć w poczuciu braku sensu. Szuka więc mitów, co samo w sobie nie jest niczym złym, gdyż to także mity torowały nam drogę ku nowemu i lepszemu światu, wspierały nas w naszych poszukiwaniach. O takich mitach opowiemy, a nawet sięgniemy do jednego z nich nieco później.

Dziś jednak tę naszą skłonność do nadawania sensu życiu i szukania najlepszej drogi wykorzystują specjaliści od marketingu, public relations, politycy i ekonomiści, a nawet naukowcy i kapłani. Dzięki ich staraniom żyjemy z głową wypełnioną medialnym szumem i łatwo wmówić nam, że wystarczy kupować i konsumować podsuwane przez nich produkty i idee, by trafić do krainy wiecznej szczęśliwości, do Konsumpcyjnego Raju. Dzięki ich staraniom odczuwamy coraz to nowe, sztuczne potrzeby, a nowe produkty (jak na przykład dezodorant, który uwodzi anioły) czy idee (wiara w nieomylnego boga wolnego rynku) trafiają w porządek mitów i są przedstawiane jako odwieczne. W stworzonym przez specjalistów od budzenia naszych apetytów Konsumpcyjnym Raju wszystko jest idealne i nie podlega upływowi czasu. A my, jeśli tylko tam trafimy, tacy właśnie mamy się stać: piękni, sławni, kochani, bogaci i wiecznie młodzi. Równi bogom konsumpcji. Wystarczy tylko kupować, jeść i mieć! To wydaje się tak łatwe do zdobycia i tak kuszące, że świat kreowany przez media staje się tym, o którym marzymy, otwierając oczy o poranku i zamykając je przed snem. Ale taki świat nie istnieje i dlatego sami nie wiemy, czego pragniemy ani za czym gonimy. Tym bardziej więc odczuwamy potrzebę mitologizowania, bo ona pozwala nam ustalić: co powinniśmy czuć, czego pragnąć i za czym gonić, a nawet czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie.

Chcemy więc mitów, bo dają nam złudzenie bezpieczeństwa i ładu, a na dodatek zwalniają nas z obowiązku czujności i odpowiedzialności za nasze wybory, cele i decyzje. Mity pozwalają zaniechać działań, które mogłyby sprawić, że zobaczylibyśmy, jak naprawdę rzeczy się mają. Chętnie i ofiarnie współtworzymy więc baśniową rzeczywistość, słuchając podpowiedzi, jaka to ona ma być.

Wygląda jednak na to, że nadeszły trudne, lecz zarazem wyzwalające czasy kryzysu, gdy wiele z naszych ulubionych mitów upadnie i z konieczności zostanie poddanych rewizji na naszych oczach. Ale czy to źle? Może w tym nadzieja na znalezienie własnej drogi, prawdziwych skarbów?

Zacznijmy od przyjrzenia się mitom, które dziś szczególnie nachalnie narzucają nam sposób widzenia świata i naszej w nim roli. Warto odróżnić je od tych, które leżą u podstaw naszej kultury, są jej krwiobiegiem, jak mit będący kanwą wszystkich opowieści, czyli podróż bohatera. Opowiada on o człowieku, który opuszcza swój dom, swoją wioskę, by odnaleźć skarb, a gdy pokona już przeciwności losu, wraca, wzbogacając życie wszystkich mieszkańców, sam zaś zyskuje miłość.

Wyobraźmy więc sobie, że ta książka to kolejna podróż bohatera/bohaterki, że Ty nim/nią jesteś. Wyrusz zatem w podróż, by rozprawić się ze współczesnymi mitami, ich twórcami i strażnikami. Podczas tej podróży spotkasz innych wędrowców i sprzymierzeńców, którzy pomogą Ci uniknąć niebezpieczeństw i odnaleźć skarb. Poznasz również tych, którzy z mitami współczesnymi walczą i wytyczają nowe szlaki. A także tych, którzy mitom współczesnym ulegli nieświadomie lub świadomie – nie dostrzegając innej drogi. Jeśli, Drogi Czytelniku, dotrzesz do celu i wrócisz, zdobyte przez Ciebie wiedza, refleksje, doświadczenia i przeżyte emocje wzbogacą nas wszystkich.

Beata Pawłowicz, Wojciech Eichelberger

Zob. Rolanda Barthes’a Mitologie (tłum. Adam Dziadek, Aletheia, Warszawa 2008) oraz Mit i znak (tłum. Jan Błoński, piw, Warszawa 1970). [wróć]

Rozdział I

Żebrak i maszyna

czyli mit niezależności za pieniądze

Im więcej mamy pieniędzy, tym bardziej jesteśmy niezależni, wolni, autonomiczni. Liczy się też nowoczesna technologia, którą możemy się posługiwać dzięki pieniądzom – zarobionym lub pożyczonym w banku. Dla pieniędzy wielu z nas zrobi więc dużo, a nawet wszystko. Wierzymy bowiem, że w ten sposób zyskamy to, co w życiu najważniejsze.

Czy tak jest? Czy kierując się przekonaniem, że pieniądze dają nam wolność, osiągamy to, o czym marzymy? Czy to tylko jeden ze współczesnych mitów, które kierują nas na złą drogę? A jeśli tak, to w jaki sposób mit o wolności za pieniądze, zależnej od technologii, wpływa na nasze życie i jak go rozwiać?

Beata Pawłowicz: Skromne, spokojne życie mało kogo dziś pociąga. Podobnie jak ważna społecznie praca, ale za niską pensję – na przykład nauczanie. Czy staliśmy się tak strasznie pazerni? Czy może chodzi o jakieś nasze przekonania?

Wojciech Eichelberger: To skutek działania jednego z mitów współczesności, który skutecznie narzuca nam sposób widzenia świata i naszej misji na tym świecie. Mit brzmi: „Im więcej pieniędzy i rzeczy będziesz posiadał, tym bardziej będziesz czuł się wolny i spełniony”.

Wygląda jednak na to, że dla mitu stałego gospodarczego wzrostu i rozwijającej się w nieskończoność konsumpcji – która ma nas wszystkich uszczęśliwić – nadeszły ciężkie czasy.

Problemy świata stały się tak trudne, a przyszłość tak niepewna, że powszechne przekonanie o wolnym rynku wolnych ludzi i niezawodnym państwie, które nas nigdy nie opuści w potrzebie, gwałtownie traci zdolność uwodzenia ludzkich umysłów i sumień. Kryzys ekonomiczny sprawi zapewne, że kilka naszych ulubionych mitów upadnie lub rozwieje się na naszych oczach.

Kłopot w tym, że wielu tak bardzo uwierzyło w mit konsumpcyjnego szczęścia i wolności, że stał się on sensem naszej indywidualnej i zbiorowej egzystencji. Dlatego jest mało prawdopodobne, że jako zbiorowość będziemy umieli rozpoznać i przyjąć z wdzięcznością wyzwalające wichry zmian, nawet gdyby niosły nadzieję na spokojne, spełnione, skromne życie w zgodzie ze sobą.

Mówisz o kryzysie ekonomicznym w Europie, o rosnącym bezrobociu wśród młodych ludzi, które także w Polsce sięga już według różnych badań 20–30 procent?

Również o tym. Dlatego trzeba rozmawiać o mitach współczesności. Czym one są? Skąd się biorą? Jak nie dać się im uśpić? Jak żyć w dzisiejszym, ponowoczesnym, płynnym świecie, gdy wszystko, w co dotychczas wierzyliśmy, co dawało nam oparcie i poczucie bezpieczeństwa, na naszych oczach rozpada się i przemija?

Na początek dobrze wiedzieć, że niezbędnym warunkiem istnienia i przetrwania postkapitalistycznej gospodarki – i cywilizacji, którą ukształtowała – jest nieustanne instalowanie w naszych umysłach nowych, sztucznych potrzeb, skłaniających nas do kupowania coraz większej ilości rzeczy i usług, a tym samym do coraz cięższej pracy. Nad umiejętnym wzbudzaniem naszych potrzeb konsumpcyjnych pracują sztaby naukowców, marketingowców, PR-owców, polityków i speców od gospodarki. A my – skoro godzimy się na taki sposób życia – aby zachować poczucie sensu i godności, wierzymy lub dobrze udajemy, że wierzymy, w mit konsumpcyjnej, ekonomicznej niezależności i szczęśliwości.

Ba! Wierzymy w istnienie Konsumpcyjnego Raju, gdzie mamy być wiecznie młodzi, piękni, bogaci, modnie ubrani i szalenie seksi!

Wyścig ku stale oddalającemu się horyzontowi konsumpcyjnego szczęścia trwa i przyspiesza z każdą chwilą. Mężczyźni coraz częściej wymieniają na nowe wersje swoje samochody, komputery, telewizory, komórki, zegarki, różne sprzęty i gadżety. Kobiety podobnie – plus: AGD, kosmetyki, modne ciuchy i zabiegi upiększające. Dzieje się tak, bo daliśmy sobie wmówić, że im większe robimy zakupy, im więcej zarabiamy i im więcej wydajemy, tym bardziej jesteśmy wolni.

No tak, ale jeśli mamy pieniądze, to naprawdę możemy realizować swoje plany i marzenia.

Zgoda. Pod warunkiem jednak, że nie zabraknie nam rozsądku, umiaru i kierunku. Wolnością nie są przecież bezmyślne, kompulsywne zakupy, czyli wydawanie zarobionych ciężką pracą pieniędzy, a potem pracowanie jeszcze więcej, by móc jeszcze więcej wydać i utrzymać na chodzie to, co wcześniej kupiliśmy. Wtedy już na nic więcej nie wystarcza nam czasu ani sił. Robi się smutno i groźnie.

Ale czy można tego uniknąć? Jak to zrobić, żeby nie wpaść w spiralę narastających wydatków i coraz cięższej pracy? Przecież inni będą te nowe modne rzeczy mieli, a my nie, i to nie będzie dla nas miłe.

Proces odzyskiwania i budowania autonomii powinien zmierzać dokładnie w odwrotnym kierunku. Wstępny kurs to nauka wybierania z rynkowej oferty tego, co jest naprawdę niezbędne, pozbywanie się nadmiaru rzeczy i udogodnień. Ćwiczenie się w mówieniu sobie: „Tego nie potrzebuję, to, co mam, mi wystarcza”. Prawdziwe drogowskazy wskazujące drogę do Krainy Autonomii to umiar, realizm i stanie na własnych nogach. Im mniej zewnętrznego wsparcia potrzebujemy do naszego fizycznego, ekonomicznego, emocjonalnego i społecznego przetrwania, tym bardziej jesteśmy autonomiczni, niezależni, decydujący o sobie.

Będę może nudna, ale jeszcze raz powiem, że jednak możliwość decydowania o sobie zależy od pieniędzy. Gdy je mamy, łatwiej powiedzieć: „Dziękuję, nie zgadzam się na to, idę gdzie indziej”. To dzięki pieniądzom możemy jeździć wygodnym i bezpiecznym samochodem i odwiedzać najpiękniejsze miejsca na Ziemi.

Specjaliści od marketingu wiedzą, że w opakowaniu „wolność/autonomia” niemal wszystko dobrze się sprzeda. Któż by nie chciał być wolny? Dążenie do wolności i autonomii to podstawowa potrzeba i cel każdej osoby. Potrzebujemy stać się osobą, czyli kimś osobnym, autonomicznym. W brzuchu matki, związani z nią pępowiną, doświadczamy całkowitej zależności. By choć trochę zacząć żyć na własną rękę, musimy wygramolić się z matczynego brzucha, a potem uwolnić się od pępowiny i łożyska. Poród jest pierwszą bramą na drodze do autonomii. Potem – by ruszyć dalej – walczymy o to, by opanować niezrozumiałe, nieposłuszne ciało, znosimy cierpienia wzrostu i rozwoju. Aż wreszcie po roku starań możemy się w końcu nieporadnie, ale samodzielnie przemieszczać w przestrzeni i, co równie ważne – gryźć i żuć. To kolejny wielki krok ku wolności. Stajemy się samochodem.

Gryzienie krokiem do niezależności?

Tak, bo pozwala nam samodzielnie się nakarmić. Znaleźć, ugryźć, przeżuć. Zaczynamy więc być zdolni do samodzielnego przeżycia. Nasze pierwsze ulubione słowa to wyznaczające granice naszej autonomii: „nie” i podkreślające naszą samodzielność: „sam”, „sama”. Przez następne dwadzieścia lat nabieramy wiedzy, sił i doświadczenia, by uzyskać emocjonalną, społeczną i finansową autonomię pozwalającą uwolnić się od rodziców. To nie jest łatwe, zwłaszcza ostatnio, kiedy tylu młodych ludzi nie może znaleźć pracy. Niestety wielu spośród tych, którzy pracę znajdą i mogliby uzyskać rzeczywistą autonomię, popada w zadłużenie i inne uwikłania sprawiające, że natychmiast tracą świeżo wywalczoną wolność. Chcemy jak najszybciej być jeszcze bardziej autonomiczni. Samochodzenie nam nie wystarcza. Chcemy mieć samochód, na który możemy liczyć i który otworzy przed nami świat. A także własne terytorium, czyli swój dom – najlepiej z ogrodem. To zrozumiałe. Trzeba więc bardzo uważać, by za wolność konsumpcyjną nie płacić wolnością-autonomią. Czyż nie czujemy się bardziej wolni wtedy, gdy nie będąc nikomu nic winni, poruszamy się na własnych nogach, niesiemy plecak, który bez trudu możemy unieść, i śpimy choćby w namiocie, ale własnym, niż wtedy, gdy z ogromnym ciężarem długu na barkach jedziemy pięknym, ale należącym do banku samochodem i mieszkamy w pięknym, ale należącym do banku domu?

Jasne. Jeśli jednak nie jesteśmy wędrownym poetą, to myślimy, że wolni i niezależni będziemy, mieszkając właśnie w luksusowo wyposażonym domu (nawet na kredyt), i to w wielkiej metropolii!

Autonomia miasta to kolejny współczesny mit. Prędzej czy później nasze instynktowne dążenie do autonomii sprawi, że w mieście nie będziemy się czuć komfortowo. Zaczniemy marzyć o zamieszkaniu na wsi, bo czujemy przez skórę, że miasto nie jest autonomicznym organizmem. Jest całkowicie uzależnione od dostaw energii, od bezawaryjnego i zsynchronizowanego działania wielu systemów i służb. Podobnie jak wówczas, gdy jesteśmy w relacji z ludźmi uzależnionymi i po jakimś czasie odkrywamy, że się od nich współuzależniliśmy – tak samo, żyjąc w mieście, odkrywamy, że uzależnione miasto nas współuzależniło. Jak to się dzieje? Mieszkając w mieście, jesteśmy ustawicznie narażeni na nadmierną stymulację naszych zmysłów i mózgu hałasem i chaosem informacyjnym. Przyzwyczajamy się więc do tego i nawet zaczynamy czuć, że nam ich brakuje. Żyjąc w mieście, uzależniamy się także od pozoru wygody i bezpieczeństwa w tłumie i pośród witryn dobrze zaopatrzonych sklepów.

Ale też w mieście czujemy się wolni i bezpieczni, bo je znamy. Mnie na przykład krowa pasąca się przy wiejskiej drodze przeraża, a pędzące na czerwonym świetle samochody wcale nie.

W końcu jednak i tak potrzeba niezależności zacznie toczyć walkę z uzależnieniem od miasta. Od sprawnego działania coraz bardziej skomplikowanego cywilizacyjnego zaplecza. I od często niewolniczej pracy, by zarobić na energię niezbędną do zasilania tego złożonego systemu. Będziemy poszukiwać środowiska dającego większe szanse na autonomiczne życie i przeżycie. Ideałem stanie się tradycyjne gospodarstwo rolne. Bo tylko ono może trwać bez dostaw prądu, paliw i usług. Kuchnia z fajerkami, wiatrak, studnia z kołowrotkiem, kury, krowa, ogródek, pole, sad, las… Nic więcej nie potrzeba. Tam są przecież nasze wspólne korzenie.

Ideałem wolnego, autonomicznego istnienia są dziko żyjące zwierzęta, które by przeżyć, nie muszą niczego posiadać i nie wymagają żadnej obsługi ani technologii. Często z pogardą myślimy o zwierzętach, podczas gdy nasza ludzka zdolność do przeżycia bez cywilizacyjnego wsparcia jest prawie żadna i ciągle słabnie. Nawet na wsiach zanika umiejętność produkowania i przechowywania żywności, mądrego odżywiania się, domowego leczenia, odróżniania muchomora od prawdziwka czy mięty od pokrzywy. A przecież niezależni jesteśmy wtedy, gdy potrafimy zapobiegać chorobom i sami się leczyć, a więc gdy znamy się na ziołach, grzybach i jagodach. Gdy umiemy zdobyć żywność i wodę, w dowolnych okolicznościach rozpalić ognisko i zorganizować sobie schronienie, a w podróż zabieramy tylko tyle, ile możemy unieść…

Bezdomny wydaje się z tej perspektywy bardziej autonomiczny niż prezes wielkiej korporacji. Cały dobytek ma na skrzypiącym, zardzewiałym wózku, gdy tymczasem majątek prezesa zajmuje dwa tiry, a to i tak nie wszystko, bo jak zabrać dom, działkę czy basen?

Z punktu widzenia zdolności do przetrwania tak właśnie jest. Bezdomny z warszawskich Siekierek może być bardziej niezależny i szczęśliwy niż milioner mieszkający w konstancińskiej rezydencji. W wielkich miastach na opuszczonych działkach, na zapomnianych przykolejowych terenach można spotkać ludzi, których nazywamy nieszczęśnikami i biedakami. Na skrawkach ziemi pielęgnują warzywne grządki, jakąś jabłonkę czy orzech, mieszkają w schronieniach zbudowanych z odzyskanych materiałów, dogrzewają się kozą zasilaną rozbiórkowym drewnem i chrustem. Z pewnością nie martwią się rachunkami za energię i spłatą kredytów. Choć na ogół nie doceniają tego, jak bardzo są autonomiczni, i zazdroszczą jadącym w luksusowych samochodach zadłużonym korporacyjnym najemnikom.

To pocieszające dla tych, którzy z trudem wiążą koniec z końcem i nie mają szans na kredyt albo nie mogą znaleźć pracy, chodząc po tych luksusowych biurach w ciuchach z lumpeksu i w tanich chińskich butach z bazaru.

Najbardziej autonomicznymi ludźmi, jakich spotkałem w życiu, są afrykańscy Buszmeni. Już w pierwszej godzinie obcowania z nimi zrozumiałem, ile nieuzasadnionej pychy i zakłamania jest w naszym nacechowanym wyższością i współczuciem stosunku do ludzi potrafiących żyć i cieszących się życiem bez jakiegokolwiek cywilizacyjnego wsparcia. O dziwo, Buszmeni nie zazdroszczą nam niczego i bronią swojej autonomii, odmawiając korzystania z czegokolwiek, co mogłoby im ułatwić życie. Patrząc na nich, można zrozumieć, jak niewiele człowiek potrzebuje do życia i do szczęścia. Wystarczy czyste powietrze, przewidywalny klimat – najlepiej jakiś bliżej równika – żyzna ziemia, żywa woda, trochę nieskażonego, naturalnego pożywienia, dużo ruchu. No i jakieś najprostsze okrycie i schronienie. Tylko tyle i aż tyle.

O czystą wodę i powietrze – nie mówiąc już o zdrowym jedzeniu – coraz trudniej. Ale za to czujemy nieodpartą potrzebę posiadania elektronicznych gadżetów, modnych ciuchów i wszelkiego rodzaju ułatwiaczy.

W elegancji, gadżetach i ułatwiaczach nie ma niczego złego – pod warunkiem, że jesteśmy przygotowani na ewentualność obchodzenia się bez nich. Miarą prawdziwej niezależności jest zdolność do przeżycia, gdy zabraknie nam cywilizacyjnych zabawek i udogodnień, gdy będziemy potrafili przeżyć bez sklepów, wyhodować coś do jedzenia, upiec chleb, uszyć spodnie, zrobić sweter, naprawić buty, długo iść, biec, a nawet polować. Postęp technologiczny i powszechna dostępność szybko zużywających się, wymienialnych i zastępowalnych produktów w sposób niezauważalny czyni nas na powrót podobnymi do niemowląt. Tyle że jesteśmy uzależnieni nie od matki, lecz od obsługi i zasilania przez skomplikowany system współczesnej cywilizacji. Dlatego ważną miarą autonomii jest też zdolność do protestu, a nawet buntu przeciwko działaniu systemu wsparcia, który ogranicza naszą wolność. Znamienne, że taką zdolność zachowują na ogół młodzi, którzy jeszcze się nie zadłużyli, lub emeryci, którzy nie mają wiele do stracenia. Dla pozostałych jest to zbyt ryzykowne, bo za bardzo się uzależniliśmy.

Można przecież kupić mniejsze mieszkanie na tańszym Grochowie zamiast drogiego na Żoliborzu. Zachować trochę wolności, by w razie czego móc powiedzieć: „nie, szefie” i ocalić dobre zdanie o sobie, albo nawet zdrowie.

Brakuje pozytywnych, uznanych osobowych wzorców takich życiowych strategii. Ludzie, którzy tak postępują, są powszechnie uznawani za nieudaczników lub dziwaków i marginalizowani. Ich postawa jest bowiem antysystemowa, antykonsumpcyjna. Brakuje żywego mitu prawdziwej autonomii. Za to podpowiada nam się odwrotne recepty na życie. Media karmią nas obrazkami ludzi, którzy żyją na przedmieściach w domkach z przystrzyżonymi trawnikami. Ludzi, którzy rano pływają w swoich basenach albo piją kawę na tarasie luksusowego apartamentu z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Nie wiemy jednak, co się dzieje w tych domach, jak ci ludzie żyją, jakie mają problemy, więc myślimy, że są bezbrzeżnie szczęśliwi, i też tak chcemy.

Doktor Tomasz Olchanowski, badacz kultury, podczas wykładu w Laboratorium Dramatu w Warszawie stwierdził, że Ziemia obiecana Władysława Reymonta to pierwsza opowieść o tym, jak człowiek pracuje na maszyny.

To trafna diagnoza. Przecież pracujemy tak dużo także po to, by dostarczyć naszym telewizorom, komputerom, samochodom, pralkom, suszarkom, zmywarkom i mikserom energii niezbędnej do działania. Jest tego tyle, że zaoszczędzony dzięki nim czas musimy przeznaczyć na dodatkową pracę, by utrzymać je w ruchu. Takie życie sprawia, że trudno nam dostrzec to, co oczywiste. Dopiero kryzys budzi nas ze snu i otwiera nową perspektywę.

Kreujemy mity, bo dają nam złudzenie bezpieczeństwa i ładu, uwalniają od obowiązku czujności i odpowiedzialności, pozwalają nie widzieć, jak się rzeczy naprawdę mają. Nikt nie chce psuć sobie dobrej zabawy – nawet na „Titanicu”.

Zabawa ma przecież trwać wiecznie, a my – być piękni, sławni i bogaci. Jeśli jesteśmy biedni, starzy i nieznani, to znaczy, że również głupi i niezaradni. Czyli: to nasza wina. Bo każdy z nas może zdobyć duże pieniądze, a więc także wolność – i to wolność od wszelkich trosk!

W czasach rodzenia się prawdziwego kapitalizmu nawet pucybut mógł stać się milionerem. Wtedy prawie każdy, kto naprawdę chciał, mógł otworzyć sklep czy inny biznes i funkcjonować na niezłym poziomie tak długo, jak pozostawał w harmonii z potrzebami lokalnej społeczności i dostarczał po rozsądnych cenach to, czego ludzie potrzebowali.

I pan Franek prowadził rodzinny sklepik przy Ząbkowskiej, a pani Danka zakład krawiecki przy Grójeckiej. Jej syn miał ambicje i otworzył fabrykę butów. Znalazł lokal pod Warszawą, miał maszyny i pierwsze zamówienia…

W tamtych czasach ktoś, kto nie podjął wyzwania i nie spróbował, miał prawo się wstydzić i zasługiwał na to, by być zawstydzanym. Teraz, w czasach monopolu i dyktatury korporacji, liczą się tylko wielcy gracze. Nie sposób przebić się do klubu milionerów. Mało tego, nie utrzymamy siebie i rodziny z własnego sklepiku przy Ząbkowskiej czy zakładu krawieckiego przy Grójeckiej. Stopień zaawansowania technologicznego większości produktów jest tak wysoki, że już nic konkurencyjnego nie zmajstrujemy w swoim garażu – tak jak to zrobili twórcy Microsoftu czy Apple’a. Coraz bardziej ograniczone możliwości rozwoju małych rodzinnych biznesów i pracy na swoim w oczywisty sposób redukują szanse na ekonomiczną autonomię obywateli. Sytuacja zaczyna przypominać to, co się działo w komunie, tyle że na totalne zmonopolizowanie rynku mają teraz apetyt globalne korporacje. Marnym pocieszeniem w tej sytuacji jest, że nie musimy się wstydzić braku sukcesu, bo nie zależy od nas w takim stopniu, jak to było w dawnych, dobrych czasach.

Mówisz o minusach. Z drugiej jednak strony nie jesteśmy już zobowiązani poświęcać się dla rodziny czy ojczyzny. Kobiety nie mają dzieci, ale mają karierę. Mężczyźni singlują, by nie mieć na głowie domu. Kultura konsumpcyjna daje nam wszystkim, pierwszy raz w historii, pełne prawo do niezależności, do samorealizacji.

To prawda, tylko trzeba w niezależny, mądry sposób z tych praw i możliwości korzystać. Najważniejsze szlify autonomii emocjonalnej zdobywamy, rozstając się z rodzicami. Nie chodzi oczywiście o to, żeby o nich zapomnieć, lecz o to, by osobą dla nas najważniejszą miał szansę stać się ktoś, z kim mamy nadzieję spędzić życie i ewentualnie mieć dzieci. Ale w niedojrzałym pojmowaniu autonomii związanie się z kimś wydaje się zagrażać niezależności. Chcemy być wolni i w każdej chwili robić to, co się nam podoba. Autonomia pojmowana jako wolność-od, a nie wolność-do, staje się czasami obsesją i uniemożliwia doświadczanie ważnych wymiarów ludzkiej egzystencji. Wtedy wiązanie się z kimś, posiadanie dzieci – a nawet stałej pracy – uznajemy za narzucone nam, niechciane ograniczanie i zniewolenie. To nie jest autonomia. Ideałem autonomii jest sytuacja, w której mamy wszystkie opcje otwarte – czyli wolność wyboru – i wybieramy te, które są w danym momencie w harmonii z okolicznościami naszego życia.

A więc kiedy poczujemy, że się wyszaleliśmy, że już nie chodzi o stawianie na siebie, ale raczej o to, by codziennie rano widzieć nie tylko swoją twarz w lustrze – poszukajmy tej jednej, jedynej osoby, postawmy na miłość, dom, dzieci, a więc na tradycyjne wartości.

Młodość musi się wyszaleć, bo młodzieńcze szaleństwo jest poligonem autonomii. Ale prędzej czy później się reflektujemy: „Jeśli moje życie do końca ma tak wyglądać, to ja dziękuję. Mam też inne potrzeby niż bezpieczeństwo, beztroska i zabawa. Chcę doświadczyć miłości, silnego związku z innym człowiekiem, a może nawet bycia rodzicem. W tej sytuacji wybieram to, czego na tym etapie życia potrzebuję, i rezygnuję ze złudzenia nieograniczonej wolności młodzieńczej”. Gdy zrozumiemy, że nasza wolność wyraża się również w możliwości podjęcia dobrowolnej decyzji o ograniczeniu tej wolności i o wzięciu współodpowiedzialności za los innych i za losy wspólne, stajemy się jeszcze bardziej wolni i autonomiczni. Dobrze jest odróżniać autonomię i niezależność od pozostawania w zaklętym kręgu własnych lęków, niemożności, deficytów i ograniczeń. Jeśli wybierzemy wolność-od, będziemy mogli liczyć tylko na pieniądze i posiadanie, co, jak już wiemy, prowadzi do jeszcze większego zniewolenia.

„Jak ja tego nie zrobię, to zrobi ktoś inny”

Piotr ma czterdzieści lat i zajmuje wysokie stanowisko menedżerskie w korporacji. Ma wygimnastykowane ciało, które z trudem utrzymuje w bezruchu na krześle. Kiedy nie wie, co powiedzieć, uderza zaciśniętą pięścią prawej dłoni we wnętrze lewej. Rozmawiamy w jego domu, popijając zieloną herbatę przy stole, na wprost szklanych drzwi do ogrodu. Uwagę przyciąga trawnik, wystrzyżony tak równo, że wygląda jak ułożony z zielonych paneli. Piotr dba o niego osobiście.

Opowieść Piotra1

Nie rozumiem, o jakich mitach mówisz. Człowiek musi zarabiać, aby żyć, a jak technologia ułatwia mu życie i go na nią stać, to ją kupuje! Dzięki temu ten dom jest świetnie i wygodnie wyposażony. No, przyznam ci się, że trochę jestem gadżeciarzem, ale czy to znaczy, że jestem od kogoś zależny? A niby od kogo ja zależę? Od nikogo! Na wszystko, co mam, zarobiłem sam, tą głową i tymi rękami. Nikt mi nic nie dał. Rodzice? Oni by mi jeszcze zabrali, jakby mogli. Oczywiście, że człowiek jest zależny od roboty, no ale jak inaczej? Musi mieć środki, żeby zapewnić przyszłość dzieciom. No tak, to też prawda, że w miarę jedzenia rośnie apetyt!

Kim się czuję? Jestem korporatem i będę korporatem. Jestem człowiekiem wychowanym przez korporacje. Nie wyobrażam sobie, że zakładam własną firmę. Nie mam pomysłu, głowy do tych zusów, podatków. W korporatach co miesiąc wpływa spora sumka na twoje konto – jasne, że w zamian wiele wymagają, ale ja też staram się firmie za to odpłacić, jak się czegoś podejmuję, to zrobię od początku do końca.

To prawda, kilka lat temu stało się tak, że zaczęło mnie swędzieć całe ciało, zaczęła mnie boleć noga, ręce mi się trzęsły i miałem problem z nabraniem oddechu… Największy błąd popełniłem, sprawdzając w necie, co może oznaczać „świąd”. Wyskoczyła mi cała lista chorób, wybrałem: ziarnica złośliwa. I się zaczęło! Obmacywanie węzłów chłonnych! Wciąż sprawdzałem: czy mi się nie powiększyły, czy może są dziś większe, niż były wczoraj? Sprawdzałem też i ćwiczyłem to badanie na dzieciach i żonie. Trudno było pewnie wtedy ze mną wytrzymać. A na wakacjach jeszcze się nasilało. Całe ciało mnie bolało… Po powrocie prosto z lotniska pojechaliśmy do lekarza. Myślałem, że mam zawał. Serce tak mi biło, że koszulka podnosiła się na piersi. Trafiłem wtedy wreszcie na lekarza, który podszedł do mnie jak do faceta, a nie jak do psychola: „Będziemy po kolei wykluczać te wszystkie choroby, które pan podejrzewa…”. Chodziłem do niego raz w tygodniu przez rok. Bardzo mi pomógł…

Kiedy to się zaczęło, kiedy zaczął się ten świąd? Jak awansowałem. Starałem się sprostać oczekiwaniom, a nie były małe. Pracowałem dla jednego z największych koncernów na świecie! Co by się stało, gdyby coś poszło nie tak? Nie lubię głupich rozmów z przełożonymi: „Spieprzyłeś to!”. Mam odwagę, żeby sam pójść i powiedzieć, że naprawię błąd. Ale to nie praca była wtedy moim największym problemem. Był nim mój szef, zupełny burak, który mnie nie znosił! Taki prostak granatem od pługa oderwany. To on ode mnie powinien się uczyć biznesu, a nie mnie pouczać! Wiedział, że jestem lepszy, i dlatego chciał się mnie pozbyć. Czułem to. Ale nic na mnie nie miał, bo wszystko u mnie szło jak w zegarku. Szukał więc czegoś i w końcu znalazł. Wykorzystał to, że lubię mieć porządek. U mnie leży na biurku karta sprawy, którą aktualnie załatwiam, i nic więcej. Tego samego wymagam od pracowników. Zwłaszcza jak w tym swoim burdelu nie mogą znaleźć tego, co akurat potrzeba. Więc raz podszedłem do biurka jednego gościa i zrzuciłem mu wszystko na podłogę, żeby poukładał. A potem szef mnie wezwał i powiedział, że wtedy temu pracownikowi zginął portfel, że przyszedł mu to powiedzieć. Ja złodziej?! W życiu nawet spinacza z pracy nie wyniosłem, tak jestem wychowany, cudze to cudze, trzeba szanować! Szef mnie oczywiście nie słuchał. Chciał, żeby przyjechała policja korporacyjna, ale tylko tak mnie straszył, bo przecież wiedział, że to zupełna fikcja. Mogłoby to nawet rykoszetem walnąć w niego. Ja to wiedziałem i czekałem, aż odpuści. Odpuścił. Ale smród poszedł i kosztowało mnie to masę stresu. Potem znalazł lepszy sposób – zaproponował mi inne stanowisko. Nie chciałem z siebie robić łacha – i się zwolniłem… Szukałem pracy przez pół roku i to był trudny czas, ale nie żałuję!

Teraz jestem w innej firmie i tym razem staram się nie dać zwariować. Mam fajnego szefa, lubimy ze sobą gadać i ja wszystko mu opowiadam, żeby wiedział co i jak, jak się sprawy mają. Mam też czas na szkolenia biznesowe. Czy mam czas na życie rodzinne? No, na razie nie mam… Ale jak jestem w domu, to się więcej uśmiecham, tak mówi moja żona, i mam cierpliwość do dzieciaków. Przedtem je zaniedbałem: przyjeżdżałem, kiedy już spały, a wyjeżdżałem, jak jeszcze spały. No i odwróciły się ode mnie. Nawet nie pozwalały się przytulić, dotknąć. Ale teraz to odbudowuję: rozmawiam z nimi i są efekty, dzieciaki same do mnie idą, żona nie musi im kazać: „Chodźcie tu przywitać się z tatą”, jak wtedy, gdy wracałem z tamtej pracy…

Znów dużo pracuję, to prawda. Ale to normalne, jak się dopiero zaczyna nowe zadania! A ja teraz odpowiadam za cały region. Znajdę czas dla dzieci i żony, ale jak wszystko w robocie poukładam, jak już będę trzymał moich pracowników za mordę. Ale oczywiście nie mogę tego zagwarantować! Bo przecież to praca!

Ten mój świąd? No, pojawia się, ale rzadziej. Nauczyłem się nie zwracać na niego uwagi, tak mi poradził mój lekarz, i faktycznie wtedy po jakimś czasie przechodzi. Umiem też relaksacyjne oddechy i w samochodzie na światłach często je ćwiczę. Naprawdę pomaga. Mieliśmy szkolenie w firmie, bardzo przydatne… Ale najważniejsze jest dla mnie to, że codziennie ćwiczę na siłowni, to mój sposób na stres. Pozytywnie się męczę. Nikt mi dupy nie zawraca, jestem sam ze sobą, mogę pozbierać myśli, zaplanować działania.

Właściwie nie wiem, skąd się ten świąd bierze. Mówisz: „sumienie”?! Zapomnij o nim w korporatach! Czy jesteś kobietą samotnie wychowującą dziecko, czy facetem przed emeryturą! Tu się nic nie liczy. Sam takich przed emeryturą zwalniałem, mówiłem: „Bądźcie honorowi, sami odejdźcie”. Nie? Więc im pomagałem. Wysyłałem na jakieś zadupie, kazałem robić to co praktykanci… No i się zwalniali… Musiałam tak robić! Szef wydawał mi polecenie. Mówił: „Tak ma być i twoja w tym głowa, żeby tak było”. Jak nie, to wiedziałem, że są inni, którzy zrobią to za mnie bez mrugnięcia okiem i zajmą chętnie też moje stanowisko. No, nie czułem się z tym komfortowo. Człowiek jednak nie może sobie pozwolić na zastanawianie się: czy to, co robi, jest dobre, czy złe? Korporaty to korporaty. Wszyscy kiedyś z nich wylecimy. Każdy powinien to wiedzieć.

No a teraz restrukturyzuję naszą firmę w połowie Europy i guzik mnie obchodzi, czy w jakimś kraju prawo chroni matki do czasu, aż ich dzieci skończą kilka lat, czy tylko do zakończenia urlopu wychowawczego. Stanę na łbie, żeby te kobiety zwolnić. Mam zadanie i je wykonam. One wykorzystują przepisy! Już z prawnikami rozmawiałem. Na szczęście ja tych kobiet nie znam. Staram się też o nich nie myśleć. Jakbym zaczął kombinować: może tę zostawić albo tę, toby mi się cała restrukturyzacja rozjechała! No nie mam wyjścia! Jak ja tego nie zrobię, zrobi ktoś inny, kto zajmie moje miejsce.

Ojciec? Prał mnie sznurem od żelazka. Byłem łobuzem, to prawda. Ale on przesadzał! Potrafił zaprowadzić pod dom wychowawczy i powiedzieć, że mnie tam zostawi. To pewnie ma wpływ na moje życie, tak mówi moja żona, ale nie chcę się w tym grzebać. Ojciec chciał mnie wysłać na studia ekonomiczne, a ja na awf poszedłem. Ale po studiach pomyślałem, że ze sportu nie wyżyję, więc trzeba się na coś ukierunkować. Koledzy z awf ledwo wiążą koniec z końcem. A ze mną byłoby jeszcze gorzej, bo ja nawet nie miałbym cierpliwości, żeby kogoś trenować. Nie potrafię nawet swoich dzieci nauczyć pływać. Irytuję się. Ojciec dzieci nie nauczy, nie ma możliwości! Więc nie żałuję wyboru tej drogi. Ale po sporcie dużo mi zostało: sukces mnie motywuje, nakręca do jeszcze cięższej pracy. Używając terminologii piłkarskiej, ja nogi nie odstawiam, czyli nie odpuszczam. Im trudniej, tym lepiej. Mnie nikt nie złamie…

Imiona niektórych z naszych 14 rozmówców na ich prośbę zostały zmienione. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć SNY, KTÓRE BUDZĄ Życie w micie Jak wychować szczęśliwe dzieci Bajka to życie albo z jakiej jesteś bajki. Historie zmyślone opatrzone pomocnym komentarzem Być lekarzem, być pacjentem. Rozmowy o psychologii relacji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran