Canarinhos

Canarinhos

Autorzy: Dariusz Wołowski

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.78 zł

Wielka uczta dla fanów piłki nożnej! „W Brazylii futbol jest wszędzie. I na północy w Salwadorze, gdzie Afrykę widać w każdym spotkanym Brazylijczyku, i na południu, gdzie z blondynami o niebieskich oczach można pogadać po niemiecku lub po polsku, i na zachodzie, gdzie piłkarze pływają łodziami po rozlewiskach Amazonki, aby rozegrać mecz w lidze Amazonense, bo inaczej niż rzeką nie da się dostać na boisko. Futbol w Brazylii to po prostu piękna historia, którą można za każdym razem inaczej opowiedzieć. Dariusz Wołowski opowiada ją tak, że wciągnie was z butami. Bez względu na to, czy są na nich korki” – Radosław Leniarski

Redakcja

Jacek Świąder

Korekta

Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki, makiety i skład

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Koordynacja projektu

Joanna Cieślewska

Zdjęcia

Corbis/FotoChannels.com, Getty Images/Gallo Images Poland, Shutterstock.com, ullstein bild/flash press/action press/BE&W, AFP/imago/Hyperlink, www.aicfoto.com/imago, sportfotodienst/ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK/Fotoarena/East News; okładka: AFP Photo/Patrick Hertzog/East News, ullstein bild/Sven Simon/BE&W

Fotoedycja

Sylwia Tukendorf

Redaktor naczelny

Paweł Goźliński

Producenci wykonawczy

Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

WYDAWCA

Agora SA

Ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

©2014 Dariusz Wołowski

©2014 Agora SA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2014

ISBN 978-83-268-1615-4 (epub), 978-83-268-1616-1 (mobi)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Futbol jak powietrze

Arthur Friedenreich

Maracanaço

Garrincha

Pele

Socrates, Zico, Falcão

Romario

Ronaldo

Ronaldinho i inni

Marta

Neymar

Królowie Copacabany

Bibliografia

Futbol jak powietrze

Jak pojąć futbolową Brazylię, jak ogarnąć, co się działo i dzieje z piłką w kraju niemal tak wielkim jak Europa i nawet bardziej różnorodnym? Jak zrozumieć fenomen futbolu? Jeszcze zanim wyjechałem w przedmundialową podróż, wiedziałem, że będzie to trudne. I już po kilku dniach w São Paulo i Rio de Janeiro uświadomiłem sobie, że łatwiej zjeść piłkę Adidasa, niż to opisać.

Futbol jest tam wszędzie. I na północy w Salwadorze, skąd widać Afrykę na wyciągnięcie ręki, czyli w każdym spotkanym Brazylijczyku, i na południu, gdzie z blondynami o niebieskich oczach można pogadać po niemiecku lub po polsku, i na zachodzie, gdzie piłkarze pływają łodziami po rozlewiskach Amazonki, aby rozegrać mecz w lidze Amazonense, bo inaczej niż rzeką nie da się dostać na boisko.

Futbol był tam wszędzie od ponad 120 lat – w portach Bangu i Santosu, w zacienionych parkach São Paulo, na plażach Rio.

Był i jest w Brazylijczykach. Można z nimi godzinami rozprawiać o piłce nożnej – wgłębiać się w szczegóły i szczegóły szczegółów – z dobrze opłacanym menedżerem, z pracownikiem socjalnym w fawelach, ze sprzedawczynią kart telefonicznych, z kelnerem, który dodatkowo pokaże między stolikami, jak kiwał Garrincha, kibicem, który ma herb klubu wytatuowany na czole. Na pełną wysokość czoła. Każdy zna inny kawałek historii futbolu i każdy ma własną interpretację zdarzeń.

OK, niektórzy dziwią się, że Leonidas grał bez buta w meczu z Polską na mistrzostwach we Francji w 1938 roku. Pamiętają klęskę Maracanaço z 1950 roku, pamiętają drużynę Pelego z 1970 roku, wiedzą, co chciał ludziom dać Socrates i jego piękna, przegrana drużyna z 1982 roku, wspominają 24 lata smuty, czas bez tytułu mistrza świata, i euforię, gdy wreszcie Romario podnosił Puchar Świata na stadionie w Pasadenie w 1994 roku. Potrafią rozprawiać o postępowaniu komisji śledczej parlamentu po porażce w finale z Francją w 1998 roku.

Ja, przyznam, po pewnym czasie pomyślałem, że futbolową Brazylię można opisać jej klubami, bo każdy z nich dodaje od siebie fragment układanki. Bangu – tam, w portowych przedmieściach Rio, się zaczęło, tam był pierwszy brazylijski mecz w 1894 roku, tam zagrali pierwsi czarnoskórzy zawodnicy, robotnicy tekstylnej fabryki. Santos, gdzie 120 lat temu wylądował ojciec brazylijskiej piłki Szkot Charles Miller ze swoimi dwoma piłkami, skąd na swoje pierwsze mistrzostwa wyjechał do Szwecji siedemnastoletni Pele, skąd teraz wyruszają w świat następni: Robinho, Neymar. Botafogo, arystokratyczny klub Rio, wypieszczony, wymuskany, gdzie wciąż można zapisać się do sekcji wioślarskiej jak wiek temu i – jak dobrze pójdzie – wystartować na igrzyskach w 2016 roku. São Cristovão w Rio, między estakadami, autostradami, magazynami, fabrykami, w sąsiedztwie faweli Mare, gdzie szlifuje się diamenty takie jak Ronaldo, a na ławeczkach siedzą staruszkowie wspominający piłkarzy mistrza lokalnej ligi z 1926 roku. Corinthians, z Socratesem w czasach dyktatury noszącym na koszulce hasło „Democracia Corinthiana”. I­ ­Vasco da Gama – mój ulubiony – naprawdę walczący o prawo udziału w grze czarnych, a nie było to łatwe w kraju, który jako ostatni na świecie zniósł niewolnictwo. Właśnie z trybuny na stadionie Vasco przed jednym z meczów prezydent Getulio Vargas ogłosił wielkie reformy społeczne.

Futbol w Brazylii to po prostu piękna historia, którą można za każdym razem inaczej opowiedzieć, ale zawsze wciągnie, wraz z butami. Na których są korki.

Radosław Leniarski

szef działu sportowego „Gazety Wyborczej”

Arthur Friedenreich

Grając po brazylijsku, czyli afrykańskie korzenie

30 maja 1919 roku but Arthura Friedenreicha zdobił witrynę luksusowego sklepu z biżuterią w centrum Rio de Janeiro. Wielkie, ciężkie, brzydkie bucisko z tamtych lat, z cholewą do kostki, mogłem obejrzeć w muzeum Fluminense w Laranjeiras. W szklanej gablocie obok buta leżał spory młotek, którym do ciężkiej podeszwy przybijano metalowe kołki.

Obuwie piłkarskie tego typu szybko wycofano, bo po starciach z takimi kołkami gracze odnosili rany, które goiły się tygodniami. W muzeum podziwiałem też strój piłkarski z tamtych lat, przypominający bardziej uniform więzienny niż współczesną piłkarską koszulkę.

Wszystkie mecze trzeciej edycji Copa America, czyli mistrzostw Ameryki Południowej, rozegrano w 1919 roku właśnie w tym miejscu – na stadionie Laranjeiras należącym do arystokratycznego klubu Fluminense, gdzie różne dyscypliny sportu uprawiała elita Rio. O określonej porze pito tam herbatę, wstęp mieli tylko ludzie o niebudzącym wątpliwości statusie i pochodzeniu.

Arthur Friedenreich był jednak synem niemieckiego imigranta Oscara i czarnej praczki Mathilde. Podobno przed wejściem na obiekt Fluminense zmuszano go, by wybielał sobie twarz pudrem. Kronikarze z tamtych lat twierdzą, że najwięcej zachodu było z włosami. By nad nimi zapanować, Arthur nakładał na głowę grubą warstwę brylantyny.

Więcej niż Pele

Pomyśleć, że kogoś takiego trzeba było wynieść do rangi bohatera narodowego. Do dziś jedną z sal muzeum w Laranjeiras zdobi niepozorne czarno-białe zdjęcie upamiętniające pierwszy mecz reprezentacji Brazylii w 1914 roku, w którym Anglicy z trzecioligowego Exeter City wybili Arthurowi dwa zęby. Lekarz próbował mu wtedy zatamować krwawienie za pomocą ręcznika.

Muzeum i stary stadion Fluminense to jedno z sanktuariów brazylijskiej piłki. Mimo arystokratycznych pretensji klubu dzieje obiektu splotły się z losem „Mulata o zielonych oczach”. Fluminense kupiło grunty przy Rua Guanabana na początku XX wieku, a w 1905 roku powstała pierwsza trybuna na pięć tysięcy osób. Dziewięć lat później Brazylia rozegrała tam swój pierwszy międzypaństwowy mecz. Po kolejnych pięciu latach, gdy przed Copa America 1919 roku pojemność obiektu wzrosła do 19 tysięcy widzów, pierwszą bramkę na nim strzelił właśnie Friedenreich – w wygranym 6:0 spotkaniu z Chile.

Arthur zdobył w swojej karierze 1329 goli, czyli więcej niż Pele (1283). Królem strzelców mistrzostw stanowych São Paulo był dziewięciokrotnie. Z policzeniem jego bramek jest jednak ogromny kłopot. Do 1918 roku zapisywał je ojciec piłkarza, który przekazał to zadanie koledze z drużyny Mario de Andrade. Ten robił to przez następne 17 lat, ale nie zdążył opublikować swoich zapisków przed śmiercią. Gole Friedenreicha zliczył dziennikarz, a w 1965 roku ich liczbę podano w książce „Giganci brazylijskiej piłki” uznającej Arthura za najlepszego strzelca w historii tamtejszego futbolu. Międzynarodowe Stowarzyszenie Historyków i Statystyków Futbolu ­(IFFHS), organizacja uważana dziś za wiarygodną, zalicza mu jednak 354 gole w 323 oficjalnych meczach rozgrywek stanowych, co i tak daje kosmiczną średnią 1,11 bramki na spotkanie.

Leonidas strzela drugą bramkę polskiemu bramkarzowi Edwardowi Madejskiemu na mistrzostwach świata w meczu pierwszej rundy. 5 czerwca 1938 roku, stadion Meinau w Strasburgu. Leonidas strzelił trzy gole i Brazylia pokonała Polskę 6:5.

Ojciec założyciel

Ile goli zdobył Friedenreich? Zostawmy to historykom. Był jednak pierwszą wielką gwiazdą brazylijskiej piłki. Stał się symbolem tego, co dziś nazwalibyśmy brazylijskim sposobem gry, tak odmiennym od tego, który wymyślili Anglicy. Brazylijski futbol przyszedł na świat z końcem XIX wieku, dokładnie w 1894 roku, kiedy mieszkający w São Paulo Charles Miller, wracając do domu z Wysp, przywiózł do portu Santos dwie piłki, pompkę, strój piłkarski i książkę zawierającą reguły gry. Jego ojciec John, szkocki inżynier, przybył do Brazylii budować linie kolejowe. Charles urodził się w São Paulo w 1874 roku. Kiedy skończył dziewięć lat, wyjechał do szkoły w Wielkiej Brytanii. Tam poznał ukochaną grę kraju swojego ojca. W szkolnej drużynie został bramkostrzelnym środkowym napastnikiem. Grał tak dobrze, że w wieku 17 lat dostał propozycję reprezento-wania londyńskiego Corinthian FC, klubu stworzonego przez piłkarzy z różnych szkół. Wrócił do Brazylii jako dwudziestolatek z dyplomem magistra futbolu. Zaczął pracę na kolei, tak jak ojciec. 14 kwietnia 1895 roku zorganizował pierwszy mecz, w którym zmierzyli się Brytyjczycy z kolei i Brazylijczycy z kompanii gazowej. Drużyna Millera wygrała 4:2.

Choć w coś w rodzaju piłki nożnej próbowano w Brazylii grać już wcześniej, za ojca tamtejszego futbolu uznaje się właśnie Millera. Brał on udział w tworzeniu São Paulo Athletic Club (SPAC) w 1888 roku i współorganizował pierwsze mistrzostwa stanowe w 1902 roku. Został ich zwycięzcą i królem strzelców. Miller grał w piłkę, był sędzią i propagatorem futbolu. Sportu, który podbijał nowy świat. Inny chłopak pochodzący z Wysp, Oscar Cox zaszczepił futbol w Rio de Janeiro. W 1902 roku był współzałożycielem Fluminense i jego pierwszym prezesem.

Murarze i pisarze

Futbol w Brazylii był zrazu grą dla klas wyższych, ale szybko stał się dostępny dla wszystkich. Bogaci grali w klubach, biedni na ulicy. Bogaci piłkami, biedni szmaciankami. Bogaci mieli inne rozrywki, biedni spędzali na kopaniu i żonglowaniu całe dnie. Pierwszym klubem, w którym mogli grać czarni, był Bangu Athletic Club. Powstał przy fabryce tekstylnej na przedmieściach Rio. Ciemnoskórzy pracownicy grali tam w piłkę i kibicowali. Zdjęcia z początku XX wieku dowodzą, że znajdowali sposoby, by oglądać wydarzenia nawet na Laranjeiras, gdzie na mecze Fluminense wpuszczano wyłącznie ludzi z towarzystwa. Robotnicy wspinali się na dachy pobliskich domów.

W 1910 roku do São Paulo przybył Corinthian FC, a szofer, szewc i murarz założyli Corinthians, pierwszy w Brazylii klub robotniczy. W kwietniu 1940 roku prezydent Getulio Vargas otworzył stadion miejski w São Paulo – Pacaembu. To tam przeniósł swą siedzibę Corinthians. Dziś klub opuszcza Pacaembu, by grać na nowym obiekcie zbudowanym na mundial 2014.

Corinthians z São Paulo i Fluminense z Rio de Janeiro to kluby, które z pozoru dzieliło wszystko. Pierwszy robotniczy, drugi arystokratyczny, a jednak oba okazały się bardzo ważne dla brazylijskiego futbolu. Miałem okazję odwiedzić jeden i drugi w marcu 2014 roku. Ich historię i aspiracje można wyczytać z posągów z brązu. Przy wejściu do siedziby Fluminense stoi pomnik słynnego pisarza i dramaturga Nelsona Rodriguesa. Klub jest dumny z tego, iż Rodrigues zaliczał się do jego fanów, bo – jak głosi inskrypcja – to tak samo, jakby jakiemuś klubowi angielskiemu kibicował Szekspir albo rosyjskiemu – Dostojewski.

Bożyszczami stadionu Laranjeiras byli jednak przede wszystkim piłkarze. Muzeum upamiętnia bramkarza Carlosa José Castilho. Kibice Fluminense nazywali go Świętym Castilho – uważano, że nie tylko fenomenalnie broni, wykorzystując swą kocią zwinność, ale też przynosi szczęście drużynie. Zdobył dla niej trzy tytuły mistrza Rio i dwa tytuły najlepszej drużyny w rywalizacji najbardziej piłkarskich stanów Rio i São Paulo. W 1952 roku obronił sześć rzutów karnych. Pięć lat później, gdy już po raz piąty złamał mały palec lewej dłoni, a za dwa tygodnie Fluminense czekał ważny mecz, odmówił leczenia i kazał sobie amputować palec. I oczywiście zdążył na czas wrócić na boisko. W muzeum Fluminense jest jego zdjęcie z odciętym palcem. Zagrał w 697 meczach dla klubu oraz 29 razy dla Brazylii. Był na czterech mundialach (1950, 1954, 1958 i 1962), ale tylko na tym drugim grał w podstawowej jedenastce. Akurat wtedy Brazylia nie zdobyła medalu. Po zakończeniu kariery został trenerem, a 2 lutego 1987 roku odebrał sobie życie. Klub uhonorował go pomnikiem.

Derby

Jednym z najważniejszych wydarzeń w historii brazylijskiej piłki był konflikt we Fluminense w 1911 roku. Razem z kapitanem drużyny postanowiło wtedy opuścić klub kilku innych graczy. Przenieśli się do istniejącego od 1895 roku wioślarskiego klubu Flamengo i założyli tam drużynę piłkarską. Już rok później doszło do pierwszego meczu zwaśnionych klubów z Rio. Dziennikarz Mario Filho (brat Nelsona Rodriguesa) nadał tym derbom słynny przydomek Fla – Flu. Zaciekła rywalizacja trwa do dziś.

W São Paulo najważniejsze są derby Corinthians z Palmeiras. Corinthians mają kibica w osobie Luli, prezydenta Brazylii w latach 2003–2011, który regularnie organizował mecze polityków. Poprzez futbol rządzący od lat pokazywali swoją brazylijskość. W przypadku Luli nie było to jednak obliczone na zdobycie głosów. On po prostu kocha piłkę nożną.

Urodzony w 1945 roku Luiz Inácio Lula da Silva pochodzi z wielodzietnej rodziny robotniczej. Pracował w fabryce od 14. roku życia, angażował się w działalność lewicowych związków zawodowych, co w czasach reżimu wojskowego było bardzo ryzykowne. Organizował strajki, był więziony, współtworzył lewicowe skrzydło Partii Pracujących (Partido dos Trabalhadores). Do tej partii należał też Socrates, gwiazda drużyny, która olśniła świat na mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. Brazylijczycy nigdy nie grali tak pięknie jak wtedy, ale medalu nie zdobyli, przegrywając z pragmatycznymi Włochami bój o półfinał.

Lula był jednym z tych, którzy doprowadzili do ustąpienia wojskowych władz Brazylii, zmiany konstytucji i wprowadzenia powszechnych wyborów prezydenckich. Od 1986 roku zasiadał w parlamencie, a w XXI wieku przez dwie kadencje stał na czele państwa jako prezydent. Nigdy nie wyparł się Corinthians, wiele razy publicznie odwoływał się do ich meczów. Tak jak inni kibice klubu wie, co znaczy cierpliwość i cierpienie. Kiedyś przez 23 lata Corinthians nie zdobyli mistrzostwa stanu São Paulo. Lula wygrał dopiero czwarte wybory prezydenckie, w których startował.

Zawsze pierwszy

Przełomowe dla futbolu w Brazylii było nie tylko dopuszczenie do niego niższych klas społecznych, ale też wszystkich ras. Brazylia sprowadziła największą liczbę niewolników z Afryki – aż trzy i pół miliona, sześć razy więcej niż Stany Zjednoczone. Była krajem, gdzie niewolnictwo obalono najpóźniej, w 1888 roku. Czarni ruszyli do miast w poszukiwaniu lepszego życia i pracy. Tam zetknęli się z grą w piłkę, którą pokochali na zabój.

Wielkie zasługi dla popularyzacji futbolu położył właśnie Arthur Friedenreich, pierwszy Mulat w reprezentacji Brazylii. Mimo niezłej pozycji ojca, Niemca, i zielonych oczu nie miał łatwego losu. Przed meczami robił, co mógł, by nie drażnić widzów afrykańską urodą, zakładał nawet na włosy specjalną siatkę. Zresztą używanie siatek i czapeczek było wtedy wśród piłkarzy powszechne – chodziło też o ochronę głowy przy uderzeniach twardą, sznurowaną piłką. W tamtych latach sędziowie nie zauważali fauli na ciemnoskórych, toteż Arthur musiał mieć bokserską odporność na ciosy. Uników nauczył się na ulicach São Paulo, gdzie żonglując piłką, omijał przejeżdżające samochody.

Friedenreich zagrał w pierwszym meczu reprezentacji Brazylii. Konfederacja futbolowa (CBF) powstała tu dopiero w 1979 roku, a jej poprzedniczką była Brazylijska Konfederacja Sportu (CBD) po długich targach powołana do życia 8 czerwca 1914 roku.

Okazja do gry nadarzyła się miesiąc później, gdy do Rio, wzbudzając sensację wśród miejscowych fanów, przybył angielski Exeter City. Profesjonalny, choć ledwie trzecioligowy klub potraktowano bardzo poważnie. Brazylijczycy powołali do kadry najlepszych graczy z São Paulo i Rio de Janeiro. 21 lipca 1914 roku na boisku klubu Fluminense pięć tysięcy kibiców zobaczyło łatwe zwycięstwo gospodarzy 2:0. To wtedy Friedenreich stracił dwa zęby. 20 września Brazylijczycy zagrali w pełni oficjalny mecz, już nie z klubem, ale z inną reprezentacją – ponieśli porażkę z Argentyną 0:3. W tym spotkaniu także wystąpił Friedenreich.

Jego sława rosła, a sposób gry zaskakiwał. To jego uznaje się za twórcę „młynka”, który dziś do perfekcji doprowadzili Cristiano Ronaldo czy Neymar. Był też podobno pierwszym graczem uderzającym piłkę z niezwykłymi rotacjami, tak jak blisko sto lat później David Beckham.

29 maja 1919 roku Brazylia pokonała 1:0 Urugwaj w Copa America. To był powtórzony finał. Trzy dni wcześniej, także na ­Laranjeiras w Rio de Janeiro (tam rozegrano systemem „każdy z każdym” cały turniej), „Urusi” prowadzili 2:0, ale gospodarzom udało się wyrównać po golach pomocnika Corinthians Manoela Nunesa Neco, który tak jak Arthur Friedenreich zdobył w całym turnieju cztery bramki.

Złotego gola w powtórzonym finale strzelił Friedenreich w 122. minucie. Jak to możliwe? Rozegrano aż dwie dogrywki, stąd batalia przedłużyła się do 150 minut. To do dziś najdłuższy finał w historii Copa America. Właśnie wtedy but Arthura trafił do sklepu z biżuterią przy ulicy Ouvidor z podpisem, że zdobił tak sławną stopę.

Źródełko

But z tamtych czasów można dziś zobaczyć także w São Paulo, w muzeum futbolu znajdującym się przy stadionie Pacaembu. W gablotach przedstawiona jest ewolucja obuwia i piłek na przestrzeni ostatniego stulecia.

Wejście na stadion jest centralnym punktem rozległego i przestronnego placu Charlesa Millera. Byłem tam na meczu Palmeiras z Bragantino w ćwierćfinale mistrzostw São Paulo. Torcida Palmeiras kibicowała w rytm samby wybijany na bębnach, ale też prowadziła osobliwy, zbiorowy dialog z sędzią. Przy stanie 2:0 dla Palmeiras, kiedy awans do półfinału był niezagrożony, kibic siedzący obok mnie tak wkurzył się na arbitra, że zdarł z siebie koszulkę ukochanej drużyny, cisnął nią w stronę boiska i z zaciśniętymi zębami opuścił stadion, mimo iż bilet kosztował 125 reali.

Futbolowa pasja Brazylijczyków jest dziś czymś oczywistym. Jednak w czasach Friedenreicha prasa więcej miejsca poświęcała wyścigom konnym. Coś zaczęło się zmieniać od jego gola i pierwszego zwycięstwa drużyny narodowej w Copa America. Napastnik wcześniej zwany „Mulatem z zielonymi oczami” otrzymał przydomek „Tygrys”. Drugiemu z bohaterów Neco wystawiono pomnik w parku São Jorge nazywanym świętą ziemią Corinthians. Poza nim swojego popiersia w parku doczekał się też Socrates, a także Baltazar, Cláudio, Luizinho, no i sam Święty Jerzy sportretowany w chwili, gdy zabija smoka.

Gdy odwiedziłem park São Jorge i muzeum, Fernando, chłopak z blond dredami do pasa, opowiadał mi z pasją, że Friedenreich i Neco byli przyjaciółmi. Ten drugi wiele razy namawiał Arthura, by przeniósł się do Corinthians – wtedy graliby razem nie tylko w kadrze, ale też w klubie.

Za pierwszym, historycznym stadionem Corinthians wzniesionym w 1928 roku bije źródło Świętego Jerzego (Biquinha), a legenda głosi, że kto napije się z niego wody, na zawsze oddaje swoje serce klubowi. Fani Corinthians przyprowadzają tam swoje dzieci, by piły i przejęły po nich przywiązanie do barw klubowych. Według relacji Fernando w 1929 roku Neco nakłonił Friedenreicha do napicia się ze źródła. Arthur miał wtedy powiedzieć: „Co za głupiec ze mnie, że nie włożyłem nigdy koszulki Corinthians”. Romantyczna historia? Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że usłyszałem ją od trzydziestodwuletniego człowieka, który sam ze źródła pił od dzieciństwa.

Torcida

Wchodząc do pierwszej, zaciemnionej sali muzeum Corinthians, można się wsłuchać w ryk torcidy i ogłuszający rytm samby. Klub szczyci się tym, że 5 grudnia 1976 roku 70 tysięcy fanów wybrało się do odległego o ponad czterysta kilometrów Rio de Janeiro, by na Maracanie obejrzeć mecz z Fluminense w półfinale mistrzostw kraju. Był to najtrudniejszy okres w historii Corinthians, klub nie zdobył żadnego znaczącego trofeum od ponad dwóch dekad. Kiedy w grudniu 2012 roku Corinthians pokonali Chelsea w boju o klubowe mistrzostwo świata w Jokohamie, weteran „The Blues” Frank Lampard powiedział: „Nie wiedziałem nawet, że istnieją fani tacy jak ci”. Do Japonii wybrało się wtedy 35 tysięcy kibiców Corinthians. Niestety, wielu mieszkańcom São Paulo zwolennicy tego klubu kojarzą się też z agresywnością. W 2006 roku trzeba było przerwać mecz Copa Libertadores z River Plate, bo gdy gospodarze stracili trzecią bramkę, tłumy sfrustrowanych fanów wkroczyły na murawę.

Użyłem słowa „torcida”, nie wyjaśniając jego pochodzenia. Aby je poznać, wystarczy wybrać się do siedziby Fluminense. Na początku XX wieku trybuny arystokratycznego klubu z Rio odwiedzały także wytworne damy, a każda z nich błyszczała najmodniejszymi strojami z epoki. W ekstazie wywołanej grą piłkarzy ściągały z dłoni długie rękawiczki i wykręcając je, często niszczyły. A „skręcać” po portugalsku to „torção”. Współczesne grupy fanów zawdzięczają więc swoją nazwę kobietom. Jest w Laranjeiras jeszcze jeden ślad świetnej historii klubu – wytworna sala balowa z witrażami, zdobionymi sufitami oraz wykwintnymi żyrandolami. Jeszcze dziś można by w niej kręcić filmy obyczajowe o Brazylii lat dwudziestych.

Trener strzela

Po turnieju Copa America w 1919 roku Neco wrócił do wyuczonego zawodu architekta, ale wkrótce zwolniono go z pracy. Na boisku radził sobie lepiej, był gwiazdą Copa America w 1922 roku, również rozgrywanego w Rio. Friedenreich z powodu kontuzji wystąpił tylko w dwóch meczach. Tamte mistrzostwa zasłynęły z kontrowersyjnego rozstrzygnięcia poza boiskiem. Zdecydowano, że w finale zagrają Brazylia z Paragwajem, mimo że po zakończeniu rywalizacji w systemie „każdy z każdym” Urugwaj miał tyle samo punktów co te drużyny (pięć). Na taką ewentualność organizatorzy przygotowani nie byli. Podjęto decyzję, że w finale zagra Brazylia, bo nie przegrała z nikim, a jej rywalem będzie Paragwaj, bo wygrał bezpośredni mecz z „Urusami”. 22 października 1922 roku Brazylijczycy pokonali Paragwaj 3:0 (pierwszą bramkę zdobył Neco) i wygrali Copa America po raz drugi.

W tamtych czasach drużyny nie miały jeszcze trenerów. Rządzili nimi najlepsi lub najstarsi piłkarze. W 1919 roku grającym szkoleniowcem i jednocześnie kapitanem Brazylijczyków był Haroldo Domingues z Santosu, który wystawił siebie tylko w pierwszym spotkaniu z Chile. Mimo wysokiego zwycięstwa 6:0 okraszonego swoim golem więcej na boisko już nie wyszedł. Jego miejsce w ataku zajął brat Heitor. W 1922 roku brazylijską drużyną rządził Laís z Fluminense, który wystawiał siebie w każdym meczu.

Turniej w 1919 roku, kiedy Friedenreich z Neco weszli do grona narodowych bohaterów Brazylii, został naznaczony tragedią urugwajskiego bramkarza Peñarolu Roberta Chery’ego, który podczas debiutu z Chile uderzył głową w słupek tak nieszczęśliwie, że dzień po finale zmarł w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. 1 czerwca w Rio rozegrano mecz o puchar jego imienia. Ponieważ załamani Urugwajczycy nie byli w stanie w nim wystąpić, Brazylijczycy zagrali w koszulkach Peñarolu, a Argentyńczycy w koszulkach Urugwaju.

Capoeira

W latach dwudziestych futbol brazylijski dopiero szukał swojej drogi. Friedenreich stał się idolem biednych czarnych chłopców z przedmieść szukających frajdy w kopaniu szmacianej piłki, czasem nawet pomarańczy. Nie było tam miejsca na proste rozwiązania, zgodne ze schematami prostokątnymi, jak w Anglii, ojczyźnie futbolu (kopnij w przód, kopnij w poprzek i biegnij). Drybling, sztuczki z piłką, triki stały ponad strategią gry. Gwiazdy brazylijskiego futbolu instynktownie stosowały rozwiązania z capoeiry, sztuki walki czarnych niewolników. W capoeirze dzięki elementom tańca ataki są płynniejsze i bardziej nieprzewidywalne. Zamiast bloków stosuje się uniki – trochę tak, jak robią to brazylijscy wirtuozi na boisku.

Jednym z podstawowych ruchów w capoeirze jest ginga. W biografii Neymara dziennikarz Joan Tejedor używa tego słowa w innym znaczeniu, pisząc, że ginga obdarza Brazylijczyków wrodzonym talentem koordynacji ruchowej. Dowodzą tego futbol, taniec i muzyka. Ginga oznacza zdolność do przeżywania życia do granic przy zachowaniu pewnej dozy spontaniczności, która nie pozwala brać go zbyt poważnie. Może dlatego tak trudno spotkać na ulicy São Paulo czy Rio de Janeiro smutnego Brazylijczyka?

Capoeira wywodzi się z rytualnych tańców plemion afrykańskich, a także Indian południowoamerykańskich. Tak jak walka odbywa się w rytm muzyki (po rytuale jogo w capoeirze zwykle tańczy się sambę), tak gra w piłkę ociera się o doskonałość, gdy sprzęga się z rytmem tańca. Futbol brazylijski osiąga stan idealny, gdy finezja, szybkość, sprawność i harmonia biorą górę nad siłą fizyczną. Tak było w przypadku Arthura Friedenreicha, choć nie zawsze traktowany był jak narodowy bohater.

Stadion Fluminense w Rio de Janeiro.

Rasizm

Pierwsi czarni gracze na poziomie międzynarodowym byli Urugwajczykami. W 1916 roku po zwycięstwie „Urusów” nad Chile w Copa America Chilijczycy złożyli protest przeciw temu, że rywal ośmielił się „wystawić dwóch Afrykanów”. Zasługi Friedenreicha z 1919 roku, gdy dał Brazylii pierwszy tytuł mistrza Ameryki, też szybko poszły w niepamięć. Przed turniejem w 1921 roku w Buenos Aires prezydent Brazylii Epitácio Pessoa nakazał usunąć z kadry wszystkich czarnych.

Urugwajski pisarz Eduardo Galeano twierdzi, że jeszcze wiele lat później słynny Carlos Alberto, mistrz świata z 1970 roku, przed wyjściem na boisko smarował twarz pyłem ryżowym. Był pierwszym Mulatem we Fluminense, od pyłu ryżowego, którym się smarował, klub otrzymał swój przydomek.

Z rasizmem w futbolu FIFA i UEFA walczą do dziś. I nie tylko one. W kwietniu 2014 roku wybuchła tak zwana akcja bananowa rozpoczęta pełnym ironii gestem Daniego Alvesa. Podczas meczu ligi hiszpańskiej kibic Villarrealu rzucił w brazylijskiego obrońcę Barcelony bananem. Piłkarz podniósł go i ugryzł, co powszechnie uznano za błyskotliwy sposób protestu przeciw rasizmowi. Z bananem sfotografował się Neymar, podpisując zdjęcie na Instagramie: „Wszyscy jesteśmy małpami”. W geście solidarności z Alvesem to samo zrobiło dziesiątki znanych graczy na całym świecie, także w Polsce, w tym Robert Lewandowski.

Brazylijczyk powiedział, że rasiści prześladują go w Hiszpanii od 11 lat, czyli odkąd przybył do Primera Division. – Hiszpanie lansują swój kraj jako światową czołówkę, a są totalnie zacofani – ogłosił. To samo dotyczy Włoch, gdzie zdarzało się, że czarnoskórzy gracze lżeni przez fanów na znak protestu opuszczali boisko. Tak uczynił Mario Balotelli, któremu na trybunach wywieszano transparenty z napisem: „Nie istnieją czarni Włosi”. Z kolei razem z obrażanym Kevinem Prince’em Boatengiem zeszła z pola gry cała drużyna Milanu.

Jeśli rasizmu nie można wykopać z piłki do dziś, to co dopiero sto lat temu. Gdy w półfinale mundialu we Francji w 1938 roku Włochy pokonały Brazylię, prasa rządzonej przez Benito Mussoliniego Italii pisała bez ogródek: „Świętujemy triumf włoskiej inteligencji nad brutalną siłą czarnych”. Tymczasem Brazylijczycy reklamowali wątpliwy rzut karny, który wykorzystał legendarny Giuseppe Meazza. Mecz sędziował Szwajcar Hans Wüthrich, wszyscy arbitrzy we francuskich mistrzostwach byli z Europy.

Czarny Diament

W zespole Brazylii zabrakło największej gwiazdy, Leonidasa da Silvy nazywanego „Czarnym Diamentem”. Trener nie wystawił go po powtórzonym spotkaniu ćwierćfinału z Czechosłowacją, w którym as Brazylii został mocno pokopany. Podobno selekcjoner oszczędzał gwiazdę na finał. Leonidas zagrał jednak tylko o brązowy medal, wbijając dwie bramki Szwedom w wygranym 4:2 meczu. Został królem strzelców turnieju z siedmioma golami, w tym trzema strzelonymi Polakom na inaugurację w strasburskim horrorze zakończonym dogrywką.

Mecz przeszedł do legendy. Tuż po wywalczeniu pierwszego awansu na mundial Polacy zaczęli zabiegać o przeniesienie spotkania z Brazylią z Tuluzy do znajdujących się na północy Francji Strasburga lub Lille, by upalny klimat nie faworyzował graczy z Ameryki Południowej. Organizatorzy przystali na tę prośbę. W Tuluzie zagrali Kubańczycy z Rumunami.

Futbol brazylijski nie był jeszcze potęgą, przynajmniej w oczach kibica z Europy, który znacznie wyżej cenił Argentyńczyków i Urugwajczyków. Gdy ci zrezygnowali z walki o francuskie mistrzostwa, stało się jasne, że honoru kontynentu będą bronić Brazylijczycy. Nigdy wcześniej polscy piłkarze nie grali z drużyną z Ameryki Południowej, co dodawało meczowi w Strasburgu egzotyki. Polacy nie bardzo wiedzieli, czego się spodziewać, w prasie ukazywały się jedynie mizerne przedruki na temat rywali. Po kolejce ligowej 26 maja 1938 roku kadrowicze mieli niezwłocznie stawić się na zgrupowaniu w Wągrowcu pod Poznaniem, gdzie na miejscu PZPN zwrócił im pieniądze za przejazd drugą klasą. Należało zabrać ze sobą „sprzęt sportowy i osobisty na około dwa tygodnie”, jak napisał sekretarz związku Roman Giełda. Kierownikiem zgrupowania był Tadeusz Foryś, „referent szkoleniowy PZPN”, zajęcia prowadził Marian Spoida, a selekcjoner Józef Kałuża dotarł do Wągrowca 28 maja. Treningi trwały sześć dni, po czym trzeba było udać się na pociąg do Strasburga. Skarbnik związku zafundował piłkarzom bilety sypialne, co wywołało zdumienie i radość wyjeżdżających. W ekipie był jeden piłkarz bez klubu – Edward Madejski. Były bramkarz Wisły w 1937 roku ujął się za trenerem posądzonym o sprzedanie meczu i postanowił odejść razem z nim, za co otrzymał roczną dyskwalifikację. To właśnie on miał się zmierzyć z Leonidasem.

Co się stało z butem?

Polacy dotarli na miejsce dwa dni przed meczem, Brazylijczycy następnego dnia, wywołując ogromne zainteresowanie. Polacy zagrali w składzie: Edward Madejski, Władysław Szczepaniak, Antoni Gałecki, Wilhelm Góra, Edward Nyc, Edward Dytko, Ryszard Piec I, Leonard Piątek, Fryderyk Scherfke, Ernest Wilimowski, Gerard Wodarz. Przed wyjściem na boisko odwiedził ich w szatni brazylijski ambasador. Na trybunach Stade de la Meinau było 15 tysięcy widzów. Po golu Leonidasa Wilimowski wywalczył karnego, którego wykorzystał specjalista w tej dziedzinie Scherfke. Polacy twierdzili, że nie bali się Brazylijczyków, a jednak w pierwszej połowie rywal miał ogromną przewagę popartą golami Romeu i Peracio.

Podczas przerwy przegrywający 1:3 Polacy nie poszli do szatni. Usiedli na trawie, słuchając uwag Kałuży, a na ich głowy zaczął kapać letni deszcz. Zbawienie. Na śliskim, grząskim boisku Brazylijczycy czuli się fatalnie, nie mieli nawet odpowiednich butów. W 53. minucie Wilimowski ogrywa całą defensywę rywali i zdobywa gola, a sześć minut później wyrównuje. Kiedy Brazylia znów wychodzi na prowadzenie po strzale Peracio, Polak odpowiada swoim trzecim golem w 89. minucie. Konieczna jest dogrywka.

Powstało wiele legend związanych z grą Leonidasa na bosaka. Niektóre źródła mówią, że ulewa tak przemoczyła mu buty, że zdjął je, rzucił poza boisko i strzelił piątego gola dla Brazylii bosą stopą. Wiadomo jednak, że FIFA zabrania gry bez butów – jeszcze w 1950 roku z udziału w mistrzostwach w Brazylii zrezygnowała drużyna Indii, która koniecznie chciała grać boso. Według innych źródeł but Leonidasa spadł podczas strzału na polską bramkę, choć i to chyba była nieprawda. Tadeusz Foryś opowiadał, że Brazylijczyk zdjął buty zły na siebie lub kolegów i cisnął nimi w trawę, ale sędzia natychmiast kazał mu je założyć z powrotem. Sam ­Leonidas wspominał wiele lat później, że buty mu się na deszczu rozkleiły.

Wilimowski kontra Leonidas

Kuriozum była szósta bramka dla Brazylii, ta, która odebrała Polakom szansę na sprawienie sensacji. Piłkę od bramki miał wybijać Gałecki, bo on robił to najlepiej, tymczasem w paradę wszedł mu kapitan Szczepaniak. Zarył butem w murawę, piłkę ledwo trafił, ta potoczyła się do Leonidasa, który kopnął ją do pustej bramki. W wypowiedzi zanotowanej w encyklopedii piłkarskiej Fuji Wilimowski wspominał, że to nie deszcz zmienił mecz, ale ustępujący strach jego kolegów. Zobaczyli, że Brazylijczycy nie są nadludźmi, i w drugiej połowie grali zdecydowanie odważniej. Potwierdzał jednak fakt, że Polacy mieli lepsze buty. Brazylijczykom paski mające zapobiegać poślizgowi ciągle spadały. Naszym zrobił je solidny szewc Górka z Katowic.

Wilimowski długo żałował porażki w tym meczu. Stwierdził nawet, że nie był w stanie wygrać go w pojedynkę, jeszcze raz zarzucając kolegom z kadry przesadny lęk przed rywalem. A bramkarzowi Madejskiemu – że ten bronił nieszczęśliwie. Rzeczywiście przy drugim golu Peracio piłka przełamała palce Madejskiego, odbiła się od poprzeczki, spadła mu na kark i potoczyła się do bramki. Przypadek.

Leonidasa Wilimowski nazwał graczem dobrym, ale mimo wszystko przereklamowanym. Można byłoby uznać te słowa za przejaw buty, gdyby nie dokonania polskiego piłkarza w legendarnym meczu – cztery gole i wywalczony rzut karny. Bezdyskusyjnie był on jednym z dwóch bohaterów wieczoru.

Wilimowski został wtedy pierwszym graczem w historii mundiali, który zdobył cztery bramki w jednym spotkaniu. Za każdym razem śmiał się na głos, taki był jego zwyczaj. Ten głośny śmiech prowokował rywali, ale też często odbierał im ochotę do gry.

Dla Leonidasa i Brazylii mundial 1938 roku był pierwszym wyczynem w skali globalnej. Tamta drużyna tworzyła podstawy brazylijskiej potęgi. Friedenreich pozostał gwiazdą tylko za oceanem. Kibice z Francji widzieli go tylko raz, w czasie tournée, z którego pozostały jedyne filmowe migawki. Leonidas stał się bohaterem na całym świecie, mimo iż ludzie znali jego kunszt tylko z prasy lub radia. W meczu z Polską stoczył wiele pojedynków z kapitanem naszej reprezentacji Władysławem Szczepaniakiem. Trzy dekady później spotkali się w Warszawie przy okazji pierwszej wizyty „Canarinhos” w Polsce.

Trzej kronikarze

Po mundialu we Francji w Leonidasie zakochali się brazylijscy intelektualiści. „To był gracz stricte brazylijski. Miał fantazję, naiwność, skłonność do improwizacji i zmysłowość typową dla naszych największych piłkarzy” – pisał Nelson Rodrigues uważany do dziś za jednego z trzech największych kronikarzy piłkarskich tamtych lat. Tak jak José Lins do Rego i Mario Filho również Rodrigues opisywał futbol jako element tożsamości narodowej Brazylijczyków.

José Lins do Rego przybył do Rio de Janeiro z północy kraju i po mundialu we Francji zafascynował się Leonidasem do tego stopnia, że został fanem reprezentowanego wtedy przez niego Flamengo. W latach 1945–1957 pisał felietony z cyklu „Sport i życie”.

Socjolog Gilberto Freyre, autor artykułu „Futbol Mulatów”, tak jak Lins dostrzegał związek brazylijskiego futbolu z tańcem, przede wszystkim sambą będącą częścią narodowej tradycji. Obaj uważali, że brazylijska piłka ze swoimi kuglarskimi sztuczkami i dryblingami jest lokalnym sposobem wyrażania radości życia i ma korzenie w Afryce. Dlatego „Canarinhos” grają nie tylko zupełnie inaczej niż Europejczycy, ale także różnią się w myśleniu o piłce i sposobie panowania nad nią od sąsiadów z Argentyny, Urugwaju, Peru czy Chile. Wiele lat później legendarny piłkarz, a potem trener Zico stwierdził, że graczom brazylijskim do dziś bliżej do piłkarzy z Afryki niż innych latynoskich krajów.

Dla Freyre futbol był dziedziną, która najwcześniej osiągnęła tak zwaną demokrację rasową. W tenisie czy Formule 1 czarni Brazylijczycy do dziś nie mogą marzyć o równym starcie.

„Paulinho, pochodzący z zamożnej rodziny, gra obok czarnego Leonidasa i Mulata Gradima. I wszyscy zachowują się na boisku w typowo brazylijski sposób – przekonywał socjolog. – Leonidas to przypadek do badania dla tych, którzy chcą studiować wielorasowość Brazylii”. Nie miał wątpliwości, że w futbolu przejawiają się też brazylijskie wady: przesadna arogancja, naiwność czy indywidualizm, a także silniejsza skłonność do działań emocjonalnych niż chłodnych i racjonalnych. Zdaniem José Linsa do Rego futbol ma być dla Brazylijczyka tym, czym korrida dla Hiszpana.

„Ci, którzy uważają korridę za barbarzyństwo, najczęściej widzą futbol jako coś kretyńskiego. Patrzą na kogoś zdolnego przez dwie godziny wlepiać wzrok w sztuczki Leonidasa i uważają go za głupca. Ale wielkość futbolu polega na tym, że wymyka się zbyt wyrafinowanym definicjom. Mecz to spektakl, który nie tylko zaraża nas lub szarpie nam nerwy. Walka zajmująca 22 ludzi na boisku jest szczerym przejawem naturalnej ludzkiej skłonności dążenia do zwycięstwa” – napisał José Lins do Rego.

Piraci życia

Nie bez powodu stanął w obronie dyscypliny sportu podbijającej kontynent. Grubą przesadą byłoby twierdzić, że w Ameryce Łacińskiej wszyscy jak jeden mąż pokochali futbol. W jakim sensie piłka nożna stawała się tam religią? „W takim, że lud traktował ją z czcią należną bóstwom, ale znacząca część elit i intelektualistów odnosiła się do niej z niechęcią” – tłumaczy Eduardo Galeano.

Francuski egzystencjalista Albert Camus, który wyznał kiedyś, że wszystko, co wie o moralności, zawdzięcza futbolowi, to wyjątek. Pochodzący z nizin społecznych pisarz był bramkarzem. Babcia zabraniała mu gry w piłkę ze względu na niszczenie się butów, Albert stawał więc w bramce, by oszczędzać obuwie. Wielu intelektualistów widziało jednak w piłce przede wszystkim zagrożenia. Dla niektórych lewicowych działaczy rozpowszechnianie się futbolu w Ameryce było dziełem imperialistów chcących utrzymać robotników w stanie błogiej nieświadomości tego, co tak naprawdę jest ważne.

Nie tylko intelektualna lewica widziała w piłce wroga. Jeden z twórców realizmu magicznego w literaturze iberoamerykańskiej Jorge Luis Borges, autorytet od Ziemi Ognistej po Rio Grande, nazywał piłkarzy „piratami życia”. W dniu, w którym Argentyna debiutowała na organizowanym przez siebie mundialu w 1978 roku, w porze, o której zaczynała się gra z Węgrami, zorganizował konferencję na temat nieśmiertelności. Po mistrzostwach o spotkanie z pisarzem zabiegał Cesar Luis Menotti, selekcjoner złotej drużyny. Po rozmowie Menotti, nazywany największym filozofem wśród trenerów, powiedział tylko, że „Maestro” był dla niego bardzo uprzejmy, ale powstało wrażenie, że gospodarz nie bardzo w ogóle wie, z kim rozmawiał. I nie chodziło o względy polityczne. Borges nie mógł mieć żalu do Menottiego, że sukces jego piłkarzy legitymował juntę generała Jorge Videli, bo sam poparł przewrót w kraju i odsunięcie od władzy rodziny Peron. Borges uważał po prostu, że futbol, zwłaszcza zawodowy, ogniskuje w sobie zło, deprawację i głupotę.

Oczywiście Nelson Rodrigues i wielu innych brazylijskich pisarzy było przeciwnego zdania. Futbol tłumaczył Brazylię, stawał się częścią identyfikacji narodowej. Sprawiał, że wszystkie klasy społeczne czuły się zjednoczone pod wspólną flagą. Był też rodzajem narkotyku, czasem wręcz ucieczką od rzeczywistej Brazylii, gdy ta nie spełniała oczekiwań swoich obywateli.

Przewrotka

Getulio Vargas, prezydent i dyktator rządzący Brazylią od lat trzydziestych XX wieku, przeprowadził kraj przez czas przemian ze społeczeństwa feudalnego, żyjącego z plantacji cukru i kawy, do kapitalizmu. Futbol towarzyszył tym przemianom, a nawet stał się dziedziną, w której widać je było najwyraźniej. Vargas scentralizował sport, uporządkował go, stworzył federacje lokalne. Jego córka była w brazylijskiej delegacji na mundial w 1938 roku.

Powstawało społeczeństwo wielokulturowe i wielorasowe. Można było to dostrzec na przykładzie futbolu. Sukces piłkarzy brazylijskich na mundialu we Francji w 1938 roku był dla Gilberto Freyre dowodem na to, że wielorasowość może być dla Brazylii znakomitym wyjściem. Skoro nowy obywatel (Mulat) mógł wybić się w futbolu, dlaczego nie miałby odnosić sukcesów na innych frontach?

Leonidas był też natchnieniem dla Mario Filho, dziennikarza, którego imię nosi dziś stadion Maracana. Według niego „Czarny Diament” uosabiał charakter narodowy Brazylijczyków: był trochę arogancki i chciał błyszczeć za wszelką cenę. „Wielu naszych piłkarzy czuje się zobligowanych do tego, by pokazać na boisku akrobacje, które oczarują widza. Przypuszczają, że bez tego byliby odbierani jako gracze źle wyszkoleni” – pisał Filho.

W Brazylii Leonidas uważany jest za gracza, który pierwszy zdobył gola przewrotką. Zaprzecza temu Eduardo Galeano w książce „Futbol w słońcu i w cieniu”. Urugwajczyk dowodzi, że zrobił to Chilijczyk Ramón Unzaga na boisku w porcie Talcahuano. Do Europy to zagranie przywędrowało w 1927 roku z chilijską drużyną Colo-Colo. Kiedy dziennikarze hiszpańscy zobaczyli, co wyprawia David Arellano, nazwali to „chileną”. Arellano zmarł jeszcze w tym samym roku na stadionie w hiszpańskim Valladolid po fatalnym zderzeniu z bramkarzem. Czy można się jednak dziwić, że Brazylijczycy wierzą, iż wszystkie sztuczki i triki wymyślili ich gwiazdorzy? Z pewnością wymyślili znaczącą ich część. Jak Friedenreich i Leonidas.

Dzięki tym pierwszym ciemnoskórym gwiazdom futbol w Brazylii i wielu innych krajach okazał się demokratyczny w sensie rasowym. Tłumy biedaków – czarnych, Mulatów, Metysów – mogły uprawiać piłkę bez poczucia niższości wobec bogatych. Dzieci, których nie było stać na inną zabawkę niż piłka, uganiały się za nią całymi dniami, osiągając mistrzostwo w panowaniu nad nią. Dlatego stereotyp dziecka z faveli, czyli dzielnicy nędzy, które wspina się na szczyty kariery, był aktualny od Leonidasa, a potem Pelego i Garrinchy, przez Romario, Ronaldo, Rivaldo, Ronaldinho, aż po Neymara. Coraz krótszy był tylko okres wydobywania się z biedy. Neymar stał się przedsiębiorstwem w wieku dwunastu lat. Już wtedy miał wokół siebie sztab speców zarabiających na jego wizerunku i talencie.

Pierwowzór

Pierwowzór ich wszystkich Arthur Friedenreich nigdy nie dostał ponoć żadnej znaczącej kwoty za grę w piłkę poza tym, że klub podarował mu dom na przedmieściach rodzinnego São Paulo. Właśnie w tym mieście przyszedł na świat 18 lipca 1892 roku. Przecierał szlaki dla czarnych w futbolu.

Kluby zmieniał 20 razy, grał do 43. roku życia. Jest pochowany na cmentarzu gwiazd sportu w São Paulo, gdzie wystawiono mu nawet pomnik. Uważa się go za prekursora brazylijskiej filozofii gry, której wierny był później Leonidas i cała reszta gwiazd. We Francji, gdzie kibice z Europy widzieli Arthura jeden raz, otrzymał przydomek „Króla Królów”. Na mundialu w 1930 roku nie zagrał z powodu kontuzji. Uważa się go jednak za jedną z najjaśniejszych gwiazd piłki, która popadła w niemal całkowite zapomnienie. Dwa miesiące po jego śmierci Pele zdobył na Maracanie swojego gola numer 1000. Kto z nich był większy? Kto zdobył więcej bramek? Już się tego nie dowiemy.

Mierzący 175 centymetrów środkowy napastnik debiutował w 1909 roku w SC Germânia. Najdłużej reprezentował Paulistano. Grał także w FC São Paulo, Atlético Mineiro oraz Flamengo. W reprezentacji Brazylii wystąpił 23 razy, zdobywając dziesięć goli.

W jego czasach rywalizowano w mistrzostwach stanowych. Ogromny kraj z gigantycznymi odległościami do pokonania i słabo rozwiniętymi drogami (a także skłóconymi działaczami) musiał czekać na mistrzostwa Brazylii do 1959 roku. Najmocniejsze ligi stanowe były oczywiście w São Paulo (Campeonato Paulista) i Rio de Janeiro (Campeonato Carioca). W tych pierwszych rozgrywkach grał Friedenreich.

Rosnąca popularność futbolu wśród niższych klas doprowadziła do pierwszych tarć. Szefowie stanowej federacji uważali, że piłka nożna powinna pozostać sportem dla elit. Ostre różnice zdań doprowadziły do podziału w futbolu stanu São Paulo i utworzenia konkurencyjnej ligi. Grały w niej Corinthians, Palestra Itália (potem Palmeiras) oraz Paulistano, klub Friedenreicha. Stał się on jedną z pierwszych gwiazd rozgrywek São Paulo. Koleiny rozłam polegał na oddzieleniu się futbolu zawodowego od amatorskiego. Klub Paulistano opowiedział się za tym drugim. W 1933 roku jego szefowie zmienili zdanie i wszyscy piłkarze stali się zawodowcami. W kwietniu 1941 roku powstała Federação Paulista de Futebol (czyli FPF), a w następnym klub São Paulo zatrudnił Leonidasa i zaczął seryjnie zdobywać mistrzostwa stanowe.

Mistrzostwa kraju

Dopiero w 1959 roku postało coś w rodzaju mistrzostw krajowych – Taça Brasil, w których najlepsze drużyny z różnych stanów rywalizowały w grupach, po czym następowała faza pucharowa wyłaniająca zwycięzcę. Od 1971 roku rozgrywki noszą oficjalną nazwę mistrzostw Brazylii. Junta wojskowa rządząca wtedy krajem uznała, że futbol to świetny sposób na integrację państwa. Dzięki budowie dróg, lotnisk i transportowi lotniczemu można było wreszcie grać na skalę większą niż stanowa.

Często mistrzostwami rządził jednak chaos. Od 1971 aż do 2001 roku nie zdarzyło się, żeby mistrza kraju dwa razy z rzędu wyłoniono w ten sam sposób. Co roku regulamin był inny. Bywało, że zmieniano go w trakcie rozgrywek, by uratować przed spadkiem jakiś sławny zespół.

W 1979 roku wszystkie wielkie kluby stanu São Paulo oprócz Palmeiras wycofały się z mistrzostw na znak protestu. Dziwaczne reguły kwalifikacji sprawiały, że Palmeiras zajął wtedy trzecie miejsce po rozegraniu zaledwie pięciu meczów, choć do walki o tytuł stanęło aż 96 drużyn.

W 1987 roku trzynaście największych klubów Brazylii stworzyło Clube dos 13 i własne rozgrywki. Porzuciły one Brazylijską Konfederację Futbolu (CBF), ale FIFA zagroziła im dyskwalifikacją. Liga buntowników popierana przez media musiała się pogodzić z CBF, choć i tak Brazylia miała wtedy dwóch mistrzów: Sport Recife uznawany przez federację i Flamengo – przez buntowników.

Gdy spadkowicz nie spada

Niewiarygodny przebieg miały mistrzostwa w 2000 roku. Po zakończeniu sezonu w 1999 roku klub Gama Brasília, który spadł do drugiej ligi, poszedł do sądu. Protestował, bo federacja przyznała walkowerem punkty klubom Botafogo i Internacional w meczach z São Paulo z powodu udziału w nich nieuprawnionego gracza. Wcześniej Gamie nie groził spadek i dopiero decyzja o walkowerach zmieniła sytuację. Sąd przyznał rację Gamie, co uniemożliwiło brazylijskiej federacji zorganizowanie mistrzostw kraju. W zastępstwie zorganizowała je organizacja Clube dos 13, ale sąd wymusił na niej, by do rywalizacji przyjęto Gamę – i to mimo decyzji FIFA, która zabraniała rozgrywania meczów z tym klubem. Nietypowe mistrzostwa Brazylii 2000 roku otrzymały oficjalną nazwę Copa João Havelange, na cześć byłego już wtedy brazylijskiego szefa FIFA.

System awansów i spadków w lidze brazylijskiej od zawsze budzi masę zastrzeżeń. Od 2003 roku rozgrywki przypominają ligę (gra każdy z każdym, wygrywa ten, kto zdobędzie najwięcej punktów, kto uzbiera najmniej – spada), ale wciąż trwają spory z tymi, którzy wolą system play-off. W 2005 roku anulowano 11 meczów z powodu ustawiania wyników. Trzeba je było rozegrać jeszcze raz. Zmorą brazylijskiej piłki, tak bogatej w talent piłkarzy, są działacze nazywani tu cartolami.

Mistrzostwa stanowe trwają od stycznia do kwietnia, potem do grudnia zespoły rywalizują w mistrzostwach kraju. Do tego dochodzą puchar stanowy, krajowy, a przede wszystkim Copa Libertadores. Najlepsze kluby grają więc po 80 meczów w sezonie, przelatują rocznie gigantyczne odległości, zmieniając strefy czasowe i klimatyczne. Do tego zarabiają jeszcze pieniądze na tournée po innych kontynentach. Słabsze, a jest ich blisko 600, kończą rywalizację w kwietniu na mistrzostwach stanowych, zwalniają piłkarzy z kontraktów i przez resztę roku właściwie nie istnieją.

Osobliwa mieszanka

„Brazylia jest jak ten talerz” – powiedział Jacek, mój przewodnik. Polak pracujący w São Paulo już pierwszego dnia zaprowadził mnie do typowej restauracji, gdzie wystawionych jest wiele potraw i produktów, a każdy klient sam tworzy na swoim talerzu kompozycję smaków. Kasjerka zważyła mój talerz i podała cenę. Chciałem spróbować wszystkiego od razu, więc nałożyłem sobie rzeczy, których nazw nie mogłem się nawet domyślać. Miały wszystkie kolory tęczy. Przewodnik wymienił trzy składniki i się poddał. Wpadło mu jednak do głowy porównanie: Brazylia, ten wielki kraj, jest jak potrawa, w której z pozoru wszystko zostaje skomponowane chaotycznie, bez logiki, a potem ten kulinarny galimatias poddawany ocenie przez kubki smakowe okazuje się dobry. Ta osobliwa potrawa smakuje: jednym mniej, innym bardziej, ale zazwyczaj przybysz jest oszołomiony tym, ile rzeczy można wymieszać tak bezkarnie. Wystarczy wizyta na pierwszym lepszym brazylijskim bazarze, by zdać sobie sprawę, jak wiele tu warzyw, owoców i przypraw.

W Brazylii po konkwiście w 1500 roku doszło do wymieszania wszystkich ras. Proces mieszania był krwawy i bolesny: Indianie zostali bezlitośnie podbici, Afrykanie – wyrwani z korzeniami i przywiezieni do Nowego Świata jako niewolnicy. Przez następne trzysta lat portugalscy kolonizatorzy zmienili Brazylię w obszar wyzysku związanego z pracą niewolniczą. W 1808 roku książę Jan, późniejszy król Portugalii, schronił się w Brazylii w obawie przed Napoleonem Bonaparte, zabierając za ocean cały dwór. To dlatego Brazylia jest dziś innym krajem niż jej hiszpańskojęzyczni sąsiedzi. Tam w imieniu króla Hiszpanii rządzili konkwistadorzy. W 1822 roku Brazylia odłączyła się od Portugalii, tworząc samodzielne cesarstwo.

Na przełomie XIX i XX wieku przybyło do niej ponad pięć milionów imigrantów z Azji i Europy w poszukiwaniu złota, kamieni szlachetnych, a także ziemi i pracy. Początki XX wieku były związane z uprzemysłowieniem kraju i ekspansją do interioru. W pierwszej drużynie Pelego grały japońskie dzieci. Nawet na wsiach i w małych miasteczkach słabiej zaludnionych stanów było wielu Azjatów.

Szybki wzrost

Dziś Brazylia ma prawie 180 mln obywateli i zajmuje niemal 48 procent powierzchni Ameryki Południowej. Jest piątym co do wielkości państwem świata. Ponad połowę obywateli stanowią biali i Kreole, Murzyni 7 procent, resztę Mulaci i Metysi. Aż 45 procent Brazylijczyków zamieszkuje południowy wschód kraju (São Paulo, Rio de Janeiro i Belo Horizonte) stanowiący zaledwie 11 procent jego powierzchni. Nic dziwnego, że futbol rozwinął się najbardziej właśnie tam – do dziś najpotężniejsze kluby reprezentują dwa stany – Rio i São Paulo. Mimo różnic, mimo przenikania się kultur i obyczajów ze wszystkich części świata Brazylijczykom udało się osiągnąć stan względnej harmonii. W XX wieku system demokratyczny przeplatał się z dyktaturami, ale Brazylijczycy, choć wycierpieli swoje, nie znają dramatów konfliktów zbrojnych w skali europej-skiej.

Świadomość narodowa zdaje się dziś zaskakująco wysoka. Jej dowodem są także powszechne protesty przeciw mundialowi, bo zakochana w futbolu nacja uważa, że władza daje jej igrzyska po to, by odwrócić uwagę od najważniejszych potrzeb. Jeszcze 11 lat temu Brazylia była kolosem uśpionym w biedzie. Nowemu prezydentowi Luli udało się go rozbudzić, nastąpił błyskawiczny wzrost ekonomiczny. Największy kraj Ameryki Południowej jest dziś szóstą gospodarką na świecie. Jednym z efektów euforii były starania o mundial w 2014 roku i igrzyska w Rio dwa lata później.

Pięć lat temu wielki projekt piłkarskich mistrzostw popierali niemal wszyscy Brazylijczycy. Skutkiem rozwoju gospodarczego był także szybki wzrost liczebności i znaczenia klasy średniej. Gdy niedawno nastąpiło spowolnienie, ta klasa uznała, że Brazylii nie stać na mistrzostwa. Zwłaszcza że będą najdroższe w historii, a koszty rzeczywiste okazały się o prawie 50 procent wyższe od planowanych. Część pieniędzy wydano źle lub ukradziono. Z braku środków trzeba było za to zrezygnować z potrzebnych krajowi inwestycji komunikacyjnych.

Czy o czymś nie zapomnieliście?

To wszystko stworzyło idealne warunki dla politycznych populistów, takich jak Romario, mistrz świata z 1994 roku, dziś członek Kongresu. Rządzących krajem i działaczy FIFA nazywa „związkiem złodziei”. Szacuje się bowiem, że FIFA zarobi na brazylijskich mistrzostwach około miliarda euro. Dlatego na ulicach Rio, São Paulo, Belo Horizonte, Salvadoru, Manaus i innych miast pojawiły się hasła „FIFA go home”.

Brazylijczycy protestują. Doszło do gwałtownych starć z policją na ulicach. Poparcie dla pani prezydent Dilmy Rousseff raptownie spadło. Jej rodacy dopominają się o lepszą edukację i służbę zdrowia, a nie tylko o emocje sportowe. Chcą szkół i szpitali, a nie wyłącznie stadionów. Protesty nie oznaczają, że Brazylia odwraca się od piłki. Piłka jest wszędzie, ale istnieje świat poza nią.

„Brazylia jest rajem, to ludzie robią z niej piekło” – przekonywał mnie João, mieszkaniec Rio, w drodze na Corcovado. Kiedy wjechałem pod górujący nad miastem pomnik Chrystusa Odkupiciela, zaparło mi dech. Widok ze szczytu na wijące się wokół gór i zatok miasto przyprawia o zawrót głowy. Trudno wyobrazić sobie coś piękniejszego, nie sposób nie ulec czarowi plaży Ipanema, a także nazywanej największym boiskiem świata Copacabany, gdzie przy świetle reflektorów piłkę kopią całe rodziny. Gdy dodać do tego bogactwa naturalne, od złota, kawy, soi po ropę naftową, i monumentalną Amazonię, mamy przed sobą wizję kraju płynącego mlekiem i miodem.

Jednak druga strona medalu to rasizm, wyzysk, korupcja, analfabetyzm, mafie narkotykowe, miliony ludzi w favelach i dziesiątki tysięcy śpiących na ulicy. Zorganizowani za pomocą mediów społecznościowych Brazylijczycy chcieliby skończyć z taką ojczyzną. Wstrząsnąć politykami, którzy powinni sobie uświadomić, że nawet chowając się za futbol, nie są bezkarni.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Canarinhos 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia