Harry Redknapp. Autobiografia. Zawsze pod kontrolą

Harry Redknapp. Autobiografia. Zawsze pod kontrolą

Autorzy: Martin Samuel Harry Redknapp

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 456

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.12 zł

Harry Redknapp to menedżer, który widział wszystko - od posępnego baraku w Oxford City i boisk treningowych z rosnącymi na środku drzewami aż do długich serii zwycięstw w Premiership, zdobycia Pucharu Anglii i podejmowania Realu Madryt w Lidze Mistrzów. W charakterystyczny, rzetelny sposób, z pasją i humorem, przedstawia nam historię swojego życia. Opowiada o swoich kontrowersyjnych wzlotach i upadkach - o udrękach podczas procesu sądowego, przyjaźni z Bobbym Moore'em, przygodach w Portsmouth za czasów Milana Mandaricia, klęsce Southampton, pracy z Tottenhamem, a także oczywiście o wielu latach spędzonych w West Ham i dzisiejszych wyzwaniach związanych z prowadzeniem Queens Park Rangers.

"Od kopania piłki jako dzieciak pod latarniami Poplar i kibicowania na północnej trybunie Highbury z ojcem, aż po pierwszą grę w barwach West Ham - urodziłem się bezgranicznie zakochany w futbolu. To właśnie piłka nożna uratowała mi życie i przez pięćdziesiąt lat ta jedna rzecz pozostaje bez zmian - bez niej byłbym nikim" - Harry Redknapp.

To imponująca podróż przez życie jednego z najwspanialszych menedżerów angielskiej piłki ostatniego półwiecza. W czasach dominacji zagranicznych trenerów w Wielkiej Brytanii Harry pozostaje staromodnym, angielskim do szpiku kości i przesiąkniętym tamtejszą kulturą futbolu menedżerem. Człowiekiem, który ciągle był zmuszany do nowych wyzwań i który nigdy nie przestał walczyć.

Harry Redknapp urodził się w 1947 roku w Londynie. Trenował z Tottenhamem, po czym podpisał kontrakt z West Ham i grał w tej drużynie w latach 1965-1972. Występował również w Bournemouth i Seattle Sounders. Po kontuzji został menedżerem i trenerem. Prowadził Bournemouth, West Ham, Portsmouth, Southampton i Tottenham Hotspur, obecnie pracuje w Queens Park Rangers. Zdobył Puchar Anglii z Portsmouth w 2008 roku i doprowadził Tottenham do Ligi Mistrzów UEFA w 2010 roku. Ma żonę Sandrę oraz dwóch synów, Marka i Jamiego (który grał w Liverpoolu, Tottenhamie i reprezentacji Anglii). Poza tym jest właścicielem dwóch buldogów o imionach Rosie i Buster. 

Serdecznie pozdrawiam wszystkich polskich czytelników.

Mam nadzieję, że z przyjemnością przeczytacie tę książkę.

Harry Redknapp

Londyn, kwiecień 2014 r.

Dla Sandry,

podczas gdy byłem menedżerem

tych wszystkich klubów,

ona była menedżerem mojego życia

Rozdział pierwszy

Proces

Zwykła ulga. Ale nie taka, jakiej doświadczyłem kiedykolwiek wcześniej. Nie taka, jak po gwizdku sędziego w sobotnie popołudnie, gdy sięgnęliśmy po trzy punkty na Old Trafford[1]. Nie taka, jak po zdobyciu wielkiego trofeum czy utrzymaniu się w lidze wbrew wszelkim prognozom. Futbolowe wzloty i upadki nagle straciły znaczenie. To było zupełnie inne uczucie, coś, czego nie doznałem przez całą zawodową karierę. Do dziś mam przed oczami przewodniczącą ławy przysięgłych. Ładna, szczupła dziewczyna. Codziennie przychodziła z gazetą pod pachą. To chyba był „The Times”... „Niewinny” – zawyrokowała cicho, oddalając po kolei zarzuty. Nagle poczułem, jak to wszystko ze mnie schodzi.

Proces trwał piętnaście dni, ale cała ta gehenna zabrała mi pięć lat życia. To wystarczająco dużo czasu na myślenie. Wiele długich godzin, podczas których zastanawiasz się, jak mógłbyś spędzić te dni. Bez Sandry, miłości mojego życia, bez synów Jamiego i Marka, bez wnuków, przyjaciół, piłki. Zamknięty w więzieniu z... z kim? Jakimiś świrami? Nie wiem. Codziennie w sądzie obserwowałem dwunastu ludzi, w których rękach leżała moja przyszłość. Jeden gość w połowie stycznia nosił jasną, białą marynarkę. Ubranie drugiego było pokryte plamami. Ci ludzie mieli decydować o moim losie? Nigdy się nie uśmiechali, nie okazywali żadnej życzliwości. Sama pustka. O czym myśleli? Dlaczego tania marynarka czy plamy po kawie miały w ogóle jakieś znaczenie? Dlaczego szczegóły były tak istotne? Różne dziwne myśli przechodziły mi przez głowę. A jeśli wszyscy byli fanami Arsenalu? Jeśli nienawidzili Tottenhamu? Wiecie, jacy są ludzie. „Harry Redknapp? Nie lubię go, nigdy go nie lubiłem”. Przypuśćmy, że trafiłem na kogoś takiego. Każda noc była bezsenna, tylko przewracałem się z boku na bok. A rano, czekając na taksówkę do Sądu Koronnego w Southwark, czułem się wykończony.

Wieczorem przed ogłoszeniem wyroku nikomu nie powiedziałem: „Do widzenia”. Na wypadek złych wiadomości nie chciałem pożegnań. Mój adwokat John Kelsey-Fry zawsze starał się dodawać mi otuchy. Powtarzał, że ta sprawa się nie utrzyma i samo jej wniesienie było bulwersujące. Ale namawiałem go, by przedstawił mi czarny scenariusz. Nie postępowalibyście tak samo na moim miejscu?

– Kelsey – mówiłem – jeśli nie pójdzie po naszej myśli i ogłoszą mnie winnym, na co mam liczyć?

Słyszałem spekulacje, że czeka mnie jedynie grzywna, ale on przywalił prosto z mostu.

– Nie uznają cię winnym. Tak nie będzie. Jeśli jednak uznają, mogą cię czekać dwa czy trzy lata w więzieniu – powiedział.

Mocno mnie to przeraziło. Długi wyrok. Jak dla zwyczajnego przestępcy. Te słowa tkwiły mi w głowie, gdy przygotowywałem się do rozprawy. Powtarzałem sobie jednak, że Kelsey – najinteligentniejszy człowiek, jakiego spotkałem, najlepszy w swojej branży, o jakim słyszałem – jest przekonany, że wszystko będzie w porządku. „To jego praca. Musi wiedzieć, o czym mówi” – zapewniałem samego siebie. Ale mój umysł i tak wracał do obrazu celi i współwięźnia, z którym czekałyby mnie dwa, może trzy lata. Jak miałem przeżyć? Nie byłem pewien, czy sobie poradzę. Wiedziałem, że Sandra nie da rady.

Nie sądzę, że wytrzymałbym cały ten proces bez moich synów. Jamie codziennie przychodził ze mną do sądu, a Mark zostawał z Sandrą. Nie było mowy, bym ją wpuścił na salę sądową. Przebywanie tam zabiłoby ją, skoro prawie zabiło mnie. Nie mógłbym znieść myśli, że Sandra siedzi na tej sali i przeżywa te wszystkie emocje, a żołądek podchodzi jej do gardła, tak samo jak mnie.

Samo życie było wystarczająco trudne. Starałem się kontynuować pracę w Tottenhamie i dalej chodzić na nasze mecze w Premier League. Raz nawet pomyślałem, że dobrą odskocznią byłoby obejrzenie naszej drużyny juniorów. Ale te spotkania oglądało małe grono widzów. Nie mogłem się wtopić w tło i kiedy wchodziłem na stadion, czułem, że ludzie się na mnie gapią. Byłem przekonany, że o mnie rozmawiają. O czym mówili? Straszne uczucie. Sandrze ciężko było chodzić do ulubionych sklepów. Czuła, że się w nią wpatrują i szepczą. Poniżające. Nawet wyjście po zakupy stawało się koszmarem. Poza tym wszyscy wiedzieli, gdzie mieszkamy, bo zobaczyli front naszego domu w wiadomościach.

Pewnego razu wybraliśmy się do supermarketu w Bournemouth. Sandra zostawiła torebkę na bramce przy wejściu. Powiedziałem, że ją odbiorę, ale nie znałem zbyt dobrze planu budynku. Zauważyłem drzwi z napisem „wyjście” i wyszedłem przez nie, nie zdając sobie sprawy, że można było z nich korzystać tylko w nagłych wypadkach. Po chwili kilku wielkich ochroniarzy wykręciło mi do tyłu ręce i poprowadziło przez podziemny parking. Dobiło mnie to. Krzyczeli na mnie, a ja odpowiadałem tym samym:

– Nie jestem złodziejem. Jestem, kurwa, menedżerem Tottenhamu!

Rozpoznało mnie czterech robotników skuwających asfalt. Też zaczęli krzyczeć.

– To Harry Redknapp! Wszystko w porządku, Harry? Nic ci nie jest?

– Widzicie? Oni wiedzą, kim, kurwa, jestem! – apelowałem do ochroniarzy.

W końcu się dogadaliśmy, ale cała ta sytuacja jeszcze bardziej uświadomiła mi, jakie piętno na mnie ciąży. Po tym, jak moje nazwisko pojawiało się w prasie łączone z Bóg wie czym, mogłem sobie tylko wyobrazić, co ci ludzie myśleli na mój temat, kiedy widzieli, w jaki sposób mnie wyprowadzano.

I ja miałem wpuścić Sandrę do sądu? Po prostu nie mogłem. Dobiłoby to i mnie, i ją. Przy każdym odwróceniu głowy wybuchałbym płaczem, a ona reagowałaby tak samo. Zdecydowałem, że będę ją trzymał od tego z daleka. Nieocenieni okazali się jej przyjaciele, Mark i nasze synowe. Wszyscy przychodzili z pomocą, troszczyli się o Sandrę, dzięki czemu jakoś sobie radziła. Ale ostatniego wieczoru przed wyrokiem nie byłem w stanie podejść do telefonu i pozwolić sobie na dłuższe pożegnania.

Samemu ciężko było mi przetrawić myśli o konsekwencjach, dlatego nie chciałem zasiewać wątpliwości Sandrze. Musiałoby nią wstrząsnąć, gdyby usłyszała, że odchodzę na wiele lat. Właśnie dlatego, zapewniam was, ostatnia noc w samotności była tak trudna. W południe wszyscy przysięgli wyszli, by przygotować werdykt, a my – prawnicy, współoskarżony Milan Mandarić, Jamie i ja – czekaliśmy w małym pokoiku, w którym czuliśmy się jak w komodzie. Przez całe popołudnie, aż do piątej, patrzyliśmy po sobie, czekając, aż zostaniemy wezwani. Odnosiłem wrażenie, że przebywam w jakimś innym świecie. Co chwilę włączał się głośnik i słyszeliśmy: „Smith, sala numer cztery”. Fałszywy alarm, to nie my. I znowu czekanie. Kiedy przeciągnęło się to do późnego popołudnia, wiedzieliśmy, że nazajutrz tu wrócimy, co było jeszcze gorsze.

Bez jakiejkolwiek szansy na sen wróciłem do hotelu Grosvenor House w Park Lane, w którym zatrzymałem się na czas procesu. Kelsey, jak sądzę, wiedział, że boję się jak cholera, więc zaproponował, że potowarzyszy mi i Jamiemu. „Co to będzie za noc” – stwierdziłem, bo wiedziałem, że nie pomyślę o niczym innym poza jutrzejszym porankiem. Wchodząc do hotelu, Kelsey zaproponował, byśmy udali się prosto do baru, gdzie wychylił kilka szklanek whisky, po czym ogłosił, że powinniśmy iść na kolację. Ruszyliśmy do specjalizującej się w stekach restauracji Wolfganga Pucka o nazwie Cuts, w której Kelsey zażyczył sobie kilka kolejnych drinków. Sam wypiłem parę lampek czerwonego wina z nadzieją, że odpłynę i chwilę odpocznę.

Niestety nie zadziałało i szykowała się kolejna długa noc. Pamiętam, jak leżałem w łóżku, ponownie zastanawiając się nad kompanem z celi. Tak wiele myśli krążyło mi po głowie. A jeśli będzie szaleńcem? Nie jestem przyzwyczajony do takich ludzi. Jak temu podołam? Jak poradzi sobie Sandra? Kelsey mówił o dwóch albo trzech latach. On się zna, nie jest głupi. Jest ekspertem. To jego biznes. Ale sam stwierdził, że to nieprawdopodobne. Powiedział, że mnie się nie przydarzy. Z drugiej strony może do tego dojść. Sam to przyznał. Powiedział, że dwa albo trzy lata. Wciąż kręciłem się wokół jednego tematu, aż nadszedł poranek. Niepokojące myśli nie towarzyszyły mi jednak wyłącznie przez ostatnich piętnaście dni. Przez lata miewałem takie noce, gdy umysł znajdował się w rozsypce.

Ta historia naprawdę rozpoczęła się wcześniej, w czerwcu 2001, gdy przejąłem posadę dyrektora sportowego w Portsmouth. Opuściłem West Ham United, po czym Milan Mandarić, prezes Portsmouth, zaproponował mi pracę przy ściąganiu piłkarzy na Fratton Park[2]. Powiedział, że nie może zaoferować takiej pensji jak West Ham, więc postanowił skusić mnie w inny sposób. Za każdego sprzedanego piłkarza, którego sam ściągnę, miałbym dostawać dziesięć procent. Już po tygodniu przekonałem Milana do Petera Croucha z Queens Park Rangers.

Zupełnie mu się nie podobał.

– Harry – powiedział – to najgorszy piłkarz, jakiego widziałem w życiu. Harry, to koszykarz. Chyba oszalałeś, jeśli sądzisz, że wyłożę milion funtów za takiego bezużytecznego zawodnika.

Przekonywałem go, że się myli.

– Będzie fantastyczny – oznajmiłem.

Ostatecznie namówiłem Milana, by dał mu szansę.

– Okej – powiedział. – Ale ryzykujesz swoją głową.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak prawdziwe okażą się te słowa. Ale co do Croucha miałem rację. Okazał się niesamowity. Kupiliśmy go za 1,25 miliona funtów, a po dziewięciu miesiącach sprzedaliśmy do Aston Villi za 4,5 miliona. Zysk w wysokości 3,25 miliona. Powinienem otrzymać z tego dziesięć procent, ale moje obowiązki uległy zmianie. Zostałem menedżerem Portsmouth.

Zamiast dziesięciu procent z transferu Croucha dostałem pięć. A i tak prawdopodobnie miałem szczęście. Dobrze znam Milana, więc zaskoczyło mnie, że sam nie wziął swojej należności i niczego sobie z prowizji nie uszczknął. Tak czy inaczej, nie odpowiadało mi to. Zapytałem Petera Storriego, dyrektora generalnego klubu, gdzie się podziała moja premia. Odparł, że po zmianie funkcji umowa się zmieniła i jeśli się nie zgadzam, powinienem porozmawiać z Milanem. Tak zrobiłem.

– Mylisz się, Harry – powiedział Mandarić. – To nowy kontrakt, menedżerski. Teraz zarabiasz lepiej. Jeśli awansujemy lub sięgniemy po jakieś trofeum, dostaniesz dużą premię, ale bonusy z pracy w roli dyrektora sportowego już nie obowiązują. Od dziś możesz liczyć na pięć procent z każdej sprzedaży, a nie dziesięć.

Nie pasowało mi to.

– Kupiłem go i sprzedałem, Milan, na czym klub zarobił 3,25 miliona – protestowałem.

On jednak nie ustąpił.

– Nie, to twoja nowa umowa: pięć procent i nic więcej – stwierdził.

Wpadłem w szał, naprawdę wpadłem w szał, ale klub radził sobie dobrze, a Milan nie chciał, byśmy się kłócili.

– Słuchaj – powiedział – szykuję kilka dobrych inwestycji. Pieniądze, które wyłożę, są moje, ale nadwyżka przy ewentualnym zarobku – twoja. Nie martw się, zadbam o ciebie.

Odpowiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Zależało mi na premii za Croucha. Byłem wściekły, a on trzymał się swojego zdania.

Taki miał plan, ale ja byłem przekonany, że premia za Petera Croucha po prostu mi się należy. Milan nazywał to po swojemu, a ja skupiałem się tylko na tym, do czego byłem upoważniony. Dopiero później, gdy sprawa trafiła do sądu, dowiedziałem się, że miał rację. Kiedy podpisałem nową umowę, stara uległa zmianie, czego nie zauważyłem. To był jednak akurat najmniejszy problem.

Milan chciał, bym ze względu na te inwestycje otworzył konto w Monako. Proponował, bym skorzystał z jego banku, ale musiałbym się tam udać osobiście. Wziąłem krótki urlop. Nie znałem Monako, Sandra też nigdy tam nie była, więc wybraliśmy się na weekend. Milan wytłumaczył mi, jak dotrzeć do banku. „W górę wzgórza i w prawo”. Miał się mną tam zająć sam kierownik placówki, David Cusdin, Anglik, prywatnie wielki kibic Fulham. Nasze spotkanie przebiegło jak w zegarku. Spędziłem tam maksymalnie pięć minut, a na koniec pan Cusdin poinformował mnie, że w przypadku telefonu będę potrzebował hasła bezpieczeństwa. Nazwy lub liczby. Jako że nie mam pamięci do liczb, wybrałem imię mojego psa, kochanej Rosie, oraz rok moich urodzin: Rosie47. Wyszedłem z banku i wracając do Sandry, nie miałem ze sobą niczego. Żadnych książeczek ani papierów. W pamięci miałem tylko Rosie47. Nie zostawiłem nawet na koncie żadnych pieniędzy. Milan miał dokonać tam wpłaty, do czego, szczerze mówiąc, podchodziłem na tyle sceptycznie, że ostatecznie o tym zapomniałem.

Taka jest prawda. W sądzie chcieli, by zabrzmiało to z mojej strony jak krętactwo, zwłaszcza że dopóki sprawa nie wyszła na jaw, nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć nazwy banku. Nigdy później nie wróciłem do Monako ani nie rozmawiałem z panem Cusdinem. Był kwiecień 2002, ładna pogoda, spędziliśmy w Monako uroczy weekend, ale tamto konto nie miało w moim życiu większego znaczenia. Przez kolejne dwa lata w ogóle o nim nie myślałem.

Portsmouth grało wtedy w Premier League. Pierwszy sezon był trudny, ale jakoś się trzymaliśmy. Gdy pojawiały się problemy, drużyna potrafiła się w sobie zebrać. Od 21 marca rozegraliśmy sześć meczów, z których wygraliśmy pięć i jeden zremisowaliśmy. Pokonaliśmy kilka niezłych drużyn: naszych wielkich rywali z Southampton, Blackburn Rovers na wyjeździe, Manchester United i Leeds United na Elland Road[3]. To był sezon niezwyciężonego Arsenalu[4], który nas jednak nie ograł. Ani u siebie, ani na naszym stadionie.

Kiedy zagwarantowaliśmy sobie pozostanie w lidze, przypomniałem sobie o obietnicy Milana. Pierwszy sezon był dla nas wspaniały. Kilka miesięcy wcześniej wszyscy skazywali nas na spadek, a teraz czekały nas dalsze rozgrywki w Premier League. Napastnicy Teddy Sheringham i Yakubu przyszli w odpowiednim czasie i wszyscy byli szczęśliwi. Szczególnie Milan. Po ostatnim meczu przytulił mnie w szatni i oświadczył:

– Kocham cię, Harry, jesteś wspaniały.

„Co masz zrobić jutro, zrób dziś” – pomyślałem. I zapytałem:

– Milan, co z tymi inwestycjami, które dla mnie planowałeś? Jak wygląda sytuacja?

Nagle jego nastrój się zmienił.

– Ech, katastrofa – odparł. – Katastrofa. Zostawmy to, napijmy się.

– Co masz na myśli, mówiąc „katastrofa”?

– Straciłem miliony, Harry. Miliony. Krach na rynku.

– Czyli nic nie mamy?

– Trochę zostało – powiedział. – Ale nie martw się, spróbuję jeszcze raz. Zainwestuję więcej pieniędzy i zobaczymy... Może się odbijemy.

Wróciłem i powiedziałem o tej rozmowie mojemu asystentowi Jimowi Smithowi.

– Harry, jesteś tępy czy co? – odezwał się Jim. – Założę się, że w ogóle niczego nie włożył.

Zaczęliśmy się śmiać. Najważniejsze, że się utrzymaliśmy. Teraz był czas na świętowanie. Saldo Rosie47 mogło poczekać do jutra.

W sądzie oskarżyciel starał się mnie przedstawić jako jakiegoś wybitnego przestępcę, który przerzuca pieniądze po bankach całej Europy, by uniknąć płacenia podatków. Quest, firma zajmująca się od 2006 roku badaniem korupcji w futbolu, zapytała o to pierwsza. Przesłuchali wszystkich menedżerów Premier League, a ja – bystrości jednak mi nie brakowało – sam zgłosiłem informacje o moim dodatkowym koncie w Monako oraz o pozostałych w Wielkiej Brytanii. Nie chciałem, by pozostało to tajemnicą. Wytłumaczyłem, skąd konto się wzięło, i że szczegółów mogą zasięgnąć u Milana, bo sam nawet nie pamiętałem nazwy banku.

Czy postąpiłbym tak, gdybym miał coś do ukrycia? Musiałbym być głupi jak złodziej, który okrada bank, po czym informuje policjanta, że łupu ma szukać pod podłogą. Nie sądziłem, że z kontem Rosie47 jest coś nie tak. Milan zainwestował dla mnie pieniądze, inwestycja okazała się do dupy i tylko na tym to polegało, co zresztą sam potwierdził w liście. Gdyby nie ja, nic z tego nie wyszłoby na światło dzienne. Pracownik Quest, Nigel Layton, przyznał to zresztą w sądzie. Dla mnie, jako świadka, był fantastyczny. Po prostu mówił prawdę. Nikt mnie na niczym nie nakrył. Podałem informacje, bez których nawet nie wiedzieliby o istnieniu konta. Nie chciałem niczego utajniać przed Quest – nie byli policją – i widziałem, że Layton skłonił przysięgłych do myślenia. Ujawniłby to wszystko, gdyby wiedział, że to nieprawda?

Quest, a następnie też policja, zajmowała się sprawą specyficznego transferu, którego bohaterem był pomocnik Portsmouth, Amdy Faye. Szukali informacji na temat 100 tysięcy funtów, które zapłacił mu jego agent Willie McKay. Istniało podejrzenie, że zrobiono to, by uniknąć podatku. Pytali, kto z klubu zlecił dokonanie wpłaty: ja, dyrektor generalny Peter Storrie czy Milan? Powiedziałem im, że jako menedżer nie zajmuję się takimi rzeczami. Nie w moich kompetencjach leży decydowanie, ile ma zarobić agent. To sprawa dyrektora generalnego lub prezesa. Nie potrafiłbym nawet odpowiedzieć, ile zarabiają moi piłkarze, i do dziś nie wiem, jakie kwoty ustalają ze swoimi agentami. Gdy pracowałem w Tottenhamie, kontraktami zawodników zajmował się prezes Daniel Levy. W Portsmouth tak samo. Ale nie mogłem odpowiedzieć Quest, ile lub czy w ogóle Portsmouth zapłaciło Amdy’emu lub Williemu, bo nawet nie było mnie na tych spotkaniach. Zajmowałem się prowadzeniem drużyny, wybieraniem zawodników do składu, a nie pieniędzmi. Quest zgodziła się, że nie miałem nic wspólnego ze sprawą Faye’a i 100 tysiącami funtów. Ale kiedy zajęła się tym policja, rozpoczęła się wojna.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

* * *

[1] Stadion Manchesteru United (przyp. M.O.).

[2] Stadion Portsmouth (przyp. M.O.).

[3] Stadion Leeds (przyp. M.O.).

[4] W sezonie 2003/04 Arsenal nie przegrał ani jednego meczu, łącznie był niepokonany przez 49 spotkań – od maja 2003 do października 2004 roku (przyp. M.O.).

Rozdział drugi

Trzy lwy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Bobby (i George)

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Narodziny piłkarza

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty

Na wybrzeżu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szósty

Młoty górą

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Billy i dzieciaki

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Sprawy zagraniczne

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

Krzykacz znowu nadaje

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Awans

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Spadek

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty

Człowiek, który zrozumiał taktykę diamentu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty

Wzlot

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czternasty

I upadek

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piętnasty

Podnieś się i otrząśnij

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szesnasty

Zawsze pod kontrolą

Dostępne w wersji pełnej

Fotografie

Dostępne w wersji pełnej

Harry Redknapp Autobiografia

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

***

Dedykacja

Rozdział pierwszy Proces

Rozdział drugi Trzy lwy

Rozdział trzeci Bobby (i George)

Rozdział czwarty Narodziny piłkarza

Rozdział piąty Na wybrzeżu

Rozdział szósty Młoty górą

Rozdział siódmy Billy i dzieciaki

Rozdział ósmy Sprawy zagraniczne

Rozdział dziewiąty Krzykacz znowu nadaje

Rozdział dziesiąty Awans

Rozdział jedenasty Spadek

Rozdział dwunasty Człowiek, który zrozumiał taktykę diamentu

Rozdział trzynasty Wzlot

Rozdział czternasty I upadek

Rozdział piętnasty Podnieś się i otrząśnij

Rozdział szesnasty Zawsze pod kontrolą

Fotografie

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

Always Managing

Copyright © Harry Redknapp 2013

First published by Ebury Press, an imprint of Ebury Publishing.

A Random House Group Company.

Harry Redknapp has asserted his right to be identified as the author of this Work in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor

Krzysztof Tropiło

Redaktor merytoryczny

Michał Okoński

Projekt i opracowanie graficzne okładki

Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce

© Clive Brunskill / Contour by Getty Images

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Harry Redknapp. Autobiografia, wyd. I, Poznań 2014)

ISBN 978-83-7818-280-1

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Harry Redknapp. Autobiografia. Zawsze pod kontrolą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia