Jak wychować szczęśliwe dzieci

Jak wychować szczęśliwe dzieci

Autorzy: Wojciech Eichelberger

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 176

Cena książki papierowej: 24.90 zł

cena od: 20.50 zł

Szczęśliwe dziecko to szczęśliwy dorosły. Każdy z nas ma w sobie bdquo;wewnętrzne dzieckordquo;. Jak je usłyszeć i zrozumieć jego potrzeby? Jak mądrze wykorzystać jego potencjał? Ten bestsellerowy poradnik powinni przeczytać wszyscy rodzice. Autorzy pokazali w nim pozornie prostą prawdę ndash; jeśli rodzice pragną, by ich dziecko było zadowolone z życia, powinni przede wszystkim zatroszczyć się o siebie. Zatroszczyć, nie zaniedbując przy tym dziecka i relacji z nim. Od pierwszego wydania tej książki do dziś aktualna pozostała zasada walizki ndash; bdquo;co włożysz, to wyjmieszrdquo;. I druga ndash; bdquo;tyle wymagań, ile miłościrdquo;. Genialnie proste, a czasem tak trudne w relacjach z dziećmi. Wojciech Eichelberger ndash; psycholog i psychoterapeuta, wspoacute;łtwoacute;rca pierwszych ośrodkoacute;w psychoterapii w Polsce. Prowadzi Instytut Psychoimmunologii (ipsi) w Warszawie. Autor i wspoacute;łautor wielu bestsellerowych książek, m.in. Męskie poacute;ł świata, Życie w micie (Wydawnictwo Zwierciadło), uświadamiających czytelnikom istotne źroacute;dła ich życiowych problemoacute;w i wskazujących drogę do ich przekraczania. Anna Mieszczanek ndash; dziennikarka, w stanie wojennym sprzedawczyni warzyw, potem wydawca książek a także inicjatorka kampanii bdquo;Zrobionendash;Zapłaconerdquo; na rzecz gratyfikacji domowej pracy kobiet. Od dwunastu lat przede wszystkim mediatorka i family coach w Ośrodku Mediacji i Pomocy Rodzinie. Pomaga odnaleźć wygodną ścieżkę wszystkim pogubionym w relacjach z partnerami czy rodziną.

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa

tel. 22 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@zwierciadlo.pl

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2012

Text © copyright by Anna Mieszczanek, Wojciech Eichelberger 1994, 2012

REDAKCJA: Elżbieta Morawska

REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała

KOREKTA: Ewa Kłosiewicz, Redaktornia.com

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Natalia Baranowska, Marta Malesińska

ILUSTRACJE: archiwum rodzinne pani Joanny Siemiątkowskiej

ISBN: 978-83-63014-87-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

O przewadze skrótu nad gadulstwem

Zauważyć dziecko

Posłuchać dziecka

Dać dziecku nadzieję

Nie bać się dziecka

Odkryć dorosłego

Zrozumieć dziedzictwo

Przyjąć dziecko

Zadawać pytania

Ufać sobie i szukać

CZĘŚĆ DRUGA

Rodzice wieszają coś na lodówce

Krzywda idzie przez świat

Co widać w miejskim autobusie

Gdzie jest dorosły?

Przesunięcie akcentów

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

O przewadze skrótu nad gadulstwem

Czy wiesz, jak to zrobić? Jak wychować szczęśliwe dzieci?

Żeby wychować szczęśliwe dzieci, samemu trzeba być szczęśliwym. To mogłaby być cała odpowiedź.

Wtedy nie byłoby książki.

Mogłoby nie być. Choć można zastanawiać się nad tym, jak to zrobić, żeby samemu być szczęśliwym, i co to znaczy.

Zastanówmy się więc nad tym. Zastanówmy się też nad słowami, których używamy. Co to znaczy „wychowywać”, co to znaczy „szczęśliwe”, co to znaczy „dziecko”?

Rozdział 2

Zauważyć dziecko

Wychowanie dziecka – w sensie psychologicznym – wcale nie zaczyna się od działań podejmowanych wobec tej nowej osoby, która właśnie pojawiła się w naszej rodzinie. Wychowanie naszego dziecka zaczęło się dawno, dawno temu. Tak dawno, jak dawno temu zaczęła się historia naszej rodziny.

Sposób wychowywania dzieci był w tej rodzinie przekazywany przez lata, z pokolenia na pokolenie. Dlatego to, jak sami wychowujemy nasze dzieci, zależy w ogromnej mierze od tego, jak nas wychowywano i w jaki sposób przetrwało to w naszej pamięci, naszym doświadczeniu.

Gdy więc zabieramy się do wychowywania dzieci, najpierw musimy w sobie odkryć to, co psychologowie nazywają naszym wewnętrznym dzieckiem. Musimy je odkryć, odchuchać, zatroszczyć się o nie. Jeśli tego nie zrobimy, nieuchronnie będziemy przenosić na dzieci własne doświadczenia z dzieciństwa. Innymi słowy – będziemy traktować nasze dzieci tak samo, jak nas traktowano. Nawet jeśli nasze intencje będą zupełnie inne.

Bardzo często ludzie mówią: „zrobię wszystko, żeby moje dzieci nie zaznały tego, co było moim udziałem”. Na przykład jeśli dzisiejszy ojciec czy matka byli jako dzieci zaniedbywani, opuszczeni przez rodziców – bardzo chcą o własne dzieci dbać, nie odstępują ich na chwilę, chronią je. Wydaje im się, że się o te dzieci troszczą, że ich nie zaniedbują, nie opuszczają. A w istocie fundują im takie samo doświadczenie jak ich własne. Sami jako dzieci nie doświadczyli prawdziwej troski i to, co teraz próbują dać dziecku, też nie jest troską, choć tak bardzo się starają. W psychologicznym sensie ich dziecko jest tak samo opuszczone jak oni kiedyś.

Bo ci rodzice nie umieją naprawdę zobaczyć swojego dziecka?

Nie mogą, nie umieją zobaczyć jego prawdziwych potrzeb. Nie umieją zobaczyć w swoim dziecku tego wszystkiego, czego i w nich kiedyś nie zobaczono. Ich nadmierna nadopiekuńczość, a co za tym idzie, i nadmierna kontrola sprawiają, że dziecko jest psychologicznie w takiej samej sytuacji jak oni kiedyś. Jest ignorowane, nie ma w rodzicach oparcia, nie ma przestrzeni do życia i rozwoju. Jest wychowywane zgodnie z teoretycznym, wymyślonym projektem, który tylko w mniemaniu rodziców stanowi przeciwieństwo tego, czego sami w dzieciństwie doświadczyli.

Niełatwo przyjąć receptę, którą proponujesz. Bo jak to – myśli ojciec czy matka – nie wystarczy, że się staram? Że czytam mądre książki? Że poświęcam na to tyle czasu? Jeszcze do tego wszystkiego mam się zająć własnym dzieciństwem, własnym „środkiem”? Po co?

Właśnie po to, żeby to, co chcę dać mojemu dziecku, było zakorzenione w moich doświadczeniach. Żeby nie wynikało tylko z teoretycznego projektu. W tym, co sami przeżyliśmy, czegośmy doświadczyli, co „mamy w kościach”, tkwi ogromna siła. Wiedza czerpana z najlepszych książek może tylko w niewielkim stopniu zmodyfikować siłę naszego własnego doświadczenia.

Znam wiele osób, które będą się upierać, że wystarczy różne rzeczy wiedzieć, wystarczy „używać głowy”, żeby dobrze wychować dziecko. Bez grzebania się we własnych, zwykle niezbyt przyjemnych doświadczeniach.

Wielu z nas nie chce uwierzyć, że naprawdę mamy podświadomość i nieświadomość. I że to, co przeżywamy jako świadomą część nas samych, jest tylko czubkiem góry lodowej.

Nie chcemy uwierzyć, że póki nie zajmiemy się poszerzaniem pola własnej świadomości – tak, by obszary podświadome i nieświadome były uświadamiane, włączane w obręb tego, co możemy zrozumieć – naszym życiem kierują z ukrycia siły zupełnie nam nieznane.

Dlatego tak ważne jest przypomnienie sobie i włączenie w obręb naszego dorosłego doświadczenia tego, co przydarzyło nam się w dzieciństwie, a o czym próbowaliśmy – często skutecznie – zapomnieć.

Schemat jest taki: jacyś tam jesteśmy w dzieciństwie, rodzice jakoś na nas reagują i najczęściej są to dla nas doświadczenia trudne. Mało kto ma przyjemne, spokojne dzieciństwo – raczej słyszymy „nie, nie rób, nie właź, nie skacz, nie garb się…”. To budzi w nas złość, żal. Ale bardzo chcemy kochać rodziców, więc bronimy się przed przykrymi uczuciami. Spychamy te uczucia w głąb nas samych. Czy właśnie z takich zepchniętych w głąb uczuć utkany jest obraz tego, co nazywa się wewnętrznym dzieckiem? Czy to właśnie dziecko nosimy w sobie już jako dorośli?

To, o czym mówisz, to już wewnętrzne dziecko ukształtowane przez dorosłych. Jak mówią psychologowie – represjonowane.

I tutaj dotykamy podstawowej kwestii: światopoglądowego założenia dotyczącego natury ludzkiej, a więc i natury dziecka.

Istnieje tradycja konserwatywna, w obrębie psychoterapii najpełniej chyba wyrażana przez ortodoksyjną freudowską psychoanalizę, stwierdzająca – w dużym skrócie – że natura tego dziecka jest podejrzana. Dziecko to coś groźnego, co trzeba usocjalizować i trzymać w ryzach, bo inaczej nie będzie z człowieka żadnego pożytku dla społeczności.

Ale istnieje biegunowo inna koncepcja. Według niej natura dziecka jest z gruntu dobra. Wszystkie kłopoty i cierpienia, które pojawiają się w życiu człowieka, wynikają z faktu, że dziecku nie daje się żyć. Że przystosowuje się je do społeczności w nadmierny, niemądry sposób, opierając się na braku zaufania, podejrzliwości, posługując się represyjnym systemem pedagogicznym.

Czego uczy się dziecko, które wciąż czuje brak zaufania, podejrzliwość w zasadniczych kwestiach? Podświadomie uczy się lęku przed samym sobą, uczy się nie ufać sobie, staje się wobec siebie podejrzliwe, brak mu wiary w to, co jest podstawowym, instynktownym wyposażeniem. Uczy się podejrzliwości wobec głównego źródła siły w swoim życiu. Wie, że coś w nim jest i że jest to silne, a jednocześnie uczy się, że jest to podejrzane i złe. Musi żyć w ciągłym wewnętrznym konflikcie, w stanie wewnętrznego rozdarcia. I jakże takie dziecko może być szczęśliwym człowiekiem?

Ależ jeśli powiesz człowiekowi wychowanemu w naszej kulturze, że żyje po to, by być szczęśliwym – w głębi ducha nie przyjmie tego. A jeśli przyjmie, zaraz wpadnie w sidła konfliktu wewnętrznego. Bo wartości akceptowane w naszej kulturze to altruizm, przeciwstawiony ostro egoizmowi, to służba innym, patriotyzm. Być szczęśliwym to okropnie podejrzane. I tak wartości podtrzymujące naszą kulturę zamykają nas w kole lęku, braku zaufania, podejrzliwości wobec tego, co naturalne.

Myślę, że największym szczęściem dla człowieka jest poczuć się wolnym. W dużym skrócie można powiedzieć, że są co najmniej dwie zasadniczo różne drogi prowadzące do tego celu.

Według pierwszej człowiek wolny to taki, który okiełzna, podporządkowuje swojej woli, całą instynktowną, popędową, intuicyjną stronę siebie. Procedura ta zakłada wewnętrzny konflikt, walkę z samym sobą. Końcowy efekt nosi znamiona wyparcia i odcięcia się od tego, co w nas żywe i spontaniczne. Ludzie, którzy wybierają tę drogę, często sprawiają wrażenie zgorzkniałych i dogmatycznych.

Według drugiej koncepcji człowiek wolny to ten, który w pełni poznał instynktowny, popędowy aspekt swojej natury, potrafił go zasymilować, włączyć w obręb własnego doświadczenia i używać we własnym życiu. Potrafi na przykład w pełni doświadczyć wściekłości – poczuć, jak wypełnia mu ramiona, barki, brzuch. I jest w stanie energię tego uczucia pomieścić w sobie i zdecydować, czy dać jej wyraz i w jaki sposób. To samo dotyczy przeżywania rozpaczy, radości czy własnej seksualności. Taki człowiek nie boi się swoich uczuć, nie boi się siebie. Nie podejrzewa wciąż siebie samego o najgorsze.

Takie rozumienie wolności zaowocowało w psychologii tym, co zyskało nazwę psychologii humanistycznej. Humanistycznej, bo uwalniającej człowieka od podejrzeń i walki z samym sobą.

Sprawa, o której mówimy, ma jednak nie tylko wymiar psychologiczny, ale też religijny. Odzwierciedla kontrowersje między bardzo popularną wykładnią chrześcijaństwa a buddyzmem. Buddyzm opiera się na założeniu, że natura człowieka jest doskonała, pełna i dobra, że nie wymaga żadnej obróbki, lecz przeciwnie – uwolnienia, odkrycia, przebudzenia. Taka koncepcja jest mi bliska.

Ale ta dobra, doskonała natura przynosi też światu wiele zła, okrucieństwa, cierpienia.

Szaleństwo tego świata to szaleństwo nas samych. To trudne wyzwanie moralne, intelektualne i duchowe, które każe się zastanowić nad tym, czy przypadkiem najbardziej uczęszczana droga ku wyzwoleniu nie prowadzi na manowce.

Wielu ludzi pomyśli w tym miejscu „Zastanowić się? Zgoda. Ale w tym szaleństwie, wśród tego okrucieństwa – być szczęśliwym? Dlaczego?”.

Na szczęście nawet jeden prawdziwie wolny człowiek może stać się dla wielu świadectwem tego, jak bardzo zbłądzili i że istnieje droga.

No a śmierć? Czy „wypada być szczęśliwym”, skoro ona jest?

W naszym potocznym rozumieniu świata, które jest skażone dualizmem, wszystko musi zostać podzielone: życie i śmierć, ja i nie ja, dobre i złe. Dopóki nie przekroczymy tej dualistycznej perspektywy, zrozumienie tego, czym jest życie, a tym samym, czym jest śmierć, wydaje się niemożliwe.

Z tej perspektywy: kiedy umiera ktoś mi bliski, nie powinnam być smutna, nie powinnam cierpieć?

Gdy ktoś odchodzi, smutek jest zrozumiały. To ludzki odruch, związany z utratą kogoś, z kim nas coś wiązało, z kim przeżywaliśmy dobre i złe chwile, kto nas chronił, był blisko nas… To jest zrozumiałe i nie trzeba tego przekraczać.

Zatem co?

Śmierć, szczególnie gdy dotyczy kogoś bliskiego, konfrontuje nas z niezrozumiałą i przerażającą nieuchronnością własnej śmierci, z problemem przemijania. Dlaczego się urodziłem i dlaczego umrę? To są pytania, które stają przed nami w takiej sytuacji. Na ogół uciekamy przed nimi, mimo że istnieją.

Od tysiącleci istnieją sposoby na to, aby się nimi zająć. Wszystkie poważne praktyki duchowe służą rozwiązaniu tego problemu. Propozycje są różne i możemy wybrać taką, która nam najbardziej odpowiada. Bywa tak, że wystarcza nam droga, która budzi wiarę i nadzieję. Bywa tak, że chcemy znaleźć rozwiązanie ostateczne i wtedy podążamy stromą i prostą ścieżką, która nie wiedzieć czemu nosi podejrzaną nazwę „mistycyzmu”.

Nasz strach przed śmiercią musi ważyć na naszych zachowaniach wobec dzieci. Bo póki nie znamy rozwiązania, póki nie uda nam się tego strachu przekroczyć, wszelkie nasze działania – także wobec dzieci – są w pewien sposób „skażone”.

W naszych działaniach często przejawia się panika, której źródła nie jesteśmy świadomi, a która wynika właśnie z lęku przed przemijaniem.

Nadopiekuńcze postawy rodziców wobec dzieci mają swoje bardzo konkretne źródła, ale źródłem podstawowym jest ten najważniejszy lęk: przed śmiercią. „Dziecku coś się może stać, więc ja muszę je nieustannie ochraniać, a jak będę ochraniać, to ochronię”. Tak?

Powtórzę to jeszcze raz: jeśli chcemy pomóc naszym dzieciom, pomóżmy sobie. W przeciwnym razie życie dzieci stanie się terenem zastępczej rozgrywki, zastępczym polem bitwy z naszym własnym lękiem, z naszymi nierozwiązanymi problemami. Z tym wszystkim, co jest w nas nieświadome, wyparte, za co nie jesteśmy w stanie wziąć odpowiedzialności w swoim życiu.

Czy myślisz, że po tym, co powiedzieliśmy, można się mniej bać odkrywania w sobie wewnętrznego dziecka? Bo to, że się w ogóle boimy, jest naturalne – nie znamy go przecież.

Może tak. Ale powiedzmy jeszcze wyraźnie: wewnętrzne dziecko to metafora. To nie dziewczynka w krótkiej sukience z warkoczykami, to nie chłopiec w krótkich spodenkach.

Wewnętrzne dziecko jest tym wszystkim w nas, co wiąże się z naturalną popędowością człowieka, ze spontanicznym, naturalnym wyrażaniem uczuć, potrzeb.

Wewnętrzne dziecko wiąże się z umiejętnością przeżywania wszystkiego – radości czy lęku – w sposób spontaniczny, głęboki, naturalny. Wewnętrzne dziecko jest tym w nas, co łączy się ze zmysłowością, seksualnością, ale i z umiejętnością stanowienia o sobie, stawiania granic, mówienia „tak” i „nie”.

Wewnętrzne dziecko jest także tym wszystkim, co wiąże się ze świeżością i bezpośredniością doświadczania. Z intuicją i z intuicyjnym systemem wartości, który preferuje zawsze bycie tu i teraz, a nie kiedyś, potem, przedtem. Dla wewnętrznego dziecka ważne jest to, co jest teraz, co się teraz dzieje.

Wewnętrzne dziecko wie, że najważniejsze na świecie są miłość, wolność i prawda.

Skąd ono to wie? I dlaczego ty jesteś tego taki pewien?

Wszystkie dzieci instynktownie reagują rozpaczą, oporem i gniewem wtedy, gdy dorośli swym zachowaniem kwestionują te wartości.

Mówisz teraz o małych dzieciach czy o tych dorosłych osobach, z którymi pracujesz od wielu lat i którym pomagasz podczas terapii dotrzeć do wewnętrznego dziecka w sobie?

Mówię o jednych i o drugich.

Spotykam wiele osób, które nigdy w życiu nie zaznały miłości i wolności. Zawsze towarzyszy temu rozpacz. Często zadawałem im pytanie: „Skoro nigdy tego nie zaznałeś, to skąd rozpacz? Skąd wiesz, za czym tęsknisz?”. Odpowiedź była zawsze prosta „Po prostu wiem. Wiem, że to nie powinno tak być. Wiem, czuję, że stała mi się wielka krzywda, że obrabowano mnie z moich przyrodzonych praw”. Z prawa do bycia kochanym, prawa do kochania, prawa do wolności i prawdy.

Czy twoje wieloletnie doświadczenie terapeutyczne można podsumować tak właśnie: cierpimy przede wszystkim dlatego, że nie dostajemy od swoich rodziców miłości, wolności i prawdy?

Tak. Wynika to z podstawowego założenia naszej kultury – że dziecko jest czymś podejrzanym. Ktoś, kto jest podejrzany, a więc w gruncie rzeczy zły, nie zasługuje na traktowanie w duchu prawdy, miłości i wolności. Nasza instynktowna rodzicielska miłość jest nieświadomie filtrowana przez podstawowy aksjomat o podejrzanej naturze człowieka… I tak to się przenosi z pokolenia na pokolenie, ponieważ każdy z nas, rodziców, też był w dzieciństwie takim podejrzanym osobnikiem. Błędne koło.

Pojawia się więc pytanie, jak to błędne koło przerwać? I tu wracamy do początku naszej rozmowy, do tego, żeby z całą czułością i troską, na jaką nas stać, zająć się naszym wewnętrznym dzieckiem. Znaleźć okoliczności, sytuację, dzięki której sami będziemy mogli załatwić tę sprawę. Dać własnemu wewnętrznemu dziecku to, czego nie miało okazji dostać od swojego otoczenia, gdy było dzieckiem.

Mówisz „zrobić to dla siebie” i brzmi to krótko, prosto. Ale oboje wiemy, że po pierwsze – czasem jest to długi proces, a po drugie – nie zawsze da się to zrobić w samotności. Potrzebny jest terapeuta lub grupa terapeutyczna, czyli grupa ludzi, którzy spotykają się po to, aby dzielić się swoimi trudnymi doświadczeniami i pomagać sobie w rozumieniu i przekraczaniu ograniczeń, będących rezultatem tych doświadczeń. Często do terapeuty jest za daleko, często brakuje nam pieniędzy. Czy jest jakiś bezpieczny sposób, by zająć się tym w samotności, samemu?

To rzeczywiście trudne i zależy przede wszystkim od tego, jak bardzo nasze wewnętrzne dziecko było przez dorosłych ograniczane…

Może jednak spróbuj podsunąć jakiś sposób, by czytelnik tej książki zobaczył w sobie tę dziewczynkę z warkoczykami czy chłopca w krótkich spodenkach, żeby mógł wykonać jakiś wewnętrzny ruch w stronę tej osoby, jeśli ma na to ochotę. Zdaje się, że jestem teraz trochę nadopiekuńcza – pewnie dlatego, że nie doświadczyłam kiedyś prawdziwej troski – i bardzo bym chciała zadbać o to, żeby nasz czytelnik nie wystraszył się, nie rzucił tej książki do kąta. Więc czy możesz zaproponować coś, co byłoby bezpiecznym początkiem drogi?

Ten wewnętrzny ruch nie musi być niczym skomplikowanym. Można na przykład spróbować zdać sobie sprawę z ograniczeń związanych z wyrażaniem uczuć. Zadać sobie pytanie: „Czy ja potrafię się śmiać, czy potrafię krzyczeć, szaleć z radości, czy potrafię naprawdę płakać, tak jak płaczą dzieci – bez zahamowań, bez połykania płaczu? Czy potrafię wyrażać miłość i ciepłe uczucia, tak jak to robią dzieci? Czy potrafię, tak jak dzieci, ufnie oddać się jakiejś sytuacji albo ufnie przytulić się do kogoś?”.

Moja młodsza córka wchodzi czasem o pokoju, w którym ja coś robię, i z nieprawdopodobną radością mówi do mnie: „Jestem”. Mnie by do głowy nie przyszło przyjść tak do kogoś i obwieścić to z taką naturalnością.

Spróbuj się od niej tego nauczyć.

A wracając do naszych pytań – jeśli na któreś z nich odpowiemy: „Ja nie potrafię, bo mi tego nie wolno, bo się boję, bo to jest niewyobrażalne, niekulturalne czy jeszcze inne, bo tak się nie robi…”, to wszystkie te odpowiedzi wskazują, że jakiś ważny aspekt naszego wewnętrznego dziecka został w przeszłości mocno ograniczony. Można też zacząć przyglądanie się naszemu wewnętrznemu dziecku od innej strony. Można spojrzeć na swoje autodestrukcyjne przyzwyczajenia i zadać sobie pytanie: „Czy ja w ogóle umiem troszczyć się o siebie i jak ja się o siebie troszczę? Czy potrafię tak organizować sobie życie, żebym mógł spać, odpoczywać, kiedy jestem zmęczony? Czy mam czas, żeby pobyć na świeżym powietrzu? Czy mam czas, żeby trochę pobiegać, pograć w coś, porobić głupstwa? Czy mam czas żeby pobyć z ludźmi, którzy mnie kochają? Czy potrafię zadbać o swoje pożywienie i o to, aby się nie truć – na przykład nikotyną czy alkoholem?”.

Kiedy zadamy sobie takie lub podobne pytania, z reguły okazuje się, że nasze wewnętrzne dziecko jest bardzo zaniedbane.

A ten, kto stawiał pytania, często zaczyna płakać?

Czasami tak. Dochodzą do głosu uczucia, które przeżywaliśmy w dzieciństwie. Rozpacz zdrady, zaniedbania, odrzucenia, upokorzenia.

Więc gdyby ktoś płakał, odpowiadając sobie na te pytania, to dobrze?

Tak, bo dociera do zrozpaczonego dziecka w sobie, odbiera pierwszy ważny sygnał, że to dziecko wciąż jest i czegoś potrzebuje. Że trzeba się nim zająć, wysłuchać go, poświęcić mu trochę czasu. Zauważyć je.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć SNY, KTÓRE BUDZĄ Życie w micie Jak wychować szczęśliwe dzieci Bajka to życie albo z jakiej jesteś bajki. Historie zmyślone opatrzone pomocnym komentarzem Być lekarzem, być pacjentem. Rozmowy o psychologii relacji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran