Americana

Americana

Autorzy: Don DeLillo

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 23.48 zł

Jak napisał Martin Amis w "Sunday Timesie": jeśli raz się czytało DeLilla, "chce się poznać wszystkie jego dzieła". Można się zatem spodziewać, że wielbiciele tego wybitnego amerykańskiego pisarza chętnie sięgną po jego debiutancką powieść. Americana pierwszy raz ukazały się w 1971 roku. Osiemnaście lat  później autor przygotował nowe wydanie, usuwając z oryginalnej wersji kilka stron.

Głównym bohaterem, a zarazem narratorem powieści jest David Bell. Ma dwadzieścia osiem lat i dobrą posadę w sieci telewizyjnej. Cieszy się opinią młodego i zdolnego. Nie znaczy to jednak, że może spać spokojnie - przecież zawsze znajdzie się ktoś młodszy i zdolniejszy. Raz po raz jakiś program zostaje zdjęty z anteny, krążą plotki, że ten czy ów jest na liście przewidzianych do zwolnienia, a na domiar złego niewykryty osobnik nazywany Trockim podrzuca na biurka pracowników notatki o dziwnej i niepokojącej treści. Bell tymczasem podejmuje nowe zadanie: wyrusza w podróż na Zachód, żeby zrealizować dokument o Indianach Nawaho. Towarzyszą mu między innymi ekscentryczna rzeźbiarka Sullivan i były lotnik Pike. Z biegiem czasu służbowa podróż zaczyna nabierać coraz bardziej duchowego charakteru. David Bell dochodzi do wniosku, że zamiast kręcić rutynowy dokument na potrzeby telewizji, zrobi własny film, odważny stylistycznie i bardzo osobisty, z udziałem przyjaciół i przypadkowo spotkanych ludzi.

Kiedy główny bohater z telewizyjnego reportera zmienia się w awangardowego filmowca, powieść, która z początku mogła się wydawać krytyką korporacyjnej rzeczywistości, przekształca się w refleksję nad źródłem lęków i patologii, jakie gnębią Amerykę czasu wojny w Wietnamie. Przenikliwość obserwacji DeLilla sprawia, że - jak to określiła Joyce Carol Oates - "prawie każde zdanie Americanów, dźwięczy prawdą".

Don DeLillo

AMERICANA

Przełożył

Michał Kłobukowski

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

2

3

4

5

CZĘŚĆ DRUGA

6

CZĘŚĆ TRZECIA

7

8

9

10

11

CZĘŚĆ CZWARTA

12

Przypisy

Tytuł oryginału: AMERICANA

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, ELŻBIETA JAROSZUK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Fotografia na okładce: © Matthieu Paley/Corbis/Fotochannels

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © by Don DeLillo 1971

All rights reserved

For the Polish edition

Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-480-2

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl

księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Powieść ta jest fikcją literacką. Wszelkie nazwiska, postacie, miejsca oraz wydarzenia są wytworem wyobraźni autora lub zostały wykorzystane w celach artystycznych. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób, żyjących lub nieżyjących, jest całkowicie przypadkowe.

2

Byłem niezwykle przystojnym młodzieńcem. Z wolna kształtujący się pod wpływem czasu obiektywizm i unicestwiana przez tenże czas powściągliwość pozwoliły mi uczynić to wyznanie bez uciekania się do zwykłych w takich razach skromnych zastrzeżeń, przypisujących, w stylu księgi hodowlanej, całą zasługę rodzicom lub dziadkom. Piękną jasną skórę mam co prawda chyba po matce, a atletyczną budowę po ojcu, ale z albumu rodzinnych zdjęć w żaden sposób nie wynika, skąd te dziwnie greckie rysy mojej twarzy. W wieku dwudziestu ośmiu lat fizyczna tożsamość wydawała mi się ogromnie istotna. Z lustrem czułem się związany prawie tak silnie, jak wielu moich współczesnych ze swoimi psychoanalitykami. Ilekroć nasuwało mi się pytanie, kim jestem, stosowałem prosty chwyt: mydliłem twarz i goliłem się. Wszystko natychmiast stawało się cudownie jasne. Byłem niebieskookim Davidem Bellem. Moje życie w oczywisty sposób opierało się na tym właśnie fakcie.

Miałem równo metr osiemdziesiąt osiem wzrostu. Ważyłem od dziewięćdziesięciu dwóch do dziewięćdziesięciu czterech kilo. Mimo jasnej karnacji niezwykle ładnie się opalałem. Włosy miałem jaśniejsze niż dziś, gęściejsze i bujniejsze. W pasie mierzyłem osiemdziesiąt jeden centymetrów. Puls był w normie. Latała mi łękotka, ale nigdy nie złamano mi nosa, miałem niebrzydkie stopy, zęby ładniejsze niż większość ludzi, a cerę bez zarzutu.

Moja sekretarka podsłuchała kiedyś, jak Strobe Botway, jeden z moich szefów w sieci, mówił, że jestem „konwencjonalnie” przystojny. Zdrowo się z tego uśmialiśmy. Strobe był niskim, ledwie podobnym do człowieka osobnikiem, a kiedy palił papierosa, miał zwyczaj trzymać go między kciukiem, palcem wskazującym a serdecznym i wolno obracać, tak jak Bogart w jednym ze swoich wczesnych filmów. Nienawidził mnie, bo górowałem nad nim wzrostem i młodością, no i nie byłem aż takim jak on kosmitą. Często mówił o aurze tajemniczości Bogarta, używając niemieckich terminów filozoficznych, których nikt nie rozumiał, i rozwalił wiele przyjęć, cytując długie fragmenty dialogów z jego mało znanych filmów. Miał też swoich ulubionych aktorów charakterystycznych, lecz ich nazwiska nikomu nie kojarzyły się z żadną twarzą. Ci faceci grali strażników więziennych w siedmiu kolejnych filmach albo wiecznie szturmowali japońskie gniazda karabinów maszynowych, trzymając w każdej dłoni po jednym granacie, bywali pijakami, psychopatycznymi mordercami, nieuczciwymi prawnikami czy wreszcie oblatywaczami myśliwców, którzy nagle tracili odwagę. Strobe wyraźnie podziwiał w ludziach fizyczne niedostatki, wady wymowy, blizny, połamane zęby. Według niego tworzyły one charakter, swego rodzaju kaprawy magnetyzm. Jego świat nie był moim. Owszem, podziwiałem Humphreya Bogarta, ale działał mi na nerwy. Niepokoiło mnie jego czoło, odpowiednie dla kogoś, kto tonie w długach. Instynktownie skłaniałem się ku Kirkowi Douglasowi i Burtowi Lancasterowi. Każdy z nich był amerykańską piramidą i nie potrzebował, żeby jakieś podziemie rozgłaszało jego sławę. Byli wręcz posągowi. Ich twarze rozpłatywały ekran. Kiedy śmiali się lub płakali, robili to bez zahamowań. Ich chromowe uśmiechy nigdy nie bywały dwuznaczne. I rzadko miewali czas, żeby usiąść i poprzerzucać się gorzkimi żartami z jakąś damulką z wyższych sfer albo z głupim platfusem. Byli ludźmi czynu: biegali, skakali i kochali do upadłego. Miałem kilkanaście lat, gdy zobaczyłem Burta Lancastera w Stąd do wieczności. Stał nad Deborą Kerr na hawajskiej plaży, a ja pierwszy raz w życiu odczułem prawdziwą potęgę obrazu. Burt był jak miasto, w którym wszyscy mieszkamy. Taki ogromny. U zbiegu cienia i czasu było dość miejsca dla nas wszystkich, a ja wiedziałem, że muszę się rozprzestrzenić, aż rozszczepią się molekuły i sam wplotę się w ten obraz. Burt w blasku księżyca stanowił crescendo męskiej doskonałości, lecz ani trochę nie ujmowało mu to człowieczeństwa. Burt żyje! Do dziś noszę w sobie tamtą scenę i zapewne tak samo noszą go miliony mężczyzn i kobiet, każde z własnych powodów. Burt w blasku księżyca. Był to jakiś koncept, ikona nowej religii. Kiedy tamtego wieczoru po obejrzeniu filmu jechałem samochodem ojca wiejskimi szosami, zacząłem się zastanawiać, jak bardzo prawdziwy jest otaczający mnie krajobraz, jak dalece sen jest snem.

Strobe umarł podczas zebrania. Dostał ataku serca, siedząc za biurkiem. Jest konwencjonalnie martwy. Ale ucieszyłby się, gdyby wiedział, że na innych pracownikach sieci moje cechy fizyczne robiły takie samo wrażenie jak na nim. W powietrzu krążyły utajone energie, ukryte delikatne prądy, jak w każdej firmie, która rozkwita w skwarze obrazu. Panował kult szpetoty i sprytu. Za bezwzględność zyskiwało się dodatkowe punkty. Przystojni padali ofiarą wendety. Starano się wymykać określonym kategoriom, żeby zbić z tropu tych, którzy je definiowali. Każdego bowiem, kto nie był ani przystojny, ani szpetny, ani bezwzględny, ani sprytny, nijacy mieli za bohatera, błyskotliwi i przystojni – za miłego faceta, spryciarze – za nic, skrajnie niepoczytalna frakcja brzydkich – za homoseksualistę, bezwzględni – za bystrego młodzieńca, niebezpiecznie znerwicowani widzieli w nim zagrożenie dla siebie, a wyobcowani i skazani na porażkę uważali go za bliskiego i wiernego przyjaciela. W miarę możności starałem się nie wychylać. Cicho stąpałem, chodząc tuż pod ścianami i po schodach. Pewne drobne zdarzenie potwierdziło słuszność tej taktyki. Otóż kiedyś po lunchu przechodziłem na drugą stronę Madison Avenue, a ramię w ramie ze mną szedł Tom Maples – młody człowiek, który zaczął pracować w sieci mniej więcej w tym samym okresie co ja. Wymienialiśmy zwykłe w takich razach ostrożne komplementy. Gdy doszliśmy do chodnika, urocza nastolatka z różowymi sztucznymi rzęsami poprosiła mnie o autograf.

– Nie wiem, kim pan jest – powiedziała – ale na pewno kimś.

Jej uśmiech miał w sobie sporo czaru, więc uprzejmie podpisałem się na jej rozkładanym planie metra, sądząc, że Maplesa to rozbawi. A on unikał mnie potem przez pół roku. Od tamtej pory starałem się zachowywać jak najpokorniej i najpowściągliwiej. Miałem wrażenie, że tylko pod tym warunkiem ludzie z mojego otoczenia będą się dobrze czuli.

Znowu pora powtórzyć projekcję. Rozumiem to całkiem dosłownie, bo mam jeszcze film z tamtego okresu i dużo nagranych taśm. Niewiele jest do roboty na tak odległej wyspie jak ta, a sporo czasu mogę zabić (czy raczej poddać redystrybucji), słuchając ścieżki dźwiękowej i oglądając po raz kolejny część nakręconego niegdyś materiału.

Poszedłem korytarzem do swojego gabinetu. Moja sekretarka siedziała przy biurku, jedząc ciastko z galaretką i pisząc list. Nazywała się Binky Lister. Była z niej pogodna dziewczyna, z lekką, miłą nadwagą. Weede Denney, mój bezpośredni przełożony, miał z nią romans, lecz mimo to była godną zaufania sekretarką, czyli kłamała na moją korzyść i bez względu na okoliczności broniła mnie przed zarzutami sekretarek ludzi, w których budziłem strach i nienawiść. Weszła za mną do gabinetu.

– Pan Denney chce cię widzieć na zebraniu o dziesiątej.

– W jakiej sprawie?

– Rany boskie, przecież nie mówi mi wszystkiego.

– Nie gniewaj się, Binky. Tak tylko spytałem.

Stojąc przede mną, skrzyżowała nogi w kostkach w niezgrabnej, jakby nadąsanej pozie. Usiadłem za swoim ogromnym biurkiem i natychmiast wyobraziłem sobie, że jestem nagi. Lekko cofnąłem się z fotelem i zacząłem się na nim obracać, zakreślając władczy stuosiemdziesięciostopniowy łuk i lustrując swoje włości. Ściany obwieszone były powiększonymi fotosami z programów wyprodukowanych według moich scenariuszy i pod moim kierunkiem. Biblioteczkę wypełniały oprawione scenopisy. W dwóch rogach pokoju stały rośliny w doniczkach, a na stoliku starannie ułożono kilkanaście czasopism poświęconych telewizji i innym mediom. Wszystkie popielniczki kupiono u Jensena. Skórzana kanapa była czarna, a drzwi żółte. Weede Denney miał jaskrawoczerwoną kanapę i czarne drzwi.

– Co poza tym? – spytałem.

– Dzwoniła jakaś kobieta. Nie przedstawiła się, ale kazała ci powiedzieć, że żabie udka były mniej smaczne niż zwykle.

– Moje życie – odparłem – jest serią wiadomości telefonicznych, które rozumiem tylko ja. Każda spotkana kobieta uważa się za jakąś niespełnioną autorkę delfickich sentencji. O trzeciej w nocy dzwoni telefon, bo ktoś utknął gdzieś na lotnisku i koniecznie chce mi powiedzieć, że herbatniki w kształcie zwierzątek uciekły z zoo. Dostałem kiedyś telegram, a raczej schizogram od pewnej dziewczyny z wybrzeża, tej oto zwięzłej treści: MOJE MIGDAŁKI POSZŁY NA POGRZEB. Wysyłasz czasem takie komunikaty, Bink? Moje życie to teleks od Interpolu.

– Skoro cię to wszystko tak irytuje, czemu się uśmiechnąłeś, kiedy ci powiedziałam o żabich udkach?

– Bo to dobra wiadomość – odparłem.

Poszedłem do biura Denneya. Siedział w tym swoim przerobionym fotelu fryzjerskim. Biurko zastępował mu niski okrągły stolik z drewna tekowego. W drugim końcu pokoju stała konsola z trzema kolorowymi telewizorami. Fotel fryzjerski był jednym z dziwactw, do których człowiek na stanowisku Weede’a miał prawo, więc zbytnio nim sobie nie zawracałem głowy, ale okrągły stolik trochę mnie przerażał, bo mógł oznaczać, że moje tytaniczne biurko jest na dobrą sprawę zbędne. Weede był mistrzem sztuki biurowej, specem od taktyki reagowania. Jakiś czas po tym, jak zacząłem pracować w sieci, jego podwładny nazwiskiem Rob Claven postanowił ozdobić swój gabinet równo czternastoma obrazami własnej żony. Był to dosyć przerażający widok. Weede nie powiedział ani słowa, ale po tygodniu poszliśmy w kilku – między innymi Rob Claven – do niego na zebranie i aż się wzdrygnęliśmy. Znikły wszystkie obrazy, wszystkie ryciny przedstawiające stare szkunery, a zamiast nich zawisła jedna jedyna reprodukcja detalu z Kaplicy Sykstyńskiej w formacie dwadzieścia na trzydzieści centymetrów. Prawie puste ściany wydały wyrok śmierci na Roba Clavena, a Michał Anioł skrócił go o głowę.

W końcu Weede dał mi znak, żebym już nie stał w progu, tylko usiadł w niebieskim fotelu. Zrobił to ruchem ręki czy też oka, tak bliskim niezauważalności, że nawet gdy już usiadłem, nie umiałem określić, skąd wiem, że mam zająć właśnie ten niebieski fotel. W gabinecie był już Reeves Chubb. Jak zwykle palił mentolowe cygaro. Weede opowiedział kawał o golfie i cudzołóstwie. W ciągu kilku minut przyszło jeszcze pięć osób, w tym jedna kobieta, Isabel Mayer, no i zaczęło się zebranie.

Spojrzałem w okno. Po drugiej stronie ulicy faceci w żółtych kaskach budowali dom. Krążyli po jego ażurowym kośćcu, to pojawiając się, to znikając, strzelali acetylenem i chodzili po chwiejnych kładkach. Poruszali się, o dziwo, jakby wcale nie starali się zachować ostrożności. Może już się pogodzili z lękiem przed upadkiem. Nieraz pewnie widywali, jak inni spadają, i nienawidzili każdej z tych śmierci za to, że po chwilowym szoku nadciągała fala ulgi, którą zapewne przywiewał wiatr, wznoszący się z piętra na piętro po nagich, patykowatych piszczelach gmachu. Cóż można było zrobić innego, niż pójść szybko do mrocznego baru i wypić trzy piekące whisky? Dwaj mężczyźni siedzieli w kucki i wbijali nity, a piętro wyżej jakiś facet skakał z deski na deskę, lekko rozłożywszy ręce, z dłońmi na wysokości bioder. Gdy w trakcie skoku znalazł się pod pewnym kątem do jeszcze nieistniejącej ściany budynku, za plecami miał niebo, soczyście błękitne o tej wczesnej porze, i tak trwali, ujęci w ramę dźwigarów, człowiek i niebo, przez niemożliwą na pozór sekundę. Widziałem tych dwóch, co nitowali, i skoczka, ale oni siebie nawzajem nie widzieli. Długo im się przyglądałem, starając się jednocześnie podążać za biurowymi głosami i nadawać im sens. Zza dźwigaru wyszedł jeszcze jeden robotnik, wysoki facet, któremu nogawki spodni nie sięgały do roboczych buciorów. Przez chwilę stał nieruchomo z dłonią skośnie przytkniętą do krawędzi kasku, osłaniając oczy przed słońcem. Wydawało mi się, że patrzy na nas. A potem uniósł rękę nad głowę i pomachał. Patrzył prosto na mnie, machając ręką. Nie wiedziałem, jak się zachować. Opanowane głosy klikały, odmierzając dystans, zawierając kompromisy, niszcząc i naciskając. Czułem, że gest robotnika domaga się odpowiedzi. Nie wiedziałem, skąd to przekonanie, ale czułem, że nie ma innego wyjścia. Działał tu imperatyw absolutny. Należało dać znak.

– Patrzcie – powiedziałem. – Spójrzcie na tego faceta. On do nas macha.

– Patrzcie – zawtórowała mi Isabel. – Rzeczywiście macha. Ten robotnik z budowy. Widzisz go, Weede?

I nagle całą ósemką zerwaliśmy się na równe nogi i stłoczyli przy oknie, machając do tamtego faceta. To było wspaniałe uczucie. Wszyscy machaliśmy i śmialiśmy się.

– Widzimy cię! Widzimy cię! – krzyknął Weede.

Przepychaliśmy się do okna. Isabel usiłowała się wdrapać na szeroki grzejnik wystający spod parapetu. Podsadziłem ją, a ona uklękła na grzejniku, machając obiema rękami. Niebo było bezchmurne. Śmialiśmy się jak opętani.

Zakończyliśmy zebranie w szampańskich humorach. Weede zaproponował wspólny lunch. Reeves Chubb wymówił się nawałem pracy, a ja wiedziałem, że Weede prędzej czy później każe mu odpokutować tę drobną ściemkę. Poszliśmy do Wiadra na Bebechy, nowej mety w stylu lat prohibicji, ze spluwaczkami i trocinami na podłodze, gdzie hamburger kosztował cztery i pół dolara. Było tam pełno ludzi z sieci, aktorów i modelek. Na ścianie wisiały setki zdjęć George’a Rafta. Usiedliśmy przy okrągłym dębowym stole. Przez bite trzy minuty nikt się nie odzywał. Potem przyszedł kelner i przyjął zamówienia.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zero K Gwiazda Ratnera Americana 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej