Lot nisko nad ziemią

Lot nisko nad ziemią

Autorzy: Ałbena Grabowska

Wydawnictwo: Zwierciadło

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 300

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 25.02 zł

Weronika Przybyszewska dorastała w czasach, w których lepiej było się nie wyróżniać. I nie marzyć. Mimo to, Weronice udaje się zrealizować pragnienia – pracuje w wymarzonym zawodzie i spotyka prawdziwą, wielką miłość – taką, o której marzą wszystkie kobiety. Pierwsza rysa na szczęśliwym małżeństwie Weroniki i Sławka pojawia się, kiedy zaczynają starać się o dziecko. Początkowo wydaje się, że to kwestia czasu oraz doboru odpowiedniej terapii, ale mijają lata, a Weronika i Sławek nie zostają rodzicami. Kiedy małżonkowie pozornie godzą się z tym faktem, na Weronikę spada kolejny cios – Sławek umiera w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku spowodowanym przez pijanego kierowcę. W jednej chwili świat Weroniki rozsypuje się w proch. Czy uda się jej stworzyć nowy? Jakim kosztem?

Lot nisko nad ziemią to fascynująca opowieść o życiu współczesnej kobiety – jej marzeniach, szczęściu i rozpaczy. Książka trzyma czytelnika w napięciu od pierwszych stron, aż do zaskakującego zakończenia.

Ałbena Grabowska – lekarz neurologepileptolog. Imię Ałbena, oznaczające kwitnąca jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Wydała m.in.

cykl powieści dla dzieci; książkę o Bułgarii. Tam, gdzie urodził sie Orfeusz oraz powieść Coraz mniej olśnień.

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o.

ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa

tel. 22 312 37 12

Dział handlowy: handlowy@zwierciadlo.pl

© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2014

Text © copyright by Ałbena Grabowska 2014

REDAKCJA: Melanż

REDAKTOR PROWADZĄCY: Magdalena Chorębała

KOREKTA: Agnieszka Rytel, Katarzyna Szajowska / Melanż

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Dariusz Poziomy

ILUSTRACJE: © Betsie van der Meer/Corbis/FotoChannels

ISBN: 978-83-63014-92-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Lot nisko nad ziemią

Odkąd pamiętam, ojciec powtarzał mi, żebym się niczym nie wyróżniała. Najlepsi ludzie, wygłaszał tyrady do znudzenia, to tacy, których nie zauważamy. Rodzą się, żyją, umierają, a my o tym nawet nie wiemy. Uznawał w tym zakresie, owszem, wyjątki, na przykład najbliższą rodzinę i sąsiadów. Czasami niektórych kolegów z fabryki, z którymi wdawał się w dyskusje na tematy quasi-egzystencjalne. Dla reszty świata powinniśmy być zupełnie niewidzialni, upierał się. Kochałam ojca i uważałam, że to, co mówi, ma głęboki sens. Przecież dawał dobry przykład, sam przemykał przez życie niezauważany, dzięki czemu, jak twierdził, unikał wielu przykrych wyborów i sytuacji. Nie rozumiałam, że jego wyborem była właśnie sama ucieczka, a wszystkie wygłaszane dysputy o wybojach życiowych i dylematach były niczym innym jak usprawiedliwianiem własnej niemocy. Kiedy odkryłam, że jego filozofia oparta jest na kruchych fundamentach strachu przed życiem, było już za późno. Stałam się już zakompleksioną nastolatką, która nie miała pomysłu ani na wybór zawodu, ani nawet jakichś specjalnych marzeń. Zresztą ojciec i matka nie mieli marzeń. Nie czuli nawet specjalnej potrzeby wymagania, aby dostać od życia coś, co może im się powinno należeć. Tyle razy wysłuchiwałam ciotki Katarzyny, która przychodziła do nas od święta, i powymiatawszy smutnym wzrokiem nasze równie smutne kąty, mówiła niezmiennie, że należy nam się od życia więcej. To była ukochana siostra ojca, więc długo myślałam, że może to „więcej” nie stoi w sprzeczności z byciem niezauważalną. Może nawet mogłabym być bardziej niezauważalna, byleby mieć więcej możliwości w tym zakresie. Bo co to za różnica, czy wtopię się w tłum szaraków, czy kolorowych ptaków. Czasami tak sobie myślałam po wizytach ciotki, ale żeby coś się zmieniło w mojej rodzinie, musiałyby zajść jakieś dodatkowe okoliczności. Na przykład kataklizm, który zmiótłby z powierzchni ziemi nasz szarobury dom albo moją matkę, albo najlepiej ojca. Wtedy inni musieliby zauważyć nasze nieszczęście. Bo też, analizowałam bez końca, co to za różnica, czy cię nie zauważą, bo nic się nie dzieje, czy też nieszczęście, jakie człowieka spotyka, wpływa na to, że inni wreszcie widzą twoją marną egzystencję. Oczyma duszy widziałam ten tłum ludzi – albo chociażby małą ich grupkę – która rusza z odsieczą i funduje mi całkiem nowe życie. Sama oczywiście nie robiłam w tym kierunku zupełnie nic. Fantazjowałam tylko o kataklizmie, jaki spotyka naszą rodzinę, zmieniając typy nieszczęść i poszkodowane osoby. Przestałam fantazjować, kiedy w bloku tuż obok wybuchł gaz. Miałam dziesięć lat i poczułam, że to rażąca niesprawiedliwość, że gaz wybrał sobie blok położony tuż obok. Właśnie czegoś takiego szukałam swoim nawet nie nastoletnim jeszcze jestestwem. Nieszczęścia, które spowodowałoby, że mówiono by o nas, o mnie w szczególności. Mogłam na przykład stracić rodzinę i jako biedna sierota żyć sobie całkiem wygodnie pod troskliwym okiem dobrych ludzi. Ale to nie nastąpiło. Tamten wybuch był tak skuteczny, że zmiótł z powierzchni ziemi dwa mieszkania wraz z mieszkańcami. Nieszczęście miało miejsce w niedzielę, tuż przed dziesiątą rano. Zginęły trzy osoby. Dziwne, ale nikogo z nich nie znałam. Z zaciekawieniem, razem z innymi dzieciakami, obserwowaliśmy akcję ratunkową i nawet autorytet władzy w postaci milicji obywatelskiej oraz strażaków nie był w stanie nas przepędzić. Potem na trzepaku analizowaliśmy z błyskiem w oczach sylwetki osób dotkniętych nieszczęściem. Zginęło ciche małżeństwo, które mieszkało razem z upośledzonym synem, oraz starsza pani – sprawczyni nieszczęścia. Jej zaniki pamięci i prawdopodobne zaśnięcie podczas gotowania mleka albo wody spowodowały ulatnianie się gazu i wreszcie wybuch. Tylko kilka dni trwała sensacja. Mówiło się o tym, kim ci ludzie byli, w okolicznych sklepach i na korytarzach szkolnych. Ale ponieważ ofiary były zupełnie nieatrakcyjne fizycznie i osobowościowo, te rozmowy szybko się skończyły. Raz z dzieciakami widzieliśmy komisję oceniającą straty i ekipę budowlaną, która przyjechała remontować nadwyrężony dom. Na podwórko wjechała ciężarówka i kilku panów z kilkudniowym zarostem, z obowiązkowymi ekstra mocnymi między pożółkłymi zębami, wypakowało materiały budowlane. Były to głównie worki z cementem, jakieś rury oraz coś, co sprawiło, że zostałam ukarana za swoje fantazje. Wyglądało toto jak gruby wąż, z którego sterczała wata. Po kryjomu podeszłam do węża i urwałam solidny kawał, licząc, że przyda mi się takie coś, żeby wyścielić lalce łóżeczko. Moja lalka miała szyte przeze mnie koślawe ubranka i wyściełane podpaską wyproszoną u matki łóżeczko, ale ta wata była bardzo piękna. Migotała białymi kryształkami niczym brylancikami, które miały na włosach i ubrankach lalki z Peweksu. Skąd miałam wiedzieć, czym jest szklana wata i jak bardzo bolą mikroskopijne kryształki wbite pod skórę. W dodatku nie mogłam przyznać się rodzicom. Kto wie, czy mój ojciec nie zakwalifikowałby tej waty jako kradzieży i miałabym serię wykładów na temat straszliwego wpływu urywania kawałka waty szklanej, bo chciałam mieć ekstrałóżeczko dla lalki, na przyszłość niewinnej dziewczyny, pod tytułem: od łyczka do rzemyczka lub od szklanej waty do trzcinowej maty. Może nawet mama wciągnęłaby się w rodzinne umoralnianie i poszła modlić się do kościoła za moją grzeszną już w tak młodym wieku duszę. Dość, że waty pozbywałam się kilka dni sama. Ręka mi prawie uschła od tarcia szorstką gąbką w nadziei na samoczynne usunięcie się szklanych igieł. Wreszcie wyszły razem ze skórą. Trwało to kilka dni, tyle samo, ile ludzie przeżywali tę tragedię. Analizując całą sprawę, doszłam do wniosku, że jednak dobrze, że to nieszczęście nie przydarzyło się mnie. Pies z kulawą nogą nie zainteresował się osieroconym, niedorozwiniętym chłopakiem. Mówiono, owszem, że nieszczęście i gdzie on teraz pójdzie, ale przede wszystkim, że dla rodziców lepiej, bo kto by takie coś chciał do opieki, kiedy rodziców braknie. Mówili o nim jak o zawadzającym przedmiocie. Nawet nie wiem, kto i dokąd go zabrał. Ja byłam zdrowa i pozornie niczego mi nie brakowało, ale sądzę, że zostałabym zaliczona do grupy „takie coś”. Nie sądzę, żeby wzięła mnie ciotka Katarzyna, babcia umarłaby na zawał po kilku dniach, bo jakoś nie lubiła dzieci, nawet jeśli były własną wnuczką, dalsza rodzina także nie sądzę, żeby się mną zainteresowała. A obcy ludzie? Na pewno nie wzięłoby mnie bezdzietne bogate małżeństwo, które kupowałoby mi wszystko w Peweksie i woziło na wczasy do Bułgarii. Byłam tego pewna. Doszłam więc do wniosku, że nie tędy droga i postanowiłam zacząć od nowa myśleć, jak by tu poprawić swój byt.

Z przedszkola niewiele pamiętam, może tylko to, że nie znosiłam mleka, ale posłusznie łykałam łyżka za łyżką, bo pani o groźnym spojrzeniu kazała jeść kaszę mannę wszystkim dzieciom. Dzieci, które sprzeciwiały się groźnej „proszę pani”, mogły liczyć jedynie na przedłużone leżakowanie albo nawet klapsa. Nie wyróżniałam się zatem. Nie przedłużano mi leżakowania, gdyż jadłam buraczki i piłam zimne mleko, odsuwając językiem wstrętny cienki kożuch. Ale nie byłam także dzieckiem nagradzanym w jakikolwiek sposób. Nie należałam do grona szczęśliwców dostających w nagrodę batonik czy mogących bawić się lalkami, które mrugały oczami, podczas kiedy reszta przedszkolnego plebsu udawała, że śpi na niewygodnych leżakach. W wieku pięciu lat małym, ale wypranym już mózgiem umiałam się nie wyróżniać, co podobało się ojcu. Matka także przytakiwała głową. Sama sztukę bycia przezroczystą opanowała do perfekcji już przed moim narodzeniem. Ojciec zresztą trafił na podatny grunt, poślubiwszy osobę po zawodówce krawieckiej, w dodatku niespecjalnie uzdolnioną manualnie, zupełnie pozbawioną fantazji i – co rzadkie dla kobiety – ślepą na kolory. Z tego powodu matka nie pracowała w zawodzie, zresztą nie można było na nią liczyć ani przy szyciu kostiumów na bal, ani też zwyczajnych ubrań. Nawet zwężenie spódniczki czy przeszycie suwaka stanowiło dla niej problem. Pracowała w mojej szkolnej stołówce, najpierw jako pomoc, następnie jako prawie kucharka, gdyż nie miała uprawnień zawodowych. Cenili ją jednak; marchewkę z groszkiem i kotlety mielone robiła jak należy, kompot z owoców także trzymał rzadkie, fusowate standardy. Taką ją pamiętam, w białym fartuchu, czepku z siateczką oraz ohydnych, sznurowanych płócienniakach. Kiedy odbierałam obiady z okienka, jej przyciężka sylwetka migała mi w tle. Rzadko bywało tak, że musiała sama wydawać porcje na talerz. Wtedy uśmiechałam się lekko, a jej usta krzywiły się w grymasie, który miał niby oznaczać, że jestem kimś innym niż setka dzieciaków kłębiąca się w kolejce. Nie wiem, czy powiedziała innym kucharkom, że jestem jej córką. Ja swoim koleżankom o tym nie mówiłam, aż na którejś lekcji polskiego, kiedy przyszło do mówienia, kim są z zawodu rodzice, powiedziałam zgodnie z prawdą, że mama jest krawcową, a ojciec pracuje w magazynie w dużej fabryce. „Popatrz, popatrz”, zdziwiła się polonistka, „a ja myślałam, że twoja mama jest kucharką…”. „Nie”, zaprzeczyłam pospiesznie i dodałam z naciskiem: „Jest krawcową”. Miałam wtedy nadzieję, że polonistka nie powie, że mama pracuje w naszej szkolnej stołówce. Ale powiedziała, dodając, że my, dzieci, zawdzięczamy mojej mamie te wspaniałe obiady, o które codziennie staczamy bój na dużej przerwie i to zdrowie na talerzu oraz troskę i serce. „Serce na talerzu”, powtórzyła, patrząc radośnie na znudzonych piątoklasistów. Skuliłam się wtedy w ławce, przestraszyłam ewentualnych pytań ze strony koleżanek, ale nic takiego nie nastąpiło. Obiady były takie sobie, ani dobre, ani niesmaczne, jak to w przeciętnej podstawówkowej kuchni, nie było czego komentować. Matka kucharka to nie była ani żadna atrakcja, ani powód do kpin, żeby ktokolwiek miał coś komentować. A i ja byłam wtedy tak przeciętna, tak niezauważalna, że nikomu z ponad trzydzieściorga dzieciaków z mojej klasy nie chciało się nawet zastanawiać, czy z taką informacją można cokolwiek zrobić. Dzieci nie rejestrowały na co dzień mojego istnienia. Nie byłam najlepszą uczennicą, aczkolwiek bez większych problemów pisałam klasówki i dbałam, żeby żadnemu z nauczycieli nie podpaść. Nie odpisywałam zadań domowych od innych i ode mnie też nie odpisywano. Nie wybierano mnie do drużyny w siatkówkę, ale też i zasadniczo nie pomijano. Słowem, dobrze odrobiłam lekcję wbijaną do głowy przez tatusia. Z wyróżnieniem, można powiedzieć.

W ósmej klasie ojciec i matka zaczęli rozmawiać ze sobą na temat tego, jaką szkołę ponadpodstawową dla mnie wybrać. Matka jak zwykle nie miała zdania, ojciec jak zwykle był pewien swego. Według niego idealną szkołą dla mnie byłoby liceum kolejarskie. Mnie o zdanie naturalnie nie pytali. Słuchałam tej rozmowy, w której nie padało nawet moje imię, tylko „ona” musi, „ona” powinna, i zaczęłam wtedy po raz pierwszy zastanawiać się nad tym, czy ja mam jakiekolwiek prawo wyrazić zdanie na temat własnej przyszłości. Wreszcie podniosłam się ciężko z tapczanu, na którym spałam, ominęłam wspólną szafę i pokonawszy w dwóch krokach przedpokój, stanęłam w ciasnej, ślepej kuchni, gdzie toczyła się dyskusja.

– Chciałabym iść do liceum – powiedziałam. – Nie znoszę pociągów – dodałam ciszej. – Niedobrze mi w nich. Wymiotowałam, kiedy pojechaliśmy z wycieczką do Zakopanego… Rzygałam całą drogę…

Ojciec umilkł i popatrzył na mnie, jakby mnie pierwszy raz widział na oczy. Matka opuściła głowę. Żadne nie zwróciło mi uwagi, że nie mówi się „rzygać”.

– Mówimy o twojej przyszłości – wygłosił patetycznie.

„W rzeczy samej, ja też o tym mówię”, nie dodałam na wszelki wypadek, a zamiast tego powiedziałam:

– Tato, kolej to nie ma jakiejś takiej przyszłości…Sam nie lubisz pociągów…

W rzeczy samej ojciec pociągów nie znosił. Nie cierpiał zresztą żadnych pojazdów mechanicznych, nawet samochodu. Był rzadkim okazem mężczyzny bez prawa jazdy i bez własnych czterech kółek.

– A co po tym liceum zrobisz? Nic nie zrobisz…

– Po liceum jest wiele możliwości – wyliczyłam jednym tchem. – Mogę skończyć potem kursy biblioteczne i zostać bibliotekarką. W każdej szkole mnie przyjmą… Albo – dodałam, widząc grymas na twarzy ojca – kursy na przedszkolankę, albo do żłobka… A ta kolej…

– Wieczorek mówił, że na kolei są perspektywy – przerwał mi ojciec.

Miałam ochotę przekląć Wieczorka, kimkolwiek był. Ale powiedzenie, że jakiś Wieczorek nie będzie mną rządził, nie było najlepszym pomysłem. Rzeczony Wieczorek mógł być na przykład idolem ojca, królem kamuflażu, przeciętności i obrażanie go mogło mnie wsadzić do pierwszego wagonu kolejowego, zanim zdążyłabym zaśpiewać: „Wsiąść do pociągu byle jakiego…”.

– Mamo – powiedziałam. – Pracowałabym w szkole, tak jak ty…

Spojrzałam na nią z nadzieją. Matka podniosła głowę, przestając oglądać popękaną od częstego mycia skórę rąk, i popatrzyła nie na mnie, ale na ojca. W tym spojrzeniu kryła się dezaprobata. Matka nie lubiła dzieci. Do szału doprowadzał ją krzyk na przerwach i cierpiała fizycznie, widząc niedojedzone resztki obiadów na talerzu. Myśl, że miałaby mi pomóc w uzyskaniu pracy w szkole, musiała być dla niej przerażająca. Jeśli jej na mnie zależało, raczej wsadziłaby mnie do tego pociągu i kazała wysiąść jak najdalej od rodzinnego domu.

– Weronisiu – zdecydowała się jednak odpowiedzieć. – My z ojcem chcemy dla ciebie dobrze.

– Ale wiem, mamusiu – powiedziałam szybciutko. – Tylko ja proszę bardzo, żeby nie na kolei…

Nie po kolei chyba mieli w głowie. Ale moja interwencja przyniosła skutek. Ojciec przemyślał kwestię, przegadał sprawę z Wieczorkiem, ja trochę dopomogłam losowi, dość, że zgodził się na to, żebym poszła do liceum. Chciałam zrobić mu przyjemność i wybrałam przeciętną szkołę, która była najbliżej domu; ani to było renomowane liceum, ani jakoś specjalnie znane. Złożyłam papiery do klasy ogólnej, żeby nadal hołubić w sobie tę przeciętność. Chociaż tyle byłam winna ojcu.

Jeśli spodziewałam się jakiegoś zwrotu w swoim piętnastoletnim życiu, a po cichu miałam jakąś nadzieję, to zupełnie się pomyliłam. Trafiłam do klasy żeńskiej, gdzie poza mną chodziło jeszcze dwadzieścia pięć dziewczyn grubych, chudych, czarnowłosych i jasnowłosych, bogatszych, biedniejszych… Słowem: nieprzeciętnych w swej przeciętności. Podobnie jak ja szarych i z góry skazanych na byle jakie życie. Chociaż nie, była jedna taka Anka, kolorowy ptak, można powiedzieć. Jej ojciec pracował w Szwajcarii, a mama chodziła w dżinsach. Poza tym Anka wyjeżdżała za granicę na wakacje i miała dwa komplety kurtek dżinsowych ze spodniami, kupionych w Rembertowie na targu. Ankę można było podziwiać i po cichu jej zazdrościć. Dla mnie ciuchy nie miały specjalnego znaczenia, chociaż nie, w stosunku do tureckiego dżinsu odczuwałam pewne nieodwzajemnione pożądanie. Poza tym Anka była zwykłą nastolatką, migała się od nauki i snuła na przerwach opowieści, jak to po skończeniu tej „budy” wyjedzie z kraju. Na mnie te opowieści nie robiły specjalnego wrażenia. Ale z liceum pamiętam właśnie ją. Anka wyjechała tuż przed maturą, tak jak zapowiadała. Nic pewnego o niej nie wiem, ale słyszałam, że zrobiła karierę. Pewien rodzaj kariery. Nie wiem, czy to złe języki, czy rzeczywiście była w Stanach pokojówką u bogatego staruszka. Może to nie była kariera na miarę Piaseckiej-Johnson, bo Anka ani jej inteligencji, ani determinacji nie miała, ot, zwykłe wygodnictwo, ale faktem jest, że kiedy jej pracodawca umarł, to Ance dostała się niezła sumka oraz jego syn. Tu jej się poszczęściło jeszcze bardziej, ponieważ tuż po ślubie zastała synalka z prostytutką w łóżku i rozwód sporo go kosztował. Takie krążyły plotki. Czasem myślę, czy nie spróbować znaleźć jej w internecie, ale boję się, że mnie nie pamięta albo nie będzie chciała przyznać się do mnie. Może kiedyś.

Już w trzeciej klasie liceum wiedziałam, co chciałabym robić w życiu. Nie mówiłam na razie o tym ojcu, z obawy, że powiedziałby z zasady „nie”. Jeszcze musiałam z nim negocjować wszelkie życiowe decyzje. Nie byłam ani trochę samodzielna. Nie stać mnie było na to, żeby trzasnąć drzwiami i odejść do własnego życia. Kontynuowałam więc swój domowy lot nisko nad ziemią i niewykryta przez radary ojca leciałam ku własnej przyszłości, wyobrażając sobie, że będzie świetlana. Tak, ciągle brałam pod uwagę jego zdanie. Matka nie liczyła się zupełnie. Sama wyprowadziła się z mojego życia, kiedy zaczęłam uczyć się w liceum. Wpadała na krótkie chwile, żeby powiedzieć, że mam bałagan w pokoju albo że zasypiam przy zapalonym świetle. Ja kiwałam głową, sprzątałam, gasiłam światło, a kiedy znajdowała nowy, błahy pretekst, typu odkryty ser w lodówce albo nieporządnie zasłonięte masło, z pieśnią na ustach odsłaniałam, zasłaniałam, myłam, ścierałam, co tylko chciała. Usypiało to jej już i tak słabą czujność. Miałam spokój na kilka tygodni. Czasami zastanawiałam się, jak można żyć pod jednym dachem, ba, na czterdziestu dwóch metrach kwadratowych, i kompletnie nic o sobie nie wiedzieć. Leżąc w łóżku, snułam rozmyślania o własnym przedszkolu, którego będę kierowniczką, gdzie będą chodziły moje własne dzieci, nie będzie mleka na śniadanie, wrzeszczących wychowawczyń oraz obleśnego pana woźnego. Tak miała wyglądać moja przyszłość. Chciałam zostać przedszkolanką. „Będę miała dużo dzieci”, powtarzałam sobie przed snem, „własnych dzieci i cudze też będę uczyła. Zadam kłam stwierdzeniu: »Obyś cudze dzieci uczył«, będę skrzyżowaniem doktora Korczaka z Astrid Lindgren”. Wierzyłam, że moje przedszkole będzie jasne, kolorowe, pozbawione przerażających plakacików na ścianach rysowanych przez znudzone panie wprost z książek z bajkami. Jedzenie będzie pyszne, przyprawione, kolorowe, nie będzie fusowatych kompotów ani zsiadłego mleka, a przede wszystkim budyniu. Boże, jak ja nienawidziłam budyniu. Tej okropnej żółtej skórki zalanej rzadką konfiturą. Mama mnie raczyła tym wątpliwym deserem z braku umiejętności pieczenia ciast. Tyle razy mówiłam, że tego nie lubię, a ona tylko zmieniała kupowane torebki, jeśli nie śmietankowy, to waniliowy. „Nie smakuje?”, pytała oczami. Kupowała zatem wiśniowy, truskawkowe obrzydlistwo, migdałowy, po którym długo wymiotowałam. Nie, w moim przedszkolu nie będzie jedzenia, którego ja jako dziecko nie lubiłam. No, chyba, myślałam, patrząc na sufit z zaciekami po zalaniu, chyba że jakieś dziecko uwielbia mleko i buraczki albo gorzką sałatę zieloną ze śmietaną tudzież twarożek bez soli. Do picia będą soki, a nie kompoty, analizowałam podczas kolejnej bezsennej nocy, na deser ciasto, a nie budyń ani nawet galaretka. W tamtych czasach nie było prywatnych przedszkoli, więc i ja nie widziałam siebie w roli właścicielki takiej placówki, ale jej dyrektorki i administratorki. Oraz osoby cudownej, którą dzieci kochają. Takie miałam właśnie marzenia. Pierwsza myśl o własnej placówce wychowawczej przyjaznej dziecku pojawiła się, kiedy zostałam nakarmiona pastą jajeczną przez panią Danusię, a potem ukarana przedłużonym leżakowaniem, kiedy na nią zwymiotowałam. Uprzedzałam lojalnie, że pasta dziwnie pachnie i lepiej jej nie próbować. Jeszcze dwoje dzieci zwymiotowało zaraz po mnie, ale dopiero wtedy, kiedy wymioty popaściane stały się udziałem trzech czwartych grupy, pani Danusia poszła awanturować się do kucharek, a ciocie salowe zaczęły nas myć i przebierać. Miałam swoje kilka minut triumfu, ponieważ sądziłam, że pani Danusia uzna moje racje, a kto wie, może nawet przeprosi. Nic takiego jednak się nie stało. Pierwsza wymiotująca trójka poszła od razu na leżaki, nie za karę, tylko żeby odpocząć i nabrać sił. Prawdopodobnie żeby oddać dziecko rodzicowi w jako takim stanie. Kolejne dzieci dołączyły do nas chętnie, ponieważ diabelsko źle się czuliśmy i muliło nas okropnie. Te, które nie wymiotowały, miały fart, gdyż nie zdążyły pasty jajecznej tknąć ani nie zostały nią nakarmione. One mogły nie leżakować, tylko bawić się zabawkami. Pani Danusia pozwoliła nawet wyjąć nowe lalki ze szklanej gabloty. No cóż, takich przykładów mogłabym wymieniać mnóstwo. Przyznaję się także do fantazjowania na temat tego, w jaki sposób można panią Danusię uśmiercić. Chciałam zgotować jej śmierć w męczarniach, na przykład mogłaby wpaść do kotła z ohydną zupą albo zostać porażona prądem z gniazdek, które pan woźny z rezygnacją wkręcał, a pani Danusia wyrywała razem z kablem odtwarzacza, na którym puszczała nam okropnie nudne słuchowiska. Padłaby wtedy – słusznie zresztą – ofiarą własnej głupoty i niechlujstwa. Kiedy byłam już dorosła, dowiedziałam się, że pani Danusia skończyła żywot w sposób gwałtowny, i to właśnie prąd był temu winien. Otóż suszyła głowę w wannie. Suszarka wyślizgnęła jej się z mokrych rąk i niewiele było po pani Danusi do zbierania. Swoją drogą moje fantazje na temat ugotowania w zupie i porażenia prądem znalazły zadziwiające ujście. Zastanawiałam się nawet, czy nie ma w tym jakiejś mojej winy. Ale wtedy, kiedy to się stało, kobieta była już na emeryturze, wychowała zatem rzesze podobnie jak ja niewdzięcznych przedszkolaków i co najwyżej nasze skumulowane jak najgorsze życzenia pozbawiły ją życia. Czyli odpowiedzialność była zbiorowa. A jeśli winni są wszyscy, to nikt nie jest winny. W komunie obowiązywała taka zasada, podobnie jak głębokie przekonanie ludzi, że jeśli wszystko jest nasze, to można brać, niszczyć, ale nie ma obowiązku chronić ani dbać. I tej myśli postanowiłam się trzymać w kwestii ewentualnych wyrzutów sumienia.

Pan woźny Władysław Kikut także występował w moich fantazjach, ponieważ bardzo lubił małe dzieci płci obojga, chociaż zdecydowanie bardziej preferował dziewczynki. Przejawiało się to na szczęście głównie w gapieniu się na nas, chociaż nie stronił od głaskania nóżek Renatki i Grażynki, które miały złote włoski i dołeczki, kiedy się uśmiechały. Moją nóżkę także raz pogłaskał podczas leżakowania. Zdarzyło mi się, jak rzadko, przysnąć i nagle poczułam szorstką rękę Kikuta. Wrzasnęłam wtedy i zerwałam się z leżaka, co mnie kosztowało przedłużone leżakowanie, ale Kikut został przepędzony przez panią Danusię i panią Irenkę, które wprawdzie nie słyszały o pedofilach, a Kikut nie był w ich oczach tak obleśny jak w naszych, ale sprawił, że dzieci się powybudzały i trzeba było wcześniej proponować im różne zajęcia. Kikut omijał nas długo szerokim łukiem, mlaszcząc jedynie i zerkając spod kaprawego oka, kiedy naprawiał coś na sali. Żółte od tytoniu wąsy mu się trzęsły, ilekroć Renatka albo Grażynka znikały za drzwiami ubikacji, a on nie mógł tam wejść pod pretekstem dokręcenia żarówki. Pamiętam, że kiedyś miała miejsce zabawna sytuacja z woźnym w roli głównej. Szliśmy z rodzicami do kościoła i u wrót natknęliśmy się na Kikuta. Schyliłam głowę, żeby mnie nie poznał, ale mój ojciec, zakrzyknąwszy: „Władziu!”, zaczął go ściskać, po czym przedstawiać swoją małżonkę oraz córeczkę. Władzio wycisnął mokry pocałunek na ręku mojej matki, która całkiem prawidłowo się wzdrygnęła i typowo dla niej zaczęła patrzeć w bok. Ojciec, nie bacząc na nacierający do świątyni tłum, wypytywał, jak się okazało, dawnego kolegę z wojska, co robi w naszym mieście. Władzio, który mnie poznał od razu, powiedział, że jest woźnym w przedszkolu i chyba skądś zna tę uroczą dziewuszkę, pociechę mamusi i tatusia. Ojciec jeszcze raz zrobił z nim misia, obiecał, że się któregoś dnia wybiorą na piwo po fajrancie, i poszliśmy wszyscy na mszę śpiewać „Boże, coś Polskę…” i modlić się o różne rzeczy. Ja wyjątkowo nie modliłam się wtedy o nic, ani o spokój od Kikuta i wypadek pani Danusi, ani o nową lalkę, która mrugała oczami, tylko zastanawiałam się, co taki osobnik robi w kościele. Po mszy ojciec wyjaśniał matce jakieś szczegóły z Kikutowej biografii, których nie mogłam w całości dosłyszeć, ale przewijało się tam słowo „panienka”, które powodowało, że matka przymykała oczy ze zgrozy. Kikuta miałam już z głowy do końca pobytu w przedszkolu. Już na mnie nie spojrzał ani nie wywalał obleśnego jęzora w obecności innych dziewczynek. Kiedy trochę dorosłam, uzupełniłam tamtą wypowiedź ojca i zrozumiałam, że w wojsku Kikuta uważano za homoseksualistę. Pewnie czuli, że coś z nim nie tak, ale z braku dzieci do obserwacji postawili najlepszą diagnozę, jaką umieli. Co się stało z Kikutem po przedszkolu, zupełnie nie widziałam. Znajomą, która powiedziała mi o nieszczęściu, jakie „spotkało panią Danusię, tę cudowną osobę, która tak kochała dzieci”, spytałam, owszem, o przedszkolnego woźnego, ale znajoma nie wiedziała nic o losie pozostałych pracowników przedszkola. Pewnie Kikut dożył sędziwego wieku – albo i nie, z takimi jak on nic nie wiadomo.



Miałam chłopaka w liceum. Nawet całkiem, całkiem na tle innych. Do tej pory nie wiem, czemu chciał chodzić z taką myszą jak ja. Może dlatego, że pochodził z równie niezamożnej rodziny. Miał dwóch starszych braci, którzy byli bardzo popularni na osiedlu. O ile wiem, żaden z nich nie wyszedł na ludzi, chociaż rokowali nawet lepiej od Maćka, ale to właśnie on pojechał na studia do Gdańska, gdzie uczył się na bardzo obleganym kierunku związanym z oceanami. Myśmy wtedy już nie byli parą, ale kiedy dowiedziałam się, że poznał na studiach Amerykankę polskiego pochodzenia, ożenił się z nią i wyjechał, poczułam ukłucie zazdrości. Podszedł do mnie kiedyś na dużej przerwie na podwórku szkolnym. Było lato, kilka dni do zakończenia roku szkolnego, stopnie wystawione, pełen luz. Siedziałam obok koleżanek wystawiających twarze do słońca, udając, że jestem tam nie obok, ale z nimi, kiedy jedna z najładniejszych dziewczyn w szkole zaczęła wrzeszczeć wniebogłosy. Skakała przy tym i drgała jak paralityk. Wszystkie rzuciłyśmy się sprawdzać, co się stało. Chodziła jej liszka po nodze, stąd te wrzaski.

– Zabij ją! – krzyczała jedna z najładniejszych.

– Przecież rozgniotę ją na nodze – wrzeszczała druga.

Trzecia proponowała, że pójdzie po wychowawczynię, a czwarta odsunęła się, robiąc mi miejsce. Podeszłam szybko i ręką zdjęłam jej śliczną gąsienicę z nogi. Wrzask zamienił się w pełne obrzydzenia „yyhyyy”. Ja odeszłam na bok, bo nie spodziewałam się żadnych podziękowań, i odłożyłam liszkę na źdźbło trawy przy ogrodzeniu. Wtedy podszedł Maciek i zaczął nawijać coś o tym, że także fascynuje go przyroda, muchy by nie skrzywdził. Odpowiedziałam, że ja owszem, muchy i komary traktuję bez litości, ale ta gąsienica jest piękna. Roześmiał się. Odprowadził mnie potem do domu. Dziewczyny się za nami oglądały, ponieważ Maciek miał kamizelkę dżinsową i chińskie trampki, a na owe czasy to już było coś. Poprosił o chodzenie tydzień później, biorąc mnie za bratnią duszę w kwestii miłości do przyrody. Wtedy przekonałam się po raz pierwszy, że potrafię udawać, jeśli zależy mi na tym, żeby wzbudzić w drugiej osobie zaufanie. Byłam bardzo samotna, nie miałam żadnej koleżanki i chciałam Maćka zatrzymać przy sobie. Opowiadał mi o różnych zwierzętach zamieszkujących oceany, a ja kiwałam głową i udawałam, że bardzo mnie to interesuje.

– Wiesz – mówiłam, kiedy wracaliśmy deszczowe dni ze szkoły. – Najbardziej chciałabym podróżować…

– Jak każdy. – Maciek ściskał spoconą ręką moją dłoń.

– Ale ja – zaczynałam przemowę po raz setny – chciałabym podróżować po egzotycznych miejscach i zobaczyć prawdziwe owady…

– Tak lubisz owady? – Mrużył wtedy oczy i wyglądał bardzo ładnie.

– Chciałabym zobaczyć, jak fruwają prawdziwe kolorowe motyle – sprostowałam. – Widziałam w jednym programie na naszym, wiesz, czarno-białym telewizorze… Ale chciałabym zobaczyć je fruwające naprawdę.

– Podobno są takie wyspy – mówił – gdzie one fruwają w ogrodach i normalnie można je brać do ręki…

– Lubię brać owady do ręki – wyznawałam z rzadka prawdę.

– Jesteś jedyną dziewczyną, jaką znam, która to lubi. – Zatrzymywał się, żeby mnie pocałować. – Nawet mój brat nie wziąłby do ręki pająka, a ty się nie boisz…

Całował mnie, jak umiał, widać niewiele miał doświadczeń przede mną, ale doceniałam to, podobnie jak ściskanie piersi, przed którym się nie broniłam. Trochę brzydziła mnie jego ślina, ale to chyba normalne. Lepiej wziąć do ręki owada niż wymieniać się śliną.

– Nie boję się i nie brzydzę, ale nie wzięłabym do ręki takiej ryby trującej…

Kiedy wspominałam o jego pasji, cały jaśniał i zaczynał snuć opowieści o tych rybach, które się nadymają jak balony albo wypuszczają kolce.

– Będziesz nurkował? – pytałam.

– Oczywiście – kiwał głową. – Badacz oceanów musi nurkować. Nie można pracować tylko w sztucznym basenie…

Zastanawiałam się, kiedy delikatnie zwrócić mu uwagę na fakt, że w jego życiu było miejsce na ryby, glony, plankton, ale nie dla mnie. Nawet jego podziw dla mojego udawanego zainteresowania życiem owadów nie skłaniał go do snucia fantazji, że obok delfinów pływamy razem w basenie oceanarium. Coraz częściej czułam się, jakbym była konkurencją dla wieloryba albo węży morskich, niegodna koralowców ani nawet fiszbin czyścić. Wreszcie któregoś dnia zapytałam o to wprost.

– Maciek, ty mnie całujesz i obściskujesz, ale co się ze mną stanie, jeśli ty wyjedziesz nad ten ocean?

Zatkało go. Nie bardzo wtedy wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, wypominając mu wymianę śliny i pozwalanie na ugniatanie biustu. Ale to była duża ofiara ze strony uczennicy trzeciej klasy liceum. W końcu od ściskania piersi można było dostać raka, jak niektórzy mówili. Może nie był oburzony, tylko uświadomił sobie, że musiałabym podzielać jego pasję i marzyć o spędzeniu reszty życia w wodzie bądź nad wodą. Bądź też on musiałby z tych marzeń zrezygnować i podjąć pracę, która pozwoliłaby mu być bliżej mnie.

– A co ty zamierzasz robić po szkole? – zapytał.

Czyli jednak rozważał, przynajmniej teoretycznie, że moglibyśmy wyjść poza obmacywanko piersi przez sweterek, bluzkę i stanik.

– Będę przedszkolanką – odpowiedziałam, dumnie unosząc podbródek.

Spodziewał się pewnie, że powiem o biologii, względnie botanice.

– Przedszkolanką? – powtórzył.

– Przedszkolanką. – Uniosłam głowę jeszcze wyżej.

– To wtedy nie możesz ze mną pojechać nad ocean… – powiedział z niedowierzaniem.

Stanęłam i popatrzyłam mu prosto w oczy.

– Dlaczego? – zapytałam. – Nad oceanami nie ma przedszkoli?

Właściwie dlaczego mnie odrzucał? Przecież nie muszę z nim nurkować, chyba że będę miała na to ochotę, nie muszę pisać rozpraw naukowych o podwodnym świecie, mogę jedynie nosić biżuterię z koralowców. Czy to było dla niego mało?

– Ja nie będę miał dzieci – odpowiedział. – Nie wiedziałem, że ty lubisz dzieci.

To był dobry moment na decyzję. Mogłam się odżegnać od swojej pasji, pragnień i marzeń, przynajmniej tylko teoretycznie, teraz przed nim, albo mogłam kazać mu wybierać, albo delfiny, albo ja, ryzykując, że wybierze delfiny.

– A dlaczego nie lubisz dzieci? – Wciągnęłam kaptur na głowę, bo znów zaczynał padać deszcz.

– Nie powiedziałem, że nie lubię, tylko że nie będę ich miał – sprostował. Zdawał się nie widzieć deszczu.

– Eee. – Uśmiechnęłam się i przyciągnęłam go do siebie, inicjując pocałunek, a ponieważ nigdy tego nie robiłam pierwsza, dał się wziąć z zaskoczenia. Potem założyłam mu kaptur.

– To nie będę miała dzieci i pojadę z tobą nad ten ocean – stchórzyłam.

– Nie no, nie rezygnuj ze swoich pasji – odpowiedział.

Potem już nie było nigdy tak samo. Spotykaliśmy się coraz rzadziej, może dlatego, że chodził na kółko biologiczne i bardzo się zaangażował w olimpiadę z tego przedmiotu. Namawiał mnie, żebyśmy razem wzięli udział, ale byłam dopiero w trzeciej klasie. Musiałabym nadrobić mnóstwo materiału, który średnio mnie interesował. Ale gdyby Maciek pokazał, że mu zależy, na pewno bym się postarała albo poudawała chociaż, że się staram. Ale najwyraźniej mu nie zależało. Trzymałam kciuki za olimpiadę, ale nie przeszedł do trzeciego etapu. Tak to bywa, kiedy kogoś interesuje tylko jeden aspekt jakiejś dziedziny. Może i znał wszystkie rodzaje małży, ale o glebie miał pojęcie mniej więcej takie, że nie występuje w oceanie.

– Nie martw się – mówiłam na jednym z naszych ostatnich spacerów. – Przecież to nie ma znaczenia na egzaminach.

– Jak to nie ma znaczenia? – pieklił się. – Absolutnie ma. Na pewno jest mnóstwo chętnych olimpijczyków na oceanografię.

Jakoś w to wątpiłam.

– Na pewno nie – powiedziałam z przekonaniem. – Może ci, co wygrali, chcą zostać botanikami albo ornitologami, albo…

– Co ty tam wiesz… – machnął ręką. – Nawet nie chciało ci się owadów nauczyć. Nic nie osiągniesz…

Stanęłam jak wryta.

– Naprawdę nic według ciebie nie osiągnę? – upewniałam się, a łzy zawodu mieszały się ze łzami złości.

– Nic z siebie nie dajesz. – Chłopak postanowił iść na całego. – Udajesz tylko zainteresowanie tym czy tamtym, ale nic nie robisz… Tak prześlizgujesz się przez życie.

Powinnam zakończyć tę rozmowę i chodzenie. Zamiast tego postanowiłam się jednak dowiedzieć, co robię źle.

– Powinnaś dążyć do spełnienia swojej pasji… Do tego, żeby ci się udało…

– Dążę do tego i mi się uda! – wrzasnęłam, a ludzie się za nami obejrzeli.

– Nie krzycz tak – poprosił.

– Będę właśnie krzyczała, a ty mi nie zabronisz – bredziłam bez sensu. – Właśnie ty do niczego nie dojdziesz, bo uznajesz tylko ocean!

– A ty tylko owady! – odparował. – Albo i to nie…

Jeśli tylko tego się o mnie dowiedział podczas roku spacerów i obmacywania, to nie był dla mnie odpowiedni. Uznałam, że kwestię, że z kimś chodziłam, a potem z tym kimś zerwałam, mam na tle dziewczyn z klasy zaliczoną, może nie na piątkę, ale na mocne cztery. Niektóre i takiego Maćka nie miały w swoim licealnym życiu. Poszłam z nim jeszcze na studniówkę, bo naprawdę chciałam. Nie mogłam odpuścić tego wydarzenia, o które musiałam stoczyć bój z rodzicami. Musiałabym się przyznać, że już się z Maćkiem „nie przyjaźnię”, a nowa biała bluzka nie jest mi potrzebna. Ojciec pewnie uznałby, że kurtuazyjna wizyta rodziców Maćka, która odbyła się w naszym domu miesiąc wcześniej na okoliczność zaproszenia mnie na studniówkę, była czasem zmarnowanym, a rozlatujące się ciasto upieczone przez matkę na tę okazję – stratą składników i pieniędzy. Kto wie, co jeszcze bym usłyszała. Postanowiłam nie przyznawać się do uczuciowej porażki przynajmniej przed zakupem bluzki. Podczas wizyty, która trwała równo godzinę, rodzice Maćka, którzy wcześniej widzieli mnie trzy razy, wyrazili głęboką radość z powodu tego, że ich syn chce iść na studniówkę z córką moich rodziców, czyli ze mną. Padło pytanie o to, kiedy wrócimy do domu. Rodzice zaakceptowali fakt, że wprawdzie o północy, ale ojciec Maćka nas odprowadzi, a jego mama będzie obecna na balu, robiąc herbatę i pilnując, żeby młodzież nie piła alkoholu. Pewien zgrzyt stanowiło pytanie, czym się rodzice Maćka zajmują. Padło ono naturalnie z ust ojca. Wcześniej powiedział, że jest magazynierem, a matka kucharką. Ojciec Maćka był zawodowym kierowcą, a mama nie pracowała. Widziałam, że mój tata kiwał głową z aprobatą, bo w końcu ludzie w jego guście, zupełnie przeciętni, kiedy jego mama powiedziała:

– My jesteśmy zupełnie zwykłymi ludźmi, ale nasi synowie… – Zawiesiła głos. – To będą nieprzeciętni ludzie.

Tego właśnie słowa użyła, a ojciec prawie zadławił się cudem zdobytą kawą, aż kilka fusów wyszło mu na wargi.

– Maciek będzie wielkim biologiem – kontynuowała matka Maćka. – A Kacperek dostał się na inżynierię śródlądową, z kolei Damian będzie lekarzem…

Fusy podchodziły ojcu do gardła, a ręka trzymająca szklankę z kawą wyraźnie drżała.

– Kim Maciek chce zostać? – zapytał ojciec.

– Maciek będzie zdawał na oceanografię, do Gdańska – powtórzyła jego matka. – Jest wybitnie zdolny… Czy wie pan, że on od małego mówił, że będzie pracował ze zwierzętami oceanicznymi?

– Marzył o delfinie, nie o psie – wtrącił jego ojciec.

Matka bezceremonialnie podeszła do ojca i uderzyła go w plecy. Ja nie mogłam się ruszyć. Rodzice Maćka skonfundowali się trochę, ale do głowy im nie przyszło, że zakrztuszenie się ma związek z ich opowieścią. Maciek też nie wiedział, że mój ojciec postrzegał go jako podobnie przeciętnego jak inni nastolatkowe, nie poznałby go zapewne na ulicy, gdyby spotkał go w towarzystwie innym niż moje. Pewnie sądził, że i w oczach moich rodziców jest wyjątkowy.

Wizyta szybko dobiegła końca. Ojciec zapytał mnie, dlaczego prowadzam się z chłopakiem, który lada chwila wyjedzie do innego miasta. Nie wiem, czy oczekiwał, że będę zaciekle bronić potencjalnego szczęścia, zakrzyknę, że ja też kocham delfiny, a z morskich robaków zrobię doktorat, dość, że zadał swoje pytanie z pewną obawą. Z pewną taką nieśmiałością, jak mówiliśmy w tamtych czasach. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam, że wiem, że wyjeżdża i zupełnie mnie to nie obchodzi. Przecież chyba ojciec nie sądzi, że chciałabym pojechać za nim, cóż za pomysł…

Poszliśmy wtedy na studniówkę. Bawiliśmy się razem, tańczyliśmy i piliśmy nielegalnie wniesiony alkohol, ale z pełną świadomością, że to koniec między nami. Zaraz po końcu roku Maciek wyjechał do Gdańska. Przez chwilę myślałam, że może go nie przyjmą. Tam było podobno dziesięciu kandydatów na jedno miejsce. Ale dostał się bez problemu. I tyle go widziałam. Nie napisał, nie przyjechał, a nawet jeśli to zrobił, to zupełnie się nie odezwał do mnie. Czy go żałowałam? Sama nie wiem. Z jednej strony nie chciałam wdawać się w żadne rozważania na temat zmiany moich planów i pracy w delfinarium, z drugiej – ambicja cierpiała. Czyżbym była aż tak szara i zwykła, że można było praktycznie bez słowa mnie porzucić, bo nie mieściłam się w czyichś planach? Chciałam, żeby komuś na mnie zależało, żebym była jedyna z miliona.

Widziałam Maćka już jako dorosła osoba. Pierwszy raz wpadłam na niego w centrum handlowym niedaleko naszej dawnej szkoły.

– O, Werka – powiedział, jakby tych lat nie było.

– O, Maciek – powiedziałam, jakbyśmy widzieli się wczoraj.

Patrzył na mnie, jakbym się nie zmieniła, nie postarzała, nie przytyła. Jakbym była dziewczyną. On niewiele się zmienił. Nie był łysy, nie przytył, nie postarzał się specjalnie. Tylko trochę schudł i zapadł się w sobie.

– Co tam u ciebie słychać? – zapytał.

Byłam wdową zaledwie pół roku. Klasyczną wdową pogrążoną w bólu. Ubraną na czarno, bez makijażu, z grymasem pretensji do Boga na twarzy.

– A u ciebie? – spytałam.

– Odpowiadasz pytaniem na pytanie – odparł. – To dla ciebie charakterystyczne. Zawsze mnie to denerwowało.

Nigdy mi tego nie powiedział. Może mnie z kimś pomylił, bo ja chyba raczej tak nie robiłam.

– Przyjechałem, bo mi mama umarła i likwidujemy mieszkanie – powiedział.

– Bardzo mi przykro – kiwnęłam głową. – A ojciec?

– Umarł nagle dziesięć lat temu. Na zawał. Za kierownicą… Zabił dwie osoby, może słyszałaś…

Pokręciłam głową. Może i słyszałam, ale nie jestem pewna. Coś mogło mi się obić o uszy, ale na pewno nie w kontekście, że to był ktoś znajomy.

– Przykro mi – powiedziałam.

– Rak piersi. – Popatrzył na mnie tak jak dawniej. – Dasz wiarę? Pół roku i po kobiecie…

– Nie leczyła się? – pytałam z głupia frant, żeby podtrzymać rozmowę, bo nagle jakoś tak zaczęło mi zależeć na tym, żebyśmy porozmawiali.

– Na wszystko było za późno… Ale była operacja i chemia… – Teraz patrzył na czubki swoich butów. – Ale na wszystko za późno.

– Okropne. – Czułam się głupio, bo chciałam mu powiedzieć o Sławku i jednocześnie nie byłam pewna, czy powinnam.

– Okropne – zgodził się. – Powiesz, co u ciebie?

– Wyszłam za mąż – stwierdziłam lekkim tonem. – To był najwspanialszy człowiek na świecie… Nie mogliśmy mieć dzieci… A potem nagle potrącił go pijany kierowca na pasach…

– Ooo – na tyle się zdobył. – Dawno?

– Pół roku temu…

Pokiwał w milczeniu głową.

– Będziesz skarżyć tego kierowcę?

– Tak, będę – przytaknęłam. – Należę do tych oszalałych z bólu, chcących zniszczyć wszystko i wszystkich…

– Życia mu nikt nie zwróci… – powiedział, wyraźnie myśląc o swoim ojcu.

– Nie o to chodzi – zaprzeczyłam, bo znów ja wiedziałam, o czym ktoś myśli, a ten ktoś rozumiał z kolei moje myśli. – Twój ojciec był chory, to co innego. Ten… ten, co zabił Sławka, miał dwa promile we krwi. Przejechał go na pasach… Na czerwonym świetle… Zabił po prostu…!

– Werka, hej, Werka. – Złapał mnie za rękę. – Wybacz, przepraszam…

Uspokoiłam się. Przecież Maciek nie był niczemu winien.

– A ty zostałeś delfinologiem? – przerwałam te wywody.

– Tak. – Uśmiechnął się. – I to tak jak w bajce. Skończyłem studia i pracuję teraz w Kalifornii, w oceanarium.

– A żonę masz amerykańską? – indagowałam, chociaż wiedziałam, że jest inaczej.

– Nie, Joasia jest z Gdańska. Pojechała ze mną do Kalifornii i tam mieszkamy. Została z dziećmi.

Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku. Nie pamiętam, w jaki sposób tam się znaleźliśmy. Chyba szliśmy w stronę kawiarni podczas rozmowy. Nie pamiętam.

– Ile masz dzieci? – Zakłuło mnie w sercu. – Nie lubiłeś dzieci, o ile pamiętam.

Roześmiał się i podrapał po głowie.

– No wiesz, jak to jest, to znaczy, przepraszam cię bardzo…

– To nic – uspokoiłam go. – To ile masz dzieci?

– Dwójkę – powiedział. – Michał ma piętnaście lat, Clarissa – dziesięć… Mówią po polsku, ale to już Amerykanie. Oboje będą oceanografami.

– Wiesz – pochyliłam się ku niemu – swoją drogą to niesamowite. Wydawałoby się, że w tamtych czasach takie marzenia, delfiny, Kalifornia, to zupełnie nierealna sprawa… A jednak tobie się udało.

Poszliśmy pogadać do kawiarni, bo głupio było tak stać na środku. Kiedy pani wniosła dwie kawy, Maciek nagle się roześmiał.

– Pamiętam, jak bardzo lubiłaś owady… Zostałaś biologiem?

– Żartujesz chyba. – Uśmiechnęłam się pierwszy raz od śmierci Sławka. – Nigdy nie chciałam być biologiem. Marzyłam o przedszkolu, o dzieciach…

– Przepraszam – bąknął. – Nie wiem, dlaczego myślałem, że uwielbiałaś owady… Ja ciągle mówiłem pewnie o delfinach i wielorybach. Przepraszam cię, Werka…

– Nie ma za co. – Mieszałam swoją kawę. – Owady lubiłam, ale swoją przyszłość wiązałam z dziećmi. Nie udało się mieć własnych, pracuję w przedszkolu… Zawsze tego chciałam.

Pożegnaliśmy się po dwóch godzinach. Dobrze, że go spotkałam. Nie byłam mniej zrozpaczona ani nie nabrałam chęci na nowe życie, ale coś się we mnie przełamało. Postanowiłam, że będę żyła. Tak jakby można było postanowić, że się przeżyje albo umrze. Zna to każda nastolatka, chora z miłości i błagająca Stwórcę o śmierć. Pozwól mi, Panie Boże, umrzeć, bo tak go kocham. Nie umiem bez niego, wiem, że umrę… Coś w tym stylu.



Sławka poznałam w przedszkolu. Stanął któregoś pięknego dnia w progu i zachowywał się, jakby przyszedł odebrać dziecko.

– Pan po kogo? – zapytałam, bo tego dnia pracowałam na popołudnie.

– Po Kacpra – wyjaśnił krótko.

Kacper był jednym z najtrudniejszych dzieci w grupie. Dziś pewnie byłoby widać, że dzieciak idzie w kierunku adhd, ale wtedy było prostu niegrzeczny, karany na każdym kroku i znienawidzony powszechnie przez moje koleżanki. Mnie było chłopczyka po prostu żal. Zaniedbany, często brudny i w butach po starszych braciach, był jednak dzieckiem niezwykle kreatywnym, pogodnym, lubił rysować i pięknie śpiewał. Ja sama zajmowałam się nim, kiedy tylko mogłam.

– Pan jest tatą Kacpra? – zaatakowałam.

Chciałam gościowi powiedzieć, że jest kompletnie nieodpowiedzialny. Kacper jest dzieckiem zaniedbanym, wymaga systematycznej pracy i starań, a nie tatusia z doskoku.

– Nie. – Gość zamachał rękoma. – Prawdę mówiąc, to dziecko mojej sąsiadki. Zadzwoniła do mnie, to znaczy nie do mnie, tylko do mojej mamy, bo ja, wie pani, mieszkam z mamą… Z mamą i tatą…

Miałam dosyć tego faceta. Było już kilka minut po czasie, wszystkie dzieci odebrane. W przedszkolu zostaliśmy tylko ja i Kacper. Źle się czułam tego dnia, chciałam iść do domu i zwinąć się w kłębek. Kacper wielokrotnie zostawał dłużej w przedszkolu, a żadne rozmowy dyscyplinujące z jego matką nie pomagały. Nie powinnam wydawać dziecka „sąsiadowi”. Szkoda, że jeszcze nie powiedział, że jest znajomym babci dziecka. Ale właśnie tym mnie ujął. Bo Sławek był szczery i tak przyzwoity, że nie mógł patrzeć, jak matka po raz kolejny dzieciaka zostawia. Poszliśmy na spacer. Wzięliśmy Kacpra za rękę, ja zamknęłam przedszkole i poszliśmy przed siebie. Teoretycznie rzecz biorąc, nie mogłam oddać dziecka, które powierzono mi pod opiekę, obcemu mężczyźnie, dlatego sama poszłam go odprowadzić do domu. Myślałby kto, że byłam taka dobra. Miałam dwadzieścia trzy lata i zakochałam się w Sławku od pierwszego wejrzenia. Podobał mi się ten niski mężczyzna o aksamitnym głosie, szczerym spojrzeniu zielonych oczu i krótkiej ciemnej czuprynie, w której pobłyskiwały pierwsze, bardzo nieśmiałe jeszcze, srebrne włoski. Nie byłam kobietą pożądaną, budzącą w chłopcach czy mężczyznach zainteresowanie, ale czułam, że i dla niego ten spacer ma wielkie znaczenie. Niewiele mówiliśmy, głównie wymienialiśmy się uwagami na temat sytuacji Kacperka, półgębkiem, ponieważ dziecko nas słuchało, a i przy każdym otwarciu ust para buchała nam spomiędzy warg. Ciepło mieszało się z zimnem, nasze głosy zapętlały się w cichym parku, Kacper ściskał nas oboje za ręce. Robiliśmy coraz szerszy łuk, żeby za szybko nie trafić do domu, gdzie mieszkało „nasze” dziecko. Nad nami migotały gwiazdy, śnieg wyjątkowo nie przypominał zmarzniętej brei, tylko srebrny puch. Mnie serce topiło się ze szczęścia, Sławkowi też, jak mi potem wyznał. Stanęłam pod blokiem, w którym mieszkali Sławek i Kacper. Nachyliłam się niezdarnie w kierunku małego i pogłaskałam go po głowie, właściwie po ciężkiej czapce z pomponem, i powiedziałam, żeby uważał na siebie. Bez sensu zupełnie. Przecież na takiego malca rodzice powinni uważać. Sławek chwycił mnie za rękę i wygłosił płomienną mowę o tym, że na świecie są jeszcze fantastyczne panie przedszkolanki, które dzieci kochają jak własne. Ja się zrobiłam czerwona i nie wiedziałam, co powiedzieć. Wreszcie pożegnaliśmy się krótkim „do widzenia”, ja odwróciłam się na pięcie i poszłam na przystanek autobusowy, a on z Kacprem do klatki. „Przecież możemy się już nigdy nie spotkać”, kołatało mi w głowie, nie zapytałam, jak ma na nazwisko, pod jakim numerem mieszka, czy znów przyjdzie po Kacpra. Jednocześnie byłam najzupełniej pewna, że oto los przyniósł mi mojego towarzysza życia, drugą połowę jabłka, pomarańczy czy medalionu. Wiedziałam, że on albo przyjdzie znów do przedszkola, już nie po Kacpra, ale po mnie, albo znajdzie mnie w inny sposób. Cały wieczór wymknął mi się z pamięci, bo mimo że w domu, wciąż myślami byłam na tamtym spacerze, a endorfiny buchały ze mnie niczym para z ust. W głowie mi się kręciło, serce waliło, a radio grało piosenki tylko dla mnie. Słowem, doświadczyłam nagłego, ciężkiego zakochania. Matka wołała mnie na kolację, przecież ciągle mieszkałam z rodzicami, w tamtych czasach trudno było iść na swoje, a ja krzyczałam zza zamkniętych drzwi, że mam pracę zleconą. „Jaką pracę zleconą?”, jej głos przebijał się przez huk nad nami, najwyraźniej ktoś wieczorami remontował mieszkanie. „Przecież nic nie słychać, huk z góry i jeszcze radio ryczy!” Nic mnie nie obchodziło. Zatroszczyłam się tylko o staranny przyodziewek na dzień jutrzejszy, bo przecież Sławek na pewno przyjdzie pod przedszkole, i poszłam spać, snując marzenia o naszym wspólnym życiu i tym, ile dzieci będziemy mieli. Chciałam od razu dwójkę, najlepiej bliźniaki, albo rok po roku, najpierw chłopczyka, potem dziewczynkę, chociaż było mi wszystko jedno, byle dziecko zdrowe było. Potem jakieś dwa lata przerwy i jeszcze jedno, no, może gdyby się okazało, że jednak ciężko, to trzy lata. Ale na pewno trzecie dziecko, a po jakichś dziesięciu latach, kiedy te pierwsze już będą nastolatkami, wtedy jeszcze jedno, na deser, na starość, dla radości naszych oczu. Zasnęłam, pchając wózek z bliźniakami, w ciąży z trzecim dzieckiem, kiedy zegar z kukułką wybijał trzecią nad ranem. Następnego dnia otworzyłam oczy o szóstej, szybko wstałam, ubrałam się w najlepszą spódnicę, bluzkę od ciotki Katarzyny i pobiegłam do przedszkola. Miałam pewną nadzieję, że on będzie czekał od rana. Nawet zastanawiałam się, czy nie zrejteruję i nie opuszczę pracy, żeby z nim pobyć, ale Sławka nie było. Naturalnie, uspokoiłam się nieco, przecież i on ma pracę. Na pewno przyjdzie o 17.00. Z tego wszystkiego zapomniałam, że w środy pracowałam od 7.00 do 14.00. Zamiast jednak wyjść do domu, powiedziałam koleżance Kryśce, że w domu rury pękły, zimno jest okropnie i nie chce mi się wracać do tej lodówki. Rury zresztą pękały zwykle zimą z częstotliwością większą niż „bardzo często”, więc mogłam nawet przypuszczać, że jeśli nie tego dnia, to w ciągu kilku najbliższych pękną i kłamstwo stanie się świętą prawdą. Kryśka pokiwała głową z pełnym zrozumieniem. W tamtych czasach to jeszcze i światło mogli wyłączyć, a widok całego osiedla pogrążonego o 17.00 w egipskich ciemnościach nikogo nie dziwił ani nie powodował specjalnych protestów. Siedziałam w przedszkolu jak na szpilkach, zerkałam na Kacpra, którego przyprowadziła matka i zostawiła bez słowa. Nie uważała, że powinna mi cokolwiek powiedzieć. Czekałam na jakąś rozmowę, choćby kilka słów z jej strony, najbardziej na słowa, że to on będzie odbierał Kacpra z przedszkola, ale nie rzuciła na mnie nawet okiem. Mogłam zapytać, zreflektowałam się, kiedy już poszła. Zamiast tego wzięłam małego na spytki, ale dziecko nie było specjalnie rozmowne. Pytałam o wujka Sławka, czy często przychodził po niego do przedszkola, ale mały podkręcił główką. Potem próbowałam dopytać, czy był u Sławka w domu, ale tego też się nie dowiedziałam. W końcu Kacper wyrwał się z mojego uścisku i poszedł rozrabiać w kąciku z samochodzikami. Odebrała go matka o 16.30. Uśmiechnęła się do mnie, a ja odwzajemniłam uśmiech, sądząc, że może rano była nie w formie, ale teraz coś mi powie, ale ona powiedziała synkowi, żeby wkładał buty i wyszli. Tym lepiej, pomyślałam, pójdziemy tylko we dwoje, może do jakiejś kawiarni, będzie zupełnie inaczej niż wczoraj, chociaż podobne odczucia i mróz jeszcze większy. Punktualnie o 17.00 zamknęłyśmy z Kryśką przedszkole, pożegnałyśmy się i dziarsko pomaszerowałam tą samą ścieżką co wczoraj, mimo że do domu miałam w zupełnie inną stronę. Czekałam na kroki za sobą, głos: „Weronika, czekaj!…”, ale nic takiego się nie stało. Nie przyszedł. Bolesną prawdę uświadomiłam sobie jakieś sto metrów od jego domu. Nie przyszedł do mnie. Tamten spacer był magiczny tylko dla mnie, był pewien rezonans albo może pomyliłam go z trzaskającym mrozem, z dźwiękiem skrzypienia śniegu pod butami. Honor nie pozwalał mi pójść pod samą klatkę i tam stanąć. Było strasznie zimno, dusza mnie bolała, płakać mi się chciało, a i nie wiedziałam przecież, gdzie on dokładnie mieszka, nie przyszło mi do głowy sprawdzić adresu Kacpra, chociaż wtedy mogłabym tylko przypuszczać, że skoro Kacper mieszka, dajmy na to, pod dwudziestką, to Sławek pod numerem dziewiętnaście, dwadzieścia jeden, dwa, trzy, a może piętro niżej czy wyżej. Przecież nie mogłam pukać do ludzi i ich niepokoić jak ostatnia idiotka. Żal i zimno ściskały mi tyłek obleczony w cienką bieliznę. Powzdychałam trochę, ale przypomniałam sobie na koniec, że jestem szarą myszą, której nikt nie chce, i poszłam do domu. Noc przepłakałam, ale następnego dnia wraz z nadejściem świtu znów miałam nadzieję, znów włożyłam peweksowską spódnicę i bluzkę z rękawami z przezroczystego materiału. Kacpra odprowadziła matka i ona go odebrała, o 16.30. Nawet nie wypytywałam specjalnie dziecka, bo i tak na niewiele by się to zdało. Powiedziałam wprawdzie: „Pozdrów wujka Sławka”, ale co się z czterolatkiem dogadasz, nie mam pojęcia, czy powtórzył, a nawet jeśli, to przecież „wujek Sławek” nie musi lecieć i osobiście mi dziękować za pozdrowienia. W piątek straciłam nadzieję, że go kiedykolwiek zobaczę. Wyszłam z przedszkola i wolnym krokiem poszłam w stronę domu, do ostatniego metra mając nadzieję, że on idzie za mną. Pamiętam tamtą sobotę i niedzielę. Znów w radiu śpiewali piosenki o mnie, o tym, że uciekł skoro świt i potem był wstyd. Właśnie tak się czułam. Wstydziłam się tego wrażenia bliskości, zakochania wręcz, wybuchu uczuć do człowieka, którego widziałam przez dwie godziny. Te endorfiny wybuchły w przestrzeń kosmiczną i nie zostały złapane, rezonans uciekł w eter, a moja miłość zamarzła w styczniowy poranek. Cały czas powtarzałam sobie, że nie ma się czego wstydzić, bo te wszystkie uczucia, to zakochanie, były głęboko we mnie, nie wyszły ani na chwilę na światło dzienne, nikt nie widział, nikt nie słyszał. On też nie. „Nie zorientował się, że ja się zakochałam”, powtarzałam sobie. Nic nie wie, nie będzie się ze mnie śmiał, nie pozna mnie na ulicy. Może kiedyś przyjdzie znów po Kacpra, wtedy kiwniemy do siebie głową i wymienimy porozumiewawcze spojrzenia. Bo nic nie było i nie ma w ogóle o czym myśleć. Sobotę jakoś przetrwałam. W niedzielę matka ciągnęła mnie na grób babci. Był styczeń, grobowiec dziadków, duma mojej matki, był niesprzątnięty, jeszcze ktoś by zobaczył i skomentował. Ostatnio byłyśmy tam w Wigilię, potem padał śnieg, był mróz, a matce wypadł dysk i nie mogła się schylać. Nie zmusiła mnie, żebym sama pojechała i posprzątała, ale przy najbliższej okazji, kiedy już mogła się schylić i wyprostować bez większego problemu, zaczęła mi jęczeć, żebym pojechała z nią na cmentarz. Nie chciałam, nic mnie nie obchodziło, co będzie na tym grobie, czy wiązankę przykryje śnieg, czy babcia i dziadek, w niebie, a jakże, nie będą cieszyć się światłem ze zniczy. Pojechałam jednak. Uznałam, że to lepsze, niż tak siedzieć i myśleć o swoim nieszczęściu. Pomogło, bo sprzątanie zajęło nam prawie cały dzień, odmroziłam sobie ręce, przemokłam kompletnie i złość na Sławka przeszła gładko w złość na matkę, jej bezmyślność i ośli upór. Odpysknęłam, kiedy mi tłumaczyła, że też mam ją pochować w tym samym grobie, i utyskiwała, że na pewno lampek nie będę paliła ani kwiatków kładła, sczeźnie, zmarnuje się piękny, kosztowny grób. Na szczęście nie słyszała tego, co mówię, mamrotała pod nosem jak to ona, „krzywdowała sobie”. W drodze powrotnej zaproponowałam, żeby pójść do kawiarni, wypijemy herbatę, ogrzejemy się chwilę, przecież i tak już dawno po obiedzie, ojciec nie czeka. Matka spojrzała spode łba, moja propozycja musiała być dla niej szokiem, nie wiem, czy ojciec zabrał ją kiedykolwiek do kawiarni, na pewno dobrowolnie nie weszłaby do czegoś takiego nawet w ulewę. Oczywiście odmówiła, ale podała powód. Powiedziała, że jest bardzo zmęczona i chce się położyć na kanapie. W domu ojciec przywitał nas awanturą, gdzie się tyle podziewałyśmy. Matka mu tłumaczyła, że ja jeszcze chciałam do kawiarni iść, dopiero byśmy się spóźniły. Zostawiłam ich w pokoju zastanawiających się, czy teraz odgrzać gołąbki, czy dopiero na kolację. Mnie było wszystko jedno, w końcu po kilku minutach matka zawołała mnie, żebym przyszła, bo, zawahała się na krótko, „obiad na stole”. Przyszłam, zjadłam, pochwaliłam ten obiad, pozmywałam, wytarłam, po czym zamknęłam się w pokoju i zasnęłam kamiennym snem. Wszystko pamiętam z tamtych czterech dni, każdą tęsknotę, każdą myśl. I smutek, który mi towarzyszył w poniedziałek w przedszkolu, szczególnie na widok rozrabiającego Kacpra. „Jak różne są rzeczy ukryte w króciutkim wyrazie żal”, podsumował mój ukochany poeta Tuwim, który wszystko rozumiał. Znów zamykałam przedszkole, znów był mróz i znów miałam zamiar powlec się do domu nieco okrężną drogą, kiedy usłyszałam za sobą głos:

– Pani Weroniko…

– To pan… – Powiedziałam „pan”, mimo że na spacerze mówiliśmy do siebie po imieniu. Miałam ochotę wrzasnąć wielkim głosem: „Dlaczego dopiero dziś przyszedłeś?! Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nic się nie stało?!!!”.

– Pozwoli się pani zaprosić na spacer? – zapytał.

– Miałam zamiar właśnie iść do domu – odpowiedziałam.

– O – skonfundował się nieco. – To może ja mógłbym panią odprowadzić do domu albo chociaż do autobusu?

Uśmiechnęłam się.

– Chciałam powiedzieć, że miałam zamiar wracać do domu spacerem. Ja nie boję się mrozu.

– O, to całe szczęście, bo ja myślałem, że pani mi odmawia…

Tyle lat potem kochałam jego uśmiech. Uśmiechał się tak charakterystycznie. Nagle pokazywał wszystkie zęby, białe i równiuteńkie. Potem ramiona mu drgały i śmiał się już głową, rękoma, tułowiem, nogami, przytupywał, kiedy było coś szczególnie wesołego.

– Bałem się, że pani mnie nie pamięta… – zaczął, kiedy szliśmy przez park w stronę mojego osiedla.

– Pamiętam… – rzuciłam lekko. – Mam dobrą pamięć. Poza tym…

Poza tym uważam, że jesteś mężczyzną mojego życia, powiedziałam w myślach, a zamiast tego dodałam:

– A poza tym… sytuacja była niecodzienna i sprzyjała zapamiętaniu… pana…

Znów się roześmiał.

– Szczerze mówiąc – powiedział cicho, kiedy byliśmy na skraju parku – dla mnie to też była niecodzienna sytuacja…

– Pierwszy raz pan pomaga sąsiadce? – zapytałam, mimo że wtedy wspominał coś o tym, że jego rodzice odbierają czasem Kacperka z przedszkola, podając się za dziadków chłopca.

– W taki sposób to pierwszy – przyznał się. – Ale gdybym wiedział, że spotkam panią, to stawiłbym się wcześniej…

Czekałam na jakieś głębsze wyznanie, ale ono nie nastąpiło. Wyszliśmy już z parku i kierowaliśmy się ku mojemu blokowi. Mogłam podjechać autobusem, to było całkiem daleko, trzy przystanki, ale zamiast tego postanowiłam iść, nie uzgadniając z nim, czy ma ochotę na aż tak długi spacer.

– Bo widzi pani – zaczął. – Ja chciałem przyjść już we czwartek, bo ja chciałem…

Nadstawiłam uszu. Bardzo chciałam usłyszeć jakieś dobre usprawiedliwienie.

– Tylko że wyjechałem w delegację i wróciłem w piątek wieczór. Takie szkolenie miałem, w mojej pracy… Musiałem jechać…

To było dobre usprawiedliwienie. Nie było go w czwartek i piątek, a w sobotę nie pracowaliśmy.

– Nie musi pan się usprawiedliwiać – dodałam dla porządku. – Na pewno chce pan dalej iść? Bo to jeszcze kawałek, ale jeżdżą autobusy, ja mogę pojechać albo pan może wrócić…

– Weroniko – powiedział, zatrzymując się i zaglądając mi głęboko w oczy. – Nie ma mowy, żebym cię zostawił tu i teraz…

W ten sposób gładko przeszliśmy nie tylko na „ty”, ale do wspólnego życia, tak zwanego „chodzenia” na początek, potem do wszystkiego, co łączy zakochanych w sobie ludzi, na małżeństwie kończąc.

Znałam przystojniejszych mężczyzn, marzyłam nawet o takim czy innym bracie koleżanki, chłopaku z klasy wyżej czy – na studiach – o dość przystojnym profesorze pedagogiki specjalnej. Ale to były tylko takie myśli. Wiedziałam, że z moją urodą, a właściwie jej brakiem, nie znajdę sobie przystojnego chłopaka, ale Sławek, on był dla mnie jedynym z milionów. Gdyby coś się stało i on nie mógł ze mną być, nie przyszedłby wtedy pod przedszkole, wcześniej po dziecko sąsiadki, moje życie byłoby zupełnie puste i pozbawione jakiegokolwiek blasku. Bo ja przy Sławku byłam królową, nie żabą, ale piękną istotą zdolną unieść cały świat.

– Nie zostawiaj mnie tu i teraz, w ogóle nie zostawiaj… – powiedziałam, nie bacząc na to, że może należało udawać, że ja nie wiem, o co chodzi, albo dla mnie to tylko spacer.

Wziął mnie za rękę, wsunął moją dłoń w swoją rękawiczkę i to było pierwsze nasze fizyczne zbliżenie, tak intensywne, że pamiętam je do dziś.

– Nie mam zamiaru. – Zapewnił wtedy.

Często tak mówił. Kiedy był w szpitalu, też poprosiłam: „Nie zostawiaj mnie”, a on odpowiedział, że nie ma zamiaru. Wtedy oboje nie wiedzieliśmy, że stanie się to, co się musi stać. Przeszedł dwie skomplikowane operacje, ale nie przeżył…



Jaką ja byłam przedszkolanką… Właściwa osoba na właściwym miejscu to mało powiedziane. Dzieci uwielbiały mnie, a ja kochałam dzieci. Wszystkie jak leci mogłam jeść łyżkami. Niestraszni mi byli ani histerycy, ani złośliwe maluchy, nawet te, których inni nie lubili. Miałam, jak to się mówi, rękę do dzieci. Każdy maluch, który trafiał do przedszkola, zakochiwał się we mnie natychmiast. W książkach przeze mnie czytanych, zabawach wymyślanych, piosenkach wyśpiewywanych. Nawet z jedzeniem nie było problemów. Wszyscy zastanawiali się, jak ja to robię. Ja czasami też, bo rzeczywiście sukcesy wychowawcze miałam spektakularne, a osiągałam je bez najmniejszego problemu.

– Mój Krzysio tak ładnie je w przedszkolu – mówiła pewna matka z kategorii „matka roku”. – A w domu nie chce…

– My mamy czas dla dzieci – odpowiadałam, patrząc jej głęboko w oczy, żeby mogła w nich odczytać, że wiem, że krzyczy na małego podczas jedzenia i zdarza jej się wpychać mu zupę do gardła, ryzykując zadławienie. – Podczas posiłków czekamy tyle, ile trzeba, żeby dziecko spokojnie zjadło.

– Czy to prawda, że pozwala pani jeść najpierw drugie danie, a potem zupę? – pytała „matka obsesyjna” podczas zebrania.

– Pozwalam. – Kiwałam głową. – Jeśli maluch zapiera się rękoma i nogami, że nie zje zupy, to pozwalam mu zjeść drugie danie. Najczęściej po zjedzeniu drugiego prosi o zupę. Wtedy odgrzewamy ją i nie ma problemu…

– Ale to niewychowawcze – twierdziła „matka czepialska”.

– Dlaczego niewychowawcze? – pytała w moim imieniu pani dyrektor. – Chyba chodzi państwu o efekt.

Ja siedziałam zwykle cicho, napawając się podziwem matek normalnych, które zwykle tłumaczyły matkom wariatkom, a bywało, że i ojcom psychopatom, kim ja jestem i jak dobrze zajmuję się ich dziećmi.

Kiedyś jedna z wariatek próbowała zrobić ze mnie opiekunkę do jej dziecka. Kusiła, chciała płacić w bonach Peweksu albo nawet w dolarach. Jej mąż pracował jako kierowca tir-a, na owe czasy bardzo intratna posada. Zarabiałabym dziesięć dolarów. Wtedy suma astronomiczna, dziś wzbudza tylko śmiech. Nie dałam się podejść w żaden sposób. Nie żebym nie chciała pieniędzy, ale nie umiałam być oddana tylko jednemu dziecku. Musiało ich być dużo, zaplecze przedszkolne ze wszystkimi zabawkami i grami, podwórkiem i literkami doczepianymi na rzepy do włochatej tablicy.

– Nie zdecyduje się pani? – kusiła mnie widokiem ubrań z Peweksu. – Nie pożałuje pani… Ania tak bardzo panią lubi…

Wreszcie przydusiłam ją w korytarzu.

– Niech się pani ode mnie odczepi – zażądałam. – Kocham dzieci, ale nienawidzę ich rodziców.

Wysyczałam to zdanie przez zaciśnięte wargi jak żmija. Cofnęła się, potem odwróciła i uciekła. Rozmawiała z dyrektorką, powtarzała jej to, co powiedziałam, ale pani dyrektor jej nie uwierzyła. Opinię wśród rodziców miałam taką, że nic mi nie zagrażało.

– Nie wierzę, że pani mogła narazić na szwank dobre imię socjalistycznej placówki – usłyszałam w gabinecie kierowniczki.

– Pani dyrektor – odpowiedziałam. – Ta matka namawiała mnie, żebym opuściła przedszkole i zaczęła nielegalną pracę u niej w domu, a zamierzała zapłacić mi… w dolarach – zakończyłam szeptem.

Widząc, że jest przerażona słowem „dolar”, dodałam:

– Sądzę, że zaczęłoby się od zdyskredytowania mnie, żebym musiała odejść. Potem kto wie, co by było, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że nauczycielka zarabia, pracując prywatnie…

Był rok 1984, jeszcze nic nie było można. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Hanuszkiewicz i Holoubek zostali zostali usunięci ze stanowisk dyrektorów teatrów. W połowie stycznia coś się działo w stoczni, o czym można było posłuchać tylko w trzeszczącym radiu późnym wieczorem. Podobnie jak o procesie sądowym, który zaraz potem się zaczął. Ja byłam tak bardzo zakochana, że sprawy narodowe, wielkie, ważne, ledwie do mnie docierały, a to i tak za pośrednictwem Sławka, który uważał za swój patriotyczny obowiązek, żebym wiedziała, na jakim świecie i wśród jakich ludzi żyję. Nie byłam specjalnie religijna, więc mnie nie obeszło, że nowy kardynał nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, za to walczył z reżimem ramię w ramię z narodem. Widziałam w nim tylko niezbyt urodziwego mężczyznę, karykaturalnie wyglądającego w czapce kardynalskiej. Nie podzielałam oburzenia rodziców, że nie jest on godnym następcą wielkiego syna naszego narodu, który prawie że został papieżem. Sławek zresztą także nie był specjalnie religijny, na szczęście, ponieważ w tamtych czasach do dobrego tonu należało żyć po katolicku. Bardziej interesowały mnie filmy „Karate po polsku” i „Wilczyca”, chociaż płakałam na „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” i „Austerii”. Oboje płakaliśmy, Sławek też wzruszał się na filmach z cyklu „jak on, ona go lub ją, kocha”. Moja miłość pozwalała mi przejść obojętnie wobec podwyżek ceny benzyny, kawy i papierosów, zaproszenia papieża przez władze, a nawet złagodzenia następstw stanu wojennego. Ledwie zresztą zauważyłam, że rok wcześniej generał w czarnych okularach uchylił stan wyjątkowy. Tak bardzo kochałam, że szalałam ze szczęścia, kiedy Widzew zmiótł z powierzchni ziemi Liverpool i awansował do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Potem miałam nadzieję, że ten Widzew zdobędzie puchar, ale najpierw przegrał, a potem zremisował z Juventusem. Pamiętam każdą minę Sławka na meczu, każdy jego gest, to, co było na stole podczas oglądania filmu. Wspomnienia… Dokonywała się historia, w największych polskich miastach kontrmanifestacje pierwszomajowe, aresztowania, delegalizacje związków zawodowych, a ja nic, myślałam tylko o tym, kiedy możemy już ze Sławkiem być ze sobą. Jedyne większe wydarzenie lat osiemdziesiątych, które mnie obeszło, to śmierć Grzegorza Przemyka. Przeżyłam to okropnie, Jedyne dziecko matki, wyobrażałam sobie jej stratę, ból i łzy. Jakąż kpiną było odznaczenie oprawców dziecka orderami. Poszliśmy ze Sławkiem na pogrzeb, milczącą manifestację przeciwko władzy. Wtedy solidaryzowałam się z moim krajem, ze wszystkimi matkami, które straciły dzieci. Tylko dziecko było w stanie wywołać we mnie całą paletę emocji, nie papież pielgrzymujący do Polski, nie zniesienie stanu wojennego ani wejście polskich himalaistów na szczyt w Himalajach, nawet nie Nobel Wałęsy, tylko właśnie strata dziecka. Płacząc nad utraconym dzieckiem innej kobiety, nie miałam pojęcia, jak bardzo ze mnie zakpi los.

Tymczasem w przedszkolu miałam świetną passę, dyrekcja jadła mi z ręki, kochałam dzieci i byłam nagradzana orderami, talonami na rajstopy oraz bonami pko. Byłam wspaniałym pedagogiem. To ja wymyśliłam interaktywne gry, na długo zanim „odkryła je” wolna Polska i ci wszyscy nowocześni pedagodzy. Superniania mogła się przy mnie schować. Wymyślałam na poczekaniu takie zabawy, że dzieci nie nudziły się ani przez chwilę. Na przykład grę, która potem zaistniała w masowej polskiej świadomości jako scrabble. Narysowałam planszę, klocki z literkami, każde dziecko losowało po dziesięć literek i układaliśmy słowa ze starszakami. Uczyły się w ten sposób nie tylko czytać, ale też myśleć abstrakcyjnie i oczywiście pisać zgodnie z regułami. Z młodszymi dzieciakami bawiłam się w odsłanianie bliźniaczych obrazków. Naturalnie wszystko malowane samodzielnie, bo niczego nie można było zdobyć w pustych sklepach. W moim studium nauczycielskim nauczyłam się grać na pianinie. Nie mam pojęcia, skąd wzięły się u mnie predyspozycje do takiej aktywności. Nikt w rodzinie nie uczył się muzyki, nie wiadomo mi o niczym takim przynajmniej. Ale ja miałam zdolności. To nie było obowiązkowe, ale ja zgłosiłam się na przesłuchanie, okazało się, że mam bardzo dobry słuch, miałam chęci i czas na ćwiczenia, więc opanowałam grę na pianinie całkiem przyzwoicie w ciągu dwóch lat studium. Grałam ze słuchu, nuty właściwie mi przeszkadzały, rozumiałam, jak należy sobie akompaniować do linii melodycznej, słowem – umiałam także i to. Wymyślałam programy taneczne i rytmiczne dla dzieciaków, szyłam kostiumy, malowałam dekoracje i rysowałam specjalną mieszanką wzorki na buziach. Teraz to nic takiego. Na każdych urodzinach w centrach handlowych dzieci mają malowane buzie, są specjalne farby, które się trzymają, kiedy trzeba, a zaraz potem zmywają, ale ja wymyśliłam coś takiego zupełnie sama, drogą eksperymentów na żywym ciele, czyli na mnie i na Sławku.

– Pani Weroniko – mówiła kierowniczka – czy rodzice nie będą mieli pretensji, że dzieci pomalowane?

– Mnie się wydaje, że będą zachwyceni – mówiłam.

I tak rzeczywiście było. Wszyscy byli zachwyceni. Moja mieszanka mogła w każdej chwili zostać zmyta, ale dzieci spały w niej, brudząc matkom pościele. Matki wzdychały, bo proszek tylko do sprowadzenia, ten polski mieszany z jakimś wapnem nie chciał dopierać, ale nikt złego słowa nie powiedział.

– Pani Weroniko – kierowniczka za mną nie nadążała – czy nie za dużo wyliczyła pani koszt tych strojów?

– Biorąc pod uwagę, że dwadzieścia trzy stroje karnawałowe szyję sama i liczę tylko za materiał, który cudem zdobywam, to sądzę, że wcale nie… – Uśmiechałam się skromnie, ale biła ze mnie determinacja.

– Bardzo się pani poświęca, czy nie byłoby dobrze, gdyby jakaś mama pani pomogła?…

– Mamy – odpowiadałam z uśmiechem – pieką ciasta, ciasteczka i robią sałatki. Zadania zostały sprawiedliwie podzielone.

– No tak – dawała za wygraną – myśli pani o wszystkim…

Pewnie, że myślałam o wszystkim. Nawet o tym, żeby jedyną osobę, która miała kamerę, zaangażować do kręcenia filmów z balów, dni matek, babć, wigilii i Wielkanocy. Do tej pory mam te kasety, których nigdzie nie można już obejrzeć.

Jeśli były jakieś konflikty, rozwiązywałam je bezwzględnie. Teraz wychowawcy nie mogą wiele powiedzieć, wszystko musi być delikatnie, żeby tatuś się nie obraził i mamusia nie poczuła się urażona. Był taki jeden przedszkolanek. Już samo to, że facet chciał pracować z dziećmi w przedszkolu, wydawało mi się bardzo dziwne. Taki młodziutki, niby psycholog. Miał jakieś pomysły, myślał, że będzie miał pozycję w przedszkolu z racji tego, że nosi spodnie. Z kierowniczką pewnie dałby sobie radę. Ta kobieta była jak cytoplazma, przybierała kształt naczynia, w którym aktualnie się znajdowała. Jej mąż był wysokim działaczem partyjnym, więc jej, bez żadnych zdolności, choćby najmniejszej iskry bożej, trafiło się kierownicze stanowisko. Wcześniej była dyrektorem szkoły, ale ponieważ nie ogarniała dwustu dzieciaków w wieku pyskatym, przeflancowano ją do pięćdziesiątki takich, które dają się o wiele łatwiej spacyfikować.

– Panno Weronisiu, ależ pani dziś ładnie wygląda – powiedział do mnie trzeciego dnia swojej pracy.

Od razu nabrałam podejrzeń. Nie znosiłam, kiedy nazywano mnie „Weronisią”, a już słowo „panna” wzbudziło we mnie obrzydzenie skrzyżowane z podejrzeniem. Na początku podejrzewałam, że Olgierd jest gejem. Chociaż wtedy tak nie mówiliśmy, tylko homo niewiadomo albo panienka. Ja mówiłam jak ojciec, że Olo jest pewnie panienką.

– Nie lubię, kiedy mówi się na mnie „Weronisia”. – Wbiłam w niego ciężkie spojrzenie.

– O, przepraszam panią stokrotnie – powiedział, jakby był własnym dziadkiem. – Jak mam mówić do pani?

– Werka, Weronika. – Ciągle nie spuszczałam z niego oczu. – I możemy przejść na ty…

Nastąpiła seria ochów i achów, a potem próba wypicia „brudzia” herbatą. Miał takie mokre wargi i rzadkie wąsiki nad nimi. Przypominało to ryjek jakiegoś gryzonia, zwłaszcza że ten dziubek pełen był rzadkich, ostrych ząbków. Obrzydzenie mnie brało. Stanowczo odmówiłam całowania się z nim, i w pracy, wymawiając się obecnością dzieci, i po pracy, mówiąc mu wprost, że mam narzeczonego, który zachwycony by nie był. Minę przy tym miałam zapowiadającą, że powybija ci te rzadkie ząbki, jeśli będziesz na mnie próbował swoich pocałunków.

– Och – powiedział.

– A jak ja mam do ciebie mówić? – spytałam.

– Oolo. – Zrobił dziubek, jakby chciał mnie mimo wszystko cmoknąć.

– Oolo – powtórzyłam, bo wydawało mi się, ze każdy normalny facet chciałby, żeby nazywano go Olkiem albo Olgierdem, a na pewno nie Olem czy Oolem.

Ale Olo normalny nie był, odkryłam, co z nim jest nie tak dzięki mojemu własnemu woźnemu z przedszkola. Bo Oolo na widok małych chłopców robił ten swój dziubek, ślinił się i przebierał długimi paluchami w powietrzu, jakby chciał zagrać na fortepianie. Póki chodził za nimi i pomagał „myć rączki”, byłam w stanie to tolerować, ale kiedy zaczął chłopców zapraszać do gabinetu w celu „badania”, zrobiłam się czujna. Wypytywałam, co tam takiego w tym gabinecie zachodzi. Dopóki dzieci malowały rysunki i odpowiadały na pytanie, jakie zwierzątko lubią najbardziej, Oolo pozostawał tylko pod moją obserwacją. Kiedy jednak Darek zwierzył mi się, że Oolo jest także panem doktorem i uleczył jego bolący brzuszek, postanowiłam działać. Wypytałam dziecko bardzo dokładnie na okoliczność owego badania. Uspokoiłam się, ponieważ ten drań „tylko” głaskał go po brzuchu i nie próbował nawet rozebrać. Na swoje szczęście, bo jeśliby spróbował skrzywdzić dziecko, byłby już kastratem.

– Nie wiedziałam, że lubisz bawić się w doktora… – zaatakowałam z miejsca.

– Nie rozumiem cię, piękna… – Dziubek był wilgotniejszy niż zwykle.

Oczy mu skakały, jakby pociągiem jechał i na drogę patrzył.

– Doskonale rozumiesz, zboczeńcu jeden – wysyczałam. – Ślinisz się przy małych dzieciach, widzę to.

– Weroniczko, ja nic nie rozumiem, coś ci się pomyliło. – Oczy skakały mu w tempie godnym pociągu dalekobieżnego.

– Powtarzam ci, że wiem, że jesteś zbokiem!

– Ale… – Znów próbował jakichś sztuczek.

– Żadnych „ale”. – Dźgałam go palcem po chudej klatce piersiowej obleczonej w robiony na drutach sweterek. – Nie chcę cię tu widzieć. Zabieraj się natychmiast z przedszkola, a jak usłyszę, że poszedłeś tam, gdzie są jakieś dzieci, to pożałujesz, ty gnido…

Oolo przeszedł do ataku. Zamachał rękoma jak wiatrak, a jego głos zrobił się piskliwy. W sumie to było nawet śmieszne, kiedy stał taki przerażony, dziubkował i machał rękoma.

– Zwolnisz się, słyszysz? – Pokonałam obrzydzenie i zbliżyłam swoją twarz do jego twarzy.

– Ty opozycyjna kurwo, ty… – wydyszał.

Śmiać mi się chciało. Miałam tyle wspólnego z opozycją, co on z fryzjerem.

– Wiesz, kogo ja znam, ty… ty…

– Nawet gdyby sam pierwszy sekretarz rękę ci ściskał, to ja się od ciebie nie odczepię, zboczeńcu. – Twardo trzymałam się blisko niego.

– Ja cię wyrzucę z pracy… Ty, ty… Nigdzie cię nie przyjmą…

To była realna groźba. Taka szuja, takie beztalencie pewnie dostał się na studia po protekcji, skończył je dzięki wujkowi, kto wie, może i tatusiowi w kc. Pewnie mógł wybierać, gdzie pójdzie uczyć.

– Ci twoi kumple z „Solidarności” ci nie pomogą… – Nie dawał za wygraną.

Nie mam pojęcia, skąd mu się „Solidarność” wzięła, a aluzje do mojej „opozycyjności” byłyby nawet śmieszne, gdyby nie to, że wystarczyły, żebym została zwolniona z pracy. Ale nie ugięłam się.

– Nie mam żadnych opozycyjnych znajomości, ale mam brata, a on ma kolegów… Niech mi włos z głowy spadnie, a dziesięciu chłopa z kijami będzie tu w ciągu godziny. Będą stali, warowali pod twoim domem, aż w końcu wyjdziesz…

– Ty, ty… – Najwyraźniej podziałało.

– Połamią ci ręce, strzaskają kolana – rozkręcałam się. – Będziesz mógł użyć swoich partyjnych znajomości, bo poskładają cię tylko za granicą, w takim nrf-ie na przykład albo nawet w USA. I chirurg na buźkę też ci się przyda…

– Przestań. – Na czole miał krople potu. – Czego chcesz?

Najwyraźniej się nie myliłam. Był zboczeńcem czającym się do ataku. Znalazł sobie miłe gniazdo wśród gromadki dzieciaków. Jeśli przyrównać go do owada, to był szerszeniem, który zamierzał uciąć głowy małym, niewinnym pszczółkom.

– Nie chcę cię tu widzieć – powiedziałam. – I oglądaj się za siebie, bo ja tam będę pilnowała, żebyś nie był w żadnym przedszkolu, szkole, nigdzie tam, gdzie są dzieci…

– Ja cię mogę zniszczyć – pisnął żałośnie.

– Tylko spróbuj! – Złapałam go za kołnierzyk flanelowej koszuli. – A następnego dnia własne zęby będziesz niósł w tym swoim pedalskim plecaczku…

Odskoczył jak oparzony, a ja strzepnęłam rękę i obejrzałam palce, jakby tam było coś szczególnie lepkiego i obrzydliwego. Olo odszedł z końcem miesiąca, wcześniej wziął zwolnienie lekarskie. Nikt się nie dowiedział o naszej rozmowie. Zanim się wyniósł, przytomnie zapisałam sobie jego adres i numer telefonu. Na święta przysłałam mu pocztówkę z życzeniami. Nic tam nie napisałam prócz bardzo serdecznych życzeń błogosławieństwa bożego, zmiłowania niewinnego dzieciątka i takie tam. Podpisałam się z imienia. Chciałam, żeby miał świadomość, że ten wymyślony brat dyszy mu za plecami, w razie gdyby czegoś próbował. Zadzwoniłam też do niego do domu, z automatu. Ja nie miałam telefonu, moja rodzina nie była w żaden sposób powiązana z władzą, więc nie mieliśmy w domu aparatu, ale tym lepiej. Odebrała jakaś kobieta, jak się potem okazało, jego matka. Wypytałam, gdzie pracuje. Powiedziała mi, że Olutek jest zastępcą kierownika w zakładach mięsnych. I świetnie, pomyślałam, martwa świnia to dla niego najlepsze towarzystwo, jakie tylko może być. Kazałam jej go pozdrowić. Zapraszała mnie nawet na herbatkę, pewnie uznała, że się interesuję jej wymoczkowatym synkiem, ale wykręciłam się chorym ojcem. Więcej o Olu nie słyszałam. Miałam jednak wrażenie, że uratowałam przez zboczeńcem kilka maluchów.



Spotkałam miłość jak z książki, bajki o królewnach, które spotkały książąt i żyły z nimi szczęśliwie. My ze Sławkiem żyliśmy bardzo szczęśliwie, tylko niestety nie mogę powiedzieć, że długo. Bardzo krótko, dziesięć lat zaledwie. Każda kobieta, której dane było spotkać miłość, która się nie trafia, wie, o czym mówię.

– Słuchaj, słonko – to wspomnienie lubię najbardziej – czy ty byś nie chciała na przykład, żebym padł przed twoją matką na kolana…

– A po co miałbyś klękać przed moją matką?!

Mało nie spadłam z kanapy, na której siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Myśl, że ten cudowny człowiek klęczy przed moją zimną matką, była dla mnie jak lodowaty prysznic.

– Poprosiłbym o twoją rękę i uczynił cię uczciwą kobietą…

Pomyślałam wtedy, że to za wcześnie. Znaliśmy się kilka miesięcy. Wprawdzie ja byłam pewna, że nigdy nikogo tak nie pokocham jak Sławka, ale ogarnęło mnie coś na kształt lęku. A może to wizja klęczącego Sławka tak mnie przeraziła.

– A może mnie byś poprosił o rękę, co?! A nie moją matkę?!

– Zostań moją żoną – powiedział i zrobił minę proszącego psa.

Wściekłam się strasznie. Krzyczałam coś o tym, że on nic nie rozumie, nie chce mnie, nie umie nawet poprosić o to, żebyśmy wzięli ślub. Biegałam po pokoju, z oczu ciekły mi łzy, a on patrzył na mnie z tą samą miną, nie przerywając moich wrzasków, nawet nie próbując mnie uspokoić.

– Dlaczego nic nie mówisz?! – wrzasnęłam.

– Bo o nic nie pytasz, skarbie mój – odpowiedział. – Tylko krzyczysz jakieś bzdury…

– Jakie bzdury…? – Usiadłam.

„Kretynka ostatnia, idiotka tutejsza”, wymyślałam sobie od najgorszych. „Zaraz mi powie, że nie chce histeryczek, nie potrzebuje wrzeszczących poczochranych kocmołuchów, które nie umieją się zachować”.

– Skarbie – zaczął ponownie. – Czytałem o tym tylko w książkach. Myślałem, że to bzdury, że wy, kobiety, nas nie rozumiecie, a my nie rozumiemy was…

– Chcesz powiedzieć, że ty nie rozumiesz, o co mi chodzi?

– Właśnie to chcę powiedzieć. – Przypominał jamnika z tą swoją miną.

– Czego konkretnie nie rozumiesz? – zapytałam z wojowniczą miną.

– Tego mianowicie – kontynuował z tą samą miną – że ty tak dziwacznie reagujesz, kiedy facet mówi ci, że chce się z tobą ożenić.

Otworzyłam usta, chcąc zaprotestować, ale uciszył mnie podniesieniem ręki, a ja się poddałam.

– Krzyczysz, ale chyba nie ze wzruszenia… Płaczesz, ale to chyba też nie jest wzruszenie… Słowem, czy twoja odpowiedź brzmi „nie”?

– Odpowiedź na co? – powiedziałam niepewnie.

– Na moje pytanie, czy zostaniesz moją poślubioną żoną…

– Nie można być niepoślubioną żoną – mruknęłam.

Nie chciałam takich oświadczyn, chciałam innych słów. Romantycznych, z pocałunkiem na zakończenie. Tańcem w ramionach ukochanego. Chociaż to mi się należało, tak przynajmniej uważałam wtedy.

– Może nie można być niepoślubioną żoną – zgodził się. – Nie jestem samochodem, tylko nim przyjechałem…

– To ty masz samochód? – zdziwiłam się.

– Boże… – Przewrócił oczami. – Nie tak to sobie wyobrażałem…

Ja też nie, więc natychmiast zaczęłam znów płakać.

– Skarbie kochany… – Objął mnie ramieniem. – To może dajmy sobie spokój ze ślubem i nie mówmy już o tym…

Nowy strumień łez wyciekł mi z oczu.

– Nie chcesz mnie – wychlipałam.

– Boże drogi! – Wzniósł oczy ku niebu. – I co ja mam teraz powiedzieć?!

– Nic już nie musisz mówić… – Poza łzami ciekło mi też z nosa. – Nic nie mów! Nic! Co za upokorzenie…

Musiałam pójść do łazienki i się umyć, chociaż zmyłabym wtedy kredkę do powiek i tusz do rzęs, ryzykując, że pokażę się w całej swojej bladości, co mi urody nie przydawało. Z drugiej strony, czarne smugi na policzkach też nie robiły najlepszego wrażenia. Poszłam się jednak umyć, trudno. Facet mnie nie chciał, lada chwila miał ze mną zerwać, to cóż to jest wystąpić bez makijażu.

Kiedy wróciłam, siedział w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam i patrzył znów jak pies, tylko taki zbity. Rzucił na mnie okiem i przeraził się najwidoczniej mojego braku peweksowskiego podkładu na policzkach i tuszu do rzęs, bo zapytał, czy już wszystko w porządku.

– Nic nie jest w porządku – powiedziałam. – Idę już sobie. Więcej chyba nie wrócę, bo po co miałabym…

Wtedy wziął mnie w ramiona, tak jak marzyłam. Na samo wspomnienie zalewa mnie fala bólu. Tysiące razy odtwarzałam w pamięci tamten dotyk, niemal czułam na skórze jego ciepłe palce. Czułam zapach, mieszankę wody kolońskiej i czegoś charakterystycznego tylko dla niego, jakby wiatru, dymu, sosny…

– Czy zostaniesz moją żoną? – zapytał. – Bo ja cię kocham…

– Ja też cię kocham – powiedziałam. – I się zgadzam – dodałam, żeby nie było już wątpliwości.

– No to świetnie. – Wypuścił mnie z objęć i usiadł na kanapie.

Ja wciąż stałam, bo chciałam, żeby wrócił i dalej mnie obejmował. On patrzył w dal i wyraźnie coś go frasowało.

– O co chodzi? Koniec romantyzmu? – W moim głosie pobrzmiewał płacz.

– Tak, koniec – przytaknął machinalnie. – Teraz konkrety.

A potem przez godzinę rozmawialiśmy bardzo konkretnie na temat tego, gdzie będziemy mieszkać i jaki będzie ten nasz ślub. A ja nie płakałam i nie zwracałam uwagi na to, że jestem nieumalowana.

Ustaliliśmy, że na ślubie jako takim nam nie zależy. Nie byliśmy wierzący oboje, ceremonia kościelna nie miała dla nas żadnego znaczenia. Tak naprawdę ślub jako taki też nie. Wystarczyłoby szczęście, którego doświadczaliśmy, ale mieliśmy świadomość, że należy załatwić sprawę urzędowo, żeby ani moi rodzice, ani rodzice Sławka nie mogli nam niczego utrudnić.

– Ale ja nie chcę, żebyś prosił mojego ojca czy matkę o rękę – powiedziałam, kiedy już ustaliliśmy, że po ślubie zamieszkamy w małym mieszkanku po moich dziadkach, które jakimś cudem udało się wydębić od państwa po ich śmierci.

– Mogę nie prosić. – Zgodził się. – Mnie to obojętne…

– A na ślub mogą przyjść wuj Heniek i ciotka Mania? Rodzina ze Szczecina? Ciotka Katarzyna, to oczywiste…

Roześmiał się.

– Ślub jest dla rodziny… – powiedział. – Nie mam pojęcia, czego chcieliby rodzice, ale zamierzam im to dać.

– Taki haracz za mnie – skwitowałam.

– Taki haracz – potwierdził.

Na ślubie była ciotka Mania i kuzynka Zośka w błyszczącej butikowej sukience, która poszła z bratem ciotecznym Sławka po godzinie wesela i wróciła skołtuniona, spocona, a brat cioteczny wyglądał jak zwierzę – z całym szacunkiem dla zwierząt. Zresztą Zośka próbowała pójść ze Sławkiem, argumentując, że złapała wianek na oczepinach, ale ten tak długo udawał, że nie wie, o co chodzi, że odpuściła.

Śmialiśmy się z tego w naszym mieszkanku nad ranem, kiedy przytuleni, poślubieni, leżeliśmy w pościeli z Peweksu, którą podarowała nam ciotka Katarzyna, kręcąc głową w rytmie „to – się – nie – uda”. Moi rodzice byli zadowoleni. Uważali, że lecę przez życie zgodnie z przeznaczeniem, zwyczajnie, bez specjalnych wzlotów ani upadków. Mąż dla nich był kolejnym etapem na szarej drodze. Było im wszystko jedno, czy dobrze mu z oczu patrzy, nawet nie przyjrzeli mu się jakoś szczególnie. Ojciec wygłaszał tylko swoje komunały w obecności Sławka i jego rodziców na proszonym obiedzie, podczas którego matka podała flaki i zrazy z ziemniakami oraz zieloną sałatę ze śmietaną. Zupełnie nie stresowała się wymyślaniem menu. Nie sądzę, żeby poznanie przyszłych teściów było dla niej jakimkolwiek przeżyciem. Myśl, że może to są ludzie wykwintni, dla których kucharka – bądź co bądź – powinna ugotować coś bardziej wyszukanego, nigdy nie postała w jej głowie.

– Jeśli nie lubieją flaków, to trudno – powiedziała, kiedy zapytałam, dlaczego nie zrobi czegoś specjalnego.

Ojciec jej przytaknął i matka zajęła się przygotowywaniem zwyczajnego dania ze składników, jakie załatwił ojciec. Doceniałam, że zdobył wołowinę, prawdopodobnie po pirackiej cenie od Wieczorka, który na tę okoliczność uruchomił krewnych ze wsi i jakieś biedne zwierzę poszło pod nóż, żeby następnie zostać przewiezione syrenką do Warszawy, gdzie w hucie po kryjomu zostało sprzedane potrzebującym kolegom. Ale już flaki to była kupa śmierdzących, skołtunionych jelit, które matka czyściła szczoteczką i kroiła na kawałki, a ja wymiotowałam w łazience chyba ze trzy razy, zanim ten ohydny zapach zniknął z domu. Przypominam sobie tamto zdarzenie tyle razy, ile razy w sklepie, w dzisiejszych czasach, widzę flaki gotowe albo bielutkie, idealnie oczyszczone, które można wrzucić do garnka.

Wtedy gotowanie nie było przyjemne.

– Zadowolona ze ślubu? – zapytał, trzymając mnie w ramionach.

– Koszmar. – Uśmiechnęłam się.

– Koszmar – zgodził się i zasnął.

Patrzyłam, jak śpi, oddycha równiutko, zdając sobie sprawę, że pierwszy raz widzę go śpiącego, po ślubie właśnie. Naturalnie już wcześniej straciliśmy ze sobą cnotę. Ani dla mnie, ani dla niego nie był to pierwszy raz, ale nie pytałam o te poprzednie, mając nadzieję, że on też nie zapyta o moje skromne, jednorazowe prawie doświadczenie z kolegą ze studium, który był dość nieporadny i nie słyszał o grze wstępnej. Wstydziłabym się opowiadać o takim nieporozumieniu człowiekowi, z którym było mi dobrze zawsze i wszędzie.

Patrzyłam, jak śpi, i marzyłam o tym, żeby to był początek wspólnego, wspaniałego życia, pełnego wzlotów, wyrównywania lotów, bez upadku, co najwyżej z międzylądowaniem – takim jak dziecko. A najlepiej kilkoro dzieci.



Kiedy zorientowałam się, że nie mogę zajść w ciążę? Któregoś dnia dotarło to do mnie ze wszystkimi przerażającymi i tragicznymi w skutkach konsekwencjami. Byliśmy po ślubie już rok, kochaliśmy się codziennie albo kilka razy dziennie, robiąc sobie jedynie „higieniczne” przerwy na „trudne dni”, które wcale nie były dla mnie trudne, ale zasadniczo wykluczały wszelkie harce. Harcom łóżkowym poddawaliśmy się chętnie i wbrew szarości lat osiemdziesiątych.

– Chcesz do łóżeczka? – pytał, kiedy tylko wracał z pracy, najczęściej przy obiedzie.

– Jesteś jedynym znanym mi facetem, który lubi te rzeczy po posiłku… – mówiłam zazwyczaj, żeby chociaż trochę przedłużyć ten moment, kiedy znajdziemy się w łóżku.

Także i pod tym względem, a może zwłaszcza pod tym względem, byliśmy idealnie dobrami. Nigdy nie znudziły mi się jego palce ani język. Miałam ochotę na niego zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. Uwielbiałam, kiedy budził mnie o drugiej, trzeciej nad ranem, całował w ucho albo gryzł delikatnie. Oddawałam się chętnie i z zapałem, zaczynałam prawie śpiąc, potem budziłam się całkowicie, on zasypiał, kiedy tylko kończyliśmy, a ja często nie mogłam zasnąć, patrząc na niego z zachwytem przez godzinę albo i dwie, smakując szczęście, jakie znałam z filmów i opowieści nieszczęśliwych koleżanek.

– Jak tam te sprawy? – burknęła matka, czerwieniąc się jak burak.

– Jakie sprawy? – zapytałam, chociaż wiedziałam, o co chodzi.

Zaprosili nas z ojcem na obiad, jakiś rok po ślubie, ku naszemu zdumieniu, bo nie oczekiwaliśmy tego zupełnie. Rodzice Sławka lubili do nas wpadać w niedzielę, „po kościele”. Najpierw wpadali „przed”, licząc, że pójdziemy razem z nimi, ale przestali, kiedy tylko zorientowali się, że wcale nie mamy zamiaru ani im towarzyszyć, ani chodzić sami. To my zapraszaliśmy ich na obiady, bo ja uwielbiałam gotować, a matkę Sławka to wyraźnie męczyło. Moi rodzice zachowywali się po ślubie, jakbyśmy zniknęli z horyzontu, wyjechali w podróż poślubną albo na kontrakt zagraniczny. Widywaliśmy się z rzadka, głównie w święta. Czasami zastanawiałam się, czy ojciec przypadkiem nie zorientował się, że jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi. Mogło mu to uwłaczać. Według niego małżeństwo było koniecznością życiową, a nie jakimś aktem szczęścia czy spełnienia. Swoją drogą, cóż biedak miał powiedzieć, skoro był mężem matki – krawcowej, która pracowała jako kucharka, ale nie umiała gotować. Tym bardziej zdumiało nas to zaproszenie. Nawet namawiałam Sławka, żeby może im powiedzieć, że wyjeżdżamy gdzieś na sobotę i niedzielę, do koleżanki na działkę albo do kolegi na ryby, ale Sławek tylko wybuchnął śmiechem, przypominając mi, że mamy październik, i to wyjątkowo zimny i deszczowy. Wymówka w postaci spędzania wolnego czasu przy zimnym jeziorze będzie bardzo mało wiarygodna. W dodatku możemy spotkać się z propozycją podlania kwiatków, wyprowadzenia psa na spacer. To nic, że niespecjalnie lubiłam kwiatki, a psa nie mieliśmy, mogliśmy mieć na głowie w niedzielę rodziców, którzy skorzystaliby z pretekstu zajścia do nas i zobaczenia, jak tam sobie mieszkamy.

– Zwłaszcza że mają klucz – dodał nie bez sarkazmu.

– W porządku – skapitulowałam, ponieważ gryzło mnie sumienie. Ojciec po prostu zażądał ode mnie klucza do naszego mieszkania, powołując się na swoje ojcowskie prawa i fakt, że wciąż mieszkaliśmy w mieszkaniu po moich dziadkach, a ja mu klucz dorobiłam i dałam, mówiąc o tym Sławkowi i wywołując może nie awanturę, ale dosyć gorzkie wymówki.

– Dlaczego dałaś swojemu ojcu klucz? – spytał wtedy, opierając się o framugę.

– Prosił – bąknęłam.

– Prośba ma to do siebie, że można jej odmówić. – Popatrzył w bok. – Nie byłoby problemu, gdyby mieli ten klucz „na wszelki wypadek”. Ale przecież wiem, że natychmiast zaczną tu „wpadać” pod pretekstem pomocy.

– Może nie… – mruknęłam bez przekonania.

Wiedziałam, że Sławek ma rację. Ojciec zażądał klucza, tego też Sławkowi nie powiedziałam, że wcale nie prosił, tylko rzucił: „Daj mi do was klucz. Chcę mieć”. To była kwestia czasu, kiedy ojciec sam albo razem z matką staną w progu w godzinach, w których jesteśmy w pracy, i będą rozglądali się po naszym domu.

– Nie chciałem tego i przy najbliższej okazji poproszę ich, żeby nie przychodzili pod naszą nieobecność…

– Obrażą się – powiedziałam.

– A wiesz, że to byłaby fajna sprawa, gdyby się obrazili…

Wiedziałam, że ma na myśli noc poślubną albo poślubny ranek, kiedy mój własny ojciec dobijał się do drzwi naszego mieszkania, krzycząc, że trzeba odwieźć gdzieś ciotkę Katarzynę, pożegnać gości i Bóg jeden wie co jeszcze. Sławek wtedy wyszedł do niego owinięty w kołdrę. Postarał się, żeby ojciec zobaczył, że nie ma nic pod nią, i lodowatym głosem wycedził, że nikogo odwoził nie będzie, z kim trzeba, się pożegnał, a teraz bardzo prosi, żeby nie przeszkadzać jemu i jego żonie w czynieniu powinności małżeńskich. Ojciec łyknął tę zniewagę, chociaż nigdy nie zapomniał, że przegrał na starcie konfrontację „kto tu rządzi”. Sławek wrócił do mnie i zajął się urzeczywistnianiem czynienia obowiązków małżeńskich, co ja przyjęłam z ulgą i ochotą. Po roku godzenia się z dominacją zięcia i oryginalnością córki zażądał klucza, a ja lekkomyślnie mu go wydałam.

– Idziemy tam na obiad – zdecydował Sławek – tylko powiedz, żeby nie było pomidorowej, bo nie znoszę jej w wydaniu twojej mamy. Kojarzy mi się z zupą, którą karmili mnie w szkole.

– Powiem. – Opuściłam głowę, żeby się nie roześmiać, bo trafił w dziesiątkę. Moja matka gotowała w domu tak samo, jak w szkole, używała identycznych składników, jakby miała wdrukowane, że zupa to zupa i wszędzie musi przejść przez weryfikację intendentek.

– Serio – dodał. – Dodaje za dużo mąki. Niech zrobi może krupnik.

– Powiem jej – powtórzyłam.

Zadzwoniłam następnego dnia z przedszkola, potwierdziłam, że przyjdziemy w niedzielę, przyniesiemy ciasto, a ponieważ matka powiedziała, żebym drożdżowego nie robiła, bo nie potrafię, to ja dodałam, żeby ona pomidorowej nie serwowała, bo też nie potrafi.

– Może chcecie jak w restauracji dania sobie wybierać? – sarknęła.

– Ja tylko mówię, o co Sławek prosił – powiedziałam.

– A co by zjadł? – zapytała już łagodniejszym tonem. W końcu mąż to mąż, uznała zapewne.

– Mówił coś o krupniku…

Coś sapnęło w telefonie.

– Jak dostanę kaszę, to zrobię… – zgodziła się w końcu.

– Ale nie musi być krupnik – dodałam szybko. – Tylko żeby tej pomidorówki…

– A na drugie mąż czego sobie życzy? – indagowała matka.

– On tylko nie lubi bigosu – powiedziałam. – Zatruł się kiedyś i wiesz…

– Nie będzie bigosu – ucięła i odłożyła słuchawkę.

Chciałam odwołać ten proszony obiad, ale Sławek wyraźnie miał ochotę na spędzenie popołudnia z teściami. Założył nawet marynarkę i krawat. Mnie kazał włożyć nową sukienkę, twierdząc, że jestem prześliczną kobietą i nie wiadomo czemu chcę zrobić z siebie ciotkę za pomocą sukienki od ciotki Katarzyny. Ja uważałam, że im gorzej będę wyglądać, tym lepiej dla naszej wizyty, ale Sławek się uparł. Nie po to kupował komisową kieckę, żebym teraz w niej nie chodziła. Zanieśliśmy przekładaniec, bo znalazłam trochę kakao w szafce, a mama Sławka hojnie dołożyła nam rodzynek i cukru waniliowego z paczki od jakiejś znajomej zza Odry. Sławek kupił w kwiaciarni gerbery, powstrzymałam go od zakupu goździków. Nie wiedziałam, jakie kwiaty lubi matka, myślę, że żadnych nie lubiła, ale byłam przekonana, że smętne goździki nie przypadną jej do gustu. Sławek kiwnął głową i kupiliśmy gerbery.

– Proszę, proszę – przywitał nas ojciec, otwierając drzwi. Trudno powiedzieć, czy miał na myśli zaproszenie do środka, czy komentował mój widok jako poślubionej żony.

– To dla mamy – rzekł Sławek, popychając mnie lekko, żebym przestąpiła próg, jednocześnie wyciągając gerbery przed siebie.

– Ależ po co takie koszty, przecież i tak zwiędną… – powiedziała, wyraźnie speszona.

– Nie lubi mama kwiatków? – Pomagał mi zdejmować płaszcz i z lubością wypowiadał słowo „mama” w kierunku swojej teściowej.

– Lubi, lubi – przerwał mu ojciec. – Tylko po co pieniądze wydajecie?

Pominęliśmy tę uwagę milczeniem. Zdjęliśmy oboje buty i weszliśmy do dużego pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że matka nie nakryła w salonie, tylko rozłożyła stół w kuchni. Może tak było wygodniej, ale na pewno mniej uroczyście.

– Zjemy w kuchni. – Zdecydował ojciec. – Jak coś się rozleje, będzie łatwiej sprzątnąć.

Na obiad był krupnik, a potem kotlety schabowe z ziemniakami z koperkiem i ogórki kiszone. Wszystko dobre, nudne, nieco mdłe, jak wszystko, co robiła matka.

– A dzieci kiedy? – wypalił ojciec przy herbacie.

Sławek właśnie próbował wypić herbatę ze szklanki bez koszyka tak, żeby rodzice nie zauważyli, że parzy sobie palce i jest z tego powodu wściekły. Na twarzy miał wypisane pytanie, czy w tym domu nie ma koszyków do szklanek, ewentualnie czy nie mógłby dostać herbaty w kubku albo w filiżance, jak podawało się u niego w domu. Nie dosłyszał zatem pytania.

– To nasza sprawa… – powiedziałam do ojca.

– Nie wasza sprawa, nie wasza… – sarkał ojciec. – A kto się będzie dzieciakiem zajmował?

W tym momencie do Sławka dotarła istota pytania i z ulgą przestał wojować ze szklanką.

– Niech tata się nie martwi – powiedział. – Damy sobie z Weroniką radę i w tym względzie…

Matka dała mi znak, żebym poszła z nią pozmywać. Posłusznie wyszłam, zostawiając „mężczyzn” na rozmowie o istocie rzeczy.

– Jak tam te sprawy? – To wtedy w kuchni padło pytanie. Najintymniejsze, na jakie matka mogła się zdobyć.

– Bardzo dobrze – odparłam.

– Jesteś w stanie błogosławionym? – zapytała.

– Wręcz przeciwnie – zaprzeczyłam odruchowo.

Mama aż zatrzęsła się z oburzenia.

– Kobieta o tym nie mówi – powiedziała wyniośle.

– Pytałaś. – Nie chciałam wdawać się w dyskusje.

– Córeczko. – Matka zastygła z talerzem i ścierką. – Naszą powinnością jest rodzić dzieci. Tak chciała Najświętsza Maria Panna.

Cóż, nie tylko ona tego chciała. Ja też, i to bardzo. Nie stosowaliśmy ze Sławkiem żadnych zabezpieczeń. Nie liczyliśmy, nie przerywaliśmy, nawet nie z myślą o prokreacji jako takiej, ale z czystej radości faktu, że z udanego seksu może być coś więcej niż tylko przyjemność. Naturalnie nie zamierzałam mówić o tym matce. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że ja chyba nie mogę mieć dzieci. Przecież próbowaliśmy już prawie dwa lata, nawet przed ślubem, skrywane harce na jego lub mojej kanapie, pełne zapału pocałunki, wejścia i wyjścia, miny i jęki rodem z obejrzanych filmów, ale także własne, szczere absolutnie. Strach przed wpadką i mówienie sobie, że przecież „jakby co”, to i tak planujemy ślub, najwyżej będzie trzeba pobrać się szybciej, niż zakładaliśmy, i w pośpiechu.

W tej kuchni, z talerzem i ścierką w ręku, zamieniłam się znów w owada, trzepoczącego skrzydłami motyla. Tym razem był to motyl. Ale nie taki piękny, kolorowy, fruwający kwiat, tylko biały, w szare ciapki, którego gąsienica lubowała się w liściach kapusty, pustosząc ludziom pola. Czułam się niewinna i ubrudzona jednocześnie, bo w jednej chwili sama zanegowałam fakt, że jestem kobietą. Co ze mnie za kobieta, skoro nie umiem począć dziecka, po co mi piersi, skoro nie wypełnią się mlekiem, po co brzuch, skoro zawsze będzie pusty?

– Mówię do ciebie – zaterkotała matka. – O czym tak myślisz?

– Tak – powiedziałam i skrzywiłam się ironicznie. – Te rzeczy są w porządku.

Odłożyła ścierkę i popatrzyła na mnie uważnie. Zwykle miałam wrażenie, że ona nie rozpoznałaby mnie w tłumie, nie odtworzyłaby z pamięci moich rysów. Gdybym zaginęła, to na milicji nie umiałaby powiedzieć ani w co byłam ubrana, ani jak uczesana. Na pytanie „znaki szczególne” pewnie powiedziałaby, że nie mam żadnych, a kolor włosów określiłaby jako „chyba blondynka”. Teraz patrzyła na mnie tak uważnie, jakby była chirurgiem plastykiem oceniającym moją twarz przed operacją.

– Matka przenajświętsza – uparcie kontynuowała – stworzyła nas do tego, żebyśmy dawały życie…

– Mamo! – Wywróciłam oczy ku niebu, chociaż motyl we mnie trzepotał z przerażenia. – Matka przenajświętsza nikogo nie stworzyła… Ja chcę mieć dzieci…

– I grzechem jest – ciągnęła – żyć z mężem nie …

Tu się zawahała wyraźnie. Nie wiedziała, jakiego słowa użyć na określenie swoich myśli.

– Tak, wiem, że z mężem nie można współżyć dla przyjemności… – powiedziałam bezczelnie.

Odwróciła się do mnie plecami i podniosła ręce do góry. Wyglądała jak jakaś walcząca matrona.

– Dlaczego ty miałaś tylko jedno dziecko? – zapytałam. – Powinnaś mieć nas całe gromady z takim podejściem…

Oczywiście nie oczekiwałam odpowiedzi. Chciałam tylko odwrócić jej uwagę od strachu, jaki we mnie się właśnie urodził, trzepotał, z motyla zamieniał się powoli w ćmę, żeby wreszcie osiągnąć rozmiary nietoperza. Chciałam krzyczeć, że nie mogę mieć dzieci, że nigdy nie będę matką. A własna matka w tym czasie próbowała mnie przekonać, że powinnam iść drogą, jaką chrześcijaństwo zarezerwowało dla kobiety od zarania dziejów.

– Nie mieliśmy z ojcem warunków – powiedziała.

– Czyli co? – indagowałam. – Jak po mnie sobie z tym radziłaś?

Pytanie było cokolwiek bezczelne, znów nie liczyłam na odpowiedź. Nawet mogłam się spodziewać awantury, ale matka opuściła głowę, zacisnęła wargi i powiedziała:

– W sposób bez grzechu.

Nic dziwnego, że ci ludzie byli tak zgorzknieli, tak szarzy i wyzuci z wszelkiej ikry. Po chrześcijańsku zrobili szare dziecko, a następnie zaprzestali cielesnych praktyk.

– Nie martw się o nas – wycedziłam. – Nie żyjemy w grzechu, mamy ślub.

– Żyjecie w grzechu, bo przed Bogiem nie chciałaś przysięgać.

– Co mama mówi… – Czułam strach, zmęczenie, chciałam znaleźć się ze Sławkiem w naszym mieszkaniu, zamknąć drzwi na zasuwę i zapaść się w niego, wyżalić, podzielić swoim strachem.

– Przymusiliśmy was z ojcem – sapnęła. – Nie chcieliście przecież. A i ta spowiedź… widziałam cię, pięć minut przed konfesjonałem… pięć minut… Z księdzem Andrzejem rozmawiałam, tajemnicą się zasłaniał, ale ja wiem, żeś ty nie wyznała wszystkiego.

W tym momencie do kuchni wszedł Sławek, który miał na twarzy wypisaną grozę zbyt długiego siedzenia sam na sam z ojcem, i zapytał, czy nie pomóc w zmywaniu. Nie mogłam już odpowiedzieć ani pokornie, że powiedziałam co trzeba księdzu Andrzejowi, ślub wzięłam, przysięgałam przed ołtarzem, ani przekornie, że nie miałam takich grzechów, jakie matka miała na myśli.

Prawda była jedna. Nie powiedziałam księdzu Andrzejowi nic ponadto, że zapominałam pacierza zmówić, a i w kościele co niedziela nie bywałam. Dodałam jeszcze z własnej woli, że zdarza mi się rodziców nie uszanować, że myślą straszną – już nie dodałam.

Dałam znak Sławkowi miną, że tu jest równie strasznie jak w pokoju i jeśli natychmiast nie opuścimy tego domu, to wejdą nam oboje do łóżka i zaczną analizować, czy na pewno dobrze się do tego zabieramy.

Uciekliśmy wtedy prawie bez pożegnania. Sławek wymógł na ojcu, żeby ten oddał mu klucz. Ojciec stanął przed konfrontacją, wziął głęboki oddech… i skapitulował. Dał nam klucze bez słowa, mrucząc coś o tym, żeby go nie prosić o podlanie kwiatków albo o posiedzenie, kiedy przyjdzie hydraulik.

– Swoją drogą – skwitował Sławek, kiedy tylko znaleźliśmy się w domu – koszmar może przybierać różne oblicza.

Kiwnęłam głową. Usiedliśmy na kanapie i przytuliliśmy się do siebie.

– Nie mogę mieć dzieci – powiedziałam.

Właśnie zaczynał się wieczorny film. Sławek spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem.

– Chcesz, żebym wyłączył telewizor? – zapytał.

Objęłam go i pocałowałam, bo był mężczyzną moich marzeń. Który facet chce wyłączyć film, bo jego żona ma jakiś problem?

– Bo mogę wyłączyć i poszlibyśmy sobie do łóżeczka robić potomeczka… Tomek potomek… Tomek to bardzo ładne imię, nie?

– Ale ja nie mogę mieć dzieci – upierałam się.

– Co ty mówisz? – zapytał poważnie.

– Ja to czuję… że nie mogę…

– Weroniko – jego ręce objęły moją twarz – cóż za głupstwa opowiadasz?

– Sławek, próbujemy przecież już prawie dwa lata i… nic…

Film toczył się niezależnie od naszego własnego dramatu. Kątem oka zobaczyłam, że bohaterka strzela do jakiegoś mężczyzny. Doprawdy, zabiła go prawie na początku filmu, co zatem wypełni pozostałe półtorej godziny, kołatało mi w głowie.

– Kochanie – powiedział. – Rok, dwa, to nie jest dużo. Przecież do czasu ślubu uważaliśmy…

– Nie uważaliśmy – zaprzeczyłam.

– Właśnie uważaliśmy, to znaczy ja uważałem. Mimo wszystko chciałem uniknąć wpadki.

– Ale teraz nie uważasz? – upewniłam się.

– Nie uważam, ale to bardzo krótko… – zaprotestował. – Co ty sobie wbiłaś do główki?

– Ja to czuję – powtórzyłam po raz kolejny.

Westchnął, wcale nie zniecierpliwiony, tylko bardzo, bardzo zmartwiony.

– Na jakiej podstawie opiera się twoje przeczucie? Przecież jesteś praktyczną dziewczynką.

– Czuję, że dzieci zaczynają mnie denerwować, każda kobieta z brzuchem na ulicy staje się moim wrogiem, liczę te dni i czytam pisma w kółko. O jednym myślę, co zrobić, żeby zajść…

– Tak nie można – powiedział.

– Ale ja…

– Wiem, że tak bardzo tego chcesz. Ja też tego bardzo chcę. Ale jesteśmy nieco ponad rok po ślubie, bardzo młodzi, życie przed nami…

Osiemnaście lat później zginął wypadku samochodowym. Wtedy też miał całe życie przed sobą, ale umarł, a ja razem z nim.

– Mnie się wydaje, że coś jest z tymi sprawami nie tak…

– Dobrze, kochanie – zgodził się. – Skoro masz takie wrażenie, to pójdziemy jutro do ginekologa, on cię zbada i się uspokoisz.

Ginekolog mnie uspokoił. Kobieta zbadała mnie bardzo boleśnie i powiedziała, że macica w tyłozgięciu, ale ona nie widzi niczego niepokojącego. Zapytała, czy mam bolesne miesiączki.

– Wręcz przeciwnie – powiedziałam. – Nic nie odczuwam, nie mam problemów z nastrojem…

– No to wszystko w porządku – skwitowała radośnie i skasowała nas jak prywaciarz za nowalijki.

Pomni zalecenia, żeby się zrelaksować i próbować do skutku, relaksowaliśmy się i próbowaliśmy. Tyle że pożądanego skutku nie było.

– A wiesz – zagadnął mnie kiedyś Sławek, kiedy leżeliśmy obok siebie i czytaliśmy książki przed snem, całując się po każdym rozdziale albo po prostu tak, bez żadnego powodu. – Może powinniśmy gdzieś pojechać na wakacje i tam może byś się zrelaksowała…

Najeżyłam się wtedy i nastroszyłam czułki. Motyl zaczął we mnie mocniej trzepotać skrzydłami, ćma potrząsnęła odwłokiem w gardle.

– Uważasz, że nie mogę zajść w ciążę, bo się spinam? – zapytałam.

– Nie, skarbie. – Objął mnie rękoma. – Uważam, że się denerwujesz i spinasz tak po prostu. A chciałbym, żebyś była wypoczęta…

– Rzeczywiście bardzo się tym denerwuję…

– Uważam, że nie ma czym. – Pokręcił stanowczo głową. – To zachodzenie jest bardzo przyjemne. Przynajmniej dla mnie…

Także się uśmiechnęłam.

– Nie chcę, żebyś myślał, że ja myślę tylko o tym jednym…

– Ależ nie myślę, że ty myślisz, i nie myśl, że ja o tym też nie myślę, tylko…

Śmiałam się już na całego. On zawsze potrafił wprawić mnie w dobry nastrój.

– Dobrze – powiedziałam. – Pojedziemy w jakieś ładne miejsce, ale ja przede wszystkim i tak absolutnie od razu przestanę myśleć tylko o jednym, to znaczy o tej ciąży…

– Byłbym bardzo wdzięczny. – Położył mi głowę na brzuchu i pocałował w okolicę żebra.

A potem zasnął, a ja natychmiast odłożyłam książkę, patrzyłam na niego i oddawałam się najmilszej czynności, czyli patrzeniu, jak śpi. W takich chwilach byłam spokojna i pełna wiary w to, że nam się uda.



Kolejne lata naszego życia wypełniła moja huśtawka hormonalna, wyhamowywana przez pokłady cierpliwości Sławka. W końcu stało się jasne, że „coś jest nie tak” i bez jakiegoś leczenia dziecka nie będzie.

– Może to jednak kwestia relaksu? – zapytał, kiedy któregoś dnia, po kolejnej wizycie u sławnego ginekologa, płakałam w jego sweter.

– Nie zaczynaj… – chlipałam.

– Ten facet mówił, że on nic złego nie widzi, tylko to pewnie kwestia nastawienia czy „spięcia”…

Oderwałam się od swetra Sławka i wytarłam nos w chustkę.

– Ja być może jestem napięta – powiedziałam – ale chodzi tylko o to, że próbujemy i nic… Już tyle lat liczenia, leków, czekania, znów liczenia… Ja już jestem taka… załamana…

– Mnie to liczenie też wykańcza, najpierw do piętnastu i USG, potem znów do piętnastu i test… Ale ja ciebie, kochanie, podziwiam, że ty jesteś przy tym taka pełna nadziei…

– Bo mam dużo nadziei… – zapewniałam, płacząc, chociaż tej nadziei było coraz mniej.

– Bo może za bardzo próbujemy. – Pocałował mnie w czoło. – Tamta kobieta dobrze radziła…

Mówił o pani profesor, która podsumowała nas bardzo ostro, twierdząc, że dziecka się „nie robi” tak, jak my to robimy, łykając tabletki i kochając się intensywnie w te dni, ale przeciwnie, ludzie współżyją ze sobą, a dziecko pojawia się wtedy w sposób naturalny. Radziła, żeby nie kochać się w dni, które uważamy za płodne, najlepiej w ogóle uznać, że przez kilka miesięcy mamy przerwę. Nie przyjmować tabletek na porost jajeczek, wyrzucić kalendarzyki i tyle. Ani się miałam obejrzeć, jak będę dźwigała przed sobą duży brzuch.

– Ciebie to męczy? – spytałam.

– Wiesz, że nie, ale ty się męczysz….

– Ja… – zaprotestowałam.

– Poczekaj, Werka. – Przyciągnął mnie do siebie. – Ja widzę, jak się stresujesz, łykasz te leki i źle się po nich czujesz. Ukrywasz to przede mną, ale ja przecież wiem…

– Ja… – usiłowałam mu przerwać.

– Chcę powiedzieć… – Był stanowczy. – Bardzo pragnę dziecka, bo ty go pragniesz i ja go pragnę. Jesteśmy gotowi już od wielu lat, ale być może robimy błąd, podporządkowując całe nasze życie właśnie temu.

– Jak to? – Zaczęłam płakać od nowa. – Wiesz, co się ze mną dzieje, kiedy widzę babę w ciąży, nawet kiedy patrzę na dzieci w przedszkolu…? Nigdy tak nie było, żebym w przedszkolu miała żal do dzieci…

– Wiem – powiedział. – I nie myśl, że ze mną nie dzieje się to samo. Ja na dodatek nie mogę za bardzo o tym mówić.

– Możesz wszystko powiedzieć… – żachnęłam się.

Pokręcił głową.

– Nie w tej kwestii, Wera. To przecież sprawia ci ból. Jak mam powiedzieć, że od wielu lat kochamy się z kalendarzykiem? Ze serce mi się kraje, kiedy widzę, jak puchniesz po hormonach…

– Przytyłam, wiem…

Machnął ręką.

– Nie przytyłaś. To opuchlizna. Potem schodzi. Jesteś zmęczona i rozdrażniona. Co miesiąc płaczesz, kiedy przychodzi okres. Robisz to po cichu w łazience, a ja udaję, że nie widzę… Ja nie mogę się skarżyć, nie mogę nic mówić, bo powinienem cię wspierać…

– Wspierasz…

– Staram się. Czasem myślę, że ty łykasz te hormony i cierpisz, a może to ze mną jest coś nie tak.

Zrobił drogie badania nasienia, wysyłane gdzieś tam w Polskę, i wprawdzie powiedzieli, że plemników ma nieco mniej, to zupełnie wystarczająco, żeby spłodzić dziecko. To ja miałam cykle bezowulacyjne.

– Przecież zrobiliśmy badania i ja nie mam wystarczająco dużo tych jajeczek.

– Tylko że to może być nasza obopólna wina, czy tam może nie wina, ale przyczyna…

Siłą powstrzymałam się, żeby znów nie sprowadzić dyskusji do mojego płaczu za dzieckiem i jego zapewnień, że na pewno, ale to na pewno będziemy je mieli.

– Ja nie chcę powiedzieć, żebyśmy zrezygnowali…

– A co chcesz powiedzieć? – szepnęłam.

– Chcę, żebyśmy znów byli kobietą i mężczyzną, a nie potencjalnymi rodzicami. Przestańmy liczyć, ty odstaw leki. Powiedzmy sobie, że nie możemy mieć dzieci.

– Ja sobie tego nie powiem… – Oddychałam głęboko, a serce mi waliło. – Nigdy…

– Powiesz. – Kiwnął stanowczo głową. – Ja też to sobie powiem. Próbowaliśmy, próbujemy i pewnie będziemy próbować, ale bez napięcia, bez liczenia i bez oczekiwań… I bez lekarzy.

– Sławek, ja tak chcę ci dać dziecko…

Wziął moją twarz w obie ręce.

– To już nie pragnienie, nie marzenia, tylko obsesja. Ty chcesz mi dać, ja chciałem ci dać. Jeśli chcesz nadal próbować, to beze mnie. Ja już nie chcę.

To był cios przeciwko mojej wierze w przyszłość. Z jego strony, jak się później okazało, bardzo mądra strategia. Jeszcze kilka miesięcy takiego życia zniszczyłoby nas z kretesem. Życie w rytm dni, z notatnikiem, kiedy należy się powstrzymać od seksu, kiedy kochać, kiedy brać pigułki i maskować opuchliznę rajstopami przeciwżylakowymi.

– Zrozum… – zaczął.

– Rozumiem, Sławek – powiedziałam. – Rozumiem…

I choć serce się krajało, nie wzięłam więcej ani jednej pigułki. Ale nie przestałam marzyć o dziecku, które to pragnienie zamieniłam w cichą nadzieję, że kiedy już przestanę brać leki, to ciąża sama przyjdzie, bo tak właśnie miało być. Przecież koleżanki, którym w końcu powiedziałam, że „coś jest nie tak”, głównie żeby ukrócić ich pytania o to, dlaczego uczę w przedszkolu, a własnych dzieci nie mam, miały w zanadrzu mnóstwo takich historii. O tym, jak jedna siostra cioteczna nie mogła mieć dzieci, w końcu postanowiła adoptować i właśnie, kiedy czekała, to wtedy zaszła w ciążę i bliźniaki mają dziś dziesięć lat. A inna koleżanka koleżanki to się leczyła piętnaście lat, aż w końcu ginekolog, wyobrażacie sobie jaki kretyn, powiedział jej, że już może zapomnieć o sprawie, bo właśnie przekwita. I ta koleżanka koleżanki strasznie płakała, a potem się okazało, że miesiączki nie miała, bo była w ciąży. Więc to nie klimakterium.

– I była u tego ginekologa potem? – zapytała jedna z uczestniczek dyskusji.

– A po co? – zdziwiła się autorka opowieści.

– No dziecko pokazać…

– Aaa. – Autorka zrozumiała. – Nie wiem, nie pytałam, ale ja bym poszła.

– Ja też bym poszła – z przekonaniem powiedziała tamta.

Nie wiem, czy ja bym poszła. Musiałabym odwiedzić dziesiątki ginekologów, u których byliśmy. Zresztą żaden nie wykluczał definitywnie tego, że kiedyś uda mi się w ciążę zajść. Tylko żaden nie sprawił, że macierzyństwo faktycznie miało stać się moim udziałem.

Ze Sławkiem przestaliśmy rozmawiać na ten temat. Nie stało się to tabu, ale przestaliśmy mówić o potencjalnej ciąży czy o tym, co będzie, jak pojawi się wreszcie to nasze dziecko. Bywało nawet, że kiedy miałam okres, to dziwił się i mówił rozczarowany, że szkoda, bo miał na mnie ochotę. Tabletki, drogie hormony wyrzuciliśmy do kosza, nie wykupiliśmy recepty na horrendalnie drogie zastrzyki i udawaliśmy, że się poddaliśmy. Pojechaliśmy do rodziców na niedzielny obiad, najpierw do jednych, potem do drugich, i wyłuszczyliśmy, w czym rzecz. Łatwiej poszło u rodziców Sławka.

– Tak mi przykro – powiedziała mama Sławka i na jej miłej, pulchnej twarzy odbiła się cała potencjalna historia dorastania wnuków, których mieć nie będzie. W jej oczach gasł widok bujającego się na huśtawce malucha i jej przestrzegającej przed tym, żeby nie za wysoko, bo spadnie i jakie nieszczęście się stanie. Ręka poruszyła się niespokojnie, bo teściowa pewnie setki razy czuła małą łapkę w swojej mocnej dłoni, którą ciągnie upartą wnuczkę, kiedy ta po drodze z przedszkola w kółko się zatrzymuje, bo chce dać łabędziom chlebka albo popatrzeć na mrówki. Nigdy nie widziałam tak wyrazistej twarzy, jak wtedy u niej.

– Jesteście pewni? – spytał mój teść.

– Nie mówiliśmy wam – zaczął Sławek, żeby mi oszczędzić tego wszystkiego – ale my z Weroniką od dawna się leczymy i próbujemy…

– Dlaczego nam nie powiedzieliście? – Teściowa odzyskała mowę. – Przecież pomoglibyśmy wam. Może potrzeba pieniędzy albo jakoś inaczej możemy pomóc…

– Mamusiu. – W głosie Sławka pobrzmiewała irytacja. – To są intymne sprawy… Nie możecie pomóc…

Ja się nie odzywałam. Bałam się, że wybuchnę płaczem albo zacznę krzyczeć.

– Podejrzewaliśmy to – powiedziała. – Nigdy nie pytaliśmy, dlaczego nie macie dzieci, ale przecież wiem, że Weronika, zwłaszcza Weronika, kocha dzieciaki. Przecież pracuje…

Nie wytrzymałam i rozpłakałam się z tego napięcia i poczucia klęski. Przecież pojechaliśmy na tygodniowe wakacje nad morze, gdzie było cudownie, świeciło słońce, spacerowaliśmy po plaży, a nocami po seksie zasypialiśmy wtuleni w siebie. Byłam prawie pewna, że taki relaks, odcięcie się od problemów i codzienności, da jakieś efekty. Ale po dwóch tygodniach przyszedł okres, a ja siłą powstrzymałam się od tego, żeby nie płakać i nie przepraszać Sławka za jakieś niejasne winy. Udawałam, że nic się nie stało, przecież już wiemy, że nie możemy, ba! nie chcemy nawet i to jest naturalne, dajcie nam wszyscy święty spokój i nie wszyscy muszą mieć tabuny dzieci, do jasnej cholery, my też nie.

– Przepraszam, Weroniczko – powiedziała teściowa, a ja machnęłam ręką, że nic nie szkodzi. To bolesne, ale niestety tak jest.

Teść obracał w palcach papierosa.

– To niesprawiedliwe – stwierdził. – I takie… niechrześcijańskie. Kto jak kto, ale wy powinniście mieć dziecko.

– Może i niesprawiedliwe albo niechrześcijańskie… – podsumował Sławek – ale dość na ten temat. Koniec i kropka, trudno, przeżyliśmy swoje, przepłakaliśmy i jest, jak jest… Tylko prosiłbym, zwłaszcza mamę, żeby nam nie przynosiła cudownych ziół i modlitw do świętego… hm, od dzieci czy płodności… Bo to nie pomoże, ale nas zaboli.

Teściowie milczeli, pleśniak na talerzykach się marnował, a ja poczułam, że żuk wrócił. Tak dawno go nie było, a teraz wlazł pod skórę na piersi i posuwał się wolniutko w górę, do przełyku, gdzie po chwili zacisnął czułki tak mocno, że aż krzyknęłam, nie mogąc nabrać powietrza. „Złóż ofiarę”, powiedziało coś w mojej głowie, „złóż ofiarę”, powtórzyło.

– Jaką ofiarę? – zastanawiałam się, z zaskoczonych spojrzeń teściów wywnioskowałam, że musiałam powiedzieć to głośno.

– Co ty mówisz, dziecko? – spytał teść.

W jego pojęciu zawsze byłam dzieckiem, chociaż dobiegałam trzydziestki.

– Nic, nic – powiedziałam.

Nie przyjęli tego najlepiej, ale raczej zapadli się w sobie, niż wyszli z pretensjami, radami, czy konkretnymi uczynkami. Ja bałam się zwłaszcza rad, żeby się pojednać z Bogiem, zacząć chodzić do kościoła, a dziecko zaraz przyjdzie na świat. Teściowie nie powiedzieli ani jednego słowa na ten temat i można było w ciszy, bez apetytu dokończyć pleśniak, popisowe ciasto teściowej.

Z moimi rodzicami nie było już tak miło. Ojciec zacisnął wargi i zapytał o to, czyja to wina.

– Natury – powiedział Sławek.

Był za tym, żeby im nic nie mówić. Tu muszę być sprawiedliwa, ale ja chciałam to uczciwie załatwić. Przy okazji każdych świąt słyszałam tę samą formułkę o błogosławieństwie z ust matki, a Sławek – pytanie, kiedy zmajstruje wnuka. Właśnie tak się wyrażał: „zmajstrować” wnuka albo dzieciaka. Mnie zalewała żółć ze złości, a Sławek wzruszał ramionami i mówił, że cały czas majstruje przy sprawie i co zrobi, to uznaje, że może lepiej i zaczyna od początku. Dlatego tak długo to trwa.

– Bo wy do kościoła nie chodzicie – wystrzeliła typową śpiewkę matka.

– Mamo, nie o to chodzi… – sprostowałam bez większej nadziei.

– Może do jakiego lekarza trzeba? – Ojciec nie był pewien, co należy powiedzieć w takiej sytuacji.

– Leczymy się od wielu lat. – Sławek był spokojny i rzeczowy. – A ponieważ właśnie uznaliśmy, że dalej nie będziemy się leczyć, to mówimy wam po prostu, że nie będziemy mieli dzieci.

– Ale nam chodzi o wnuki! – zaprotestowała matka.

Na obiad podała zrazy tak okręcone nitką, że można by nią po wypraniu sfastrygować prześcieradło. Do tego ziemniaki jak zwykle i nowość – sałatkę z kapusty pekińskiej z kukurydzą z puszki. Nie wiedziałam, co ta inność oznacza. Matka była tak konserwatywna w kuchni, że taka zmiana kulinarna była dla niej rewolucją.

– Bardzo dobra sałatka. – Pochwaliłam, chociaż nie była to prawda. Grubo pokrojone liście były niedosolone. Niedokładnie odcedzona woda mieszała się z nierozmieszaną śmietaną.

– W telewizji podają takie… przepisy. Na kablówce.

– O – powiedział Sławek, który nałożył sobie symboliczną porcję i nawet jej nie był w stanie przełknąć. – Macie kablówkę?

– Nie zmieniajcie tematu – syknął ojciec.

Spojrzałam na niego zdumiona. Mimo wszystko nie spodziewałam się żadnych żądań.

– Macie mieć dzieci jak inni – wygłosił.

Sławek parsknął śmiechem i odłożył talerz. Przestał się zmagać z nitką na zrazie przy użyciu tępego domowego noża.

– Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tak trudno się z wami porozumieć – zaczął. – I już wreszcie wiem. Wy po prostu nie słuchacie tego, co się do was mówi. Jesteście jak pozamykani w jakichś więzieniach konwenansów, a głosy słyszycie z tych swoich kablówek. Tyle lat przychodziłem tutaj z Weroniką i słuchałem waszego pieprzenia o kościele, życiu, jakbyście jeszcze żyli. A wy już nie żyjecie. Jesteście dawno martwi.

Zapadła cisza. Na znak solidarności i ja odsunęłam talerz. Wstałam. Po słowach Sławka wypadało tylko wstać i wyjść, dlatego sięgnęłam po apaszkę opartą na siedzeniu fotela.

– Jeszcze nie skończyłem z twoimi rodzicami, Weroniko. – Sławek powstrzymał mnie gestem dłoni.

– Jesteś w moim domu… ty… darmozjadzie… – Ojciec najwyraźniej był zbyt przerażony, żeby użyć odpowiedniego epitetu.

– Nie jestem darmozjadem. – Sławek był najspokojniejszym mężczyzną na świecie. – Pracuję, a od was w życiu nie wziąłem złotówki. A co do tego, co jeszcze mam wam do powiedzenia, to…

– Jak możesz? – wyrwało się matce w moją stronę.

– Jeśli usłyszę z waszych ust choćby jedną uwagę na temat naszego życia, to nigdy nas tu nie zobaczycie…

– Wypierasz się rodziny? – Tym razem ojciec patrzył w moją stronę.

– Nie muszę – powiedziałam nieco tchórzliwie, ale zaraz odzyskałam głos. – To on jest moją rodziną, nie wy…

Wyszliśmy i nie wróciliśmy tam przez kolejne dwa miesiące. Potem zadzwoniła matka i przypomniała, że jest rocznica śmierci dziadków i trzeba iść na groby. Umówiliśmy się jak gdyby nigdy nic, potem poszliśmy na obiad, który był o niebo lepszy niż wszystkie poprzednie razem wzięte, a z ust rodziców poza uwagami o pogodzie i pytaniami o przetwory na zimę nie padło ani jedno słowo na temat dziecka.



Miesiące mijały niepostrzeżenie, ja pracowałam nadal z dziećmi, witałam kolejne wiosny i lata, a Sławek awansował w swojej firmie, która się sprywatyzowała. Mimo kryzysu dla takich ludzi jak Sławek, z wykształceniem i znajomością języków, otwierały się perspektywy. Koniec lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych to był początek nadziei i nowych możliwości praktycznie dla każdego. Dali mojemu mężowi nowy gabinet, większy niż nasza sypialnia, i w kółko pytali, czego sobie życzy, żeby jego jakość pracy była lepsza.

– Zatrudnili mi sekretarkę – powiedział któregoś dnia. – Własną…

– Ooo. – Ukłuło mnie. – Ładna?

– Ładna, ale ma dwadzieścia dwa lata, a mnie, jak dobrze wiesz, nie interesują dziewczynki…

Za mało się interesowałam jego pracą. On w kółko mnie przywoził z przedszkola, woził na szkolenia, stał dumny, kiedy dostawałam kolejne dyplomy i certyfikaty, a ja, żeby oddać sprawiedliwość, niewiele wiedziałam o tym, co on rzeczywiście robi.

– Co ty właściwie robisz w firmie? – zapytałam, ładując mu na talerz opiekane ziemniaki i roladki indycze ze śliwkami, a do tego brokuły w cieście.

Jego uwaga była w dziewięćdziesięciu procentach zogniskowana na cuda na talerzu i niewiele słyszał z tego, co mówiłam.

– Przecież wiesz, zajmuję się jakością wdrażanych produktów tuż przed ich wdrożeniem.

– Aha – odpowiedziałam. – A po co ci sekretarka?

– Bo jestem dyrektorem do spraw tych wdrożeń i kontaktuję się z Europą Zachodnią, gdzie sprzedajemy te części i całe maszyny.

– A po co sekretarka?

Sławek obgryzał brokuła z panierki, co zwykle mnie rozczulało. Teraz zobaczyłam niewielkie wahanie w jego oczach.

– To asystentka – zaczął. – Każdy szef ma asystentkę. Taka moda teraz. Nie parzy kawy. To znaczy parzy, tylko nie jest od tego.

– A od czego?

Palec ześlizgnął mu się z widelca, ale Sławek zręcznie go złapał i tym samym nie mogłam zapytać: „Skoro to tylko asystentka, to dlaczego upuściłeś widelec?”.

– Weronika, ona umawia spotkania, załatwia korespondencję, nawet garnitury powinna mi zawozić do prania.

– Garnitury do prania? – Tu mnie zatkało. – Przecież po pierwsze, ty nie nosisz garniturów, po drugie, ja mogę zanieść do prania, to zaledwie dwa kroki…

Tym razem brokuł upadł mu na talerz, na widelcu została sama panierka.

– Powinienem kupić, zwrócono mi uwagę, że nie chodzę w garniturze…

Odrzuciłam precz myśl o przyczynie niezgrabności palców i zaczęłam głośno myśleć o tym, gdzie można kupić garnitur Sławkowi.

– Daj spokój. – Odzyskał animusz i trzymając znów mocno widelec w ręku, zjadał ziemniaki. – Nie chcę garnituru.

– Przecież sam mówiłeś, że musisz mieć… Mógłbyś przy jedzeniu używać noża? – zapytałam nieco ostrzejszym tonem niż zwykle.

Westchnął.

– Weronika, wiesz doskonale o tym, że ja nie cierpię jeść nożem. Robię to tylko w sytuacjach oficjalnych. A w domu, błagam, nie zmuszaj mnie do tego…

Kiwnęłam głową. Coś jednak było nie tak.

– O co chodzi? – spytałam.

– O dużo pracy i o to, że chcę spokoju w domu… – odparł tym samym ostrym tonem, którego ja użyłam przed chwilą.

Na pewno był zmęczony tym szefowaniem, dyrektorowaniem czy innymi czynnościami, z którymi ja nie miałam nic wspólnego.

– Przepraszam cię – powiedziałam i wyszłam do kuchni.

Po chwili był już przy mnie i obejmował.

– Jestem zmęczony, Weronika, to ja przepraszam…

Pozwoliłam się objąć, pocałować, dmuchnąć w twarz i przekonać, że to naprawdę zmęczenie, a nie dupa na boku. Coś takiego zaświtało mi w głowie i nie mogłam się od tej myśli opędzić.

– Wiesz co? – powiedział w końcu. – Potrzebuję tego garnituru, jakichś koszul, a ty sukienki.

– A po co mi sukienka? – spytałam.

Uśmiechnął się niepewnie. Ja z kolei byłam przekonana, że to, co powie za chwilę, nie będzie szczere, płynące z głębi serca. Motyl wziął się nie wiadomo skąd na sercu, zatrzepotał, a potem wpadł do środka i popłynął żyłami razem z krwią, tłukąc się i topiąc w czerwonej cieczy.

– Chciałbym, żebyś poszła ze mną na przyjęcie gwiazdkowe. Mamy przyjść z żonami. To będzie w jakiejś bardzo modnej restauracji w samym centrum. Podadzą ci jedzonko, zjesz i będzie raz jak trzeba. Dawno cię nigdzie nie zapraszałem, już nie pamiętam, kiedy ci coś kupiłem. Idź do fryzjera, Weronika, do kosmetyczki, czy gdzie tam się chodzi…

I tak gadał bez końca, a ja słuchałam coraz bardziej przerażona, odpychając wszystkie myśli, zaciskając wargi na pytaniu: „Czy ty kogoś masz?” i „Czy to przez to, że nie mamy dzieci?”.

Restauracja nazywała się Casa Valdemar, czyli „dom Waldka”, i była rzeczywiście niewiarygodnie elegancka. Weszliśmy tam punktualnie, wcześniej chodziliśmy ulicą Piękną przez piętnaście minut, bo byliśmy za wcześnie i Sławek za skarby świata nie chciał wejść. Zmarzłam, bo miałam na sobie sukienkę bez rękawów, czarną, z krótkimi czerwonymi bufiastymi rękawkami, nieco błyszczącą, i szpilki z butiku. Sławek kupił mi tę sukienkę po tym, jak już uzupełniliśmy jego garderobę o dwa garnitury: jeden ciemnoszary, drugi czarny, oraz dwie białe koszule: dwie błękitne i jedną w prążki. Do tego krawaty, buty… Mnóstwo pieniędzy. Sławek, jakiego nie znałam przynajmniej od tej strony, oglądał się w lustrze i pozwalał sobie podawać kolejne krawaty, które przykładał do garnituru, i ciemne skarpetki. Wyglądał przy tym bardzo przystojnie. Ja unikałam patrzenia w lustro, zamykałam oczy, ile razy mój wzrok miał zogniskować się w szklanej tafli. Byłam jeszcze przed fryzjerem, twarz miałam szarą i zmęczoną, a figura nosiła ślady trwającego zbyt długo leczenia hormonalnego. W końcu z naręczem paczek zawierających rzeczy dla Sławka wcisnęliśmy się do jednego sklepu i tam bez protestów przymierzyłam małą czarną, bardzo elegancką, od biustu w dół z cienkiej wełenki, za to górę miała z eleganckiej koronki. I te czerwone rękawki.

– Ta będzie bardzo dobra – powiedziałam, starając się nie okazywać zmęczenia.

Głowa mnie rozbolała od zapachu perfum w sklepie z garniturami. Nigdy nie znosiłam zapachów, mam na nie nadwrażliwość od dzieciństwa i to szczególnie, paradoksalnie, tyczy się ładnych woni. Smród nie żebym uwielbiała, ale toleruję znacznie lepiej niż intensywne perfumy. Z tego powodu zawsze śmialiśmy się ze Sławkiem, że jestem tanią żoną, bo lubię wody kolońskie o zapachu wiatru, nie trzeba wydawać na mnie na perfumy.

– Owszem, dobra, ale jakaś taka… – Sławek popatrzył na mnie krytycznie.

Zrobiłam się czerwona. Kiedy się pobieraliśmy, nosiłam rozmiar trzydzieści osiem i nie tyłam, mimo, że jadłam, co chciałam. Po leczeniu hormonalnym miałam już dwa rozmiary więcej, co widać było głównie w okolicach bioder, i jawny cellulit, którego nawet nie próbowałam zwalczać.

– Jaka? – spytałam poważnie. – Wiem, że skromna, ale wydaje mi się, że to dobrze…

– No właśnie nie taka znów skromna – stwierdził. – Ta koronka jest dość… wyzywająca. I rozmiar chyba nie ten…

– Nie jest wyzywająca. – Pokręciłam głową. – Tak ci się wydaje, bo mam biały biustonosz. Założę czarny i będzie okej. I ta koronka jest gęsta, bardzo ładna… A rozmiar…

– Wydaje mi się, że jest za mała. – Przyglądał mi się krytycznie. – Może poprosimy ekspedientkę o numer większą?

– Teraz nie ma ekspedientek, tylko specjalistki do spraw sprzedaży albo asystentki handlowe…

– Żartujesz chyba? – Na moment nie był mężczyzną, który właśnie dostrzegł, że jego żona zbrzydła i się zestarzała, a moim Sławkiem, który cenił sobie moje poczucie humoru. – Ale jest za ciasna na ciebie…

– No jest – skapitulowałam. – Moja figura się zmieniła…

– Czy ja mogę w czymś doradzić? – Przez moją niepewność, a Sławka nieprzeniknione spojrzenie, przebił się głos dziewczyny, która mogłaby być moją córką, a teraz chciała mi pomóc w akceptacji samej siebie w tej drogiej, przepięknej sukience.

– Proszę powiedzieć, czy ja dobrze wyglądam w tej sukience? – Postawiłam wszystko na jedną kartę.

– Bardzo dobrze. – Kiwnęła głową dziewczyna. W głosie miała szczerość. Spojrzała przelotnie na Sławka. Wydawało mi się, że jej się spodobał i pomyślała, co taki przystojny facet robi z takim pasztetem jak ja.

– Czy nie jest za ciasna? – nie ustępował Sławek.

– Taki model – zaprzeczyła dziewczyna. – Moim zdaniem idealnie leży. Pod spód trzeba tylko włożyć czarną koszulkę albo body. Mamy takie, jeśli pani chce…

– Świetnie – skwitowałam, nie pytając, czy Sławek ma tyle pieniędzy przy sobie. – Poproszę jakieś body.

Dziewczyna zniknęła w głębi sklepu, a ja spojrzałam na Sławka długo i wyzywająco. Stropił się pod moim spojrzeniem.

– Oczywiście. – Popatrzył w bok. – Dawno ci niczego nie kupowałem. Zaraz to nadrobimy.

Kupiliśmy sukienkę, body w cenie, która normalnie przyprawiłaby mnie o ból głowy i wyrzuty sumienia na skalę światową. Poza tym piękne czarne, butikowe szpilki i nową torebkę. Sławek za każdym razem wyciągał portfel i płacił bez szemrania, nawet nie mrugając okiem.

– Dziękuję – powiedziałam, kiedy wyszliśmy na wilgotny, zimny listopad.

– Za co mi dziękujesz? – burknął, uginając się pod torbami. – Ja sobie ubrania kupowałem, przecież nie mogliśmy pominąć ciebie…

Nie mogliśmy pominąć, tak właśnie powiedział, kiedy ewidentnie o mnie nie myślał. Tylko o kim myślał w tamtej chwili, zastanawiałam się, przekraczając próg „domu Waldemara” i rozglądając się niepewnie dokoła. Przy stole siedziało bardzo eleganckie towarzystwo. Żadna z kobiet nie była w sukience, tylko w garsonkach, które nazywały kostiumami. Wyglądały, jakby prosto z pracy wskoczyły do samochodów i przyjechały na to spotkanie. Wszystkie starannie uczesane, miały okulary i buty na różnej wysokości obcasach. Ja przy nich wyglądałam jak wsiura, która przyjechała do miasta na zakupy. W jednej chwili moja sukienka wydała mi się tandetna. Pożałowałam też, że fryzjerka, obcinając mi włosy na pazia i lakierując grzywkę, zrobiła ze mnie ciotkę klotkę. Te kobiety przy stole miały koki banany, włosy, które się z nich wymykały, wyglądały tak naturalnie, jakby to nie fryzjer je tak ułożył. Nie było przy tym widać ani krzty lakieru do włosów. Sławek na mnie nie patrzył, tylko witał się z jakimś niskim, łysawym gościem, w którym domyśliłam się szefa. Sądząc po minie tego pana, był to jeden z głównych szefów, o ile nie najgłówniejszy.

– Panie dyrektorze – przez moją świadomość przebił się głos Sławka – proszę pozwolić, że przedstawię panu moją żonę Weronikę.

Wydawało mi się, że te wszystkie babki się ze mnie śmieją, a faceci pewnie ze Sławka.

– Dzień dobry. – Podałam mu rękę, a on nie pocałował jej, tylko uścisnął.

Usiedliśmy. Podszedł kelner i zapytał, co życzę sobie do picia. Poprosiłam herbatę. Nie chciałam sprawiać kłopotu. Po minie Sławka dostrzegłam, że to chyba nie był najlepszy pomysł.

– Zmarzła pani? – zapytał przyjacielsko brzydki facet siedzący dokładnie naprzeciwko mnie. – W takim razie proponujemy coś mocniejszego.

– Właściwie poproszę. – Zdecydowałam się nie zwracać uwagi na ewentualne konwenanse. – Campari z sokiem pomarańczowym.

Kelner ukłonił się, a po chwili przyniósł czerwonopomarańczowy napój ze słomką. Potem stanął i zapytał, czy może zebrać zamówienia. Zerknęłam na kartę. Nie było na niej cen. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Nie chciałam zamawiać ryzykownego dania, a z drugiej strony zwykle w restauracji zamawiałam danie, którego nie znałam, nie robiłam w domu, a chciałam spróbować. Ludzie obok mnie zamawiali rostbefy, kotlety z sarniny, a ja bałam się, że to nie będzie mi smakowało. Nie chciałam jeść ryby w tak eleganckim towarzystwie, bo a nuż nie dałabym rady z widelcami, kaczka wydawała mi się bardzo ryzykowna, a nuż poplamię sukienkę albo zrzucę coś ze stołu.

– Co bierzesz? – zapytałam cicho Sławka.

– Chyba risotto z dziczyzną – powiedział nieuważnie. – A ty?

Ja miałam ochotę na pierogi z sarniny, ale nie chciałam wyjść na prostą dziewuchę, więc nie wiedziałam, co zamówię. Sławek zresztą nie czekał na odpowiedź. Rozmawiał rozbawiony z kolegą, który siedział obok niego, i z jego żoną. Śmiali się, wspominając coś z życia ich firmy, nie chciałam się zatem włączać.

– Co pan poleca? – zapytałam kelnera, który stanął obok mnie i z życzliwym oczekiwaniem na twarzy popatrzył na mnie.

– A co pani lubi? – spytał.

– Miałabym ochotę na rybę, ale boję się jakichś ości…

– Mamy solę pod beszamelem, to filet, więc nie ma obawy. Do tego ryż z warzywami na parze i konfitury cebulowo-żurawinowe.

– A inna ryba? – pozwoliłam sobie. – Ja nie mam ochoty jakoś bardzo się najadać…

– W takim razie polecam homara. Na pewno będzie pani zadowolona.

– O nie – zaprotestowałam cicho. – Takiego homara trzeba otwierać za pomocą specjalnych szczypczyków, a ja obawiam się…

– Ależ nie. – Miły uśmiech i szelmowski błysk w oku nie schodził z twarzy chłopaka. – Nasz kucharz otwiera homara, nie będzie problemu.

– W takim razie – podjęłam heroiczną decyzję – poproszę, a do tego zestaw sałatek.

Odwróciłam się i napotkałam dziwne spojrzenie Sławka. Jakby pełne dezaprobaty.

– O co chodzi? – mruknęłam, dopijając resztę campari.

– O nic. Dobrze się tu czujesz? – zapytał. – Z nikim nie rozmawiasz…

– Nie rozmawiam, bo zamawiałam jedzenie, a ty siedzisz koło mnie, co utrudnia mi rozmowę z innymi w znacznym stopniu…

Sławek chyba pomyślał, że moje zachowanie było wynikiem niepewności, jakiegoś zagubienia i było zupełnie chwilowe, bo odwrócił się w stronę swojego kolegi i tyle go słyszałam. A ja wtedy po raz pierwszy ją zobaczyłam. Siedziała na samym końcu stołu, jakby kątem zerkając to na swój pusty jeszcze talerz, to znów na śmiejące się i konwersujące ze sobą koleżanki. Wyraźnie nie pasowała do tego towarzystwa, ale nie mogła zdecydować, czy chciałaby się w nim znaleźć, czy też zjeść służbową kolację w ciszy i spokoju, a potem po odbyciu obowiązku służbowego pójść do domu. Tymczasem piła wodę z kieliszka, cóż za pomysł, dotykając go delikatnie opuszkami palców i podnosząc do bladych, doskonale wykrojonych ust. Falujące półdługie włosy miała wetknięte za drobne ucho przekłute maleńkim kolczykiem z perełką. Co chwila poprawiała długimi palcami wymykające się kosmyki i zerkała niepewnie w bok. Wyglądała prześlicznie w szarej spódnicy i o ton ciemniejszym żakiecie, delikatnych pończochach i czarnych butach na wysokim obcasie. Kostki miała szczupłe, widziałam, kiedy wstawała, poruszała się z gracją, jakby urodziła się w butach na dziesięciocentymetrowym obcasie. Biały kołnierzyk jedwabnej bluzki otulał cienką, długą szyję. Pomyślałam wtedy, że być może widziałam w swoim życiu ładniejsze kobiety, ale ta dziewczyna na pewno robiła na mężczyznach piorunujące wrażenie. Wydawało mi się, że nasze spojrzenia spotkały się na chwilę. Byłam pewna, że ona przypatruje mi się skrycie i w pierwszej chwili zastanawiałam się niemądra, dlaczego. W końcu kogo ja mogłam ciekawić jako Weronika? Ale zaraz pojawiło się to uczucie, mieszanina pustki, bólu i żalu, kiedy ktoś orientuje się, że został wykpiony, ale bonusem jest to, że prawdopodobnie nikt o tym nie wie. To jest tylko sprawa między wami. Mógł być tylko jeden powód, dla którego ona, pełnoprawna pracownica korporacji, siedziała na samym brzeżku krzesła, przy końcu stołu, a mój mąż siedział tyłem do mnie i do niej, jakby miał coś do ukrycia.

Kelner postawił przede mną homara. Tak jak obiecywał, mięsko leżało elegancko w nieckach zrobionych ze szczypców. Do tego miałam jeden widelczyk i jedno coś przypominającego łopatkę do tortu, tylko małą. W „domu Waldka” najwyraźniej albo świetnie znali się na savoir-vivre, albo umieli doskonale wprawiać gości w zakłopotanie. Zerknęłam na piękną kobietę. Dostała dwie kolorowe piramidki, jedną przepasaną czymś zielonym, może to była nitka szczypiorku albo por, drugą w dominującym kolorze żółci przeplatanym z czerwienią. Trudno mi było poznać z daleka, co to jest, nie mogłam tak ostentacyjnie się przyglądać. Ona wzięła widelec, jakby był ze szkła, i zaczęła nim dziubać w talerzu. Pomyślałam, że pewnie nie zje wszystkiego. Taka eteryczna, nic nie je, tylko kilka listków sałaty dziennie, popija wodą mineralną, snułam przypuszczenia, ale ona małymi kęskami powoli napoczynała to jedną piramidkę, to drugą. Skoncentrowana na daniu, wyglądała jak dziecko, któremu dano kilka kolorowych kulek lodów i ono teraz zgaduje, jakie to smaki. Sama nie poświęcając specjalnie uwagi homarowi, obserwowałam, jak cieszy ją rozbrajanie dania na talerzu i jak smakuje jej kuchnia hiszpańska. Cała niepewność, jaką miała poprzednio, zniknęła, jej miejsce zajęło smakowanie i odkrywanie. Kiedy skończyła, na jej talerzu, o ile mogłam dojrzeć, została wyłącznie misternie ułożona w girlandy natka pietruszki. Dopiero wtedy „piękna” zeszła na ziemię i przypomniała sobie, że znajduje się na spotkaniu służbowym, a wokoło są ludzie interesu oraz żony tych ludzi, czyli ja i jedna gorzej ode mnie wyglądająca nieszczęśnica, która radziła sobie z niepewnością, śmiejąc się głośno i gestykulując, jakby ćwiczyła mięśnie ramion. Pozwoliłam kelnerowi dolać sobie wina, poprosiłam o białe, bo widziałam, że ona też takie pije. Zgadywałam, że lubi po prostu białe wino, a nie tylko uznaje zasadę czerwone mięso – czerwone wino, białe mięso – białe wino.

– Słucham? – Sławek zbudził mnie jak ze snu pytaniem, którego nie usłyszałam.

– Pytałem, czy ci smakowało. – Uśmiechnął się.

– Tak – potwierdziłam. – Trudno, żeby mi homar nie smakował.

Jego kolega, który do tej pory zawzięcie z nim dyskutował, teraz tkwił odwrócony plecami do Sławka i z równym zaangażowaniem zabawiał kobietę siedzącą z drugiej strony.

– Jeśli danie jest drogie, to nie znaczy, że automatycznie będziesz zachwycona. Niektórzy nie cierpią ostryg.

– Być może – powiedziałam, walcząc z pokusą, żeby odwrócić głowę i nadal patrzeć na tę fascynującą istotę. – Ostryg też nie jadłam. Niewykluczone, że by mi smakowały, podobnie jak homar…

– W takim razie muszę cię zaprosić na ostrygi – stwierdził, obserwując mnie badawczo.

– Cóż ja słyszę? – zakrzyknął gromko kolega, który najwyraźniej zakończył konwersację i teraz postanowił znów poświęcić uwagę mojemu mężowi. – Pani lubi ostrygi?

– Właśnie mówiłam mężowi, że nigdy nie jadłam, a mąż wtedy zaprosił mnie na to wykwintne danie…

– Bardzo słusznie, bardzo. – Kolega mówił tak głośno, jakby nie dosłyszał. Obawiałam się, że wszyscy na nas patrzą. – A potem – zarechotał głośno – niech Sławek przywiąże panią do łóżka…

Wszyscy zamilkli, wpatrując się w nas intensywnie. Ja za to patrzyłam w przestrzeń, uśmiechałam się lekko i sączyłam białe wino, starając się wyglądać dokładnie tak jak dziewczyna, która jedyna spośród towarzystwa udawała, że mnie i Sławka nie ma przy stole.

– Tak, proszę… – rzuciłam swobodnie do kelnera, który z tym swoim półuśmiechem zmaterializował się przy moim lewym boku.

– Pani woli białe wino? – zagadnął mnie szef Sławka z przeciwnej strony stołu.

– Zdecydowanie – potwierdziłam. – Zwłaszcza że to wino reńskie. Nieczęsto mam okazję pijać podobnie wykwintne trunki…

– Alternatywą było bordeaux… – Zmarszczyła brwi młodziutka dziewczyna w jednym z najtańszych kostiumów, zbyt mocno umalowana i z długimi, dość tandetnymi kolczykami, w której rozpoznałam asystentkę Sławka.

– Być może – powiedziałam lekko. Czułam się świetnie. – Ale bordeaux można w Polsce swobodnie kupić, a już o biały reński riesling jest dość trudno.

Może niewielka ilość alkoholu uruchomiła wspomnienia z romansu, który czytałam kilka lat temu. Bohaterka mieszkała we Francji, ale pochodziła z Nadrenii i bardzo tęskniła za tym miejscem. Ciągle powtarzała, że cała piwnica bordeaux nie zastąpi jednej butelki rieslingu z jej rodzinnej piwniczki. Sławek miał minę, jakby chciał się roześmiać. Asystentka po zgromieniu jej wzrokiem przez prezesa siedziała cicho, a ona pierwszy raz spojrzała w moim kierunku. Spojrzenie było krótkie, wymowne, z gatunku takich zdziwień podszytych wyrzutami sumienia. Może Sławek mówił jej, że żonę ma zupełnie zwyczajną, może i dobrze gotującą, ale nic poza tym, nudną jak flaki olejem, ponadto obarczoną piętnem bezpłodności. Teraz mogła się przekonać, że może i wyglądam jak szara mysz wystrojona w kolorowy kołnierzyk, ale umiem się wypowiadać lekko i przejąć kontrolę nad rozmową. Nie powiedziała wtedy ani słowa, chociaż jej koleżanka zwróciła się do niej z jakimś pytaniem. Pokręciła tylko przecząco głową i wbiła wzrok w serwetkę, która spoczywała w miejscu zabranego przez kelnera talerza. Nagle wszyscy ze mną rozmawiali o kuchni francuskiej, chociaż restauracja była hiszpańska. Pytali o crème brûlée, myląc go z budyniem. Byłam dowcipna, odpowiadałam lekko, popijając wino małymi łykami. Zamówiłam jeszcze deser, jako jedyna z kobiet, tamta pokręciła przecząco głową na propozycję kelnera i szepnęła, że chce kawę, tak cicho, że odczytałam to jedynie z ruchu jej warg. Sama też zamówiłam kawę, dziwiąc się, jak można o tej porze pić napój, który sprzyja bezsenności. Było już po dziewiątej wieczór. Sławek uniesieniem brwi okazał swoje zdumienie, a w oczach miał pewność, że nie zasnę tej nocy. Kelner przyniósł dla mnie kawę oraz lody polane gorącymi malinami. Prezes komplementował wybór i zapytał, czy lubię lody. Powiedziałam zgodnie z prawdą, że lody zamawiam po dobrym obiedzie lub kolacji, wzorem Włochów, którzy lodami wieńczą szczególnie smaczne posiłki. Przy pożegnaniu bardzo chciałam, żeby Sławek stanął blisko niej. Może nawet udałoby się przedstawić i zamienić kilka słów. Ale ona ubrała się szybko, pożegnała wyłącznie z prezesem, podając mu delikatną dłoń, na której dopiero teraz zauważyłam cienką obrączkę, skłoniła lekko głowę wszystkim, powiedziała cichym, niskim głosem „do widzenia” i szybkim krokiem wyszła z restauracji. Zobaczyłam jeszcze, jak wsiada do taksówki. Musiała tam dużo zarabiać albo ktoś majętny pozwalał jej żyć na wysokim poziomie. Taksówki w tamtych czasach były horrendalnie drogie. Lepiej było już jechać nocnym autobusem albo iść piechotą, niż zapłacić majątek kierowcy odróżniającemu się pod dawnych taksówkarzy-cwaniaków noszeniem koszuli i krawata. Zniknęła w drzwiach, jakby była zjawą, dopiero po chwili dotarł do mnie delikatny zapach, mieszanina jaśminu, bzu, konwalii i czegoś, czego nie umiałam określić. Nie potrafiłabym podać także nazwy perfum, jakich ona używała. Tamten zapach zapamiętałam, skojarzył mi się z cykadą, chociaż je słychać latem, a ona pachniała raczej jak ostatni tydzień wiosny, czas przed wybuchem lata. Może to ona kojarzyła mi się z cykadą, a ja natychmiast zobaczyłam siebie jako zwykłego konika polnego, mniej eleganckiego, takiego swojskiego, którego łatwo rozgnieść, jeśli ktoś nie lubi odgłosów, jakie wydaje ten owad.

– Kim była ta ładna kobieta? – zapytałam Sławka, kiedy pożegnaliśmy się z prezesem, wesołym kolegą, nawet z nadmiernie umalowaną asystentką, i wolnym krokiem szliśmy w stronę przystanku z nocnymi autobusami.

Od tego, co by mi powiedział, dużo zależało. Czekałam w napięciu na jego odpowiedź, rozglądając się na boki, gdzie na wystawach sklepowych pyszniły się choinki pokryte brokatowymi bombkami, renifery ciągnące sanie, duże Mikołaje i małe Mikołajki. Wszystko ładne albo brzydkie, w zależności od ulicy, którą mijaliśmy, z tym że najbrzydsze stały w witrynach ulicy Pięknej.

– Ta, co siedziała na końcu i nie odezwała się do nikogo? – zapytał. – To nasza prawniczka.

– Piękna i taka delikatna… – rzuciłam, zerkając w bok.

Popatrzył na wystawę, na której wyjątkowo nie było reniferów, tylko mnóstwo łyżew poustawianych na lodowisku w dziwacznych konfiguracjach.

– Pamiętasz, jak chodziliśmy na łyżwy? – zapytał. – Ależ to uwielbialiśmy…

To prawda, kochaliśmy spędzać tak zimowe niedziele. Na lodowisku pod Pałacem Kultury albo gdzie bądź. Mieliśmy własne łyżwy, braliśmy termos do plecaka i jeździliśmy, trzymając się za ręce. Kiedy ostatni raz jeździliśmy? Chyba z pięć lat temu, przypomniałam sobie z trudem. Dlaczego zapomnieliśmy o naszej pasji? Chyba dlatego, że ja źle się czułam, puchłam po nowych hormonach i nie miałam zupełnie siły, a Sławek w swojej delikatności nie wspominał o lodowisku. A potem jakoś tak wyszło i łyżwy leżały na pawlaczu.

– Przestaliśmy przeze mnie… – powiedziałam.

– Skąd – zaprzeczył machinalnie. – Ja czułem się zmęczony pracą, miałem szkolenia w weekendy…

Szliśmy w milczeniu. Ja na lekkim rauszu po winie, Sławek trzymał się prosto. Nie potrafię powiedzieć, ile wypił, jakie pił wino, nawet czy w ogóle pił cokolwiek tego wieczoru.

– I co z tą prawniczką? – nawiązałam mimochodem.

Wzruszył ramionami, ale nadal na mnie nie patrzył.

– A co ma być? Ona i jej mąż obsługują prawnie firmę. Ostatnio zaskarżyliśmy podwykonawców o nieterminowość i straty. Powoływali się na to, że są spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. I oni reprezentowali nas w sądzie… Dobrzy są. Dostaliśmy odszkodowanie.

– Ona jest taka dobra czy mąż? – drążyłam.

– Mąż wszystko przygotowuje, a do sądu idzie ona. Przeciwnik zaciera ręce, bo taka kobietka wygląda, jakby do trzech nie umiała zliczyć, ale bardzo się rozczarowuje…

Wyobraziłam ją sobie w sądzie. W kostiumach i jedwabiach, prowokacyjnie uchylonej todze. Z niepewnym wzrokiem, błądzącym po sędziach i adwokatach strony przeciwnej. Może nawet wzbudzała żal, może adwokaci myśleli, że będzie łatwym przeciwnikiem, albo wręcz przeciwnie, że ją oszczędzą, taka była krucha… Tymczasem ona cichym głosem wygrywała wszystkie sprawy.

– Uważam, że jest bardzo piękna – powtórzyłam.

Odwrócił się do mnie, przystanął i popatrzył mi głęboko w oczy.

– Uważam, że nie powinnaś zamawiać dania spoza karty. – Nie wytrzymał mojego spojrzenia i uciekł w bok.

– Co takiego? – nie zrozumiałam.

– Zamówiłaś homara. Nie było tego w karcie. To było bardzo drogie danie…

– Czy z tego tytułu możesz mieć nieprzyjemności? – zapytałam z ironią, ale Sławek jej nie zauważył.

– Mam nadzieję, że nie… – powiedział poważnie.

– Jeśli ktoś zaprasza do takiego lokalu jak Casa Valdemar, to musi liczyć się z tym, że zostanie zamówione jakieś drogie danie. Poza tym, po co mieliby mieć homara i nie umieszczać go w karcie? Najzwyczajniej w świecie by się zepsuł…

Doszliśmy już prawie do domu. Stanęłam na skraju osiedla i wdychałam mroźne, nieco wilgotne powietrze. Przysiadłam na ławce, oszronionej i bardzo zimnej. Uczucie zimna ściskającego mnie za łydki było prawie przyjemne. Miałam na sobie szpilki, odmówiłam włożenia solidnych butów i zamianę ich w restauracji na coś mniej reprezentacyjnego. Czułam się bardzo kobieco w pozbawionym logiki temperaturowej stroju.

– A to co? – zapytał Sławek.

– Chcę sobie posiedzieć – powiedziałam. – Zobacz, jakie gwiazdy, jak pięknie księżyc świeci…

Niepewnie potupał nogami po ubitym śniegu. Trząsł się z zimna. Ja czułam się tak jak biegacz długodystansowy albo pływak. Początkowo są zmęczeni, a potem przychodzi taki moment, że właściwie można biec albo płynąć bez końca i praktycznie bez zmęczenia. Podobnie było teraz ze mną i zimnem. Łydek już nie czułam, podobnie palców u stóp. Zdjęłam rękawiczki i wystawiłam dłonie na mróz. Od dzieciństwa marzłam w temperaturze poniżej 20 stopni Celsjusza. Zima męczyła mnie i stresowała. Najchętniej zwinęłabym się w kłębek i przespała całe trzy miesiące, zamiast otulać się szalami, czapkami i innymi ciepłymi rzeczami, żeby nie zamarznąć.

– A będzie ci bardzo przykro, jak ja pójdę spać? – zapytał.

Wsłuchałam się w siebie. Jeszcze wczoraj byłoby mi przykro, chociaż pewnie jeszcze wczoraj Sławek nie zadałby mi takiego pytania. Bieglibyśmy do ciepłego domu co sił, ja w obutych cienką skórką nogach, Sławek w lekkich pantoflach, a po wzięciu gorącego prysznica położyłabym się do łóżka, wtulając w tors Sławka.

– Nie wiem – odparłam szczerze. – Chyba nie…

Ciągle stał i tupał, patrząc na mnie z niepewną miną. Nos miał całkiem czerwony, w nosie dwie „świeczki”. Wyglądał trochę żałośnie, a trochę uroczo.

– Trochę źle to rozegraliście – powiedziałam, nie patrząc na niego.

– Nie rozumiem… – Czułam, że on patrzy prosto na mnie. – Z tym homarem?

– Nie z homarem. I doskonale rozumiesz…

Przestał tupać i usiadł koło mnie na ławce. Wystawił twarz do góry, jakby świeciło słońce. Siedział jak na szpilkach. Szron pewnie dobrał mu się do nóg ubranych tylko w cienkie nogawki spodni, bo przyganiał kocioł garnkowi, sam nie włożył kalesonów.

– Chodź do domu… – poprosił.

– A czy to jeszcze dom? – spytałam.

Objął mnie ramieniem. Nie odsunęłam się, ale i nie przytuliłam.

– Co się stało? Nie pojmuję…

– Nic – stchórzyłam. – Chodźmy, bo zimno.

Odetchnął z ulgą. Ale nie wiem, czy to ze względu na moją chęć powrotu do domu, czy też z powodu obniżającej się coraz bardziej temperatury. Za progiem buchnęło na nas ciepło i swojski zapach, który zawsze powodował u mnie poczucie bezpieczeństwa. Tym razem też mnie ukoił, na tyle, że odtajałam w ciągu sekundy, uspokoiłam się i poszłam pod prysznic. Kiedy wróciłam, czekał na mnie nagi w łóżku. Nie wiem, czy chciałam, czy nie chciałam. Na pewno było inaczej niż zwykle. Coś niedopowiedzianego weszło nam do łóżka i wygodnie się ułożyło. Objął mnie niezręcznie i położył się na mnie. Byłam w koszuli. Zwykle kładliśmy się do łóżka albo nadzy i od razu zabieraliśmy się do pieszczot, albo z kolei, oboje ubrani po szyję, w ramach gry wstępnej długo zdejmowaliśmy z siebie ubrania i pieściliśmy się nawzajem. Teraz Sławek wydawał się nie zauważać, że mam na sobie koszulę. Zgasił światło i włożył rękę pod cienki batyst.

– Jaka jesteś zimna – szepnął.

– Nie powinnam być zimna, bo brałam prysznic – powiedziałam bez śladu podniecenia w głosie.

– Wydajesz mi się jak sopel lodu, dlatego muszę się postarać – powiedział mi w ucho, odrzucił kołdrę i zsunął się po mnie, zatrzymując się na wysokości mojego krocza i włożył język do pochwy. Nigdy nie znudziłam się jego językiem, którym operował jak wirtuoz, nie oszczędzając żadnych zakamarków. Ani jego palcami, którymi błądził po moim ciele, dotykając mnie gdzie trzeba delikatnie, a w najwrażliwszych miejscach mocniej, aż wiłam się pod nim i błagałam, żeby we mnie wszedł. Teraz miałam wrażenie, że jest inaczej, ale kiedy dotknął czubkiem języka mojej łechtaczki, zalała mnie fala gorąca i już nie myślałam o homarze, tamtej pięknej kobiecie uparcie omijającej nas wzrokiem, tylko czekałam na te jego palce, wargi, język, nawet nos. Roztapiałam się pod nim, próbując oddać mu to wszystko, zamienić się rolami, lizać, ssać i gryźć, żeby także wyginał się do tyłu i prosił, żebym przestała, bo zaraz będzie po sprawie. Tyle że on mi tym razem nie pozwolił. Trzymał mnie mocno za pośladki i pracował kciukami i językiem tak, że kiedy w końcu wszedł, ja już sama nie wiedziałam, czy prosiłam o to, czy on sam tak zdecydował. Potem odpoczął chwilę, ale zanim ja zdążyłam odetchnąć, kochał się ze mną jeszcze przez godzinę, a ja już nie miałam w głowie nic innego, tylko docierające do mojego mózgu wrażenia. Kiedy skończyliśmy, wszystko mnie bolało z przekrwienia. Byłam tak rozpulchniona w środku, że na moich wargach sromowych można by chyba było wyżywić trzy pokolenia pijawek.

– Nie miałem racji – przyznał. – Dobrze, że zamówiłaś tego homara… Ja bym pewnie nie mógł cię zaprosić na tak kosztowne danie…

Czy dlatego wkradło się między nas to coś jak pająk, delikatne, jednocześnie budzące strach i obrzydzenie? Cierpiała jego męska ambicja, że nie chodzimy do drogich restauracji? Nie chodziło o nią i jej uciekające oczy?

– No to w porządku, bo bałam się koniec końców, że będziesz miał nieprzyjemności…

Przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Zasnęłam błyskawicznie, otulona w jego dotyk i zapach, nieumyta, z pamięcią ust na ustach i kroczu, szczęśliwa i bez wątpliwości.



Tego dnia, kiedy odszedł do innego świata, świeciło słońce. Gdyby chociaż padał deszcz, uznałabym, że przyroda uszanowała moją stratę. Sławek leżał w szpitalu od dwóch dni. Po pierwszym szoku, że taki zdrowy i silny człowiek leży bezbronny jak dziecko, zależny od przezroczystego płynu, który spływa mu do żyły, otrząsnęłam się i zaczęłam widzieć światło w tunelu. Powiedzieli mi, że operacja się udała. Trwała kilka godzin, wymagała zszycia organu, który nazywał się „śledziona”, o którym wcześniej, szczerze mówiąc, zbyt dużo nie słyszałam. W wyniku uderzenia samochodu pękła Sławkowi śledziona. Kojarzyło mi się to ze śledziem, w najlepszym wypadku czymś oślizłym, śmialiśmy się z tego oboje, bo już wszystko było jak dawniej, zaraz po tej operacji, kiedy odzyskał przytomność i pozwolono mi do niego „nielegalnie” wejść.

– Sławek – powiedziałam do niego, nie mając odwagi dotknąć ręki. – Pękła ci śledziona, ale już zaszyli.

– A cóż to za czort? – wychrypiał. Właśnie taki dźwięk wydał, jakby drapać paznokciem blat z okleiny albo płyty paździerzowej.

– Coś, w czym jest krew, czy jakoś tak – zaszeptałam i obejrzałam się trwożnie. Bałam się, że mnie wyrzucą z sali. – Jak się czujesz?

– Jakby samochód po mnie przejechał – powiedział i spróbował się uśmiechnąć.

Zalała mnie fala ulgi i czułości. Ja naprawdę czułam, że zszyto mu tego śledzia czy inny pęcherz pełen krwi i już o nic nie musimy się martwić. No trudno, stało się, co się stało, pijany drań potrącił go na pasach. Ale potrącił to nie to samo, co przejechał. Uderzenie spowodowało wielki siniak w środku, coś się rozlało, zabrudziło, wymagało mycia i pucowania przez sześć godzin. Nie miałam pojęcia, czy to długo, czy krótko. Myślałam sobie, dobrze, że długo, bo jakby była beznadziejna sprawa, toby otworzyli i zaszyli. Jak u wujka Mietka. Tak matka mówiła, że ci dranie lekarze otworzyli go, zobaczyli, jaki to rozpanoszony rak mu się zrobił, i zaszyli z powrotem. A ta rana nigdy mu się nie skleiła. Ciotka Romka opowiadała, jak wujkowi Mieciowi mleko wypływa tą raną. Łyka ustami, a raną wylatuje, takie samo białe, jak weszło.

Podczas operacji siedziałam skulona pod drzwiami na oddział, pogrążona w takich niewesołych myślach. Nie pozwalali wejść, wtedy nie było tak jak teraz, że można sobie siedzieć i herbatę prawie że podają. Siedziałam tam i patrzyłam tępo w drzwi, myśląc sobie, że jak wszystko będzie dobrze, to zacznę regularnie chodzić do kościoła na msze. To będzie znaczyło, że Bóg istnieje i udzielił mi ostrzeżenia, niech będzie i tak. Nawrócę się, poleję święconą wodą, wzbudzę w sobie wszelkie szczere uczucia i podziękuję. Potem zacznę prosić o dziecko, chociaż przekroczyłam trzydziestkę. To jest bardzo dobra myśl, nawrócić się i błagać o poczęcie. Pewnie wtedy się uda, kiedy tylko Bóg uratuje Sławka i pobłogosławi nasz związek. Kiwałam się tak cztery godziny, kiedy przyszło mi do głowy, że może Sławka wcale już nie ma, tylko o mnie wszyscy zapomnieli. Natychmiast zapomniałam o Bogu i dziękowaniu i zaczęłam walić w te białe, plastikowe, obskurne drzwi, aż wyszła siostra miłosierdzia w przekrzywionym czepku, ze śpiochami w kącikach małych oczu i syknęła, że jest noc, na litość boską.

– Jaka noc? – zaprotestowałam słabo. – Ledwie jedenasta…

Siostra odwróciła się do mnie tyłem, kręcąc głową.

– Niech siostra nie odchodzi. – Złapałam ją za fartuch.

– To idzie ze mną… – powiedziała.

Poszłam, a ta dobra kobieta przemyciła mnie do malutkiej kanciapy, gdzie siedziałam jak mysz pod miotłą na taborecie i piłam herbatę z poobijanego kubka. Spytałam o operację i o to, czy się udała.

– Jeszcze trwa – odparła siostra Regina, czyli ta, która mnie wprowadziła do środka. – Takich z wypadku to zwykle ze sześć godzin szyją… Zależy, co „poszło”…

Druga miała na imię Krysia i nie była już taka miła, a może tylko zmęczona czy nie taka „ludzka” jak jej koleżanka. Na szczęście udawała, że mnie nie ma. Mnie tak jakby nie było. Na taborecie byłam jak kot, przedmiot postawiony przypadkowo. Nie ruszałam się prawie w obawie przed powrotem za brzydkie drzwi. Po jakichś dwóch godzinach siostra Regina powiedziała, że chirurdzy są w śluzie, co znaczyło, że skończyli operację. Muszę wyjść, bo jak mnie zobaczą, to one będą miały nieprzyjemności. Obiecała jednak, że zaraz, jak tylko się dowie co i jak, to do mnie wyjdzie. Zwlokłam się ze stołka i poszłam posłusznie, gdzie mi kazano. Siedziałam na starej kanapie jeszcze z pół godziny, zastanawiając się, dlaczego ci chirurdzy ubrudzili się śluzem, czy to jest śluz Sławka i dlaczego to oznacza, że kończą operację. Może jak ciało wydziela śluz, to nie mogą już dalej czyścić, myślałam bezsensownie, wpatrując się w duży zegar, który ktoś powiesił na białej ścianie, i blaszaną popielniczkę pełną petów papierosowych i pyłu. Wreszcie Regina do mnie wyszła i oznajmiła, że zaszyli co trzeba, a Sławek obudził się po operacji. Jest na sali intensywnej opieki i nie wolno tam wchodzić, bo bakterie.

– Idź do domu, dziecko. – Pogłaskała mnie po głowie. – Przyjdź rano, wtedy porozmawiasz z doktorem.

Nie poszłam do domu. Była pierwsza w nocy, może nawet po wpół do drugiej. Nie było już autobusów ani tramwajów. Musiałabym ponad godzinę iść do domu piechotą, na co nie miałam najmniejszej ochoty. Byłam zmęczona i nie chciałam odchodzić od Sławka. Nie mogłabym go zostawić na pastwę zaśluzowanych chirurgów czy też jego samego zaśluzowanego. Nie mogłam zadzwonić na przykład po ojca. Po pierwsze, nie miał przecież ani prawa jazdy, ani samochodu, a nawet zaprzyjaźnionego sąsiada, którego mógłby poprosić o taką przysługę. Po drugie, najważniejsze, nie było w domu rodzinnym telefonu. W nagłych przypadkach dzwoniło się do sąsiadki z góry, która to, łomocząc w rurę, wzywała nas do telefonu. To były niezmiernie rzadkie sytuacje. Na przykład śmierć ciotki Stasi, matki ciotki Katarzyny. Ciotka, nie chcąc wysyłać telegramu, zadzwoniła do sąsiadki. Stukanie w rurę wywołało pełen przestrachu komentarz matki:

– Jezu przenajświętszy, ktoś umarł…

Ojciec nie mógł pójść na górę, bo był w samych gaciach, a matka nie chciała „usłyszeć o czyjejś śmierci”. Wreszcie sąsiadka znudzona waleniem w rurę sama zeszła i przekazała wiadomość. Gdybym zadzwoniła z przedpotopowego aparatu szpitalnego, który wisiał na pierwszym piętrze, sąsiadka byłaby wściekła, a matka natychmiast pogrzebałaby sprawcę telefonu. Ojciec i tak nic by nie poradził, co najwyżej, żebym nie wsiadała do taksówki, bo strasznie są drogie. Zresztą miałam z nimi już bardzo zdawkowe kontakty. Po tamtym wybuchu Sławka u nich w domu byli obrażeni. Wprawdzie upierali się przy naszych regularnych wizytach, to znaczy bywaniu raz w miesiącu, ale zwykle po dwóch godzinach męki wracaliśmy ze Sławkiem do domu, oddychając z ulgą, gdy tylko wyszliśmy za próg rodzinnego domu. Rodzice już nigdy mnie nie odzyskali. Nie mieli nawet na nas „haka” w postaci wypominania nam, że mieszkamy w mieszkaniu po dziadkach, odkąd rok wcześniej przeprowadziliśmy się do większego mieszkania. Zostawiliśmy dwupokojową klitkę i odetchnęliśmy w większym lokum. Sławek marzył o tym, żeby móc zapewnić nam lepsze warunki. Dusił się w małym mieszkaniu, obijał w maleńkiej kuchni i dostawał szału w łazience, kiedy wychodząc spod prysznica, ślizgał się na mokrej podłodze, ponieważ łazienka była tak mała, że nie było możliwości zainstalowania ani wanny, ani nawet kabiny prysznicowej, tylko brodzik z plastikową zasłonką. Daleko nie poszliśmy, bo do bloku naprzeciwko, ale jeśli chodzi o warunki, był to krok milowy. Rodzicom powiedzieliśmy z satysfakcją, że bardzo im dziękujemy za możliwość korzystania przez tak wiele lat z ich dobrodziejstwa. Byli tak zaskoczeni, że nie powiedzieli nic prócz „aha”, „no, no”. Potem nawet proponowali, żebyśmy sprzedali to mieszkanie i podzielili się z nimi pieniędzmi. Nie wiedzieli, czy Sławek wziął kredyt, czy też miał pieniądze na kupno takiego mieszkania. A ja nigdy im sprawy nie ułatwiłam i nie powiedziałam, że przypadkiem się dowiedzieliśmy o możliwości odkupienia za długi mieszkania po lokatorach, którzy kilka lat nie płacili czynszu. Potem Sławek za grosze wykupił dla nas to mieszkanie. I przeżyliśmy tam bardzo szczęśliwy rok, przerwany uderzeniem w Sławka na pasach przez pijanego drania. Tak rozmyślając, zwinęłam się w kłębek na brudnym tapczanie, z mieszaniną wstrętu i ulgi dotknęłam policzkiem starej tapicerki i zasnęłam w blasku jarzeniówki korytarzowej, której nijak nie dało się wyłączyć.

Po kilku godzinach płytkiego snu pełnego przesuwających się cieni zbudziła mnie siostra Regina, mówiąc, że mogę na chwilę wejść do Sławka. Pognałam cała poczochrana, z piaskiem pod oczami i cuchnącym oddechem. Posłusznie zdjęłam buty w kanciapie i włożyłam chodaki, które podsunęła mi ta dobra kobieta, i ubrałam się w fizelinowy zielony fartuch, który śmierdział szpitalem w takim stężeniu, że zrobiło mi się słabo. Weszłam do sali i serce mi stopniało, kiedy go zobaczyłam. Mojego silnego faceta, bladego jak ściana, w bieli i w pozycji horyzontalnej. Wyglądał jak zepsuty anioł. Potem zamieniliśmy te kilka zdawkowych słów i znów czekałam, tym razem na korytarzu. Wyszedł lekarz, który wyglądał na rzeźnika, nie na chirurga. Miał grube paluchy i wielki brzuch opięty fartuchem. Był spocony i miał błędny wzrok.

– Chciałam spytać o zdrowie męża…

– A mąż to kto? – spytał niezbyt grzecznie.

– Sławomir… – Zapomniałam własnego nazwiska. – Sławomir… W nocy samochód go potrącił…

– Aha. – Kiwnął głową. – Zszyliśmy śledzionę… Miał dużo szczęścia…

Odwrócił się i poszedł. Wydał mi się w jednej chwili dostojny i wspaniały. Skoro to on operował Sławka i umiał zaszyć to, co ten pijany drań uszkodził, przestałam widzieć spocone czoło i tłuste, rzadkie włosy lekarza. Nawet ręce nie wydawały mi się już tak wielkie jak bochny. Byłam wdzięczna, że dotykał nimi mojego mężczyzny i tym samym go uleczył. Głęboko w to wierzyłam. Jeszcze kilka godzin dogorywałam na korytarzu, aż w końcu przekonałam się, że naprawdę nie wpuszczą mnie do sali intensywnej opieki pooperacyjnej. Regina już zeszła z dyżuru, a nowe siostry omiatały mnie obojętnym wzrokiem. W końcu jedna z nich powiedziała, żebym poszła do domu, wyspała się i przyszła następnego dnia rano, to pewnie Sławek będzie już na normalnej sali i będę mogła wejść. Poszłam zatem. Prosto do domu, z którego zadzwoniłam do pracy i uprzedziłam, że przez najbliższych kilka dni nie mają co na mnie liczyć. Na szczęście spotkałam się ze zrozumieniem. Potem ogarnęłam nieco dom, wzięłam prysznic i padłam na łóżko.

Śniło mi się światło w wodzie. Świeca, która pali się w strumieniu. Solidna, biała, zwyczajna, i mocne światło, które daje mimo otaczającej ją wody. Wpatrywałam się w ten strumień, obserwując, jak rwący nurt podbiera leżące kamyczki i żwir, jak ziarenka piasku układają się w zatoczkę. Fala ciągnęła płomień ze sobą, wracała razem z nim, żeby znów pociągnąć go za sobą. Płomień uginał się, nawet całkiem kładł na fali, ale nie gasł. Sięgnęłam ręką do tej wody, nie czując ani chłodu, ani wilgoci, próbowałam zatrzymać nurt na dłoni, ale woda przepływała swobodnie przez moją rękę. „Może to nie woda”, pomyślałam, „przecież zatrzymałabym ją ręką, stworzyła tamę albo małe wodospady po bokach… To nie może być woda, to pewnie coś na kształt ogni, które połykają ludzie w cyrku, nie parząc się i nie krztusząc”. Chciałam zawołać Sławka, żeby mu pokazać dziwne zjawisko. Otworzyłam usta, ale nie umiałam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Spróbowałam jeszcze raz, ale ponownie nie mogłam nic powiedzieć. Odwróciłam się, żeby przywołać go gestem ręki. Ale za mną nie było ani naszego domu, ani żadnego znanego mi miejsca, tylko czarna zaorana ziemia. „To dziwne”, pamiętam jak dziś, że tak pomyślałam, ale nie zastanowiłam się nawet przez chwilę, co robię na tej świeżo spulchnionej ziemi i skąd na takim ponurym pustkowiu kryształowo czysty strumień. Pomyślałam tylko o Sławku, że nie ma go ze mną i koniecznie muszę go znaleźć i poprosić, żeby wytłumaczył mi fenomen płomienia. Odwróciłam się ponownie i zobaczyłam, że świeca przewróciła się na bok, a płomień rozlewa się po kamieniach leżących na dnie strumyka. Znów włożyłam rękę do środka, chcąc przywrócić świecę do pionu, ale nie mogłam jej dosięgnąć. Wydawało się, że leży tuż pod powierzchnią, jakieś dwadzieścia centymetrów w głąb, ale zanurzałam rękę po łokieć i nie trafiałam ani w kamyki, ani w biały, solidny kształt. Świeca tymczasem popłynęła z nurtem, robiąc wyrwę wśród kamyków na dnie, niezatrzymywana ani przez moją rękę, ani przez trawy rosnące na dnie strumienia. Poczułam niemal fizyczny ból, że światła już nie ma ze mną. W takim właśnie poczuciu wielkiej straty obudziłam się. Miejsce obok mnie było puste. Przytuliłam piżamę Sławka, z którą spałam tej nocy, i zwlokłam się z łóżka. Zegar kuchenny wskazywał 5.30 rano. Poprzednia noc, spędzona na kanapie szpitalnej i dzień pod drzwiami sali intensywnej terapii oraz w kanciapce pielęgniarskiej, dały mi się we znaki. Byłam cała obolała, jakbym spała na podłodze. Bolały mnie plecy i prawa ręka. Z trudem zebrałam rozsypane myśli przy rozpuszczalnej kawie, którą Sławek przyniósł kilka dni wcześniej i triumfalnym gestem postawił na kuchennym stole.

– Zobacz, co zdobyłem – powiedział. – Kolega był na saksach i przywiózł.

– Pewnie zapłaciłeś jak za zboże – odparłam z przekąsem. – Przecież nie jesteśmy kawoszami…

– Zapłaciłem jak za kawę – sprostował. – Za kawę zbożową nie zapłaciłbym nawet grosza. Od czasów przedszkola nie pijam podobnych wynalazków.

Roześmiałam się i wyjęłam z szafki granatowe kubki w maleńkie białe kwiatuszki, które dostaliśmy od jakichś kuzynów Sławka mieszkających w rfn. Były tak piękne, że nie używaliśmy ich prawie z obawy przed stłuczeniem albo wyszczerbieniem brzegów. Raz napiliśmy się w nich herbaty, ale kiedy zobaczyłam osad na nieskazitelnie białym wnętrzu, postanowiłam, że nie będziemy ich używali. nrf-owska kawa sprawiła, że zmieniłam zdanie. Odtąd pijaliśmy kawę regularnie w tych kubkach, ciesząc się nimi jak dzieci. Teraz także zrobiłam sobie kawę w jednym z tych kubeczków i próbowałam zrobić jakiś plan na nadchodzący dzień. Wczoraj zadzwoniłam do przedszkola i powiedziałam, że Sławek miał wypadek i jest w szpitalu. Dyrektorka zapewniła mnie, że nie muszę przychodzić do pracy, nawet brać zwolnienia lekarskiego, tylko zaświadczenie ze szpitala żebym dostarczyła, to już ona się tym zajmie. Kazała Sławka pozdrowić i zapewnić, że wszyscy tutaj życzą mu zdrowia. Wymamrotałam jakieś podziękowania, rejestrując w pamięci, że mam poprosić o jakieś zaświadczenie, że Sławek leży w szpitalu, a ja pod drzwiami jego pokoju, i nie zaprzątałam sobie tym więcej głowy. Zastanawiałam się, kiedy będę mogła do niego pojechać, żeby wreszcie porozmawiać z kimś z lekarzy i zapytać, kiedy wyciągną z niego te wszystkie rurki i oddadzą mi go bez śledziony, za to z ogromnym szwem biegnącym od góry do dołu brzucha. Niech mi go tylko pozwolą zabrać, a ja już go odkarmię, przywrócę do życia we wszystkich jego aspektach. Wskazówka poruszała się bardzo powoli. Odkąd wstałam, posunęła się ledwo o dziesięć minut. Wciąż nie było szóstej. Pomyślałam o rodzicach, ale uznałam, że nie mam jak ich zawiadomić, a poza tym w czym oni mogliby mi pomóc? Matka jedynie mogła uderzyć w lament pod tytułem, co ja teraz zrobię, a ojciec wygłosiłby tyradę, żeby lekarzom patrzeć na ręce, bo to są łapiduchy bez żadnych skrupułów, sprzedajne i pazerne na koperty. Nie potrzebowałam podobnych rad. Powinnam zawiadomić rodziców Sławka, nie mieli pojęcia, że coś się stało ich synowi, bo i skąd. Oni też nie mieli telefonu. Jedyną formą kontaktu było „wpadanie do nich” na popołudniową herbatę i ciasto w co drugą niedzielę albo nawet w co trzecią. Mimo wszystko powinni wiedzieć, bo to w końcu ich syn. Postanowiłam, że po dzisiejszym szpitalu wpadnę do nich do domu po drodze i opowiem o śluzie, śledzionie i ogólnie uspokoję. Zanim wyszłam, ugotowałam rzadkiego kisielu. Musiałam coś zrobić, żeby wytracić czas. Kisiel był przeterminowany, ale tylko o miesiąc, uznałam, że nic nie szkodzi. W końcu to tylko mąka kartoflana. Poprzedniego dnia spytałam pielęgniarek, czy mam coś Sławkowi przynieść, a one powiedziały, że Sławek nie będzie nic jadł przez jakiś czas, ale pierwsze, co zje, to właśnie kleik na wodzie albo rzadki kisiel. Kleiku nie miałam, ale kisiel znalazłam w odmętach szafki. Gotując, przypomniałam sobie, skąd się wziął. Posłałam Sławka do sklepu po galaretkę na sernik świąteczny. Zrobiłam taki fantastyczny sernik na zimno, z owocami mrożonymi z lata i orzechami, które dostaliśmy w paczce, i wtedy stwierdziłam, że nie ma galaretki na wierzch, chociaż byłam przekonana, że miałam jedną. Posłałam Sławka do największych w mieście delikatesów Społem bez specjalnej nadziei, że znajdzie. Powiedziałam, że może kupić jakąkolwiek, zieloną, czerwoną, żółtą, byle była. Sławek wrócił po piętnastu minutach i wzniósł w triumfalnym geście torebkę z kisielem. Tylko facet myli kisiel z galaretką, opadły mi wtedy ręce. Sernik był bez wierzchu galaretkowego, ale pokryłam go konfiturą z wiśni i bardzo ładnie to wyszło. A kisiel wrzuciłam do szafki, gdzie czekał prawie rok na swoją kolej.

Ze słoikiem rzeczonego kisielu w ręku równiutko o wpół do siódmej poszłam na przystanek autobusowy. Mój autobus przyjechał zaraz, bardzo zatłoczony, mimo to wcisnęłam się tylnymi drzwiami i pojechałam do szpitala. Tam zostawiłam palto w szatni, jak pan Bóg przykazał, żeby nikt się już nie czepiał, i schodami w obawie przed psującymi się windami pojechałam na czwarte piętro, na chirurgię. Poszłam prosto na salę intensywnej opieki, gdzie zastałam zasłane łóżko i wyczyszczoną z drobiazgów Sławką szafkę. Ucieszyło mnie to. Oznaczało tylko tyle, że Sławek nie potrzebuje już intensywnej opieki, tylko normalną i zaraz znajdę go na jednej z ciasnych, brudnych sal. Snułam się po oddziale, zaglądając do tych otwartych pomieszczeń i wycofując z uśmiechem przeprosin. Większość pacjentów siedziała na basenach albo była myta przez salowe czy pielęgniarki. Kiedyś słyszałam, że trzeba im zapłacić, to będą myły, inaczej się nie ruszą. Postanowiłam i tę sprawę załatwić, żeby Sławek miał na pewno dobrze, tymczasem usiłowałam go odnaleźć. W końcu dałam za wygraną i spytałam pielęgniarki, gdzie mogę go zastać. Kiedy wymieniłam nazwisko, siostra stanęła jak wryta i powiedziała, że ona właściwie to nic nie wie, bo dyżur był bardzo ciężki.

– Musiał być znów operowany? – zapytałam ze strachem.

– Tak, tak – przytaknęła szybko. – Tak nagle, wie pani, poczuł się źle i pan doktor musiał natychmiast go zoperować ponownie… Ale ja nie mogę nic pani powiedzieć, to musi doktor wytłumaczyć dlaczego…

– No tak – przytaknęłam, łapiąc się za pierś. – Ja coś czułam, wie siostra, że jest nie tak, bo mi się światło śniło w nocy, w wodzie… I to musiał być ten znak. Niech mi pani powie, gdzie ja go mogę znaleźć.

– Doktor jest w gabinecie, w pokoju lekarza dyżurnego. Niech pani tam szybko idzie, zdąży jeszcze przed odprawą. Potem trzeba będzie czekać.

– Ja przyjechałam na cały dzień – stwierdziłam. – Do męża. Mnie się nie spieszy. Może ja najpierw do niego pójdę, pomacham tylko albo posiedzę, aż się ta ich odprawa skończy…

Pielęgniarka popatrzyła na czubki swoich białych butów i wygładziła zmięty zielony uniform.

– Naprawdę lepiej do doktora najpierw pójść…

– No dobrze. – Uśmiechnęłam się z wysiłkiem i wyjęłam kisiel z torby. – Mąż chyba jeszcze nie będzie mógł tego jeść. Może jest ktoś, kto by chciał, a nie ma na przykład rodziny. Szkoda przecież wyrzucić, prawda?

– Tak – pielęgniarka wzięła słój z czerwoną substancją – na pewno ktoś zje. Mamy tu takich po operacji, z daleka, rodzina nie przyjeżdża codziennie, bo nie może. Na pewno się przyda…

Znalazłam drzwi opatrzone tabliczką „lekarz dyżurny” i zapukałam energicznie. Nie usłyszałam „proszę”, więc weszłam bez zbędnych ceregieli. Doktor siedział na kanapie w nienaturalnej pozycji i drzemał.

– Panie doktorze… – Chrząknęłam.

– Słucham? – Przetarł oczy.

– Jestem Weronika Przybyszewska – powiedziałam. – Mój mąż miał wypadek przedwczoraj…

– Pani jest żoną? – przerwał mi.

– Tak – potwierdziłam. – Żoną. I chciałam zapytać o stan zdrowia. Bo ja, widzi pan, umieram ze strachu, a w nocy śniło mi się światło pod wodą…

– Niech pani siądzie. – Wpatrywał się we mnie intensywnie.

Usiadłam, nie przestając trzymać się za serce. „Zaraz mi powie, że stan Sławka się pogorszył”, pomyślałam z przerażeniem, „i leży na sali, gdzie jest jeszcze więcej tych rurek. Niech tylko doda, że robią, co mogą…”. Doktor spojrzał na mnie poczciwie.

– Robiliśmy, co mogliśmy, naprawdę… Nie mogliśmy zatrzymać krwotoku wewnętrznego…

– Ale teraz go zatrzymacie? – wyszeptałam. – Ja nie rozumiem…

– Proszę pani – zaczął. Pionowa kreska u nasady nosa zamieniła się w głęboki rów. – Dzisiaj nad ranem spadło gwałtownie ciśnienie, mąż stracił przytomność. Natychmiast zawieźliśmy go na salę operacyjną. Ja go operowałem. Walczyliśmy jeszcze godzinę, ale o 5.30 pacjent zmarł… Bardzo mi przykro.

Dotarło do mnie tylko, że o 5.30.

– Ja się zbudziłam o 5.30 – stwierdziłam. – Wcześniej śniło mi się światło w wodzie, które nie gasło. Ale odpłynęło i ja się zbudziłam. Zbudziłam się właśnie o 5.30. To chyba coś znaczy.

– Bardzo pani współczuję – powiedział. – Niech pani ze mną pójdzie do pielęgniarek, a ja podam pani coś na uspokojenie. Woli pani tabletkę, może zastrzyk? Lepiej chyba zastrzyk…

Zaczęłam intensywnie myśleć, czy wolałabym tabletkę, czy zastrzyk. Tabletki na pewno nie mogłabym przełknąć, bo w gardle coś rosło i zaczynałam się dusić. Zastrzyków bardzo się bałam, ale odpowiedziałam, że chyba wolę zastrzyk. Wstałam i zemdlałam pod współczującym spojrzeniem lekarza.

Zbudziłam się na szpitalnym łóżku w pokoju, gdzie nie było nikogo oprócz mnie. W mojej żyle tkwiła igła, która boleśnie mnie raniła. Do igły przymocowany była rurka, kończąca się szklaną butelką wiszącą u nasady blaszanego stojaka. Niewiele myśląc, wyciągnęłam tę igłę, bo bolało mnie tak okropnie, jakby kto rękę ucinał. Rurka odłączyła się przy tym od igły i zawisła swobodnie. Na podłogę zaczęła kapać woda ze szklanej butelki, która mieszała się z krwią wypływającą z mojej ręki. Wstałam i zatoczyłam się na ścianę. W tej chwili weszła siostra Regina i załamała ręce.

– Co ty wyprawiasz, dziecko! – krzyknęła, ale po chwili dodała. – Nic, nic. Posprząta się… Szkoda tylko, że wyrwałaś kroplówkę. Takie wzmocnienie bardzo ci się przyda. To glukoza, cukier, czyli bardzo dobry…

– Ja… – wydusiłam. – Muszę iść…

Siłą posadziła mnie na łóżku i objęła. Wtedy zupełnie się rozkleiłam.

– Płacz, dzieciaku – powiedziała siostra Regina. – Ja przyszłam na dzionek i też się rozpłakałam, kiedy usłyszałam, że on tak…

– Mnie się śniło światło w wodzie – upierałam się – o piątej trzydzieści…

Regina chusteczką wycierała mi oczy. Drugą zacisnęła krwawiącą ranę na mojej ręce.

– Dawał ci znak, że odchodzi – stwierdziła. – Mojej matce tak ojciec się śnił, kiedy umarł. Tylko że anioł go zabrał, czy coś…

– Ale dlaczego w wodzie? – bredziłam. – On lubił pływać, ale woda nie miała dla nas jakiegoś szczególnego znaczenia. Dlaczego światło nie gasło w wodzie?

Siostra Regina wstała.

– No, nic to… – Otarła własną łzę. – Musisz być teraz silna, kotku…

– Ale co ja mam zrobić? – spytałam.

– Najpierw do doktora – weszła na fachowe tory – po akt zgonu. Potem do urzędu stanu cywilnego, oddać dowód i wpisać… Potem to już pogrzeb załatwiać, zawiadomić rodzinę…

Zupełnie nie o to pytałam. Chodziło mi przecież o to, jak ja będę teraz żyła, co ja zrobię bez Sławka. To, że odszedł, docierało do mnie wraz ze stwierdzeniami typu „akt zgonu” czy „pogrzeb”. Wciąż miałam nadzieję, że to sen. Skoro śniła mi się świeca w wodzie, to równie dobrze z przerażenia może mi się śnić szpital i śmierć Sławka. Ale zaraz się obudzę i wszystko będzie w porządku. To znaczy on nadal będzie leżał w szpitalu, dostawał wodę przez rurki, zje mój kisiel i powie, że czegoś równie obrzydliwego nie jadł w życiu… Wystarczy tylko się obudzić.

– Podprowadzę cię – zaproponowała siostra Regina. – Do doktora, bo on po dyżurze chce wyjść, a czeka na ciebie z tym aktem. Uważaj, bo dostałaś coś na uspokojenie, możesz być kołowata.

Byłam kołowata do tego stopnia, że jak tylko usiłowałam wstać, to natychmiast się przewracałam. Przy trzeciej próbie zwymiotowałam na podłogę.

– Co ja mam teraz zrobić? – pytałam co i raz.

– Teraz to leżeć pod kroplówką – mówiła współczująco Regina, mocując na powrót szklaną butlę na stojak i wpychając mi nową igłę do innej żyły.

– Może pani zostać do jutra – usłyszałam głos lekarza. – Nawet za bardzo to się pani nie nadaje…

Jedyne, do czego się nadawałam, to być żoną Sławka i matką jego dzieci. Obu tych możliwości zostałam pozbawiona przez złośliwy los. Jeśli o mnie chodziło, to byłam w czarnej dziurze, w jakiejś otchłani podświadomości. Niby słyszałam, co mówią, widziałam przez mgłę, ale nic do mnie nie docierało. Ja też umarłam. Byłam już tylko cieniem, bladą, smutną osobą, wdową dla świata, biedną Weroniką dla znajomych i niczym więcej.



Ciotka Katarzyna szeptała z matką, że to dobrze, że jestem na prochach, bo kto wie, jakbym to wszystko przetrzymała.

– Mój Boże – mówiła matka, spoglądając na mnie, jakbym ogłuchła i oślepła, nic nie słyszała i nie dostrzegała niczego wokoło. – Taka młoda i patrz… wdowa.

Nie byłam taka bardzo młoda. Miałam trzydzieści cztery lata. Krew moja żadne bohatery, ale imię miałam trzydzieści i cztery, pomyślałam bez sensu.

– I szkoda, że nie ma dziecka – dodała Katarzyna, która sama dzieci nie miała.

– Pan Bóg nie pobłogosławił – scenicznym szeptem cedziła matka. – Już on tam wiedział, czemu tak to wszystko….

Ciekawe, czy wiedział czemu pozwala pijakowi wsiąść za kierownicę i zabijać dobrych ludzi na przejściach dla pieszych. Na pewno wiedział czemu. Bo przecież według matki śmierć Sławka miała na pewno jakiś głęboki kościelny sens. Według mnie nie miała żadnego.

– Ona teraz z wami zostanie? – zapytała ciotka.

– Ona nie zostanie – powiedziałam, odwracając głowę do niej. – Ona ma swój dom.

– A może byś tak, skarbie, zamieszkała ze mną? – zapytała przestraszona Katarzyna. – Mama i tatuś mają tu małe mieszkanko, ale ja przecież sama w trzech pokojach. Może na jakiś czas…

– Nie, dziękuję – odpowiedziałam niezbyt grzecznie. – Poradzę sobie bardzo dobrze.

– A może ja się do ciebie przeprowadzę na jakiś czas? – męczyła mnie dalej.

Pomysł wydawał mi się jeszcze bardziej przerażający niż ten z moją przeprowadzką do ciotki. Patrzyłam, jak goście jedli paszteciki, których napiekłam wczoraj, i popijali barszczem czerwonym, również mojej roboty. Od śmierci Sławka minęły dwa dni. Trzeciego dnia nie zmartwychwstał, przeciwnie, został złożony do grobu, który jego rodzice, lekkomyślnie kusząc los, wykupili dla siebie. Oznajmili nam to kiedyś przy obiedzie. Mało nie wypluliśmy oboje flaków, które właśnie jedliśmy.

– Żartuje mama – powiedział wtedy Sławek. – To przynosi pecha, kupowanie grobu za życia.

– Jak przyjdzie co do czego, będziecie nam dziękować – podsumował jego ojciec. – Wszystko będzie gotowe, tylko datę śmierci wyryjecie.

– I będziemy leżeć pod jarzębiną. – Pokiwała głową teściowa. – Tak jak za życia.

Nie przypominałam sobie, żeby jego rodzice leżeli kiedykolwiek pod jarzębiną, pomyślałam wtedy. Sławek machnął ręką, mówiąc „jak tam sobie chcecie”, i tyle. A teraz ten grób z wygrawerowanymi na złoto imionami jego rodziców, datami ich urodzenia, pustymi miejscami na cyfry śmierci, miał przyjąć najbardziej witalnego człowieka na ziemi. Teściowie wygrawerowali imię Sławka z boku na dodatkowej płycie, którą postawili sztorcem w stosunku do tej głównej. Pytali mnie zresztą o to.

– Jak wolisz, Weronisiu? – Teściowa płakała. – Czy literki mają być takie same jak nasze, czy inne?… Jak chcesz, dziecko, my zapłacimy…

Ja już wtedy nie płakałam. Nie miałam łez albo produkcja strajkowała. Oczy miałam suche, piekące i pustkę w głowie. Za to czułam w piersiach obecność owada. To musiał być jakiś wielki żuk, bo siedział mi pod mostkiem i ściskał szczypcami przełyk i tchawicę tak mocno, że nie mogłam nabrać powietrza.

– Ja nie wiem, jakie litery… – powiedziałam. – Zróbcie tak, żeby pasowało…

Nigdy nie rozmawiałam ze Sławkiem o naszej ewentualnej śmierci. Nie przyszło nam do głowy, że jednemu czy drugiemu cokolwiek może się stać. Owszem, on martwił się o mnie, kiedy wieczorami zajmowałam się na przykład jakimś dzieckiem, żeby dorobić, zanim on dostał tę świetną pracę, i spóźniałam się na umówioną godzinę.

– Dlaczego nie chcesz, żebym po ciebie przychodził? – złościł się. – Siedzę w domu i wyobrażam sobie ciebie w kawałkach…

– Bo nie ma potrzeby, żebyś po pracy jeszcze gdzieś chodził – odpowiadałam. – To dwa kroki, tyle że rodzice nie zawsze przychodzą punktualnie… Czasami, wiesz, im się też autobus spóźnia.

I to było tylko takie gadanie. Ja też się martwiłam, kiedy jeden raz miał wrócić z delegacji w piątek wieczorem. Czekałam do drugiej nad ranem, martwiąc się potwornie, że coś mu się stało. Wyjaśnienie było zupełnie oczywiste. Pociąg stanął w polu i stał tak długo, aż przyjechali go naprawić. Czyli całą noc, mniej więcej. Rano Sławek przyjechał brudny, zmarznięty i wściekły. A ja w pretensjach, bo nie wiedziałam, czy żyje… Ale jak mieć pretensje do kogoś, kto stoi w ciemnym pociągu w zatłoczonym korytarzu i nie ma skąd zadzwonić, bo wielkie jak cegły komórki mieli tylko gangsterzy?

I to były wszystkie nasze rozmowy na temat ewentualnej śmierci. Nie miałam pojęcia, czego Sławek by chciał. Mogłam jedynie przypuszczać, że nie chciałby, żebym płakała, ani żadnego kościelnego cyrku. Pewnie machnąłby ręką na złote literki. Tego jednego byłam pewna, ponieważ kiedyś podczas spacerów po starym cmentarzu wskazał mi jeden z okazałych pomników.

– Zobacz… Grób okropny, czarny, wielki, płyta jak meteor na nim leży. Widać, że rodzina ma pieniądze, tylko po co to takie coś robić… Przecież umarłemu wszystko jedno…

– Przecież rodzina to dla siebie robi i dla innej rodziny, a nie dla tego, co tam leży – powiedziałam, a Sławek pochwalił mnie, że taka bystra jestem i mądra…

Zgodziłam się na literki, jakie chcieli teściowie. I na pogrzeb po trzech dniach, przed niedzielą, w piątek, najbardziej odpowiedni dzień na pogrzeby. Poszłam z teściową do zakładu pogrzebowego „Styks” i potakiwałam głową na wieniec z gerberów, pajączek z goździków, trumnę sosnową, koronkę na trumnie i co tam jeszcze chciała. Widok trumien przypomniał mi, że Sławek nie żyje. Jeszcze nie wiedziałam, w jaki sposób pozwolę, żeby zabrano jego ciało. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym pozwolić na ubranie go w garnitur i włożenie do sosnowego obrzydliwego pudła. A już zupełnie nie umiałam wydać swojej zgody na przysypanie go ziemią.

– Weronisiu… – szepnęła teściowa po wyjściu ze „Styksu”. – Jeszcze musimy kupić garnitur…

Tego już było za wiele jak dla mnie.

– On ma dwa garnitury. – Oczy zaszły mi mgłą. – Razem kupowaliśmy…

– Ale kochana! – Teściowa mówiła te słowa z wyraźnym przestrachem. – Musi być nowy…

Po co nowy garnitur, przecież Sławkowi może być w nim niewygodnie? Tamte mierzył, zastanawiał się. W końcu sporo w nich chodził, ten szary zwłaszcza polubił.

– A może by tak mama sama kupiła – powiedziałam, starając się mówić głośno, ale przeszkadzał mi w tym ten żuk, którego miałam pod mostkiem. – Zresztą ja uważam, że nie potrzeba…

– Jak nie potrzeba… – oburzyła się teściowa. – Jak nie potrzeba. To zupełnie nie wypada, żeby nie pochować w garniturze. Szacunek się należy, szacunek…

– Dwa garnitury w domu. – Na sekundę pokonałam żuka. – Można włożyć ten szary. Sławek bardzo go lubił. Będzie mu w nim wygodnie…

– Musi być nowy – rzuciła teściowa z determinacją godną prawdziwej chrześcijanki, którą będą oceniać zgromadzone na pogrzebie towarzyszki z kółka różańcowego.

Powiodłam błędnym wzrokiem dokoła. Była późna jesień. Niby szaro i ponuro, ale na ulicach mnóstwo kolorowych, niesprzątniętych liści, które wesoło wirowały nad poobtłukiwanymi chodnikami.

– Czy naprawdę nie mogłaby mama załatwić tego sama? – spytałam ponownie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stulecie Winnych. Opowiadania Kości proroka Ostatnia chowa klucz Tam, gdzie urodził się Orfeusz Alicja w krainie czasów. Czas odzyskany Alicja w krainie czasów. Czas opowiedziany 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie