Mit urody

Mit urody

Autorzy: Naomi Wolf

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Lifestyle

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 26.94 zł

Bestseller i klasyczna pozycja z zakresu myśli feministycznej, która redefiniuje nasze spojrzenie na relacje między pięknem a kobiecą tożsamością.

W dzisiejszym świecie kobiety mają więcej władzy, cieszą się prawnym uznaniem i sukcesami zawodowymi jak nigdy wcześniej. Dzieje się to wraz z oczywistym rozwojem ruchu kobiecego. Mimo to jednak, Naomi Wolf, pisarka i dziennikarka, jest zaniepokojona nowym rodzajem społecznej kontroli, który, jak wskazuje autorka, może się okazać równie ograniczający jak tradycyjny wizerunek kobiety jako gospodyni domowej i żony. To mit piękna, obsesja cielesnej perfekcji, więzi współczesną kobietę w nieskończonej spirali nadziei, samoświadomości i nienawiści do samej siebie, gdy stara się ona spełnić to, co niemożliwe: społeczną definicję "nieskazitelnego piękna".

"Mocne... żadna inna książka nie przedstawiła w tak bezpośredni sposób dezorientacji świetnie wykształconych kobiet, które czują się emocjonalnie i fizycznie torturowane przez konieczność wyglądania jak gwiazda filmowa". - New York Times.

M I T U R O D Y

NA­OMI WOLF

PRZEŁOŻYŁA MO­NI­KA RO­GOW­SKA-STAN­GRET

WSTĘP DO POL­SKIE­GO WY­DA­NIA KIN­GA DU­NIN

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NA OWCA

WAR­SZA­WA 2014

Tytuł ory­gi­nału

The Be­au­ty Myth

Re­dak­cja

Mar­ta Ko­na­rzew­ska

Ka­cha Sza­niaw­ska

Pro­jekt okładki

Iza­be­la So­bie­szek

Zdjęcie au­tor­ki

© view­press Vp/De­mo­tix/Cor­bis/Fo­to­chan­nels

Skład

Da­riusz Pi­sku­lak

Ko­rek­ta

Ka­ta­rzy­na Skwark

Re­dak­tor­ka pro­wadząca

Ka­cha Sza­niaw­ska

Co­py­ri­ght © 2002, 1991 by Na­omi Wolf. All ri­ghts re­se­rved.

Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion © by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, War­sza­wa 2014

An Ame­ri­ca 21 Ti­tle: This book pu­bli­shed with sup­port from the U.S. De­part­ment of Sta­te, to spre­ad the gift of re­ading worl­dwi­de

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-484-8

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Wstęp do polskiego wydania

Dedykacja

Motto

Wstęp

Mit urody

Praca

Kultura

Religia

Seks

Głód

Przemoc

Poza mitem urody

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WSTĘP DO POL­SKIE­GO WY­DA­NIA

Kin­ga Du­nin

Nie dać się za­mknąć w żela­znej dzie­wi­cy

Swoją be­st­sel­le­rową książkę Na­omi Wolf wydała w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w 1990 roku. Inne miej­sce i inny czas… Jed­nak ten sam kult, mit i to samo bóstwo, któremu na imię Ko­bie­ce Piękno. To, że ist­nie­je kult, nie ozna­cza jed­nak, że na­prawdę ist­nie­je bóstwo. Wy­obrażenia, czym jest owo piękno i jego obo­wiązujące wzor­ce, bywały różne w roz­ma­itych kul­tu­rach i epo­kach hi­sto­rycz­nych. Nie ma nic ta­kie­go, jak obiek­tyw­ne ko­bie­ce piękno. Zresztą nie­gdyś do­ty­czyło to przede wszyst­kim ary­sto­kra­tek i kur­ty­zan. Wśród ab­so­lut­nej większości ko­biet li­czyły się inne za­le­ty – za­rad­ność, pra­co­wi­tość, zdro­wie, płodność. Obec­nie ideał ko­bie­cego piękna uległ de­mo­kra­ty­za­cji i wpływa na życie mi­lionów ko­biet na całym świe­cie. Jego główne ry­tuały po­le­gają na tym, że mężczyźni mają pożądać Ideału Ko­bie­cego Piękna, a ko­biety upo­rczy­wie do nie­go dążyć. Wolf na­zy­wa ten ideał „żelazną dzie­wicą”. Było to narzędzie tor­tur, kadłub me­ta­lo­wej ko­biety o po­wab­nym wyglądzie. Ska­zaną za­my­ka­no w środ­ku, a kol­ce umiesz­czo­ne wewnątrz za­bi­jały ofiarę.

Współcze­sna żela­zna dzie­wi­ca jest nie­na­tu­ral­nie szczupła, młoda, gładka, świe­tli­sta i sek­sow­na. Czyż każda ko­bie­ta nie chciałaby się zna­leźć w jej skórze i czy te kol­ce na­prawdę ranią? Większość ko­biet za­pew­ne od­po­wie: dbam o sie­bie, o swo­je ciało, wagę, wygląd, bo lubię. Robię to dla sie­bie, żeby po­czuć się le­piej. Nic nie tracę, mogę za to zy­skać. Nie tyl­ko będę się le­piej czuła, ale też bar­dziej będę się po­do­bała, a wte­dy po­czuję się jesz­cze le­piej. To właśnie ta­kie myśle­nie za­my­ka ko­biety w żela­znych dzie­wi­cach, twier­dzi Wolf. Ale czy nie prze­sa­dza? Czy rze­czy­wiście ko­biety nie tyle chcą, co muszą być piękne? I skąd miałby po­cho­dzić taki przy­mus?

Naj­pierw zaj­rzyj­my do męskich szaf. Niektóre z nich będą pękały w szwach, to się zda­rza i to co­raz częściej. Ale prze­ciętne­mu fa­ce­to­wi, który nie musi jakoś szczególnie trosz­czyć się o swój wygląd, wy­star­czy kil­ka pod­sta­wo­wych wa­riantów stro­ju. Gar­ni­tur, kil­ka ko­szul i kra­watów. Mniej zo­bo­wiązująca ma­ry­nar­ka i spodnie. Je­an­sy, parę swetrów. Może coś spor­to­we­go. Ele­ganc­kie buty, co­dzien­ne buty, jed­ne ciepłe i ja­kieś na lato. Kurt­ka. Oczy­wiście parę rze­czy można by jesz­cze wy­mie­nić, ale nie jest tego aż tak wie­le. Zo­bacz­my więc jesz­cze, co też ma on w łazien­ce? Przy­bo­ry do go­le­nia, jakiś krem, żel pod prysz­nic i szam­pon, jeśli ma go do cze­go sto­so­wać. A ile słoiczków i bu­te­le­czek stoi na półkach w jej łazien­ce? Kre­my przed i po, to­ni­ki, farb­ki. Jakże in­a­czej wygląda ko­bie­ca gar­de­ro­ba, na­wet ta naj­skrom­niej­sza! Wa­chlarz możliwości ko­bie­ce­go ubio­ru powiększa to, że ko­bie­ty mogą cho­dzić w spodniach, ko­stiu­mach przy­po­mi­nających gar­ni­tu­ry. Ko­bie­ce stro­je są dużo bar­dziej różno­rod­ne, ko­bie­cie wol­no też wy­brać so­bie ko­lor włosów, fry­zurę – od chłopczy­cy, po war­kocz do pasa – oraz ro­dzaj ma­ki­jażu.

Wy­da­je się, że jeśli cho­dzi o pra­wo do kształto­wa­nia własne­go wyglądu, ko­bie­ty wy­wal­czyły so­bie dużo większe pole wol­ności niż mężczyźni. Ale czy to jest na­prawdę wol­ność, czy ro­dzaj wy­ra­cho­wa­ne­go przy­mu­su? Wol­ność ozna­czałaby, że ko­bie­ta może, na roz­ma­ite spo­so­by, ope­ro­wać swo­im wyglądem, by wy­ra­zić swoją oso­bo­wość. Albo zre­zy­gno­wać z atrak­cyj­ne­go wyglądu na rzecz wy­go­dy. Może też, na spe­cjal­ne oka­zje albo bez oka­zji, prze­brać się za Ko­bietę. Tak jak robią to per­for­me­rzy drag, drag qu­eens, mężczyźni prze­bie­rający się za ko­bie­ty. Wzo­rem dla nich są słynne pio­sen­kar­ki i ak­tor­ki – po­dob­nie, jak dla ko­biet. Dzięki nim, w ka­ry­ka­tu­rze, wi­dzi­my jak bar­dzo spe­cy­ficz­nym ko­stiu­mem jest Ko­bieta.

Jaką cenę płacą za to ko­bie­ty? Zresztą, często nie uważając tego za cenę, a wręcz uznając za przy­jem­ność. Muszą wcześniej wsta­wać, bo dłużej trwa ich przy­go­to­wy­wa­nie się do wyjścia. W ogóle muszą dużo więcej cza­su poświęcać swe­mu ciału – fry­zjer, ko­sme­tycz­ka, spa… Wkle­py­wa­nie kremów i nakłada­nie ma­ki­jażu. Za­ku­py. Wy­bie­ra­nie i przy­mie­rza­nie. Ogląda­nie się w lu­strze. I następna przy­miar­ka. To nie tyl­ko czas, ale także pie­niądze. Mówi się, że obec­nie ko­bie­ty za­trud­nio­ne są na dwóch eta­tach – w domu i w pra­cy. Ale jest jesz­cze ten trze­ci – nie­ustan­ne dba­nie o wygląd.

Prze­mysł re­kla­mo­wy mówi nam, że ro­bi­my to dla sie­bie. I na to właśnie zasługu­je­my: re­lak­sujące żele, pieszczące na­sze ciała ma­zidła, wy­szczu­plający, roz­kosz­ny masaż. Wie­le ko­biet po­wie, że tak właśnie od­po­czy­wa. Bez po­czu­cia winy, bo jed­no­cześnie pra­cują nad do­sko­na­le­niem się i nad swo­im narzędziem po­ro­zu­mie­wa­nia się ze świa­tem, czy­li wyglądem. Na leżenie na ka­na­pie i le­ni­we przegląda­nie ga­ze­ty nie miałyby od­wa­gi, ko­bie­cie nie wy­pa­da bo­wiem mar­no­wać cza­su. Ale jest to czas (i środ­ki, dba­nie o urodę nie jest ta­nie), który można by spożyt­ko­wać in­a­czej. W świe­cie, gdzie bóstwem nie byłoby Piękno, może inne po­trze­by byłyby ważniej­sze: podróże, czyta­nie książek, czas spędzo­ny z ro­dziną albo przy­ja­ciółmi. Seks.

Jak to seks? Czy nie po to również ko­bie­ty poświęcają czas uro­dzie, żeby być bar­dziej sek­sow­ny­mi? Tak, ale robią to w świe­cie za­la­nym kom­pu­te­ro­wo wy­re­tu­szo­wa­ny­mi wi­ze­run­ka­mi bogiń piękności. Daw­niej, rozglądając się wkoło, można było zo­ba­czyć różnych lu­dzi i tyl­ko nie­wiel­ka część z nich była piękna i młoda. Dziś je­steśmy oto­cze­ni wy­ide­ali­zo­wa­ny­mi ob­ra­za­mi – w re­kla­mach, pra­sie, te­le­wi­zji, ki­nie, in­ter­ne­cie. Ten za­lew zdjęć przed­sta­wiających piękne mo­del­ki z kusząco roz­chy­lo­ny­mi war­ga­mi spra­wia, że ko­bie­ty z krwi i kości nig­dy nie mogą po­czuć się wy­star­czająco sek­sow­ne i piękne. Mężczyzn uczy to na­to­miast pa­trzeć na ko­bie­ty jak na to­war. Jeśli na­wet nie pożądają oni tak bar­dzo, jak się twier­dzi, ko­biet aż tak chu­dych i ide­al­nych, świet­nie wiedzą z kim wy­pa­da po­ka­zać się na przyjęciu. Jaka ko­bieta potwier­dzi naj­le­piej ich pre­stiż i po­zycję. Mit Uro­dy cho­ciaż ma służyć sek­su­al­ności jed­no­cześnie pod­ko­pu­je jej pod­stawę, jaką jest do­bre czu­cie się we własnym cie­le.

I jeśli ko­bie­ty na­prawdę tak do­brze czują się w swo­ich ciałach, cze­mu wciąż chcą je zmie­niać? Nie tyl­ko za po­mocą re­lak­sującej kąpie­li w pia­nie o nie­po­wta­rzal­nym za­pa­chu różnych eg­zo­tycz­nych roślin, która ma za­pew­nić głębo­kie na­wilżenie i je­dwa­bistą skórę. Są środ­ki dużo mniej przy­jem­ne.

Na przykład ope­ra­cje pla­stycz­ne, bo­le­sne, cza­sem nie­bez­piecz­ne, in­wa­zyj­ne. De­pi­la­cja i mało kom­for­to­we za­bie­gi od­chu­dzające.

Już kil­ku­let­nie dziew­czyn­ki, kie­dy patrzą w lu­stro, wiedzą, że są za gru­be. Na­sto­lat­ki za­czy­nają cier­pieć na ano­reksję i bu­li­mię, niektóre z tego po­wo­du umie­rają. Ko­bie­ty sto­sują co­raz to nowe die­ty, zażywają cu­dow­ne środ­ki na od­chu­dza­nie. Na­wet te, które tego nie robią, wiedzą, że muszą „uważać na je­dze­nie”. Liczą ka­lo­rie, od­ma­wiają so­bie słody­czy. Kie­dy cza­sem so­bie po­fol­gują, czują, że grzeszą. Kult Bo­gi­ni Piękności nie może obyć się bez grze­chu. A później po­ku­ty. Wo­bec nich re­kla­my przyj­mują ko­lejną stra­te­gię. Obie­cują szczupłą syl­wetkę po zażyciu jed­ne­go z se­tek pre­pa­ratów. Cho­ciaż po­dej­rze­wa­my, że gdy­by któryś z nich był na­prawdę szyb­ki i sku­tecz­ny, nie byłoby lu­dzi otyłych. Za­chwa­lają pro­duk­ty li­ght, różnego ro­dza­ju żywność, która nie tu­czy. I tu­taj po­ja­wia się następny ar­gu­ment – cho­dzi przede wszyst­kim o zdro­wie. Do­ty­czy to też ko­sme­tyków – dla ochro­ny przed słońcem („Uwa­ga! Rak”), dla zdro­wej skóry, przywróce­nia jej właści­we­go pH, zakłóco­ne­go użyciem in­nych spe­cy­fików.

Ide­al­na ko­bie­ta nie po­win­na się też sta­rzeć. Za­dba o to mi­lion kremów prze­ciw­zmarszcz­ko­wych. Li­fting. Bo prze­cież wiek mie­rzy się przede wszyst­kim wyglądem, a nie sta­nem du­cha i or­ga­ni­zmu. Ko­bie­ty umie­rają dwu­krot­nie, mówi Wolf. Po raz pierw­szy, kie­dy nie da się już ukryć sta­rości i wpa­so­wać w po­stać żela­znej dzie­wi­cy. Stają się nie­atrak­cyj­ne, nie­wi­dzial­ne. Cały re­kla­mo­wy apa­rat per­swa­zji służy two­rze­niu i pod­trzy­my­wa­niu Mitu Uro­dy. Prze­ko­nu­je ko­bie­ty, że mogą osiągnąć ideał, muszą tyl­ko za­in­we­sto­wać w to pie­niądze i wysiłek. Jed­nak w porówna­niu z obie­cy­wa­ny­mi efek­ta­mi żadna ko­bie­ta nie jest dość ide­al­na. Skut­kiem ubocz­nym jest stałe pod­ważanie po­czu­cia war­tości ko­biet. Pro­duk­tem właści­wym – do­bra i usługi przy­noszące ich pro­du­cen­tom nie­wy­obrażalne zy­ski. To ogrom­ne ryn­ki ko­sme­tyków, ubiorów, ozdób, usług upiększających, chi­rur­gii pla­stycz­nej, pa­ra­far­ma­ceu­tyków, spe­cjal­nej żywności. Możemy do tego dodać jesz­cze prze­mysł por­no­gra­ficz­ny, także współpra­cujący z Mi­tem Uro­dy.

Uro­da określa war­tość ko­bie­ty nie tyl­ko na ryn­ku sek­su­al­nym i ma­try­mo­nial­nym. Wpływa też na jej po­zycję za­wo­dową i sku­tecz­ność działania w prze­strze­ni pu­blicz­nej.

Ko­bie­ty, funk­cjo­nujące na ryn­ku pra­cy, mogą spo­dzie­wać się, że poza kom­pe­ten­cja­mi zo­sta­nie oce­nio­ny też ich biust. Cza­sem to po­ma­ga, a cza­sem prze­szka­dza, jeśli biust nie jest od­po­wied­nio młody i kształtny.

Męskość i po­zy­cja społecz­na idą w pa­rze. Oczy­wiście są też ład­niej­si i brzyd­si mężczyźni, ale to rzecz gu­stu. Może do­bry wygląd też trochę sprzy­ja męskim osiągnięciom, ale jed­no­cześnie osiągnięcia wzmac­niają męskość. Mamy przed sobą mężczyznę z po­zycją. A jego strój ma być pro­fe­sjo­nal­ny, to zna­czy ko­do­wać jego sta­tus. Z ko­bie­ta­mi spra­wa jest bar­dziej złożona. Uro­da może coś ułatwia, ale od­wra­ca uwagę od kom­pe­ten­cji i pro­fe­sjo­na­li­zmu, bu­dzi po­dej­rze­nia, że to ona zde­cy­do­wała o zdo­by­ciu pra­cy, czy zna­le­zie­niu się na liście wy­bor­czej. I może narażać na mo­le­sto­wa­nie, w naj­lep­szym ra­zie lep­ki­mi kom­ple­men­ta­mi.

Z ko­lei jeśli ko­bie­ta wy­wal­czy so­bie jed­nak au­to­ry­tet, jeśli ucho­dzi za in­te­li­gentną, jest aser­tyw­na, za­bie­ra głos na równi z mężczy­zna­mi – uj­mu­je jej to ko­bie­cości. Właści­wie do każdej oce­ny ko­bie­ty, która występuje w roli pu­blicz­nej czy pro­fe­sjo­nal­nej, jest dołączo­na dru­ga, do­tycząca jej apa­ry­cji.

Niektóre ko­bie­ty po­tra­fią tak wy­re­gu­lo­wać swój wygląd – właściwa waga, ele­gan­cja, ale bez prze­sa­dy – że uni­kają, jak się wy­da­je, ta­kie­go trak­to­wa­nia. Ale to wy­ma­ga pra­cy i wy­czu­cia. Zbyt spor­to­wy styl może spo­tkać się z in­wek­tywą: ba­bochłop. Trochę eks­tra­wa­gan­cji gro­zi wy­po­mnie­niem wie­ku lub de­fektów uro­dy. Na fo­rach in­ter­ne­to­wych aż roi się od pełnych po­gar­dy wpisów do­tyczących ko­biet i od­noszących się do ich wyglądu, wie­ku, atrak­cyj­ności sek­su­al­nej i bra­ku „ko­bie­cości”. Na­wet te naj­le­piej wyglądające i przy­sto­so­wa­ne ko­bie­ty mogą w każdej chwi­li stać się ofia­ra­mi i muszą włożyć spo­ro wysiłku w to, żeby ba­lan­so­wać na gra­ni­cy chro­niącej je przed po­gardą. Fa­cet może wyjąć z sza­fy ma­ry­narkę i już wygląda od­po­wied­nio.

Wszędzie tam, gdzie trze­ba po­ka­zy­wać się pu­blicz­nie i ocze­ki­wa­ny jest od­po­wied­ni wygląd, kry­te­ria sto­so­wa­ne wo­bec ko­biet są dużo ostrzej­sze niż wo­bec mężczyzn. W te­le­wi­zji wi­du­je­my star­szych panów i młode pre­zen­ter­ki. A jeśli też nie są już najmłod­sze, muszą wyglądać młodziej. Żad­nej si­wi­zny, wi­docz­nych zmarsz­czek.

W taki sposób pa­triar­chal­ne społeczeństwo osłabia po­zycję ko­biet w życiu pry­wat­nym, na ryn­ku pra­cy, w po­li­ty­ce i działalności pu­blicz­nej. Ko­bie­ty, które for­mal­nie uzy­skały równe pra­wa z mężczy­zna­mi, do­stały się w try­by ko­lej­ne­go me­cha­ni­zmu ogra­ni­czającego ich siłę i możliwości. Pod­le­gają me­cha­ni­zmo­wi kon­tro­li, którą po­zor­nie same so­bie na­rzu­cają. Jed­nak zy­skują na tym głównie mężczyźni oraz wszyst­kie żyjące z Mitu Uro­dy prze­mysły.

Kłopot z Mi­tem Uro­dy po­le­ga na tym, że we wszyst­kich zna­nych kul­tu­rach lu­dzie, także mężczyźni, mie­li po­trzebę stro­je­nia się, upiększa­nia. Trud­no też pod­ważyć ta­kie war­tości, jak zdro­wie i młodość – sta­rze­nie się nie jest ni­czym przy­jem­nym i pro­wa­dzi do śmier­ci. Trud­no wy­obra­zić so­bie kul­turę, w której lu­dzie nie chcie­li­by być zdro­wi, spraw­ni i od cza­su do cza­su zabłysnąć. Po­trze­by te jed­nak mogą stać się więzie­niem dla du­szy i praw­dzi­we­go roz­wo­ju, jeśli za­mie­niają się w obo­wiązki – w szczególny i często bez­względny sposób eg­ze­kwo­wa­ne od ko­biet. Co więcej ko­biety pil­nują sie­bie na­wza­jem. Porównują między sobą, oce­niają, plot­kują.

Książka Na­omi Wolf zmu­sza nas do re­flek­sji. Czy na­sza po­trze­ba, żeby do­brze wyglądać, jest na­prawdę na­sza? Czy w ja­kimś stop­niu nie jest po pro­stu uwewnętrznio­nym na­ka­zem re­pre­syj­nej wo­bec ko­biet kul­tu­ry? Wca­le nie jest łatwo rozplątać te nit­ki. I z całą pew­nością nie jest in­tencją au­tor­ki we­zwa­nie, aby od ju­tra wszyst­kie ko­biety zaczęły cho­dzić w wor­kach. Cho­dzi o to, aby ko­biety miały więcej wol­ności i po­tra­fiły za­uważyć, że to, co po­zor­nie tej wol­ności służy – mamy aż tyle możliwości au­to­kre­acji! – po­tra­fi też ją ogra­ni­czać. Może le­piej dbać o wy­godę, do­bre sa­mo­po­czu­cie i inne przy­jem­ności niż dać się za­trzasnąć w żela­znej dzie­wi­cy?

Dla mo­ich ro­dziców,

De­bo­rah i Le­onar­da Wolfów

Dużo trud­niej zabić fan­tom niż rze­czy­wi­stość.

Vir­gi­nia Wo­olf, Pro­fes­sions for Wo­men,

w: The De­ath of the Moth and Other Es­says

Wstęp

Kie­dy po­nad dzie­sięć lat temu Mit uro­dy zo­stał opu­bli­ko­wa­ny po raz pierw­szy, usłyszałam w od­po­wie­dzi tysiące hi­sto­rii. Ko­bie­ty zwie­rzały mi się w li­stach i oso­biście z przej­mujących pry­wat­nych walk, sta­cza­nych nie­kie­dy, odkąd pamiętają, i po­dej­mo­wa­nych, by odciąć swo­je ja od cze­goś, co na­tych­miast roz­po­znały jako mit uro­dy. Nie było żad­ne­go wspólne­go mia­now­ni­ka, który jed­no­czyłby te oso­by pod względem wyglądu. Zarówno młode, jak i sta­re ko­bie­ty mówiły mi o stra­chu przed sta­rze­niem się, smukłe i pulch­ne opo­wia­dały o cier­pie­niu spo­wo­do­wa­nym próbami spełnie­nia ocze­ki­wań związa­nych ze szczupłym ideałem, czar­ne, brązowe i białe ko­bie­ty, ko­bie­ty, które wyglądały jak mo­del­ki, wie­działy, od za­wsze, że ideał to wy­so­ka, szczupła, biała blon­dyn­ka o twa­rzy po­zba­wio­nej porów, asy­me­trii i skaz, ktoś całko­wi­cie „do­sko­nały”, ktoś, kim – w jakiś sposób czuły to – nie są.

Udało mi się na­pi­sać książkę, która połączyła moje własne doświad­cze­nia z doświad­cze­niami in­nych ko­biet z różnych stron świa­ta, kon­kret­nie z doświad­cze­niami miesz­ka­nek sie­dem­na­stu krajów. Byłam wdzięczna za to, w jaki sposób moje czy­tel­nicz­ki ko­rzy­stają z mo­jej książki. Często mówio­no mi: „Ta książka po­mogła mi po­ko­nać za­bu­rze­nia odżywia­nia”, „Czy­tam te­raz cza­so­pi­sma in­a­czej”, „Prze­stałam nie­na­wi­dzić swo­ich ku­rzych łapek”. Dla wie­lu ko­biet moja książka stała się narzędziem, dzięki któremu czuły się sil­niej­sze. Ni­czym de­tek­tyw­ki i kry­tycz­ki de­kon­stru­owały swo­je własne mity uro­dy.

Książka była roz­ma­icie przyj­mo­wa­na przez czy­tel­nicz­ki i czy­tel­ników z różnych śro­do­wisk, wywołała także gorące de­ba­ty na fo­rum pu­blicz­nym. Pre­zen­ter­ki te­le­wi­zyj­ne, słysząc mój ar­gu­ment, że są wy­na­gra­dza­ne za wygląd, a w do­dat­ku – w wy­ni­ku podwójne­go stan­dar­du obec­ne­go w te­le­wi­zji – dzie­je się to w sposób o wie­le bar­dziej bez­pośred­ni niż w przy­pad­ku ich ko­legów pre­zen­terów, ob­ru­szały się. Pra­wi­co­wi re­dak­to­rzy ra­dio­wi twier­dzi­li, że sko­ro mam pro­blem ze spełnia­niem ocze­ki­wań związa­nych z tym, jak po­win­na wyglądać ko­bie­ta, to coś ze mną nie tak. Dzien­ni­ka­rze su­ge­ro­wa­li, że moje za­in­te­re­so­wa­nie ano­reksją jest je­dy­nie nie­uza­sad­nioną psy­cho­dramą uprzy­wi­le­jo­wa­nej, białej dziew­czy­ny. Py­ta­nia kie­ro­wa­ne do mnie w te­le­wi­zji, w ko­lej­nych roz­mo­wach, sta­wały się nie­mal wro­gie. Bar­dzo możliwe, że było to spo­wo­do­wa­ne re­kla­ma­mi, które następowały po pro­gra­mach, a które były wy­ku­pio­ne przez prze­mysł die­te­tycz­ny wart mi­liar­dy do­larów i wy­su­wający bez­podstawne żąda­nia, obec­nie nie­le­gal­ne. Często ko­men­ta­to­rzy ce­lo­wo bądź przez nie­uwagę błędnie utrzy­my­wa­li, iż twierdzę, ja­ko­by ko­bie­ty nie po­win­ny golić nóg czy używać szmin­ki. To nie­po­ro­zu­mie­nie. W swo­jej książce wspie­ram pra­wo ko­biet do wy­bo­ru tego, jak chcą wyglądać i kim chcą być. Cho­dzi o to, by nie mu­siały pod­porządko­wy­wać się dyk­ta­to­wi sił ryn­ku i mul­ti­mi­liar­do­we­go prze­mysłu re­kla­mo­we­go.

Ogólnie rzecz biorąc, od­bior­cy i od­bior­czy­nie książki zda­wa­li się po­strze­gać (ra­czej pu­blicz­nie niż pry­wat­nie) kwe­stio­no­wa­nie ideałów uro­dy jako nie tyl­ko nie­ko­bie­ce, ale wręcz nie­ame­ry­kańskie. Czy­tel­nicz­ce dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go wie­ku być może trud­no w to uwie­rzyć, ale w 1991 roku kwe­stio­no­wa­nie czy po­da­wa­nie w wątpli­wość ideału uro­dy, który w owych cza­sach był nie­zwy­kle sztyw­ny, uważane było za he­rezję. Wy­cho­dzi­liśmy wówczas do­pie­ro z czasów, które na­zwałam „złymi la­ta­mi osiem­dzie­siątymi”, gdy prężny kon­ser­wa­tyzm zrze­szył się z sil­nym an­ty­fe­mi­ni­zmem na­szej kul­tu­ry, twierdząc, że kry­tycz­ne tezy na te­mat ko­bie­cych ideałów są nie­przy­zwo­ite, a na­wet wy­na­tu­rzo­ne. Był to czas, gdy Re­agan zakończył swoją długą pre­zy­den­turę, po­praw­ka do­tycząca równych praw upadła, ak­ty­wist­ki ru­chu ko­bie­ce­go były w od­wro­cie, a ko­bie­tom mówio­no, że nie mogą „mieć wszyst­kie­go”. Jak traf­nie po­ka­zała Su­san Fa­lu­di w swo­jej książce Re­ak­cja1, która zo­stała wy­da­na mniej więcej w tym sa­mym cza­sie co Mit uro­dy, „New­swe­ek” wma­wiał ko­bie­tom, że mają większe szan­se na śmierć z rąk ter­ro­ry­sty niż na małżeństwo w trak­cie ka­rie­ry za­wo­do­wej. Fe­mi­nizm stał się „brzyd­kim słowem na f”. Ko­bie­tom, które na­rze­kały na mit uro­dy, przy­pi­sy­wa­no roz­ma­ite wady: przy­pusz­cza­no, że są one gru­be, brzyd­kie, nie­zdol­ne do za­spo­ko­je­nia mężczy­zny, że są to „fe­mi­nist­ki na­zist­ki” lub obrzy­dli­we les­bij­ki. Ideał tam­te­go cza­su: biała, wy­chudła, a mimo to ob­da­rzo­na dużym biu­stem ko­bie­ta, zo­stał uzna­ny przez mass me­dia, od­biorców i od­biorczynie cza­so­pism i filmów za wiecz­ny i naj­do­sko­nal­szy, mimo że nie­zbyt często spo­ty­ka­ny w co­dzien­nym życiu. Dążenie do ucie­leśnie­nia tego ideału było bez wątpie­nia istot­nym ce­lem życio­wym.

Kie­dy roz­ma­wiałam z pu­blicz­nością na przykład o epi­de­mii za­bu­rzeń odżywia­nia czy o nie­bez­pie­czeństwach si­li­ko­no­wych im­plantów pier­si, często od­po­wia­da­no mi w du­chu Uczty Pla­to­na – zna­ne­go dia­lo­gu do­tyczącego wiecz­nych i nie­zmien­nych idei – po­wta­rzając coś w ro­dza­ju: „ko­bie­ty za­wsze cier­piały dla uro­dy”. Ogólnie rzecz uj­mując, nie ro­zu­mia­no wówczas, że ideały nie biorą się znikąd, lecz za­wsze skądś i za­wsze służą ja­kie­muś ce­lo­wi. Ten cel był często, co wyjaśnię później, fi­nan­so­wy – cho­dziło o wzrost zysków re­kla­mo­dawców, których pie­niądze napędzały me­dia tworzące ideały. Twierdzę też, że ów ideał miał wy­miar po­li­tycz­ny. Im sil­niej­sze po­li­tycz­nie się sta­wałyśmy, tym bar­dziej przy­gnia­ta­no nas ideałami uro­dy, co najczęściej miało na celu roz­pro­sze­nie na­szej ener­gii i osłabie­nie na­sze­go roz­wo­ju.

Co zmie­niło się dzie­sięć lat później? Jaki jest dzi­siaj mit uro­dy? Mit stał się nie­co inny i dla­te­go war­to spoj­rzeć nań z no­wej per­spek­ty­wy.

Cie­szy mnie to, że nie­zwy­kle trud­no dziś zna­leźć dwu­na­sto­latkę, która nie wie­działaby, że „ideały” są za bar­dzo wy­ma­gające dla dziewcząt, że są nie­na­tu­ral­ne i że zbyt nie­wol­ni­cze podążanie za nimi nie jest ani zdro­we, ani faj­ne. Ma­ga­zyn „Ame­ri­can Girl”, który skie­ro­wa­ny jest do dzie­więcio­la­tek, oma­wia ko­rzyści płynące z ko­cha­nia swe­go ciała i po­ka­zu­je, jak bar­dzo mylą się te dziewczęta, które wierzą, że będą szczęśliwe tyl­ko wte­dy, gdy osiągną wygląd Brit­ney Spe­ars. W gim­na­zjach pro­wa­dzo­ne są wykłady do­tyczące za­bu­rzeń odżywia­nia, a na szkol­nych ko­ry­ta­rzach wy­wie­sza się pla­ka­ty in­for­mujące o niszczącym wpływie ideałów piękna na dziew­czyn­ki i ko­bie­ty. Wy­da­je mi się, że za znak zmia­ny w świa­do­mości możemy uznać fakt, iż to, co początko­wo było tezą wygłaszaną z zewnątrz gru­py, stało się jej obie­gową mądrością. Mit uro­dy przy­szedł w samą porę, dziew­czy­ny i ko­bie­ty były wówczas go­to­we, by po­wie­dzieć opre­sji „nie”. To właśnie na­zy­wam postępem.

Jed­nak mimo że język mediów także się zmie­nił, za­uważyłam, iż ideał sek­su­ali­zu­je się obec­nie co­raz bar­dziej i co­raz młod­sze dziewczęta czują, że muszą go spełnić. Gdy byłam na­sto­latką, głośne kam­pa­nie re­kla­mo­we Ca­lvi­na Kle­ina uka­zy­wały w ero­tycz­nym świe­tle szesna­sto­latki, we wcze­snych la­tach dzie­więćdzie­siątych w po­dob­ny sposób pre­zen­to­wa­ne były czterna­sto­latki, a pod ko­niec dwu­dzie­ste­go wie­ku – dwuna­sto­latki. Re­kla­my Gu­ess Je­ans przed­sta­wiają w pro­wo­ka­cyj­nej sce­ne­rii na oko dzie­więcio­lat­ki. Ostat­nio po­pu­lar­ne zro­biło się fo­to­gra­fo­wa­nie na­wet sied­mio- i ośmio­la­tek w stro­jach gwiazd mu­zy­ki pop, które przy­po­mi­nają ubra­nia pra­cow­ni­czek sek­su­al­nych. Czy to jest postęp? Wątpię.

Wi­działam wie­le li­ce­al­nych i uni­wer­sy­tec­kich pro­jektów – od pre­zen­ta­cji na płycie CD o tym, co to zna­czy „wyglądać do­sko­na­le”, po pra­ce ma­gi­ster­skie do­tyczące afro­ame­ry­kańskie­go mitu piękności skon­cen­tro­wa­ne­go wokół wyglądu włosów – które ana­li­zo­wały wi­ze­run­ki ko­biet w me­diach i rozkładały je na części. Na­wet kul­tu­ra po­pu­lar­na od­po­wie­działa na na­sze pro­ble­my. Przykładem może być choćby klip gru­py TLC do pio­sen­ki Unpret­ty [Nieładna]. Te­le­dysk po­ka­zu­je między in­ny­mi dziew­czynę, która – aby spełnić ocze­ki­wa­nia chłopa­ka – chce zde­cy­do­wać się na ope­rację powiększającą biust, w końcu jed­nak re­zy­gnu­je z za­bie­gu. Mit uro­dy zde­cy­do­wa­nie wzmoc­nił łatwość, z jaką dziewczęta i ko­bie­ty mogą kry­ty­ko­wać ideały kul­tu­ry ma­so­wej, jed­nak na wie­le spo­sobów ogra­ni­cza­no ten je­den krok naprzód, co wy­mu­szało wy­co­fa­nie się.

Kie­dy ta książka po­wstała w 1991 roku, si­li­ko­no­we im­plan­ty pier­si były ru­ty­no­wo wsz­cze­pia­ne w ko­bie­ce ciała, a por­no­gra­fia wy­warła tak wiel­ki wpływ na kul­turę po­pu­larną, że ko­bie­ty na nowo nie­po­koiły się o właściwy roz­miar i kształt swo­ich pier­si. Jeśli weźmie­my pod uwagę siłę sek­su­al­nych wi­ze­runków, nie będzie nas dzi­wić to, że mi­lio­ny ko­biet w tym sa­mym cza­sie mogą od­czu­wać nie­pokój związany na przykład z kształtem pier­si. Ko­bie­ty zaczęły mar­twić się o swój własny, w na­tu­ral­ny sposób „nie­do­sko­nały” biust, po­nie­waż z każdej stro­ny oto­czo­ne były wi­ze­runkami „biu­stu do­sko­nałego”, a to za sprawą no­we­go wpływu por­no­gra­fii na modę. Zja­wi­sko to utrzy­my­wało się do mo­men­tu, gdy mit uro­dy obrał inny powód do nie­pokoju. Wie­le ko­biet w od­po­wie­dzi na nowy ideał zde­cy­do­wało się na ope­ra­cje wsz­cze­pia­nia si­li­ko­no­wych im­plantów, a punk­ty ofe­rujące za­bie­gi powiększe­nia pier­si stały się no­wym prężnym re­kla­mo­dawcą na ryn­ku ma­ga­zynów ko­bie­cych. Cza­so­pi­sma pu­bli­ko­wały je­den po dru­gim bez­kry­tycz­ne ar­ty­kuły wy­chwa­lające ope­ra­cje pier­si. Przed uka­za­niem się Mitu uro­dy, który bił na alarm, zwra­cając uwagę na skut­ki ubocz­ne si­li­ko­nu i sa­mych ope­ra­cji, świa­do­mość nie­bez­pie­czeństw związa­nych z tym za­bie­giem nie była po­wszech­na.

Dziś, po­nad de­kadę później, za­grożenia związane z si­li­ko­nem są już bar­dzo skru­pu­lat­nie udo­ku­men­to­wa­ne. Wytwórców im­plantów pier­si po­sta­wio­no przed sądem, a w ga­ze­tach od połowy lat dzie­więćdzie­siątych uka­zało się tysiące ar­ty­kułów de­ma­skujących nie­bez­pie­czeństwa si­li­ko­no­wych wsz­czepów. Do roku 2000 si­li­ko­no­we im­planty pier­si zo­stały ge­ne­ral­nie wy­co­fa­ne z ryn­ku. Nie­przy­pad­ko­wo rzad­ko się obec­nie czy­ta o nie­po­ko­jach związa­nych z roz­mia­rem pier­si. Dla­cze­go? Z pro­ste­go po­wo­du: pogłębio­ne ba­da­nia tego chi­rur­gicz­ne­go pro­ce­de­ru do­pro­wa­dziły do wyciągnięcia jego praw­nych kon­se­kwen­cji, a to za­mknęło drogę roz­wo­ju dla ryn­ku im­plantów pier­si. Nie ma już budżetu sty­mu­lującego dru­ko­wa­nie w cza­so­pi­smach ar­ty­kułów o nie­po­ko­ju związa­nym z roz­mia­rem pier­si, które nie­gdyś ów nie­pokój pod­sy­cały i two­rzyły po­pyt na re­kla­mo­wa­ne pro­duk­ty.

Powyżej za­ry­so­wałam pełną połowę szklan­ki. Przyj­rzyj­my się te­raz pu­stej części.

Wpływ por­no­gra­fii na ko­bie­ce po­czu­cie sek­su­al­ności w cza­sie, gdy Mit uro­dy zo­stał wy­da­ny po raz pierw­szy, do­pie­ro za­czy­nał się ujaw­niać. Obec­nie jed­nak na­brał on ta­kich roz­miarów, że stało się nie­mal nie­możliwe, by młoda dziew­czy­na odróżniła rolę, jaką por­no­gra­fia pełni w kształto­wa­niu jej po­mysłu na to, jaką być, jak wyglądać i po­ru­szać się w sek­sie, od jej własne­go wewnętrzne­go po­czu­cia sek­su­al­nej tożsamości. Czy to postęp? Nie sądzę.

Gdy książka uka­zała się po raz pierw­szy, ano­rek­sja i bu­li­mia były w po­wszech­nej opi­nii bra­ne za za­cho­wa­nia anor­mal­ne i mar­gi­nal­ne. Co więcej, społeczeństwa kreującego ideały i wy­wie­rającego presję, by się do nich do­sto­so­wać, nie obar­cza­no od­po­wie­dzial­nością za te za­bu­rze­nia. Winy szu­ka­no ra­czej w oso­bi­stych kry­zy­sach, per­fek­cjo­ni­zmie, bra­ku ro­dzi­ciel­skie­go wspar­cia i w in­nych for­mach in­dy­wi­du­al­ne­go, psy­cho­lo­gicz­ne­go nie­przy­sto­so­wa­nia. W rze­czy­wi­stości jed­nak na te cho­ro­by cier­piało wie­le zwykłych, młodych dziew­czyn po­chodzących z ni­czym się nie­wyróżniających ro­dzin, ko­biet i dziewcząt, które chciały po pro­stu utrzy­mać nie­na­tu­ral­ne i „ide­al­ne” kształt oraz wagę ciała. Z mo­je­go własne­go doświad­cze­nia zarówno w li­ceum, jak i pod­czas stu­diów wy­ni­ka, że wie­le młodych ko­biet, do­sko­na­le zrówno­ważonych pod in­ny­mi względami, cier­piało na za­bu­rze­nia żywie­nia. Rozwój tych chorób spo­wo­do­wa­ny był głównie społeczną presją, by być szczupłą. Na­ro­do­wy Związek Za­bu­rzeń Żywie­nia po­twier­dza sta­ty­sty­ki Na­ro­do­wych In­sty­tutów Zdro­wia, które wska­zują, że od jed­ne­go do dwóch pro­cent Ame­ry­ka­nek (to jest od półtora do trzech mi­lionów ko­biet) cier­pi na ano­reksję i że cho­ro­ba z reguły za­czy­na się w wie­ku doj­rze­wa­nia. Na­ro­do­we In­sty­tuty Zdro­wia pod­kreślają także, że śmier­tel­ność spo­wo­do­wa­na ano­reksją wy­no­si 0,56 pro­cent na de­kadę i jest to dwa­naście razy więcej niż rocz­na śmier­tel­ność w gru­pie ko­biet pomiędzy piętna­stym a dwu­dzie­stym czwar­tym ro­kiem życia spo­wo­do­wa­na wszyst­ki­mi in­ny­mi możli­wy­mi przy­czy­na­mi zgonów. Ano­rek­sja jest naj­większą zabójczy­nią ame­ry­kańskich na­sto­la­tek. Z własne­go doświad­cze­nia i z doświad­cze­nia z mo­je­go oto­cze­nia wie­działam, że za­bu­rze­nia odżywia­nia to błędne koło: głod­ze­nie się czy pro­wo­ko­wa­nie wy­miotów uza­leżnia. Byłam świa­do­ma tego, że społecz­ne ocze­ki­wa­nie, by być tak chudą, że aż nie mieć okre­su, jest cho­re i że często dro­ga do do­sto­so­wania się doń pro­wa­dziła przez cho­robę. Niezrówno­ważone odżywia­nie, do którego ucie­ka­no się, by spełnić cho­ry ideał, to jed­na z przy­czyn chorób, nie zaś, jak utrzy­my­wała po­pu­lar­na opi­nia, ob­jaw ukry­tej neu­ro­zy.

Dzi­siaj, na­tu­ral­nie, edu­ka­cja poświęcona nie­bez­pie­czeństwom ob­se­syj­ne­go sto­so­wa­nia die­ty lub ćwi­cze­nia jest roz­po­wszech­nio­na. W każdej księgar­ni, szko­le, uczel­ni, ga­bi­ne­cie le­kar­skim, siłowni dostępne są in­for­ma­cje do­tyczące za­bu­rzeń żywie­nia, ich uza­leżniającej na­tu­ry i możli­wych ku­ra­cji. To, co dziś ob­ser­wu­je­my, jest postępem.

Jed­nakże duży rozgłos ode­brał za­bu­rze­niom moc styg­ma­ty­zującą, a one same są obec­nie tak po­wszech­ne, że stały się prak­tycz­nie rzecz biorąc nor­mal­ne. Gru­py żeńskie na uni­wer­sy­te­tach uznają za oczy­wi­ste, że bu­li­mia jest całko­wi­cie nor­mal­nym za­cho­wa­niem, a mo­del­ki, na przykład w wy­wia­dach dla ma­ga­zy­nu „Gla­mo­ur”, mówią otwar­cie o swo­ich głodówkach. Re­por­taże w ga­ze­tach opo­wia­dają o gru­pach szczupłych, am­bit­nych ko­biet, które roz­ma­wiając o wa­dze ciała, py­tają: „Co złego jest w wy­mio­to­wa­niu?”. W in­ter­ne­cie po­ja­wiły się na­to­miast stro­ny pro-ana, sku­piające wokół sie­bie sub­kul­turę dziewcząt, które są „za ano­reksją”, które uważają, że ano­rek­tycz­ki wyglądają pociągająco i pro­pa­gują ten styl życia. To na pew­no nie jest postępem.

Kie­dy ana­li­zo­wałam mit uro­dy we wcze­snych la­tach dzie­więćdzie­siątych, pod­kreślałam, że ideał ko­bie­cości był nie­zwy­kle sztyw­ny. Twa­rze star­szych ko­biet pra­wie nig­dy nie były umiesz­cza­ne w cza­so­pi­smach, a jeśli to się cza­sem zda­rzało, mu­siały być po­pra­wio­ne tak, aby wyglądały młodziej. Ko­bie­ty ko­lo­ro­we rzad­ko po­ka­zy­wa­ne były jako mo­del­ki, chy­ba że miały ce­chy białych, tak jak Be­ver­ly John­son. Obec­nie mit jest o wie­le bar­dziej plu­ra­li­stycz­ny. Możemy na­wet po­wie­dzieć, że mamy dziś do czy­nie­nia z wie­lo­ma mi­ta­mi uro­dy. Twarzą na­szych czasów według „New York Ti­me­sa” jest sie­dem­na­sto­let­nia afro­me­ry­kańska mo­del­ka o afry­kańskich ry­sach i ciem­nej skórze. W tym sa­mym du­chu fir­ma Be­net­ton umiesz­cza w swo­ich re­kla­mach mo­del­ki o skórach we wszyst­kich od­cie­niach tęczy i z mnóstwem cech ra­so­wych i et­nicz­nych. Do­bie­gająca pięćdzie­siątki Cy­bill She­pherd jest dziew­czyną z okładki, a uwiel­bia­na pu­szy­sta mo­del­ka Emme pro­wa­dzi pro­gram Fa­shion Emer­gen­cy [Po­go­to­wie mo­do­we]. Ko­lo­ro­we ko­bie­ty z większą swo­bodą ubie­rają się do pra­cy w tra­dy­cyj­ne et­nicz­nie stro­je i tak też się czeszą, a pro­sto­wa­nie włosów nie jest już obo­wiązkiem, którym było we wcze­snych la­tach dzie­więćdzie­siątych. Na­wet lal­ka Bar­bie ma bar­dziej re­ali­stycz­ne ciało w różnych od­cie­niach. Patrząc wokół, możemy po­wie­dzieć, że mamy więcej prze­strze­ni na by­cie sobą.

W porówna­niu z cza­sa­mi, kie­dy uka­zała się ta książka, mamy także więcej kon­su­menc­kiej ochro­ny przed naj­gor­szy­mi żąda­nia­mi prze­mysłu uro­dy. Dla przykładu: kre­mu prze­ciw­ko sta­rze­niu się nie re­kla­mują już ab­sur­dal­ne za­pew­nie­nia używa­ne jesz­cze przed dzie­sięcio­ma laty. De­kadę temu fir­my pro­du­kujące ko­sme­ty­ki twier­dziły, że ich odmładzające kre­my „wy­ma­zują” zna­ki upływu lat, „re­struk­tu­ry­zują” skórę na po­zio­mie „komórko­wym” i „od­na­wiają” tkankę „od wewnątrz”. Wszyst­ko to jest fi­zycz­nie nie­możliwe, po­nie­waż skład­ni­ki kremów nie wni­kają w naskórek. To wpro­wa­dza­nie w błąd zaszło na tyle da­le­ko, że Ame­ry­kańska Agen­cja do spraw Żywności i Leków mu­siała w tej spra­wie in­ter­we­nio­wać. Dzie­sięć lat temu rzad­kością w ko­bie­cych ma­ga­zy­nach były zdjęcia twa­rzy ko­biet po dwu­dzie­stym piątym roku życia, nie­zwy­kle rzad­ko można było do­strzec choćby cień zmarszcz­ki. Było to spo­wo­do­wa­ne presją firm ko­sme­tycz­nych wy­ku­pujących prze­strzeń re­kla­mową w ko­bie­cych cza­so­pi­smach. Na in­nym fron­cie Fe­de­ral­na Ko­mi­sja Han­dlu roz­pra­wiła się z sze­ro­ko re­kla­mowanymi w la­tach dzie­więćdzie­siątych pro­gra­ma­mi po­pu­la­ry­zującymi die­ty. Ko­mi­sja za­bro­niła pro­gra­mom tym składać mylące obiet­ni­ce, dotąd po­wszech­ne, związane z wy­ni­ka­mi od­chu­dza­nia, które nie byłyby po­par­te bada­nia­mi. Rzecz­nik kon­su­mentów wy­co­fał na­wet z ryn­ku od­chu­dzający śro­dek Fen-Phen ze względu na jego śmier­tel­ne skut­ki.

Dzięki tym działaniom oszczędziłyśmy pie­niądze, a jed­no­cześnie roz­poczęła się nowa, mniej stre­sująca epo­ka dla tych z nas, które mar­twi sta­rze­nie się. Te­raz, gdy re­kla­mo­daw­cy mniej kon­cen­trują się na kre­mach prze­ciw­ko zmarszcz­kom, bar­dziej zaś na do­tar­ciu do no­wej siły star­szych ko­biet: ich pie­niędzy (jest to naj­szyb­ciej rosnący seg­ment zamożnych kon­su­mentów w kra­ju), ko­bie­ce ma­ga­zy­ny, pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, a na­wet hol­ly­wo­odz­cy fil­mow­cy od­kry­li ist­nie­nie ra­czej nad­mia­ru niż nie­do­bo­ru wspa­niałych, cha­ry­zma­tycz­nych czter­dzie­sto- czy pięćdzie­sięcio­la­tek, które można ubóstwiać. Oso­by, które chciałyśmy naśla­do­wać, sta­rzeją się, być może dla­te­go właśnie nie­za­leżnie od wie­ku wy­da­je­my się mniej spa­ni­ko­wa­ne na myśl o zbliżających się czter­dzie­stych, a na­wet pięćdzie­siątych uro­dzi­nach. Nie­przy­pad­ko­wo nie myślimy dziś o wie­ku doj­rzałym jako o na­tych­mia­sto­wym wy­ma­za­niu z na­szej tożsamości żywiołowości, zmysłowości, po­trze­by miłości i by­cia na cza­sie. Wpływ i po­wszech­ność pu­szy­stych mo­de­lek w prze­myśle mo­do­wym i ko­sme­tycz­nym szyb­ko się zwiększa. Ko­lo­ro­we ko­biety są jed­ny­mi z najbar­dziej po­dzi­wia­nych ikon mody.

Czy za­tem plu­ra­li­stycz­ny mit uro­dy zdo­mi­no­wał na­sze cza­sy? Nie na długo. Mit uro­dy, jak zresztą wie­le ide­olo­gii ko­bie­cości, prze­kształca się, aby do­sto­so­wać się do no­wych oko­licz­ności i trzy­mać w sza­chu ak­tyw­ność ko­biet zmie­rzającą do zwiększe­nia ich władzy. W dzia­le styl „New York Ti­me­sa” Kate Betts wy­znała, że usunęła z okładki „Vo­gue’a” zna­ko­mitą ak­torkę Renée Zel­l­we­ger, po­nie­waż była „zbyt gru­ba” (przy­tyła wówczas do roli w Dzien­ni­ku Brid­get Jo­nes), to zna­czy: była po­stu­ry prze­ciętnej ko­bie­ty. Ga­ze­ty snuły przy­pusz­cze­nia, że po­wo­dem zwol­nie­nia mo­del­ki Eli­za­beth Hur­ley z funk­cji rzecz­ni­ka Estée Lau­der był jej wiek: miała trzy­dzieści sześć lat i była „za sta­ra”. A prze­ciętna top mo­del­ka jest dziś jesz­cze szczu­plej­sza niż ama­zon­ki lat osiem­dzie­siątych i dzie­więćdzie­siątych.

Prze­kształce­nia mitu uro­dy nie do­tyczą wyłącznie ko­biet, choć mit uro­dy do­ty­kający mężczyzn napędza­ny jest w mniej­szym stop­niu przez kul­tu­rową re­akcję, w większym zaś przez pro­ste ryn­ko­we możliwości. Męski mit uro­dy, zgod­nie z tym, co prze­wi­działam, po­wstał w ostat­nim dzie­sięcio­le­ciu i roz­wi­jał się, począwszy od sub­kul­tur ge­jow­skich, ude­rzając w końcu w miesz­kających na przed­mieściach tatuśków, którzy po­zna­li, czym jest – zupełnie dla nich nowy – nie­pokój o brzu­chy, który nig­dy wcześniej nie zaprzątał ich myśli. Obec­nie obok pa­sty do zębów na półkach z ko­sme­ty­ka­mi mężczyźni sta­wiają Mi­nok­sy­dyl2. Równo­le­gle do wzro­stu eko­no­micz­nej i społecz­nej władzy ko­biet zmniej­sza się prze­paść między ko­bietami i mężczy­zna­mi, jeśli cho­dzi o władzę: mężczyźni są od­su­wa­ni od po­zy­cji ar­bi­tra piękna, sek­sa­pi­lu i atrak­cyj­ności, którą zaj­mo­wa­li od wieków, za­czy­nają zaś pełnić rolę ich nośników. Ogrom­ny po­pyt na viagrę był nie­unik­nio­ny. Bar­dzo po­pu­lar­ne stały się ma­ga­zy­ny poświęcone męskiej mo­dzie, zdro­wiu, wyglądowi. Ope­ra­cje pla­stycz­ne mężczyzn osiągnęły re­kor­dową ilość. Mężczyźni sta­no­wią obec­nie jedną trze­cią ryn­ku zby­tu na chi­rur­gicz­ne in­ge­ren­cje ko­sme­tycz­ne, co więcej: wśród stu­dentów cier­piących na za­bu­rze­nia odżywia­nia dzie­sięć pro­cent to mężczyźni. W porówna­niu z cza­sa­mi sprzed dzie­sięciu lat mężczyźni w różnym wie­ku, po­chodzący z różnych śro­do­wisk, o różnych orien­ta­cjach sek­su­al­nych czują większy nie­pokój. Czy możemy mówić o postępie, gdy obie płcie są trak­to­wa­ne jak to­wa­ry i oce­nia­ne jak przed­mio­ty? Jeśli w ogóle tak, ma on podwójne dno.

Pod­su­mo­wując, dzie­sięć lat po pu­bli­ka­cji Mitu uro­dy ko­bie­ty mają nie­co więcej swo­bo­dy, by zro­bić to, do cze­go zachęcałam w ostat­nim roz­dzia­le książki: uczy­nić mit uro­dy swo­im własnym mi­tem. Dziś ko­bie­ty cieszą się w pew­nym stop­niu wol­nością, mogą się wy­stroić lub ubrać w dres, użyć szmin­ki lub nie, a cza­sa­mi na­wet schudnąć lub przy­tyć bez stra­chu, że to za­chwie­je ich war­tością jako ko­biet lub po­wagą ich oso­by. Nie tak daw­no temu nie do­ko­ny­wałyśmy tych wy­borów bez nie­po­ko­ju. Nie­praw­do­po­dob­ne wy­da­je się, że de­kadę temu zbyt wie­le z nas pytało sa­mych sie­bie: „Czy zo­stanę po­trak­to­wa­na w pra­cy poważnie, jeśli będę wyglądać »zbyt ko­bie­co«?”, „Czy w ogóle zo­stanę wysłucha­na, gdy będę wyglądać »ni­ja­ko«?”, „Czy je­stem »zła«, gdy przy­tyję? Czy staję się »do­bra« z każdym zrzu­co­nym ki­lo­gra­mem?” Jeśli ko­bie­ty nie będą już myśleć w ten sposób, a przy­najm­niej uświa­do­mią so­bie, że jest w tym coś złego, będzie to świad­czyło o potędze tej idei w umysłach wie­lu ko­biet w tym sa­mym cza­sie i będzie do­wo­dziło, że mogą one zmie­nić świat na stałe i zdo­być dla sie­bie więcej wol­ności.

Każda z nas ma moc, by powiększyć prze­strzeń wol­ności. Mam na­dzieję, że użyjesz tej książki w zupełnie nowy sposób, właściwy tyl­ko to­bie.

Na­omi Wolf

Nowy Jork, kwie­cień 2002

Mit uro­dy

W końcu, po długiej ci­szy, wyszłyśmy na uli­ce. Dwie de­ka­dy ra­dy­kal­nych działań po powtórnych na­ro­dzi­nach fe­mi­ni­zmu we wcze­snych la­tach sie­dem­dzie­siątych przy­niosły nam praw­ne i re­pro­duk­cyj­ne pra­wa, możliwość zdo­by­wa­nia wyższe­go wy­kształce­nia, wy­ko­ny­wa­nia dotąd nie­dostępnych za­wodów, a także przewrót w dzie­dzi­nie pra­daw­nych prze­ko­nań o ko­bie­cych ro­lach społecz­nych. W tych wa­run­kach wy­cho­wa­no nowe po­ko­le­nie ko­biet. Czy czują się one wol­ne?

Zamożne, wy­kształcone, wy­zwo­lo­ne miesz­kan­ki Pierw­sze­go Świa­ta, które cieszą się swo­bo­da­mi nie­dostępny­mi dla ich ma­tek i ba­bek, nie czują się tak wol­ne, jak­by tego chciały. Nie mogą dłużej spy­chać do nieświa­do­mości po­czu­cia, że ten brak wol­ności ma wie­le wspólne­go z czymś, co wy­da­je się błahostką, z czymś, co nie po­win­no mieć zna­cze­nia. Wie­le z nich wsty­dzi się przy­znać, że try­wial­ne pro­ble­my (związane z wyglądem, ciałem, twarzą, włosa­mi, ubra­nia­mi) znaczą dla nich tak wie­le. Co­raz więcej z nas, mimo po­czu­cia wsty­du, winy i prób wy­par­cia pro­ble­mu, za­uważa, że cho­dzi tu o coś ważnego, cze­go nie można spro­wa­dzić do ko­bie­cej hi­ste­rii, cze­go nie doświad­cza­my jako jed­nost­ki, ale co jest związane z re­lacją między na­szym wy­zwo­le­niem a naszą urodą.

Im więcej praw­nych i ma­te­rial­nych przeszkód po­ko­nałyśmy, tym su­row­sze, trud­niej­sze i okrut­niej­sze są na­rzu­ca­ne nam wi­ze­run­ki ko­bie­ce­go piękna. Wie­le z nas czu­je, że nasz zbio­ro­wy postęp wpadł w im­pas. Zna­lazłyśmy się obec­nie w zniechęcającym kli­ma­cie zamętu, po­działów, cy­ni­zmu i przede wszyst­kim wy­czer­pa­nia, co wcześniej nie było na­szym udziałem aż do tego stop­nia. Po la­tach wal­ki, która nie pociągnęła za sobą zbyt wie­le uzna­nia, dużo star­szych ko­biet czu­je się wy­pa­lo­nych. Po okre­sie, gdy zapał młodych dziew­czyn uzna­wa­no za oczy­wi­sty, wie­le z nich stra­ciło swój en­tu­zjazm.

W ciągu ostat­nie­go dzie­sięcio­le­cia za­chwiałyśmy w po­sa­dach struk­tu­ry władzy, jed­no­cześnie jed­nak wzrosła licz­ba za­bu­rzeń żywie­nia, a chi­rur­gia pla­stycz­na stała się najprężniej roz­wi­jającą się dzie­dziną me­dy­cy­ny3. W ciągu ostat­nich pięciu lat po­dwoiły się wy­dat­ki kon­su­mentów i kon­su­mentek, por­no­gra­fia zo­stała główną do­meną mediów, wy­prze­dzając nie­po­rno­gra­ficz­ne fil­my i na­gra­nia mu­zycz­ne ra­zem wzięte4, a trzy­dzieści trzy tysiące Ame­ry­ka­nek w an­kie­tach pod­kreśliło, że wolałyby zrzu­cić pięć do sied­miu kilo niż osiągnąć ja­ki­kol­wiek inny cel5. Więcej ko­biet ma pie­niądze, władzę, sze­ro­ki za­kres możliwości i praw­ne­go uzna­nia, nie było to na­szym udziałem nig­dy wcześniej, ale je­steśmy w gor­szej sy­tu­acji niż na­sze bab­ki, jeśli cho­dzi o to, jak się same ze sobą czu­je­my fi­zycz­nie. Ostat­nie ba­da­nia pro­wadzą do spójnych kon­klu­zji6: pod maską atrak­cyj­nych, opa­no­wa­nych, od­noszących suk­ce­sy w życiu za­wo­do­wym ko­biet Za­cho­du to­czy się życie za­tru­wające naszą wol­ność. Jest ono zakażone ideałami uro­dy, po­brzmie­wa w nim nuta nie­na­wiści do sa­mych sie­bie, dają się we zna­ki ob­se­sje na punk­cie fi­zycz­ności, hor­ror sta­rze­nia się i strach przed utratą kon­tro­li.

Nie­przy­pad­ko­wo wie­le po­ten­cjal­nie wpływo­wych ko­biet czu­je się właśnie w ten sposób. Ob­ser­wu­je­my gwałtow­ny i ostry sprze­ciw wo­bec fe­mi­ni­zmu, który wy­ko­rzy­stu­je wi­ze­run­ki ko­bie­cej uro­dy jako po­li­tyczną broń wy­mie­rzoną prze­ciw­ko na­sze­mu roz­wo­jo­wi. To właśnie na­zy­wam mi­tem uro­dy. Jest to współcze­sna wer­sja społecz­nej re­ak­cji, zna­nej nam od czasów re­wo­lu­cji prze­mysłowej. Gdy tyl­ko wy­zwo­liłyśmy się ze słabnącej mi­sty­ki ko­bie­cości i do­mo­we­go za­ci­sza, mit uro­dy przejął funkcję społecz­nej kon­tro­li.

Dzi­siej­szy sprze­ciw jest tak ostry, po­nie­waż ide­olo­gia uro­dy to ostat­nia ze sta­rych ide­olo­gii ko­bie­cości, zdol­na kon­tro­lo­wać te z nas, które (gdy­by nie ona) wy­zwo­liłyby się dzięki fe­mi­ni­zmo­wi dru­giej fali. Mit uro­dy urósł w siłę, prze­chwy­tując środ­ki społecz­ne­go przy­mu­su, których nie mogły dłużej wy­ko­rzy­sty­wać mity o ma­cie­rzyństwie, do­mo­wym za­ci­szu, nie­win­ności i pa­syw­ności. Mit uro­dy chce po­ta­jem­nie i psy­cho­lo­gicz­nie pod­ważyć wszyst­kie do­bra, ja­kie – jaw­nie i ma­te­rial­nie – przy­niósł nam fe­mi­nizm.

Ta prze­ciw­siła chce za­blo­ko­wać spuściznę fe­mi­ni­zmu na wszyst­kich po­zio­mach życia ko­biet Za­cho­du. Fe­mi­nizm wy­wal­czył dla nas pra­wa prze­ciw­ko dys­kry­mi­na­cji ze względu na płeć w miej­scu pra­cy – w od­po­wie­dzi na to w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Sta­nach Zjed­no­czo­nych na­tych­miast po­ja­wiły się praw­ne przy­pad­ki in­sty­tu­cjo­na­li­zujące dys­kry­mi­nację ko­biet w pra­cy w opar­ciu o ich wygląd. Pa­triar­chal­na re­li­gia upadła – na jej miej­scu po­ja­wił się nowy re­li­gij­ny do­gmat odwołujący się do wie­ku oraz wagi i wy­ko­rzy­stujący wpływające na umysł tech­ni­ki star­szych kultów i sekt, by funk­cjo­nal­nie zająć miej­sce tra­dy­cyj­nych ry­tuałów. Fe­mi­nist­ki za­in­spi­ro­wa­ne Frie­dan uwol­niły po­pu­larną prasę ko­biecą z uci­sku re­kla­mo­dawców pro­duktów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, którzy pro­mo­wa­li mi­stykę ko­biecości – prze­mysły die­te­tycz­ny i pielęgna­cji skóry stały się na­tych­miast no­wy­mi cen­zo­ra­mi prze­strze­ni in­te­lek­tu­al­nej ko­biet i w wy­ni­ku pre­sji, jaką wy­warły, wy­chudła młoda mo­del­ka zastąpiła szczęśliwą panią domu w roli praw­dzi­wej ko­biety. Re­wo­lu­cja sek­su­al­na pro­mo­wała od­kry­cie ko­biecej sek­su­al­ności – „por­no­gra­fia uro­dy”, która po raz pierw­szy w hi­sto­rii wprost połączyła „urodę” jako to­war z sek­su­al­nością, roz­po­wszech­niła się, pod­ko­pując nowe i nie­ugrun­to­wa­ne jesz­cze po­czu­cie własnej sek­su­al­nej war­tości ko­biet. Pra­wa re­pro­duk­cyj­ne dały nam kon­trolę nad na­szy­mi ciałami, a jed­no­cześnie waga top mo­de­lek gwałtow­nie spadła o dwa­dzieścia trzy pro­cent w porówna­niu z wagą prze­ciętnej ko­biety, wzrosła ilość za­bu­rzeń odżywia­nia i zaczęto pro­mo­wać ma­sową neu­rozę, używającą je­dze­nia i wagi do tego, by po­zba­wić nas po­czu­cia – świeżo zdo­by­tej – kon­troli nad własny­mi ciałami. Fe­mi­nist­ki pod­kreślały ko­niecz­ność upo­li­tycz­nie­nia zdro­wia, w od­po­wie­dzi prężnie roz­winęły się nowe, in­wa­zyj­ne, po­ten­cjal­nie śmier­tel­ne tech­no­lo­gie „ko­sme­tycz­nych” ope­ra­cji, które miały na celu po­now­ne użycie sta­rych form me­dycz­nej kon­troli nad ko­bietami.

Każde po­ko­le­nie mniej więcej od 1830 roku mu­siało zwal­czyć swój własny mit uro­dy. „Nie­wie­le dla mnie zna­czy”, po­wie­działa su­frażyst­ka Lucy Sto­ne w 1855 roku, „mieć pra­wo głosu, po­sia­da­nia własności i tak da­lej, jeśli nie mogę za­cho­wać wyłączne­go pra­wa do swe­go ciała i do tego, w jaki sposób będzie ono wy­ko­rzy­sty­wa­ne”7. Osiem­dzie­siąt lat później, po tym jak ko­bie­ty zdo­były pra­wo głosu, a pierw­sza fala zor­ga­ni­zo­wa­ne­go ru­chu ko­bie­ce­go opadła, Vir­gi­nia Wo­olf na­pi­sała, że upłyną dzie­sięcio­le­cia, nim będzie­my mogły po­wie­dzieć prawdę o swo­ich ciałach. W 1962 roku Bet­ty Frie­dan za­cy­to­wała młodą dziew­czynę uwięzioną w pułapce mi­sty­ki ko­bie­cości: „Nie­daw­no przej­rzałam się w lu­strze, tak się boję, że będę wyglądać jak moja mat­ka”8. Osiem lat później, ob­wiesz­czając ka­ta­stro­falną drugą falę fe­mi­ni­zmu, Ger­ma­ine Gre­er opi­sy­wała „ste­reo­typ”: „Do nie­go należy wszyst­ko, co piękne, na­wet samo słowo piękno […] [ko­bie­ta] jest lalką […]. Mi jest nie­do­brze od tej ma­ska­ra­dy”9. Mimo wiel­kiej re­wo­lu­cji, która do­ko­nała się za sprawą fe­mi­ni­zmu dru­giej fali, nie możemy osiąść na lau­rach. Pora spoj­rzeć na zglisz­cza ba­ry­kad: na­stały cza­sy re­wo­lu­cji, która zmie­niła wszyst­ko, co spo­tkała na swo­jej dro­dze, upłynęło wy­star­czająco dużo cza­su, by uro­dzo­ne wte­dy dzie­ci stały się ko­bie­ta­mi, a jed­nak po­zo­sta­je jesz­cze jed­no ostat­nie pra­wo, którego w pełni so­bie nie wy­wal­czyłyśmy.

Mit10 uro­dy snu­je pewną hi­sto­rię: ce­cha na­zy­wa­na „pięknem” ist­nie­je uni­wer­sal­nie i obiek­tyw­nie. Ko­bie­ty po­win­ny być jej wcie­le­niem, mężczyźni zaś muszą chcieć posiąść ko­bie­ty uosa­biające piękno. Im­pe­ra­tyw wcie­le­nia do­ty­czy wyłącznie ko­biet. Jest to ko­niecz­ne i na­tu­ral­ne, po­nie­waż im­pe­ra­tyw ten ma cha­rak­ter bio­lo­gicz­ny, sek­su­al­ny i ewo­lu­cyj­ny: sil­ni mężczyźni walczą o piękne ko­bie­ty, a piękne ko­bie­ty mają większe szan­se na udaną re­pro­dukcję. Na­sza uro­da ma współgrać z naszą płodnością. Sys­tem ów opar­ty jest na do­bo­rze płcio­wym, a jako taki jest nie­unik­nio­ny i nie­zmien­ny.

Nic z tego nie jest prawdą. „Uro­da” jest sys­te­mem wa­lu­to­wym ta­kim sa­mym jak sys­tem wa­lu­ty złotej. Jest on, jak każdy sys­tem eko­no­micz­ny, uza­leżnio­ny od po­li­ty­ki. Współcześnie w kul­tu­rze za­chod­niej to ostat­ni i naj­lep­szy sys­tem prze­ko­nań, dzięki któremu męska do­mi­na­cja wciąż się utrzy­mu­je i po­zo­sta­je nie­na­ru­szo­na. Przy­pi­sy­wa­nie nam war­tości w zależności od kul­tu­ro­wo na­rzu­co­ne­go stan­dar­du apa­ry­cji jest wy­ra­zem re­la­cji władzy, w ra­mach których mu­si­my nie­na­tu­ral­nie wal­czyć o za­so­by przywłasz­czo­ne so­bie przez mężczyzn.

„Piękno” nie jest ani uni­wer­sal­ne, ani nie­zmien­ne, choć Zachód sta­ra się uka­zać wszyst­kie ideały ko­bie­cej uro­dy jako po­chod­ne jed­nej pla­tońskiej idei ko­bie­ty11. Tym­cza­sem Ma­ory­si gu­stują w ob­fi­tych sro­mach, a lud Kay­an sza­le­je na punk­cie ob­wisłych pier­si12. „Piękno” nie jest także zmienną ewo­lu­cyjną. Ka­no­ny uro­dy zmie­niają się znacz­nie szyb­ciej niż ga­tun­ki po­wstające w pro­ce­sie ewo­lu­cji. Sa­me­go Char­le­sa Dar­wi­na nie prze­ko­nało w pełni jego własne wyjaśnie­nie ist­nie­nia „piękna” jako re­zul­ta­tu „do­bo­ru płcio­we­go”, który z ko­lei zależał od do­bo­ru na­tu­ral­ne­go, po­nie­waż wal­ka ko­biet z ko­bietami na polu uro­dy jest sprzecz­na z tym, jak wpływa na wszyst­kie inne ssa­ki dobór na­tu­ral­ny13. An­tro­po­lo­gia oba­liła prze­ko­na­nie o tym, że ko­bie­ty muszą być „piękne”, aby zo­stać wy­bra­ny­mi na part­ner­ki życio­we. Eve­lyn Reed, Ela­ine Mor­gan i inne ba­dacz­ki od­rzu­ciły so­cjo­bio­lo­gicz­ne założenie o wro­dzo­nej męskiej po­li­ga­mii i ko­bie­cej mo­no­ga­mii14. Sa­mi­ce wyższych na­czel­nych ini­cjują sek­su­al­ne zbliżenia, szu­kają ich, cieszą się sek­sem z wie­lo­ma part­ne­ra­mi, a na­wet: „Każda sa­mi­ca nie w ciąży po ko­lei tra­fia na szczyt jako naj­bar­dziej pożądana z całego od­działu. Ten cykl po­wta­rza się przez całe jej życie”15. So­cjo­bio­lo­dzy porównują nie­kie­dy in­ten­syw­nie różowe or­ga­ny płcio­we na­czel­nych do ludz­kich za­biegów związa­nych z ko­biecą „urodą”, w rze­czy­wi­stości różowe or­ga­ny płcio­we na­czel­nych cha­rak­te­ry­zują sa­mi­ce uni­wer­sal­nie i nie skut­kują po­wsta­niem hie­rar­chii.

Nie jest też prawdą, że mit uro­dy się nie zmie­niał. Może się wy­da­wać, że związki star­szych bo­ga­tych mężczyzn z młody­mi i „piękny­mi” dziewczętami są w pe­wien sposób nie­unik­nio­ne, a jed­nak sy­tu­acja wyglądała zupełnie in­a­czej w ma­triar­chal­nych re­li­giach Bo­gi­ni, które do­mi­no­wały w ob­sza­rze śródziem­no­mor­skim od około 25 000 roku p.n.e. do 700 roku p.n.e. „W każdej kul­tu­rze Bo­gi­ni ma wie­lu ko­chanków […]. Wyraźnym wzo­rem re­la­cji jest związek star­szej ko­bie­ty z pięknym, choć szyb­ko tracącym war­tość w oczach Bo­gi­ni, młodzieńcem: Isz­tar i Tam­muz, We­nus i Ado­nis, Ky­be­le i At­tis, Izy­da i Ozy­rys […] je­dyną funkcją owych młodzieńców była służba bo­skie­mu łonu”16. Nie za­wsze było też tak, że ko­bie­ty za­bie­gały o swo­je „piękno”, mężczyźni zaś je­dy­nie je ob­ser­wo­wa­li. W ni­ge­ryj­skim lu­dzie Wo­da­abe to ko­bie­ty po­sia­dają eko­no­miczną władzę, ple­mię zaś ma ob­sesję na punk­cie męskiej uro­dy. Mężczyźni z ludu Wo­da­abe spędzają wie­le go­dzin na wspólnym ro­bie­niu ma­ki­jażu, ubie­rają się pro­wo­ka­cyj­nie, kołyszą bio­dra­mi, uwodzą wzro­kiem i ry­wa­li­zują ze sobą w kon­kur­sach piękności, w których to ko­bie­ty są ju­ror­ka­mi17. Nie ma za­tem żad­ne­go upraw­nio­ne­go hi­sto­rycz­ne­go lub bio­lo­gicz­ne­go uza­sad­nie­nia mitu uro­dy. To, co czy­ni on dziś z nami, jest wy­ni­kiem dzi­siej­szej struk­tu­ry władzy, eko­no­mii i kul­tu­ry, które prze­chodzą do ata­ku skie­ro­wa­ne­go prze­ciw nam.

Na czym ugrun­to­wa­ny jest mit uro­dy, sko­ro nie po­wstał w opar­ciu o ewo­lucję, seks, płeć, es­te­tykę czy Boga? Twier­dzi się, że od­no­si się on do in­tym­ności, sek­su, życia, ce­le­bro­wa­nia ko­bie­cości. Tym­cza­sem de fac­to składają się nań emo­cjo­nal­ny dy­stans, po­li­ty­ka, fi­nan­se i opre­sja sek­sualna. W mi­cie uro­dy w ogóle nie cho­dzi o ko­bie­ty. Cho­dzi wyłącznie o męskie in­sty­tu­cje i zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­waną władzę.

Ce­chy, które w określo­nym cza­sie uzna­je się za piękne w ko­bie­tach, są je­dy­nie sym­bo­la­mi ko­bie­ce­go za­cho­wa­nia, które jest aku­rat wte­dy pożądane. Mit uro­dy w rze­czy­wi­stości za­wsze określa za­cho­wa­nie, nie wygląd. Ry­wa­li­za­cja między ko­bie­ta­mi stała się częścią mitu, dzięki cze­mu są one od­se­pa­ro­wa­ne jed­na od dru­giej. Młodość i (do nie­daw­na) dzie­wic­two są „piękne”, po­nie­waż ozna­czają brak doświad­cze­nia i igno­rancję w spra­wach sek­su. Sta­rze­nie się ko­biet zaś nie jest piękne, po­nie­waż gdy­by ta­kie było, pa­triar­chal­ne społeczeństwo mu­siałoby przy­stać na większą władzę, którą zy­sku­je­my wraz z upływem cza­su oraz na zawiąza­nie więzi między różnymi po­ko­le­nia­mi ko­biet. W efek­cie star­sze ko­biety boją się młodych, młode sta­rych, a mit uro­dy skra­ca długość ich życia. Na­sza tożsamość musi być opar­ta na idei „uro­dy”, w ten sposób będzie­my za­wsze uza­leżnio­ne od zewnętrznej apro­ba­ty, wy­sta­wiając żywe i de­li­kat­ne po­czu­cie własnej war­tości na wi­dok pu­blicz­ny.

* * *

1 Su­san Fa­lu­di, Re­ak­cja. Nie­wy­po­wie­dzia­na woj­na prze­ciw ko­bie­tom, przeł. Anna Dzierz­gow­ska, Czar­na Owca, War­sza­wa 2013 (przyp. tłum.).

2 Śro­dek sto­so­wa­ny prze­ciw­ko łysie­niu (przyp. tłum.).

3 Stan­dard and Poor’s In­du­stry Su­rveys, Stan­dard and Poor’s Corp., New York 1988.

4 Crack­down on Por­no­gra­phy: A No-Win Bat­tle [O por­no­gra­fii: stra­co­na wal­ka], „U.S. News and World Re­port”, 4 czerw­ca 1984. Sto­wa­rzy­sze­nie Spe­cja­listów w za­kre­sie mody i wi­ze­run­ku po­troiło liczbę swo­ich członków w la­tach 1984–1989 (patrz: An­net­ta Mil­ler, Dody Tsian­tar, „New­swe­ek”, 22 maja 1989). W ciągu pięciu–sześciu lat przed 1986 ro­kiem wy­dat­ki kon­su­mentów i kon­su­mentek wzrosły z trzy­stu do sześciu­set mi­liardów do­larów.

5 Su­san C. Wo­oley, Or­land W. Wo­oley, Obe­si­ty and Wo­men: A Clo­ser Look at the Facts [Otyłość i ko­bie­ty. Ana­li­za faktów], „Wo­men’s Stu­dies In­ter­na­tio­nal Qu­ar­ter­ly”, 1979, 2, s. 69–79. Dane zo­stały prze­dru­ko­wa­ne w 33 000 Wo­men Tell How They Re­al­ly Feel Abo­ut The­ir Bo­dies [Trzy­dzieści trzy tysiące ko­biet mówi, jak na­prawdę czu­je się w swo­ich ciałach], „Gla­mo­ur”, luty 1984.

6 Tho­mas Cash, Dia­ne Cash, Jo­na­than But­ters, Mir­ror-Mir­ror on the Wall: Con­trast Ef­fects and Self-Eva­lu­ation of Phy­si­cal At­trac­ti­ve­ness [Lu­ste­recz­ko po­wiedz prze­cie…: efekt kon­tra­stu a oce­na własnej fi­zycz­nej atrak­cyj­ności], „Per­so­na­li­ty and So­cial Psy­cho­lo­gy Bul­le­tin”, 9(3), wrze­sień 1983. Ba­da­nia dok­to­ra Ca­sha po­ka­zują nie­wiel­ki związek pomiędzy tym, jak „atrak­cyj­ne są ko­bie­ty”, a tym, jak „atrak­cyj­ne się czują”. Wszyst­kie ko­bie­ty, które badał, były „wyjątko­wo atrak­cyj­ne”, ale porówny­wały się je­dy­nie do mo­de­lek, a nie do prze­ciętnych ko­biet.

7 Cy­tat za An­drea Dwor­kin, Por­no­gra­phy: Men Po­sses­sing Wo­men [Por­no­gra­fia: mężczyźni biorący w po­sia­da­nie ko­bie­ty], Put­nam, New York 1981, s. 11.

8 Bet­ty Frie­dan, Mi­sty­ka ko­bie­cości, przeł. Agniesz­ka Grzy­bek, Czar­na Owca, War­sza­wa 2011, s. 124 (przyp. tłum.).

9 Ger­ma­ine Gre­er, Ko­bie­cy eu­nuch, przeł. Jo­an­na Gołyś i Bożena Umińska, Dom Wy­daw­ni­czy Re­bis, Po­znań 2001, s. 51–58.

10 Por. z de­fi­nicją Ro­lan­da Bar­the­sa: „[…] prze­kształca on [mit] hi­sto­rię w na­turę. […] przy­czy­na, która spo­wo­do­wała wy­po­wie­dze­nie słowa mi­tycz­ne­go, jest w pełni uchwyt­na, ale jest ona na­tych­miast prze­su­nięta na po­ziom na­tury – nie zo­sta­je w niej od­czy­ta­ny mo­tyw, tyl­ko uza­sad­nie­nie” (Ro­land Bar­thes, Mi­to­lo­gie, przeł. Adam Dzia­dek, Wy­daw­nic­two Ale­the­ia, War­sza­wa 2008, s. 262). Do mitu uro­dy możemy od­nieść de­fi­nicję „mitu ge­ne­alo­gicz­ne­go” an­tro­po­lo­ga Bro­nisława Ma­li­now­skie­go. Jak pi­sze Ann Oakley, mit ge­ne­alo­gicz­ny „jest wy­pra­co­wy­wa­ny w szczególnie dużym mo­zo­le w cza­sie społecz­nych napięć, gdy wy­da­rze­nia opi­sy­wa­ne w mi­cie po­da­wa­ne są w wątpli­wość”, w: Ann Oakley, Ho­use­wi­fe: High Va­lue/Low Cost [Go­spo­dy­ni do­mo­wa: wy­so­ka war­tość/ ni­skie kosz­ty], Pen­gu­in Bo­oks, Lon­don 1987, s. 163.

11 Patrz: dys­ku­sja o pięknie w: Pla­ton, Uczta, przeł. Władysław Wi­twic­ki, wie­le wydań.

12 Różno­rod­ne ka­no­ny piękna opi­su­je Ted Po­lhe­mus, Bo­dy­Sty­les [Sty­le ciał], Len­nard Pu­bli­shing, Lu­ton, En­gland 1988.

13 Cyn­thia Eagle Rus­sett, Ha­iry Men and Be­au­ti­ful Wo­men [Owłosie­ni mężczyźni i piękne ko­bie­ty], „Se­xu­al Scien­ce: The Vic­to­rian Con­struc­tion of Wo­man­ho­od” [Wie­dza o sek­sie: jak w epo­ce wik­to­riańskiej kon­stru­owa­no ko­bie­cość], Ha­rvard Uni­ver­si­ty Press, Cam­brid­ge MA 1989, s. 78–103. Na stro­nie 84 Rus­sett cy­tu­je Dar­wi­na: „Mężczy­zna jest moc­niej­szy fi­zycz­nie i umysłowo od ko­bie­ty i w sta­nie dzi­kim utrzy­mu­je ją w nie­wo­li o wie­le nędzniej­szej, niż to czy­ni sa­miec ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go zwierzęcia; nie jest za­tem dziw­ne, że uzy­skał możność wy­bie­ra­nia. […] Sko­ro zaś od daw­na wy­bie­ra­no ko­bie­ty dla ich piękności, nie dzi­wi nas, że pew­ne ko­lej­ne zmia­ny były u nich prze­ka­zy­wa­ne wyłącznie tej sa­mej płci. Wsku­tek tego ko­bie­ty prze­ka­zy­wały swoją urodę w stop­niu nie­co wyższym swo­je­mu po­tom­stwu żeńskie­mu niż męskie­mu, i w ten sposób według ogólnej opi­nii stały się piękniej­sze od mężczyzn” (K. Dar­win, Dzieła wy­bra­ne. Tom V, Dobór płcio­wy, przeł. Kry­sty­na Zaćwi­li­chow­ska, Państwo­we Wy­daw­nic­two Rol­ni­cze i Leśne, War­sza­wa 1960, s. 412). Sam Dar­win za­uważa ewo­lu­cyjną niespójność idei, iż – jak for­mułuje to Rus­sett – „za­baw­na rzecz stała się na szczy­cie dra­bi­ny: wśród lu­dzi sa­mi­ca nie wy­bie­ra, jak czy­ni to u in­nych ga­tunków, lecz sama jest wy­bie­rana”. Teo­ria ta „im­pli­ku­je kłopo­tliwą wyrwę w ewo­lu­cyjnej ciągłości”. Jak za­uważa Rus­sett, „w ter­mi­no­lo­gii sa­me­go Dar­wina zmia­na ta była za­dzi­wiającym odwróce­niem tren­du ewo­lu­cji”.

Patrz też: Na­ta­lie An­gier, Hard-to-Ple­ase Fe­ma­les May Be Ne­glec­ted Evo­lu­tio­na­ry For­ce [Wy­ma­gające ko­bie­ty jako igno­ro­wa­na siła ewo­lu­cji], „The New York Ti­mes”, 8 maja 1990, oraz Na­ta­lie An­gier, Ma­ting for Life? It’s Not for the Birds or the Bees [Pary na życie? To nie dla ptaków i pszczół], „The New York Ti­mes”, 21 sierp­nia 1990.

14 Eve­lyn Reed, Wo­man’s Evo­lu­tion: From Ma­triar­chal Clan to Pa­triar­chal Fa­mi­ly [Ewo­lu­cja ko­bie­ty: od ma­triar­chal­ne­go kla­nu do pa­triar­chal­nej ro­dzi­ny], Pa­th­fin­der Press, New York 1986 oraz Ela­ine Mor­gan, Po­cho­dze­nie ko­bie­ty, przeł. Małgo­rza­ta Da­nic­ka-Ko­sut, Wy­daw­nic­two Ana­dio­me­ne, War­sza­wa 2007.

15 Ela­ine Mor­gan, Po­cho­dze­nie ko­bie­ty, tamże, s. 242.

16 Ro­sa­lind Mi­les, The Wo­men’s Hi­sto­ry of the World [Ko­bie­ca hi­sto­ria świa­ta], Pa­la­din Gra­fton Bo­oks, Lon­don 1988, s. 43. Patrz też: Mer­lin Sto­ne, When God Was a Wo­man [Kie­dy Bóg był ko­bietą], Ha­rvest Bo­oks, San Die­go 1976.

17 Le­slie Wo­odhe­ad, De­sert Dan­dies [Pu­styn­ni dan­dy­si], „The Gu­ar­dian”, li­piec 1988.

We wschod­nio­afry­kańskich ple­mio­nach Fu­lanów młode ko­bie­ty wy­bie­rają so­bie mężów na pod­sta­wie ich atrak­cyj­ności: „Kan­dy­da­ci […] biorą udział w ry­tu­ale Yaake, gro­madzą się, wspólnie śpie­wają i tańczą, stają na pal­cach, robią miny, prze­wra­cają ocza­mi, po­ka­zują swo­je zęby sędziom. Ry­tuał ten trwa go­dzi­na­mi i jest wspo­ma­ga­ny zażyciem za­wcza­su sty­mu­lujących nar­ko­tyków. W trak­cie trwa­nia tego po­ka­zu tłumnie zgro­madzone star­sze ko­bie­ty rzu­cają słowa kry­ty­ki wo­bec tych, którzy nie spełniają fulańskie­go ideału uro­dy”, w: Ted Po­lhe­mus, Bo­dy­Sty­les [Sty­le ciał], tamże, s. 21.

Patrz też: Ca­rol Bec­kwith, Ma­rion von Of­fe­len, No­mads of Ni­ger [No­ma­dzi z Ni­gru], Wil­liam Col­lins Sons & Co. Ltd., Lon­don 1984, przy­ta­cza­ne w: Ca­rol Bec­kwith, Ni­ger’s Wo­da­abe: Pe­ople of the Ta­boo [Wo­da­abe z Ni­gru: Lud Tabu], „Na­tio­nal Geo­gra­phic”, paździer­nik 1983, vol. 164, nr 4, s. 483–509.

Pa­le­oli­tycz­ne wy­ko­pa­li­ska su­ge­rują z ko­lei, iż to ra­czej mężczyźni niż ko­bie­ty pre­hi­sto­rycz­nych społeczeństw byli ozda­bia­ni. We współcze­snych wspólno­tach ple­mien­nych mężczyźni ozda­biają się co naj­mniej tak jak ko­bie­ty i często mają na to „prak­tycz­ny mo­no­pol”. Sudańscy Nu­bij­czy­cy, au­stra­lij­scy Wa­li­gi­gi, mężczyźni z mia­sta Mo­unt Ha­gen w No­wej Gwi­nei poświęcają wie­le go­dzin na ma­ki­jaż i udo­sko­na­la­nie fry­zur, by przy­ciągnąć do sie­bie ko­bie­ty, których to­a­le­ta trwa za­le­d­wie kil­ka mi­nut, patrz: Ted Po­lhe­mus, Bo­dy­Sty­les [Sty­le ciał], tamże, s. 54–55.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mit urody 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretne życie Chanel No. 5