Pies też człowiek?

Pies też człowiek?

Autorzy: Praca zbiorowa

Wydawnictwo: Katedra

Kategorie: Popularnonaukowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 342

Cena książki papierowej: 35.00 zł

cena od: 16.97 zł

"Książka doskonale napisana: kompetentna, poszerzająca horyzonty, uświadamiająca, historycznie istotna, a do tego – miejscami – bardzo wzruszająca. Jest napisana ze znawstwem problemów i, co równie ważne, z wielką miłością do zwierząt - nie tą sentymentalną, której wyrazem jest wiązanie różowych wstążeczek przy kolczatce czy hodowla zwierząt traktowanych jako bio-dzieła sztuki, lecz miłością rzeczywistą, dzięki której wiemy, że ani zwierzę nie jest człowiekiem, ani człowiek nie jest zwierzęciem". prof. Magdalena Środa"Motywem przewodnim wszystkich tekstów jest ewolucja roli społecznej psa we współczesnej Polsce, od roli czysto użytkowej, poprzez bycie wskaźnikiem statusu społecznego właściciela, do roli członka rodziny. [...] We wszystkich tekstach znajdziemy bogate odniesienia do literatury poświęconej omawianemu zagadnieniu. Jest to w zdecydowanej większości literatura anglojęzyczna z uwagi na to, że w polskiej nauce socjologiczne i antropologiczne ujęcie relacji pies - człowiek jest do dnia dzisiejszego obecne w bardzo nikłym stopniu [...]. Prekursorski charakter przygotowanej książki jest jednym z jej najważniejszych walorów, znaczenia którego nie da się przecenić". prof. Iwona Jakubowska-Branicka
Czy można powiedzieć, że przełom ustrojowy roku 1989 stanowił również ważny punkt zwrotny w relacjach Polaków z psami? Przyjęta przez nas w tej książce data ma znaczenie symboliczne, natomiast warunki stworzone przez demokrację i wolny rynek w bardzo dosłowny sposób dotykają również psy, choćby w wyniku tego, że ich opiekunowie są potencjalnymi wyborcami oraz konsumentami, a fakt bycia opiekunem psa coraz częściej staje się ważnym atrybutem w definicji ich tożsamości jako obywateli. Książka, którą oddajemy w ręce czytelników, pokazuje rosnące emocjonalne zaangażowanie Polaków w relacje z psami oraz, co chyba jeszcze ważniejsze, coraz silniejszą chęć zrozumienia samych zwierząt i łączącej nas z nimi więzi. Sam fakt powstania tej publikacji świadczy o potrzebie refleksji nad znaczeniem zmian, które zaszły w relacji ludzie – psy w Polsce w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat. Nie twierdzimy, że przed 1989 rokiem Polacy nie trzymali psów w domach i mieszkaniach, nie twierdzimy, że ich nie kochali, ale publikacja o psach, która wykraczałaby poza ramy wydawnictwa poradnikowego lub albumu ze zdjęciami, byłaby nie do pomyślenia. Psy się po prostu miało, a naukowo pisało się o nich językiem biologii i weterynarii. W tej książce sięgamy do metodologii różnych dyscyplin i dziedzin nauk humanistycznych – socjologii, antropologii, historii, gender studies, literaturo- i kulturoznawstwa oraz pedagogiki – aby odpowiedzieć na pytania o charakter więzi łączącej ludzi i psy w Polsce.

Pies, człowiek, antrozoologia

Zainteresowanie humanistów zwierzętami nie jest przypadkowe i wynika z kluczowego pytania, zadawanego w filozofii od czasów przynajmniej Arystotelesa – czyli od pytania o to, czym człowiek różni się od zwierzęcia. Na przestrzeni wieków stosunek człowieka do innych istot stanowił przedmiot dociekań wielu myślicieli, spośród których wypada wyróżnić Jeremy’ego Benthama, wskazującego na podobieństwa w traktowaniu zwierząt i niewolników. Zdaniem osiemnastowiecznego filozofa należy skupiać się nie na różnicach między ludźmi i innymi gatunkami, ale na kluczowym podobieństwie: zdolności do odczuwania bólu i cierpienia. Poglądy Benthama, wraz z odkryciami Karola Darwina w wieku XIX, przygotowały grunt pod współczesną debatę na temat miejsca zwierząt w świecie człowieka. Najbardziej znanymi naukowcami związanymi z tą debatą są Peter Singer, autor m.in. głośnego Wyzwolenia zwierząt (1975), nawiązujący do utylitaryzmu Benthama, oraz Tom Regan, zajmujący się prawami zwierząt sensu stricto (por. The Case for Animal Rights, 2004) – warto jednak pamiętać, że problematyka, o której mowa, była w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku żywo dyskutowana m.in. przez Thomasa Nagela, zastanawiającego się nad ograniczeniami w poznawaniu innych umysłów (esej Jak to jest być nietoperzem, 1974, wyd. pol. 1997), Barbarę Noske (Humans and Other Animals, 1989), Gilles’a Deleuze’a i Féliksa Guattariego (esej Devenir-animal, tłum. Stając-się-zwierzęciem, 1980) czy Marjorie Spiegel, która w In Defense of Slavery (1988) z przekorą broni instytucji niewolnictwa, posługując się argumentami na co dzień używanymi do racjonalizacji niehumanitarnego traktowania zwierząt hodowlanych. Problematyką człowiek – inne zwierzęta zajmował się pod koniec życia również Jacques Derrida (L’Animal que donc je suis, tłum. Zwierzę, którym więc jestem; por. artykuł z 1999 i książka o tym samym tytule z 2006). Na uwagę zasługuje ponadto głośna socjologiczna teoria aktora-sieci (ANT, od angielskiego actor network theory), analizująca wielowątkowe oddziaływania na sieci społeczne nieludzi (non-humans) obdarzonych agencyjnością (sprawczością). Naczelnym myślicielem związanym z ANT jest Bruno Latour (por. np. 1999, 2005).

Studiowanie relacji ludzi i zwierząt wykracza zatem wyraźnie od lat poza nauki przyrodnicze. Odzwierciedla to siłę nauki jako systemu naczyń połączonych, dyscyplin i dziedzin wzajemnie na siebie wpływających i wzajemnie siebie potrzebujących. Rozważania natury etycznej bądź społecznej nie byłyby przecież kompletne nie tylko bez Darwina, ale i bez dorobku współczesnej etologii poznawczej[1], której dynamiczny rozwój rozpoczął się od pionierskich prac Donalda Griffina. W książce The Question of Animal Awareness: Evolutionary Continuity of Mental Experience (1976) zoolog wskazywał, że zwierzęta, tak jak ludzie, mają świadome umysły. Praca Griffina odbiła się głośnym echem nie tylko w środowisku przyrodoznawców, ale także nauk humanistycznych.

Z drugiej strony, bez humanistycznych, wielowiekowych dociekań na temat sprawiedliwości, altruizmu czy strategii rozwiązywania konfliktów trudno byłoby wyobrazić sobie nowe trendy w psychologii zwierząt czy etologii, odzwierciedlane m.in. w pracach Roberta W. Mitchella, Michaela Tomasella czy Fransa de Waala. Ten ostatni dowodzi, iż altruizm, poczucie sprawiedliwości czy empatia są zjawiskami nie tylko obecnymi u innych gatunków niż Homo sapiens – co jeszcze do niedawna odrzucano jako niedorzeczne – ale i zjawiskami mającymi charakter ewolucyjny (por. de Waal, 2006, 2009). Cytowany w „The New York Times” prymatolog mówi: „Wiele z tego, co filozofowie nazywają uczuciami moralnymi, można dostrzec u innych gatunków. U szympansów i innych zwierząt można zobaczyć przykłady współczucia, empatii, wzajemności, gotowości do naśladowania zasad współżycia społecznego. Psy są dobrym przykładem gatunku, który ma takie zasady i ich przestrzega; to dlatego tak bardzo je lubimy, pomimo że są dużymi drapieżnikami” (Angier, 2001).

Reasumując, współczesna nauka – i to na wielu polach – traktuje pytanie o różnice człowieka względem zwierząt wyłącznie zadaniowo, dystansując się od implikowanego w takim rozróżnieniu dualizmu. Stwierdzenie „człowiek i inne zwierzęta”, którym czasem zastępuje się stare „człowiek i zwierzęta”, niespecjalnie obrusza ludzi nauki, uznających je za zgodną z wiedzą naukową deklarację. Dla nauki człowiek jest bowiem częścią natury i Regnum Animale, czyli królestwa zwierząt, kategorii systematycznej wprowadzonej przez Linneusza jeszcze w XVIII wieku. Wspomnienie „innych zwierząt” nie neguje przy tym osiągnięć ewolucyjnych człowieka jako gatunku – jedyne, co podważa, to paradygmat ludzkiej wyjątkowości, objawiający się pielęgnowaniem wyobrażonej odrębności człowieka od świata natury.

Donna Haraway w książce When Species Meet (2008) również pisze, że świadomość załamania się antropocentryzmu nie jest zjawiskiem nowym. Odnajdujemy ją już u Freuda, który wylicza trzy wielkie „rany” w teorii ludzkiej wyjątkowości: przewrót kopernikański (człowiek zdaje sobie sprawę, że ziemia nie jest centrum wszechświata), teorię ewolucji Darwina (człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że również jest zwierzęciem) i psychoanalizę, która podważa prymat działań świadomych. Do tych trzech „ran” Haraway dopisuje jeszcze przewrót cybernetyczny, który zaciera granicę między materią organiczną a nieorganiczną (Haraway 2008, s. 11–12).

Naukowe zainteresowanie psami, którego efektem jest niniejsza książka, sytuuje się w ramach nowej, interdyscyplinarnej dziedziny badań, nazywanej antrozoologią bądź animal studies (w odróżnieniu od animal science, które to pojęcie powiązane jest z naukami biologicznymi i rolniczymi). „Anthrozoös”, pierwszy periodyk akademicki poświęcony antrozoologii (ukazujący się od 1987 roku, czyli od ponad ćwierć wieku), definiuje swoją misję w następujący sposób: „»Anthrozoös« to kwartalnik podlegający systemowi peer-review, którego celem jest przekazywanie wyników badań w zakresie interakcji ludzi i zwierząt, pochodzących z szerokiej gamy dyscyplin. Reprezentowane tu dyscypliny to m.in. antropologia, archeozoologia, sztuka i literatura, edukacja, etologia, historia, medycyna, psychologia, socjologia i medycyna weterynaryjna”[2].

Jakkolwiek zasób pojęciowy nazw animal studies i antrozoologia nie jest arbitralnie ustalony, to przyjmuje się, że antrozoologia analizuje relacje ludzi i zwierząt przede wszystkim z perspektywy naszego gatunku i przemian zachodzących w społeczeństwie, podczas gdy animal studies przyjmuje perspektywę szerszą. W tym rozumieniu pracę wszystkich autorów niniejszej książki można przyporządkować do antrozoologii. Zainteresowanie psami mieści się zarazem w trendzie określanym w teorii krytycznej jako „zwrot ku zwierzętom” (Ritvo, 2007; Weil, 2010, 2012), który z kolei zwykle rozpatrywany jest jako element posthumanizmu (Hayles, 1999; Wolfe, 2009; Braidotti, 2013)[3].

Odpowiadając na zawarte w tytule swojej książki, Thinking Animals. Why Animal Studies Now?, pytanie o przyczynę, dla której studia nad zwierzętami – niezależnie od tego, jaką nazwę im nadamy – rozwijają się obecnie tak dynamicznie, Kari Weil (2012) pisze: „Czemu studia nad zwierzętami teraz? Stało się jasne, że pojęcie »zwierzęcia« – rządzonego instynktem stworzenia, pozbawionego dostępu do języka, tekstów, abstrakcyjnego myślenia – funkcjonowało jako niezbadany fundament, na którym oparta jest idea człowieka i humanistyki. Stało się również jasne [...], że wykluczenie to nastąpiło w wyniku błędnych założeń. [...] Razem ze wzrostem naszej wiedzy i zrozumienia życia i kultury zwierząt, zmianie musi również ulec nasze postrzeganie natury ludzkiej i humanistyki” (Weil, 2012, s. 23).

Przyjmując wyjaśnienie Weil, trzeba sformułować jeszcze jedno pytanie związane z tematem naszej wspólnej pracy – czemu akurat psy?

Pies-przyjaciel, pies-problem

Pies jest najpopularniejszym zwierzęciem domowym w Polsce[4]. Ze względu na złożoność wspólnych aktywności jest zarazem zwierzęciem, z którym wchodzimy w głębokie, wielowymiarowe relacje. Nie tylko nazywamy go „najlepszym przyjacielem człowieka”, ale deklarujemy – jak w badaniach Krzysztofa Koneckiego – że to on jest najbardziej predestynowany do nawiązania więzi z człowiekiem (97,2% badanych vs. 44,1% badanych przekonanych o tej samej właściwości kota; Konecki, 2005, s. 210). Często traktujemy psa jak członka rodziny, uwzględniając go w rodzinnych uroczystościach i świętach, zarazem modyfikując własne preferencje tak, by uwzględnić go w innych aktywnościach społecznych. Pies towarzyszy nam w działaniach terapeutycznych, sportowych, jest też stale obecny w przestrzeni miejskiej. Nie powinno zatem dziwić, że coraz więcej osób chce się o psach dowiedzieć więcej – tak, by lepiej je rozumieć i by bardziej umiejętnie zaspokajać ich naturalne potrzeby.

Rozdziały tej książki poświęcone zmianom w metodyce szkolenia psów, autorstwa Michała Piotra Pręgowskiego i Agnieszki Orłowskiej, ujawniają, jak silna jest chęć zrozumienia źródeł psich zachowań w środowisku szkoleniowców. Lawinowy wprost rozwój nowych sportów kynologicznych w ostatnim dwudziestoleciu, opisany przez Justynę Włodarczyk, również ma swoje źródło w próbie zaspokojenia rzeczywistych potrzeb psów przez znalezienie aktywności zastępujących tradycyjne polowania czy pasterstwo. Rozdział autorstwa Agnieszki Wojtków, będący studium przypadku kynofobii, pokazuje, w jaki sposób rzetelna wiedza na temat psich zachowań może przyczynić się do rozwiązania problemów psychologicznych, a nawet medycznych. Wiedza oraz codzienna interakcja z „innym” zastępują uprzedzenia i zmniejszają lęk – to mechanizmy znane chociażby z edukacji międzykulturowej.

Aby jednak takie interakcje przyniosły pożądane skutki, muszą odbywać się w przyjaznej atmosferze i w bezpiecznej przestrzeni. Pies, jako zwierzę domowe spotykane przede wszystkim w przestrzeni miejskiej i podmiejskiej, uzmysławia arbitralność rozróżnienia między naturą a kulturą, a jednocześnie jest też odbiciem obaw związanych z zacieraniem się tej granicy. Dlatego też w ostatnich latach pies stał się także zarzewiem konfliktu między mieszkańcami miast. Ci, którzy postrzegają psa jako ważnego towarzysza, chcą z nim dzielić swoje życie i wspólną przestrzeń. Inni, nastawieni bardziej tradycyjnie, uznają obecność zwierząt w przestrzeni miejskiej za trudną do zniesienia bądź wręcz niedopuszczalną. Z jednej strony mamy więc do czynienia z coraz częstszą obecnością psów w przestrzeni wspólnej (powstają sklepy i restauracje, które można odwiedzać z psami), a z drugiej strony z bardzo silną negatywną reakcją na tę obecność, antypsim backlashem[5].

Doskonałą ilustracją istoty oraz języka tego konfliktu jest dyskusja, która odbyła się w lipcu i sierpniu 2013 roku na łamach stołecznego dodatku do „Gazety Wyborczej” i powiązanym z nią forum internetowym („Gazeta Stołeczna”, 2013). Wymianę poglądów zainspirował list przesłany do gazety przez opiekunkę psa, która skarżyła się na dyskryminację czworonogów, po tym jak w jej ulubionym parku pojawiły się tablice zakazujące wstępu z psami. Domagając się praw dla swojego psa, autorka listu używała języka zapożyczonego z dyskursu praw człowieka, rozszerzając go na inny gatunek. Konkretnie, korzystała ze słów takich jak: dyskryminacja, wykluczenie, prawo do spontaniczności („Gazeta Stołeczna”, 2013) W odpowiedzi na list czytelniczki pojawiły się głosy zarówno wsparcia, jak i sprzeciwu, których autorzy używali silnie nacechowanego emocjonalnie języka. Przeciwnicy obecności psów w miastach zwracali uwagę, jak najbardziej zresztą słusznie, że polskie miasta nie były projektowane z myślą o psach, tylko o ludziach, i że psy potrafią być uciążliwymi sąsiadami, ale również – co akurat mniej słuszne – że stanowią zagrożenie epidemiologiczne. Jednak nie same argumenty zwracają tutaj uwagę, ale forma ich prezentacji. „Bród, smród, pasożyty, zarazki!” – pisze jeden z czytelników, a inny dodaje: „mieszkania nie są przygotowane do trzymania 40-kilogramowych bestii, które muszą się wybiegać” (sic). Problem z „bestią” (rasy Golden Retriever[6]) polegał na tym, że biegała po parkiecie. „Chcesz mieć psa – proszę bardzo ale tak żebym ja nie musiała w jakikolwiek sposób odczuwać jego istnienia. Czyli pies proszę bardzo ale na smyczy, trzymanej tak żeby nikogo postronnego nie miał szans się dotknąć i w pampersie” (sic)[7]. Ostry ton tych wypowiedzi, niewątpliwie jeszcze wzmocniony zapewnianą przez internet anonimowością, przypomina ten znany z tzw. wojen kulturowych, czyli sporów o fundamentalne wartości leżące u podstaw ładu społecznego.

Rozwiązanie tego nabrzmiewającego konfliktu nie będzie łatwe i będzie wymagać nie tylko ustępstw obydwu stron, ale również dalszych zmian kulturowych. Nie da się nie zauważyć, że wciąż nierozwiązany problem psich kup na miejskich ulicach i trawnikach działa na niekorzyść opiekunów psów. Rzeczywiście, w kwestii sprzątania po psach Polacy nie dogonili jeszcze Zachodu. Tę polską specyfikę wyśmiewał rysownik Marek Raczkowski, który podczas wywiadu w radiu TOK FM (24.03.2006) przyznał się do wtykania małych, biało-czerwonych chorągiewek w psie kupy na trawnikach Warszawy. Kiedy happening artystyczny inspirowany pomysłem Raczkowskiego pokazało TVN (25.03.2008), sprawą zainteresowała się prokuratura, pod zarzutem znieważenia symboli narodowych. Organizatorzy akcji „Twój pies, twoja kupa” przejęli pomysł w nieco mniej radykalnej wersji i wtykają w psie kupy małe proporczyki z logo akcji. Skojarzenie sprzątania po psie z nowoczesnością, a niesprzątania z zacofaniem jest wykorzystywane jako strategia kampanii promujących czystość. Tym samym zbieranie kup po czworonogach staje się alegorią dbania o wspólną miejską przestrzeń.

Pies – zwierzę medialne

W Trzeciej Rzeczypospolitej pies stał się również „zwierzęciem medialnym”, często obecnym w prasie i telewizji. Analiza przedstawień zwierząt w kulturze popularnej nie przyczynia się w żaden sposób do zgłębienia ich psychiki, ale mówi nam wiele o dominujących wartościach społecznych. Pomimo niekwestionowanego przywiązania Polaków do psów czy kotów czworonogi rzadko są prezentowane w mediach z uwzględnieniem ich cech indywidualnych, unikatowego wyglądu, charakteru bądź innych właściwości. Do niedawna najbardziej znanym polskim zwierzęciem była klacz marszałka Józefa Piłsudskiego o imieniu Kasztanka. W czasach PRL hołubiliśmy zaś głównie czworonogi fikcyjne, ze szczególnym uwzględnieniem psów – chodzi tu zwłaszcza o serialowe owczarki niemieckie Szarika (Czterej pancerni i pies) i Cywila (Przygody psa Cywila), o animowanego Reksia czy o lalkę o imieniu Pankracy, bohaterów telewizyjnych programów dla dzieci z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Rzeczywistość społeczna po przełomie 1989 roku przybliża nas jednak w tej kwestii do krajów zachodnich, zwłaszcza anglosaskich, z których Trzecia Rzeczpospolita szczególnie chętnie czerpie wzorce kulturowe. W krajach tych psy znanych i ważnych osobistości od dawna są obecne w doniesieniach prasowych. W Stanach Zjednoczonych psy są mieszkańcami Białego Domu nieprzerwanie od ponad stu lat, tzn. od kadencji Theodore’a Roosevelta (1901–1909), przy czym pierwszym z prezydenckich czworonogów, który zrobił karierę medialną, był szkocki terier o imieniu Fala, pupil Franklina Delano Roosevelta. Roosevelt i Fala byli praktycznie nierozłączni, a ich więź przeszła do legendy. Mark Derr, autor książki o historii psów w Stanach Zjednoczonych, uważa, że prezydent specjalnie zrezygnował z dużych psów na rzecz Fali, żeby móc zabierać pupila w podróże służbowe. Derr podkreśla zarazem, że pełen wigoru i energii Fala upewniał naród o sprawności sparaliżowanego prezydenta: skoro pies jest szczęśliwy, to znaczy że prezydent podoła stawianemu przed nim zadaniu (Derr, 2004, s. 305–306). Fala mimowolnie zainaugurował instytucję „Pierwszego Psa” (America’s First Dog), o której kontynuację dbali wszyscy kolejni prezydenci. Niektórzy, jak Bill Clinton i Barack Obama, sprawiali sobie psy dopiero po przeprowadzeniu się do Białego Domu, co sugeruje, jak zauważa Derr, że były to działania nastawione na poprawę prezydenckiego wizerunku, a nie wynikające z rzeczywistej potrzeby serca (Derr, 2004, s. 348). Można też dopatrywać się w tym ulegania presji społecznej wyłaniającej się ze stuletniej już tradycji – psy stanowią dopełnienie rodzin przywódców Stanów Zjednoczonych, niezależnie od ich orientacji politycznej. Bez psa Biały Dom nie jest kompletny.

W Wielkiej Brytanii tradycja królewskich psów jest zakorzeniona jeszcze silniej. Królowa Wiktoria wybudowała w Windsorze psiarnię i hodowała tam kilka ras psów (Rappaport, 2003, s. 34–39), a królowa Elżbieta słynie ze swojego upodobania do krótkonożnych corgi. Różnica między podejściem brytyjskich monarchów i amerykańskich prezydentów do psów jest odbiciem różnic ustrojowych między tymi krajami: w Wielkiej Brytanii monarchowie parają się hodowlą, a więc dbaniem o psią „dynastię”, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych demokratycznie wybrani prezydenci nie zajmują się „przedłużaniem linii” swoich czworonogów.

Polscy prezydenci zdają się iść w ślady amerykańskich. Pierwszymi psami w Pałacu Prezydenckim były owczarki niemieckie Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich, jednak dopiero od kadencji Lecha Kaczyńskiego polskie media interesują się prezydenckimi zwierzętami w podobny sposób, jak od lat robili to Amerykanie czy Brytyjczycy. Dziennikarze chętnie eksponowali fakt, iż Lech i Maria Kaczyńscy to miłośnicy zwierząt, prezentując zarazem ich czworonożnych pupili – kota Rudolfa, szkockiego teriera Tytusa i Lulę, kundelka przygarniętego ze stacji benzynowej, wokół której się błąkała. O zwierzętach tych pisano przy różnych okazjach. Kiedy w grudniu 2009 roku zmarł Tytus, media masowe ze współczuciem raportowały o stracie pary prezydenckiej, choć już w lutym 2010 roku tabloidy pytały czytelników, czy wolą, by w kolejnych wyborach Pałac Prezydencki „obroniła” Lula czy też by przejęła go Draka, pies Bronisława i Anny Komorowskich (por. „Super Express”, 2010). Po katastrofie smoleńskiej zastanawiano się – już zupełnie na serio – dokąd trafią zwierzęta pary prezydenckiej, donosząc z zadowoleniem o ich nowych domach (por. „Fakt”, 2010).

Kadencja Bronisława Komorowskiego, miłośnika psów (i polowań), pozwoliła na kontynuację trendu, zgodnie z którym psy najważniejszych osób w państwie pojawiają się w mediach z pewną regularnością. Spanielka Draka, zwana też Ponią, stała się bohaterką bądź współbohaterką wielu artykułów, szczególnie w prasie bulwarowej. Tabloidy donoszą nie tylko o codziennym życiu pary prezydenckiej, która sprząta po psie, dając dobry przykład współobywatelom, i pomimo obowiązków sama wychodzi z nim na spacer, ale i o zdarzeniach nietypowych, jak to z 2011 roku, gdy Draka spontanicznie przywitała królową Sylwię przed Belwederem, podczas wizyty szwedzkiej pary królewskiej w Polsce (por. „Super Express”, 2011). Jak pisał „Fakt”, pupilka prezydenta „wita koronowane głowy, uczestniczy w ważnych naradach i nie opuszcza praktycznie żadnej konferencji. Kto odwiedza w Belwederze głowę państwa, musi zawrzeć z nią znajomość i dbać, by go polubiła” („Fakt”, 2011a).

Opis ten jako żywo przypomina medialne doniesienia prasy amerykańskiej czy brytyjskiej, perorujących na temat prezydenckich rasowców i kundelków od wielu dziesięcioleci. Być może w niedługiej przyszłości polskie media, naśladując amerykańskie, zaczną wręcz oczekiwać, by każdy kolejny prezydent miał w Pałacu Prezydenckim (bądź Belwederze, jak Bronisław Komorowski) czworonożnego towarzysza. Ze szczególnym uwzględnieniem psów, bowiem żadne inne zwierzę towarzyszące nie dopełnia wizerunku harmonijnej rodziny tak przekonująco, jak pies. Pies ociepla wizerunek polityka, ukazując jego łagodniejsze i bardziej empatyczne oblicze. W kimś, kto okazuje uczucia czworonogom tak, jak robią to miliony Polaków, łatwiej dostrzec kogoś podobnego do nas – nawet jeżeli nie podzielamy jego poglądów politycznych.

Jakie zmiany w polskiej sferze publicznej sprawiły, że publiczne pokazywanie się przez polityka w towarzystwie psa zaczęło być w ogóle dostrzegane – tak przez media, jak i wyborców? I co sprawia, że opiekowanie się psem – bardziej niż „posiadanie” psa – jest uznawane za społecznie ważne i godne pochwały?

Niniejsza książka jest próbą odpowiedzi na te i wiele innych pytań dotyczących relacji Polaków z psami. Znaczna część zagadnień wiąże się z przejmowaniem przez Polaków wzorów kulturowych charakterystycznych dla krajów anglosaskich. Na masową skalę stało się to możliwe po przełomie 1989 roku, odzyskaniu demokracji i wprowadzeniu w powstającej Trzeciej Rzeczpospolitej gospodarki wolnorynkowej. Młody kapitalizm, w połączeniu z rozwojem technologii informacyjnych i upowszechnieniem dostępu do internetu w pierwszej dekadzie XXI wieku, wpłynął na zmiany społeczne także w relacjach Polaków z ich czworonożnymi przyjaciółmi.

Pies na wolnym rynku

Trudno powiedzieć, czy młody polski kapitalizm w większym stopniu kształtuje, czy raczej odzwierciedla relacje ludzi i psów, ale pozostaje faktem, że w gospodarce wolnorynkowej psy stają się coraz ważniejszymi konsumentami (nawet jeśli o ograniczonej decyzyjności, bo płacą ludzie).

Ostatnie dwie dekady to czas ogromnego rozwoju rynku artykułów zwierzęcych, w tym szczególnie karmy i akcesoriów. Dawna praktyka karmienia psów resztkami ze stołu odeszła do lamusa – przynajmniej w miastach; opiekunowie wybierają dziś spośród kilkudziesięciu marek specjalistycznych karm, które – zgodnie z logiką współczesnego marketingu – kuszą ekskluzywnym składem (karmy z mięsem jagniąt, bizonów, strusia, łososia itp.) bądź sprofilowaniem na potrzeby określonej grupy psów (karmy dla juniorów, seniorów, psów aktywnych i otyłych; dla psów ras małych i średnich, dużych, olbrzymich itp.). Karmom suchym towarzyszą ponadto karmy „mokre”, sprzedawane w puszkach, a także naturalne, specjalnie spreparowane przekąski (np. wołowe żwacze i ścięgna, królicze uszy, „kości” z prasowanej skóry wołowej itp.). Alternatywą do żywienia gotowymi produktami jest samodzielne przygotowywanie posiłków, jednak nawet ono ulega dziś komercjalizacji. Przykładem może być dieta BARF[8], oparta przede wszystkim na surowym mięsie i kościach: w Polsce istnieje już kilka firm oferujących mrożone kostki zgodnie z zaleceniami tej właśnie diety.

Mówiąc o rynku produktów dla psów nie sposób nie wspomnieć, iż rynek ten odzwierciedla zarazem nowe trendy konsumpcyjne społeczeństwa. Na rynku pojawiają się produkty ekologiczne bądź organiczne dla psów – karmy, przysmaki treningowe, ręcznie robione akcesoria, biodegradowalne worki na odchody, zabawki wykorzystujące materiał z recyklingu i wiele innych. Jednocześnie w Trzeciej Rzeczpospolitej sama relacja człowieka i psa staje się towarem. Reklamy karm i gazetki sklepów przekonują opiekunów, że mogą, a wręcz powinni, pielęgnować tę relację i wpisane w nią uczucie. Miłość bądź głębokie przywiązanie można okazywać, kupując odpowiednie gadżety, zwłaszcza takie, które poprawią psie zdrowie (suplementy żywieniowe) i bezpieczeństwo (odblaski, klatki do transportu, pasy bezpieczeństwa, buty ochronne, ubrania), a także zaspokoją ich potrzeby wtedy, gdy człowiekowi brakuje czasu (tzw. zabawki edukacyjne).

Urynkowieniu podlega także sektor usług. W ciągu ostatniej dekady jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać ośrodki szkoleniowe – unika się dziś słowa „tresura”, kojarzącego się z cyrkowcem zastraszającym zwierzęta – w których opiekunowie mogą szkolić psy zarówno w zakresie podstawowego posłuszeństwa, jak i po to, by sprostać bardziej szczegółowym potrzebom (np. przygotowanie psa do wystaw bądź startów w psich sportach, ale także radzenie sobie z agresją czy fobiami). Sama filozofia szkolenia uległa zresztą wielkim zmianom.

Polakom w większych miastach służą dziś pomocą także psi behawioryści (wśród których jest wiele osób rygorystycznie i stale podnoszących swe umiejętności), groomerzy zajmujący się pielęgnacją psów, a także osoby wyprowadzające psy na spacery pod nieobecność zapracowanych opiekunów. Coraz więcej osób oferuje także tzw. psi hotel, czyli możliwość odpłatnego zajęcia się pupilem, np. na czas wyjazdu wakacyjnego. Od 1991 roku w Polsce działają cmentarze dla zwierząt, na których pogrążona w żałobie rodzina może pożegnać ulubieńca; temat ostatnich pożegnań z psami poruszony został w rozdziale kończącym tę książkę.

Oferta usług dla opiekunów psów jest zatem duża i stale rośnie – a zgodnie z logiką kapitalistyczną jedyne, czego wymaga, to pieniądze. Trzeba podkreślić, że w takiej usługowej pozycji sytuuje się również współczesna weterynaria, która z jednej strony pozwala na bezprecedensowo wielowymiarowe leczenie (a także rehabilitację) zwierząt domowych, a z drugiej strony mimowolnie podlega mechanizmom dzielącym Polaków na tych, którzy mogą sobie pozwolić na kosztowną walkę o zdrowie bądź życie pupila, oraz tych, których stać na opiekę weterynaryjną w bardziej podstawowym zakresie[9]. Jest zresztą znamienne, że zupełnie jak w przypadku produktów dla dzieci marketing produktów i usług dla zwierząt towarzyszących nie stroni od wzbudzania poczucia winy. Pies współczesnego Polaka to jego najlepszy przyjaciel, a wręcz członek rodziny, zatem zasługuje na to, co najlepsze. Najlepsze musi kosztować, to jasne – ale przecież na najbliższych grzech oszczędzać.

Labrador zamiast Szarika

Ostatnie dwudziestolecie to również ogromne zmiany w popularności ras psów oraz w postrzeganiu psów rasowych jako takich. Wybory Polaków po roku 1989 wskazują na znaczny spadek popularności psów ras obronnych (takich jak sznaucery, dobermany, boksery, ale oprócz amstaffów, które z kolei pojawiły się dopiero po 1989 roku), jamników oraz pudli przy jednoczesnym wybuchu zainteresowania psami z grupy retrieverów (labrador, Golden Retriever), brytyjskich i amerykańskich psów pasterskich (Border Collie, owczarek australijski) oraz małych psów towarzyszących (West Highland White Terrier, Yorkshire Terrier, chiński grzywacz, chihuahua)[10]. Zmiany te odzwierciedlają konkretne wzorce popkulturowe oraz ich zglobalizowanie: na wybory Polaków mają teraz wpływ filmy produkowane w Hollywood, a nie Czterej pancerni i pies. Tak się składa, że większość wymienionych wyżej ras pochodzi z krajów anglosaskich, a ich popularność zdaje się jednym z przejawów zachłyśnięcia się Polaków nagłą dostępnością kultury anglosaskiej.

Fascynacja rasami Golden Retriever i labrador, której początek zbiega się w czasie z przełomem ustrojowym, wskazuje również zmianę wyobrażeń Polaków związanych z rolą psa w życiu człowieka. Dwadzieścia pięć lat temu podstawową motywacją związaną z kupnem dużego psa rasowego była jego wartość jako potencjalnego stróża, obrońcy lub myśliwego. Rasy, które zdobyły popularność w ostatnim dwudziestoleciu, to przede wszystkim psy o łagodnym, towarzyskim usposobieniu, podbijające serca Polaków jako idealni towarzysze zabaw dzieci i rodzinnych wycieczek[11]. Jeśli pies ma być duży, niech będzie dobroduszny, jak berneński pies pasterski czy nowofunland. James Serpell, autor m.in. opublikowanej po polsku książki W towarzystwie zwierząt (1999), przeprowadził w Stanach Zjednoczonych badania dotyczące oczekiwań, jakie stawiają psom zwykli opiekunowie. Badacz doszedł do wniosku, że osoby, które nie stawiają przed psem specjalistycznych wymagań użytkowych (czyli np. nie potrzebują psa do pasienia owiec, polowania, wykrywania narkotyków czy tropienia przestępców), w większości oczekują od różnych ras tego samego. Chcą zwierzęcia, które będzie okazywało im przywiązanie, będzie dążyło do kontaktu z człowiekiem, a jednocześnie nie będzie nadpobudliwe i agresywne (por. Chadwick, 2013). Oczekiwania te są zarazem dość powierzchowne i – jak pokazują wnikliwe badania Stefana Ghirlandy, Alberto Acerbiego, Hala Herzoga i Jamesa Serpella (2013) – nie idą w parze z charakterystyką i specyfiką poszczególnych ras, a raczej z aktualną modą na nie. Ludzie różnią się przede wszystkim preferencjami co do wyglądu: wielkości psów, długości i koloru ich futra, kształtu uszu itp. Także i na tej płaszczyźnie preferencje są zatem warunkowane kulturowo[12].

Jednym z ważniejszych miejsc, w których omawiane preferencje są negocjowane i utrwalane, są wystawy psów rasowych. Hodowla takich psów może być nawet przyrównywana do sztuki, a sam pies rasowy do bio-artu (Dąbrowska, 2012). Taka perspektywa jest oczywiście możliwa wyłącznie wtedy, gdy za punkt wyjścia obierzemy oddzielenie wartości użytkowej psa od jego wyglądu, operując językiem kynologicznym: rozdźwięk funkcji i formy. Kiedyś owczarkiem był pies, który potrafił przeganiać owce (stąd nazwa); teraz owczarkiem jest pies, który charakteryzuje się konkretnym wyglądem i udokumentowanym pochodzeniem, nawet jeśli na widok owcy zmyka ile sił w łapach. Rasa przestaje mieć cokolwiek wspólnego z pierwotną wartością użytkową, która z kolei i tak jest dla przeciętnego opiekuna psa zupełnie abstrakcyjna. Ten wniosek jest przyczynkiem do postmodernistycznej dekonstrukcji (psiej) rasy jako kategorii, która nie opisuje występujących między psami różnic w wyglądzie powiązanych „naturalnie” ze spełnianymi przez nie funkcjami, ale przypisuje (tworzy) różnice[13]. Wspomniany wcześniej James Serpell argumentuje zresztą, że w zaistniałej sytuacji najbardziej godną polecenia strategią jest hodowanie psów (niekoniecznie rasowych), które trafiają w oczekiwania ludzi, a więc przyjaznych i niekłopotliwych, co zminimalizuje ryzyko rozczarowania opiekunów i zmniejszy problem bezdomności psów. Z kolei hodowcy psów użytkowych widzą siebie jako obrońców „zagrożonego gatunku”, świadomie dążąc do utrwalenia cech charakteru, które być może utrudniają psu przystosowanie się do współczesnych warunków miejskich, ale które były niezbędne dla pierwotnej użytkowości danej rasy (por. Haraway, 2008). Niektórzy z nich dopuszczają inne niż tradycyjne formy sprawdzenia użytkowych cech zwierzęcia (np. zawody dummy, w których pies aportuje materiałowy wałek zamiast zawodów w aportowaniu postrzelonego ptaka), akceptując nowe sporty kynologiczne jako odpowiednik tradycyjnych sprawdzianów użytkowości. Inni, o czym pisze w swym artykule Justyna Włodarczyk, dość utopijnie dążą do przywrócenia całości pierwotnej relacji człowiek – pies opartej na wartości użytkowej (tu: dotyczącej pasienia owiec). Jeszcze inni z rozmysłem mieszają „oficjalne” rasy, tworząc hybrydy, które najlepiej sprawdzają się w stawianych im współcześnie, a niespotykanych sto lat temu, zadaniach, np. w jak najszybszym aportowaniu piłeczki tenisowej przez szereg przeszkód.

Pisząc o psach rasowych, nie sposób nie poruszyć tematu Związku Kynologicznego w Polsce. Od momentu założenia Związku (jako Polski Kennel Club w roku 1938, reaktywacja jako ZKwP w 1948) – stowarzyszenia, które jako główny cel stawia sobie „opartą na podstawach naukowych hodowlę i szkolenie psów rasowych dla osiągnięcia jak najwyższego poziomu zarówno pod względem eksterierowym, jak i użytkowym”[14] – organizacja ta była przez wiele lat jedyną organizacją kynologiczną w Polsce. Jedyną, a więc oficjalną, o strukturze odzwierciedlającej strukturę komunistycznego aparatu partyjnego: z Zarządem Głównym i oddziałami terenowymi. Pomimo zawartych w statucie deklaracji dotyczących łączenia użytkowości i eksterieru (wyglądu zewnętrznego), nie da się ukryć, że podstawową działalnością Związku była i jest organizacja wystaw psów rasowych. Widać to choćby w marginalnej roli, jaką ZKwP odgrywa w popularyzacji tzw. nowych sportów kynologicznych. Organizacją zawodów frisbee, flyballu, rally obedience, wyścigów psich zaprzęgów, większości imprez pasterskich oraz dogtrekkingu zajmują się niezależne od związku stowarzyszenia, często tworzone przez pełne energii jednostki zniechęcone brakiem przychylności oficjalnych władz kynologicznych. Związek Kynologiczny pozostaje również na uboczu opisywanej w tej książce rewolucji szkoleniowej. Jak wynika z artykułu Agnieszki Orłowskiej o historii pozytywnego szkolenia psów w Polsce, największe zasługi dla popularyzacji nowych metod szkoleniowych ma internet oraz pojedyncze osoby, fundacje i kluby, które zapraszały do Polski zachodnich ekspertów.

Alternatywne do ZKwP stowarzyszenia hodowlane rozpowszechniły się w Polsce jak grzyby po deszczu dopiero po wprowadzeniu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt z dnia 16 września 2011 roku (obowiązującej od 1 stycznia 2012)[15]. Zakazuje ona sprzedaży psów nierodowodowych; konkretnie zaś – przy czym dokładne sformułowanie jest tutaj bardzo istotne – mówi o zakazie „rozmnażania psów i kotów w celach handlowych” (art. 10a, pkt. 2). Zakaz ten nie dotyczy jednak „hodowli zwierząt zarejestrowanych w ogólnokrajowych organizacjach społecznych, których statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów i kotów” (art. 10a, pkt 6)[16]. Nowelizacja miała na celu m.in. ograniczenie działalności tzw. pseudohodowli, w których zwierzęta rozmnażane są bez jakiegokolwiek dozoru, a suki hodowlane bywają wykorzystywane ponad siły. W praktyce ten konkretny zapis okazał się bublem legislacyjnym, otwierającym furtkę dla rejestracji licznych stowarzyszeń, które, przynajmniej na papierze, zajmują się wypełnianiem zapisów ustawy, a w praktyce po prostu wydają rodowody wszystkim psom, których hodowcy zapłacą odpowiednią składkę. Chociaż ZKwP w dalszym ciągu pozostaje największą organizacją kynologiczną w Polsce, nie da się ukryć, że kapitalizm oraz pluralizm polityczny przyczyniły się do zmierzchu jego rangi.

Pies w schronisku

Okres po przełomie 1989 roku to wyraźna intensyfikacja działań – zarówno oddolnych, jak i oficjalnych, legislacyjnych – zmierzających do ograniczenia bezdomności wśród zwierząt domowych, a w ostatnich latach także promocji psów nierasowych jako pełnowartościowych towarzyszy. Przyjęta w 1997 roku ustawa o ochronie zwierząt (ta, do której w 2011 roku wprowadzono omówione powyżej poprawki) stwierdza jednoznacznie, że zwierzę nie jest rzeczą i nakłada na państwo obowiązek opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Stanowienie prawa niewiele daje bez egzekwowania przepisów, co w praktyce oznacza, że los bezpańskich zwierząt nie jest zazwyczaj godny pozazdroszczenia, a polskie schroniska słyną z przepełnienia i złych warunków. W mediach dość regularnie omawia się skandale związane ze złym zarządzaniem i przede wszystkim z zagadkowymi zaginięciami psów-pensjonariuszy tych placówek. Niektóre zarządzane przez gminy instytucje są oskarżane o wzbogacanie się na niedoli zwierząt (por. Podgórska, 2011): z czysto ekonomicznego punktu widzenia nie jest to zaskakujące w sytuacji, w której schronisko otrzymuje pieniądze od liczby psów przyjętych pod opiekę (na ich utrzymanie), a nie od tych wydanych do adopcji. W tym kontekście stwierdzenie, iż warszawskie schronisko „Na Paluchu” jest „największą tego rodzaju placówką w Polsce i najprawdopodobniej w Europie”, nie jest bynajmniej powodem do dumy[17].

W obliczu nieudolności władz lokalnych w radzeniu sobie z problemem bezdomnych zwierząt w ostatnich latach wzrosła rola trzeciego sektora oraz organizacji nieformalnych. Niektóre schroniska prowadzone są przez fundacje i stowarzyszenia, a ich funkcjonowanie nie jest uzależnione od dotacji gminnych. Nowością ostatnich dwóch dekad są również stowarzyszenia pośredniczące w adopcjach psów konkretnych ras (np. Stowarzyszenie Pomocy Rottweilerom Rottka, SOS Borderom, Fundacja Adopcje Malamutów). W ostatnich latach pojawiła się również mniej lub bardziej sformalizowana sieć tzw. domów tymczasowych, oparta na pracy wolontariuszy (a głównie wolontariuszek), którzy tymczasowo zapewniają miejsce w swoim domu potrzebującemu, niemającemu stałej opieki psu, prowadząc proces resocjalizacji i szkolenia zwierzęcia i równolegle szukając dla niego odpowiedniego domu stałego. Nie powinno być zaskoczeniem, że pomysł domów tymczasowych również przywędrował do Polski z Zachodu.

Chociaż nikt nie prowadzi rejestru osób pomagających w ten sposób zwierzętom, nawet pobieżna analiza adopcyjnych forów dyskusyjnych pozwala zauważyć, że zdecydowana większość osób zaangażowanych w walkę z bezdomnością psów czy kotów to kobiety, co w popularnej analizie sytuacji przypisuje się zwykle ich większej wrażliwości. Jednak ta większa wrażliwość niesie w sobie również pewne ryzyko: postać wrażliwej kobiety może przerodzić się w postać „wariatki”, która nie jest w stanie obiektywnie ocenić swoich możliwości i niepohamowaną chęcią niesienia pomocy doprowadza do zguby zarówno siebie, jak i znajduje się pod jej opieką zwierzęta. W literaturze zjawisko to określa się mianem animal hoarding, patologicznego przygarniania zwierząt (por. np. Arluke, 2006). Analizy raportów organizacji interweniujących w takich sprawach wskazują, że jest ono przede wszystkim problemem kobiet, zazwyczaj starszych i samotnych (Patronek, 1999). Dotyka on również osoby silnie zaangażowane w wolontariat na rzecz zwierząt (Halls, 2013). W pewnych przypadkach patologiczne przygarnianie zwierząt może sygnalizować istniejący bądź zapowiadać nadchodzący problem związany ze zdrowiem psychicznym (Patronek, 1999).

Ciąg dalszy w wersji pełnej

* * *

[1] Dziedzina zoologii zajmująca się procesami poznawczymi u zwierząt, w tym świadomością i intencjonalnością.

[2] Por. [online:] http://www.isaz.net/anthrozoos.html [dostęp 20.12.2013].

[3] Wspomniany zwrot powoli zaczyna mieć miejsce także w Polsce, czego przykładem jest choćby książka Ludzie i nie-ludzie. Perspektywa socjologiczno-antropologicznaz 2011 r. (red. P. Łuczeczko, A. Mica), w której przedstawiciele nauk społecznych dyskutują m.in. z poglądami Singera (Jakubowska-Branicka, 2011) czy J. M. Coetzeego (Trzciński, 2011), a także międzynarodowa konferencja naukowa „Zwierzęta i ich ludzie. Zmierzch antropocentrycznego paradygmatu?”, zaplanowana na 12–14 marca 2014 r. w Warszawie.

[4] Podobnie jak w innych krajach, także w Polsce brakuje wiarygodnych danych dotyczących liczby zwierząt towarzyszących. Dane są albo wyrywkowe, albo (ze zrozumiałych względów) szacunkowe, jak np. te zgromadzone przez Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Mówią one o 6 milionach psów i 8 milionach kotów w polskich domach (Nieckuła, 2009), nie uwzględniają jednak zwierząt bezdomnych i trafiających do schronisk, a tam niepodzielnie królują psy. Różnice są ogromne: w okresie od 1 stycznia 2008 r. do 30 czerwca 2010 r. Naczelna Izba Kontroli skontrolowała wybrane 21 schronisk dla zwierząt, raportując, że w okresie objętym analizą przyjęto do nich prawie 63 tysiące zwierząt, z tego blisko 50 tysięcy bezdomnych psów i prawie 13 tysięcy kotów (NIK, 2011).

[5] Backlashto ostry sprzeciw wobec zmian społecznych. Książka Susan Faludi pod tytułem Backlash. The Undeclared War Against Women (1989) została wydana po polsku jako Reakcja (2013).

[6] Nazewnictwo ras psów w języku polskim jest sprawą skomplikowaną – część nazw została spolszczona, inne nie. Dla zachowania możliwej spójności w niniejszej książce przyjęto nomenklaturę i pisownię propagowane przez Związek Kynologiczny w Polsce.

[7] Komentarze pod ww. artykułem Ja i mój pies czujemy się wykluczeni; pisownia komentarzy oryginalna.

[8] BARF – akronim od ang. Biologically Appropriate Raw Food (Biologicznie Odpowiednia Surowa Dieta).

[9] Warto podkreślić, że środowisko kynologiczne potrafi przeciwstawić się logice rynkowej, organizując zbiórki pieniędzy na leczenie chorych zwierząt, podobnie jak ma to miejsce w przypadku chorych ludzi (a zwłaszcza dzieci). Czasami takie zbiórki stają się swoistym wyrazem szacunku dla konkretnego psa, człowieka czy dla ich wspólnych dokonań, a więc hołdem dla ludzko-psiej relacji postrzeganej jako wyjątkowa. I tak np. autorom znany jest przypadek charytatywnego „bazarku” organizowanego na rzecz umożliwienia terapii czternastoletniej suczki chorej na raka. Suczka była jednym z pierwszych przedstawicieli swojej rasy w Polsce i w ciągu swojego życia odniosła wiele sukcesów sportowych.Szanse na powrót do zdrowia seniorki były praktycznie zerowe, ale mimo wszystko organizatorom udało się zebrać znaczną sumę pieniędzy. Pomoc udzielona przez środowisko sportowe wynikała tutaj przede wszystkim ze zrozumienia działania dyskursu „kocha, więc płaci” i ze świadomości tego, jak bardzo jest on okrutny.

[10] Powyższe wnioski pochodzą z analizy własnej katalogów wystawowych ZKwP przygotowywanych dla corocznej Międzynarodowej Wystawy Psów Rasowych w Warszawie. Katalogi ZKwP nie tylko towarzyszą wystawom, ale zawierają pełną listę zgłoszonych psów, z podziałem na rasy, stanowiąc jedno z nielicznych źródeł informacji na temat preferencji Polaków co do ras. Przykładowe trendy z MWPR w Warszawie: bokser – 46 psów i suk w roku 1998, 21 w 2012; sznaucery olbrzymy i średnie (łącznie) – 66 w 1998, 19 w 2012; chichuahua – 0 w 1998, 92 w 2012; Border Collie – 1 w 1998, 24 w 2012; labrador – 18 w 1998, 76 w 2012.

[11] Oczywiście, rzeczywistość często rozmija się z oczekiwaniami, zwłaszcza jeśli te są wynikiem przedstawień obecnych w popkulturze, o czym doskonale wiedzą szkoleniowcy, którzy pracują potem z agresywnymi Golden Retrieverami, ciągnącymi na smyczy labradorami i bojącymi się głośnych dźwięków Border Collie. Niemniej nie da się zaprzeczyć, że dla przeciętnego Polaka wartość użytkowa (rzeczywista i symboliczna) psa jako stróża zmalała na rzecz jego wartości symbolicznej jako towarzysza i członka rodziny.

[12] O kulturowym uwarunkowaniu preferencji estetycznych świadczą choćby trudności ze znalezieniem domów dla czarnych psów. Przebywające w schroniskach psy o jasnym umaszczeniu mają znacznie większe szanse na znalezienie nowego domu. Fenomen ten jest zwykle określany jako syndrom czarnego psa (Black Dog Syndrome) i został opisany np. przez Amandę Leonard w artykule The Plight of ‘Big Black Dogs’ in American Animal Shelters: Color-Based Canine Discrimination (2011).

[13] Na przykład przed wprowadzeniem pisemnego standardu rasy bulterier zdjęcia, ryciny i obrazy pokazują psy o bardzo różnych głowach walczące z bykami. Głowa obecnego bulteriera jest jajowata w kształcie (brak tzw. stopu), co według autorów wzorca powinno dać psu przewagę w walce z bykiem. Współczesne bulteriery nie walczą jednak z bykami, a psy z przeszłości, które sprawdzały się w tym zadaniu, miały bardzo różne głowy. Tym samym ustalenie pisemnego wzorca rasy przyczyniło się do stworzenia różnicy, która wcześniej nie występowała.

[14] Cytat ze Statutu Związku Kynologicznego w Polsce. Rozdział II, Cele i środki działania Związku, [online:] http://www.zkwp.pl/zg/regulaminy/Statut_ZKwP.pdf [dostęp 12.12.2013].

[15] Pierwszym alternatywnym do ZKwP stowarzyszeniem kynologicznym w Polsce był PKPR (Polski Klub Psa Rasowego), zarejestrowany w 2001 roku.

[16] Ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt. Tekst jednolity z dnia 9.10.2012 r., pobrany z internetowego Systemu Aktów Prawnych w dniu 20.12.2013.

[17] Informacja własna ze strony schroniska, por. [online:] http://www.paluch.org.pl/index.php?do=history&what=3 [dostęp 20.12.2013].

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Pies też człowiek

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Michał Piotr Pręgowski, Justyna Włodarczyk Trzecia Rzeczpospolita Czworonożna: badając psy i ich ludzi we współczesnej Polsce

Michał Piotr Pręgowski Dominacja czy kooperacja, właściciel czy przewodnik? Role psów i ludzi w szkoleniu dawniej i dzisiaj

Agnieszka Orłowska W drodze do wzajemnego zrozumienia, szacunku i zaufania. Zarys historii amatorskiego szkolenia psów w Polsce

Justyna Włodarczyk Strefy kontaktu, strefy władzy. Feministyczna analiza relacji kobiet i psów w sportach kynologicznych w Polsce

***

Justyna Włodarczyk Kto Śni o owcach? Pasterstwo z psami a pastoralizm

Magdalena Dąbrowska Głęboka gra? O wystawach psów rasowych w Polsce

Agnieszka Wojtków Dogoterapia we współczesnej Polsce

Agnieszka Wojtków Strach ma cztery łapy. O kynofobii

***

Michał Piotr Pręgowski Największy, najukochańszy. Ostatnie pożegnania opiekunów z psami

Autorzy

Karta redakcyjna

Recenzje: prof. Magdalena Środa, prof. Iwona Jakubowska-Branicka

Copyright by Wydawnictwo Naukowe Katedra 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone

Wydanie pierwsze

Gdańsk 2014

Projekt okładki: Anna M. Damasiewicz

Grafika na okładce: © Volha Valeyeva | Depositphotos.com

Foto: Magdalena Widłak, Magdalena Gmitrzak, Michał Piotr Pręgowski

ISBN 978-83-63434-69-4

Wydawnictwo Naukowe Katedra

http://wnkatedra.pl

email: redakcja@wnkatedra.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wiedźmin: Szpony i kły EM Włochy północne. Zielony Przewodnik. Wydanie 1 Kambodża i Laos. Zielony Przewodnik. Wydanie 1 Malta. Michelin. Wydanie 1 Kraków i okolice. Travelbook. Wydanie 2 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Przewodnik wędrowca Duchowe życie zwierząt Medyczna Marihuana. Historia hipokryzji Małe wielkie odkrycia Na drugie Stanisław Człowiek. Biografia