Do grobowej deski

Do grobowej deski

Autorzy: Rhys Bowen

Wydawnictwo: Noir sur Blanc

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 392

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 18.20 zł

Kolejna książka o przygodach nieustraszonej Molly Murphy. Molly za wszelką cenę pragnie zostać detektywem i utrzymać firmę swojego zmarłego pracodawcy. Nieustraszona Irlandka angażuje się tym razem w aż dwie sprawy. Jedna z nich dotyczy zaginionej Angielki z arystokratycznej rodziny, druga - kradzieży i oszustwa w szwalni. Wrażliwa na niesprawiedliwość społeczną Molly włącza się również w działania na rzecz poprawy warunków pracy szwaczek i spotyka mężczyznę, który będzie konkurował o jej względy z przystojnym kapitanem nowojorskiej policji Danielem Sulliwanem. Molly wielokrotnie znajdzie się w niebezpieczeństwie, ale odwaga i upór pomogą jej wyjść z niejednej opresji.

Rhys Bowen

DO GROBOWEJ DESKI

Przełożyła

Joanna Orłoś-Supeł

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

4

Tytuł oryginału: FOR THE LOVE OF MIKE

W powieści występują postaci historyczne, lecz jej fabuła jest jedynie fikcją literacką.

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA, ELŻBIETA JAROSZUK

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © 2003 by Rhys Bowen

For the Polish edition

Copyright © 2014, Noir sur Blanc, Warszawa

Wydanie I elektroniczne

Warszawa 2014

ISBN 978-83-7392-478-9

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl

Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

4

Po południu, kiedy Sid i Gus były zajęte przygotowywaniem uczty homarowej, upięłam starannie włosy, poświęcając na ten cel chyba ze dwadzieścia szpilek, potem włożyłam jedyny porządny kapelusz, jaki znalazłam w szafie, i starając się wyglądać profesjonalnie i poważnie, wyruszyłam na spotkanie z panem Maxem Mostelem. Idąc Bowery na południe, a potem skręcając w Canal Street, czułam coraz większe podekscytowanie i ciekawość. Z całą pewnością nie była to szanowana dzielnica domów mieszkalnych – znajdowały się tu przede wszystkim warsztaty, podupadłe bary i gdzieniegdzie obskurne pensjonaty. Do głowy by mi nie przyszło, żeby szukać klientów w takiej okolicy. Pod numerem 438 nie było żadnych mieszkań. Drzwi na parterze stały otworem, a ze środka dobiegały dźwięki młotków i maszyn do szycia. Jakiś człowiek nakładał bejcę na świeżo zrobione krzesło. Zapytałam go o pana Mostela i zostałam skierowana do drugiego wejścia za rogiem, a potem na górę. Wiedziałam już, że idę do biura, nie do mieszkania. Wspięłam się ciemnymi, wąskimi schodami najpierw na pierwsze, potem na drugie piętro; w końcu na trzecim stanęłam przed drzwiami z tabliczką: MOSTEL I KLEIN, MODA DAMSKA. Zapukałam i weszłam do korytarza, w którym przygotowywano paczki z ubraniami. W pomieszczeniu kręcili się pracownicy, nosząc wielkie pudła. Układali je na prymitywnej platformie przy oknie, po czym spuszczali na ulicę. Zapytałam o pana Mostela.

– Jest w biurze. Dwa piętra wyżej. Proszę przejść przez halę główną i znaleźć schody na samym końcu – powiedział jakiś starszy mężczyzna, ocierając pot z twarzy.

Pokonałam więc jeszcze dwie kondygnacje i zatrzymałam się przed zamkniętymi drzwiami. Zapukałam, a kiedy pozwolono mi wejść, ujrzałam przed sobą ciemną salę pełną ciasno ustawionych stanowisk z maszynami do szycia. W równych rzędach siedziały młode dziewczyny i pochylały się każda nad swoim kawałkiem materiału. Widok nie był mi zupełnie obcy. Kiedyś, gdy imałam się każdego zajęcia, jakie wpadło mi w ręce, pracowałam w podobnym miejscu. Nie podobało mi się ani tam, ani tutaj. W pokoju huczało od maszyn. Sto par nóg naciskało na pedały, sto igieł wędrowało w górę i w dół. Przy ścianach jedna na drugiej leżały bele materiałów. Panowała tu straszna duchota, a podłogę pokrywała gruba warstwa kurzu. Kiedy kichnęłam, kilka dziewcząt odwróciło się w moją stronę, popatrzyło przez chwilę, a następnie wróciło do swojej pracy. Odniosłam wrażenie, iż żałują, że oderwały się od swoich zajęć. Nikt nie odezwał się ani słowem, gdy szłam przez salę, ale w końcu usłyszałam za sobą męski głos:

– Hej, a ty dokąd?

Właściciel każdej szwalni na świecie zatrudnia przynajmniej jednego wrednego kierownika, który ma za zadanie siać postrach wśród szwaczek. Ten był blady i wątły, a w oczach miał coś, co bardzo mnie zaniepokoiło. Wydawał się zdecydowanie gorszy niż mój przełożony w szwalni, w której kiedyś pracowałam. Na szczęście nic mi nie mógł zrobić. Spojrzałam wyniośle.

– Zmierzam do biura pana Mostela. Może pan zapytać, czy mnie teraz przyjmie?

– Do biura pana Mostela? Widzę, że panna Ważniacka. Jeśli chodzi o pracę, to ja tu rządzę. Szef nie życzy sobie spotkań ze śmierdziuchami.

– Wykąpałam się dzisiaj rano, więc nie jestem śmierdziuchem – odparłam i usłyszałam, jak dziewczęta, które rozumiały angielski, chichoczą.

– Dzisiaj rano otrzymałam list od pana Mostela. Prosił w nim, bym czym prędzej złożyła mu wizytę.

Już miałam mu wręczyć swoją wizytówkę, ale przypomniałam sobie, że sprawa jest poufna i delikatna. Nie ma potrzeby informować tego obrzydliwego typka i jego podopiecznych, w jakiej sprawie odwiedzam ich szefa.

– Chodź za mną – powiedział. – Ale jeśli będzie wściekły, to nie moja wina.

Poprowadził mnie kolejnymi schodami, omijając slalomem stojące niemal na każdym schodku pudełka z nićmi i tasiemkami. Zapukał do drzwi, a potem otworzył je ostrożnie.

– Panienka do szefa. Podobno dostała od pana list.

Minęłam mężczyznę i weszłam do środka. Biuro było malutkie i zagracone. Na podłodze znów leżały bele materiału. W rogu stał manekin w bluzce z falbanami i czarnej spódnicy. Pan Mostel siedział przy biurku, na którym panował niewyobrażalny bałagan. Był mężczyzną przy kości, o pokaźnych szczękach. Wyraźnie pocił się w trzyczęściowym garniturze. W kąciku ust trzymał cygaro.

– Tak. O co chodzi?

Wręczyłam mu wizytówkę.

– Napisał pan do mnie, więc przyszłam.

Spojrzał na wizytówkę, potem na pomocnika.

– No i czego jeszcze tu stoisz?! – krzyknął z silnym akcentem. – Biegiem na dół, zanim któraś z dziewczyn znów schowa sobie parę metrów mojej wstążki pod spódnicę. Dalej, szybko! Raus! I zamknij za sobą drzwi.

Pomocnik uczynił to z wielkim hałasem. Kiedy zniknął, Max Mostel zmarszczył brwi i bacznie mi się przyjrzał.

– Rzeczywiście napisałem do pani?

Przytaknęłam.

– Panna Murphy. Młodszy partner w firmie Paddy’ego Rileya. Przykro mi, jeśli spodziewał się pan mężczyzny, ale zapewniam, że jestem bardzo skuteczna.

– Nie, nie spodziewałem się mężczyzny – odparł. – Do tego zlecenia potrzebuję kobiety. Pytałem trochę na mieście. Ptaszki ćwierkały, że właśnie pani zajmuje się takimi sprawami. Mam rację?

– Nie wiem, o co konkretnie chodzi, panie Mostel.

– Potrzebuję szpiega. Szpiega, który czegoś się dowie.

– Rozumiem. A czego konkretnie, jeśli mogę wiedzieć?

Pochylił się konfidencjonalnie w moją stronę, mimo że drzwi były zamknięte i nikt nie przysłuchiwał się naszej rozmowie.

– Mamy tu wtyczkę.

Rozejrzałam się po pokoju, niepewna, o czym mówi.

– Wtyczkę? – powtórzyłam.

– Mamy w naszych szeregach zdrajcę, panno Murphy. Sprzedawczyka. Proszę spojrzeć na te projekty. – Wręczył mi katalog otwarty na stronie z rysunkiem długiej gładkiej sukni z wysokim kołnierzem i rozkloszowanym dołem.

– Bardzo ładna – zauważyłam.

– I była w sprzedaży we wszystkich dobrych sklepach już tydzień wcześniej, nim my ukończyliśmy pierwszą partię. Z naszytą metką Lowensteina. Mój wzór! Moja sukienka! Ale cholerna metka jego.

– Jest pan pewien, że to nie pechowy zbieg okoliczności?

Potrząsnął głową tak gwałtownie, że aż zadrgały mu policzki.

– Ukradziono mi ten wzór sprzed nosa! I to nie po raz pierwszy. Panno Murphy, mam wśród pracowników zdrajcę, który jednocześnie pracuje dla Lowensteina. Zdrajcę z lepkimi łapskami, co kradnie moje projekty i potajemnie przekazuje konkurencji, a ta w pośpiechu je kopiuje.

– I chce pan, żebym się dowiedziała, kim jest ta osoba?

– Właśnie tak. Czy kiedykolwiek miała pani do czynienia z przemysłem włókienniczym, panno Murphy?

– Bardzo krótko.

– Ale będzie pani potrafiła obsłużyć maszynę do szycia?

– Jako tako.

– To i tak bez znaczenia. Przyjmiemy panią do nas, przeszkolimy, a kiedy nabierze pani wprawy, poproszę, by podjęła pani pracę u Lowensteina. Będzie pani mieć oko na pracowników w obydwu firmach. Zobaczymy, kto da się złapać na gorącym uczynku.

Kiwnęłam głową.

– Dobrze, niech tak będzie. Kto ma dostęp do pańskich wzorów?

– Niewiele osób. Krawcowe i krojczy widzą je w całości, ale dziewczęta na dole szyją tylko po kawałku, to, co akurat im przydzielimy. Martwią się albo o rękaw, albo o kieszeń czy kołnierzyk. Nigdy nie widzą projektów w całości.

Dotknął czubka nosa.

– Co oczywiście nie znaczy, że jakaś bystra dziewczyna nie mogłaby węszyć, gdyby się postarała. Tylko nie wiem w jaki sposób. Przez większość dnia jestem w biurze. Projekty trzymam w tej szufladzie. A kiedy wychodzę, zawsze zamykam drzwi na klucz.

– Czy na tym piętrze znajduje się tylko pańskie biuro? A pan Klein?

– Pan Klein? – Mostel wydawał się zaskoczony. – Nie żyje, panno Murphy. Nie ma go z nami już dwa lata. Panie świeć nad jego duszą!

– Bardzo mi przykro. Kto w takim razie może zaglądać do pańskiego gabinetu w ciągu dnia?

– Mój zastępca, prawa ręka, ale proszę mi wierzyć, mam do niego całkowite zaufanie. Wzory wykonujemy na zapleczu, w małym pokoiku za biurem, więc nikt nie może strojów zobaczyć, dopóki nie są gotowe. A poza tym jeśli jest problem z pracownicą na dole, to zawsze ja schodzę na salę, dziewczęta nie zaglądają tutaj do biura.

– A kupcy?

– Też ja się do nich fatyguję. Przecież nie mogę im kazać wchodzić na piąte piętro.

– To może ktoś podkrada projekty, gdy wszyscy inni idą do domu?

– Zabieram rysunki ze sobą.

– W takim razie złodziejem jest ktoś, kto przebywa tu za dnia.

Kiwnął głową.

– Taka drobna zagadka, prawda? Panno Murphy, podejmie się pani tego zadania? Postaram się to pani wynagrodzić.

– Ta praca może mi zająć ładnych parę tygodni – odparłam. – Oczekuję wynagrodzenia w wysokości stu dolarów oraz pensji, jaką bym tutaj dostawała za pracę szwaczki.

Położył rękę na piersi.

– Sto dolarów? Panno Murphy, pani ma mi pomóc, a nie doprowadzić mnie do ruiny.

– Zapewniam pana, panie Mostel, że jest to suma, z którą muszą się liczyć moi klienci. Jeśli sądzi pan, że znajdzie się ktoś, kto wykona tę pracę za mniejsze pieniądze... – Wstałam, nie kończąc zdania.

Pan Mostel wzruszył ramionami.

– Cóż, jeśli jest to cena, którą muszę zapłacić, by spać spokojnie, pewnie nie mam wyjścia. Dzieci będą musiały przez parę miesięcy zadowolić się kapuśniakiem i ciemnym chlebem.

– Słyszałam, że kapuśniak to bardzo zdrowa zupa, jeśli się ją odpowiednio doprawi – zauważyłam.

Pan Mostel uśmiechnął się, a cygaro w jego ustach podskoczyło z góry na dół.

– W takim razie umowa stoi, panno Murphy. – Wyciągnął do mnie tłustą dłoń.

Podałam mu swoją.

– Miło mi, panie Mostel. Zabieram się do pracy.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W złotej klatce Milczysz, moja śliczna... Dublin, moja miłość O mój ukochany! Pieniądze to nie wszystko Do grobowej deski 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt