Operacja Pętla

Operacja Pętla

Autorzy: Vladimir Wolff

Wydawnictwo: Ender

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 23.42 zł

Tom II Cyklu Odległe Rubieże. Pierwszy tom Kryptonim Burza.

We wrześniu 1939 roku nie doszło do wojny. Wybuchła ze zdwojoną siłą dopiero dwa lata później, gdy w 1941 roku Związek Radziecki napadł na Polskę. Choć Niemcy nie przyłączyły się do wojny w pierwszej jej fazie, to z ich strony również grozi nam niebezpieczeństwo.

Główna linia obrony na wschodzie nie została jeszcze sforsowana, ale nikt nie potrafi przewidzieć, jak długo wytrzyma obrona, kiedy oba skrzydła sowieckiej ofensywy zacisną się na podobieństwo kleszczy, definitywnie zgniatając wycofujące się oddziały Armii „Wilno” i Armii „Podole”.

Związek Radziecki wysyła na front wciąż nowe eszelony, ale prawdziwy niepokój budzi wzmożony atak Sowietów na Finów i odblokowanie Cieśniny Fińskiej. Ogromna flota pod banderą czerwonej gwiazdy wypływa z Kronsztadu, by odciąć Polskę od dostaw zapewnianych przez zachodnich sojuszników i otworzyć nowy front.

Rozpoczyna się bitwa o Bałtyk.

W ciągu zaledwie kilku ostatnich lat ukształtowała się polska szkoła fikcji militarnej. Cyklem Odległe Rubieże Vladimir Wolff udowadnia, że nie jest już uczniem w tej szkole. Stał się nauczycielem.
- Kamil M. Śmiałkowski, krytyk, publicysta, badacz kultury popularnej

Nareszcie dalszy ciąg wojny z Sowietami! Akcja toczy się nie tylko na lądzie i w powietrzu, ale także na wodach Morza Bałtyckiego. Gratka dla każdego pasjonata drugiej wojny światowej i historii alternatywnej.
- Maciej Szopa, Polska Zbrojna

Kawał dobrej, militarnej literatury ze świetną i wciągającą fabułą. Doskonała inspiracja do poznawania historii.
- Grzegorz Chojnacki, Historia.org.pl

VLADIMIR WOLFF

Operacja Pętla

• Odległe Rubieże •

Copyright © Vladimir Wolff, 2012

Copyright © ENDER Sławomir Brudny, 2012

www.Wolff.warbook.pl

Redakcja i korekta:

Dobry Book

dobrybook@dobrybook.pl

Ilustracje:

Grzegorz Nawrocki

ISBN 978-83-62730-31-5

Wydawca:

ENDER Sławomir Brudny

ul. Bładnicka 65, 43-450 Ustroń

www.enderbook.pl

Redakcja techniczna, plik ePub:

Ilona i Dominik Trzebińscy Du Châteaux

atelier@duchateaux.pl

PROLOG

– Peryskopowa – komandor podporucznik Władysław Salamon, czterdziestoparoletni szczupły mężczyzna, poczekał, aż komenda zostanie powtórzona przez oficera wachtowego.

– Jest peryskopowa – do uszu komandora doszła odpowiedź marynarza obsługującego stery głębokości.

Salamon postąpił krok naprzód, gdy rura peryskopu wyjechała w górę. Przesunął granatową czapkę na tył głowy i chwycił boczne uchwyty w dłonie, jednocześnie przybliżając oczy do osłony okularu. Skierował wizjer najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo, dokonując tym razem pełnego obrotu. Niczego nie zobaczył. Horyzont wydawał się pusty, nie licząc białych postrzępionych chmur odbijających blask zachodzącego słońca i paru mew pikujących za zdobyczą.

– Do wynurzenia.

Po dwunastu godzinach spędzonych w stalowej trumnie załoga potrzebowała łyku świeżego powietrza. Należało przewietrzyć pomieszczenia i podładować akumulatory. Komandor nie lubił nic pozostawiać przypadkowi. W końcu dowodził jednym z dwóch największych okrętów podwodnych, jakimi dysponowała Marynarka Wojenna Rzeczypospolitej Polskiej.

ORP „Sęp” był jednostką bardzo młodą. Do służby wszedł w 1939 roku, zaraz po zwodowaniu w holenderskiej stoczni De Schelde. Długi na 84 metry, szeroki na 6,7 metra, stanowił chlubę eskadry okrętów podwodnych. Wraz z niemal bliźniaczym ORP „Orzeł” potrafił sparaliżować żeglugę na Bałtyku, pod warunkiem oczywiście, że znajdował się w dobrych rękach. Władysław Salamon uważał zatem, że okrętowi się poszczęściło – na lepszego specjalistę nie mógł trafić.

„Sęp” łagodnie wypłynął na powierzchnię, tylko nieznacznie mącąc spokojne wody przy wejściu do Zatoki Fińskiej. Parę mil na południowy wschód stąd znajdowało się wybrzeże sojuszniczej Estonii. Znacznie dalej na północ – Finlandia, a na wprost przed dziobem…

Przez plecy komandora przebiegł dreszcz. Nie wiedział, czy to z chłodu, czy na myśl o przeciwniku przyczajonym na końcu długiego worka, jakim była zatoka. Jak do tej pory intensywne działania wojenne prowadzono jedynie na lądzie – tutaj na morzu wciąż panował złudny spokój.

Od kiedy decyzją Kierownictwa Marynarki Wojennej został wysłany w ten daleki patrol, a nastąpiło to 7 lipca, Salamon był pełen najgorszych przeczuć. Spodziewał się wszystkiego, nawet setek wypływających z Kronsztadu okrętów otoczonych chmarą samolotów. A tu jak do tej pory nic takiego nie nastąpiło. Spokój. Pełen napięcia i fałszywych alarmów, ale jednak spokój. Teoretycznie tylko pozazdrościć. Aktywność Sowietów sprowadzała się do paru patroli powietrznych. Większość floty handlowej podążyła do bezpiecznych portów jeszcze przed wybuchem wojny. Bałtyk przemierzały obecnie tylko nieliczne statki – albo prowadzone przez desperatów, i to bardzo dobrze opłaconych, albo z nie całkiem cywilnymi misjami.

Nawet kiedy tak stał na szczycie potężnego kiosku „Sępa”, gdzie z przodu w kazamacie tkwiło 105-milimetrowe działo, otoczony wachtą z morskimi lornetami przepatrującymi niebo, nie potrafił pozbyć się dławiącego gardło uczucia niepewności. Czekanie nie wiadomo na co wykańczało nie tylko jego. Dotyczyło to całej załogi – od oficerów po zwykłych marynarzy.

– Dym na horyzoncie.

Dłonie same zacisnęły się na lornetce. Spojrzał we wskazanym kierunku. Na tle granatowego nieba smużka dymu ledwie odcinała się ciemniejszą barwą.

– Idzie na zachód.

Jakim cudem wachtowy potrafił to wyczytać, skoro wypatrzył jednostkę zaledwie parę sekund wcześniej?

Kapitan marynarki Justyn Karpiński, zastępca Salamona, przeszedł z prawej strony komandora na lewą, jakby te kilkadziesiąt centymetrów miało jakieś znaczenie. Najwidoczniej jednak miało, bo zaraz orzekł:

– Trochę ponad dwie mile od nas. Trudno powiedzieć, ale nie wygląda na wojenny – Karpiński chrząknął, oczyszczając gardło. – Podejdziemy bliżej?

Skierowane wprost do komandora pytanie zawisło w powietrzu.

Zmrużył oczy i spojrzał ponownie. Dowódca wciąż niewiele widział. Jedynie dym był bardziej intensywny. Niewyraźny kształt pojawił się na chwilę i zaraz znikł. Wyglądało na to, że Karpiński miał rację – to najprawdopodobniej jakiś przybrzeżny tramp. Tylko co robił w takim miejscu, gdzie wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo? Salamon co prawda nie słyszał jak do tej pory o zatopieniu jakiejkolwiek jednostki, jednakże to mogło się bardzo szybko zmienić. Jeśli nie podpłyną bliżej, nigdy się nie dowiedzą, kto zacz.

– Kurs zero-sześć-pięć. Dziesięć węzłów.

Kiedy silniki zwiększyły obroty, dało się odczuć drgania przechodzące przez kadłub „Sępa”. Okręt obrał nowy kierunek łagodnym łukiem, z działem skierowanym w przeciwnika jak grot włóczni. Dziesięć węzłów to ledwie połowa z tego, co potrafił osiągnąć na powierzchni. Jedyne ograniczenie, jakie komandor musiał brać pod uwagę, to konieczność oszczędzania paliwa. Co prawda w razie potrzeby mogli wpłynąć do któregoś z sojuszniczych portów – Helsinek, Tallina czy Rygi – i pewnie nie odmówiono by im pomocy, lecz zdecydowanie wolał tego nie robić. Każde przycumowanie do nabrzeża wystawiało ich na niebezpieczeństwa, którym potrafił stawić czoła. Sytuacja polityczna mogła prędko ulec zmianie. Do tego unieruchomiony stawał się łatwym celem dla bombowców. Nie. Zdecydowanie wolał pozostać, gdzie był, i oszczędnie gospodarować zapasami.

– Przyśpieszył – w głosie Karpińskiego dało się wyczuć napięcie.

Zostali zauważeni, a tramp podjął próbę ucieczki. Szanse miał duże. Jeżeli tylko był szybszy, a to prawdopodobne, mógł się wymknąć i skryć w zapadających ciemnościach.

– Piętnaście węzłów – rzucił Salamon. Nie chciał pozwolić, by mu uszli. Jeśli mają czyste sumienie, nic im nie grozi.

Napięcie udzieliło się wszystkim.

– Zająć stanowiska bojowe – zastępca wyręczył komandora w kolejnym rozkazie.

Z tyłu kiosku ze specjalnej rury wyjechały dwa sprzężone przeciwlotnicze działka kalibru 40 mm. Zawsze to lepsze od karabinów maszynowych i w każdej chwili pozwala dać do zrozumienia, że żarty już dawno się skończyły.

Sylwetka ściganego statku teraz była wyraźnie widoczna. Niewiele dłuższy od „Sępa”. Najwyżej o dwadzieścia metrów. Niskie burty z wyższą dziobnicą i nadbudówką. Mocno przecenili osiągi frachtowca. Płynął najwyżej z prędkością 12 węzłów, odchodząc stopniowo na północ. W końcu ich kursy się przetną, chyba że tamten zatoczy koło i popłynie kursem powrotnym.

– Cała naprzód.

Nie chciał bezsensownie spalać paliwa, ale przy zbyt wolnym podchodzeniu zużyją go o wiele więcej. Pruli teraz gładkie jak stół morze, doganiając uciekiniera.

Salamon w zasadzie nie odrywał wzroku od jednostki. Widział rufę i część lewej burty. Komin frachtowca wyrzucał w powietrze o wiele więcej dymu niż poprzednio. Widać wyciskali z maszyn wszystko.

– Nie ma bandery – zauważył Karpiński.

Faktycznie, nad poobijaną rufą nie powiewała żadna flaga. Nazwę też ciężko było dostrzec spod rdzawych zacieków. Zresztą patrzyli pod dużym kątem, więc i tak stanowiłoby to problem.

– Wejdziemy na pokład? – spytał zastępca.

– Zobaczymy – komandor czemuś nie chciał podejmować decyzji już teraz.

Kolejne minuty upływały w milczeniu. Ucieczka tego cholernika tylko utrudniała sprawę. Zamiast zastopować maszyny i poddać się kontroli, uciekał, niepotrzebnie wymuszając pościg. No chyba że ma coś do ukrycia, wtedy będzie uciekał do upadłego, ale to oznacza tylko jedno – konfrontację.

Byli już całkiem blisko. Można było dostrzec detale konstrukcji. Brakowało natomiast jednego – ludzi.

– Statek widmo – powiedział wachtowy.

– Zauważyłem – odparł Salamon, zły na siebie.

Brak bandery, brak załogi i zapadające ciemności. Wszystko sprzysięgło się przeciw nim.

– Nadać sygnał. Mają wyłączyć maszyny.

Nic. Sygnał świetlny został zignorowany.

– Nie odpowiadają.

– Powtórzyć.

Kolejna sekwencja dłuższych i krótszych znaków nie spotkała się z żadnym odzewem. W tej sytuacji pozostawało niewiele możliwości.

– Wystrzelcie z działa sto metrów przed dziobem i nadajcie komunikat, że jak nie staną, to ich zatopimy.

– Rozkaz.

– Zaraz… – jakaś postać wybiegła ze środka podejrzanego frachtowca i skierowała się w stronę sterówki. Dosłownie sekundy później parę kolejnych osób rozbiegło się po całym pokładzie.

Pozostawało mieć nadzieję, że ich nieźle wystraszył, chociaż… Nie ogarniał wszystkiego, ale nie wyglądało to na chęć opuszczenia statku. Kiedy w końcu znikł jeden z pokrowców przysłaniających dwa sprzężone Maximy i pierwsza seria pocisków poszła w ich stronę, stracił wszelką nadzieję.

Komandor odruchowo przykucnął i skrył się za szybą stanowiącą górną krawędź kiosku. Przeszło obok. Chciał wyprostować plecy i spojrzał do tyłu. Jeden z wachtowych, skulony, szeroko otwartymi ustami gwałtownie chwytał powietrze. Salamon nie usłyszał nawet odgłosu padającego ciała. Po upiornej chwili ciszy wydał rozkaz.

– Ognia!

Marynarz przy działku tylko czekał na komendę. Za pierwszym razem ze zdenerwowania przestrzelił. Obniżył celownik wprost w stanowisko cekaemów. Tym razem wszystko odbyło się zgodnie z założeniami. Maximy i ich obsługa zostali zdmuchnięci. Ogień z ich strony urwał się tak samo niespodziewanie, jak się zaczął.

– Wal w sterówkę.

Marynarzowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Salamon nawet bez lornetki widział, jak z drewnianej nadbudówki pryskały drzazgi. Wszyscy w środku musieli zginąć. Pociski z działek bez problemu rozprułyby pancerz czołgu, a tamtych chroniły tylko deski i farba.

– Komandorze… – Karpiński, który znikł przed chwilą, stał obok, chowając głowę w ramionach. – Ten sukinsyn nadaje wezwanie o pomoc. Radio dopiero teraz złapało ich pasmo. Zaraz możemy spodziewać się towarzystwa.

Przeoczenie tak oczywistego zagrożenia nie świadczyło o nim najlepiej. Pozostawały najwyżej minuty do pojawienia się sowieckich samolotów, a wtedy to oni będą tak bezbronni jak ten wywiadowczy stateczek.

– Do zanurzenia.

Działo jeszcze parę sekund prowadziło ostrzał, zanim umilkło na dobre.

– A co z nim? – kapitan Karpiński wskazał na wciąż wolno płynącego trampa. – Na taki wrak szkoda torped.

– Ma pan rację – Salamon klepnął w ramię zastępcę i skierował się ku zejściu do wnętrza okrętu.

Pierwszy granat „Sępa” trafił tuż nad linią wodną, wybijając sporych rozmiarów dziurę w poszyciu. Drugi już na stałe uciszył wzywającą pomocy radiostację, uśmiercając operatora i kilku marynarzy w pobliżu. Trzeci eksplodował w maszynowni, którą zaczęły zalewać tony wody. Następny był czystą formalnością.

Po niecałych dziesięciu minutach stateczek przechylił się na burtę i zsunął w głąb morza. Z całej 35-osobowej załogi przeżyło dziewięciu marynarzy, którzy w porę opuścili tonącą łajbę na ostatniej sprawnej szalupie.

„Sęp” zszedł pod wodę na pięć minut przed tym, jak para Iliuszynów DB-3 Floty Bałtyckiej przeleciała nad miejscem zdarzenia. Obserwatorzy dostrzegli jedynie łodzie z rozbitkami i trochę pływających szczątków. Informacja o utracie „Komunarda” nie wpłynęła dobrze na samopoczucie dowództwa floty. W końcu to ta jednostka została wysłana z zadaniem monitorowania szlaków żeglugowych przy wyjściu z zatoki oraz sprawdzenia, jak wygląda sytuacja na Wyspach Alandzkich. Głupi przypadek sprawił, że spoczęła na dnie, nie wypełniwszy tego zadania.

CZĘŚĆ 1

Operacja Pętla

• Odległe Rubieże •

Rozdział 1

WARSZAWA

Nikt nie potrafił dać jednoznacznej odpowiedzi, jak długo to potrwa. To znaczy – kiedy oba skrzydła sowieckiej ofensywy zacisną się na podobieństwo kleszczy, definitywnie zgniatając wycofujące się krok po kroku oddziały Armii „Wilno” i Armii „Podole”.

Za każdym razem podczas odpraw u naczelnego wodza rozpatrywano najróżniejsze warianty postępowania – od dalszego odwrotu na zachód po przystąpienie do kontrofensywy. Pomiędzy tymi skrajnościami rozpościerał się cały wachlarz najróżniejszych pomysłów, z których prosta idea jak najdłuższego wytrwania na dotychczasowych pozycjach miała najwięcej zwolenników.

Główna linia obrony wciąż nie została sforsowana. Co prawda na północy Sowieci dochodzili do Obozu Warownego „Wilno”, a na południu widziano ich pod Stryjem, jednak to jeszcze nie był powód, by wpadać w panikę. Najważniejsze, że w pasie działania Armii „Baranowicze” i „Wołyń” sytuacja wyglądała na ustabilizowaną. Przynajmniej na razie.

Niepokój Pełczyńskiego budziło natomiast parę innych spraw – informacje o stopniowym przesuwaniu drugiego rzutu strategicznego napływały ze wszystkich stron i nie ograniczały się wyłącznie do terenów Ukrainy. Tyle samo eszelonów Sowieci skierowali na Smoleńsk i Mińsk, a to oznaczało, że zwiększy się nacisk na skrzydła. Z tego, co wiedział, równie potężne siły rzucono na północ, aby pokonać Finów i odblokować wyjście z Zatoki Fińskiej na szerokie wody Bałtyku.

Wypuszczenie Floty Bałtyckiej to gwarancja odcięcia sojuszników od najszybszej formy pomocy oraz, no właśnie… Brytyjczycy i Francuzi gwarantowali pomoc Polsce tylko pod jednym warunkiem – zabezpieczenia swobodnej żeglugi do Gdyni. Kiedy na horyzoncie pojawią się okręty z czerwoną gwiazdą, transporty z bronią ustaną błyskawicznie. Ani Londyn, ani Paryż nie będą chciały ryzykować utraty cennych statków i porzucą Warszawę już bez żadnych skrupułów. Po drugie, dwuznaczna była postawa Berlina. Niby Niemcy pozostawali na uboczu i deklarowali neutralność wobec tego konfliktu, lecz Pełczyński był pewien, że tylko czekają na okazję. Czy zaatakują w porozumieniu z Sowietami, czy wbrew nim, zależało wyłącznie od rozwoju sytuacji, nie od pryncypiów. Dla generała jedni i drudzy nie odróżniali się od siebie niczym istotnym, co najwyżej paroma drugorzędnymi szczegółami. Jedni głosili walkę klasową, drudzy wojnę rasową i głównie to ich różniło. Kiedy czytał te sterty opracowań, nie potrafił wyjść ze zdumienia, jak można wszystko skomplikować i jak wiele bzdur da się o tym napisać. Intelektualiści, psia ich mać, salonowi wyjadacze. Jak przyjdzie co do czego, to nie uświadczysz takiego w okopie z karabinem czy w ułańskim siodle.

Wysiłkiem woli stłumił przemożną chęć ziewnięcia. Zawsze tak reagował, ilekroć odprawa przeciągała się ponad godzinę. Za to szef Sztabu Głównego generał Wacław Stachiewicz był w swoim żywiole.

– Jestem umiarkowanym optymistą – usłyszał Pełczyński podsumowujące zdanie Stachiewicza. – Jeżeli, podkreślam: jeżeli nie zajdzie nic takiego, co zasadniczo odwróci bieg spraw, to jestem dobrej myśli – podkreślił wcześniejszą opinię.

– A z czego wysuwa pan podobny wniosek? – zapytał naczelny wódz. – Z tego, co wiem, poszczególni dowódcy armii raportują o dramatycznej sytuacji. Już wcześniej sam pan powiedział, że każda nasza wielka jednostka musi sprostać dwóm lub trzem podobnym sowieckim. Generał Pełczyński mówił o znacznie większym nasyceniu bronią maszynową i artylerią dywizji strzeleckich w porównaniu do naszych, a o oddziałach motorowych w ogóle nie ma co wspominać. Zdaje się, że górują nad nami w każdym rodzaju broni oraz liczebnością. Czyż nie tak? – Śmigły popatrzył na szefa II Oddziału.

– Powiem więcej. Nasze kalkulacje okazały się… hm… mocno niedoszacowane. Wiedzieliśmy w ogólnym zarysie, jakie siły są w stanie wystawić. Tymczasem już na chwilę obecną doliczyliśmy się prawie trzysta pięćdziesiąt sformowanych dywizji strzeleckich. W bezpośredniej walce z nami i Finami zaangażowali sto dwadzieścia, sto trzydzieści dywizji, z rezerwą 25–30%. Czyli zaledwie połowę tego, co do tej pory zmobilizowano.

– A jakie ponieśliśmy straty?

– Rozbiliśmy lub zdziesiątkowaliśmy około dwudziestu dywizji lub brygad. Sami straciliśmy o połowę mniej, ale przy takiej dysproporcji sił nie wiem, jak długo jesteśmy w stanie prowadzić działania – powiedział pułkownik Józef Jaklicz, zastępca szefa sztabu.

– Strategia, jaką opracowaliśmy – odparł Stachiewicz – wynika z innych przesłanek. W ostatnim tygodniu widzieliśmy wyraźnie, do czego dążą Sowieci: do jak najszybszego opanowania terenu. Rzucają na przeciwnika masę wojsk, żeby go zmiażdżyć. Panowie, przecież wiecie nie od dziś, że wojny nie da się wygrać w tydzień bądź dwa. Zobaczymy, co będzie się działo za trzy miesiące, jesienią. Przed wojną nasze zasoby określaliśmy jako wystarczające na pół roku prowadzenia działań bojowych. Wiem, że obecnie zużywamy je o wiele szybciej, ale i tak co najmniej do początku października nie musimy się zanadto ograniczać. Przez te cztery miesiące może się wiele wydarzyć.

– Oby miał pan rację – Śmigły przesunął dłonią po łysej, jajowatej głowie. – W takim razie, co z punktu widzenia sztabu jest rzeczą najważniejszą?

– Utrzymanie statyczno-manewrowego charakteru walk. Bronimy się do upadłego i kontratakujemy przy każdej nadarzającej się sposobności z wykorzystaniem związków szybkich.

– Jeżeli mogę… – Pełczyńskiemu nie dawała spokoju myśl o zupełnie odsłoniętej północnej flance. Państwa nadbałtyckie nie zostały jeszcze wciągnięte w wir prowadzonych działań, co dla niego stanowiło zupełne kuriozum – jaki problem przy pomocy niewielkich przecież sił zająć te trzy niewielkie kraje? Wtedy Polacy musieliby się wycofać z otoczonego z trzech stron występu litewskiego. Zagrożone stawały się Suwałki, Augustów i Grodno. Linia frontu przebiegałaby wzdłuż Szczary i Niemna. Przepadało Wilno i wszystko, co na północ od Nowogródka. Zgroza ogarniała go na myśl, jak blisko jest z Grodna do Białegostoku.

– Słuchamy, generale.

– Nie zastanowiło panów, dlaczego Sowieci są tak mało aktywni na północy?

– Wiążą ich Finowie.

– To tylko część wytłumaczenia.

– Sugestie? – poprosił Śmigły.

– No właśnie żadnych. Bardzo nad tym boleję.

– Jeżeli to będzie możliwe, proszę się temu przyjrzeć bliżej.

Przyjrzeć bliżej. Ba, tylko jak? Może i był szefem wywiadu, ale nie cudotwórcą. Referat „Wschód” miał w Leningradzie swoich ludzi, lecz kontakt – i tak bardzo trudny w warunkach wojennych – teraz zanikł zupełnie.

Drugie co do wielkości miasto Rosji aż kusiło bliskością, ale równie dobrze mogło znajdować się na księżycu. Niby na wyciągnięcie ręki, a kompletnie nieosiągalne. Przynajmniej metodami, jakie preferował do tej pory.

Śmigły nie trzymał ich dłużej. Sam wyglądał na zmęczonego. Oficerowie rozeszli się do własnych zajęć. Mieli ich tyle, że nie wiedzieli, w co ręce włożyć. Na dobrą sprawę nie opuszczali pomieszczeń Pałacu Saskiego. Tylko czasami, jadąc do domu, widział, jak Warszawa przygotowuje się do obrony, ale też, że ruch na ulicach chyba się nie zmienił, otwarta była większość lokali i kin. Do stolicy dopiero zaczynała docierać rzesza uchodźców ze wschodu, co powoli przekładało się na jakość życia, w dodatku ceny w sklepach osiągnęły już niebotyczne wysokości. Rząd oczywiście zapowiedział walkę ze spekulanctwem i wszelkiego rodzaju nadużyciami, policja wypisywała mandaty. To wszystko każdy mógł zauważyć. On zaś dodatkowo zdawał sobie sprawę z drugiego krwiobiegu, tętniącego pod powierzchnią normalnego życia. Sam wiedział o kilku siatkach szpiegowskich, jakie w ostatnich tygodniach uaktywniły się w stolicy. Zresztą nie tylko tutaj, bo również i w innych miastach. Pewnie o co najmniej takiej samej liczbie nie wiedział. Do tego dochodzili różnego rodzaju niezadowoleni – nacjonalistycznie nastawieni Ukraińcy, reszta niewyłapanych wcześniej członków Komunistycznej Partii Polski i Kominternu, no i jeszcze jedno… W samej Warszawie mieszkało przeszło trzysta tysięcy Żydów, w przeważającej części lojalnych obywateli, ale ile spośród nich, gnębionych nieustannymi szykanami ONR-u, pójdzie za głosem głoszącym wolność klasową i internacjonalizm? No właśnie, ilu? Kilkuset czy kilka tysięcy zdecyduje się na ruchawkę zainicjowaną przez komunistów? W tej sytuacji wieloetniczne państwo to szczęście i przekleństwo w jednym.

Sporą część czerwonych agitatorów udało się pochwycić. Przejęto tysiące ulotek i setki plakatów wzywających do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Policja i kontrwywiad dwoiły się i troiły, rozbijając kolejne grupy i grupki, ale nie łudził się – przez te sieci przechodziły nawet grube ryby, a co dopiero płotki.

Nie poszedł do siebie. W dyżurce zażądał samochodu i wyszedł przed gmach. Zapalił papierosa. Wysoko na niebie przemknęła para Hurricane’ów i pognała na wschód. Nie ogłoszono alarmu, co jeszcze wcale nie znaczyło, że kilka maszyn bombowych nie przerwało blokady i nie zrzuci ładunków gdzieś na przedmieściach. Na razie panował spokój.

Wsiadł do podstawionego citroëna. Szofer, młody podporucznik w cywilnym ubraniu, ruszył z piskiem opon. Jechali w stronę Piaseczna, gdzie przebywał jeden z więźniów Brześcia. W znośnych warunkach, bo czy był to jeszcze więzień, czy już współpracownik – tego Pełczyński wciąż nie był pewien. Wszystko zależało od uzgodnienia wspólnego zdania. Wiedział, że zarówno on, jak i Rosjanin będą musieli pójść na ustępstwa w wielu kwestiach. Jeżeli zaangażuje się wystarczająco mocno, to w dalszej perspektywie cały układ może ulec zmianie.

Przytrzymał się przedniego fotela, kiedy samochód brał gwałtowny wiraż. Już chciał skarcić kierowcę, ale w końcu machnął ręką. Jeśli jest wolny przejazd, trzeba korzystać. Na miejsce dotarli szybciej, niż się spodziewał. Z szosy skręcili w iglasty las, gdzie w cieniu drzew rozrzucone były poszczególne posesje. Ta, do której zdążali, znajdowała się dobre sto pięćdziesiąt metrów od drogi, ukryta za solidnym murem.

Citroën skręcił i zatrąbił. Bramę otwarto z cichym zgrzytem zawiasów. Dwukondygnacyjny budynek stał w głębi. Zamiast wybrukowanego podjazdu wiódł ku niemu szutrowy trakt.

Wkoło nie widać było ludzi, co Pełczyńskiego ucieszyło. W tłumie zawsze ktoś mógł zwrócić na niego uwagę, a w jego fachu to niepotrzebne. Wysiadł. Dopiero wtedy z wnętrza wyszedł dowodzący placówką oficer.

– Czołem.

– Dzień dobry, panie generale. Proszę – wskazał drzwi do środka.

Pełczyński ruszył długimi krokami. Po schodach wszedł na piętro i skierował się w prawo. Minął krótki korytarz i przystanął dopiero w sporych rozmiarów salonie. Siedzący w fotelu tyłem do niego mężczyzna drgnął i powoli wstał. Przez głowę szefa II Oddziału przeszła myśl, że bardziej pasował do grupy zawodowych zapaśników niż pracowników Głównego Zarządu Wywiadowczego Armii Czerwonej.

Siemion Jefremowicz Tychenko faktycznie znacznie odbiegał wyglądem od obiegowego wizerunku agenta. Był potężny. Do tego łysa, owalna głowa i gładko wygolona twarz z malującym się na niej nieuchwytnym rysem okrucieństwa już na wstępie mówiły o osobowości przywykłej do przemocy. Nawet teraz, ubrany w przykrótką białą koszulę i szare flanelowe spodnie na szelkach, wyglądał na człowieka, który w żadnych okolicznościach nie rozmawia z byle kim. Tyle tylko, że Pełczyńskiego trudno było nazwać byle kim.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu Tychenko rozciągnął usta w uśmiechu i przyjacielsko skinął głową.

– Prawdę mówiąc, nie jesteście mi tak obcy, jak się wam może wydawać – w przeciwieństwie do sylwetki głos miał miły i melodyjny.

– Doprawdy?

– Widziałem was na zdjęciach w czasie odpraw dla wyższych oficerów.

– Czym sobie zasłużyłem na taki zaszczyt?

– Przecież sami wiecie najlepiej – dopiero teraz Rosjanin przysunął się bliżej generała, ale jak do tej pory żaden nie zdecydował się wyciągnąć dłoni na powitanie.

– Usiądźmy – zaproponował Pełczyński.

Spojrzeli na siebie jak dwaj starzy znajomi.

– Doskonale wiecie, w jakim celu się tutaj pofatygowałem…

Tychenko milczał.

– W szkicu, jaki sporządziliście w Brześciu, twierdzicie, że niezadowolenie w szeregach RKKA osiągnęło niespotykane wcześniej rozmiary – sondował Pełczyński.

Tychenko ponownie kiwnął głową, jakby ze wstydem.

– Z tego wysuwacie następny wniosek o słabych fundamentach władzy naczelnej zbudowanej na przymusie, a nie na poczuciu obowiązku – ubrał to w słowa najlepiej, jak potrafił. Nie chciał zrażać pułkownika ostrymi osądami, chociaż same cisnęły mu się na usta.

– Komunizm… – zaczął Rosjanin, międląc przez chwilę słowa – to oszustwo.

– Dobrze powiedziane, tylko jak dotąd nic z tego nie wynika.

– Wiecie, czym się zajmowałem?

Pełczyński przytaknął.

– Jestem w stanie zrobić to samo na Ukrainie czy gdziekolwiek chcecie.

– Jakoś u nas niczym szczególnym się nie wykazaliście – powiedział, patrząc Tychence prosto w oczy.

Ten wytrzymał spojrzenie, tylko jego policzki pokrył delikatny rumieniec.

– Wypadek przy pracy – stwierdził wreszcie.

– Ach tak. A teraz chcecie, byśmy wam zawierzyli i odesłali z powrotem jedynie z mglistymi propozycjami walki partyzanckiej na zapleczu. Sami przyznajcie, że nie wygląda to najlepiej. Wy, wzorowy bolszewik, członek partii, i to nie pierwszy lepszy łach. Chlubna i zaszczytna służba, a na koniec co? – zadał retoryczne pytanie.

– Zawsze najpierw byłem Rosjaninem, dopiero później komunistą.

– Słyszałem to już tyle razy w najróżniejszych wersjach.

– Nie wierzycie mi?

– A wy byście uwierzyli?

Pięść Tychenki z głuchym łomotem wylądowała na blacie stołu, a on sam odpowiedział radosnym śmiechem.

– Zostaliście ujęci podczas nielegalnego przekroczenia granicy jako przywódca grupy zbrojnej mającej na celu… no, mniejsza z tym. Za takie postępowanie jest tylko jedna kara. Sami wiecie, jaka.

– Jakoś nie spieszyliście się z wykonaniem wyroku.

– Nasze państwo nie mści się na biernych wykonawcach czyichś poleceń. Wolelibyśmy uderzyć gdzieś wyżej.

– To jednak mamy wspólne cele – Tychenko założył kciuki za szelki i przekrzywił głowę. – Doskonale nadaję się na narzędzie zemsty.

– W to nie wątpię – wpadł mu w słowo Pełczyński.

– Pozwólcie mi działać. Efekty przerosną najśmielsze marzenia.

– Albo rozwalą was już pierwszego dnia.

– Ryzyko zawodowe.

Generał ściągnął usta w wąską kreskę. Poszło łatwiej, niż się spodziewał. W tej sytuacji ryzykował niewiele. Takich lub podobnych do Tychenki pojmali już kilku. Jeden pułkownik więcej lub mniej nie stanowi różnicy. Nawet jeśli zaraz po przekroczeniu frontu zgłosi się do NKWD czy swoich, najprawdopodobniej zapłaci głową. W najlepszym razie zostanie kolejny raz „nawrócony” i Sowieci spróbują podjąć grę wywiadowczą, ale na zbyt daleko idący udział polskiego wywiadu w tym przedsięwzięciu Pełczyński nie chciał pozwolić. Tychenko i jego ludzie zostaną wyposażeni jedynie w minimalnym stopniu. Na resztę będą musieli zapracować sami. W razie powodzenia zyski zrekompensują jakiekolwiek ewentualne straty.

– Czego będziecie potrzebowali? – zapytał z pozornie znudzoną miną.

– Paru dni i większej swobody.

– Może i dobijemy targu.

Rozmawiali jeszcze godzinę, uzgadniając szczegóły. Plan, który wyłuszczył mu Tychenko, brzmiał bardzo podobnie do tego, który przeczytał w raporcie, ale co innego przeczytać, a co innego usłyszeć.

Na pożegnanie w końcu uścisnęli sobie dłonie.

– Wydam odpowiednie dyspozycje – Pełczyński przebiegł w myślach listę oficerów, którzy nadawali się do tegp zadania, starając się szybko znaleźć najbardziej odpowiedniego. W końcu postanowił zrzucić to na swojego adiutanta. W razie czego będzie miał do niego szybki dostęp. – Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy, więc zawczasu życzę powodzenia.

– Spasiba.

Pełczyński wyszedł z salonu i zszedł na dół, gdzie obsada placówki w osobach pięciu wywiadowców poderwała się na jego widok.

– Spocznij.

Skinął na szefa, kierując się jednocześnie w stronę wyjścia.

– Miejcie na niego oko, kapitanie.

– Oczywiście, panie generale.

– Jeżeli cokolwiek wzbudzi waszą podejrzliwość, proszę meldować – podkreślił na odchodnym. – Niedługo dostaniecie kilku ludzi do pomocy. Macie gdzie ich zakwaterować?

– Poradzimy sobie.

– To dobrze.

Pełczyński wsiadł do samochodu, zerkając na zegarek. Zdecydowanie zmitrężył zbyt dużo czasu. Już powinien być w Warszawie. Zaraz zaczną go szukać, zaniepokojeni przedłużającą się nieobecnością. Niestety, pewnych rzeczy nie dawało się przeskoczyć.

Powrócił w myślach do rozmowy z Tychenką. Czyżby to wszystko sprowadzało się do tak prostej sprawy jak kolektywizacja? Wystarczy rzucić hasło powszechnego uwłaszczenia i już? Chłopi pójdą za każdym, kto odda ziemię zrabowaną przez kołchozy, a robotnicy przejmą fabryki? Żywił co do tego wątpliwości, ale nie zaszkodzi spróbować, zwłaszcza że całą robotę odwalą sami Rosjanie.

Na koniec została ostatnia niewiadoma w tej układance – co porabia Flota Bałtycka i jak się do niej dobrać w razie konieczności. Nad Bałtyk i z powrotem to kawał drogi, a on chciał wszystko wiedzieć natychmiast. Jedyny sposób to samolot. Szybki zwiad. Teraz wylot, a za parę godzin raport i zdjęcia na biurku. Będzie musiał pomówić z Kalkusem. Sukces pod Kijowem nie przeszedł bez echa, chociaż zrobiono wiele, by go nie nagłaśniać. Mosquito okazały się idealną bronią odwetową – szybkie i o ogromnym zasięgu – dlatego dowództwo lotnictwa nie będzie chyba miało obiekcji przed wypożyczeniem jednej lub dwóch maszyn na planowaną akcję. Idealne rozwiązanie to takie, w którym nie musiałby nikogo prosić i sam dysponował odpowiednimi środkami.

Jak okoliczności pozwolą, pomyśli i o tym.

Rozdział 2

MOSKWA

Josif Wissarionowicz nabił fajkę starannymi, oszczędnymi ruchami i w końcu pstryknął zapałką, którą niespiesznie przytknął do cybucha. Wciągnął dym do płuc i wypuścił otwartymi ustami. Kiwnął dłonią raz i drugi, chcąc zgasić zapałkę. Cholerstwo jak na złość paliło się dalej. Ponowił próbę. Wreszcie wciąż płonące drewienko wylądowało w popielniczce.

Kto zrobił to dziadostwo i kogo trzeba będzie ukarać – ministra przemysłu czy wystarczy tego kmiotka zajmującego się lasami? A może bezpośredniego winowajcę: dyrektora zakładów zapałczanych? Ich przyszłość zawisła na cieniutkim włosku. Na szczęście nikt z zasiadających przy stole narkomów nie zdobył się nawet na cień uśmiechu. Wszyscy mieli miny jak na pogrzebie. Tym szczególnym, bo własnym.

– No, Siemionie, co macie do powiedzenia?

Ludowy komisarz obrony Siemion Konstantynowicz Timoszenko nieznacznie uniósł głowę do góry.

– Dysponujemy jakimś planem, który przełamie impas i pchnie nasze dywizje do przodu? – ciągnął niezrażony. Nie lubił tchórzy, więc lepiej jak Timoszenko nie da pretekstu do zdjęcia go ze stanowiska i wysłania na pierwszą linię w celu odpokutowania przewin. Narkoma ratowało jedno – w poprzedniej wojnie był dowódcą dywizji w Armii Konnej, co zostawiało mu pewne pole manewru. Niewielkie, ale jednak.

Ludowy komisarz wyglądał na spokojnego, ba – wręcz rozluźnionego.

– Myślałem nad tym od dawna, towarzyszu Stalin – zaczął z delikatnym patosem. – Nie widzę potrzeby przebijania się przez linie umocnień Polaków, skoro dysponujemy wystarczającymi silami nie tylko do obejścia obrony, ale również do ataku na głębokim zapleczu. Pytaniem pozostaje skala operacji, jaką chcemy zrealizować.

Stalin wypuścił dym przez nos dwoma strumieniami, przez co wyglądał jak rozwścieczony byk. Prawą rękę z fajką oparł o podłokietnik i wbił nieruchome spojrzenie w Timoszenkę.

– Czym teraz nas zaskoczycie?

Wszyscy jeszcze mieli świeżo w pamięci fiasko operacji powietrznodesantowej. Stracili cały korpus. Pal go licho, było takich kilka, ale przy okazji długo przygotowywana ofensywa poniosła sromotną klęskę. Wytracono najlepsze jednostki i wiele sprzętu. Efekt okazał się katastrofalny. Zamiast atakować Lwów, RKKA została odepchnięta na wschód. Jeżeli teraz Timoszenko wyjedzie z czymś podobnym, skończy jak ten od zapałek.

– Słuchamy uważnie.

– Konsultowałem sprawę z admirałem Władimirem Tribucem. Otóż twierdzi on, że przy obecnym układzie sił jesteśmy w stanie wyprowadzić flotę z Zatoki Fińskiej i wraz z silnym konwojem doprowadzić ją… hmm – w tym momencie narkom zakrztusił się śliną.

– Chcecie wylądować na polskim wybrzeżu – Stalin był pod wrażeniem. – Odważne.

– Myśleliśmy raczej o Windawie lub Lipawie. Atakując od tyłu, zmusimy Polaków do cofnięcia się i skrócenia frontu. Już samo ryzyko takiego uderzenia skłoni Warszawę do większej ostrożności. W końcu i tak Litwa czy Łotwa nie przetrzymają długo bez ich pomocy. Estonię zgnieciemy w jeden, góra dwa dni.

Prawdę mówiąc, plan nie był nowy. Jaki pożytek z floty, która rdzewiała przy nabrzeżu. Należało znaleźć dla jakieś uzasadnienie dla jej istnienia. Timoszenko wiedział, że uderzył w czuły punkt Stalina. Nakłady i środki, jakie przeznaczano na marynarkę wojenną, przedstawiały się jak zwykle imponująco. No, przecież tysiące pojazdów pancernych i samolotów to tylko część tego, co chciano wystawić. W siłach morskich i oceanicznych widziano miejsce dla dwóch lotniskowców (a co!), szesnastu pancerników z artylerią główną 406 mm typu Sawietskij Sajuz oraz kolejnych szesnastu krążowników liniowych, dwudziestu ośmiu krążowników, dwudziestu dużych niszczycieli, zwanych liderami i stu czterdziestu zwykłych niszczycieli. Wspomóc je miało przeszło czterysta okrętów podwodnych. To wszystko chciano wodować jeszcze przed 1946 rokiem. Wcześniej po prostu nie było takiej konieczności, ale kiedy chce się zanieść płomień rewolucji w najdalsze zakątki globu, to najlepiej tam wygodnie dopłynąć, a dopiero później stoczyć bitwę, jeżeli to w ogóle będzie konieczne.

Nawet to, czym dysponowali już obecnie, nie wyglądało źle. Przy odpowiednim kierownictwie zrobią swoje. Od polskiego wybrzeża dzieliła ich odległość około pięciuset mil. Do Kłajpedy czy Rygi było znacznie bliżej. Żadne z państw nadbałtyckich, a nawet Finlandia, nie dysponowało dużym potencjałem morskim. Ich siły przedstawiały się symbolicznie, a tych parę polskich okręcików potopią pułki lotnicze Floty Bałtyckiej. Marynarze też w końcu muszą przejść chrzest bojowy. Nie mogą ciągle siedzieć zamknięci pod pokładami, bo wszystko skończy się podobnie jak podczas ostatniej wojny w marynarce Niemiec. Zresztą, co tam buntujący się Niemcy. Przykład Kronsztadu z 1921 roku działał na wyobraźnię do dziś. Co tu dużo mówić, plan wyglądał na śmiały i zarazem prosty. Nie szkodzi spróbować.

– Kiedy chcecie zacząć?

– Potrzebujemy jeszcze tylko paru dni na uzgodnienie ostatnich szczegółów – odparł Timoszenko pewnym siebie głosem.

Stalin wycelował w niego ustnik fajki.

– Lepiej, jak tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

CZĘŚĆ 2

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Nota autorska

Bibliografia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Władcy chaosu Rozpoznanie bojem Pierwsze starcie Łódź Charona Punkt zwrotny - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Punkt zwrotny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie Wielka Księga Armii Krajowej