Odmieniec

Odmieniec

Autorzy: Philippa Gregory

Wydawnictwo: Egmont

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 288

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 18.00 zł

Siedemnastoletnia Izolda zostaje zamknięta w klasztorze, aby nie mogła dochodzić swoich praw do spadku po zmarłym ojcu. Kiedy zakonnice, nad którymi sprawuje pieczę jako przełożona, zaczynają lunatykować i zdradzać oznaki obłędu, do opactwa Lucretili przybywa młody nowicjusz Luca Vero, by na polecenie samego papieża wyjaśnić sprawę. Luca i Izolda, zmuszeni stawić czoło największym lękom świata średniowiecznego - czarnej magii, wilkołakom, szaleństwu - rozpoczynają poszukiwania prawdy, swojego przeznaczenia, a także miłości. Pierwszy tom najnowszej serii autorki Kochanic króla.

Tytuł oryginału: Changeling

Text copyright © 2012 by Philippa Gregory

Published by arrangement with Simon & Schuster UK Ltd

1st Floor, 222 Gray’s Inn Road, London, WC1X 8HB

A CBS Company

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system without permission in writing from the Publisher.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2013

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Agnieszka Sprycha, Joanna Egert-Romanowska

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska, kb-design@o2.pl

Zdjęcia na okładce: © Arcangel-Images

Zdjęcie autorki na tylnym skrzydełku okładki: © Johnny Ring, 2011

Koordynacja produkcji: Małgorzata Wnuk

Wydawca prowadzący: Agnieszka Betlejewska

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2013

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-237-7702-1

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

ZAMEK ŚWIĘTEGO ANIOŁA

RZYM, CZERWIEC 1453

Obudziło go łomotanie do drzwi, niczym wystrzał przy uchu. Półprzytomnie namacał sztylet pod poduszką i skoczył bosymi stopami na lodowatą podłogę kamiennej celi. Śnili mu się rodzice i dom; zacisnął zęby, żeby nie poczuć codziennego rozdzierającego bólu z powodu utraty wszystkiego: gospodarstwa, matki, dawnego życia.

Łomot znów wstrząsnął drzwiami; ostrożnie je uchylił, kryjąc sztylet za plecami, i wyjrzał przez szparę. Za progiem stał ktoś w ciemnym kapturze, w towarzystwie dwóch barczystych mężczyzn z pochodniami. Jeden uniósł pochodnię tak wysoko, że jej światło padło na niego – szczupłego, ciemnowłosego chłopca, nagiego do pasa, ubranego tylko w spodnie. Jego orzechowe oczy błysnęły spod czarnej grzywki. Miał jakieś siedemnaście lat i jeszcze dziecięcą twarz, lecz ciało młodzieńca, ukształtowane ciężką pracą.

– Luca Vero?

– Tak.

– Masz iść ze mną.

Chłopak stał, niezdecydowany.

– Nie bądź głupi. Nas trzech, ty jeden. A ten sztylet, który chowasz za plecami, na nic ci się nie przyda.

– To rozkaz – dodał szorstko drugi mężczyzna. – Nie prośba. Przysiągłeś posłuszeństwo.

Luca złożył śluby posłuszeństwa swojemu klasztorowi, nie tym obcym, ale został wydalony i wyglądało na to, że teraz musiał słuchać każdego, kto rzucił mu rozkaz. Podszedł do łóżka, usiadł, by wciągnąć buty, schował sztylet do pochwy z miękkiej skóry, włożył lnianą koszulę i narzucił na ramiona podartą wełnianą pelerynę.

– Kim jesteście? – spytał, z ociąganiem idąc ku drzwiom.

Mężczyzna odwrócił się bez słowa i ruszył przed siebie. Dwaj strażnicy spokojnie zaczekali w korytarzu, aż Luca wyjdzie z celi.

– Dokąd mnie zabieracie?

Strażnicy szli za nim w milczeniu. Luca chciał spytać, czy został aresztowany, czy prowadzą go na egzekucję, ale nie zdobył się na odwagę. Bał się samego pytania, a jeszcze bardziej – odpowiedzi. Spocił się ze strachu, choć było lodowato, a od kamiennych murów biło chłodem i wilgocią.

Wiedział, że napytał sobie kłopotów jak jeszcze nigdy dotąd. Zaledwie wczoraj czterech mężczyzn w ciemnych kapturach bez słowa wyjaśnienia zabrało go z klasztoru i przywiodło tutaj. Nie wiedział, gdzie się znalazł ani kto go aresztował. Nie wiedział, jakie zarzuty mu postawią. Nie wiedział, jakiej kary się spodziewać: bicia, tortur czy śmierci.

– Chcę się widzieć z księdzem, pragnę się wyspowiadać… – wyjąkał.

Mężczyźni nie zwracali na niego uwagi. Pędzili go wąskim kamiennym korytarzem. Wszędzie panowała cisza, drzwi cel po obu stronach były zamknięte. Nie wiedział, czy jest w więzieniu, czy w klasztorze, zimnym i cichym. Minęła północ i budynek trwał w ciszy i ciemności. Strażnicy Luki szli bezszelestnie po kamiennych schodach prowadzących do wielkiego holu, a potem po mniejszych, kręconych, w coraz gęstszy mrok, coraz większy chłód.

– Chcę wiedzieć, dokąd mnie prowadzicie – rzucił Luca głosem drżącym ze strachu.

Nikt mu nie odpowiedział, ale strażnik idący za nim nieco się zbliżył.

U stóp schodów Luca ujrzał niskie łukowate wejście z masywnymi drewnianymi drzwiami. Mężczyzna idący z przodu otworzył je wyjętym z kieszeni kluczem i wskazał Luce, by wszedł do środka. Kiedy ten się zawahał, stojący z tyłu strażnik po prostu naparł na niego całym swoim ciężarem.

– Nalegam… – wykrztusił Luca.

Mocny kuksaniec pchnął go do przodu; Luca w ostatniej chwili zatrzymał się na skraju wysokiego, wąskiego nabrzeża. Daleko w dole na falach rzeki kołysała się łódka; drugi brzeg ginął we mgle. Chłopak cofnął się gwałtownie. Nagle przeraził się, że mężczyźni chcą go rzucić na kamienie w dole, zamiast tracić czas na prowadzenie po stromych schodkach do łodzi.

Mężczyzna idący przodem zszedł lekko po mokrych stopniach, wskoczył do łodzi i mruknął coś do przewoźnika, który stał przy sterze i sprawnymi ruchami jednego wiosła stawiał opór rwącemu nurtowi gotowemu ponieść łódź. Potem spojrzał na przystojnego, bladego młodzieńca.

– Schodź! – rozkazał.

Luca nie miał wyboru; zszedł w ślad za mężczyzną po śliskich stopniach, wgramolił się do łodzi i usiadł na dziobie. Przewoźnik nie czekał na strażników; obrócił łódź na środku rzeki i pozwolił jej płynąć z prądem wzdłuż miejskich murów. Luca zerknął w mroczną wodę. Gdyby skoczył za burtę, nurt poniósłby go w dół rzeki. Być może zdołałby się utrzymać na powierzchni i uciec. Jednak woda była tak rwąca, że prędzej by w niej utonął – o ile przewoźnik nie dogoniłby go łodzią i nie ogłuszył wiosłem.

– Panie – odezwał się, usiłując zachować godność – czy teraz zechcesz mi powiedzieć, dokąd się udajemy?

– Wkrótce się dowiesz – padła krótka odpowiedź.

Rzeka otaczała Rzym niczym rozległa fosa. Przewoźnik trzymał się blisko miejskich murów, by z góry nie dostrzegli ich strażnicy. Potem Luca ujrzał przed sobą zarysy kamiennego mostu, a tuż przed nim łukowatą bramę w murze, zamkniętą żelazną kratą. Gdy się zbliżyli, krata uniosła się bezszelestnie, a przewoźnik jednym wprawnym ruchem wiosła wprowadził łódź do oświetlonej pochodniami piwnicy.

Luca, któremu serce zamarło ze strachu, pożałował, że nie skoczył do rzeki. Czekał na niego tuzin ponurych mężczyzn, którzy – gdy przewoźnik unieruchomił łódkę, chwytając się wytartego żelaznego pierścienia na ścianie – złapali Lucę, wyciągnęli go z łodzi i powlekli wąskim korytarzem. Raczej poczuł, niż zobaczył, masywne kamienne ściany i gładkie deski podłogi pod stopami. Uszy wypełniał mu jego własny, urywany oddech. Mężczyźni zatrzymali się przed drzwiami z grubych desek. Jeden z nich stuknął w nie – tylko raz – i zaczekał na odpowiedź.

Zza drzwi dobiegł ich głos:

– Wejść!

Strażnik otworzył drzwi i wepchnął więźnia do środka. Luca stanął z łomoczącym sercem, oślepiony nagłym blaskiem dziesiątków woskowych świec. Drzwi cicho zamknęły się za jego plecami.

Przy stole pełnym papierów siedział mężczyzna. Miał na sobie szatę z grubego aksamitu, w tak ciemnym odcieniu granatu, że wydawała się niemal czarna. Kaptur ukrywał jego twarz przed oczami Luki, który z trudem przełknął ślinę. Zdecydował, że cokolwiek się stanie, nie będzie błagać o życie. Znajdzie w sobie odwagę, by stawić czoła losowi. Nie zhańbi siebie ani swojego twardego, niewzruszonego ojca, płacząc jak dziewczyna.

– Zastanawiasz się pewnie, dlaczego się tu znalazłeś, gdzie jesteś i kogo masz przed sobą – odezwał się mężczyzna. – Wyjaśnię ci to. Ale najpierw musisz odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Czy to jasne?

Luca skinął głową.

– Nie wolno ci skłamać. Twoje życie wisi na włosku, a nie wiesz, jakie odpowiedzi mi się spodobają. Mów prawdę; byłbyś głupcem, żeby umrzeć za kłamstwo.

Chłopak usiłował przytaknąć, ale zbyt gwałtownie drżał.

– Jesteś Luca Vero, nowicjusz z klasztoru Świętego Ksawerego. Wstąpiłeś do niego jako jedenastolatek. Trzy lata temu, mając czternaście lat, straciłeś rodziców.

– Moi rodzice zniknęli – sprostował Luca. Odkaszlnął. – Możliwe, że wcale nie zginęli. Porwali ich Osmanowie, lecz nikt nie widział ich zabitych. Nie wiadomo, gdzie teraz są, ale mam nadzieję, że żyją.

Inkwizytor zanotował coś na leżącej przed nim kartce. Luca patrzył na czubek czarnego pióra, sunącego po papierze.

– Masz nadzieję – powtórzył mężczyzna. – Masz nadzieję, że żyją i wrócą do ciebie. – Mówił takim tonem, jakby uważał nadzieję za największe szaleństwo.

– Tak.

– Wychowany przez braci, złożyłeś śluby, a jednak poszedłeś do swojego spowiednika, a potem do opata i powiedziałeś, że relikwia, którą przechowują w klasztorze, gwóźdź z Krzyża Świętego, nie jest autentyczna.

Monotonny głos brzmiał oskarżycielsko. Luca wiedział, że dopuścił się herezji. Wiedział także, że jedyną karą za herezję jest śmierć.

– Ja nie chciałem…

– Dlaczego tak powiedziałeś?

Luca patrzył na swoje buty, na posadzkę z ciemnego drewna, na ciężki stół, na pobielone ściany – wszędzie, byle nie na kryjącą się w cieniu twarz inkwizytora.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trzy siostry, trzy królowe Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej Klątwa Tudorów Biała księżniczka Złoto głupców. Zakon ciemności Krucjata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę