Błękitny zamek

Błękitny zamek

Autorzy: Lucy Montgomery

Wydawnictwo: Egmont

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 280

Cena książki papierowej: 24.99 zł

cena od: 11.64 zł

Valancy Stirling ma trudne życie. W wieku dwudziestu dziewięciu lat ciągle mieszka z matką i ciotką, które traktują ją jak dziecko. Reszta krewnych dokucza jej z powodu staropanieństwa. Przed szarą rzeczywistością dziewczyna ucieka w świat fantazji - tam, w Błękitnym Zamku, adorują ją najprzystojniejsi rycerze.

Pewnego dnia Valancy dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora. Wtedy postanawia zwalczyć nieśmiałość i zacząć żyć pełnią życia. Czy uda jej się usamodzielnić? Czy przeżyje szaloną przygodę rodem z powieści jej ulubionego autora? I czy odnajdzie miłość?

Niezwykła opowieść o sile charakteru, którą każdy może w sobie odkryć.

Błękitny Zamek po raz pierwszy ukazał się w 1926 roku, ale pełnego polskiego wydania doczekał dopiero blisko siedemdziesiąt lat później. Nakładem Wydawnictwa Egmont książka ukazuje się w tłumaczeniu nieskróconym, wiernym oryginałowi.

Tytuł oryginału: The Blue Castle

© Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Tłumaczenie: Joanna Kazimierczyk

Redakcja: Justyna Żebrowska

Korekta: Agnieszka Sprycha

Projekt graficzny serii i okładki: Agnieszka Kucharz-Gulis

Zdjęcia na okładce: © Shutterstock

Koordynacja produkcji: Jolanta Powierża

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie drugie, Warszawa 2013

Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-281-0005-3

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

1

GDYBY PEWNEGO MAJOWEGO ranka nie padał ulewny deszcz, życie Valancy Stirling potoczyłoby się zupełnie inaczej. Poszłaby na rodzinny piknik z okazji rocznicy zaręczyn ciotki Wellington, a doktor Trent pojechałby do Montrealu. Jednakże deszcz padał i dlatego zdarzyło się to, co się zdarzyło.

Valancy obudziła się wcześnie, tuż przed świtem. Nie spała zresztą dobrze. Nic w tym dziwnego, zważywszy, że nazajutrz miała skończyć dwadzieścia dziewięć lat i nie wyszła dotąd za mąż. W jej środowisku niezamężne były tylko te panny, którym nie udało się złapać męża.

Deerwood i Stirlingowie już dawno skazali Valancy na beznadziejność staropanieństwa. Ona jednak nigdy nie wyzbyła się wstydliwej nadziei, że na jej drodze pojawi się romantyczna miłość. Nigdy, aż do tego okropnego ranka, gdy uświadomiła sobie, że ma dwadzieścia dziewięć lat i żaden mężczyzna nie zabiegał o jej względy.

To właśnie doskwierało najbardziej. Valancy nie bolała zbytnio nad samym staropanieństwem. Ostatecznie, myślała, bycie starą panną jest mimo wszystko lepsze niż bycie żoną stryja Wellingtona, stryja Beniamina czy nawet stryja Herberta. Ból sprawiało to, że nigdy nie miała szansy na coś innego. Żaden mężczyzna nie okazał jej zainteresowania…

I teraz, gdy leżała w półmroku poranka, poczuła łzy w oczach. Nie mogła wypłakać się tak, jak by chciała, z dwóch powodów. Obawiała się, że płacz wywoła znowu bóle w okolicy serca – doznała ich, kładąc się do łóżka, i były silniejsze niż poprzednio. Nie chciała również, żeby przy śniadaniu matka zauważyła zaczerwienione oczy i zarzuciła ją gradem drobiazgowych i natarczywych pytań.

Przypuśćmy – pomyślała Valancy, uśmiechając się ponuro – że powiedziałabym prawdę: Płaczę, bo nie mogę wyjść za mąż. Mama byłaby zgorszona, chociaż nie ma dnia, by nie wstydziła się córki starej panny.

Ale oczywiście pozory muszą być zachowane. Valancy natychmiast usłyszałaby stanowczy głos matki stwierdzający, że „pannie nie przystoi myśleć o mężczyznach”. Wyobrażając to sobie, roześmiała się; miała bowiem duże poczucie humoru, choć jego istnienia nikt z klanu nie podejrzewał. Dla ścisłości trzeba dodać, iż było w niej wiele cech, których nikt nie podejrzewał… Ale teraz śmiech był wymuszony i pozbawiony wesołości. Po chwili znowu leżała skulona, przysłuchując się ulewie i patrząc z odrazą na zimne bezlitosne światło, powoli przenikające do ponurego i brzydkiego pokoju.

Brzydotę tę znała na pamięć – znała i szczerze nienawidziła. Nie cierpiała żółtej podłogi z ohydnym szydełkowym dywanikiem przy łóżku, ozdobionym groteskowym wizerunkiem psa, który uśmiechał się do niej zawsze, gdy tylko otwierała oczy; spłowiałych brunatnych tapet, sufitu z zaciekami, wąskiej wyszczerbionej umywalki, lambrekinu* z brązowego papieru w purpurowe róże, upstrzonego plamami i pękniętego starego lustra nad stolikiem służącym za toaletkę; pudełka oklejonego muszlami, wykonanego przez kuzynkę Stickles w latach jej mitycznego dzieciństwa, twardego żółtego krzesła; spłowiałego napisu wyszytego kolorową nicią wokół fotografii prababki Stirling głoszącego – „odeszli, ale są w pamięci”; starych fotografii dawno temu usuniętych z pokojów na dole. Tylko na dwóch nie było kogoś z rodziny. Stary dagerotyp przedstawiał psiaka siedzącego na ganku, a na sporego formatu portrecie, podarowanym jej w przystępie szczodrości przez ciotkę Wellington na dziewiąte urodziny, po schodach schodziła księżna Louise. Przez dziewiętnaście lat Valancy patrzyła z nienawiścią na piękną, pewną siebie księżnę. Nigdy jednak nie odważyła się zniszczyć wizerunku czy zdjąć go ze ściany. Matka i kuzynka Stickles byłyby wstrząśnięte, lub – jak to mniej delikatnie określiła w myśli Valancy – trafiłby je szlag.

Wszystkie pokoje w domu były brzydkie, ale na parterze dbano przynajmniej o pozory. Na umeblowanie pokoi, których nikt nie oglądał, brakowało pieniędzy. Valancy zdawała sobie sprawę, że mogłaby coś zrobić sama, nawet bez pieniędzy, gdyby tylko jej pozwolono. Lecz matka odrzucała z miejsca najbardziej nieśmiałe sugestie, ona zaś nie nalegała. Matka nie znosiła opozycji i długo chodziłaby naburmuszona, w pozie obrażonej królowej. Jedno Valancy lubiła w swym pokoju – w nocy była w nim sama i mogła popłakać, jeśli miała ochotę. Poza tym cóż znaczyła brzydota pokoju, skoro używało się go wyłącznie do spania i ubierania? Nie wolno jej było pozostawać w nim w innym celu. Zdaniem pani Fryderykowej Stirling i kuzynki Stickles, osoby szukające samotności miały jakieś niecne zamiary. Tylko pokój w Błękitnym Zamku był taki, jaki być powinien.

Valancy, tak stłamszona i zastraszona, ganiona i wyśmiewana w rzeczywistości, doskonale dawała sobie radę w świecie marzeń. Nikt z klanu Stirlingów tego nie podejrzewał, a już najmniej matka i kuzynka Stickles. Nie miały pojęcia, że Valancy mieszka w dwóch domach: w przebrzydłym budynku z czerwonej cegły przy Elm Street i w Błękitnym Zamku w Hiszpanii. Zbudowała go sobie jako całkiem mała dziewczynka. Wystarczyło, by zamknęła oczy, a widziała bardzo wyraźnie wieżyczki, chorągiewki i porośnięte sosnami wzniesienie, otulone w delikatny błękit. W tym zamku wszystko było wspaniałe i piękne. Królewskie klejnoty, stroje z księżycowej poświaty i słonecznego blasku, sofy zdobne różami i złotem, długie pasma marmurowych schodów z wielkimi białymi urnami po bokach, dziedzińce z szeregami kolumn i delikatnie szemrzącymi fontannami, słowiki śpiewające wśród cyprysów, lustrzane sale pełne urodziwych rycerzy i dam, wśród których ona jest najpiękniejsza i mężczyźni gotowi są oddać życie za jedno jej spojrzenie.

Marzenia pomagały znieść otaczającą nudę i dawały nadzieję na przetrwanie nocy. Większość Stirlingów, jeśli nie wszyscy, umarłaby z przerażenia, gdyby wiedzieli choć o połowie tych rzeczy, które Valancy robiła w Błękitnym Zamku.

Przede wszystkim miała w nim kilku kochanków. Oczywiście tylko po jednym naraz! Każdy z nich zalecał się zgodnie z romantycznym rytuałem rycerskiego wieku i zdobywał ją po długim staraniu i wielu odważnych czynach, a potem poślubiał z całą pompą w wielkiej, obwieszonej sztandarami kaplicy Błękitnego Zamku.

Kiedy skończyła dwanaście lat, ukochanym był chłopiec o złocistych lokach i błękitnych jak niebo oczach. Gdy miała lat piętnaście – został nim młodzieniec ciemnowłosy, wysoki i bladolicy, ale niezmiernie urodziwy. W wieku dwudziestu pięciu lat marzyła o kimś z mocno zarysowanym profilem, nieco posępnym, o twarzy bardziej naznaczonej życiem niż pięknej. Trzeba dodać, że w Błękitnym Zamku Valancy nigdy nie przekroczyła dwudziestego piątego roku życia. Ostatnio, zupełnie od niedawna, wybraniec serca miał rudawe włosy, kapryśny uśmiech i tajemniczą przeszłość.

Nie należy sądzić, że Valancy pozbywała się ukochanych w jakiś brutalny sposób. Nie – po prostu z nich wyrastała. Gdy nastawał nowy, poprzednik rozpływał się we mgle. Pod tym względem sprawy w Błękitnych Zamkach układają się bardzo praktycznie.

Jednakże tego ranka, który przesądził o jej losie, nie mogła znaleźć klucza do Zamku. Rzeczywistość przytłaczała zbyt silnie, następowała na pięty jak natrętny psiak. Valancy miała dwadzieścia dziewięć lat. Samotna, niechciana, brzydka, jedyna nieładna dziewczyna w dumnej z urody rodzinie. Odkąd tylko pamiętała, jej życie było banalne i bezbarwne, pozbawione urozmaiceń. Gdy wybiegała myślą w przyszłość, nic nie zapowiadało zmiany. Gorzka jest chwila, kiedy kobieta uświadamia sobie, że nie ma miłości, obowiązku, celu ani nadziei.

A ja muszę żyć dalej, bo nie mogę przestać. A jeśli dożyję osiemdziesiątki? – pomyślała Valancy i ogarnęła ją panika. – Jesteśmy strasznie długowieczni. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.

Była zadowolona, że pada deszcz, więcej – była szalenie zadowolona. Nie dojdzie bowiem do rocznicowego pikniku. A ostatnimi laty owa tradycyjna rodzinna uroczystość stała się dla Valancy prawdziwym koszmarem. Przez złośliwy zbieg okoliczności na ten dzień przypadały jej urodziny i odkąd skończyła dwadzieścia pięć lat, nie pozwalano jej o tym zapomnieć.

Jakkolwiek serdecznie nie cierpiała uczestniczenia w pikniku, nie przyszło jej do głowy się zbuntować. Najgorsze, że z góry wiedziała dokładnie, co kto do niej powie.

Stryj Wellington, którego nie znosiła i którym gardziła, choć spełnił najgorętsze oczekiwania Stirlingów i „ożenił się z pieniędzmi”, szepnie donośnie: „nie wybierasz się za mąż, moja droga?”. Potem wybuchnie śmiechem, bo tak zwykle kończy wszystkie swoje uwagi. Niezmiennie budząca w niej lęk ciotka Wellington opowie o nowej sukni Olivii i ostatnim czułym liście Cecila. Ona zaś będzie udawała zaciekawioną, jakby suknia i list jej dotyczyły. Inaczej bowiem ciotka poczułaby się urażona. Valancy już dawno zdecydowała, że raczej obrazi Pana Boga niż ciotkę Wellington, bo Bóg zapewne jej wybaczy, a ciotka nigdy.

Tęga ciotka Alberta, mówiąca o swym mężu „on”, jakby był jedyną osobą płci męskiej na świecie, ta, która nie może zapomnieć, że w młodości była uznaną pięknością, zacznie rozprawiać z ubolewaniem o jej śniadej cerze. „Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiejsze dziewczęta są takie opalone. Kiedy byłam młoda, miałam cerę jak krew z mlekiem. Uważano mnie za najładniejszą dziewczynę w Kanadzie…”.

Stryj Herbert może tym razem nic nie powie albo też zauważy żartobliwie: „Jak ty przytyłaś, Doss!”. A wtedy wszyscy się roześmieją z tego udanego dowcipu, bo jakżeby biedna mała, chuda Doss mogła przytyć.

Przystojny i zawsze poważny stryj James, którego Valancy nie lubiła, ale poważała, bo cieszył się opinią mądrego człowieka i stąd był rodzinną wyrocznią (szarych komórek w klanie Stirlingów nigdy nie było zbyt wiele), zrobi pewnie jedną ze swych sarkastycznych uwag, na przykład coś takiego: „pewnie jesteś ostatnio bardzo zajęta szykowaniem wyprawy?”.

A stryj Beniamin zada kolejną głupawą zagadkę i sam zaraz na nią odpowie, krztusząc się ze śmiechu. Valancy każdą z nich słyszała przynajmniej pięćdziesiąt razy i zawsze miała chętkę czymś w niego rzucić, ale oczywiście nigdy tego nie zrobiła. Po pierwsze dlatego, że Stirlingowie nie rzucają przedmiotami, a po drugie stryj Beniamin jest bogatym bezdzietnym wdowcem. Valancy została wychowana w szacunku do jego pieniędzy i w obawie, że jeśli go czymś urazi, to gotów jej nie umieścić w testamencie. Tego nie chciała. Będąc całe życie biedną, zaznała wielu upokorzeń. Znosiła więc zagadki i uśmiechała się z przymusem.

Ciotka Isabel, bezceremonialna i dokuczliwa jak wschodni wiatr, zacznie ją zaraz krytykować. Jeszcze nie wiadomo za co, ale na pewno coś wynajdzie. Ciotka Isabel zawsze chwaliła się tym, że mówi to, co myśli, choć bardzo nie lubiła, gdy inni mówili, co myślą o niej. Valancy nigdy nie powiedziała, co sądzi o ciotce.

Marudna, wszechwiedząca ciotka Mildred będzie bez końca ciągnąć opowieści o mężu i dzieciach, bo tylko Valancy zdoła znieść tę gadaninę. Z tego samego powodu kuzynka Gladys, wysoka, chuda dama, przedstawi ze szczegółami relację o mękach, jakich doznaje z powodu zapalenia nerwu. A Olivia, cudowne dziecko klanu Stirlingów, mająca wszystko to, czego brakuje Valancy – urodę, powodzenie, miłość – będzie obnosić swą piękność i demonstrować symbol uczucia – zaręczynowy pierścionek z brylantem.

* Lambrekin – dekoracyjny pas tkaniny stanowiący obramowanie zasłon lub firan (przyp. red.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ania z Zielonego Wzgórza Dziewczę z sadu. Seria romantyczna Błękitny zamek Ania z Zielonego Wzgórza Ania z Wyspy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę