Wayne Rooney. Moja historia

Wayne Rooney. Moja historia

Autorzy: Wayne Rooney

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 300

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 24.68 zł

Jaka jest prawdziwa historia jednego z najlepszych piłkarzy na świecie? Czy pierwsze oznaki piłkarskiego geniuszu były widoczne już w Croxteth, na przedmieściach Liverpoolu? Jakie wydarzenia z dzieciństwa ukształtowały jego charakter? I jak oszałamiający skok do sławy i fortuny zmienił pozornie nieśmiałego, fantastycznie utalentowanego młodego chłopaka? Wayne Rooney otwiera się w swojej autobiografii, bardzo szczerze opowiada o latach, które zdefiniowały go jako człowieka i piłkarza. Opisuje życie w robotniczej rodzinie, pierwsze kroki z piłką, wzloty i upadki, debiut w Premiership w barwach Evertonu i wiele innych zdarzeń prowadzących do dnia, kiedy los zmienił go na zawsze dnia, w którym zadzwonił sir Alex Ferguson. Gra w Manchesterze United i reprezentacji Anglii, ciągła walka o najwyższe trofea z najtrudniejszymi przeciwnikami sprawiły, że również życie prywatne trafiło na pierwsze strony gazet. Rooney ujawnia całą prawdę o swoim związku z Coleen McLoughlin, udręki związane z kontuzją, która niemal kosztowała go występ na mistrzostwach w 2006 roku, oraz jak pomogło mu wsparcie najbliższych i osobista determinacja. Przed Wami pierwsza część historii, opowiedziana przez samego Waynea Rooneya, a przetłumaczona przez dziennikarza, znawcę i fana angielskiej piłki Michała Pola. Z Croxteth na stadiony świata podróż życia, która na przekór przeciwnościom losu, trwa już ponad dwadzieścia lat.
WAYNE ROONEY

WAYNE

ROONEY

Moja historia

tłumaczenie

Michał Pol

KRAKÓW 2012

Boże, chroń

Wayne’a od

szaleństwa…

Wayne Rooney rozpoczyna autobiografię od opisu koszmarnej kontuzji w przegranym 0:3 meczu z Chelsea pod koniec sezonu 2005/06. Złamana kość śródstopia o mało co nie wykluczyła go z wyjazdu na mistrzostwa świata. Tak się złożyło, że dosłownie trzy dni przed feralnym meczem rozmawiałem z nim na Old Trafford o tym... jakim koszmarem jest dla piłkarza kontuzja przekreślająca wyjazd na mundial. Wayne był poruszony wieścią o urazie Francesco Tottiego, nad którym zawisła groźba, że nie będzie w stanie pojechać do Niemiec. Rooney stwierdził wówczas, że choć Italia z Tottim będzie silniejsza i może stanąć Anglii na drodze po Pucharu Świata, z całego serca życzy Francesco, żeby zdążył się wykurować. – Mistrzostwa świata to największe marzenie każdego piłkarza. Wyobrażam sobie, jaki to ból zostać w domu z kontuzją i w telewizji oglądać kolegów, bo opowiadał mi o tym Steven Gerrard, który nie pojechał do Japonii i Korei. Nie życzę nikomu takiego koszmaru – powiedział wtedy Rooney, nie mając pojęcia, że za trzy dni nad nim samym zawiśnie podobne fatum.

Dziennikarz z Polski nie ma wielu okazji stanąć oko w oko z gwiazdą futbolu takiego formatu. Jeśli ma szczęście, znany piłkarz zatrzyma się przy nim w mix-zonie po meczu, ale zwykle jest to wówczas krótka, aktualnościowa rozmówka. Na duże wywiady „specjalnie dla...” liczyć mogą tylko giganci z największych piłkarsko krajów, koledzy z „Timesa”, „La Gazzetty dello Sport”, „L’Equipe”, „Marki” czy „Kickera”. Chyba że spotkanie zorganizuje sponsor piłkarza, dla własnej promocji. Dzięki pomocy firmy adidas mogłem kiedyś zagrać w meczu z Alessandro del Piero i Zinedine Zidanem, po którego podaniu strzeliłem nawet gola Edwinowi van der Sarowi, a potem zrobić z nimi wszystkimi wywiady.

Do Manchesteru wysłał mnie inny gigant sprzętu sportowego, Nike, który na Old Trafford zaprezentował nowy, mundialowy model butów, opracowanych specjalnie dla Rooney’a, w których ten miał poprowadzić Anglię do walki o złoto. Pamiętam, że były niebieskie, a Wayne udowadniał nam, że celność jego strzałów i ich siła są w tym wynalazku jeszcze większe. Z murawy przenieśliśmy do auli pod trybuną stadionu. Wayne stanął przed nami na scenie i nie okazywał żadnego stresu, że występuje przed tak dużą grupą dziennikarzy. Był wyluzowany i odpowiadał elokwentnie. Zupełnie inaczej niż podczas naszego pierwszego spotkania. Zaprezentował najnowszą reklamówkę Nike’a, nakręconą podczas treningu Manchesteru United, w której wściekły na kolegów Rooney sam staje w bramce i broni, wykonując niewiarygodne parady. – To nie triki komputerowe, to działo się naprawdę. Czasami na treningu staję dla zabawy na bramce i chłopaki robią sobie trening strzelecki. Zazwyczaj jednak Edwin i Tim (Howard) zazdrośnie pilnują bramki i za nic nie dadzą ci do niej wejść – opowiadał.

Później, podczas wywiadu, tryskał radością i nadziejami na zbliżające się mistrzostwa świata. Przekonywał, że Anglia jedzie do Niemiec po tytuł, bo od lat nie miała tak silnej drużyny. Nie wiem, czy to kurtuazja, ale stwierdził, że po wyjściu z grupy zamiast na Polskę wolałby trafić na... Niemcy. Przekonywał, że wygrany 2:1 mecz z kadrą Pawła Janasa na Old Trafford kosztował Anglików mnóstwo sił, bo polski zespół grał siłowo i świetnie bronił. Jak pamiętamy, los niestety spełnił to marzenie Wayne’a i pozwolił Anglikom „uniknąć” Polski – trafili na naszych pogromców, czyli Ekwador.

Rooney zapewniał też, że angielskie media niepotrzebnie obawiają się czy wytrzyma presję i jak zareaguje na ewentualne prowokacje ze strony rywali, którzy będą chcieli wykorzystać jego temperament. – Zdaję sobie sprawę, że mogę być „krótko pilnowany” w nadziei, że puszczą mi nerwy. Bywało, że puszczały, ale byłem wtedy młodym chłopakiem. OK, nadal jestem młody, ale gram na najwyższym poziomie już od czterech lat i nabrałem doświadczenia, żeby wiedzieć, jakich rzeczy nie robić i nie dać się sprowokować. Obiecuję sobie, że podczas mundialu będę się starał skupić tylko na grze – mówił z przekonaniem. Niestety, nie udało się. Tak jak na Euro 2004, znów nie dokończył ćwierćfinałowego meczu z Portugalią, tylko tym razem nie z powodu kontuzji, ale wyrzucony z boiska z czerwoną kartką, za spacer po kroczu Ricardo Carvalho.

Po raz pierwszy stanąłem twarzą w twarz z Wayne’em właśnie podczas portugalskich mistrzostw Europy, dwa lata wcześniej, na które pojechałem jako korespondent „Gazety Wyborczej”. Nie widziałem na żywo jego świetnego występu w pierwszym meczu turnieju, przeciwko Francji, w którym grał nie jak nieśmiało pukający do dorosłego futbolu nastolatek, ale niczym doświadczony rutyniarz. Bez odrobiny szacunku dla takich gwiazd jak Zidane czy Lilian Thuram. Wybrałem się więc na mecz Anglia – Szwajcaria w Coimbrze, żeby z bliska zobaczyć tę wschodzącą gwiazdę, najmłodszego debiutanta w 124-letniej wówczas historii angielskiego futbolu, którego trener Sven Goran Eriksson porównywał z 17-letnim Pelé na mundialu w 1958 roku.

Ciekawość podsycali angielscy dziennikarze, opowiadając, że przypominający na boisku wściekłego pit bulla młodziak, poza nim jest ucieleśnieniem skromności i nieśmiałości. Jako jedyny zawodnik w kadrze nie zwraca się do Erikssona per „Sven”, jak wszyscy pozostali piłkarze, ale „sir” lub „boss”, tłumacząc, że nie może się przemóc. Że pracuje nad nim Steven Gerrard, starając się go rozluźnić i „ucywilizować”, oglądając wspólnie DVD. A na boisku jego wybuchowy temperament próbuje okiełznać Gary Neville, dbając o to, żeby nie stracił w walce głowy i przede wszystkim nie obrażał sędziów, zwłaszcza że na Euro 2004 wszyscy doskonale znają angielski.

W wygranym 3:0 spotkaniu ze Szwajcarami, Wayne zdobył pierwszego gola, który uczynił go najmłodszym strzelcem bramki w historii finałów mistrzostw Europy. Z radości aż fiknął fikołka i na dobitkę z całej siły kopnął w mikrofon. Gdy później podwyższył na 2:0, zareagował o wiele spokojniej. Po spotkaniu – zgodnie z nowym zwyczajem UEFA – jako Zawodnik Meczu odebrał nagrodę na konferencji prasowej przed przyjściem trenerów. Zobaczyliśmy przerażonego dzieciaka, który ze spuszczoną głową, nerwowo wijąc się na krześle sprawiał wrażenie jakby znalazł się nie w obliczu dziennikarzy z całego świata, ale na komisariacie po kradzieży batona w sklepie.

Wyrwałem się pierwszy do mikrofonu, pytając czy to były najważniejsze gole w jego krótkiej karierze. – No, na pewno były ważne, bo „zabiły” Szwajcarów – wydukał przerażony, straszliwym liverpoolskim akcentem. Poczym podniósł się z miejsca i zniknął na zapleczu. Nie odpowiedział na żadne pytanie więcej! Po wszystkim podszedłem do znajomego z „Timesa”, żeby sprawdzić czy dobrze zrozumiałem odpowiedź. Odparł, że musi... skonsultować się z kolegą z Liverpoolu, ponieważ sam ledwo co zrozumiał.

W mix-zonie, kiedy angielscy dziennikarze rzucili się na Rooney’a, ja odpytałem na jego temat pomocnika Newcastle Utd, Kierona Dyera. „Kiedy dostaje piłkę, wie, co z nią zrobić. To najważniejsze. No i nie boi się niczego ani nikogo. W meczu z Francją walczył z Lilianem Thuramem. To przecież jeden z najlepszych obrońców świata, nie wiem, kto ustępuje mu doświadczeniem. A od Rooneya odbijał się jak od ściany i padał na ziemię, jakby ważył dwa razy mniej. Jest bardzo szybki, przebojowy, silny jak czołg, umie minąć rywala i mocno strzelić. A że jest agresywny na boisku? Nauczy się kontrolować agresję. Ona nie musi być u piłkarza złą cechą. On po prostu tak funkcjonuje w grze. Bywają piłkarze, którzy nakręcają się w podobny sposób, np. Craig Bellamy, z którym gram w Newcastle. Jeśli kazać mu być spokojnym, zabronić pokrzykiwania na sędziów, kłótni, nieustannej walki, przepychania z rywalami, przestanie być Craigiem Bellamy – groźnym napastnikiem. To samo z Rooneyem, nie mówiąc już o tym, że przecież pochodzi z bokserskiej rodziny. Nie wolno go temperować, bo nie będzie sobą” – opowiedział mi wówczas. Trzeba przyznać, że od tego czasu ani Rooney, ani Bellamy niewiele się zmienili.

W kolejnym meczu na Euro 2004 jego dwa gole z Chorwacją dały Anglii zwycięstwo 4:2 i awans do ćwierćfinału. Gdy pod koniec meczu trener Eriksson ściągnął go z boiska, bojąc się, by żółta kartka nie odebrała mu prawa gry z Portugalią, sam wstałem z miejsca, dołączając się do owacji na stojąco całego stadionu. Rooney znów został Zawodnikiem Meczu, ale tym razem po odebraniu nagrody zbiegł z sali konferencyjnej bez słowa. To wtedy na Wyspach na dobre wybuchła „Rooney-mania”, która trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Podobno to właśnie wówczas trener Alex Ferguson podjął decyzję, że „ten chłopak prędzej czy później musi trafić do United”. A agent Wayne’a jeszcze przed jego powrotem do kraju otrzymał aż 73 propozycje od sponsorów, z których wybrał najlepsze, czyniąc ze swego klienta równorzędnego partnera dla takich marketingowych gigantów jak David Beckham i Michael Owen. 18-letni Rooney podpisał kontrakty reklamowe w sumie na 12 mln funtów rocznie, m.in. z Nike, Procter & Gamble, Pringles, EA Sports i Fordem...

Jednak ogromna popularność, która uczyniła nastolatka multimilionerem, okazała się dla niego przekleństwem. Drapieżne angielskie brukowce rozesłały swe „psy gończe” po całym kraju, że wynajdowały haki na młodego idola i bezlitośnie wyciągały kolejne trupy z szafy. Rooney daje w tej autobiografii świetny obraz bezradności gwiazdora wobec brutalnych mediów i nieudane próby „dogadania się” z nimi. News z Rooney’em w tytule, nawet jeśli nie do końca prawdziwy, był na wagę złota. A jeśli newsa nie ma, trzeba go wykreować – szczególnie bulwersująca wydaje się jego opowieść o podstawieniu przystojniaka, który na ulicy pocałował narzeczoną piłkarza, po to, by brukowce mogły napisać o jej „niewierności”.

Inna rzecz, że Wayne swoim zachowaniem poza boiskiem dostarczał krwiożerczym tabloidom doskonałą pożywkę. Równocześnie jego autobiografia, opowieść o nastolatku z dzielnic nędzy Liverpoolu, na którego nagle spadło niespodziewane bogactwo, sława i możliwość gry o największe trofea, pozwala zrozumieć przyczynę wielu jego zachowań i błędów, jakie popełnił. Gorzej że wyjaśnienia wielu kontrowersyjnych historii, które nam daje – zmiana agenta, klubu, skandal z wizytami u prostytutek, strata setek tysięcy funtów u bukmacherów – pachną przemyślaną autoryzacją jego słynnego agenta, Paula Stetforda. Nie odpowiadają też na pytanie, czemu nie stały się dla niego nauczką na przyszłość, czemu nie wyciągnął z głośnych błędów żadnych wniosków, ale powtarzał je, i to w o wiele większej skali?

Tłumacząc pierwszy tom autobiografii Rooneya, zastanawiałem się jak opisze nam wydarzenia po 2006 roku, jak wytłumaczy się z tych wszystkich afer? Dowiemy się już na jesieni, kiedy do księgarń trafi tom drugi. A będzie o czym poczytać, bo przecież od tego czasu zdobył pierwszy tytuł mistrza Anglii, a po nim trzy kolejne, wygrał Ligę Mistrzów i Klubowe Mistrzostwa Świata i jeszcze dwa razy zagrał w finale Champions League, przegranych z Barceloną. Ożenił się, urodziło mu się dziecko, ale też zbulwersował opinię publiczną ujawnieniem spotkań z prostytutkami w czasie, gdy jego żona była w ciąży. Jakby nie tylko nie wiedział, że niewierność to zło, ale też, że na Wyspach od dawna obowiązuje zasada „kiss and tell”, czyli „pocałuj i opowiedz” o tym mediom, dobrze na tym zarobisz. 21-letnia Jennifer opowiedziała o potajemnych spotkaniach z Wayne’em, za które płacił 1200 funtów za godzinę. Zdradziła m.in., że piłkarz namówił ją na wizytę w rodzinnej rezydencji. Pod nieobecność ciężarnej żony baraszkowali w łożu małżeńskim. Ujawniła też treść jego erotycznych esemesów. Jeden z nich brzmiał: „Let’s score at home” (czyli „strzelmy”, w znaczeniu „zaliczmy”, to w domu). Nieszczęsny Wayne zapewne będzie musiał odnieść się do tych wydarzeń, zwłaszcza że głos w sprawie jego niewierności zabrał nawet sam premier Wielkiej Brytanii, David Cameron. Gdy tuż przed odebraniem nagrody dla Polityka Roku magazynu „GQ” dowiedział się, że Rooney strzelił gola w wygranym 3:1 meczu eliminacji Euro 2012 z Szwajcarią. Już na scenie uciekł się do niewybrednego żartu: „Sprzedam wam newsa – Wayne Rooney znowu zaliczył! Tym razem jednak na boisku, do bramki rywala i dla reprezentacji Anglii” – oznajmił zdumionej widowni.

Ciekawe też będą tłumaczenia w kwestii niedoszłej zmiany klubu, na Manchester City, do której – jak twierdziły media – miał go namawiać agent. Właściciele City, arabscy szejkowie złożyli piłkarzowi bajeczną ofertę: milion funtów miesięcznie, która uczyniłaby go najlepiej opłacanym piłkarzem świata i oznaczała podwyżkę rzędu prawie 300 procent. Bardzo chętnie się dowiem, czy Rooney rzeczywiście rozważał odejście, ale przestraszył się reakcji kibiców Czerwonych Diabłów”, którzy podczas meczów skandowali pod jego adresem: „Judasz!”, wywieszali transparenty w rodzaju „Coleen ci wybaczyła, my nie wybaczymy nigdy” i „Kto jest teraz dziwką, Wayne?”, a nawet grozili śmiercią. Czy też nie miał zamiaru odchodzić, a wraz z agentem użył oferty rywali dla wymuszenie sowitej podwyżki?

Oczywiście nie czekam na dalszy ciąg wspomnień Rooney’a wyłącznie dla kulisów skandali. Przecież znajdzie się tam też zapis fantastycznej historii futbolu. Np. droga do triumfu w Lidze Mistrzów po pamiętnym, dramatycznym „angielskim” finale w Moskwie przeciwko Chelsea. Chcę wiedzieć, czy czuł desperację w decydującej serii rzutów karnych, kiedy do piłki podchodził John Terry? Jak zareagował, gdy kapitan „The Blues” się poślizgnął i czy zamknął oczy, kiedy piłkę ustawił sobie z kolei Ryan Giggs... A jak przyjął odpadnięcie w półfinale Ligi Mistrzów z Bayernem Monachium w 2010 roku, mimo prowadzenia 3:0, gdy musiał zejść z murawy z kontuzją? Jak świętował swe pierwsze mistrzostwo Anglii w 2007 roku (a z autobiografii Giggsa wiemy, że chłopaki z United potrafią świętować...)? Jak przeżył porażkę z Chorwacją na Wembley, która przesądziła, że Anglia nie pojechała na Euro 2008, a jak komentował skopany mundial w RPA w 2010? Co sobie myślał, gdy po bezsensownym faulu bez piłki na rywalu z Czarnogóry w eliminacjach Euro 2012, UEFA rozważała zawieszenie go na trzy mecze podczas turnieju w Polsce i na Ukrainie? Wreszcie, co go pchnęło do tego, by w 78. minucie derbowego meczu z Manchester City w lutym 2011 uderzyć piłkę po podaniu Naniego kapitalną, niesamowitą przewrotką, po której padł jeden z najpiękniejszych goli w historii piłki nożnej? Sam wówczas przyznał, że to najwspanialszy gol w jego karierze. Chciał tak strzelić, wiedział gdzie poleci piłka, wiedział w ogóle co robi? Czy też była to „eksplozja mocy drzemiącej w drapieżniku, który nie kontroluje swojego sportowego geniuszu – to geniusz steruje nim” – jak skomentował wówczas mój redakcyjny kolega, Rafał Stec.

Kiedy Wayne Rooney wychodzi na boisko, nigdy nie wiem, którą twarz pokaże tym razem – boiskowego geniusza na miarę Pelégo, czy boiskowego bandyty? Czy może obie na raz, jak w meczu z West Ham United, kiedy zdobył hat-tricka, ale też klął przeraźliwie prosto do kamery? Pozostaje mi tylko przyłączyć się do śpiewów kibiców reprezentacji Anglii, którzy przed mundialem w RPA skandowali na melodię własnego hymnu: „Boże, chroń Wayne’a od szaleństwa”...

Michał Pol

Biały Pelé

Sir Alex Ferguson przejął stery Manchester United przeszło dwie dekady temu. Skrupulatnie i mozolnie budując na Old Trafford wielką potęgę, zapewne nie zdawał sobie sprawy, że pewnego dnia przyjdzie mu pracować z kimś niezwykłym. Z kimś, kogo mimo bardzo młodego wieku cała Anglia obwoła futbolowym zbawicielem narodu, tudzież cudownym dzieckiem, które musi podążyć śladami największych tuzów, jakich widział piłkarski świat. Z kimś, kto szturmem zdobędzie nagłówki sportowych gazet, zadomowiając się tam na stałe. Z kimś, na kogo pojęcie takie jak „porażka” będzie działało jak płachta na byka. Z kimś o wielkich umiejętnościach, jeszcze większym sercu do gry, a jednocześnie o trudnym do okiełznania charakterze. Z Waynem Rooneyem.

31 sierpnia 2004 roku właściwie nie zapowiadał się dla fanów United szczególnie. Karuzela transferowa osiągnęła apogeum, ale nikt o zdrowych zmysłach nie brał poważnie plotek o rzekomej ofercie sir Aleksa za liverpoolskiego nastolatka. Zgodnie z dewizą Evertonu „Once a Blue, always a Blue”, taki obrót sprawy należało pozostawić w strefie marzeń. I kiedy wydawało się, że tradycyjny scenariusz zostanie zrealizowany, pojawiła się kusząca propozycja, którą zarząd klubu z Goodison Park natychmiast zaaprobował, wskutek czego Wayne Rooney zmienił barwy. Dosłownie i w przenośni.

W kręgach związanych z MU pojawiły się wątpliwości. „Czy to nie pochopna decyzja? Kupiliśmy kota w worku?” – zdawali się myśleć niektórzy, głównie kibice. 19-latek rokował bardzo dobrze, ale ileż to już widzieliśmy nieoszlifowanych diamentów, które ostatecznie oślepione i omamione krótkim okresem splendoru postanowiły odłożyć sprawy sportowe na bok i zająć się błyszczeniem na salonach? O to, żeby tak się nie stało w przypadku Rooneya, miał zadbać sam sir Alex. A ten – niczym legendarny Midas – czego nie dotknął, zamieniał w złoto. Nie inaczej było tym razem.

Młody napastnik szybko wyprowadził z błędu sceptyków i malkontentów. Przygodę na Old Trafford rozpoczął debiutem z najskrytszych marzeń, strzelając tureckiemu Fenerbahce trzy gole przedniej urody i prezentując całemu światu nieprzeciętne pojęcie o piłce nożnej. Mecz po meczu, raz po raz pokonując bramkarzy rywali, spłacał kredyt zaufania, którym obdarzył go szkocki menedżer. Nawet najwięksi przeciwnicy tego transferu z czasem zmienili oschłe „You scouse bastard”1 na gromkie „He goes by the name of Wayne Rooney!”2.

Anglik napotkał jednak na swojej drodze dwa problemy. Jeden z nich nazywał się Cristiano Ronaldo. Obaj byli obdarzeni niezwykłymi umiejętnościami, ale to Portugalczyk wykazywał większe „parcie na szkło” i zwykle to on zbierał oklaski za kolejne popisy, których współtwórcą był właśnie Wayne – niedoceniony gladiator, harujący jak wół na sukces reszty drużyny. Drugi kłopot stanowiły kontuzje, koszmar wracający z częstotliwością równie wielką, co zapał Wayne’a do gry. Zresztą spędzają mu one sen z powiek do dziś.

Kibice kochają go za ogromne serce do walki, zawzięcie i nieustępliwość. Dla Rooneya nie ma straconych piłek, a osiemdziesięciometrowy powrót pod własne pole karne celem wsparcia szyków defensywnych to chleb powszedni. Także wśród członków MUSC Poland panuje przekonanie, że to nie efektowność a efektywność czyni piłkarza przydatnym drużynie. Wayne jak mało kto pasuje do tej definicji.

I w ten sposób, prowadząc karierę pełną wzlotów i upadków, fantastycznych zwycięstw i gorzkich porażek, Wayne Rooney buduje swoją piłkarską tożsamość. Dziś, już nie jako 19-letni buntownik, lecz dojrzały mąż i ojciec, nadal stanowi o sile rażenia United. Wykreował sobie pewną pozycję i na stałe zapisał się w kartach historii nie tylko klubu z Old Trafford, ale również angielskiej piłki. Mimo to przed Waynem nadal stoi multum wyzwań, wśród których warto nadmienić odebranie sir Bobby’emu Charltonowi miana najlepszego strzelca zarówno United, jak i reprezentacji Anglii. Pseudonim „White Pelé” zobowiązuje i jeśli Rooneya ominą poważniejsze urazy, dopisze zdrowie, a zapał do gry nie zgaśnie, to za kilka lat będzie można postawić go w jednym szeregu obok takich legend jak wyżej wspomniany Brazylijczyk. Czego sobie i Wam, Drodzy Czytelnicy, z całego serca życzę.

Seweryn Sajdowski

członek MUSC Poland

(Stowarzyszenie Kibiców MU w Polsce)

www.musc.pl

Jest najlepszym młodym piłkarzem, jakiego ten kraj widział od 30 lat.

SIR ALEX FERGUSON

On nie jest już dobrze się zapowiadającym, wielkim talentem. On jest gotowy na wszystko. Nie muszę mu mówić jak zdobywać gole – jego wyobraźnia jest niewiarygodna.

SVEN-GORAN ERIKSSON

To ekscytujący, młody talent, który wykazał niezwykłą dojrzałość i opanowanie jak na te szczenięce lata.

PELÉ

Wayne Rooney to fenomenalny talent i już bardzo dużo osiągnął. Może stać się tak wielki jak Bobby Charlton i pomóc Anglii wywalczyć mistrzostwo świata.”

DIEGO MARADONA

Rooney to jeden z najlepszych piłkarzy świata, nie ma co do tego wątpliwości.

RONALDINHO

WSTĘP

Stamford Bridge, 29 kwietnia 2006 roku. Chelsea prowadzi z nami, po szybko strzelonej bramce. William Gallas trafił do siatki strzałem głową po rzucie rożnym, co nie miało się prawa zdarzyć, bo wiele razy ćwiczyliśmy na treningach zachowanie się przy stałych fragmentach w obronie. Od pierwszego gwizdka ledwo minęło pięć minut, a już musimy gonić wynik. Znowu to samo – wcale nie gramy źle, ale nie potrafimy strzelić gola. Ja sam zmarnowałem najlepszą okazję. Wpadłem w pole karne ze środka boiska, udało mi się ograć dwóch obrońców, miałem przed sobą już tylko bramkarza… Ale strzeliłem obok słupka. Komentatorzy mówili później, że tego dnia trawa na Stamford była zbyt długa. Ja tam jednak nie zwalałem winy na trawę. Jakbym uderzył czysto, byłaby brameczka i tyle.

W drugiej połowie zrobiło się 0:2, po bramce Joe Cole’a. Później jeszcze dostałem żółtą kartkę za lekkomyślny faul i fani Chelsea zaczęli się drzeć: „Rooney, Rooney, what’s the score?!” (jaki wynik?). W 72. minucie pokonali naszego bramkarza po raz trzeci. Zrobiło mi się niedobrze. To było straszne. Widziałem, że dla niektórych kolegów mecz już się skończył, że mają dość i marzą tylko o ostatnim gwizdku. Za to ja, choćby nie wiem jak źle z nami było, nigdy nie spuszczam głowy i zawsze gram do końca. Bez względu na wynik, bez względu na to, ile zostało czasu, zawsze myślę tylko o strzeleniu gola.

W 78. minucie dostałem kolejną szansę. Tym razem wbiegłem w pole karne z lewej strony. Kiedy się przedzierałem, przewrócił mnie obrońca rywali, Paulo Ferreira. To nie było żadne złośliwe, ani nawet szczególnie ostre wejście. Paulo raczej splątał się ze mną, niż mnie podciął. Ale wyrżnąłem o ziemię. I już tak zostałem. Uderzył kolanem w tylną część mojego prawego uda. Impet sprawił, że dolna część mojej nogi wygięła się. Natychmiast poczułem, że coś chrupnęło. Nie wiedziałem co i jak, czułem jedynie rozrywający, agonalny ból.

Nie mogłem się ruszyć, łzy same napłynęły mi do oczu, ściskałem głowę, żeby nie wyć z bólu. Zatrzymano grę, bo wszyscy się zorientowali, że doznałem naprawdę poważnej kontuzji. Podbiegli do mnie klubowi fizjoterapeuci i faceci z noszami. Tłum ucichł. Kiedy znoszono mnie z murawy, usłyszałem, że fani Chelsea, którzy dopiero co prowokowali mnie po żółtej kartce, klaszczą na pożegnanie. Pamiętam, że pomyślałem sobie: „Nie muszą tego robić, ale to ładnie z ich strony”.

W szatni lekarz United, Doc Stone, sprawdzał, co mi się stało, starając się rozgryźć, na ile poważny jest uraz. Ja sam nie wiedziałem, co myśleć, bo czułem się inaczej, niż kiedy doznałem poważnej kontuzji stopy podczas Euro 2004. Wówczas nie usłyszałem żadnego trzasku, jak teraz, a ból poczułem dopiero wtedy, kiedy znów stanąłem na nodze.

Doktor uważał na początku, że nadmiernie napiąłem nerwy, uraz nie był bowiem skutkiem ostrego wejścia rywala. Ja jednak od razu wiedziałem, że to poważniejsza sprawa. Coś tam wyraźnie się rozsypało, słyszałem, jak pęka. Doktor stwierdził, że jeśli to tylko uszkodzone nerwy, wyleczę je w dwa tygodnie. Pomyślałem: „Och, nie! Stracę dwa ostatnie mecze sezonu!” A potem zdałem sobie sprawę, że jeśli to coś groźniejszego, jeśli znów złamałem kość śródstopia, jak poprzednim razem, to nie zagram na mistrzostwach świata!

W szatni panowała kompletna cisza. Nie z mojego powodu, ale naszego występu, bo Chelsea nas ośmieszyła. Nikt nic nie mówił. Nawet Boss na nas nie krzyczał. Nie musiał. Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że się skompromitowaliśmy.

Co do mnie, zdecydowano, że wracam z drużyną do Manchesteru, zamiast jechać na prześwietlenie do szpitala w Londynie. W pociągu także panowała grobowa cisza. Czuliśmy się jak wypatroszeni. Nikt nie miał ochoty ani energii grać w karty, jak to zwykle robimy. Ja nawet nie włączyłem muzyki w moim iPodzie. Po ostatniej poważnej kontuzji nie mogłem grać przez aż 14 tygodni. A jeśli teraz będzie podobnie? Szybko zacząłem to w myślach obliczać: mecz z Chelsea był w sobotę 29 kwietnia,a pierwszy spotkanie Anglii na mistrzostwach świata, z Paragwajem, wypadało w sobotę 10 czerwca. Miałem więc dokładnie 6 tygodni, żeby doprowadzić się do stanu, który pozwoli mi grać na mundialu. Jeśli kontuzja okaże się równie poważna, to nie mam najmniejszych szans, żeby wziąć udział w turnieju, o którym marzy każdy piłkarz.

Mój samochód stał na parkingu przed Old Trafford. Zawodnicy United zostawiają tu wozy przed każdym meczem, u siebie czy wyjazdowym. Oczywiście nie mogłem prowadzić. Całą nogę miałem obłożoną workami z lodem, które uśmierzały ból. Nafaszerowano mnie też środkami przeciwbólowymi. Na szczęście przed wyjazdem do Londynu podwiozłem na Old Trafford Wesa Browna, który mieszkał blisko mnie, mógł więc teraz odwieźć samochód z powrotem pod dom.

Ja tymczasem udałem się z doktorem prosto do szpitala BUPA na Whalley Range, gdzie feralnej nodze zrobiono rentgena. Zdjęcia nie wykazały żadnych zmian. Nie uspokoiło mnie to jednak. Przecież wyraźnie słyszałem chrupnięcie, a i ból nie wziął się znikąd. Poddano mnie kolejnym badaniom – rezonansowi magnetycznemu i tomografii komputerowej, co dłużyło się w nieskończoność. Lekarze ciągle prosili mnie, żebym ułożył się to tak, to tak, a ja zrozumiałem, że musieli coś dostrzec i chcą się upewnić. Wreszcie oznajmili mi przerażającą wiadomość: złamałem czwarty paliczek w kości śródstopia prawej nogi i na dodatek uszkodziłem trzeci.

To były znacznie większe zniszczenia, niż się spodziewałem. Już prawie zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie wymyśliłem sobie tego chrupnięcia i może rzeczywiście nic się nie stało. A tu taki cios! Byłem kompletnie rozbity... To była najgorsza chwila w całej mojej karierze. Historia się powtórzyła. Euro 2004 – moje pierwsze wielkie zawody – skończyło się dla mnie tą samą kontuzją, która teraz najprawdopodobniej nie pozwoli mi zagrać na kolejnym wielkim turnieju. I znów po zderzeniu z portugalskim piłkarzem. Co za niefart!!!

Badania skończyły się około 22-giej. Zadzwoniłem do Coleen, bo wiedziałem, że czeka na telefon i werdykt lekarzy. Wydusiłem z siebie tylko kilka słów. Powiedziałem, że zobaczymy się wkrótce. Była na przyjęciu urodzinowym u przyjaciół i miała nocować u mamy w Liverpoolu. Nie wiedziałem, kto mnie odbierze ze szpitala i czy w ogóle chcę wracać do domu.

Cała harówka ostatnich dziesięciu lat, wszystkie marzenia, wyobrażanie sobie podczas ulicznych meczów, że jestem Michaelem Owenem, cały ten wysiłek i poświęcenie, żeby dojść do tego wymarzonego celu – na marne! A przecież zasługiwałem, żeby pojechać na ten mundial! Tymczasem turniej kończy się dla mnie, zanim się zaczął. Tak sobie wówczas myślałem…

ROZDZIAŁ

PIERWSZY

Zabawy rodzinne

Mało brakowało, a dostałbym na imię Adrian. Ojciec chciał, żebym tak się nazywał. Jak dla mnie to trochę za szykowne, jakoś nie najlepiej mi brzmi. Ciekaw jestem, czy miałbym inną osobowość i charakter, gdybym musiał przechodzić przez życie z takim imieniem. Na szczęście mama wyperswadowała tacie dawanie mi tak oryginalnego, jak na naszą okolicę, imienia. Miało być na cześć Adriana Heatha, jednej z gwiazd Evertonu – niedużego, bardzo szybkiego i inteligentnego zawodnika, który później został trenerem Sunderlandu. Ja też byłem jego fanem, ale dziś jestem raczej zadowolony, że nie nazywam się Adrian Rooney.

Na chrzcie dostałem więc imię Wayne. Mama nalegała, żeby pierworodny syn dostał imię po ojcu. Taka była tradycja w jej rodzinie. Natomiast rodzina Rooneyów, jak mi się wydaje, musiała przywędrować do Anglii z Irlandii, ale nie mam pojęcia kiedy dokładnie i skąd. Musiało to być dawno temu, ponieważ nikt z moich bliskich nie ma żadnych wspomnień ze Szmaragdowej Wyspy. Ktoś się jednak w końcu wziął za opracowanie drzewa genealogicznego, więc jak tylko coś ustalą, dam wam znać.

O tym, że prawdopodobnie mam irlandzkie korzenie dowiedziałem się dopiero w gimnazjum. Nauczycielka, zapoznając się z listą nazwisk nowych uczniów, komentowała to w ten sposób: „Ty musisz być z pochodzenia Szkotem, w tobie na pewno płynie walijska krew, a ty, Rooney, jesteś oczywiście Irlandczykiem…”. Wróciłem do domu i zapytałem ojca: „To my jesteśmy Irlandczykami?”. „A skąd do cholery mam to wiedzieć?” – odparł. Mój ociec zawsze był raczej mocno wyluzowany.

W rodzinie zawsze znany był jako „Duży Wayne”, podczas gdy ja byłem „Małym Wayne’em”. Kiedy skończyłem 14 lat, zaczęło mnie to irytować, bo mocno urosłem i stałem się wyższy niż ojciec – on ma tylko 170 cm, o kilka mniej niż mama, więc przerosnąć go nie było takie trudne. Jednak do dziś tak zostało, że to on jest tym Wielkim, a ja tym Małym (dziś Wayne – napastnik United – ma 178 cm – przyp. tłum.).

Tata urodził się 1 czerwca 1963 roku w Croxteth w Liverpoolu. Jego ojciec pracował dla urzędu miasta jako robotnik i pochodził z Bootle, ale to wszystko, co o nim wiemy. Nazywaliśmy go Rick, więc przypuszczam, że musiał mieć na imię Richard. Zmarł, gdy miałem 10 lat. O jego ojcu, a moim pradziadku nie wiem kompletnie nic, nawet skąd pochodził. Członkowie naszej rodziny nie przywiązywali przesadnej wagi do swej historii.

Ojciec był jednym z ośmiorga rodzeństwa. Miał czterech braci i trzy siostry. Wszyscy byli wyznania rzymskokatolickiego, ale niespecjalnie praktykującymi i raczej nieregularnie odwiedzającymi kościół, podobnie jak my. Chodził do Croxteth Comprehensive School, którą porzucił w wieku 16 lat, nie zdając żadnych egzaminów. Przez dwa lata był zatrudniony jako pomocnik rzeźnika, ale sklep splajtował. Później pracował trochę w klubie młodzieżowym, aż został robotnikiem na budowach. Często nie miał pracy, więc w naszej rodzinie nie przelewało się, kiedy dorastałem. Nie miałem jednak poczucia, że mi czegoś brakuje, chociaż kiedy byłem mały nie mieliśmy nawet samochodu. Później, kiedy w końcu rodzice zdecydowali się mieć samochody, zawsze były to rozsypujące się „kaszlaki”.

Tata był za to niezłym bokserem. Nie pierwszym w rodzinie. Wielu z klanu Rooneyów dobrze czuło się w bitce, a jeden z nich prowadził nawet klub bokserski o nazwie St. Theresa. W swoich pięściarskich czasach ojciec ważył 63 kg – dziś nie chce mi zdradzić, ile waży albo mnie podpuszcza – ale boksował w wadze lekkiej w barwach Liverpoolu, a później nawet dla całego regionu North West Counties. Mamy jego zdjęcie z pucharem, który wywalczył boksując przeciwko Navy w barwach NW Counties. Brał też udział w międzynarodowych zawodach w Finlandii, gdzie zdobył złoty i srebrny medal. Jego bracia, Ritchie, John, Eugene i Alan, też boksowali i zwyciężali w ringu, ale tata był z nich wszystkich najlepszy i jako jedyny miał propozycje przejścia na zawodowstwo, tak przynajmniej mówi. Namawiano go na karierę profesjonalnego pięściarza, ale jemu się nie chciało. Nie podobał mu się reżim treningowy, pilnowanie diety i poświęcenie, czyli wszystko to, co łączy się z zawodowym uprawianiem sportu.

Moja mama, Jeanette Morrey, urodziła się 14 marca 1967 roku. Jej rodzina nie ma irlandzkich korzeni, lecz francuskie, tak przynajmniej twierdzą jej krewni, ale było to tak dawno, że nie mogą na to przedstawić żadnych dowodów. Ona z kolei miała aż ośmioro rodzeństwa – sześciu braci i dwie siostry. Mieszkali zaledwie milę od rodziny taty, w tej samej części dzielnicy Croxteth. Podobnie jak rodzina ojca, wszyscy byli wyznania rzymskokatolickiego, ale i ich z trudem dałoby się nazwać praktykującymi.

Religią obu rodzin był za to Everton. Wszyscy byli jego prawdziwymi fanatykami. W dniu derbów, kiedy Everton grał z Liverpoolem, dekorowali fronty swoich domów niebiesko-białymi wstęgami i plakatami.

Ojciec mojej mamy, William Morrey, był robotnikiem w Metal Box Company. Przez jakiś czas grał półprofesjonalnie w piłkę nożną w drużynie Southport. Bracia mamy także uprawiali sport. Jej starszy brat, Billie, grał w Marine, niezłej drużynie non-League3 z Crosby, a później wyjechał nawet do Australii, gdzie występował w półprofesjonalnej drużynie Green Gully z Melbourne. Po zakończeniu kariery został tam i nadal mieszka na Antypodach. Inny wujek, Vincent, zagrał nawet jeden mecz w reprezentacji Anglii do lat 15.

Kiedy Morreyowie przyozdabiali ganek domu barwami Evertonu, wystawiali też w oknach wszystkie puchary i medale, jakie zdobywali w różnych imprezach członkowie rodziny. Mama też zaliczała się do niezłych sportsmenek. Była wszechstronna, dobrze biegała, grała też w szkolnej drużynie netballa. Proponowano jej testy w drużynie narodowej, ale jej to aż tak bardzo nie kręciło, tak przynajmniej mi mówi.

Skończyła szkołę w wieku 16 lat, nie podchodząc do matury, a później zrobiła roczny kurs pisania na maszynie. Liczyła, że zdobędzie pracę w jakimś biurze, ale nigdy jej się to nie udało, więc poszła na bezrobocie.

Tatę poznała tuż po swoich siedemnastych urodzinach. On miał wówczas 20lat. Był wtedy jeszcze aktywnym bokserem i dużo czasu poświęcał treningom. Co wieczór trasa jego joggingu prowadziła obok jej domu na Storrington Avenue. Dziś żartuje, że biegał zbyt wolno i dał się złapać, ale tak naprawdę to on zaczepił mamę któregoś wieczoru i zaprosił na randkę. Po sześciu miesiącach chodzenia na randki mama zaszła w ciążę. Był to dla niej wielki szok, bo wcześniej ubzdurała sobie, że nigdy nie będzie miała dzieci. To przekonanie nie było bezpodstawne. Kiedy miała sześć lat, przeszła bardzo poważne zapalenie wątroby, spędziła w szpitalu ponad trzy miesiące, ponieważ infekcja rozszerzyła się na wątrobę i nerki. Wszyscy w rodzinie byli przekonani, że jest bezpłodna. Kiedy więc oznajmiła swojej mamie, że zaszła w ciążę, było to wielką niespodzianką. Mimo młodego wieku mamy wszyscy byli z tego powodu szczęśliwi. Babcia była tak zachwycona, że od razu pobiegła do kościoła podziękować Bogu za ten dar i prosić, żeby dziecko urodziło się zdrowe.

Moi rodzice mieszkali osobno, każdy u swoich rodzin, do momentu, aż mama była w siódmym miesiącu ciąży. Dopiero wówczas udało im się załatwić jednopokojowe mieszkanko na Stonebridge Lane, pod numerem 89. To był właśnie mój pierwszy dom. Nie mam stamtąd jednak żadnych wspomnień. Dziś w tym budynku mieści się centrum wychodzenia z uzależnienia od narkotyków.

Urodziłem się 24 października 1985 roku w Fazakerley Hospital. Przyszedłem na świat trzy dni przed terminem i ważyłem 3 900 g. Otrzymałem imię Wayne Mark Rooney. Mark to imię rodzinne. Ojciec, który został opisany w akcie urodzenia jako młody robotnik, był obecny przy porodzie i mówi mi, że było to dla niego wspaniałe doświadczenie. Mama opowiada, że urodziłem się z niebieskimi oczami i gęstą czupryną na głowie w aż trzech kolorach – trochę tam było blond kędziorków, trochę czarnych, a reszta mysich.

Rodzicie pobrali się dopiero siedem miesięcy po moim przyjściu na świat, w czasie kiedy mama znów była w ciąży. Nie był to ślub kościelny. Ksiądz nie zgodził się udzielić ślubu parze, która miała już dziecko i spodziewała się następnego. Ich związek zarejestrowano 21 marca 1987 roku. Z tej okazji wydali przyjęcie na 150 osób, z ciepłym posiłkiem, w pomieszczeniu nad naszym lokalnym pubem „Brewer’s Arms”. Za przyjęcie zapłaciły ich matki, ponieważ rodziców nie byłoby stać na taki wydatek. Mama nie pracowała, opiekowała się mną i szykowała do kolejnego porodu. Ojciec zarabiał w tym czasie jako robotnik 120 funtów tygodniowo, więc oczywiście nie stać ich było również na żaden miesiąc miodowy.

Graeme, mój młodszy brat, urodził się 15 października 1987 roku. Jego pełne imię i nazwisko to Graeme Andrew Sharp Rooney. Graeme Sharp otrzymał na cześć napastnika Evertonu, który był idolem taty. Innym jego ulubionym zawodnikiem w tym czasie był Andy Gray, kolejny legendarny gracz „The Blues” i reprezentacji Szkocji. Mam jeszcze jednego brata, Johna, urodzonego 17 grudnia 1990 roku. Rodzicom zawsze marzyła się córeczka, ale po Johnie nie mieli już więcej dzieci.

W styczniu 1986 roku mama i tata przenieśli się z kawalerki do trzypokojowego mieszkania przy Armill Road. Spędziliśmy tam 12 lat i to właśnie z tej chaty mam najwięcej wspomnień z dzieciństwa. Najlepsze w niej było to, że znajdowała się na tyłach piłkarskiego klubu młodzieżowego „The Gems”, w którym pracował ojciec. Mieli tam asfaltowe boisko i pamiętam, że uwielbiałem wspinać się po ogrodzeniu, żeby przeskoczyć na jego teren i pograć w piłkę.

W wieku czterech lat trafiłem do przedszkola przy Stonebridge Lane Infants School, ale nie jestem w stanie przywołać stamtąd żadnych wspomnień. Mama za to pamięta, że podczas każdego dnia sportu angażowałem się we wszystkie wyścigi – długie, krótkie, z jajkiem na łyżce czy w workach – i wszystkie wygrywałem.

Mama jest świetnym organizatorem i zawsze dbała o wszystkie rodzinne dokumenty. Do dziś przechowuje wszystkie szkolne raporty i świadectwa, moje i moich braci. Każdy zapakowany w foliową koszulkę i uporządkowany. Mój pierwszy szkolny raport pochodzi z 1992 roku, kiedy miałem 6 lat i nadal uczęszczałem do Stonebridge Lane. Jest tam napisane, że potrzebuję „dużo wsparcia w nauce czytania”, ale chwalony jestem za postępy w matematyce: „Szybko przyswaja nowe fakty i ma dobre zdolności umysłowe”.

Wykazywałem też duże zdolności techniczne: „Z upodobaniem składa modele z kart, plastiku i papieru, lubi i świetnie sobie radzi z pieczeniem ciast i szyciem”. Chciałbym wiedzieć gdzie, u diabła, zaginęły po drodze te wszystkie zdolności, gdzież one są dzisiaj?! Generalnie ocena opisowa była pełna pochwał: „Wayne jest lubiany i przez kolegów, i przez koleżanki. Ciężko nad sobą pracuje i rzadko przysparza kłopotów”.

Moje pierwsze porządne wspomnienie, które zresztą co jakiś czas do mnie wraca, pochodzi z okresu, gdy miałem 5 lat. Mój braciszek Greame nagle wybiegł z mieszkania na ulicę, a ja natychmiast za nim pognałem, żeby go sprowadzić z powrotem do domu. Wybiegłem jak stałem, bez butów, w samych skarpetkach i paskudnie otarłem sobie stopę o chodnik, tak okropnie, że paznokieć zlazł mi z dużego palca. I jeszcze dostałem za to klapsa, zdaje się, że od mamy, za to, że byłem tak niezaradny i wychodząc z domu nie włożyłem butów! Niby zwyczajne wspomnienie, ale jakoś na dobre utkwiło mi w pamięci. Mama zwykle dyscyplinowała nas jednym klapsem w tylną część ciała i zazwyczaj za to, że zachowywaliśmy się zbyt głośno. Na ogół wrabiałem braci, że to oni robią hałas. Za to ojciec nigdy nas nie bił, ale też miał u nas wielki autorytet.

Po skończeniu Stonebridge Lane przeniosłem się do katolickiej szkoły podstawowej Our Lady and St. Swithin’s przy Parkstile Lane w dzielnicy Gillmoss, do której miałem z domu 10 minut na piechotę. Musieliśmy nosić mundurki: czerwone krawaty, szare bluzy i spodnie oraz czarne buty. Noszenie adidasów czy koszulek piłkarskich było zakazane. Mama chodziła do tej samej szkoły i dwie jej dawne nauczycielki, Miss Kelly i Mrs. Guy, uczyły także mnie. Lubiłem bardzo pannę Kelly, ponieważ codziennie dawała najlepiej zachowującemu się dziecku jajko z niespodzianką. Zdarzało mi się je dostawać, choć niestety nie tak często, jak bym chciał.

Przez pierwsze dwa tygodnie w St. Swithin’s nie zamieniłem ani jednego słowa z żadnym z nowych chłopaków, gadałem tylko z dziewczynami. Nie mam pojęcia dlaczego, po prostu lubiłem z nimi przebywać. Kiedy jednak w końcu się zorientowałem, że wszyscy chłopcy grają na szkolnym boisku w piłkę, dołączyłem do nich.

Gdy miałem 6 lat, była w klasie koleżanka, która bardzo mi się podobała. Kiedyś na jej urodziny przyniosłem do szkoły pudełko czekoladowych różyczek, które kupiłem za własne kieszonkowe (a może pożyczyłem pieniądze od mamy?). Powiedziałem nauczycielce o urodzinach, a ona poprosiła, żebym wręczył dziewczynce prezent przy całej klasie. Byłem z tego bardzo zadowolony i czułem się dumny, ale tylko przez chwilę, bo chłopcy zaraz zaczęli wytykać mnie palcami, robić głupie miny i żartować: „A więc to jest twoja dziewczyna, Wayne?”. Od razu zrobiłem się czerwony, było mi głupio jak nigdy dotąd.

Mieliśmy też w klasie dziewczynkę chorą na zespół Downa. Była dwa lata starsza od nas i jako jedynej dziewczynie pozwalaliśmy jej grać z nami w piłkę. Była świetnym, twardym obrońcą, do dziś pamiętam jak mocno kopała mnie po łydkach. Któregoś dnia złapała mnie za palce i nie chciała puścić. Ciągnąłem i ciągnąłem, ale nie mogłem dać rady. Skończyło się na tym, że jeden mi złamała. Ale i tak dobrze ją wspominam, była miłą dziewczyną, czasami ją widuję albo przynajmniej słyszę, co u niej, kiedy odwiedzam Croxteth.

Uwielbiałem St. Swithin’s, wszystkich nauczycieli, nie sprawiałem większych kłopotów i przynosiłem do domu dobre oceny. Na świadectwie z lipca 1995 roku, czyli kiedy miałem 9 lat, czytam, że polubiłem muzykę klasyczną, choć nie mogę tego sobie przypomnieć. Według raportu moim ulubieńcem był Peer Gynt. Czy to ten Norweg, który grał kiedyś w Manchesterze United?

Wygląda na to, że najlepszy byłem z religii: „Wayne potrafi przywołać opowieści z życia Jezusa z wielką dokładnością i detalami. Bierze aktywny udział w dyskusjach i jest pomocny dla innych”. Och, sama prawda, cały ja.

Na świadectwie z następnego roku, kiedy miałem 10 lat, można przeczytać, że „jestem bardzo pewny siebie na matematyce, bardzo szybko i trafnie ogarniam nowy materiał”. Zawsze bardzo lubiłem matematykę. Raport z wychowania fizycznego mówi, że „Wayne jest odrobinę nieopanowany i dla własnego bezpieczeństwa powinien się nauczyć lepiej kontrolować”. Co za policzek! Uwielbiam te referencje: „odrobinę nieopanowany”. Jak oni na to wpadli?

Chociaż uczęszczałem do szkoły katolickiej, rzadko chodziliśmy całą rodziną na niedzielną mszę, raczej tylko na specjalne okazje. Pamiętam, że co tydzień odwiedzał nas ksiądz, który zbierał pieniądze. Oczywiście wierzyłem w Jezusa, rysowałem obrazki z jego życia w szkole i modliłem się do niego niemal co każdy wieczór. Głównie jednak były to modlitwy o zwycięstwa Evertonu w sobotnim meczu.

Do Pierwszej Komunii przystąpiłem w wieku dziewięciu lat. Musiałem przewiesić czerwony pas przez klatkę piersiową i założyć czerwoną muszkę, czego nienawidziłem. Ledwo tylko ceremonia dobiegła końca, wybiegłem z kościoła i zerwałem z siebie obie rzeczy.

W domu miałem to szczęście, że dostałem osobny pokój, podczas gdy Graeme i John musieli dzielić sypialnię. Wcześniej, do piątych urodzin, spałem w łóżku z rodzicami. Podobno dlatego, że bałem się duchów, które „widziałem” na parapecie w moim pokoju. Opowiedziałem o nich jednemu z moich kuzynów, a on potwierdził, że też je widział – pewnie po to, żeby mnie bardziej wystraszyć. W końcu dałem się namówić na spanie w mojej sypiali, ale zawsze zasypiałem przy włączonym telewizorze i światłach. Lubiłem też dźwięk odkurzacza, łatwo przy nim zapadałem w sen. Mama opowiada, że wieczorami często zabierałem do pokoju odkurzacz, żeby „posprzątać”, a ona pół godziny później znajdowała mnie śpiącego w najlepsze przy włączonym urządzeniu. Kiedy kuzyn dowiedział się o tym, oczywiście nie przepuścił okazji do żartów.

Jeden z przesądnych rytuałów, w który wówczas z kuzynem i pozostałymi chłopakami wierzyliśmy, polegał na tym, że jeśli w zasięgu wzroku pojawił tzw. Benny Bus (obwoźna sprzedaż lodów, słodyczy itp., oznajmiająca przybycie specjalnym sygnałem dźwiękowym – przyp. tłum.), należało natychmiast wskoczyć na najbliższy murek i zaczekać na nim, aż wóz przejedzie, inaczej czekał cię pech.

W tym czasie miałem też inną fobię. Nie mogłem siedzieć w pokoju, w którym były niedomknięte drzwi. Jeśli takie zauważyłem, podnosiłem się z miejsca i je zamykałem, nasłuchując czy zamek „kliknie”, inaczej byłem niespokojny. Czytałem, że „Gazza” (Paul Gascoigne – przyp. tłum.) miał całą masę podobnych przesądów i obsesji, kiedy był młodym chłopcem. W moim przypadku nikt się nimi zbytnio nie przejmował, ani nie traktował poważnie. Nigdy nie miałem jakichś niekontrolowanych zachowań, dobrych czy złych, i rodzice nie mieli się czym martwić.

Fajnie było mieć tylu kuzynów w podobnym wieku, którzy w dodatku mieszkali w okolicy. Zawsze miałem się z kim bawić na ulicy. A jeśli byłem w złym nastroju, czyli w moim zwykłym po sprzeczce z mamą, szedłem za róg do mieszkania babci, mamy ojca. Wpuszczała mnie do siebie i dawała słodycze. Albo odwiedzałem wujka Eugene’a. Wiedziałem, że jestem jego ulubionym siostrzeńcem; zawsze mnie rozpieszczał.

Zdarzało mi się płakać w podstawówce, zazwyczaj dlatego, że chciałem słodyczy i nie mogłem się uspokoić, dopóki mi ich nie dano. W domu nie mieliśmy „śmieciowego” jedzenia, jak batoniki czy chipsy, no – może raz na tydzień. Nie chodziliśmy na frytki czy hamburgery. Ja najbardziej lubiłem makaron, najchętniej z tuńczykiem i sałatką. Moja jedyną słabością były słodycze. Wydawałem na nie całe niewielkie kieszonkowe, starałem się też zdobywać je za darmo. Babcia miała niewielką półciężarówkę, z której sprzedawała słodycze przed domem. Gdy podrosłem, pomagałem jej, odbierając zapłatę w cukierkach.

Kiedyś podczas jazdy na rolkach z moim kuzynem, Stephenem, wywaliłem się i rozciąłem kolano. Gdy się podnosiłem z ziemi, zauważyłem leżący w rynsztoku 10-funtowy banknot. Zdecydowałem, że podzielę się znaleziskiem ze Stephenem, a drugie 5 funtów dałem mamie, żeby wydała na bingo.

W każde letnie wakacje spędzaliśmy tydzień całą rodziną w Butlins. Było nas w klanie Rooneyów tak wielu, że wynajmowaliśmy 40-osobowy autokar, żeby nas tam wszystkich zawiózł. Któregoś razu po powrocie z wakacji zastaliśmy w mieszkaniu prawdziwy potop. Pękła rura i woda zniszczyła nam całą podłogę i sufit. Mama spojrzała w górę i stwierdziła z przekonaniem, że kształt zacieku na suficie ułożył się w znak krzyża. Zdaje się, że uznała to za rodzaj cudu, podobnie jak ci ludzie z Portugalii, Hiszpanii czy skąd tam jeszcze, którzy „widzieli” twarz Jezusa albo Matki Boskiej w rzepie lub kromce chleba. Od razu pobiegła po naszego księdza i zaciągnęła go do domu, żeby sam się przekonał. On jednak był na szczęście realistą, spojrzał więc w górę i stwierdził: „To tylko zaciek, pani Rooney…”

Jako dziecko prawie wcale nie chorowałem, miałem tylko jak każdy odrę i ospę wietrzną. Ale pamiętam wypadek, kiedy rozerwałem sobie kolano prawie do kości na ostrym ogrodzeniu. Musiałem ukryć uraz przed mamą, bo wcześniej wyraźnie mi zabroniła wspinać się na nie. Do dziś pozostała mi blizna po tamtej historii.

Kiedy miałem 6 lat, szkolny lekarz orzekł, że powinienem nosić okulary, bo jedno oko „jest leniwe i nie nadąża”. Przebadano mnie i dobrano specjalne okulary korekcyjne, które miałem przez rok, jednak odmawiałem ich noszenia. Graeme także dostał okulary, ale był mniej zbuntowany niż ja i nosił szkła przez kilka lat. Problem z lewym okiem pozostał mi do dzisiaj. Mam okulary do czytania, ale prawie w ogóle ich nie używam. Wolałem szkła kontaktowe, ale powiedziano mi, że nie skorygują mojej wady, więc odpuściłem.

Kilka razy, w czasach gdy chodziłem do St. Swithin’s, wdałem się w szkolną bijatykę. Pamiętam, że jeden z chłopaków nazywał się Garry i był rok starszy i dużo większy ode mnie. Zdaje się, że walka pozostała nierozstrzygnięta. Innym razem starłem się z kolesiem o imieniu Craig, który był znanym w szkole awanturnikiem. Miał pseudonim „Psycho”, podobnie jak Stuart Pearce, były obrońca reprezentacji Anglii, ale udało mi się ominąć jego gardę i posłać niezły cios. Kłótnia wybuchła o to, czy podczas meczu był gol, czy nie. Każdy z nas tak bardzo chciał wygrać…

Za każdym razem bójkę przerywał nauczyciel, który potem posyłał po nasze matki. Na pretensje mamy odpowiadałem, że przecież robię to, co kazał tata, który powiedział mi, że jeśli mnie ktoś zaczepi, mam nie pękać, ale odpowiadać tym samym. Tak tłumaczyłem się z bójek. W czasach podstawówki byłem nieduży i szczupły, właściwie najmniejszy z rówieśników, ale potrafiłem o siebie zadbać.

Przez długie lata miałem na twarzy okropne piegi. Nienawidziłem ich i marzyłem, żeby znikły. Mama twierdzi, że raz przyłapała mnie w łazience jak próbowałem usunąć je z twarzy za pomocą szczotki drucianej. Nie pamiętam tego, ale byłoby to do mnie podobne. Chciałem się ich pozbyć, bo uważałem, że wyglądam dziecinnie, a nawet dziewczęco. O dziwo, z czasem same zaczęły znikać.

Ostatniego dnia nauki w St. Swithin’s, gdy miałem 11 lat, wszystkie dziewczyny miały łzy w oczach, kiedy żegnały się z chłopakami. Postaraliśmy się o to, żeby nigdy nas nie zapomniały, wypisując markerem nasze imiona na ich koszulkach.

Uwielbiałem chodzić do St. Swithin’s i z przykrością opuszczałem szkolne mury. W domu też czułem się świetnie. Dorastałem w biednej dzielnicy, w której mieszkało sporo ubogich rodzin, ale ja nie miałem poczucia, że moja rodzina jest uboga. Zawsze dostawałem to, o co prosiłem – słodycze, rower czy piłkę, jeśli płakałem wystarczająco długo.

Nasze osiedle już w moich czasach nie było najbezpieczniejszą okolicą, a po tym, jak się wyprowadziłem, zrobiło się jeszcze gorzej. Tak przynajmniej słyszę, bo ja sam nigdy nie miałem poczucia, że to niebezpieczne miejsce. Pamiętam tylko jeden taki przypadek, gdy policja zablokowała całą naszą ulicę. Ścigali uzbrojonego włamywacza, który ukrywał się w naszym domu. W końcu udało im się osaczyć go w budynkach klubowych na tyłach naszego mieszkania.

Moje dzieciństwo było raczej zwyczajne. Nie przydarzyło mi się nic okropnego. Zwykłe życie, jak na dzielnicę w której mieszkaliśmy. Czułem się kochanym dzieckiem, otoczonym dbającymi rodzicami i kupą krewniaków, których bardzo lubiłem. Oczywiście zdarzały się rodzinne kłótnie i spory; czasami ciotki wrzeszczały na siebie, a nawet szarpały się za włosy podczas obiadu, ale następnego dnia znów były najlepszymi przyjaciółkami. Tak to już bywa w wielkich rodzinach. Zwłaszcza irlandzkich – o ile rzeczywiście pochodzimy z Irlandii. Bliscy mogą się ze sobą spierać i kłócić, ale zawsze trzymają się razem.

Jak już wspominałem, kiedy byłem mały, musiałem zasypiać przy świetle albo przy przyjaznych hałasach. Nawet dziś zdarza mi się zapalać przed snem wszystkie lampy, włączać telewizor i… odkurzacz. A jeśli mieszkam w pokoju hotelowym i na wyposażeniu nie ma odkurzacza, zadowalam się suszarką do włosów. Muszę się przyznać ze wstydem, że spaliłem już całe mnóstwo suszarek, które nie wytrzymały pracy przez całą noc…

Coleen, moja narzeczona (dziś już małżonka i matka synka Kaia – przyp. tłum.) nienawidzi tej obsesji. Nie pozwala mi włączać odkurzacza ani nawet wentylatora, kiedy wspólnie zasypiamy. Lecz kiedy tylko zostaję sam albo wyjeżdżam gdzieś z drużyną, nie ma zmiłuj, w ruch idzie wentylator, suszarka albo chociaż klimatyzacja – każdy z tych dźwięków uspokaja mnie i pozwala zasnąć. Wiem, że może się to wam wydać głupie i, szczerze mówiąc, nie ma na to dobrego wyjaśnienia. Spotkałem w życiu tylko jedną osobę, która miała podobne zwyczaje. Był to człowiek, który jako niemowlak był noszony przez mamę w chuście. Często suszyła włosy suszarką, mając go podwieszonego na piersi, stąd to jego przyzwyczajenie – terkot suszarki przypomina poczucie bezpieczeństwa, daje komfort i pomaga zasnąć. Wydaje mi się, że wielu z nas ma jakiś głupi nawyk, sięgający dzieciństwa, na wyrośniecie z którego potrzebuje lat. Ja, mając 20 lat4, na pewno potrzebuję jeszcze czasu…

Originally published in the English language by HarperCollins Publishers Ltd. under the title WAYNE ROONEY: MY STORY SO FAR

© Wayne Rooney 2006–2007

Wayne Rooney asserts the moral right to be identified

as the author of this work

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2012

Copyright © for the translation by Michał Pol 2012

Korekta

Kamil Misiek, Tomasz Wolfke

Skład

Radosław Dobosz

Okładka

Paweł Szczepanik

Private photographs inside the book

provided courtesy of Wayne Rooney

Cover photographs: Jason Bell (front) / Getty Images (others)

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-16-1

www.wsqn.pl

[1] Obraźliwe określenie fanów z Manchesteru wobec zawodników grających na pewnym etapie kariery w którymś z liverpoolskich klubów.

[2] Jeden z wersów przyśpiewki o Angliku (stamtąd wzięte jest również określenie „biały Pelé”).

[3] Mianem non-League określa się w Anglii wszystkie drużyny grające poniżej czwartego poziomu rozgrywek (League Two). Najwyższą (piątą ogółem) klasą rozgrywek non-League jest Football Conference (przyp. red.).

[4] To pierwsza z pięciu napisanych przez Rooneya książek. Opisuje wydarzenia do 2006 roku, kiedy kończył 21 lat (przyp. red.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wayne Rooney. Moja dekada w Premier League Wayne Rooney. Moja historia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila