Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna!

Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna!

Autorzy: Patrick Barclay

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 440

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 24.68 zł

Najbardziej szanowany brytyjski pisarz sportowy skupia się na największym trenerze piłkarskim wszech czasów.

Prawdziwa biografia sir Aleksa Fergusona jeszcze nigdy nie została spisana… aż do teraz.

Alex Ferguson jest jedną z najbardziej fascynujących i kontrowersyjnych postaci dzisiejszego futbolu. Jego 25-letnia współpraca z angielskim klubem Manchester United zaowocowała wygraniem wszystkiego, co było do wygrania w piłce nożnej… i to nie jeden raz. Panowanie Fergusona wyniosło Manchester United do rangi jednego z największych klubów na świecie.

Ta książka, napisana przez nagradzanego i uznanego dziennikarza Patricka Barclaya, doskonale uzupełni wiedzę na temat sir Aleksa Fergusona. Każdy czytelnik od razu zakocha się we wszechstronności Barclaya i jego obiektywnej analizie Fergusona: dobrego, złego, a czasami ohydnego.

Autor, który zna Fergusona od ćwierćwiecza, uważa go za wspaniałomyślnego, ale zarazem bezlitosnego i okrutnie zanurzonego we współzawodnictwie; w postaci takiej jak on drzemie niezliczona liczba wcieleń. I właśnie te wcielenia Barclay stara się zgłębić i wyłożyć czytelnikowi.

Barclay przewrócił każdy kamień, żeby dotrzeć do wszystkich tych, którzy znali Fergusona najlepiej: zawodników, menedżerów, przyjaciół i wrogów. W rezultacie powstała książka „Sir Alex Ferguson – Futbol cholera jasna!” – kompletny i całkowicie obiektywny portret tego fascynującego człowieka.

Manchester United to sir Alex Ferguson,

a sir Alex Ferguson to Manchester United

Myślę, że fanom innych klubów, tak jak i osobom po prostu interesującym się piłką, trudno jest zrozumieć, kim dla oddanego kibica Manchesteru United jest sir Alex Ferguson. Prawdopodobnie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z fenomenu, jakim jest ten trener. Dwadzieścia sześć lat pracy w jednym z największych klubów świata i czterdzieści sześć trofeów w całej karierze mówi w końcu samo za siebie. Pewnie, że można wymienić przynajmniej kilku szkoleniowców ze znacznie dłuższym stażem pracy w jednym klubie, ale nie da się porównać ani presji, jaką cały czas musi czuć trener w tak wielkiej drużynie, ani tym bardziej tego, co Ferguson zrobił dla Manchesteru United przez te dwadzieścia sześć lat. Nie chodzi nawet o te trzydzieści siedem trofeów, w tym dwanaście mistrzostw Anglii i dwa puchary Ligi Mistrzów. Kiedy Szkot obejmował klub, należał on co prawda do najlepszych w lidze angielskiej, ale prym na Wyspach wiódł Liverpool. Również na świecie Czerwone Diabły nie należały do czołówki. Po dwudziestu sześciu latach pracy Fergusona to Manchester United jest najbardziej dochodową marką sportową na świecie, a także rokrocznym faworytem do największych trofeów. Dzięki niemu klub wymienia się jednym tchem obok zespołów takich jak Real Madryt czy FC Barcelona.

To wszystko jednak tylko suche fakty, bardzo dobrze znane każdemu sympatykowi futbolu. Znacznie trudniej przybliżyć emocje, jakie sir Alex budzi w wieloletnim kibicu drużyny z Old Trafford. Z przykrością muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Manchester United w telewizji, jednak miłość do tego klubu zrodziła się we mnie gdzieś w okolicach roku 1997. Jest jednak mecz, którego nie zapomnę do końca życia. Dwudziestego szóstego maja 1999 roku jako zaledwie jedenastoletnie dziecko zasiadłem przed telewizorem w podrabianej koszulce Dwighta Yorke’a kupionej za dwadzieścia złotych w sklepie sportowym, aby z wypiekami na twarzy śledzić zmagania drużyny prowadzonej przez (wtedy jeszcze nie sir) Aleksa Fergusona z Bayernem Monachium o trofeum Ligi Mistrzów. Tego wieczoru Yorke nie strzelił, a w dziewięćdziesiątej minucie meczu to drużyna z Bawarii miała już obie ręce na prestiżowym pucharze. Kiedy w pierwszej minucie doliczonego czasu gry wyrównał wprowadzony dwadzieścia pięć minut wcześniej Teddy Sheringham, padłem na kolana przed telewizorem i krzyknąłem tak głośno, że moja przerażona mama wpadła do pokoju, myśląc, że coś mi się stało. Gdy dwie minuty później na 2:1 strzelił, również rezerwowy, Ole Gunnar Solskjær, nie wiedziałem już, co się wokół mnie dzieje. Tego stanu niesamowitej euforii doświadczyłem w przyszłości jedynie kilka razy, a przecież w tamtych czasach czułem się znacznie mniej związany z klubem niż obecnie.

Dwa i pół tygodnia po tym triumfie Alex Ferguson otrzymał z rąk brytyjskiej królowej tytuł szlachecki, a ja, czytając o tym wydarzeniu w gazecie sportowej, ze zdumieniem odkryłem, że objął on posadę trenera Manchesteru dwa lata przed moim urodzeniem. Teraz, po ponad trzynastu latach od tamtej chwili, ten fakt wprawia mnie w jeszcze większe zdumienie.

Mówi się, że nie ma osoby ważniejszej niż klub. To prawda. Piłkarze przemijają, trenerzy również, trwa jedyne klub i to ku niemu powinna być skierowana wierność kibiców. Jednak dla mnie, dla którego całe życie u steru drużyny z Manchesteru stoi wciąż ten sam Szkot, Manchester United to sir Alex Ferguson, a sir Alex Ferguson to Manchester United. Wiem też, że w swojej opinii nie jestem odosobniony. My, kibice United z przełomu wieków, nie znamy świata bez zaczerwienionej z emocji twarzy Szkota na ławce rezerwowych, bez szczęki nieustannie żującej gumę, bez osławionej suszarki, bez grymasu złości i zaciśniętych pięści, kiedy drużyna gra źle, ale także bez jego wybuchów radości po golach, bez transferów, szalonych i krytykowanych, a okazujących się genialnymi, bez tak zwanych mind games z innymi trenerami, bez nieustannej krytyki sędziów, a nawet bez wielu kontrowersyjnych decyzji, takich jak rzucenie butem w Davida Beckhama. Wiele innych podobnych rzeczy, małych i wielkich, mógłbym wymieniać jeszcze długo. Przeraża nas i paraliżuje wizja tego, że kiedyś Szkot przejdzie w końcu na zasłużoną emeryturę. Dla kibica United ten nieuchronny scenariusz to najgorszy koszmar. Trudno się dziwić, odchodzili od nas najwięksi piłkarze: Cantona, Beckham, van Nistelrooy, Ronaldo… Zespół trwał jednak nienaruszony i z każdym pożegnaniem stawał się silniejszy. Na brak Cantony Ferguson odpowiedział „The Treble”, na odejście Beckhama Pucharem Anglii, po van Nistelrooyu przyszły trzy tytuły mistrzowskie z rzędu i Liga Mistrzów, a po Ronaldo mistrzostwo Anglii i finał Ligi Mistrzów. Za każdym razem to trener spajał drużynę mimo wykruszania się najmocniejszych ogniw. Dobry kowal przekuje nawet najbardziej uszkodzony łańcuch w nowy, jeszcze wytrzymalszy, co jednak, jeśli zabraknie kowala? Czy klub utrzyma się na szczycie, kiedy na ławce nie będzie już Fergusona? Oczywiście każdy ma taką nadzieję, jednak trudno zapomnieć, co stało się po odejściu równie legendarnego sir Matta Busby’ego, który prowadził drużynę przez dwadzieścia pięć lat. To właśnie wydarzenia z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku łatwo tłumaczą, dlaczego tak paraliżująca jest wizja zmiany trenera. Sir Alex zapowiada jednak, że nie zostawi drużyny nieprzygotowanej i odejdzie tylko, jeśli będzie miał pewność, iż zostawia następcy najmocniejszy zespół, jaki stworzył. Jeśli mu się to uda, będzie to kolejny przyczynek do jakże już rozbudowanej legendy. Z drugiej strony, to nie tylko troska o dobro klubu powoduje, że drżymy na myśl o tym dniu. My przecież kochamy tego Szkota! Kochamy tak, jak kochamy ten klub. Gdy on odejdzie, klub będzie trwał, ale w kibicach coś umrze na zawsze.

W maju 2011 roku, dzięki uprzejmości stowarzyszenia kibiców Manchesteru United, miałem zaszczyt gościć na Old Trafford, na meczu ostatniej kolejki sezonu angielskiej Premier League między Manchesterem United a Blackpool. Była to również okazja do celebracji przypieczętowanego kolejkę wcześniej dziewiętnastego mistrzostwa Anglii. Z tej okazji krótką przemowę z murawy wygłosił sir Alex Ferguson. Kiedy dziękował kibicom, jako jednemu z filarów tego sukcesu, uświadomiłem sobie, że dziękuje również mi. Mimo że nie było w tym spotkaniu zwycięskiego gola w dziewięćdziesiątej minucie czy wybronionego karnego, ratującego wynik, było to jedno z największych przeżyć, które spotkało mnie na stadionie. Kilka miesięcy później kilkunastoosobowa delegacja MUSC Poland, niestety tym razem beze mnie, była świadkiem nadania trybunie północnej imienia sir Aleksa Fergusona. Było to dla nich takim samym przeżyciem, jak dla mnie słuchanie jego przemowy po zwycięskim sezonie. Jako kibice i jako stowarzyszenie jesteśmy dumni, że możemy być chociaż malutką częścią legendy tego wielkiego człowieka. Tym samym chcemy was gorąco zachęcić do przeczytania tej biografii, która równocześnie jest wspaniałą opowieścią.

Łukasz Lamparski

Członek MUSC Poland

BEZ WĄTPIENIA

Wśród idiotów

Wiatry znad Morza Północnego bez ustanku nacierały na tylną ścianę Beach End, która pozostawała niewzruszona. Beach End miało z tym do czynienia każdego wieczoru. Choć najbardziej odsłonięta trybuna należącego do Aberdeen Football Club obiektu Pittodrie Stadium jest nazwana całkiem trafnie, warto dodać, że kalifornijskie Malibu czy australijskie Manly Beach nie muszą się martwić o swoje miejsca w światowym rankingu przyjemnych, podmiejskich nabrzeży…

Wiatry wciąż wyły, ale na trybunach hałas dawno już ustał. Cała dwudziestoczterotysięczna publiczność maszerowała przez Merkland Road w stronę centrum miasta. Najpóźniej, jak zawsze, wyszli młodzi łowcy autografów i ich rodzice. Uprzątnięcie tego, co pozostało po meczu pomiędzy Szkocją a Anglią – ćwierćfinałem mistrzostw Europy U-21, zakończonym bezbramkowym remisem i odpadnięciem Szkotów, którzy nie odrobili strat z przegranego pierwszego meczu w Coventry – było zadaniem dziennikarzy, starannych woźnych futbolu.

Poważny Alex McLeish, ponury Steve Archibald, chłopięcy Alan Brazil – wszyscy dokładnie zakamuflowali wszelkie przejawy żalu. Triumfalni Anglicy, wśród których znajdowali się tacy przyszli giganci jak Terry Butcher i Glenn Hoddle, starali się nie wyglądać zbyt wyniośle, gdy szacowali swoje szanse na przejście całego turnieju i sięgnięcie tej wiosny po tytuł mistrzów Europy. Jednak, co naturalne, tryskał z nich optymizm (okazał się przesadzony, ponieważ w następnej rundzie przegrali u siebie i na wyjeździe z Republiką Federalną Niemiec). Dla dziennikarzy piłkarskich była to rutyna – później wszyscy szli do łóżek lub barów – więc w tę marcową noc 1980 roku mała grupa przyjezdnych z Anglii, po zdobyciu tak zwanych „wypowiedzi”, przygotowała je do publikacji i podyktowała przez telefon redakcjom w Londynie (przesyłanie materiałów z laptopa było dopiero melodią przyszłości), by następnie bezwiednie wylać się na ciemne ulice Aberdeenu w poszukiwaniu ukojenia.

W tym momencie reflektory lśniącej limuzyny opuszczającej parking na Pittodrie uprzejmie wskazały wyjazd na Merkland Road. W oknie po stronie kierowcy pojawiła się twarz Aleksa Fergusona. Choć nie zaczął jeszcze pracy w angielskim futbolu, był znany części z nas jako mocny, młody menedżer Aberdeenu, mającego wkrótce sięgnąć po pierwszy z trzech tytułów mistrza Szkocji zdobytych pod jego wodzą.

– Gdzie idziecie, chłopaki? – spytał.

– Do najbliższej taksówki, która zabierze nas do hotelu – usłyszał. Jeśli czuł pokusę, by ponabijać się z Angoli, którym Merkland Road pomyliło się najwyraźniej z Park Lane w centrum Londynu, to jej nie uległ.

– Nigdy nie znajdziecie tu taksówki o tej porze – powiedział. – Wskakujcie…

Dzięki temu i innym spotkaniom Ferguson został uznany przez angielskie środowisko piłkarskie za równego gościa. Z taką reputacją przyszedł w 1986 roku do Manchesteru United, zastępując w roli menedżera Rona Atkinsona, który zostawił drużynę na dziewiętnastym miejscu w starej, liczącej dwadzieścia dwa zespoły First Division. Wyniki się poprawiły, ale nie na stałe. W sezonie 1986/87, choć utrzymali się w ekstraklasie, United przegrali między innymi z Wimbledonem (dwukrotnie), Oxford United, Norwich City i Luton Town, a kibice, w tym jego właśni synowie, nie byli przekonani do Fergusona. Mój znajomy powiedział, że powtarzał swoim synom, by zachowali cierpliwość i pamiętali, że wszyscy w klubie uważali Szkota za „dobrego chłopaka”. To nigdy ich nie uspokajało.

– Dobry chłopak! – parskali. – Nie chcemy dobrego chłopaka. Chcemy gnoja, który zdobędzie nam mistrzostwo!

Dostali i to, i to. Ferguson poprowadził United do jedenastu tytułów ligowych i stał się znany jako jeden z najsurowszych ludzi w futbolu, a jego byli piłkarze darzą go o wiele mniejszą sympatią niż wskazują na to ich publiczne wypowiedzi. Nie wyrywa się już też do zapraszania angielskich dziennikarzy do swojego samochodu. Jakieś dwadzieścia dwa lata po jego geście z Aberdeenu – był maj 2002 roku, dzień przed wizytą drużyny Arsenalu, która przyjechała potwierdzić, że pożycza na rok tytuł mistrzowski – spotkał się z wysłannikami gazet. Na samym początku został poproszony przez człowieka z „The Sun” o ocenę pierwszego sezonu Juana Sebastiána Veróna w United. Jednak Ferguson chciał najpierw poznać zdanie reportera, który odparł, że według niego Verón nie był wart swojej ceny. Szkot wybuchł i skończył konferencję zanim na dobre się zaczęła.

– Nie chcę was widzieć! – krzyczał. – Już z wami, kurwa, nie rozmawiam. Verón to zajebisty zawodnik. Jesteście pieprzonymi idiotami!

W pewnym stopniu było prawdą, że Verón miał w sobie nutkę geniuszu. Po raz pierwszy zobaczyłem go, gdy grał dla Argentyny w sparingu z Brazylią na Maracanie w Rio de Janeiro w 1997 roku. Nie miał jeszcze nawet dwudziestu dwóch lat, a już występował we włoskiej Sampdorii. Był tak niestrudzonym i utalentowanym elementem linii pomocy, że porażkę 0:1 Brazylijczycy mogliby uznać za sukces. Wyglądał na potencjalną gwiazdę zbliżających się mistrzostw świata we Francji, ale pomimo całkiem imponującej postawy w meczu z Anglią, w którym czerwoną kartkę zobaczył David Beckham, Verón nie spełnił wszystkich oczekiwań. Potem przeniósł się do Parmy, a wreszcie do Lazio, skąd Ferguson kupił go za dwadzieścia osiem milionów funtów.

Po swoim wybuchu Szkot zatrzymał Veróna na kolejny sezon, by następnie sprzedać go za piętnaście milionów funtów do Chelsea, gdzie też nie przetrwał zbyt długo. Później znów był przez chwilę we Włoszech, w Internazionale, ale ostatecznie wrócił do Argentyny, by dołączyć do Estudiantes de la Plata. I odniósł tam taki sukces, że Diego Maradona przywrócił go do reprezentacji narodowej i zabrał na mistrzostwa świata w 2010 roku.

Dlaczego w Anglii Verón okazał się klapą? Najbardziej prawdopodobna odpowiedź jest taka, że na półmetku kariery zabrakło mu determinacji, potrzebnej każdemu piłkarzowi chcącemu zabłysnąć na Wyspach. Jednak nie ma żadnych wątpliwości, że tym razem idioci mieli rację – a Fergusonowi z pewnością nie podobała się krytyka ze strony ludzi, których uważał za podgatunek.

Nie zawsze tak było. Dorastał w Szkocji jako piłkarz w latach, w których można było zaprzyjaźnić się ze zwykłym człowiekiem, który często okazywał się później dziennikarzem. Ferguson twierdzi, że pewnego razu, gdy był zawieszony na zagraniczny mecz Rangersów, on i jego kolega z drużyny, Sandy Jardine, usiedli na trybunie prasowej i napisali relację ze spotkania, która została wydrukowana pod nazwiskiem dziennikarza ze „Scottish Daily Express”. Jednak z biegiem lat, poza utrzymywaniem znajomości z takimi weteranami jak Hugh McIlvanney z „Observera”, a potem „Sunday Timesa”, Ferguson nabierał pogardy dla tego, czym stała się prasa.

Miało to podstawy. Tendencja do spekulowania i wyolbrzymiania zaczęła się ujawniać nie tylko w tabloidach, ale też poważnych gazetach, nie wspominając o takich wyczynach, jak podsłuchiwanie rozmów, czego ofiarą padli między innymi Sven-Göran Eriksson i nieszczęsny prezes FA, Lord Triesman (ustąpił ze stanowiska w maju 2010 roku po tym, jak przyłapano go na kontrowersyjnych wypowiedziach dotyczących walki o organizację mistrzostw świata w 2018 roku).

– Nie chodzi nawet o dziennikarzy, ale o to, do czego są zmuszani przez swoje gazety – powiedział mi kiedyś Ferguson. Łatwo się z tym zgodzić…

Nie był zbyt przekonujący, gdy lekceważył niektórych młodszych dziennikarzy za zakładanie „rozdartych dżinsów” na jego konferencje, tak jakby sam nigdy nie przyszedł w dresie czy nawet krótkich spodenkach. Ferguson nie zdawał sobie sprawy z takich braków konsekwencji i było to jego bronią, a narastające sukcesy tylko to podkreślały. Może nieustannie narzekać na niesprawiedliwość, jednocześnie zachowując się nie fair w stosunku do arbitrów. Może domagać się szacunku, samemu zachowując się opryskliwie. Pewnego razu w Birmingham reporterka telewizyjna Rebecca Lowe zadała mu grzeczne pytanie, na które odparł: „Oglądałaś mecz?”.

To był wczesny etap sezonu 2009/10, gdy miał sześćdziesiąt siedem lat. Sir Bobby Robson, którego Ferguson podziwiał, był w podobnym wieku, gdy przeprowadziłem z nim wywiad wykorzystany w biografii José Mourinho.

– Pozwól, że powiem ci, co dzieje się z trenerami, którzy odnoszą sukces – mówił Robson. – To przytrafiło się również mnie. To się dzieje z nami wszystkimi. Zdobywamy trochę władzy, prawda? Ten sukces… wiesz, co sobą reprezentujesz… wiesz, co ludzie o tobie myślą. A ta władza, ta kontrola, którą masz nad ludźmi, w końcu się w tobie zakorzenia. Wykorzystujesz swoją pozycję, by stawać się potężniejszym, niż tak naprawdę jesteś.

Pod koniec lata 2009 roku w katedrze w Durham odbyło się nabożeństwo żałobne poświęcone sir Bobby’emu, a Ferguson dał wspaniale czułe wystąpienie, tak jak zawsze, gdy jest proszony o mowę pożegnalną (mówi się, że nikt inny nie pojawił się na tak wielu pogrzebach, co samo w sobie daje nam zupełnie odmienne spojrzenie na człowieka, który ma tak wiele innych rzeczy na głowie). W pociągu powrotnym do Londynu usiadłem obok McIlvanneya i skorzystałem z możliwości, by spytać go o jego przyjaciela.

– Alec – powiedział (skrócone imię Fergusona zaczęto wymawiać „Alex” dopiero po tym, jak opuścił Szkocję) – to dobry człowiek.

McIlvanney na tym poprzestał, choć wiedział, że oczekiwałem trochę głębszej analizy. Jednak nikt, rzecz jasna, nie jest tak prosty.

Bohater i inspiracja

McIlvanney pozostał bliskim przyjacielem Fergusona, nawet po tym, jak uprzejmie zasugerował mu odejście z United po wczesnym odpadnięciu drużyny z Ligi Mistrzów w 2005 roku. Napisał o Fergusonie, że „jego dokonania są już tak monumentalne, że niedawne zdarzenia nie mogą rzucić na nie żadnego cienia (…). Osobiście wyreżyserowane odejście byłoby pełne godności i honoru, które mu się należą (…). Nigdy nie może pozwolić sobie na ryzyko zdalnego zwolnienia przez właścicieli z Florydy (…). Zawsze nadchodzi czas, gdy najlepsi i najodważniejsi bokserzy powinni rzucić ręcznik”.

Choć nigdy nie ośmieliłbym się uważać za przyjaciela Fergusona, nie mówiąc już o tak bliskiej relacji jaką ma z McIlvanneyem, znam go dłużej niż większość dziennikarzy. Zawsze, pomimo sporadycznej życzliwości z jego strony, był dla mnie raczej bohaterem i inspiracją niż kumplem. Nie sugeruję, że zaoferowano mi wybór w tej sprawie.

Jedna z moich ulubionych historii na temat Fergusona opowiada o dziennikarzu, którego wysłano do Manchesteru, by zajmował się United dla pewnego tabloidu. Podczas pierwszej konferencji Fergusona, na którą przyszedł, śmiało przedarł się przez grupę dziennikarzy, wystawił rękę i przedstawił się.

– Alex, teraz, gdy będziemy razem pracować, zastanawiałem się, czy mógłbyś dać mi swój domowy numer telefonu – szepnął. Odpowiedzią Fergusona było drwiące parsknięcie, a gdy zawstydzony reporter zaczął się wycofywać, Ferguson dodał:

– I nie myśl za dużo o tym cholernym uścisku dłoni!

Ferguson jest bohaterem i inspiracją z wielu powodów. Nad wszystkim góruje jego zdolność zarządzania czasem. Muszę przyznać, że gdy mam za dużo na głowie, pytam się: „Co zrobiłby Ferguson?”.

Odbyłem z nim wyjątkowo pamiętną rozmowę pod koniec 2008 roku, gdy umierał nasz wspólny znajomy. Hymie Wernick był dealerem samochodowym w Manchesterze. Poznałem go wiele lat wcześniej poprzez kolegę z pracy, Roya Collinsa. Łatwo było go polubić, ale mimo to zawsze, gdy przyjeżdżałem w obowiązkach służbowych z Londynu do Manchesteru, obwiniałem się, że brakowało mi czasu, by się z nim spotkać. Pewnego razu spytałem Fergusona, jak ze zdrowiem Hymiego. „Niezbyt dobrze” – powiedział, opóźniając wejście na konferencję prasową i dzieląc się ze mną każdym szczegółem jego stanu zdrowia oraz informacją, że choroba z pewnością jest śmiertelna. Gdy dodał, że Hymie jest w całkiem niezłym nastroju, ale czasami ma zaniki pamięci, zdałem sobie sprawę, że Ferguson często odwiedzał go w szpitalu. On, który ma nieskończenie więcej zajęć ode mnie, okazał się nieskończenie lepszym przyjacielem niż ja.

Jednym z wysoko postawionych przyjaciół Fergusona – przynajmniej gdy krajem rządził Tony Blair – był Alastair Campbell, często określany przez szkockiego trenera jako prawdziwy przyjaciel, „ten, który wchodzi przez drzwi, gdy inni zakładają płaszcze z zamiarem wyjścia”.

Istnieje mnóstwo anegdot, które udowadniają jego gotowość do poświęcenia czasu dla dobrych spraw. Gdy w kwietniu 2010 roku szedłem na stację kolejową Piccadilly po zwycięskich dla United derbach na City of Manchester Stadium, usłyszałem głos wydobywający się z vana stojącego w korku: „Hej, odpuść naszemu Fergiemu!”. Domyśliłem się, że ma to związek z artykułem, w którym powiązałem ze sobą niezbyt popularne rządy rodziny Glazerów z Irlandczykami z branży wyścigowej, Magnierem i McManusem, którzy sprzedali United Amerykanom w 2005 roku. Ten tekst rozdrażnił wielu wielbicieli Fergusona. Podszedłem więc, by porozmawiać z krzyczącym do mnie człowiekiem i dopiero wtedy zauważyłem, że van był przerobiony; chłopak i jego koledzy byli niepełnosprawni.

– Fergie jest wspaniały – powiedziano mi. – Zawsze ma dla nas trochę czasu.

Są też jednak anegdoty, które pozwalają stwierdzić, że upływ czasu i nieustanne pochlebstwa zrobiły z niego szorstkiego człowieka. Podczas długiego wywiadu telewizyjnego z sir Davidem Frostem w 2008 roku wyglądał na spokojnego, aż nagle wybuchł, gdy przypomniano mu, że Gary Lineker skrytykował go za protest przeciwko BBC, której Ferguson nie chciał udzielać wywiadów.

– Lineker – powiedział Ferguson po krótkiej przerwie na pośpieszne poszukiwanie odpowiedniej broni słownej – sam zatrzymywał artykuły przed drukiem. – I dodał, że „w sprawie BBC zajmuje tylko stanowisko”. Brzmiało to zabawnie, ale obie te rzeczy trzeba rozróżniać.

Trudno powiedzieć, jakim człowiekiem jest Ferguson – dobrym czy złym. Łatwo dojść natomiast do wniosku, że chodzi własnymi ścieżkami. To oddziela go od reszty. Na początku XXI wieku cała Wielka Brytania była w stanie bezustannego zachwytu; wszystko było „super” i „mega”. Ferguson, rzadko podążający za modą językową czy jakąkolwiek inną – fryzury nie zmienił, odkąd zaczął grać w piłkę, a ubiór opiera na schludnym płaszczu z luksusowego sklepu Crombie, kupionym za tygodniówkę zarobioną w Rangersach – naprawdę zachwycał ludzi. Nawet McIlvanney musiał być zaskoczony reakcją na swój napisany w dobrej wierze artykuł z 2005 roku. Ferguson przegrał wtedy z José Mourinho walkę o mistrzostwo. W 2006 roku miał przegrać raz jeszcze – a potem zdobył trzy tytuły z rzędu i drugi Puchar Europy.

Obowiązki Fergusona w jakiś sposób nie powstrzymywały go przed uprawianiem hobby. Były wśród nich wyścigi konne, do których stopniowo powracał po karcącej porażce sądowej z Magnierem i McManusem w sprawie praw do konia Rock of Gibraltar. Innym hobby było wino, w szczególności czerwone, francuskie, którego niuansami zainteresował go hotelarz spotkany podczas wyjazdu do Francji na mecz Montpellier w 2001 roku; może to przypadek, ale jego ulubione wina zawsze okazywały się tymi najdroższymi. I była też polityka.

Michael Crick, zasłużony prezenter telewizyjny, dziennikarz, kibic United i kronikarz życia Fergusona, opisał jego politykę w ten sposób: „Podobnie jak Alastair Campbell, Ferguson stosuje socjalizm pragmatyczny: jako zadeklarowany kibic piłkarski martwi się głównie o to, by jego drużyna wygrywała”. Do tego powinienem dodać, że ma odruchy plemienne. Jego odpowiedzi są raczej stronnicze aniżeli intelektualne. W wywiadzie z Campbellem dla „New Statesman” w 2009 roku zadeklarował: „Dorastałem w wierze, że Partia Pracy była partią człowieka pracy i wciąż w to wierzę”. Pierwsza odpowiedź przyszła e-mailem z Glasgow: „Ferguson pamięta marzenie”.

Choć skrytykował kiedyś Margaret Thatcher – „Nie porównujcie mnie do tej kobiety”, rzucił, gdy powiedziano mu, że podobnie jak ona potrzebuje tylko kilku godzin snu – jego rządy w Manchesterze United opierały się na ekstremalnym kapitalizmie, co z radością przyznaliby Glazerowie i ich poprzednicy, Magnier i McManus.

Ferguson mógłby z przyjemnością zaakceptować definicję klubu piłkarskiego jako nastawionej na zysk dyktatury. W artykule na temat wyższości Mourinho po zwycięstwie Interu Mediolan w finale Ligi Mistrzów w 2010 roku Matthew Syed z „Timesa” napisał: „Ferguson ma raczej skłonności megalomańskie niż narcystyczne, ale konsekwencje są takie same. Główną zasadą panującą w Manchesterze United jest prymat Fergusona”. Nie jest to nic unikalnego; w miejsce Manchesteru United można by wstawić Arsenal, a Fergusona zastąpić Arsene’em Wengerem. Jednak autor odnalazł subtelną różnicę pomiędzy Fergusonem a Mourinho: dyktatura Fergusona opiera się na jego przekonaniach, a nie na ego.

Można to wyczuć w jego zamiłowaniu, być może nieświadomym, do frazy, która nie pozostawia pola do dyskusji; często kończy stwierdzenia czymś w rodzaju „bez wątpienia”. Jednak im bardziej znaczący człowiek, tym bardziej powinien być kwestionowany – właśnie dlatego, że ma drapieżne nawyki, które pomogły mu w osiągnięciu sukcesu. Dla Fergusona sędziowie i wszystkie pozostałe gatunki władz piłkarskich są jak myszy i szczury – więc musimy pilnować go jak jastrzębia.

Zasiany w żyznej glebie

Może już nigdy nie być następnego Fergusona. A na pewno nie będzie następnego takiego środowiska piłkarskiego, w jakim się wychował.

Przed przyjazdem do Aberdeenu, gdzie miał wreszcie zostać bardziej rozpoznawalny, spędził w szkockim futbolu dwie dekady. Grał dla sześciu klubów, dwa kolejne trenował. Jednak dzisiaj mógłbyś zjeść śniadanie, wsiąść w samochód i przy dobrze zaplanowanej, niezakorkowanej trasie zdążyłbyś wybrać się na wycieczkę objazdową po miejscach, w których do tamtej pory pracował, i wrócić w sam czas na kolację. Szkocki futbol, z którym dorastał, był cudownie intensywny. Każdy metr kwadratowy boiska był pełen pasji i poświęcenia.

Wszystkie te cechy reprezentował Hampden Park – wielka arena Glasgow, na której bito rekordy oglądalności. Ferguson przyczynił się do jednego z nich. Jako nastolatek dołączył do liczącej sto trzydzieści pięć tysięcy kibiców publiczności, która oglądała zwycięstwo Realu Madryt nad Eintrachtem Frankfurt 7:3 w finale Pucharu Europy w 1960 roku. To był niezapomniany spektakl i mecz wielkiej wagi: każdy, kto go widział (Ferguson i pozostali zdumieni widzowie; my, gapiący się z niedowierzaniem w nasze czarno-białe telewizorki) jeszcze bardziej zakochał się w futbolu. Tak samo jak później, gdy kolorowe już transmisje pokazały nam magiczną Brazylię w Pucharze Świata 1970.

Jednak te sto trzydzieści pięć tysięcy pojawiło się tamtego majowego wieczoru w 1960 roku, nie wiedząc, co ich czeka. Szkoci, wypełniający większość stadionu (w czasach, gdy turystyka nie była jeszcze tak rozwinięta jak dzisiaj, nawet taka okazja nie skłoniła fanów z Niemiec i Hiszpanii do przylotu na Wyspy), kierowali się prostą, zwyczajną chęcią zobaczenia najlepszych piłkarzy Europy. Nikt nie interesował się tym, kto wygra, nie było powodu, by kibicować czemukolwiek poza samym widowiskiem. Real zdobył mistrzostwo Europy w każdej z poprzednich czterech edycji turnieju, ale Eintracht wyglądał na niezwykle obiecującego rywala. W półfinale wyrzucił mistrzów Szkocji, pokonując Rangersów 6:1 u siebie i, jakby to nie wystarczyło, 6:3 na Ibrox.

Ferguson był na drugim meczu Rangersów i jako młody aspirant Queen’s Park, które grało na Hampden, dostał darmową wejściówkę na finał. Opowiadał, że dzień wcześniej chłopcy z Queen’s Park trenowali na przyległym Lesser Hampden i mieli szansę obejrzeć trening gwiazd przed meczem finałowym.

– To było jak z bajki. Byłem na półfinale. Jako kibice Rangersów i młodzi chłopcy uważaliśmy, że piłkarze Frankfurtu to bogowie i muszą wygrać. A Real rozjechał ich 7:3! Ten mecz był odpowiedzią na wszystkie marzenia europejskiego futbolu.

Tak więc fitba1 sama w sobie ściągnęła na stadion Fergusona i tłumy jego rodaków. Z pewnością nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by tak wielu ludzi przyszło na mecz piłkarski rozgrywany na neutralnym gruncie. A przy małej i wciąż malejącej liczbie stadionów o stu trzydziestu pięciu tysiącach miejsc (Hampden ma teraz pięćdziesiąt dwa tysiące) nie mogło się to zdarzyć po raz kolejny. Szkocja ma prawo być z tego dumna i powoływać się na ten fakt, gdy ludzie pytają, jakim cudem ten kraj zrodził tak wielu wybitnych menedżerów: nie tylko Fergusona, ale też Jocka Steina i Matta Busby’ego, którzy poprzedzili go w doprowadzaniu brytyjskich drużyn na sam szczyt europejskiej piłki, jak również Billa Shankly’ego, który położył fundamenty pod sukcesy Liverpoolu. Nawet gdy w latach osiemdziesiątych przepływ piłkarzy ze Szkocji do Anglii zaczął zwalniać (większość przypuszczała, że młodzi ludzie, którzy wcześniej ćwiczyli piłkę dla zabawy, znaleźli ciekawsze zajęcia, w tym robienie niczego), szkoccy menedżerowie nadal mieli wielki wpływ na angielski futbol: Kenny Dalglish w Liverpoolu, a potem w Blackburn; George Graham w Arsenalu.

Szkoci troszczą się o futbol. Ferguson dorastał w takim właśnie środowisku. Ziarno zostało zasiane w żyznej glebie. Pod tym względem miał szczęście.

Kiedyś to o Francuzach mówiło się, że gdyby grali w piłkę równie dobrze, jak o niej myślą – to główni pomysłodawcy wszystkich form rozgrywek międzynarodowych – byliby nie do zatrzymania. Jednak pomiędzy 1984 a 2000 rokiem zdobyli dwa mistrzostwa Europy i Puchar Świata, pozbywając się tej łatki.

Szkotom zarzucano, że mimo wszystkich sukcesów trenerskich ich piłkarze rzadko mieli okazję przyjrzeć się z bliska tym błyszczącym pucharom. Odpowiedź na te zarzuty Szkoci mieli tylko przez chwilę, w 1967 roku, siedem lat po tym, jak młody Ferguson podziwiał Alfredo Di Stéfano i Ferenca Puskása biegających w białych strojach Realu. Tym razem to zielono-białe pasy Celtiku zawładnęły Europą, pokonując Internazionale w finale w Lizbonie i wprowadzając modę na brawurowy, ostry futbol2.

Mimo irlandzkich tradycji Celtiku, osiągnęli to z pomocą piłkarzy znalezionych w promieniu trzydziestu mil od Glasgow. Północno-zachodnia Szkocja również wychowała wielkich menedżerów. Nie tylko Steina, ale Busby’ego i Shankly’ego; wszyscy święcili triumfy, gdy Ferguson dopiero dorastał. Tylko jedna część Wielkiej Brytanii mogła spierać się, że jest lepszą fabryką menedżerów: dość mały wycinek angielskiego północno-wschodniego wybrzeża, który najpierw dał światu Billa Nicholsona, a potem Dona Reviego i Briana Clougha.

Siłę szkockiego futbolu da się wyczuć nawet we wsiach położonych na wschodzie kraju. Przejażdżka rowerowa na obrzeża Dundee może się skończyć przejazdem przez skrzyżowanie ze znakiem informującym o odległości do okolicznych wsi, który można pomylić z lekko niewiarygodną tabelą niższej ligi: Arbroath 7, Brechin 4, Montrose 6, Forfar 8. Jednak mocno industrialny zachód Szkocji, miejsce Fergusona, zawsze był inny – twardy, wyjątkowy, a te Lizbońskie Lwy Steina w jakiś sposób go reprezentowały, uosabiały jego moc.

Real był piękny, wielki i przetrwał wszystkie zmiany, które w połowie XX wieku przyniosła globalizacja, ale Celtic w swoim wielkim dniu nie potrzebował urodzonego w Argentynie Kolumbijczyka, który reprezentował później Hiszpanię (Di Stéfano) ani „galopującego majora” z Węgier (Puskás). Celtic był wspaniałym plonem z pól, na których dorastał Ferguson. Oglądał rozkwit tego zespołu z bliskiej perspektywy, zostając nawet dobrym przyjacielem Steina. W 1983 roku, w finale europejskich rozgrywek w Göteborgu, sam poprowadził szkocką drużynę do zwycięstwa w bitwie z Realem, osiągając więcej niż to możliwe z Aberdeenem i wypływając na szersze wody, gdzie granice międzypaństwowe istniały tylko po to, by je przekraczać, a różnice kulturowe były tak zapomniane, że piłkarze Fergusona przybywali do Manchesteru United z prawie każdej grupy etnicznej.

Prawie. Piszę palcami dygoczącymi w niepewności, jest 2010 rok – na razie United nie kupili jeszcze żadnego Eskimosa.

[1] W szkockim slangu: futbol (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy).

2[2] Drużynę tę nazwano później „Lizbońskimi Lwami Steina”.

Książka po raz pierwszy opublikowana pod tytułem

FOOTBAL: BLOODY HELL! The Biography of Alex Ferguson

przez Yellow Jersey Press.

Copyright © Patrick Barclay 2010-2012

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Sine Qua Non 2012

Copyright © for the translation by Michał Pol & Piotr Czernicki-Sochal 2012

Redakcja i korekta

Kamil Misiek, Tomasz Wolfke

Redaktor prowadzący

Michał Rędziak, Przemek Romański

Opracowanie typograficzne i łamanie

Agnieszka Szatkowska

Okładka

Paweł Szczepanik

Cover photographs: Getty Images

Other photographs inside the book: Flash Press Media / Getty Images

Patrick Barclay has asserted his right under the Copyright, Designs

and Patents Act 1988 to be identified as the author of this work

„My Back Pages” written by Bob Dylan

Copyright © 1964 by Warner Bros. Inc.; renewed by Special Rider Music.

All rights reserved. International copyright secured. Reprinted by permission

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie możę być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-63248-83-3

www.wsqn.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mourinho. Pogłębiona anatomia zwycięzcy Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna! 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila