Pele. Piłka nożna zmienia świat

Pele. Piłka nożna zmienia świat

Autorzy: Brian Winter

Wydawnictwo: Burda Książki

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 23.24 zł

PIŁKA NOŻNA. FUTBOL. PIĘKNA GRA. Najpopularniejsza dyscyplina sportowa świata jest nazywana na wiele sposobów, ale kibice zgadzają się co do jednego: największym piłkarzem w historii był Pelé, który stał się żywą legendą. Ten prawdziwy ambasador sportu i działacz charytatywny dzieli się z nami swoimi opiniami na temat piłki nożnej i opowiada o swojej globalnej wizji przyszłości tego sportu. Serce podpowiada, że piłka nożna była dla mnie dobra, że była dobra dla świata. To dzięki niej jako ubogi chłopak znalazłem cel w życiu i miałem okazję poznać cuda całego świata. To dzięki niej nawiązałem przyjaźnie na całe życie i mam dziś wspólnie z moją rodziną cudowne wspomnienia. Przez całe życie obserwowałem, jak piłka nożna zbliża ludzi, łączy ich w społeczności i zwiększa ich wrażliwość na otaczający świat. Wielokrotnie widziałem, jak polepszała życie milionów ludzi – nie tylko piłkarzy. Właśnie dlatego moim zdaniem piłka nożna zmienia świat. — Pelé

Spis treści

Karta tytułowa

Wstęp

Brazylia, 1950 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Szwecja, 1958 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Meksyk, 1970 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Stany Zjednoczone, 1994 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Brazylia, 2014 Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

.: Zdjęcia

Podziękowania

Karta redakcyjna

Dla mojej Matki, Celesty, z miłością

Wstęp

Kiedy zamykam oczy, wciąż widzę moją pierwszą piłkę.

Tak naprawdę było to kilka skarpetek związanych w supeł. Razem z kolegami „pożyczaliśmy” je ze sznurków z praniem sąsiadów i godzinami kopaliśmy taką piłkę. Biegaliśmy za nią ulicami, śmiejąc się i drąc wniebogłosy aż do zachodu słońca. Możecie sobie wyobrazić, że wielu sąsiadów nie było zachwyconych! Mieliśmy jednak hopla na punkcie piłki nożnej i nie istniało dla nas nic innego. Zresztą skarpetki zawsze wracały do właściciela, choć nieco brudniejsze niż wtedy, gdy je pożyczaliśmy.

Jako nieco starszy chłopak ćwiczyłem, kopiąc grejpfruty, kuchenne ścierki zwinięte w kulkę, a nawet rozmaite odpadki znalezione w śmietniku. Dopiero gdy byłem już prawie nastolatkiem, zaczęliśmy grać prawdziwymi piłkami. Kiedy w 1958 roku w wieku siedemnastu lat po raz pierwszy grałem na mistrzostwach świata, korzystaliśmy ze zwyczajnych szytych skórzanych piłek, które dziś wydają się zabytkami. Od tamtej pory sport bardzo się zmienił. W 1958 roku Brazylijczycy musieli czekać aż miesiąc, by obejrzeć filmową relację z finałowego meczu między naszą drużyną a gospodarzami, czyli Szwecją, natomiast w 2010 roku, podczas ostatnich mistrzostw świata, które odbyły się w RPA, finałowy mecz pomiędzy Hiszpanią a Holandią obejrzało na żywo (w telewizji lub internecie) 3,2 miliarda ludzi, czyli niemal połowa populacji naszej planety. Nie dziwota, że dzisiejsze piłki to gładkie, syntetyczne, kolorowe kule testowane w tunelach aerodynamicznych pod kątem odpowiedniego toru lotu. Dla mnie wyglądają bardziej jak statki kosmiczne niż cokolwiek, co miałbym kopać.

Kiedy myślę o tych przemianach, uświadamiam sobie, jak jestem stary. Jednocześnie zachwycam się tym, jak bardzo świat się przeobraził w ciągu ostatnich siedmiu dekad, i to głównie na lepsze. Jak to możliwe, że ubogi czarnoskóry dzieciak z wiejskiego regionu Brazylii, dorastający na kopaniu zwiniętych w kłębek skarpetek i przedmiotów znalezionych na śmietniku, biegający za nimi brudnymi ulicami, znalazł się nagle w centrum globalnego zjawiska oglądanego przez miliardy ludzi?

W tej książce staram się opisać wybrane przeze mnie niesamowite transformacje i wydarzenia, dzięki którym moja podróż stała się możliwa. Opowiadam też o tym, że przez te lata piłka nożna zmieniła świat na lepsze, scalając lokalne społeczności i dając takim jak ja ubogim dzieciakom cel w życiu i powód do dumy. To nie jest typowa biografia, to nie są typowe wspomnienia. Nie opisałem wszystkiego, co mi się kiedykolwiek przydarzyło. Starałem się za to opowiedzieć kilka przenikających się historii o tym, jak rozwijałem się jako człowiek i piłkarz, oraz o tym, jak w tym samym czasie zmieniła się piłka nożna i cały świat. Skupiłem się na pięciu turniejach mistrzostw świata, zaczynając od mundialu w Brazylii (1950 r.), który odbył się, gdy byłem jeszcze dzieckiem, a kończąc na mistrzostwach, których jesteśmy dumnymi gospodarzami w roku 2014. Z różnych powodów te wydarzenia były kamieniami milowymi w moim życiu.

Przekazuję te historie z wielką pokorą i ogromną wdzięcznością za to, jak wiele szczęścia mnie spotkało. Dziękuję Bogu i mojej rodzinie za wsparcie. Dziękuję wszystkim ludziom, którzy mi pomogli. Dziękuję też piłce nożnej, najpiękniejszej z gier, za to, że drobnemu chłopcu imieniem Edson pozwoliła przeżyć życie Pelégo.

EDSON ARANTES DO NASCIMENTO

„PELÉ”

SANTOS, BRAZYLIA

WRZESIEŃ 2013

BRAZYLIA, 1950

1

– Goooooool!

Śmialiśmy się, darliśmy wniebogłosy, podskakiwaliśmy z radości – cała moja rodzina zgromadzona w naszym domku. Tak jak wszystkie inne rodziny w Brazylii.

Niemal pięćset kilometrów od nas, w Rio de Janeiro, na oczach rozentuzjazmowanego tłumu kibiców mocarna Brazylia walczyła z malutkim Urugwajem w finałowym meczu mistrzostw świata w piłce nożnej. Byliśmy faworytami. W końcu nadeszła nasza chwila. W drugiej minucie drugiej połowy meczu Friaça, jeden z naszych napastników, uwolnił się od obrońcy i uderzył mocno przy ziemi w stronę bramki. Piłka odbiła się kilka razy, minęła bramkarza i wpadła między słupki.

Brazylia 1, Urugwaj 0.

To była piękna chwila, mimo że nie widzieliśmy gola na własne oczy. W naszym miasteczku nie było ani jednego telewizora. Zresztą pierwsze audycje telewizyjne w Brazylii pojawiły się właśnie podczas tamtych mistrzostw świata, jednak zasięg był tylko w Rio. Dlatego, jak większości Brazylijczyków, musiało wystarczyć nam radio. Moja rodzina miała ogromny kanciasty odbiornik z okrągłymi gałkami i anteną w kształcie litery V. Stał w kącie dużego pokoju, który w tamtej chwili był świadkiem naszego szaleńczego tańca radości. Wiwatowaliśmy i krzyczeliśmy ze szczęścia.

Miałem wtedy zaledwie dziewięć lat, ale nigdy nie zapomnę uczuć, które mnie ogarnęły, tej euforii i dumy. Myśl, że dwie moje największe miłości – piłka nożna i Brazylia – zjednoczyło wspólne zwycięstwo, była najcudowniejsza na świecie. Pamiętam spokojny uśmiech matki. Pamiętam ojca, mojego bohatera, tak niecierpliwego w tamtych czasach, sfrustrowanego zaprzepaszczonymi marzeniami o karierze piłkarskiej. I oto nagle odzyskał młodość, wpadł w uściski przyjaciół, ogarnięty radością.

Radością, która trwała dokładnie dziewiętnaście minut.

Tamtego dnia, podobnie jak miliony Brazylijczyków, dostałem od życia trudną lekcję. W życiu – tak jak w piłce nożnej – nic nie może być pewne, zanim nie zabrzmi ostatni gwizdek sędziego.

Ale skąd mieliśmy to wiedzieć? Byliśmy młodymi ludźmi pochodzącymi z młodego kraju i uprawialiśmy młodą dyscyplinę sportową.

Nasza podróż dopiero się rozpoczęła.

2

Szesnasty czerwca 1950 roku – tę datę pamięta każdy Brazylijczyk, jak pamięta się dzień śmierci bliskiej osoby. Przed tym dniem trudno było sobie wyobrazić cokolwiek, co mogłoby zjednoczyć ten kraj.

W tamtych czasach Brazylia była głęboko podzielona, między innymi ze względu na ogromną powierzchnię kraju. Baurú, miasteczko, w którym mieszkałem, położone wysoko na wyżynach stanu São Paulo, wydawało się oddalone o lata świetlne od leżącej przy plaży eleganckiej stolicy, czyli Rio de Janeiro, gdzie rozegrano ostatni mecz mistrzostw świata. Rio to samba, tropikalny upał i dziewczyny w bikini. Tak właśnie większość ludzi wyobraża sobie całą Brazylię. Tymczasem w dniu finału w Baurú było tak zimno, że mama postanowiła rozpalić w piecu. Pomysł może i był ekstrawagancki, ale miała nadzieję, że duży pokój nagrzeje się wystarczająco, by goście nie zamarzli na śmierć.

Skoro my czuliśmy takie oddalenie od Rio, co mieli powiedzieć Brazylijczycy zamieszkujący Amazonię, rozległe bagna Pantanal czy skaliste, wysuszone sertão północnego wschodu? Brazylia ma większą powierzchnię niż kontynentalna część Stanów Zjednoczonych, a w tamtych czasach wydawało się, jakby była jeszcze większa, ponieważ tylko najbogatsi mogli sobie pozwolić na samochód. Zresztą w kraju tak mało było utwardzonych dróg, że właściwie nie było po czym jeździć. Większość osób mogła tylko pomarzyć o zobaczeniu czegokolwiek poza rodzinnym miasteczkiem. Jedynie szczęśliwcom było to dane. Ocean zobaczyłem dopiero w wieku piętnastu lat, nie mówiąc już o dziewczynach w bikini!

Tak naprawdę dzieliła nas nie tylko geograficzna odległość. Brazylia, kraj hojnie obdarzony ogromnymi zasobami naturalnymi, takimi jak złoto, ropa naftowa, kawa i mnóstwem innych, często sprawiała wrażenie dwóch zupełnie odmiennych państw. Magnaci, potentaci przemysłu i finansjery oraz politycy z Rio mieli swoje posiadłości w paryskim stylu, tory wyścigów konnych i wakacje na plaży. Jednak w 1950 roku, kiedy Brazylia po raz pierwszy była gospodarzem mistrzostw świata w piłce nożnej, około połowa mieszkańców kraju nie dojadała, a zaledwie jedna trzecia potrafiła czytać. Mój brat, moja siostra i ja należeliśmy do tej połowy populacji, która zazwyczaj nie miała co włożyć na nogi. Źródła tej nierówności powinno się szukać w naszej polityce, kulturze i historii. Należałem do ledwie trzeciego pokolenia w mojej rodzinie, które nie urodziło się w niewoli.

Wiele lat później, kiedy zakończyłem karierę zawodniczą, poznałem wspaniałego Nelsona Mandelę. Miałem przywilej spotkać wielu wspaniałych ludzi: papieży, prezydentów, królów, hollywoodzkie gwiazdy, ale to on zrobił na mnie największe wrażenie. Powiedział:

– Pelé, u nas, w RPA, mieszka mnóstwo różnych ludzi, którzy mówią różnymi językami. U ciebie w Brazylii macie wiele bogactw naturalnych i tylko jeden język, portugalski. Dlaczego twój kraj nie jest bogaty? Dlaczego jest taki podzielony?

Nie potrafiłem mu wtedy odpowiedzieć, dziś również nie znam idealnej odpowiedzi. Jednak w ciągu tych siedemdziesięciu trzech lat życia obserwowałem stały postęp. Jestem przekonany, że wiem, od czego się zaczął.

Oczywiście możemy do woli przeklinać szesnasty dzień czerwca 1950 roku – rozumiem to, sam go przeklinałem. Jednak dla mnie był to dzień, w którym Brazylia rozpoczęła długą drogę w stronę jedności. To wtedy po raz pierwszy w historii cały kraj zgromadził się przy radioodbiornikach, by wspólnie się cieszyć, a na koniec wspólnie cierpieć.

Tamtego dnia poznaliśmy prawdziwą siłę piłki nożnej.

3

Moje najwcześniejsze wspomnienia związane z piłką to gra z chłopakami na ulicy. Lawirowaliśmy między ceglanymi domkami, biegając po dziurawych, ledwo utwardzonych drogach gruntowych. Strzelaliśmy bramki, ciesząc się jak wariaci, haustami łykając ciężkie, lodowate powietrze. Graliśmy godzinami, dopóki nie rozbolały nas nogi, nie zaszło słońce, a matki nie zawołały nas do domu. Nie mieliśmy żadnego sprzętu ani drogich koszulek piłkarskich. Mieliśmy tyko piłkę, a w każdym razie coś, co ją przypominało. I w tym tkwi piękno tej gry.

Co robiłem z tą piłką? Prawie wszystkiego nauczył mnie ojciec João Ramos do Nascimento, który zazwyczaj, jak praktycznie wszyscy Brazylijczycy, posługiwał się swoim przydomkiem: Dondinho.

Dondinho pochodził z miasteczka w stanie Minas Gerais (dosłownie Główne Kopalnie), w którym w czasach kolonialnych znaleziono dużą część brazylijskich złóż złota. Kiedy Dondinho poznał moją matkę Celeste, odbywał zasadniczą służbę wojskową. Ona jeszcze się uczyła. Pobrali się, gdy miała zaledwie piętnaście lat. W wieku szesnastu lat była w ciąży ze mną. Dali mi na imię Edson, po Tomaszu Edisonie, ponieważ urodziłem się w 1940 roku, a oświetlenie elektryczne trafiło do miasteczka niedługo wcześniej. Byli nim tak zachwyceni, że postanowili złożyć hołd wynalazcy żarówki. Co prawda pominęli jedną literę, ale i tak zawsze kochałem swoje imię.

Dondinho przykładał się do służby wojskowej, ale jego prawdziwą pasją była piłka nożna. Mierzył ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu (w tamtych czasach w Brazylii uznawano go za olbrzyma) i znakomicie panował nad futbolówką. Miał szczególny talent do wyskakiwania wysoko w górę i strzelania goli po uderzeniu piłki głową. Kiedyś udał mu się nie lada wyczyn – strzelił aż pięć takich bramek w jednym meczu! Niewykluczone, że był to (i nadal jest) rekord kraju. Wiele lat później często powtarzano z pewną przesadą, że jedyny rekord bramkowy w Brazylii, który nie należy do Pelégo, został ustanowiony przez jego ojca.

Nie ma w tym jednak przypadku. Jestem przekonany, że Dondinho mógł zostać jednym z najlepszych piłkarzy Brazylii, gdyby tylko miał szansę spróbować.

Kiedy się urodziłem, tata grał półzawodowo w piłkę w Minas Gerais w miasteczku o nazwie Três Corações, czyli Trzy Serca. Nie zarabiał najlepiej. W tamtych czasach tylko kilka najlepszych klubów płaciło swoim piłkarzom dobre pieniądze. Większość dostawała grosze. Los piłkarza naznaczony był pewnym piętnem, tak samo jak los tancerza, artysty czy wszystkich tych, którzy zajmują się czymś z zamiłowania, a nie dlatego, że można na tym zarobić. Nasza młoda rodzina tułała się od miasteczka do miasteczka w poszukiwaniu kolejnego czeku z wypłatą. Jeden rok spędziliśmy nawet w hotelu, zresztą niezbyt luksusowym, delikatnie mówiąc… Później żartowaliśmy, że był to zerogwiazdkowy ośrodek dla piłkarzy, komiwojażerów i pospolitych włóczęgów.

Tuż przed moimi drugimi urodzinami (w 1942 roku) wydawało się nawet, że wszystkie te poświęcenia w końcu się opłacą. Wyglądało na to, że Dondinho doczekał się swojej wielkiej szansy. Został wypożyczony do drużyny Atlético Mineiro, największego i najbogatszego klubu w całym stanie Minas Gerais. W końcu dostał ofertę gry w piłkę, dzięki której mógł utrzymać całą rodzinę, niewykluczone nawet, że całkiem komfortowo. Tata miał zaledwie dwadzieścia pięć lat i cała kariera piłkarska była przed nim. Niestety podczas pierwszego meczu – przeciwko drużynie São Cristóvão z Rio – zdarzyła się katastrofa, kiedy Dondinho na pełnej szybkości zderzył się z Augusto, obrońcą São Cristóvão.

O Augusto, który wyszedł z tego zderzenia bez większego uszczerbku na zdrowiu, usłyszeliśmy później jeszcze nie raz. Niestety dla Dondinho było to szczytowe osiągnięcie jego piłkarskiej kariery. Doznał katastrofalnego w skutkach urazu kolana – więzadeł, a niewykluczone, że również łękotki. Piszę „niewykluczone”, ponieważ w tamtych czasach nie robiło się badania rezonansem magnetycznym. Zresztą w Brazylii nie istniało jeszcze coś takiego jak „medycyna sportowa”. Nie wiedzieliśmy nawet do końca, co się stało, nie mówiąc już o tym, jak to wyleczyć. Wiedzieliśmy tylko, że bolące miejsce trzeba obłożyć lodem, unieść trochę i liczyć, że to pomoże. Nie muszę chyba mówić, że kolano nigdy nie wróciło do dawnej sprawności.

Ponieważ z powodu urazu Dondinho nie mógł wystąpić w kolejnym meczu, szybko odsunięto go od drużyny i odesłano z powrotem do Três Corações. Rozpoczęły się długie lata tułaczki, podczas których nasza rodzina z trudem wiązała koniec z końcem.

Nawet w najlepszych okresach było nam ciężko. Z tą różnicą, że teraz Dondinho spędzał dużo czasu w domu, starając się oszczędzać kolano, licząc na to, że w końcu wydobrzeje i będzie mógł wrócić do Atlético albo znaleźć równie bogaty klub. Rozumiem, dlaczego podjął taką decyzję. Uważał, że to najlepszy sposób na zapewnienie rodzinie godnego życia. Jednak kiedy z powodów zdrowotnych nie grał, prawie nic nie zarabiał, a w ówczesnej Brazylii (czyli w latach 40.) nie było czegoś takiego jak pomoc społeczna. W rodzinie pojawiły się kolejne gęby do wykarmienia: mój brat Jair i moja siostra Maria Lucia. Wprowadziła się do nas matka ojca, Ambrosina, to samo zrobił brat matki, wujek Jorge.

Wraz z rodzeństwem nosiliśmy używane ubrania, czasami uszyte z worków wykorzystywanych podczas transportu zboża. Nie mieliśmy za co kupić butów, jedynym posiłkiem, który mama mogła dla nas przygotować, był chleb z plasterkiem banana, może z dodatkiem ryżu lub fasoli, które wujek Jorge przyniósł ze sklepu, w którym pracował. Jednak i tak mieliśmy więcej szczęścia niż większość Brazylijczyków, muszę bowiem przyznać, że nigdy nie chodziliśmy głodni. Nasz dom był całkiem duży, nie mieszkaliśmy w slamsach (czy też, jak mówimy w Brazylii, w favelach). Jednak dach tak bardzo przeciekał, że każda burza oznaczała potop w domu, do tego dochodziła ciągła niepewność o to, skąd weźmiemy pieniądze na kolejny posiłek. Odczuwały ją nawet dzieci. Każdy, kto doświadczył takiej biedy, potwierdzi, że niepewność i strach o jutro są jak zimny dreszcz, który nigdy człowieka nie opuszcza. Szczerze mówiąc, do dziś czasem je odczuwam.

Nasza sytuacja poprawiła się nieco wraz z przeprowadzką do Baurú. Tata dostał pracę w sklepie Casa Lusitania, który należał do właściciela drużyny Baurú Athletic Club (BAC), jednego z dwóch półprofesjonalnych klubów w mieście. W dni powszednie Dondinho był chłopcem na posyłki, podawał kawę i dostarczał przesyłki. W weekendy stawał się napastnikiem drużyny BAC.

Kiedy tata był zdrowy, pokazywał na boisku przebłyski talentu, który kiedyś tak bardzo zbliżył go do osiągnięcia prawdziwego sukcesu. Strzelał mnóstwo bramek, a w 1946 roku poprowadził BAC do mistrzostwa półprofesjonalnej ligi piłkarskiej interioru stanu São Paulo. Miał pewną charyzmę, nosił się z elegancją i uśmiechem na twarzy mimo pecha, który zniweczył jego zawodową karierę. Niemal wszyscy mieszkańcy Baurú go znali i szczerze lubili. Gdziekolwiek poszedłem, rozpoznawano mnie jako syna Dondinho, z czego byłem i nadal jestem dumny. Jednak wciąż było nam ciężko i pamiętam, że uważałem sławę taty za nic niewartą, skoro nie pozwalała wykarmić rodziny.

Gdy teraz o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że Dondinho mógł zdobyć nowy zawód i poszukać innego zajęcia. Jednak piłka nożna potrafi być zarówno hojna, jak i okrutna. Dla tych, którzy ulegli jej czarowi, nie ma już odwrotu. Kiedy Dondinho uświadomił sobie, że nie spełni swoich marzeń, całym sercem poświęcił się realizacji marzeń kogoś innego.

4

– Pewnie myślisz, że jesteś niezły, co? – pytał, a ja wbijałem wzrok w ziemię, ale z uśmiechem na twarzy. – Kopnij piłkę w to miejsce – nakazywał, wskazując fragment ściany naszego domu. Zazwyczaj mi się udawało. Uśmiechał się wtedy szeroko, ale tylko na moment, po którym natychmiast przybierał surowy wyraz twarzy. – Znakomicie! Teraz drugą nogą! – Bach! – I głową! – Bach!

I tak godzinami, czasem nawet do nocy, tylko my dwaj, ja i on. Prawdziwe podstawy piłki nożnej: drybling, strzały, podania. Przez większość czasu nie mieliśmy dostępu do miejskiego boiska, więc graliśmy gdzie popadnie, na przykład w naszym miniaturowym ogródku albo na ulicy Rubensa Arrudy, która biegła przy naszym domu. Czasami Dondinho opowiadał o meczach, które rozegrał, uczył zagrań, które sam wymyślił lub podpatrzył u innych. Rzadko mówił o swoim starszym bracie, który był pomocnikiem i według taty miał jeszcze większy talent do strzelania bramek, ale zmarł w wieku dwudziestu pięciu lat. To kolejna kariera członka rodziny Nascimento, którą przerwała tragedia.

Zazwyczaj jednak ćwiczyłem do znudzenia podstawowe zagrania. Z perspektywy czasu widzę, że niektóre ćwiczenia były całkiem zabawne. Jedno polegało na tym, że do wysokiej gałęzi przywiązywaliśmy sznurkiem piłkę, a potem odbijałem ją głową przez wiele godzin bez przerwy. Jednak ta technika była dziecięcą zabawą w porównaniu z tym, w jaki sposób Dondinho uczył mnie strzelać bramki głową. Brał piłkę w ręce i zaczynał walić mnie nią w czoło.

– Nie zamykaj oczu! Nie zamykaj oczu! – powtarzał.

Przekonywał, że dobry piłkarz powinien nauczyć się mieć oczy otwarte w momencie, kiedy uderzał piłkę głową. Mówił nawet, że kiedy siedzę w domu, sam powinienem walić się piłką w czoło. A ja go słuchałem. Musiałem wyglądać wtedy naprawdę idiotycznie! Dondinho uważał, że to bardzo ważne ćwiczenie, i miał rację. Ta lekcja bardzo mi się później przydała.

Poza grą głową Dondinho chciał, żebym skupił się szczególnie na dwóch sprawach: na jak najbliższym prowadzeniu piłki podczas dryblingów, a także na tym, żebym wszystkie umiejętności ćwiczył obiema nogami.

Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? Pewnie dlatego, że graliśmy na bardzo małych powierzchniach – na ulicach Baurú, w przydomowych ogródkach, w zaułkach. No i była to odpowiedź taty na fakt, że jestem niski i kościsty. Nawet jako dorosły mierzyłem ledwie sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, ale już w młodości było widać, że nigdy nie będę wysoki. W przeciwieństwie do Dondinho nie miałem na boisku przewagi fizycznej nad przeciwnikami. Skoro nie potrafiłbym przepchnąć rywala ani skoczyć wyżej od niego, musiałem być lepszy technicznie. Musiałem sprawić, by piłka stała się przedłużeniem mojej nogi.

Ucząc mnie tego wszystkiego, Dondinho wiele ryzykował. Celeste, moja matka, bardzo bała się, że najstarszy syn może zostać piłkarzem. Trudno ją za to winić. Dla niej futbol był ślepym zaułkiem, prostą drogą do ubóstwa. Była dzielną kobietą, która zawsze o nas dbała. Często to ona była jedyną osobą twardo stąpającą po ziemi w domu pełnym marzycieli. Chciała, żebym wolny czas poświęcił nauce, dzięki której w przyszłości zostałbym kimś. Była jak anioł siedzący człowiekowi na ramieniu, zawsze zachęcający do właściwego postępowania, pilnujący moralności i pragmatyczności. Chciała, by nasze życie było lepsze niż jej. Dlatego, kiedy byłem mały, jeśli przyłapała mnie na graniu w piłkę, potrafiła dać mi porządną burę. Czasami nie kończyło się tylko na słowach.

Mimo jej starań – zawsze w dobrej wierze – nic nie było w stanie zatrzymać mojego taty i mnie. Cóż mogła zrobić, skoro złapaliśmy bakcyla futbolu? Czas mijał, a my wciąż kopaliśmy piłkę w ogródku. Doszło do tego, że mama wychodziła z domu, stawała z dłońmi opartymi na biodrach, wzdychała i mówiła z rezygnacją:

– Świetnie… Twój najstarszy syn! Tylko nie narzekaj potem, że przymiera głodem, zamiast studiować prawo albo medycynę!

Dondinho obejmował ją wtedy w pasie i odpowiadał ze śmiechem:

– Nie martw się, Celeste. Dopóki nie nauczy się posługiwać lewą nogą, możesz spać spokojnie!

Rodzic sfrustrowany tym, że nie odniósł sukcesu w ukochanej dyscyplinie sportowej, i trenujący dziecko, by poszło w jego ślady, to stara historia pełna pułapek. Niektóre dzieci nienawidzą ciężaru, który wiąże się z takimi oczekiwaniami. Inne po prostu załamują się pod presją. Niektóre z nich nigdy później nie zagrają w piłkę.

Mnie to nie dotyczyło. Ja po prostu kochałem piłkę nożną. Uwielbiałem czuć futbolówkę przy stopie, promienie słońca na twarzy, braterstwo, które towarzyszy grze w zespole, ciarki na plecach, kiedy strzelałem gola. Jednak przede wszystkim uwielbiałem czas spędzony z tatą. Podczas wielogodzinnych treningów Dondinho nie myślał o tym, że będę sławny i bogaty, w każdym razie nie na początku. Wydaje mi się, że po prostu kochał piłkę nożną i chciał przekazać tę miłość synowi.

Udało mu się. Muszę przyznać, że to uczucie nigdy mi nie przeszło. Wciąż noszę je głęboko w sercu, tak jak nosi się w sercu religię lub język ojczysty. Mojego taty nie ma już wśród nas. To niesamowite, ale nawet dziś, po tylu latach, nie potrafię oddzielić mojej miłości do futbolu od miłości do niego.

5

Miałem przywilej grać na większości z najwspanialszych stadionów świata: na Maracanie w Rio, Camp Nou w Barcelonie, a nawet na stadionie Jankesów w Nowym Jorku. Jednak pierwsze mecze o stawkę rozegrałem na uświęconej ziemi „stadionu Rubensa Arrudy”, który tak naprawdę nie był nawet boiskiem, lecz zakurzoną uliczką przed moim domem w Baurú. Pierwszymi rywalami były dzieciaki z sąsiedztwa. Miejsca słupków zaznaczaliśmy starymi butami, a granice boiska zazwyczaj wyznaczały ściany domów. Jeśli niecelnie uderzona piłka stłukła latarnię lub szybę w oknie, braliśmy nogi za pas, ale i tak zazwyczaj wszyscy winili mnie. Całe miasteczko wiedziało, że mam największego bzika na punkcie futbolu. To jeden z niewielu minusów wynikających z faktu, że się jest synem Dondinho!

Nasze uliczne mecze pokazują, dlaczego uważam, że piłka nożna zbliża ludzi jak nic innego. Pozostałe sporty, jak na przykład baseball, krykiet czy futbol amerykański, wymagają drogiego sprzętu, sztywno określonej liczby zawodników i ich pozycji w drużynie. Z tych względów były niedostępne dla grupki ubogich, niezorganizowanych dzieci z Baurú. Do gry w piłkę nożną potrzebna jest tylko piłka. Niezależnie od tego, czy graliśmy jeden na jednego, czy jedenastu przeciwko jedenastu, bawiliśmy się równie dobrze. W mojej okolicy, wychodząc z domu o dowolnej porze, zawsze mogłem znaleźć sześciu albo i dziesięciu kompanów do gry. Nasze matki były w pobliżu, więc miały na nas oko, zresztą w latach 40. w małym brazylijskim miasteczku dzieciakom żyło się bezpieczniej. Nie było samochodów, przestępstwa z wykorzystaniem przemocy zdarzały się niezwykle rzadko, wszyscy się znali. Dlatego o każdej porze dnia na stadionie Rubensa Arrudy rozgrywał się jakiś mecz. Do chwili, w której sędzia – czyli moja mama – ogłosił jego koniec.

Kolejna wspaniała cecha futbolu to fakt, że grać może każdy: niski, wysoki, silny, słaby. Jeśli tylko potrafisz biegać i kopać piłkę, doskonale nadajesz się na boisko piłkarskie. Rezultat był taki, że w naszych meczach uczestniczyła niezwykle różnorodna grupa dzieci. Każdy mecz był jak małe spotkanie pod egidą ONZ-etu: Syryjczycy, Portugalczycy, Włosi, Japończycy i oczywiście czarnoskórzy Brazylijczycy jak ja.

Pod tym względem Baurú było jak Brazylia w pigułce, ponieważ mój kraj przyjął miliony imigrantów z całego świata. Prawdziwy tygiel narodów, równie zróżnicowany co Stany Zjednoczone, jeśli nie bardziej. Wiele osób spoza Brazylii nie wie, że São Paulo ma największy odsetek mieszkańców pochodzenia japońskiego ze wszystkich miast poza Japonią. Baurú jest od niego oddalone o trzysta dwadzieścia jeden kilometrów i wydawało się milion razy mniejsze, ale nawet tam zamieszkało wielu imigrantów, którzy przyjechali pracować na plantacjach kawy na obrzeżach miasta. Moi sąsiedzi nosili takie nazwiska jak: Kamazuki, Haddad i Marconi. Piłka nożna pozwalała nam zapomnieć o tym, co nas dzieliło. Po meczu gościłem w domach moich kolegów i jadłem z nimi makaron yakisoba, kibbe czy zwyczajny brazylijski ryż z fasolą. To był wspaniały przedsmak świata, który rozbudził we mnie apetyt na różne kultury. Apetyt, który miałem szczęście w późniejszych latach zaspokoić.

Zawsze bardzo mi się spieszyło, żeby jak najszybciej rozpocząć grę, dlatego zazwyczaj to ja dzieliłem nas na drużyny. Trudne zadanie. Dlaczego? No cóż, nie chcę się przechwalać, ale treningi z Dondinho zaczynały dawać efekty. I w tym tkwił problem. Moja drużyna wygrywała 12:3 albo 20:6. Nawet starsi chłopcy nie chcieli grać przeciwko mnie. Początkowo starałem się wyrównać szanse, tworząc nierówne drużyny – jedną trzy-, a drugą siedmioosobową. Ja grałem oczywiście w tej mniejszej. Kiedy i to przestało wystarczać, pierwszą połowę spędzałem na bramce, dopiero w drugiej ruszałem do ataku. Decyzja o tak częstym staniu na bramce w dzieciństwie odbijała się później echem w mojej karierze na najdziwniejsze sposoby. To dzięki niej zyskałem mój najsłynniejszy przydomek, pod którym zna mnie cały świat.

Te ksywki to zabawna sprawa w Brazylii. Prawie wszyscy mieszkańcy mają przynajmniej jedną, a niektórzy nawet trzy albo cztery. W tamtych czasach byłem znany jako „Dico”. Zresztą moja rodzina do dziś tak mnie nazywa. Na mojego brata Jaira wołano „Zoca”. Kiedy nie biegaliśmy po boisku, mieliśmy z naszymi kumplami mnóstwo przygód. Zaledwie kilka przecznic od naszego domu znajdowała się stacja kolejowa. Chodziliśmy na nią obserwować przyjezdnych z São Paulo i innych miejsc. To było nasze okno na świat. Łowiliśmy też ryby w rzece tuż pod mostem kolejowym. Oczywiście nie było nas stać na wędki i kołowrotki, więc pożyczaliśmy okrągłe siatkowe ekrany o drewnianych ramach i za ich pomocą wyciągaliśmy ryby z wody. Kiedy indziej biegaliśmy po lesie otaczającym miasto. Zbieraliśmy świeże mango i śliwki prosto z drzew, polowaliśmy też na ptaki, w tym na tiziu. Jego nazwa stała się nawet na chwilę moim przydomkiem, bo te ptaszki mają ciemne upierzenie, są małe i bardzo szybkie!

Oczywiście nie zawsze było tak różowo. Ze względu na trudną sytuację finansową mojej rodziny, musiałem zacząć pracować już w wieku siedmiu lat. Pożyczyłem pieniądze od wujka Jorge, za które kupiłem zestaw do czyszczenia butów – skrzyneczkę z kilkoma szczotkami i skórzanym paskiem do przenoszenia zestawu z miejsca na miejsce. Uczyłem się, polerując buty znajomym i członkom rodziny, a kiedy uznałem, że opanowałem technikę, poszedłem na dworzec i rozłożyłem się ze swoim kramikiem. Później pracowałem też w fabryce butów. Przez krótki czas rozwoziłem przepyszne pastels – to brazylijski rodzaj empanadas, czyli rogalików lub pierożków nadziewanych farszem mięsnym i warzywnym, smażonych w głębokim tłuszczu, wypełnionych zazwyczaj mieloną wołowiną, serem lub sercami palmowymi. Przygotowywała je pewna Syryjka z naszego sąsiedztwa, a ja dostarczałem handlarzowi, który sprzedawał je pasażerom jednego z trzech połączeń kolejowych, które biegły przez nasze miasto.

Trudno było na tym zarobić, ponieważ Baurú było biedne jak reszta Brazylii. Często wydawało się, że w mieście jest zbyt wielu pucybutów, a zbyt mało butów… Cały zarobek oddawałem mamie, która przeznaczała go na jedzenie. Jeśli akurat nasza sytuacja nie była najgorsza, zostawiała mi kilka monet, żebym mógł pójść na niedzielny poranek do kina.

Była jeszcze szkoła. No cóż, tutaj miałem wyniki gorsze od tych na boisku. Mój entuzjazm do gry w piłkę sprawił, że byłem trudnym, często krnąbrnym uczniem. Zdarzało mi się wstać i wyjść z klasy, żeby pokopać na szkolnym podwórku kulkę z papieru. Moi nauczyciele robili, co mogli. Próbowali mnie dyscyplinować, każąc mi klęczeć na wysuszonej fasoli i wkładając zwitki papieru w usta, żebym przestał gadać. Jeden zmuszał mnie do stania w kącie z rękami wyciągniętymi na boki, tyłem do klasy. Wyglądałem jak pomnik Chrystusa Zbawcy w Rio. Pamiętam, że wpadłem kiedyś w niezłe tarapaty po tym, jak wczołgałem się pod biurko nauczycielki, żeby zajrzeć jej pod spódnicę.

Z czasem zniechęciłem się do szkoły. Miałem inne rzeczy do roboty i z przykrością muszę przyznać, że coraz rzadziej w niej bywałem. Niestety była to typowa sytuacja w tamtych czasach. Pod koniec lat 40. tylko jedna trzecia brazylijskich dzieci chodziła do szkoły, a ledwie jedna szósta dochodziła do poziomu szkoły średniej. Jednak to żadna wymówka. Później bardzo żałowałem, że nie uważałem na lekcjach, i robiłem, co w mojej mocy, by nadrobić zaległości.

Na dobre i na złe większość energii zużywałem na boisku, które było miejscem, gdzie nie musieliśmy myśleć o biedzie, rodzicach czy tragediach przeszłości. Na boisku nikt nie był ani bogaty, ani ubogi. To było miejsce, w którym po prostu grało się w piłkę nożną. Całe dnie spędzaliśmy na rozmowach o tym sporcie, oddychaliśmy piłką, futbol był całym naszym życiem. Nie podejrzewaliśmy, że piłka nożna stanie się tłem najważniejszych wydarzeń w historii Brazylii.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

SZWECJA, 1958

1

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

MEKSYK, 1970

1

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

STANY ZJEDNOCZONE, 1994

1

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

BRAZYLIA, 2014

1

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

2

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

3

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Play-offy Północnoamerykańskiej Ligi Piłki Nożnej (North American Soccer League) w 1977 roku. / En los playoffs de la Liga Norteamericana de Fútbol en 1977.

George Tiedemann/Getty Images

Początki mojej kariery w Santosie. / Durante los primeros días de mi carrera con el Santos Futebol Clube.

José Dias Herrera

Wpatrzony w najważniejsze trofeum – Puchar Jules’a Rimeta, czyli pierwszy puchar świata, który otrzymywali zwycięzcy Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, ok. 1958 roku. / Con los ojos en el premio más importante: el trofeo Jules Rimet de la Copa del Mundo, alrededor de 1958.

Popperfoto/Getty Images

Pozostałe zdjęcia dostępne w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Pelé i Brian Winter pragną podziękować: Rayowi Garcii, Jen Schuster i wszystkim w wydawnictwie Celebra/Penguin za wizję, ciężką pracę i wsparcie; Paulowi Kemsleyowi, Chrisowi Flannery’emu, Theresie Tran i wszystkim z agencji Legends 10; Celso Grelletowi, José „Pepito” Fornosowi Rodriguesowi, Patrícii Franco, Jairowi Arantesowi do Nascimento, Andrew Downiemu, Michaelowi Colettowi, Ezrze Fitzowi, Jérôme’owi Champagne, Erice Winter, Saulowi Hudsonowi, Toddowi Bensonowi, Kieranowi Murrayowi, Moisésowi Naím, rodzinie Mitchellów, Kennethowi Pope i rodzinie Hendee. Książkę dedykujemy pamięci Katherine Winter.

Tytuł oryginalny: Pelé. Why Soccer Matters

Copyright © Sport Licensing International, 2014

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Celebra, a member of Penguin Group (USA) LLC, a Penguin Random House Company

Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42

fax 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Irena Somińska

Korekta: Maria Talar

Projekt okładki: Anthony Ramondo

Zdjęcie na okładce przedniej: Lichfield / Getty Images

Zdjęcie na okładce tylnej: dpa / Corbis Foto Channels

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-832-5

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pele. Piłka nożna zmienia świat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI