Banita

Banita

Autorzy: Edward Guziakiewicz

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF

Ilość stron: 240

cena od: 10.04 zł

 

Groteskowo przerysowany karny zesłaniec z centrum Galaktyki szczęśliwym trafem dociera krążownikiem do nieznanego sobie układu solarnego, skrycie lądując na zamieszkałej trzeciej planecie. Jak się można domyślić, to nasza Ziemia. Tu zaś zaczyna rozrabiać, gdyż inaczej nie potrafi. A ponieważ nie grzeszy nadmiarem inteligencji, daje się omotać błędnie zaprogramowanej maszynie pokładowej, która podstępnie dyktuje mu, co ma robić.

Akcja toczy się upalnym latem w zabitym deskami, ale urokliwym siole oraz w otaczających go gęstych borach. Przypada koniec dziewiętnastego wieku i są już znane lampy naftowe. Trwają żniwa, a na podmokłych łąkach klekocą bociany.

Czytelnik ma tu okazję zetknąć się ze skrzyżowaniem klasycznej fantastyki, może motywu z „Predatora” Johna McTiernana, z cha­rakterystyczną dla „Chłopów” Władysława Reymonta panoramą polskiej wsi i figlarnym tematem dwu sióstr z „Balladyny” Juliusza Słowackiego. Dominujący technologicznie przedstawiciel rasy obcych narusza spokój sielankowej osady i panujące w niej obyczaje, rozbudzając uśpione namiętności.

Autor spogląda ze szczyptą humoru i kpiny na obyczajowość dawnej wsi i na różne przywary ludzkie. I przypomina powszechnie znaną gorzką prawdę: każdego można kupić, to tylko kwestia ceny.

Rozdział pierwszy

cknąłem się z wrażeniem, że bardzo długo przebywałem du-

O chem gdzieś daleko, a teraz wróciłem i łączę się z drętwym jak

kołek ciałem. Z początku nie mogłem poruszać okrytymi chityną

kończynami, jednak wkrótce wróciło do nich czucie. Dobrze wie-

działem, dlaczego bezduszna maszyna wyrwała mnie ze snu, w któ-

ry zapadłem przed odlotem. Można to było wyrazić prościutkim,

tym niemniej budzącym grozę zdaniem: nadchodziło przeznaczenie.

Koszmar! Pokonując opory, wydostałem się z cicho szumiącego hi-

bernatora. Musiałem się pozbierać i ustalić, gdzie się znalazłem.

Nie wierzyłem własnym oczom. Byłem w nieznanym układzie

solarnym. Uśmiechająca się do mnie zagadkowa planeta powoli ro-

sła na ekranach. Orbitowała wokół żółtej gwiazdy, jednak nie sama,

ale z innymi zagubionymi w przestrzeni globami. Wyłowiłem wzro-

kiem pasmo asteroidów znaczące się na bocznych ekranach. Domy-

ślałem się, dlaczego mój komputer skierował statek w jej stronę.

Zadziwiała atmosferą bogatą w tlen i azot oraz niewyobrażalnymi

ogromami wody. Spowijała się wstydliwie w kłęby białych chmur i

zdawała się być pokryta wyłącznie błękitnymi oceanami. Spoza ob-

łoków przezierały jednak kuszące lądy, tworzące około jednej

czwartej jej powierzchni. Jaśniała silnym blaskiem, kontrastując

z czernią usianego kobiercami gwiazd nieba.

— A to ci dopiero! — mruknąłem z zaskoczeniem. — Co za

cudo?

Nie przyszło mi do głowy, że po przebudzeniu mogę nadziać

się na tak niezwykłe ciało niebieskie. Spodziewałem się śmietniska

złożonego z rozsianych w przestrzeni drobnych okruchów skalnych

i kosmicznego pyłu. Alternatywą mogła być ogromna gwiazda, któ-

rej nie potrafiłbym ominąć lub kondensująca materię czarna dziura

z iście szatańską grawitacją. Z bijącym sercem dostałem się do po-

5

kładowego komputera, usiłując dowiedzieć się czegoś więcej o tej

planecie. Elektroniczny mózg od dłuższego czasu ją badał, bezna-

miętnie gromadząc dane. Oceniał jej wiek na około pięć miliardów

aoriańskich lat. Pod cienką skorupą i gorącym płaszczem krył się

złożony z żelaza, niklu i krzemu zwarty rdzeń o bardzo wysokiej

temperaturze. Trzymała na grawitacyjnej uwięzi naturalnego sateli-

tę, jednak skalistego i bez atmosfery.

Oglądając ją na fluoryzujących ekranach, to z cicha zżymałem

się, po glotrymeńsku cmokając i starając się utrzymać na wodzy

rozszalałe po przebudzeniu nerwy, to znowu pogwizdywałem przez

szczeliny węchowe, ciesząc się jak nieopierzony młokos. Inni ska-

zani pewnie nie mieli takiego szczęścia. Aż dziw brał, że na takich

peryferiach pojawiło się życie. Los potrafił płatać figle! Psubrat

komputer leczył mnie jednak ze złudzeń. Znalazłem się bardzo da-

leko od mojego układu słonecznego. Z osłupieniem przyglądałem

się trasie, którą pokonałem. Spałem ponad dziewięćset lat i dotarłem

prawie do granic galaktyki. Rzadko kiedy zesłańcom, budzącym się

dopiero wtedy, kiedy kończyło się paliwo, udawało się znaleźć przy-

jazny skrawek gruntu. Najczęściej z przerażeniem oglądali mroźne

pustki, a od najbliższych układów solarnych dzieliło ich wiele lat

świetlnych. Biedacy nie mieli więc wyboru. Pozbawiony zasilania

krążownik stawał się zamarzającym wrakiem, w którym nic nie

działało. Jedynym rozwiązaniem, branym pod uwagę od początku

pechowej podróży donikąd, było więc samobójcze polecenie anihi-

lacji. Trzask-prask i po krzyku! Nikt tym nieszczęśnikom jednak nie

współczuł. W tak wyrafinowany sposób karano bowiem tylko naj-

większych przestępców, w opinii ogółu nie zasługujących na akt

łaski, wyrozumiałość i przebaczenie.

Siedziałem w ponurym więzieniu na jednym z księżyców Gao-

rii, z góry wiedząc, jaki zapadnie wyrok. Wiedziałem, na co się po-

rwałem, więc nie mogłem rościć sobie prawa do obrony. Miałem

sporo czasu na rozmyślania. Nie chciałem skończyć jak inni karnie

zesłani w kosmos, a przy tym byłem daleki od tego, by poddawać

się, łasić i żebrać o litość. Upadłbym nisko, gdybym odwoływał się

do takich metod. Korzystając ze skrytych znajomości i cichych

przymierzy przemyciłem przez labirynt więzienny w Oro nowiutki

6

x-reproduktor, pozwalający — między innymi — na szybkie przy-

wrócenie zapasu paliwa. Kto wszedł w posiadanie tego rewelacyj-

nego wynalazku, nie musiał po przebudzeniu mierzyć się z wizją

samobójstwa. Był bowiem w stanie okopać się w dowolnym zakąt-

ku kosmosu, nawet z dala od przychylnych planet i dożyć w spokoju

późnej starości. Nie było tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Techniczne cudo miało moc aoriańskiego uskrzydlonego boga świa-

tła, walczącego z siłami ciemności. Pozwalało stwarzać z niczego.

Sprytu mi nie brakowało, udało mi się oszukać czujnych straż-

ników, więc teraz mogłem śmiać się z prześladowców z Aorii,

wrednych autokratów i ohydnych sędziów ferujących w ich imieniu

wyroki. Należałem do tych, którzy głęboko nimi gardzili. Rządzący

systemem słonecznym odwoływali się do idei przyspieszonego roz-

woju, która wymagała rezygnacji z wielu szlachetnych przywilejów,

utrwalonych od stuleci na naszych planetach, a szczególnie z po-

lowań na elaoploriony. Ten przywilej utraciła rasa Glotrymenów,

którą z dumą reprezentowałem. Pomyślałem z tęsknotą o pobratym-

cach, którym zakazano myśliwskich wypraw na drugą planetę Ar-

chei, Faorię. Przypuszczam, że zachowali mnie w pamięci jako

prawdziwego bohatera. Przyświecał mi szczytny cel. Nie godząc się

z zakazem, poleciałem na Faorię, skrupulatnie omijając wyznaczone

szlaki komunikacyjne i dokonałem prawdziwego spustoszenia.

Z mściwą satysfakcją wybiłem ogromne stada elaoplorionów.

Despoci z Aorii wylewali łzy, skarżąc się w całym układzie

słonecznym, że poważnie przetrzebiłem zasoby gatunku, z którym

wiązano wielkie nadzieje. Wdrażano zakrojony na szeroką skalę

projekt, w efekcie którego elaoploriony miały osiągnąć wysoki po-

ziom rozwoju i zamienić się w istoty rozumne. Jako Glotrymen by-

łem przeciwny takim krokom. Zwierzęta winny były zostać zwierzę-

tami, zwłaszcza te, na które polowało się od wieków, hołdując ro-

dowym tradycjom. Nie należało poprawiać natury. Wstrząsnąłem

podwalinami nowego ładu i okrzyknięto mnie największym przes-

tępcą stulecia. Nim mnie zamknięto we wnętrzu wahadłowca i uś-

piono, przeszedłem przez prawdziwe piekło, a jego pamięć sprawia-

ła, że jeszcze teraz targały dreszcze moim masywnym ciałem, po-

krytym chitynowym płaszczem.

7

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przerwany lot Misja: Europa Genesis Banita Ekscytoza Przyloty na Ziemię 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży