Ekscytoza

Ekscytoza

Autorzy: Edward Guziakiewicz

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF

cena od: 10.04 zł

Z perspektywy przepotężnego, wielogalaktycznego i wielorasowego imperium to, co dzieje się na zagubionej w kosmosie dalekiej Ziemi, wydaje się być zupełnie bez znaczenia. Wyprawa dwójki agentów imperialnych tajnych służb na tę planetę może jednak okazać się niezbędna. Zwłaszcza gdy proste z pozoru sprawy bardzo się skomplikują. Sięgną tu bowiem — ku ich zdumieniu — nici intrygi, na którą przypadkiem natrafili.

Ta mikropowieść jest jeszcze jedną — z gatunku literackich — próbą wyjaśnienia okrzyczanych zagadek UFO i Trójkąta Bermudzkiego. Wspomniana tematyka nie traci charakteru prowokującego wyzwania, chociaż nie wszyscy parający się fantastyką ją podejmują, mogą bowiem przebierać w morzu pomysłów i odwoływać się do rozmaitych wzorów. Autor „Ekscytozy” żartobliwie się z nią mierzy, wprowadzając czytelnika w meandry życia obcych i za­­wiłości ich losu. Jego bohaterowie ze styracańskiej Ary borykają się z rozmaitymi trudnościami, nie zawsze różnymi od ludzkich. Ale to już tamta strona osławionego Trójkąta...

Rozdział drugi

awno minęły czasy mających posmak legendy kosmicznych

D krucjat Styracydów. Ich dumną rasę trawiła gorączka podróży,

spełniali się więc, prąc naprzód i zachłannie sięgając po nowe tery-

toria. Ciągnęli z euforią z planety na planetę, najpierw penetrując

rodzimy układ słoneczny, by następnie w fascynujących porywach

sięgnąć gwiazd odległych o kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat

świetlnych. Imperium rozrastało się i potężniało, toczyło zwycięskie

wojny oraz ujarzmiało słabsze cywilizacje. Związany z postępem

nauki wielki technologiczny przełom przyniósł nowe superszybkie

krążowniki, zaś wyposażeni w nie Styracydzi szybko dotarli do gra-

nic własnej, a potem sąsiednich galaktyk. Czerń nieba podniecała

dzielnych pogromców i triumfalnych zdobywców.

Jednak po stuleciach udanych podbojów szlachetna rasa wy-

zbyła się potrzeby ekspansji, wypaliła się i straciła impet. Zestarzała

się, co nieuchronnie przełożyło się na jej oficjalną doktrynę, uzna-

wane systemy wartości i propagowane teorie etyczne. Powstało

przeogromne imperium, nieomal bez granic, więc podboje już nie

nęciły. Styracydańscy ideolodzy zabrali się zatem za odkurzanie na-

uk dawnych mistrzów. Wydobywali z lamusa poglądy, wcześniej ze

wzgardą odrzucane lub ośmieszane. Głosili, że należy przywrócić

to, co uległo zapomnieniu. Odwoływali się do odległej przeszłości i

narodzin cywilizacji. To poranek dziejów się liczył, nie ich

zmierzch. W rezultacie tego zaczęli poddawać w wątpliwość sens

podróży kosmicznych. W zreformowanej ontologii zmiana była

czymś wtórnym, mniej doskonałym od świętej flauty, od wszech-

władnego boskiego spokoju, od stanu błogiej i doskonałej równo-

wagi. Ruch był przejawem słabości, wynikiem tłumionego lęku

przed źródłem prawdziwej wiedzy i stanowił ucieczkę w iluzorycz-

ne doznania zmysłowe. Szczęścia w podróżach szukali ci, którzy

boleśnie ześlizgnęli się na niższy poziom bytowania. Nie należało

ich naśladować. Rozległy wszechświat w oczach nowych nauczy-

18

cieli już nie mamił — bezgranicznie jałowy i dziwnie nijaki. Zgod-

nie z archaicznym mitem o stworzeniu powstał w wyniku katastro-

falnej eksplozji boskiego eonu. Szczątki tego doskonałego bytu

chaotycznie zarzuciły praprzestrzeń. Kosmos był więc jedynie roz-

szerzającym się śmietniskiem, cieniem nieistniejącego już świata

wiecznych idei. Tworzyły go bezkresne mroźne pustki ze znaczą-

cymi się tu i ówdzie — niby samotne wyspy — żenująco ubogimi

śladami życia organicznego. Nie było w nim czego szukać. Dostoj-

ny mędrzec nie wybierał się więc w drogę. Nie pędził przed siebie

na łeb na szyję, ale wiódł spokojny żywot w rodzinnej enklawie,

w zaciszach ogrodów oddając się medytacjom nad tym, co godziwe.

Odpowiedzi na pytanie o sens życia kryły się bowiem nie w bez-

brzeżnej dali, ale w nim samym, w umyśle oraz w sferze uczuć

i pragnień. W duszy światłego Styracydy znaczyły się przebłyski

boskiego geniuszu, już zgasłego, ale wciąż jeszcze przenikającego

naturę wszechrzeczy.

— Wszystko jest marnością. Z prochu powstało i do prochu

wraca… — w zadumie szepnęła Kimi. — Tylko drżąca myśl się li-

czy. I ten zadziwiający rytm, związany z oddechem oraz regularnym

biciem serca.

Dobrze znała to miejsce, więc nie spodziewała się, by na mie-

szczącej się na dnie paroli quasi-stacji przywitał ją ożywiony ruch.

Nie omyliła się, bo wybierających się w podróż można było właści-

wie policzyć na palcach. Kilku tajnych agentów w mylących kom-

binezonach służby porządkowej kręciło się leniwie wokół czarnego

prostokąta jednego z przejść międzygwiezdnych. Domyśliła się, że

urządzili zasadzkę na parającego się przemytem naiwnego Sambitę.

Ostatnio niepozbierani przedstawiciele tego gatunku szmuglowali

na kosmicznych szlakach. Szósty zmysł jej podpowiedział, że ten

oferma jak nic wpadnie im w łapy. Jeśli ktoś chciał zajmować się

kontrabandą, powinien był jak ognia unikać najważniejszych parol.

A szczególnie tej nobliwej, z numerem pierwszym, w której troska o

ład była oczkiem w głowie Najwyższej Rady. W rozciągniętym na

setki gwiazdozbiorów imperium nie było trudno o stosunkowo bez-

pieczne punkty przerzutowe i kto był cwany, mógł sobie dorobić na

boku z myślą o wyższym standardzie życia i niedostępnych dla ogó-

19

łu przyjemnościach.

Przy wylotach do najbardziej odległych galaktyk świeciło pust-

kami. Ujrzała tam tylko dwóch dystyngowanych Geomonów, którzy

dumnie kroczyli, nie zwracając na nią uwagi. Za nimi cicho sunął

automat z bagażami. Zamieszkujący prawie wszystkie parole przed-

stawiciele tej osobliwej rasy raz do roku pielgrzymowali do miejsc,

z których się wywodziły ich symbionty, z czym wiązały się wyrafi-

nowane rytuały. Opuściła smętny hol, nie wiadomo dlaczego tak

wielki i udała się w stronę pomieszczeń obsługi, mijając jeszcze po

drodze trzech pokrytych gęstą szczeciną Rodontów i uroczą Maro-

kitkę. Tej ostatniej dyskretnie się przyjrzała, podziwiając jej nie-

zwykłą kreację. Pierwszy raz taką widziała i przyszło jej do głowy,

że w podobnej sama też by się nieźle prezentowała. I pewnie w niej

spodobałaby się Mitosowi.

W otoczonym niską balustradą i wypełnionym parującą błotni-

stą mazią basenie kąpał się stwór, przypominający alifaratana. Kłę-

by mgły go przysłaniały, jednak domyśliła się, że trafiła na Sarofa.

Ten, gdy tylko dostrzegł swego gościa, szybko wydostał się na

brzeg. Ależ on wyglądał? Człapał, pozostawiając mokre ślady. Skó-

rę miał pomarańczowo-żółtą, z charakterystycznymi czarnymi cęt-

kami, łapy mocne, postawę wyprostowaną, a w razie potrzeby pod-

pierał się sporawym ogonem. Nie pojmowała, co widział w tych

zwierzęcych kształtach. Z drugiej strony patrząc, powinna była go

rozumieć. Były gatunki, które nie umiały obyć się bez wody.

Przebrnął przez kabinę oczyszczającą, która zmyła z niego

szlam. Przyjął pozycję prawie na baczność, zatrzymując się tuż

przed nią zgodnie z wymogami regulaminu. Nie przestraszyła się

jego smoczego pyska. Zaraz też przeszedł na spocznij i liznął ją

przyjaźnie długim jęzorem. Musiała uważać, żeby na jej twarzy nie

pojawił się wyraz obrzydzenia. Starała się nie okazywać, że nie lubi

takich powitań. Ich dyżury operacyjne zbiegały się ze sobą, więc

dobrze pamiętał jej imię.

— Kogo ja widzę, piękna Jenarekitka, Kimi, we własnej oso-

bie, jak miło! Prawdziwy z ciebie pędziwiatr. Dokąd tym razem? —

chrypliwym głosem zapytał, nie kryjąc niekłamanego zainteresowa-

nia. — Gdzieś na krańce świata?

20

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przerwany lot Misja: Europa Genesis Banita Ekscytoza Przyloty na Ziemię 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha