Przyloty na Ziemię

Przyloty na Ziemię

Autorzy: Edward Guziakiewicz

Wydawnictwo: self-publishing

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: PDF

cena od: 29.29 zł

 

Ten obszerny tom zawiera dziewięć mikropowieści SF Edwarda Guziakiewicza, napisanych w latach 1995-2011: „Afrodyta”, „Banita”, „Ekscytoza”, „Przerwany lot”, „Genesis”, „Misja: Europa”, „Syreny z Cat Island”, „Supernowa” i „Kasandra”.

Są to utwory o podobnej wielkości. Różnią się one znacznie tematyką i czasem akcji, jednakże ich zestawienie nie jest całkiem przypadkowe. Znajdujemy w nich podobny motyw przewodni. Wiążą się one bowiem nie tyle z okrzyczanymi wyprawami w kosmos (odlotami z Ziemi), co raczej z powrotami na planetę matkę.

Jaka jest fantastyka, prezentowana w tych utworach? Może ona bawić, wzruszać i śmieszyć. W pierwszej kolejności dostarcza więc rozrywki. Nie brakuje w niej wątków sensacyjnych i kryminalnych. Ze względu na nasycenie erotyką kwalifikuje się ona do tzw. subtelnej różowej serii. Wyobraźnia szukającego nowych doznań czytelnika znajduje tu pożywkę w postaci zaskakujących konwencji i rozwiązań. Nie jest jednak przy tym pozbawiona głębszych analiz o charakterze psychologicznym.

 

Przerwany lot

1

Zapowiadał się nudnawy lot. Wprawdzie porażający swoją

wielkością okrzyczany „Titanic” należał do komfortowych i luksu-

sowo wyposażonych kosmicznych statków pasażerskich, istnych

gigantycznych hoteli w próżni, jednak pech chciał, że tego roku Jo-

wisz i Mars ulokowały się złośliwie po przeciwnych stronach Słoń-

ca — jedna z tych planet była w aphelium, a druga w peryhelium.

Na pokonanie dzielącego je koszmarnego dystansu, wynoszącego

ponad miliard kilometrów, trzeba było około miesiąca. Na tę absur-

dalną podróż decydowali się więc przeważnie ci, którzy mieli nóż

na gardle i z ważkich powodów musieli jak najszybciej dotrzeć do

Czerwonej Planety. Pamiętający o tym Bob straszliwie ziewał już

w dniu odlotu. Nie pojmował, dlaczego szefowie jego właśnie odde-

legowali na Marsa. Czy tam nie mieli speców od Świetlistych? Nie

ominęło go wrażenie, że został złośliwie wypchnięty w próżnię.

Z gasnącą nadzieją na odmianę podłego losu marudnie się przyglą-

dał ostatnim nieśpiesznie okrętującym się pasażerom, jednak wśród

ładujących się na pokłady nie dostrzegł absolutnie nikogo, z kim

chciałby zawrzeć bliższą znajomość. Wreszcie opuścili statek por-

towi kontrolerzy zabezpieczeń i zatrzaśnięto włazy, odcinając mu

ostatecznie drogę ucieczki.

Wcześniej usiłował oswoić się z rozkładem głównych po-

mieszczeń kosmicznego kolosa, a było tego niemało. Po starcie zaś

tkwił nastroszony około godziny przed grubym, ale przejrzystym

iluminatorem, z bólem żegnając najpierw odpływającą w dal stację

orbitalną z cumującymi przy jej rękawach czarnymi kontenerowca-

211

mi, a następnie otoczonego cienką powłoką lekko fluoryzującej at-

mosfery kurczącego się Ganimedesa. Akurat jego dwa sztuczne

słońca kryły się za zakrzywioną linią horyzontu. Statek miał całkiem

niezłe przyspieszenie, więc oddalający się księżyc zamienił się w

mig w ledwo widoczny świecący punkt na rozgwieżdżonym niebie.

Potem jeszcze jakiś czas gapił się na Jowisza, jakby to on był winien

jego zgryzot.

Cóż było czynić? Nie mógł już się wycofać.

— Zła passa — rozżalony bąknął pod nosem, godząc się jakoś

z tym, że tego nie zmieni.

Zawrócił do swojej kabiny, omijając wyłożony tłumiącym kro-

ki miękkim dywanem szeroki korytarz, wiodący do sal reprezenta-

cyjnych. W centrum była wysoka na trzy poziomy i otoczona antre-

solą sporawa sala jadalna, główne miejsce codziennych spotkań pa-

sażerów, a wprost z niej można było przejść do kilku jeszcze pusta-

wych pierwszego dnia kawiarenek i salonów rozrywki. Najbardziej

podniecające było ponoć złociste kasyno o wiele mówiącej nazwie

„Las Vegas”, ale nie przypuszczał, że będzie tam częstym gościem.

Na drugim poziomie znajdowała się pływalnia z prawdziwą wodą,

ambulatorium medyczne, pomieszczenia rekreacyjne, siłownie, so-

laria i gabinety masażu oraz pasaż ze sklepami. Jego apartament był

dosyć przyzwoity i z urządzony wyrafinowanym smakiem, żadna

tam pokraczna więzienna cela czy rodzaj przyciasnego korytarzyka

ze ścienną wnęką do spania. Kwaterę wyposażono — między inny-

mi — w porządne wirtualne okna z powiewem, zapachami i gamą

naturalnych dźwięków. Znaczyły się za nimi, zależnie od wybranej

opcji, bądź to ściana gęstej tropikalnej dżungli z rozświetloną słoń-

cem żółtą plażą, bądź to surowy w swym majestacie zalodzony ma-

syw Herkulesa. Aby znaleźć inne ugłaskane świetlne obrazy, należa-

ło cierpliwie pogrzebać w katalogu. Bob mógł ponadto zmieniać

kolor ścian, ale meble pozostawały wciąż te same. Korzystając z

rzuconego na fotel podręcznego terminala z lektorem jeszcze raz w

skupieniu przejrzał listę pasażerów, ale znowu nie dostrzegł niczego

zajmującego. Lektor miał głos obojętnie matowy i nie nadawał się

na rozmówcę. „Titanic” mógł standardowo pomieścić na swoich

pokładach dwustu piętnastu podróżnych, jednakże tym razem zabrał

212

ich tylko osiemdziesięciu dwóch. Po starcie część z lecących zwykle

decydowała się na płytką hibernację. Rozejrzał się po salonie. To

wyjaśniało, dlaczego za cenę kajuty drugiej klasy leciał w komfor-

towym apartamencie pierwszej. Zaintrygowała go klasyczna biblio-

teka, gdyż na nią akurat natrafił w terminalu. Obok niezliczonej ilo-

ści e-filmów i e-booków, księgozbiór obejmował kilkadziesiąt tysię-

cy bardzo starych papierowych pozycji książkowych z różnych

dziedzin — począwszy od filozofii, etyki i religii, a skończywszy na

naukach przyrodniczych. Musiał sobie jakoś poradzić z nadmiarem

wolnego czasu i przyszło mu do głowy, że mógłby wzorem dziadka

Brunona podumać nad pismami Arystotelesa ze Stagiry, bądź też

zastanowić się nad sensem życia i wreszcie przeczytać Biblię, której

nigdy nie trzymał w rękach.

— To jest myśl! — półszepnął. Nie należało pochopnie rezy-

gnować z asystencji uskrzydlonych muz.

Jego dziadek cieszył się opinią znakomitego filozofa, myślicie-

la nowej generacji, a laury zdobywał w okrzyczanej Akademii Hu-

manistycznej w Nowym Amsterdamie na południu księżyca. W ter-

minalu zachwalano ponadto ogród botaniczny, w którym mieściło

się kilka tysięcy prawdziwych okazów ziemskiej flory. Ponoć kwia-

ty wolno było własnoręcznie zrywać, a pachnące bukieciki i wią-

zanki zabierać do kajut. Oprócz tego oczekiwało na zwiedzających

sporawe oceanarium z różnymi gatunkami morskich stworów, jed-

nak nie dające możliwości płetwonurkowania wśród paradnych

podwodnych brzydali. Zapraszało nadto kilka innych naturalnych

środowisk, ale z jakich planet, tego nie sprawdzał.

Znudzonym głosem podzielił się z naściennym komunikatorem

danymi o sobie, a potem skorzystał z zajmującej róg łazienki kabiny

do regeneracji, wcześniej odruchowo wodząc palcami po jej dostęp-

nych ustawieniach. Okazało się, że w tę wbudowano kilka arcycie-

kawych modułów. Między innymi była wyposażona w poszerzony

zespół reduktorów nadwagi, co pozwalało wygodnickiemu pasaże-

rowi w ogóle nie martwić się o kalorie. Odświeżony i zrelaksowany

z ciekawości zajrzał potem do pokładowego menu, chcąc się zorien-

tować, czym załoga „Titanica” ma zamiar truć skazanych na nie-

kończący się lot podróżnych i gwizdnął z niekłamanym uznaniem.

213

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przerwany lot Misja: Europa Genesis Banita Ekscytoza Przyloty na Ziemię 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piorun kulisty Opowieści z meekhańskiego pogranicza: Każde martwe marzenie Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży