Niewdzięczność i śmierć

Niewdzięczność i śmierć

Autorzy: J.D. Robb

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 408

Cena książki papierowej: 34.00 zł

cena od: 22.79 zł

Kiedy jesteśmy świadkami najgłębszej nienawiści między najbliższymi sobie ludźmi...

Porucznik Eve Dallas ma wiele powodów do wdzięczności. Podejmowanie licznej irlandzkiej rodziny Roarke’a podczas Święta Dziękczynienia może stanowić spore wyzwanie, ale zarazem napełnia ją radością i pozwala zapomnieć o własnym mrocznym dzieciństwie.

Spotkanie zakłóca wezwanie Eve do kolejnego zabójstwa. Państwo Reinhold leżą w swoim domu martwi, ich zwłoki są tak zmasakrowane, że trudno ich rozpoznać. Znajomi i rodzina są załamani faktem, że dowody niemal jednoznacznie wskazują na syna ofiar. Dwudziestosześcioletni Jerry niczym szczególnym się nie wyróżniał – nie zrobił wielkiego wrażenia na szefach, którzy zwalniali go z pracy, ani na dziewczynie, która go rzuciła. Nikt nie przypuszczał, że może być zdolny do czegoś takiego. Eve i Roarke muszą go powstrzymać, zanim znajdzie swój kolejny cel…

Nora Roberts – amerykańska pisarka, autorka bestsellerów o łącznym nakładzie ponad 400 milionów egzemplarzy sprzedanych na całym świecie, w tym powieści kryminalnych z serii o detektyw Eve Dallas, napisanych pod pseudonimem J.D. Robb.

Polecamy w serii

Dotyk śmierci

Sława i śmierć

Skarby przeszłości

Kwiat Nieśmiertelności

Śmiertelna ekstaza

Czarna ceremonia

Anioł śmierci

Święta ze śmiercią

Rozłączy ich śmierć

Wizje śmierci

O włos od śmierci

Naznaczone śmiercią

Śmierć o tobie pamięta

Zrodzone ze śmierci

Słodka śmierć

Pieśń śmierci

Śmierć o północy

Śmierć z obcej ręki

Śmierć w mroku

Śmierć cię zbawi

Obietnica śmierci

Śmierć cię pokocha

Śmiertelna fantazja

Fałszywa śmierć

Pociąg do śmierci

Zdrada i śmierć

Śmierć w Dallas

Celebryci i śmierć

Psychoza i śmierć

Wyrachowanie i śmierć

Tytuł oryginału

THANKLESS IN DEATH

Copyright © 2013 by Nora Roberts

All rights reserved

Projekt okładki

Elżbieta Chojna

Zdjęcie na okładce

© by_nicholas/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-7961-811-8

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

O ile dotkliwiej

niż ukąszenie zjadliwego gadu

Boli niewdzięczność dziecka

WILLIAM SZEKSPIR

Kto żyje myślą o zemście,

rozdrapuje własne rany

FRANCIS BACON

Rozdział 1

Miał serdecznie dosyć jej zrzędzenia.

Psioczyła i narzekała, psioczyła i narzekała, wiecznie zrzędziła, zrzędziła, zrzędziła, jak tylko otworzyła usta.

Miał ochotę zamknąć jej gębę.

Jerald Reinhold siedział przy kuchennym stole, a niekończąca się lista krytycznych uwag i pretensji jego matki przetaczała się nad jego głową niczym ciemne, ciężkie chmury.

Codziennie to samo, pomyślał. Jakby to była jego wina, że stracił tę głupią pracę bez żadnych perspektyw. Że jego dziewczyna – jeszcze jedna jędza, która nie potrafiła się zamknąć – wyrzuciła go z domu i musiał znów wprowadzić się do swoich marudnych, pyskatych rodziców. Jego wina, że przegrał w Vegas kilka tysięcy i nie miał z czego spłacić zadłużenia na karcie kredytowej.

Jezu! Jego wina, jego wina, jego wina! Ta stara jędza nigdy nie da mu chwili spokoju.

Czy jej nie powiedział, że nie straciłby pracy, gdyby ten kutas, jego przełożony, go nie wylał? Tak, wziął sobie kilka wolnych dni, jak wszyscy. I spóźnił się parę razy jak wszyscy.

Nie był takim pracoholikiem, jak jego głupi ojciec.

Ale, na Boga, zrobiła z tego taką aferę. Zresztą nie znosił tej roboty, przyjął ją tylko dlatego, że Lori wierciła mu dziurę w brzuchu, a teraz to on był wszystkiemu winien.

Na rany Chrystusa, ma dwadzieścia sześć lat i zasługuje na coś lepszego niż praca za nędzne grosze w charakterze dostarczyciela potraw.

A Lori wyrzuciła go tylko dlatego, że stracił pracę – chwilowo – i wściekła się na niego, bo przegrał trochę forsy podczas wyjazdu z kumplami.

Pokaże wszystkim, że zasługuje na kogoś lepszego od dupiastej Lori Nuccio. Ta suka zagroziła, że wezwie gliny, bo parę razy jej przyłożył. Należało jej się więcej niż kilka kuksańców, żałował, że nie sprał jej tak, jak powinien.

Zasługiwał na coś więcej niż na pokój w mieszkaniu rodziców i bezustanne utyskiwania matki.

– Jerry, słuchasz, co mówię? – Barbara Reinhold podparła się pod boki.

Jerry oderwał wzrok od palmtopa, na którym grał, próbując się odprężyć. Rzucił swej chudej, płaskiej jak deska, wszystkowiedzącej matce gniewne spojrzenie.

– Mam inne wyjście, skoro ani na chwilę nie możesz się zamknąć?

– Tak się do mnie odzywasz? Tak okazujesz wdzięczność za dach nad głową, za to, że cię karmimy? – Uniosła talerz, na którym leżała kromka chleba z cienkim plasterkiem wędliny, udającej indyka. – Sterczę tu i robię dla ciebie kanapkę, kiedy w końcu raczyłeś w południe zwlec się z łóżka, a ty mi pyskujesz? Nic dziwnego, że Lori wyrzuciła cię z domu. Posłuchaj no, paniczu, nie myśl sobie, że będziemy cię dłużej utrzymywać. Minął prawie miesiąc, a nie zrobiłeś nic, by znaleźć pracę.

Pomyślał sobie: zamknij się albo sam cię uciszę. Ale nie powiedział tego na głos. Miał ochotę na kanapkę.

– Jesteś nieodpowiedzialny, tak twierdził twój ojciec, ale go przekonałam: „Carl, Jerry jest naszym synem, musimy mu pomóc”, tłumaczyłam mu. Chcę jedynie wiedzieć, kiedy zamierzasz coś zrobić dla siebie.

– Powiedziałem, że znajdę sobie pracę. Mam kilka propozycji. Muszę się zastanowić, którą wybrać.

– Ty i twoje propozycje! – prychnęła i wróciła do szykowania kanapki. – W tym roku pracowałeś w czterech miejscach. Jakie propozycje rozważasz, siedząc tu w środku dnia w złachanej bluzie, w której śpisz? Mówiłam ci, że szukają kogoś do pracy w magazynie, ale czy poszedłeś, żeby zapytać o warunki?

– Nie zamierzam pracować w magazynie. – Stać go na coś lepszego. Jest kimś. Byłby kimś, gdyby ludzie zostawili go w spokoju. – Odczep się ode mnie.

– Może byliśmy dla ciebie zbyt pobłażliwi. – Położyła na indyku jaskrawopomarańczowy plasterek sera i zaczęła mówić łagodnym, rozsądnym tonem, którego nienawidził.

– Razem z ojcem odmawialiśmy sobie wszystkiego, żebyś mógł studiować, a wylali cię z uczelni. Powiedziałeś, że chcesz się nauczyć, jak udoskonalać gry komputerowe, które tak lubisz. Uwierzyliśmy ci i daliśmy pieniądze. Kiedy nic z tego nie wyszło, tata załatwił ci robotę u siebie w biurze. Zaręczył za ciebie, Jerry, a ty leniłeś się i pyskowałeś, aż cię wylali.

Wzięła nóż, żeby przekroić kanapkę.

– Potem poznałeś Lori, najsłodszą dziewczynę pod słońcem. Mądrą, pracowitą, z naprawdę porządnej rodziny. Wiązaliśmy wielkie nadzieje z tą znajomością. Załatwiła ci pracę pomocnika kelnera w restauracji, gdzie jest zatrudniona, i nie rzuciła cię, kiedy straciłeś tę robotę. Kiedy powiedziałeś, że mógłbyś pracować jako goniec, gdybyś miał dobry rower, pożyczyliśmy ci pieniądze. Ale wytrwałeś niespełna dwa miesiące. I do dziś nie oddałeś nam pieniędzy, Jerry. Teraz straciłeś kolejne zajęcie.

– Mam dość wypominania mi tego, co się wydarzyło, i takiego traktowania, jakby to wszystko była moja wina.

– Ciągle powtarza się to samo, Jerry, a nawet jest coraz gorzej.

Zacisnęła usta i położyła na talerzu garść chipsów cebulowych, jego ulubionych.

– Znów jesteś bez pracy i nie stać cię na własne mieszkanie. Wziąłeś pieniądze na czynsz i z napiwków, które oszczędzała Lori, i wybrałeś się do Vegas z Dave’em i tym zerem Joem. Wróciłeś spłukany.

– To kłamstwo. – Zerwał się na równe nogi. – To były moje pieniądze, miałem prawo wyrwać się gdzieś z kumplami i trochę się zabawić.

Oczy jej błyszczały – nie były to łzy ani złość, tylko rozczarowanie. Miał ochotę jej przyłożyć raz i drugi, by przestała tak na niego patrzeć.

– Jerry, to były pieniądze na czynsz i z napiwków, które oszczędzała Lori. Powiedziała mi to.

– Bardziej wierzysz jej niż mnie?

Wzdychając, złożyła serwetkę w trójkąt, jak to robiła, kiedy był małym chłopcem. W tym westchnieniu słychać było wyraźnie, jak krwawi jej serce, ale on słyszał tylko oskarżenia.

– Kłamiesz, Jerry, wykorzystujesz ludzi i obawiam się, że zbyt długo pozwalaliśmy, żeby ci to uchodziło płazem. Dawaliśmy ci kolejne szanse, a ty je zaprzepaszczałeś. Pewnie trochę w tym naszej winy, może to częściowo tłumaczy, dlaczego uważasz, że wolno ci się do mnie odzywać w taki sposób.

Postawiła talerz na stole, nalała do szklanki napój o smaku kawowym, który lubił.

– Razem z ojcem mieliśmy nadzieję, że znajdziesz sobie pracę albo przynajmniej spróbujesz poszukać jakiegoś zajęcia. Rozmawialiśmy o tym, kiedy wczoraj wieczorem znów gdzieś poszedłeś z kolegami. Bez pytania wziąłeś pięćdziesiąt dolarów z pieniędzy, przeznaczonych na nieprzewidziane wydatki.

– O czym ty mówisz? – Spojrzał na nią z obrażoną miną. – Nie wziąłem żadnych twoich pieniędzy. Zarzucasz mi, że kradnę? Mamo!

– Nie pierwszy raz ci się to przytrafiło. – Zacisnęła usta, bo głos nieco jej zadrżał, a potem mówiła dalej rzeczowym tonem. Wiedział, co to oznacza.

– Przedyskutowaliśmy to oboje i postanowiliśmy, że musimy być stanowczy, Jerry. Zamierzaliśmy to zakomunikować wspólnie, kiedy ojciec wróci do domu, ale mogę ci powiedzieć już teraz, żebyś miał więcej czasu. Dajemy ci czas do końca miesiąca, a właściwie do pierwszego grudnia, Jerry, na znalezienie pracy. Jeśli gdzieś się nie zatrudnisz, nie możesz dłużej z nami mieszkać.

– Potrzebuję trochę czasu.

– Daliśmy ci miesiąc, Jerry, a ty nie zrobiłeś nic w tym kierunku i spędzałeś całe noce poza domem, a potem spałeś do południa. Nawet nie próbowałeś szukać pracy. Jesteś dorosły, a zachowujesz się jak dziecko, do tego rozpuszczone, niewdzięczne dziecko. Jeśli chcesz mieć więcej czasu, jeśli chcesz, żebyśmy cię wspierali, zjedz kanapkę, a potem idź szukać pracy. Jeśli się zatrudnisz w magazynie, to póki będziesz pracował, póki będziesz się starał, możesz mieszkać z nami.

– Nic nie rozumiesz. – Zmusił się do płaczu, co zwykle odnosiło skutek. – Lori mnie rzuciła. Była dla mnie wszystkim, a rzuciła mnie dla innego faceta.

– Dla jakiego innego faceta?

– Nie wiem, co to za jeden. Złamała mi serce, mamo. Potrzebuję trochę czasu, żeby się z tym uporać.

– Powiedziałeś, że cię wypędziła z domu, bo straciłeś pracę.

– To też. Ten dupek z Americana od pierwszego dnia uwziął się na mnie. A ona, zamiast wziąć moją stronę, rzuciła mnie, bo nie mogłem jej kupować tego, co chciała. Potem nakłamała, próbując nastawić przeciwko mnie moją własną matkę.

– Zjedz kanapkę – powiedziała znużonym tonem Barbara. – Potem umyj się, przebierz i idź w sprawie tej pracy w magazynie. Jeśli to zrobisz, Jerry, damy ci więcej czasu.

– A jeśli nie, wyrzucicie mnie z domu? Wyrzucicie na bruk, jakbym był dla was nikim? Przecież jestem waszym synem.

– Zrobimy to z bólem serca, Jerry, ale tak będzie dla ciebie najlepiej. Pora, żebyś się nauczył postępować, jak należy.

Utkwił w niej wzrok, wyobrażając sobie, jak razem z ojcem spiskowali przeciwko niemu.

– Może masz rację.

– Chcemy, żebyś znalazł sobie miejsce w życiu, Jerry. Chcemy, żebyś wydoroślał.

Skinął głową, kierując się w stronę matki.

– Żebym znalazł sobie miejsce w życiu. Żebym wydoroślał. Dobra.

Chwycił nóż, którym przekroiła kanapkę, i wbił go matce w brzuch.

Wybałuszyła oczy. Otworzyła usta.

Nie zamierzał tego zrobić, właściwie o tym nie myślał. Ale na Boga, co za uczucie! To lepsze niż seks. Lepsze niż porządna dawka race. Lepsze niż cokolwiek, co do tej pory mu się przydarzyło w życiu.

Wyciągnął nóż. Cofnęła się, wyrzucając ręce w górę.

– Jerry – wycharczała.

Zadał jej kolejny cios. Ależ mu się to podobało. Raz za razem wbijał nóż. Podobała mu się jej zaszokowana mina i to, jak słabo uderzała go rękami, jakby coś zaczęło jej świtać w głowie.

Wbijał jej ostrze w brzuch, a potem w plecy, kiedy próbowała uciec. Nie przestawał zadawać ciosów, nawet gdy upadła na podłogę i podrygiwała jak ryba wyrzucona na brzeg.

Zadawał jej ciosy jeszcze długo po tym, jak zupełnie znieruchomiała.

– Tak jest dla mnie najlepiej.

Spojrzał na swoje ręce, umazane jej krwią, na czerwoną kałużę na podłodze, rozbryzgi na ścianach i kuchennym blacie. Przywiodło mu to na myśl te szalone obrazy w MOMA.

Artysta, przebiegło mu przez myśl. Może powinien zostać artystą.

Odłożył nóż na stół, a potem umył ręce w kuchennym zlewie. Przyglądał się, jak spływa woda, czerwona od krwi.

Miała rację, pomyślał. Powinien znaleźć sobie miejsce w życiu, wydorośleć. Właśnie znalazł sobie miejsce i dokładnie wiedział, jak udowodnić swoją dorosłość.

Będzie brał to, co zechce, a ci, którzy z nim zadrą, będą musieli za to zapłacić. Zmusi ich, żeby mu zapłacili, bo jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak dobrze, nie był taki szczęśliwy.

Usiadł, spojrzał na leżące na podłodze zwłoki matki i uświadomił sobie, że nie może się doczekać powrotu ojca do domu.

Zaczął jeść kanapkę.

*

Porucznik Eve Dallas przypięła broń. Na śniadanie zjadła spory stosik gofrów, co zawsze wprawiało ją w dobry nastrój. Jej mąż, niewątpliwie najwspanialszy mężczyzna, jaki kiedykolwiek istniał, rozkoszował się drugą filiżanką wybornej kawy. Kot, przed chwilą ostrzeżony, żeby nie próbował wskoczyć na stół, siedział na podłodze i wylizywał sobie futro.

Pomyślała sobie, że to bardzo ładny obrazek: Roarke z grzywą czarnych włosów, okalających cudownie wyrzeźbioną twarz, przyglądał się jej intensywnie niebieskimi oczami, a na jego ślicznie wykrojonych ustach błąkał się półuśmiech. Na stole stały naczynia po wspólnym posiłku, Galahad udawał, że wcale nie chciał wsadzić nosa w syrop klonowy. Iście sielska scenka.

– Wyglądasz na zadowoloną z siebie, moja pani porucznik.

– Bo jestem zadowolona – odparła i uzupełniła swoją listę porannych przyjemności o śpiewny irlandzki akcent męża. – Przez dwa dni w pracy nie było nic pilnego, więc niemal udało mi się nadgonić robotę papierkową. Po pobieżnym zapoznaniu się z prognozą pogody wiem, że nie odmrożę sobie dziś tyłka, rozpoczynam dzień z żołądkiem pełnym gofrów. Na razie zapowiada się całkiem nieźle.

Włożyła brązową kamizelkę na koszulę – Roarke zaakceptował jedno i drugie – po czym usiadła, żeby wciągnąć buty.

– Na ogół wolisz prowadzić śledztwo niż zajmować się robotą papierkową – zauważył.

– Zbliżają się święta i koniec roku dwa tysiące sześćdziesiątego. W tym czasie zwykle uaktywniają się różni psychole. A im szybciej się uporam z rocznym sprawozdaniem, tym lepiej. Dwa ostatnie dni były wyjątkowo spokojne. Jeszcze takie dwa, a…

– No i wszystko zepsułaś. – Rzucił jej pełne politowania spojrzenie i pokręcił głową. – Zaprzepaściłaś wszelkie szanse, jakie miałaś.

– Irlandzkie przesądy.

– Zdrowy rozsądek. Ale skoro mówimy o Irlandii i świętach, w środę zjeżdża się rodzina.

– W środę?

– Tak, w środę przed Świętem Dziękczynienia – przypomniał jej. – Część moich kuzynów wymieniła się, więc przyjadą ci, którzy nie mogli nas odwiedzić w zeszłym roku. Powiedziałaś, że nie masz nic przeciwko temu.

– Bo to prawda. Przysięgam. Lubię twoją rodzinę. – Odnalazł ich zaledwie dwa lata temu. Większość życia spędził, podobnie jak Eve, nie znając swych krewnych, nie wiedząc, co to wsparcie najbliższych i rodzinne kłopoty. – Po prostu nigdy nie wiem, co zrobić z taką masą ludzi niebędących gliniarzami.

– Nie martw się, nie będziesz ich musiała zabawiać. Z pewnością zaplanowali sobie zakupy, zwiedzanie, kino i tym podobne rzeczy. Mało prawdopodobne, żebyś zobaczyła ich wszystkich na raz z wyjątkiem świątecznego obiadu. Z resztą zaproszonych gości.

– Taak. – Na to też się zgodziła – wtedy uważała, że to świetny pomysł. Będą krewniacy Roarke’a, wspólni znajomi, przyjaciele, a także jej partnerka Peabody i jej facet, McNab, którzy w tym roku postanowili nigdzie nie wyjeżdżać.

– Poprzednio wypadło całkiem dobrze. – Wstała i wzruszyła ramionami. – Jak to się mówi, im więcej, tym obłędniej.

– Chyba tym lepiej, ale mniejsza o to. Dlatego chciałbym dodać jeszcze czwórkę.

– Jeszcze czwórkę czego?

– Gości. Mam na myśli Richarda Barristera z rodziną. Wczoraj zadzwoniła do mnie Elizabeth. Przyjeżdżają do Nowego Jorku, żeby pokazać dzieciom paradę.

– Chyba oszaleli. Kto chciałby się przepychać w tej ciżbie?

– Tysiące ludzi, inaczej nie byłoby ciżby, prawda? Zarezerwowali apartament w hotelu na trasie pochodu. Pomyślałem, że wypada ich zaprosić na świąteczny obiad. Szczególnie Nixie bardzo chciałaby się z tobą zobaczyć.

Eve przypomniała sobie dziewczynkę, która jako jedyna przeżyła włamanie do domu jej rodziców, gdy wszyscy jej najbliżsi zostali zamordowani.

– Czy to dobry pomysł ściągać ją tu, gdzie doszło do tragedii, akurat podczas tradycyjnego, rodzinnego święta?

– Jak wiesz, dobrze się czuje w nowej rodzinie, ale Barristerowie nie chcą, żeby zapomniała o tych, których straciła.

– Nigdy ich nie zapomni.

– Naturalnie, że nie. – On też zawsze będzie pamiętał małą dziewczynkę w kostnicy, z główką na piersi ojca, w której przestało bić serce. – To nie to samo, co twój powrót do Dallas. – Wstał i podszedł do Eve. – Przeżywa na nowo cały tamten ból i cierpienie. Miała rodziców, którzy ją kochali, i których jej odebrano.

– Czyli ta więź jest dla niej ważna. Nie mam nic przeciwko temu, ale za nic nie pójdę na paradę.

– Zapamiętam to sobie. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował. – Mamy za co dziękować, ty i ja.

– A nieodłącznym tego elementem jest tłum irlandzkich krewniaków, żarłocznie rzucających się na indyka i placek dyniowy?

– Tak jest.

– Powiem ci w piątek, co o tym sądzę. A teraz muszę już lecieć.

– Uważaj na moją policjantkę.

– Uważaj na mojego decyliardera.

Eve wyszła z domu pogodzona z tym, że wkrótce czeka ją najazd gości.

*

Co takiego dzieje się z ludźmi? – zastanawiała się Eve. Tarasują jej drogę na ulicy, zalewają chodniki, tłoczą się na ruchomych schodach, przepychają na przejściach dla pieszych. Dlaczego ciągną do Nowego Jorku na święta?

Nie mają własnych domów?

Przebiła się przez trzy korki uliczne, jadąc do komendy głównej w centrum miasta. Na tablicach reklamowych informowano:

MEGAWYPRZEDAŻ W CZARNY PIĄTEK!

KORZYSTAJCIE Z OKAZJI, PÓKI TRWAJĄ!

NIESAMOWITA WYPRZEDAŻ ŚWIĄTECZNA W SKY MALL!

Naprawdę bardzo by chciała, żeby wszyscy pognali do centrum handlowego i wynieśli się z jej miasta. Warcząc na kierowców równie wkurzonych jak ona sama, kiedy utknęła w kolejnym korku, obserwowała, jak uliczny złodziej o zwinnych palcach obrabia grupkę niczego nieświadomych turystów, stłoczonych wokół dymiącego spalinami poduszkowca.

Nawet gdyby nie tkwiła między taksówkami a śmierdzącym maksibusem, miała znikome szanse na jego ujęcie. Równie szybki w nogach, co w rękach, czmychnął, bogatszy – według oceny Eve – o trzy portfele i dwa telefony komórkowe.

Kto rano wstaje, ten się obłowi, pomyślała. Kilka osób mniej wybierze się do centrum handlowego.

Wypatrzyła malutką lukę między pojazdami, wcisnęła się w nią i nie zwracając uwagi na gniewne klaksony, skierowała się do śródmieścia.

Nim dotarła do komendy, miała już gotowy plan działania. Najpierw zajmie się papierzyskami, zawalającymi jej biurko. Potem będzie mogła poświęcić trochę czasu na zapoznanie się ze sprawami prowadzonymi przez podległych jej śledczych. Może podrzuci zestawienie wydatków Peabody, niech partnerka pobawi się liczbami. Może znajdzie chwilę, by sięgnąć do jakiejś starej sprawy i jeszcze raz uważnie jej się przyjrzy.

Nic nie daje większej satysfakcji niż złapanie złoczyńcy, który myśli, że udało mu się uniknąć sprawiedliwości.

Zeszła z ruchomego chodnika – wysoka, szczupła kobieta w skórzanym płaszczu – i skierowała się do wydziału zabójstw. Krótkie, wzburzone, brązowe włosy okalały jej szczupłą twarz z płytkim dołeczkiem w brodzie. Złotobrązowymi oczami uważnie przyglądała się temu, co się dzieje wokół, idąc zatłoczonym korytarzem do swojego wydziału.

Gdy weszła do sali ogólnej, najpierw zobaczyła Santiago, który siedział z nogami na biurku, rozmawiając przez komórkę. Obok Trueheart, niezwykle przystojny w eleganckim garniturze, pracował na komputerze. W sali unosił się zapach kiepskiej kawy i taniego słodziku, czyli wszystko było jak należy.

Z pokoju śniadaniowego wynurzył się Jenkinson z wielkim kubasem tej ohydnej kawy i pączkiem nie pierwszej świeżości. Miał na sobie szary garnitur z krawatem w jaskrawoniebieskie i zielone esy-floresy na wściekle różowym tle.

– Czołem, pani porucznik – powitał ją.

– Niczego sobie krawat, Jenkinson.

Odstawił kubek z kawą na biurko i ujął krawat w palce.

– Chcę tylko nieco ubarwić świat.

– Zabrałeś go jednemu z tych maniaków komputerowych z informatycznego?

– Nie, dostał w prezencie od swojej laski – wyjaśnił Santiago.

– Kupiła mi go twoja laska w podziękowaniu za ostatni wieczór.

– Żeby cię widzieć z daleka i zdążyć się ulotnić.

Zanim Jenkinson zdążył wymyślić ciętą odpowiedź, wszedł Baxter w ciemnoczekoladowym garniturze i fachowo zawiązanym krawacie w drobniutką, brązowo-czerwoną szachownicę.

Zatrzymał się, jakby natrafił na pole siłowe.

– Jezu, moje oczy! – Wyciągnął parę modnych okularów przeciwsłonecznych i wsadziwszy je na nos, uważnie przyjrzał się Jenkinsonowi. – Cóż to takiego, co masz wokół szyi? Czy to coś żywego?

– Dostał od twojej siostry. – Trueheart nawet nie podniósł wzroku, nie przestając pracować na komputerze. – W dowód szacunku.

Młody się wyrabia, pomyślała rozbawiona Eve i zostawiła swoich ludzi, by dalej stroili sobie żarty.

Po wejściu do swojego gabinetu – klitki z wąziutkim, pojedynczym oknem i cholernie niewygodnym fotelem dla gości – skierowała się prosto do autokucharza. Dzięki znajomościom Roarke’a nie była skazana na kiepską kawę jak pozostali gliniarze. Zaprogramowała filiżankę czarnego, gorącego napoju i rozsiadła się za biurkiem, gotowa, by wziąć się do pracy papierkowej.

Jej komunikator zabrzęczał, nim wypiła pierwszy łyk kawy.

– Dallas.

– Dyspozytor do porucznik Eve Dallas. Proszę się udać na Downing Street 735 mieszkania 825. Dwa trupy, kobiety i mężczyzny.

– Tu Dallas. W drodze na miejsce wydarzenia skontaktuję się z detektyw Peabody.

– Przyjąłem do wiadomości. Koniec rozmowy.

Kurde, pomyślała, pijąc kawę, która parzyła jej język. Rzeczywiście wszystko zepsuła. Złapała dopiero co zdjęty płaszcz i wybiegła z gabinetu.

W sali ogólnej pojawiło się jeszcze kilka osób, ale tematem dnia pozostawał krawat Jenkinsona. Peabody, wciąż w płaszczu, oświadczyła, że krawat wygląda odlotowo.

Nic dziwnego, jako że Delia kochała się w McNabie, miłośniku ostrych kolorów.

– Peabody, ze mną.

– Co? Gdzie? Już?

Eve nawet nie zwolniła kroku, więc jej partnerka musiała za nią biec w swoich różowych kowbojkach.

Co dalej będzie z tym wydziałem, pomyślała Eve, skoro jego pracownicy paradują w różowych butach i różowych krawatach? Może powinna zakazać swoim ludziom ubierać się na różowo.

– Co nam się trafiło?

– Zdaje się, że podwójne zabójstwo.

– Dwa w jednym na dobry początek dnia. – Czekając na windę, Peabody wyciągnęła z kieszeni szalik i omotała go wokół szyi.

Był w różowo-niebieską szachownicę, co nie umknęło Eve. Zdecydowanie musi rozważyć zakaz ubierania się na różowo.

– Ale poza tym mamy cudowny dzień – ciągnęła Peabody. Na jej kwadratowej twarzy malował się uśmiech, ciemne oczy błyszczały.

– Czy spóźniłaś się, bo rano jeszcze się załapałaś na bara-bara?

– Nie spóźniłam się. No, może dwie minuty – poprawiła ją Delia. – Wysiedliśmy z metra wcześniej, żeby się przejść. To jeden z ostatnich takich ładnych dni.

Wcisnęły się do pełnej gliniarzy windy.

– Lubię jesień, kiedy jest rześko, a na ulicznych straganach pieką kasztany.

– Założę się, że było bara-bara.

Peabody tylko się uśmiechnęła.

– Wczoraj wieczorem umówiliśmy się na randkę. No wiesz, tak pod wpływem chwili. Wystroiliśmy się, poszliśmy na tańce, piliśmy koktajle. Jesteśmy tacy zajęci, że zapominamy pobyć tylko we dwoje. Miło od czasu do czasu sobie przypomnieć, jak to jest.

Wysiadły z windy na poziomie garażu.

– A potem się kochaliśmy – dodała Peabody. – Tak czy owak, naprawdę bardzo miły dziś dzień.

– Szkoda, że te dwa trupy z ulicy Downing nie mogą się nim cieszyć.

– No cóż… To dowód, że mam rację.

– W czym?

– Że trzeba się cieszyć, chodzić na tańce, pić koktajle i jak najwięcej się kochać, póki człowiek nie umrze.

– Cóż za filozoficzne rozważania – powiedziała z przekąsem Eve, siadając za kierownicą swojego samochodu.

– Niedługo Święto Dziękczynienia – przypomniała jej Peabody.

– Coś mi się obiło o uszy.

– W mojej rodzinie jest taki zwyczaj, że spisujemy na kartce wszystko, za co jesteśmy wdzięczni, i wrzucamy kartki do miski. W Święto Dziękczynienia każdy wyciąga kilka. W ten sposób przypominamy sobie to, za co powinniśmy być wdzięczni, albo za co dziękują inni. Taka jest ogólna idea. I to bardzo miłe. Wiem, że w tym roku nie spędzimy święta z moją rodziną, ale wyślę im spis tego, za co jestem wdzięczna.

Eve rozważała to, zmagając się z ruchem ulicznym.

– Zajmujemy się śledztwami w sprawach o zabójstwa. To chyba znaczy, że powinnyśmy być wdzięczne mordercom, bo w przeciwnym razie zostałybyśmy bez pracy. Chociaż, z drugiej strony, zamordowani wcale nie odczuwają wdzięczności wobec swych zabójców.

– Nie. Dziękujmy za to, że dzięki swoim umiejętnościom potrafimy odszukać i aresztować tych, którzy im odebrali życie.

– Ale ci, których złapiemy i aresztujemy, nie będą nam wdzięczni. Zawsze ktoś musi być przegrany.

– Strasznie to filozoficzne spostrzeżenie – mruknęła Peabody.

– Lubię wygrywać. – Eve zatrzymała się za czarno-białym radiowozem na Downing. – Cieszę się, kiedy wygrywam. Postarajmy się więc wygrać kolejny raz.

Wzięła swój zestaw podręczny i skierowała się do drzwi wejściowych. Mignęła odznaką gliniarzowi pilnującemu wejścia.

– Ósme piętro, pani porucznik.

– Tak, wiem. Budynek jest wyposażony w domofon?

– Tak, ale wiadomo, jak sobie z tym poradzić. Kamery w drzwiach, lecz wewnątrz budynku już nie.

– Potrzebne nam będą zapisy kamer.

– Administrator budynku już o tym wie.

Skinęła mu głową i skierowała się do windy. Całkiem przyzwoity budynek, pomyślała. Tylko podstawowe zabezpieczenia, ale czysto i schludnie. Podłoga w malutkim holu wejściowym lśniła, ściany wyglądały na niedawno odmalowane. A winda, stwierdziła z ulgą, nie wydaje dziwnych odgłosów, kiedy rozsuwają się drzwi.

– Łatwo się dostać do środka – zauważyła. – Wystarczy wejść za kimś albo poprosić kogoś, żeby nas wpuścił. Brak portiera w holu, brak kamer.

– I równie łatwo stąd wyjść.

– No właśnie. Budynek jest zadbany, co świadczy, że lokatorzy to przyzwoici ludzie, a administracja robi to, co do niej należy.

Wysiadła na ósmym piętrze i podeszła do gliniarza, stojącego przed drzwiami do mieszkania numer osiemset dwadzieścia pięć.

– Meldujcie, co tu mamy.

– Tak jest. Kobieta z lokalu osiemset dwadzieścia cztery weszła do mieszkania numer osiemset dwadzieścia pięć około siódmej dwadzieścia dziś rano. Ma klucz, zna kod.

– Dlaczego weszła do sąsiadów?

– Razem z zamordowaną w poniedziałki zawsze udawały się do pobliskiej piekarni. Wychodziły z domu zawsze punktualnie o siódmej. Zaniepokoiła się, kiedy nikt jej nie otworzył drzwi ani nie odbierał telefonu. Weszła do mieszkania i zidentyfikowała ofiary. To Carl i Barbara Reinholdowie, lokatorzy tego mieszkania.

– Gdzie jest świadek?

– Z funkcjonariuszką policji w swoim mieszkaniu. Jest wstrząśnięta, pani porucznik. Niezbyt tam miły widok – dodał, wskazując głową lokal, gdzie popełniono zbrodnię.

– Niech czeka, żeby złożyć pełne zeznania. – Eve wyjęła z zestawu puszkę substancji zabezpieczającej. – I zostań w pobliżu. – Włączyła rekorder.

Zabezpieczywszy ręce i buty, weszły obie do środka.

Rzeczywiście niezbyt przyjemnie to wszystko wyglądało. W pokoju dziennym nawet panował porządek, jaśki na kanapie były wstrząśnięte, podłogi czyściutkie, czasopisma na kompaktach leżały równiutko na niskim stoliku. Wszystko to ostro kontrastowało z zapachem śmierci.

W głębi pokoju stół oddzielał część wypoczynkową od kuchni.

I tam biegła granica między schludnym życiem a odrażającą śmiercią.

Mężczyzna leżał na podłodze, z głową, ramionami i wyciągniętą ręką pod stołem. Przypominał jedną krwawą miazgę w granatowym garniturze. Rozbryzgi krwi i mózgu pokrywały ściany i kuchenne szafki – a także kij baseballowy, leżący w kałuży zaschniętej krwi tuż obok zwłok.

Kobieta leżała twarzą do dołu między drugim końcem stołu a lodówką. Jej spodnie i bluzka tak przesiąkły krwią, że nie wiadomo było, jakiego są koloru. Ubranie miała w strzępach; najprawdopodobniej zostało poprzecinane nożem kuchennym, który wbito jej w plecy po sam trzonek.

– Dokonała się tu niezła rzeź – stwierdziła Peabody.

– Taak. Zabójca musiał być solidnie wkurzony. Zajmij się kobietą – poleciła Eve, a sama przykucnęła obok mężczyzny i otworzyła swój zestaw.

Pozwoliła sobie na chwilę współczucia, a potem przystąpiła do pracy.

Rozdział 2

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 13

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 14

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 15

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 16

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 17

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 18

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 19

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 20

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 21

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 22

Dostępne w pełnej wersji

EPILOG

Dostępne w pełnej wersji

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

EPILOG

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

In Death. Echa i śmierć Uczeń i śmierć Ukryta śmierć Niewdzięczność i śmierć Wyrachowanie i śmierć 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer