Ameryka nie istnieje

Ameryka nie istnieje

Autorzy: Wojciech Orliński

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 29.09 zł

Wojciech Orliński, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, znawca kultury popularnej. Okazjonalnie para się tłumaczeniem i pisaniem opowiadań fantastycznonaukowych. Prowadzi wysoko ocenianego bloga „Ekskursje w dyskursie” (wo.blox.pl).

Ta książka powinna być wstępem dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć USA. Orliński tryumfuje. (Sebastian Łupak, „Machina”)

Zgromadzony materiał dowodowy jest na tyle mocny, że hipotezę o nieistnieniu Ameryki możemy uznać za naukowo potwierdzoną. Ale przy okazji wynika z niego niezbicie, że Ameryka – choć nie istnieje – pozostaje fascynująca. (Mariusz Zawadzki, „Gazeta Wyborcza”)

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Ameryce, ale boicie się zapytać. Książka Wojciecha Orlińskiego to pasjonująca opowieść o faktach i mitach, które legły u podstaw jankeskiego imperium popkultury. (Cezary Polak, dziennik.pl)

Hippisi z Doliny Krzemowej

Wszyscy ubieramy się podobnie. Po naszych szortach i koszulkach nie widać tego, kto jest milionerem, a kto bezrobotnym... Fragment rozdziału Dolina Krzemowa, czyli o hippisach–inżynierach opublikowanego w Dużym Formacie, dodatku do Gazety Wyborczej

„Nie spodziewałem się tej kontroli. Uzbrojonemu żołnierzowi nie wystarczają papiery z wypożyczalni. Skoro jestem obcokrajowcem jadącym w stronę tajnej bazy wojskowej, chce widzieć mój paszport. Jak zobaczy paszport, zobaczy też wizę klasy I (dziennikarską), więc nie mogę powiedzieć, że jestem na wakacjach, bo opuszczę ten kraj w kajdankach i z zakazem powrotu wbitym w paszport. Mówię szczerze jak na spowiedzi: piszę książkę.

Znudzony żołnierz słucha streszczenia: »wie pan, panie oficerze: francuski filozof Baudrillard, poza tym Route 66, horrory Lovecrafta i blues z delty Missisipi«, po czym oddaje mi papiery”.

„Gdy podróżowałem przez USA, zbierając materiały do tej książki, w przydrożnym motelu odebrałem maila od swego redaktora z podchwytliwym pytaniem: »Skoro Ameryka nie istnieje, to gdzie ty właściwie jesteś?«. Na szczęście badania terenowe miałem już dość zaawansowane, żeby mieć na zadane pytanie gotową odpowiedź. Brzmi ona tak: podróżując przez Amerykę zawsze jest się w miejscu, którego mieszkańcy uważają, że owszem, gdzieś tam rzeczywiście jest ta słynna, znana nam z filmów i książek Ameryka. Ale tutaj jej nie ma, tutaj u nas sprawy wyglądają zupełnie inaczej”.

„Wkrótce po pobycie w europejskim Disneylandzie, w którym zatrzymałem się w hotelu New York, jechałem do prawdziwego Nowego Jorku. Najlepszy opis swoich marzeń o amerykańskich wojażach znalazłem w młodości w wierszu Andrzeja Bursy Języki obce: „gdy będziesz siedział na Broadwayu/ w barze piękniejszym niż oczy szatana...”. Taki bar oczywiście jest w tym hotelu. Za oknami widzimy park otaczający Disneyland i sztuczny staw Lake Disney, ale gdy odwrócić wzrok, to dekorację hotelu stanowią fototapety z panoramą NY, na której World Trade Center nie ma JESZCZE, a nie JUŻ. Porównania symulacji do rzeczywistości już na starcie nie dają rzeczywistości żadnych szans”.

Tytuł: Ameryka nie istnieje

Autor: Wojciech Orliński

Tytuł serii: mój prywatny świat

Redakcja i opisy zdjęć: Roman Książek

Korekta: Urszula Czerwińska

Redakcja techniczna: Mariusz Kurkowski

Projekt graficzny okładki: Adam Peringer, Maciej Barcik

Projekt graficzny wkładki zdjęciowej: Wioletta Majcherczyk, Roman Książek, Mariusz Dyduch, Adam Peringer

Redaktor prowadzący: Roman Książek

Zdjęcia na okładce: Dreamstime.com

Zdjęcia we wkładce: corbis, Dreamstime.com, Wojciech Orliński

Copyright © Wydawnictwo Pascal 2010

Wydawnictwo Pascal Spółka z o.o.

43-300 Bielsko-Biała, ul. Kazimierza Wielkiego 26

tel. 338282828, fax 338282829

pascal@pascal.pl, www.pascal.pl

Przewodniki dla firm i agencji reklamowych:

creative@pascal.pl

www.pascalcreative.pl

Bielsko-Biała 2010

ISBN 978-83-7642-361-6

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Wojciech Orliński (ur. 1969), absolwent Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel wychodzącego w latach 90. pisma „Lewą Nogą”. Pracował m.in. w redakcji biuletynu Polskiej Akademii Nauk i w tygodniku „Wiadomości Kulturalne”. W 1997 roku został przyjęty na etat w „Gazecie Wyborczej” i wsiąkł tam na dobre. Ponadto okazjonalnie parał się tłumaczeniem (Karol Marks, jego życie i środowisko Isaiah Berlina) i pisaniem opowiadań fantastycznych. W 2007 roku ukazał się jego leksykon Co tą są sepulki? Wszystko o Lemie.

ACKNOWLEDGEMENTS

PODZIĘKOWANIA

I want to thank my American friends: prof. Jessie Labov, who is not directly quoted in this book, but she definitely helped me to shape many ideas. Not to mention getting me in touch with Ori Brafman and Mike LeBeau – thank your for your time, guys. I really appreciate it. A very special thanks go to the whole O’Carroll family for what I can describe only as The. Best. Evening. I. Ever. Had. In. America. Period.

Już po polsku chciałbym też podziękować Zbigniewowi Basarze i Kamili Sławińskiej za nowojorskie ekskursje, a Elizie Boughous – za wspólne zwiedzanie Los Angeles. Last but not least: nisko kłaniam się mojej wspaniałej rodzinie, która z taką wyrozumiałością traktuje to, że najpierw się szlajam po świecie i przysyłam radosne maile nie wiadomo skąd, a potem jestem nieobecny duchem, w kółko mamrocząc o dedlajnach...

„Disneyland ukrywa, że cała Ameryka jest Disneylandem” (Baudrillard).

Czołówka „Świata Walta Disneya” jest dla wielu symbolem dzieciństwa.

Cmentarz w Salem wygląda jak „żywcem” wyjęty z klasycznych horrorów.

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Zamiast wstępu: Disneyland

W książ­ce Ame­ry­ka Je­an Bau­dril­lard wy­po­wia­da słyn­ne sło­wa o Di­sney­lan­dzie, iż jest „po to, by ukry­wać, że jest nim ca­ły kraj, że ca­ła Ame­ry­ka jest Di­sney­lan­dem”. Jaw­na nie­rze­czy­wi­stość Di­sney­lan­du ma przed na­mi ukry­wać nie­rze­czy­wi­stość po­bli­skie­go Los An­ge­les.

To spo­strze­że­nie za­in­spi­ro­wa­ło Bau­dril­lar­da do sfor­mu­ło­wa­nia teo­rii „sy­mu­la­krów” i „hi­per­rze­czy­wi­sto­ści”. Ja jed­nak je­stem oso­bą z na­tu­ry scep­tycz­ną, więc kie­dy pierw­szy raz prze­czy­ta­łem te sło­wa, po­my­śla­łem so­bie, że to tyl­ko ta­ka ty­po­wa trom­ta­dra­cja fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa. W ja­kim sen­sie Los An­ge­les mia­ło­by być nie­rze­czy­wi­ste? Wie­żow­ce w Do­wn­town, kul­tu­ry­ści na pla­ży w San­ta Mo­ni­ca, sieć wiecz­nie za­kor­ko­wa­nych au­to­strad, stu­dia fil­mo­we i te­le­wi­zyj­ne w Bur­bank i Hol­ly­wo­od – to wszyst­ko jest prze­cież praw­dzi­we i na­ma­cal­ne. Praw­dzi­wi lu­dzie za­ra­bia­ją tam naj­praw­dziw­sze pie­nią­dze świa­ta. Po­sta­no­wi­łem więc spraw­dzić blef fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa. Jak sam pi­sał, do­szedł do te­go wnio­sku na po­bli­skiej pu­sty­ni Mo­ja­ve („W pew­nym sen­sie ca­ła Ame­ry­ka jest pu­sty­nią” – za­no­to­wał). Rzu­co­ny przez de­le­ga­cyj­ne wi­chry do Los An­ge­les, wy­po­ży­czam sa­mo­chód i po­wta­rzam szlak Bau­dril­lar­da.

Z Di­sney­lan­du na pu­sty­nię moż­na się do­stać na wie­le spo­so­bów, bo z Los An­ge­les wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą al­bo na pu­sty­nię – al­bo do mo­rza. Wy­bie­ram bli­ską mo­je­mu ser­cu daw­ną dro­gę Ro­ute 66, bo do tej tra­sy nie po­trze­bu­ję GPS-a. Ostat­nia li­nij­ka pio­sen­ki Ro­ute 66 to „King­man, Bar­stow, San Ber­nar­di­no”, a po­tem jest już Los An­ge­les. Wy­star­czy więc, że od­wró­cę ko­lej­ność, po­ja­dę z Di­sney­lan­du na San Ber­nar­di­no, prze­kro­czę gó­ry prze­łę­czą Ca­jon, w Bar­stow skrę­cę na King­man i wi­taj pu­sty­nio!

Pu­sty­nia za­czy­na się wcze­śniej niż my­śla­łem, od ra­zu za prze­łę­czą Ca­jon. Gę­sty ruch sa­mo­cho­dów je­dzie au­to­stra­dą wy­bu­do­wa­ną rów­no­le­gle do Ro­ute 66, ale na tej dro­dze ży­cie za­mar­ło. Ja­dę przez sce­ne­rię przy­po­mi­na­ją­cą sta­re fil­my dro­gi. Przede mną i za mną: smu­ga spę­ka­ne­go as­fal­tu po ho­ry­zont. Je­dy­nym uroz­ma­ice­niem pej­za­żu są gó­ry ma­ja­czą­ce na ho­ry­zon­cie i zni­ka­ją­ce w per­spek­ty­wie słu­py te­le­gra­ficz­ne. Po­za tym jak okiem się­gnąć, ani ży­wej du­szy, ani sa­mo­cho­du. Z per­spek­ty­wy pu­sty­ni te­za Bau­dril­lar­da nie wy­da­je się już nie­do­rzecz­na. Los An­ge­les scho­wa­ło się za gó­ra­mi San Ber­nar­di­no na ho­ry­zon­cie. Pró­bu­ję je so­bie przy­po­mnieć – i czu­ję ab­sur­dal­ność tych wspo­mnień. Wiel­kie mia­sto? Tu­taj? A kto by tu chciał miesz­kać?

Tu­taj na­tu­ral­ną for­mą eg­zy­sten­cji wy­da­ją mi się tyl­ko mi­ja­ne od cza­su do cza­su wy­lud­nio­ne miej­sco­wo­ści, w któ­rych wciąż jesz­cze tlą się ozna­ki ży­cia w roz­sy­pu­ją­cych się szo­pach. Wo­lę się trzy­mać od nich z da­le­ka, bo kul­tu­ra ma­so­wa – od Psy­cho­zy przez Tek­sań­ską ma­sa­krę pi­łą łań­cu­cho­wą po Au­to­sto­po­wi­cza, na­ka­zu­je mi się strzec tych miejsc. Po­cie­szam się wpraw­dzie wy­ja­śnie­niem, że mo­tyw hor­ro­ru na od­lu­dziu w ame­ry­kań­skiej po­pkul­tu­rze to tyl­ko eks­pre­sja ir­ra­cjo­nal­ne­go lę­ku war­stwy uprzy­wi­le­jo­wa­nych przed war­stwą wy­klu­czo­nych – ale i tak czu­ję się nie­swo­jo. Z punk­tu wi­dze­nia lu­dzi we­ge­tu­ją­cych tu na pu­sty­ni w skraj­nym ubó­stwie, kom­plet­nie nie­rze­czy­wi­ste mu­si być z ko­lei Los An­ge­les, je­go za­kor­ko­wa­ne au­to­stra­dy i spra­wy, za któ­ry­mi uga­nia­ją się je­go miesz­kań­cy. Na­gle uświa­da­miam so­bie, jak ab­sur­dal­nie z ich punk­tu wi­dze­nia wy­glą­da mój za­wód. Przy­le­cia­łem tu­taj z dru­giej pół­ku­li przy­cią­gnię­ty pro­mo­cją se­ria­li te­le­wi­zyj­nych. Od­wie­dzi­łem ulicz­kę Wi­ste­ria La­ne, na któ­rej roz­gry­wa się ak­cja se­ria­lu Go­to­we na wszyst­ko. W rze­czy­wi­sto­ści ulicz­ka w ca­ło­ści wy­bu­do­wa­na jest w stu­diu w Bur­bank, dla­te­go do­sko­na­le wy­pie­lę­gno­wa­ne do­my Bree, Ly­net­te i Ga­briel­le nie ma­ją su­fi­tów (zwróć­cie uwa­gę!).

Miesz­kań­cy szop na pu­sty­ni ma­ją te­le­wi­zo­ry, wi­dać zresz­tą z da­le­ka an­te­ny na da­chach. W apo­ka­lip­tycz­nej ko­me­dii Ti­ma Bur­to­na Mar­sja­nie ata­ku­ją! znacz­na część ak­cji roz­gry­wa się wła­śnie tu­taj, na pu­sty­ni Mo­ja­ve. Ma­muś­ka ro­dzi­ny ży­ją­cej wła­śnie w ta­kiej wid­mo­wej osa­dzie szy­ku­jąc się na na­dej­ście ko­smi­tów buń­czucz­nie de­kla­ru­je „po­wiem wam jed­no: mo­je­go te­le­wi­zo­ra nie do­sta­ną!”. Ubo­ga ro­dzi­na mo­że nie mieć pral­ki ani prysz­ni­ca, ale te­le­wi­zor być mu­si. W Pol­sce jest zresz­tą po­dob­nie.

Ci lu­dzie za­pew­ne zna­ją se­rial Go­to­we na wszyst­ko. Czy uwie­rzy­li­by mi, gdy­bym po­wie­dział, że Wi­ste­ria La­ne w ogó­le nie ist­nie­je? Ra­czej nie, bo ja sam – choć to nie jest mo­ja pierw­sza wi­zy­ta na pla­nie fil­mu czy se­ria­lu – re­gu­lar­nie je­stem za­sko­czo­ny tym, jak wie­le rze­czy wy­glą­da­ją­cych na ekra­nie so­lid­nie i re­ali­stycz­nie, w do­ty­ku oka­zu­je się być ze sklej­ki i sty­ro­pia­nu. Czy uwie­rzy­li­by mi, że za­wo­do­wo zaj­mu­ję się nie­ist­nie­ją­cy­mi ulicz­ka­mi w nie­ist­nie­ją­cych mia­stach? Że ktoś mi pła­ci za ich zwie­dza­nie? Oni mniej wię­cej wie­dzą, że są lu­dzie za­ra­bia­ją­cy gru­be mi­lio­ny za wy­my­śla­nie ta­kich uli­czek i miesz­ka­ją­cych na nich lu­dzi. Ale czy są świa­do­mi ist­nie­nia ko­goś ta­kie­go, jak czło­wiek, któ­ry za­wo­do­wo pi­sze opo­wie­ści o opo­wie­ściach (a te­raz, opo­wia­da­jąc o Bau­dril­lar­dzie, wpa­dam już w opo­wieść o opo­wie­ści o opo­wie­ści)? Po­si­lam się ochła­pa­mi z pań­skie­go sto­łu, a mi­mo to nie mam cze­go za­zdro­ścić miesz­kań­com szo­py na pu­sty­ni – to nie jest Ame­ry­ka mo­ich snów.

Ho­tel w Los An­ge­les, z któ­re­go tu przy­je­cha­łem, wy­da­je się być czymś rów­nie nie­re­al­nym jak Di­sney­land. Na pu­sty­ni je­stem w świe­cie per­ma­nent­ne­go nie­do­stat­ku, w Los An­ge­les by­łem w świe­cie gro­te­sko­we­go nad­mia­ru, gdzie wbrew bio­lo­gii i eko­no­mii w pu­styn­nym kli­ma­cie pra­co­wi­cie utrzy­mu­je się traw­ni­ki. Trze­ba z wy­prze­dze­niem za­re­zer­wo­wać sto­lik w re­stau­ra­cji, że­by zy­skać przy­wi­lej wy­da­nia for­tu­ny na po­si­łek spe­cjal­nie przy­rzą­dzo­ny tak, że­by jak naj­mniej sy­cił.

Miesz­kań­cy pu­sty­ni z grub­sza zna­ją świat Los An­ge­les, bo oglą­da­ją w swo­ich fil­mach se­ria­le o Los An­ge­les. Tyl­ko że ten świat jest dla nich tak ob­cy, że fik­cja mie­sza się z rze­czy­wi­sto­ścią, Wi­ste­ria La­ne zle­wa się z Mel­ro­se Ave­nue (ta dru­ga w od­róż­nie­niu od tej pierw­szej przy­naj­mniej ma ja­kiś re­al­ny pier­wo­wzór). Po­dob­nie jest z miesz­kań­ca­mi Los An­ge­les: oglą­da­ją fil­my o lu­dziach miesz­ka­ją­cych w przy­cze­pach kem­pin­go­wych (za­raz za­raz: to po­win­ny być przy­cze­py a nie szo­py? Tak jest w fil­mie Bur­to­na wła­śnie! A jed­nak żad­nej przy­cze­py jesz­cze dzi­siaj tu nie spo­tka­łem...). Ale rze­czy­wi­stość mie­sza im się z fik­cją hor­ro­rów o pi­łach łań­cu­cho­wych.

Dla Eu­ro­pej­czy­ka głów­ną atrak­cją Di­sney­lan­du jest moż­li­wość od­wie­dze­nia ta­kiej Ame­ry­ki, ja­ką zna­my z fil­mów: mi­tycz­nej Ma­in Stre­et jak z fil­mu Fran­ka Ca­pry, we­ster­no­we­go Po­gra­ni­cza, Po­łu­dnia jak z Mar­ka Twa­ina, nie mó­wiąc już o fil­mach Di­sneya i Pi­xa­ra. Prze­kra­cza­jąc gra­ni­cę mię­dzy aglo­me­ra­cją Los An­ge­les a pu­sty­nią uświa­da­miam so­bie, że po­dob­nie w Di­sney­lan­dzie czu­je się prze­cięt­ny Ame­ry­ka­nin. Bo on też ta­ką Ame­ry­kę zna głów­nie z fil­mów. Miesz­kań­cy Los An­ge­les i miesz­kań­cy pu­sty­ni zna­ją się na­wza­jem z fil­mów i se­ria­li, ale po­za tym ich dro­gi ży­cio­we rzad­ko się prze­ci­na­ją. Są dla sie­bie na­wza­jem two­ra­mi kul­tu­ry ma­so­wej odro­bi­nę tyl­ko bar­dziej re­al­ny­mi od Mysz­ki Mi­ki.

Gdy po­dró­żo­wa­łem przez USA, zbie­ra­jąc ma­te­ria­ły do tej książ­ki, w przy­droż­nym mo­te­lu ode­bra­łem ma­ila od swe­go re­dak­to­ra z pod­chwy­tli­wym py­ta­niem: „sko­ro Ame­ry­ka nie ist­nie­je, to gdzie ty wła­ści­wie je­steś?”. Na szczę­ście ba­da­nia te­re­no­we mia­łem już dość za­awan­so­wa­ne, że­by mieć na za­da­ne py­ta­nie go­to­wą od­po­wiedź. Brzmi ona tak: po­dró­żu­jąc przez Ame­ry­kę za­wsze jest się w miej­scu, któ­re­go miesz­kań­cy uwa­ża­ją, że ow­szem, gdzieś tam rze­czy­wi­ście jest ta słyn­na, zna­na nam z fil­mów i ksią­żek Ame­ry­ka. Ale tu­taj jej nie ma, tu­taj u nas spra­wy wy­glą­da­ją zu­peł­nie ina­czej. Zmie­nia się tyl­ko owe „tu­taj”, ale iden­tycz­ną de­kla­ra­cję usły­szy­my w Tek­sa­sie, na Man­hat­ta­nie, w Mis­si­si­pi, w Do­li­nie Krze­mo­wej, w Las Ve­gas, w Kan­sas i w Lu­do­wej Re­pu­bli­ce Ber­ke­ley. Ktoś mo­że ri­po­sto­wać, że w Pol­sce też ma­my „war­szaw­kę”, „kra­kó­wek”, „ślun­za­ków”, „py­ry” i „go­ro­li”, ale mi­mo wszyst­ko spa­ja nas du­żo wię­cej niż Ame­ry­ka­nów. Co tu du­żo ga­dać, sie­dzi­my na tej zie­mi od do­bre­go ty­sią­ca lat. Gdy pró­bu­je­my usta­lić wiek na­szych miast, to sam mar­gi­nes błę­du wy­no­si zwy­kle stu­le­cie lub dwa; to bar­dzo sę­dzi­wy wiek jak dla mia­sta z Ame­ry­ki Pół­noc­nej.

Co spa­ja miesz­kań­ca szo­py na pu­sty­ni z miesz­kań­cem Los An­ge­les? Ich wspól­na hi­sto­ria to wła­śnie hi­sto­ria szo­py. Naj­star­szy bu­dy­nek w Los An­ge­les, za­by­tek gwa­ran­tu­ją­cy chi­chot eu­ro­pej­skie­go tu­ry­sty, to tzw. Avi­la Ado­be, szo­pa wznie­sio­na w 1818 ro­ku przez nie­ja­kie­go Fran­ce­sco Avi­lę, Mek­sy­ka­ni­na ho­du­ją­ce­go kro­wy w ran­cho Las Cie­ne­gas, któ­re­go wiel­kie pa­stwi­ska po­kry­wa­ły się mniej wię­cej z ob­sza­rem dzi­siej­sze­go cen­trum Los An­ge­les. Wspól­na hi­sto­ria opi­sy­wa­nych miesz­kań­ców jest krót­ka i ma­ło spek­ta­ku­lar­na (jak na eu­ro­pej­skie stan­dar­dy). Ich wspól­ne in­te­re­sy czę­sto wręcz nie ist­nie­ją – nie­któ­rzy Ame­ry­ka­nie z bra­ku po­my­słów na wy­da­wa­nie pie­nię­dzy ku­pu­ją elek­trycz­ne sa­mo­cho­dy spor­to­we i ma­ry­nar­ki Joh­na Va­rva­to­sa za dwa ty­sią­ce do­la­rów sztu­ka. Nie­któ­rzy z ko­lei miesz­ka­ją w bu­dyn­kach, któ­re w Pol­sce uzna­li­by­śmy za nie speł­nia­ją­ce norm ba­ra­ku so­cjal­ne­go i od­ży­wia­ją się czymś, co w Pol­sce uzna­li­by­śmy za speł­nia­ją­ce naj­wy­żej nor­my pa­szy dla tucz­ni­ków.

Z kra­jów cy­wi­li­zo­wa­nych Ame­ry­ka jed­no­cze­śnie ma re­kor­do­wo szczu­płą au­ten­tycz­ną hi­sto­rię – i re­kor­do­wo bo­ga­ty do­ro­bek hi­sto­rii fik­cyj­nych. Od swe­go za­ra­nia Ame­ry­ka o Ame­ry­ce opo­wia­da ba­śnie tak fa­scy­nu­ją­ce, że śni je po­tem ca­ły świat. Te ba­śnie prze­cież zresz­tą stwo­rzy­ły Ame­ry­kę. Od pierw­szych an­giel­skich osad­ni­ków w XVII wie­ku aż po hin­du­skich pro­gra­mi­stów w Do­li­nie Krze­mo­wej, Ame­ry­ka przy­cią­ga do sie­bie po­przez oce­any lu­dzi, któ­rzy ma­rzą o roz­po­czę­ciu tu­taj no­we­go ży­cia zgod­nie z ba­śnią, któ­rą ktoś im opo­wie­dział.

Kie­dy więc za­czy­na­my szu­kać te­go, co spa­ja Po­la­ków (czy Niem­ców, czy Fran­cu­zów, czy An­gli­ków...), bę­dzie­my mó­wić o zja­wi­skach w mia­rę re­al­nych. Ame­ry­ka­nów tym­cza­sem spa­ja­ją le­gen­dy. Naj­pierw spa­ja­ły ich ba­śnie epo­ki ko­lo­nial­nej, dzi­siaj zaś ra­czej to, co opo­wia­da­ją fil­my, re­kla­my i ko­mik­sy – nie­zmien­ne jed­nak po­zo­sta­je to, że na pierw­szym miej­scu wciąż jest fik­cja.

Di­sney­land to po­mnik wznie­sio­ny tej fik­cji. Di­sney­land to tak zwa­ny „the­me park” – okre­śle­nie, któ­re nie ma od­po­wied­ni­ka w ję­zy­kach eu­ro­pej­skich, co lu­dziom pró­bu­ją­cych go opi­sać zo­sta­wia trzy wyj­ścia, a każ­de na in­ny spo­sób nie­do­bre. Al­bo jak ja w po­przed­nim zda­niu, moż­na uży­wać an­gli­cy­zmu w cu­dzy­sło­wach, al­bo to­por­nie pró­bo­wać tłu­ma­cze­nia na „park te­ma­tycz­ny”, al­bo wresz­cie się­gnąć po nie­do­sko­na­ły eu­ro­pej­ski od­po­wied­nik „park roz­ryw­ki”. Dla­cze­go nie­do­sko­na­ły? Bo róż­ni­cę mię­dzy „par­kiem roz­ryw­ki” a „par­kiem te­ma­tycz­nym” wi­dać na pierw­szy rzut oka. Jest nią te­mat. W Eu­ro­pie „park roz­ryw­ki” to coś ta­kie­go jak duń­skie Ti­vo­li czy Bak­ken – ka­ru­ze­le, strzel­ni­ce, wa­ta cu­kro­wa. Park te­ma­tycz­ny do­kła­da do te­go te­mat. Nie cho­dzi tyl­ko o to, że krę­ci­my się na ka­ru­ze­li – ta ka­ru­ze­la w do­dat­ku ma uda­wać ja­kieś wy­da­rze­nie, w któ­rym bio­rą udział di­sney­ow­skie po­sta­cie. Wszyst­ko w Di­sney­lan­dzie, na­wet skle­py, re­stau­ra­cje i pia­skow­ni­ce, uda­je coś in­ne­go niż w rze­czy­wi­sto­ści – ofe­ru­je nam ilu­zję sa­lo­onu na Dzi­kim Za­cho­dzie, cza­ro­dziej­skie­go pa­ła­cu al­bo ja­kie­goś in­ne­go sy­mu­la­kru kul­tu­ry ma­so­wej.

Cen­tral­ną atrak­cją każ­de­go par­ku Di­sneya na świe­cie, z któ­rej in­ne fa­bu­ły roz­cho­dzą się pro­mie­ni­ście, jest „Ma­in Stre­et USA”. Jest to po di­sney­ow­sku wy­ide­ali­zo­wa­na imi­ta­cja ty­po­wej głów­nej uli­cy ty­po­we­go ame­ry­kań­skie­go ma­łe­go mia­stecz­ka z po­cząt­ku XX wie­ku. Za­trzy­maj­my tu opo­wieść na chwi­lę i spró­buj­my so­bie wy­obra­zić po­dob­ny park roz­ryw­ki dzia­ła­ją­cy gdzieś w Pol­sce. W pra­wie każ­dym pol­skim ma­łym mia­stecz­ku jest uli­ca War­szaw­ska (jest na­wet w War­sza­wie, od kie­dy do sto­li­cy przy­łą­czo­no pod­miej­ską dziel­ni­cę Ur­sus). Wy­obraź­my so­bie za­tem pol­ski park roz­ryw­ki, w któ­rym trze­ba na wej­ściu za­pła­cić sło­no za bi­let, a za­raz po prze­kro­cze­niu bra­my lą­du­je się na ty­po­wej uli­cy War­szaw­skiej. Ja w każ­dym ra­zie nie umiem so­bie wy­obra­zić ta­kiej sy­tu­acji bez po­pa­da­nia w sa­ty­rę, coś mię­dzy „Ba­re­ją”, Rej­sem a „Re­dliń­skim”. Kto w Pol­sce ku­po­wał­by bi­le­ty by oglą­dać ty­po­we pol­skie mia­stecz­ko? Nie tyl­ko w Pol­sce ta­ki po­mysł wy­da­wał­by się sza­lo­ny. Od­po­wie­dzią na Di­sney­land pod Pa­ry­żem jest Park Aste­rik­sa. Nie za­wie­ra on jed­nak „ty­po­wej fran­cu­skiej uli­cy”, zgod­nie z for­mu­łą ko­mik­su Ude­rzo i Go­scin­ne­go za­pra­sza ra­czej do za­ba­wo­wej po­dró­ży po świa­tach sta­ro­żyt­nych Rzy­mian, Gre­ków i oczy­wi­ście Gal­lów.

W Ame­ry­ce po­mysł Di­sneya też po­cząt­ko­wo wy­da­wał się dziw­ny, stąd trud­no­ści w uzy­ska­niu ka­pi­ta­łu na no­we przed­się­wzię­cie. Przy­zwy­cza­ili­śmy się do my­śle­nia o kon­cer­nie Di­sneya ja­ko o mo­lo­chu, któ­ry za­wsze na wszyst­ko ma pie­nią­dze, ale w rze­czy­wi­sto­ści hi­sto­ria tej fir­my aż do naj­now­szych cza­sów to głów­nie dzie­je po­my­sło­we­go ucie­ka­nia gra­ba­rzo­wi spod ło­pa­ty i ory­gi­nal­nych źró­deł fi­nan­so­wa­nia ry­zy­kow­nych pro­jek­tów. W tym przy­pad­ku ban­ki na po­cząt­ku lat 50. nie chcia­ły in­we­sto­wać w Di­sney­land w prze­ko­na­niu, że epo­ka par­ków roz­ryw­ki już się skoń­czy­ła (ich zło­tą erą w USA był ko­niec XIX i po­czą­tek XX stu­le­cia). A je­śli coś tę epo­kę wskrze­si, to na pew­no nie park wi­ta­ją­cy go­ści ty­po­wą ulicz­ką z ty­po­we­go mia­stecz­ka. Że­by mieć na roz­po­czę­cie bu­do­wy, Walt Di­sney sprze­dał swój świe­żo ukoń­czo­ny dom wa­ka­cyj­ny w Palm Springs, za­sta­wił po­li­sę ubez­pie­cze­nio­wą, za­po­ży­czył się u pra­cow­ni­ków i przy­ja­ciół. To i tak by­ło zbyt ma­ło na do­koń­cze­nie dzie­ła, resz­tę ka­pi­ta­łu uzy­skał więc wcho­dząc w alians z te­le­wi­zją ABC, któ­ry kil­ka de­kad póź­niej za­koń­czył się for­mal­nym po­łą­cze­niem obu firm. Współ­pra­ca ta za­czę­ła się wła­śnie w Di­sney­lan­dzie – w 1953 ro­ku te­le­wi­zja za­in­we­sto­wa­ła w spół­kę bu­du­ją­cą park, a Walt Di­sney za­czął na jej fa­lach nada­wać cy­klicz­ny pro­gram Świat Wal­ta Di­sneya, któ­ry był w pew­nym sen­sie ogrom­ną re­kla­mą te­go par­ku. Pro­gram ten ta­nio sprze­da­wa­no sie­ciom na ca­łym świe­cie, w tym w kra­jach ko­mu­ni­stycz­nych. Cha­rak­te­ry­stycz­na czo­łów­ka na­le­ży do mo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa i – jak w każ­dym ów­cze­snym dziec­ku – wy­wo­ły­wa­ła we mnie sil­ne ma­rze­nie, by kie­dyś wresz­cie po­je­chać do Di­sney­lan­du. Nie mam na to żad­nych so­cjo­lo­gicz­nych do­wo­dów, ale je­stem prze­ko­na­ny, że to ko­lek­tyw­ne ma­rze­nie mi­lio­nów Po­la­ków wcho­dzą­cych w do­ro­słość w la­tach 80. przy­czy­ni­ło się do oba­le­nia ko­mu­ni­zmu nie mniej od wszyst­kich sko­ków przez płot i Okrą­głych Sto­łów.

Moż­na mniej wię­cej zro­zu­mieć, dla­cze­go o zna­le­zie­niu się na „Ma­in Stre­et USA” ma­rzy dziec­ko z Eu­ro­py. Zwłasz­cza miesz­ka­ją­ce przy uli­cy War­szaw­skiej, zwłasz­cza gdy na tej uli­cy jesz­cze in­ne sy­mu­la­kry z roz­wie­szo­nych trans­pa­ren­tów na­wo­łu­ją, by RZE­TEL­NĄ PRA­CĄ WY­KU­WAĆ LEP­SZE JU­TRO SO­CJA­LI­STYCZ­NEJ OJ­CZY­ZNY.

Wróć­my jed­nak do py­ta­nia, któ­re nie da­wa­ło też spo­ko­ju ame­ry­kań­skim ban­kie­rom: ja­kim cu­dem „Ma­in Stre­et USA” mo­że być atrak­cją dla Ame­ry­ka­nów? Od­po­wie­dzi udzie­lił sam Walt Di­sney, prze­ma­wia­jąc 18 lip­ca 1955 ro­ku na otwar­ciu Di­sney­lan­du. Ta od­po­wiedź brzmia­ła dziw­nie zna­jo­mo: spro­wa­dza­ła się w za­sa­dzie do przed­sta­wie­nia Di­sney­lan­du ja­ko po­mni­ka rze­tel­nej pra­cy, któ­rą Ame­ry­ka­nie wy­ku­wa­ją lep­sze ju­tro ka­pi­ta­li­stycz­nej oj­czy­zny. Je­śli prze­sa­dzam, to tyl­ko tro­chę – do­słow­ne sło­wa Wal­ta Di­sneya po­świę­ca­ły Di­sney­land „ide­ałom, ma­rze­niom i twar­dym fak­tom, któ­re zbu­do­wa­ły Ame­ry­kę”. Oj­ciec Mysz­ki Mi­ki wy­ra­ził na­dzie­ję, że po­mnik tych ma­rzeń i ide­ałów „do­star­czy ra­do­ści i in­spi­ra­cji ca­łe­mu świa­tu”. Atrak­cje Di­sney­lan­du sta­no­wią więc zmi­to­lo­gi­zo­wa­ne po­mni­ki ide­olo­gii, le­żą­cej u pod­staw „ame­ry­kań­skie­go sty­lu ży­cia”. Di­sney le­piej od ban­kie­rów ro­zu­miał być mo­że, że ro­dzi­com ła­twiej bę­dzie wy­dać for­tu­nę na wspól­ną roz­ryw­kę z dzieć­mi, je­śli bę­dą mo­gli przy­naj­mniej czę­ścio­wo za­księ­go­wać te wy­dat­ki nie ja­ko czczą roz­ryw­kę, tyl­ko ja­ko coś o wa­lo­rach wy­cho­waw­czo-edu­ka­cyj­nych.

„Ma­in Stre­et USA” wi­ta więc ame­ry­kań­skie­go ro­dzi­ca – któ­ry jesz­cze od­czu­wa ból w port­fe­lu po opusz­cze­niu ka­sy przy wej­ściu – uspo­ka­ja­ją­cym prze­ka­zem, że oto za­brał swo­je dziec­ko do miej­sca, w któ­rym mło­dy Ame­ry­ka­nin u sa­me­go źró­dła czer­pać bę­dzie ide­olo­gię le­żą­cą u pod­staw ame­ry­kań­skie­go pań­stwa. To jak dla ide­owe­go ko­mu­ni­sty wi­zy­ta w mau­zo­leum Le­ni­na a dla ka­to­li­ka piel­grzym­ka do Wa­ty­ka­nu. „Ma­in Stre­et USA” uda­je usłu­go­wo-han­dlo­wą uli­cę wy­ide­ali­zo­wa­ne­go mia­stecz­ka, za­tem każ­dy bu­dy­nek sym­bo­li­zu­je ja­kieś przed­się­bior­stwo pro­wa­dzo­ne przez fik­cyj­ne­go drob­ne­go przed­się­bior­cę. Szyl­dy i na­pi­sy na oknach za­pra­sza­ją nas do sko­rzy­sta­nia z usług kup­ców, rze­mieśl­ni­ków i usłu­go­daw­ców. W rze­czy­wi­sto­ści fir­my te al­bo nie ist­nie­ją w ogó­le (Walt Di­sney przy­zna­wał „wła­sne okien­ka” róż­nym przy­ja­cio­łom i współ­pra­cow­ni­kom, na przy­kład szyld „Evans Gar­dens – Exo­tics and Ra­re Spe­cies” to na­gro­da dla Mor­ga­na Evan­sa, któ­ry pro­jek­to­wał ogro­dy w Di­sney­lan­dzie), al­bo w za­baw­ny spo­sób ukry­wa­ją swój praw­dzi­wy cha­rak­ter. Rze­ko­my lo­kal­ny cu­kier­nik za­pra­sza nas na lo­dy, któ­re w rze­czy­wi­sto­ści wy­pro­du­ko­wał kon­cern Ne­stlé. Rze­ko­ma ka­wia­ren­ka pro­po­nu­je ka­wę Ne­sca­fé, na­po­je chło­dzą­ce zaś do­star­czy­ła Co­ca-Co­la. Rze­ko­my fo­to­graf to punkt sprze­da­ży Ko­da­ka – i tak da­lej. Nad ca­łą resz­tą zaś oczy­wi­ście czu­wa kon­cern Di­sneya.

Etos drob­ne­go przed­się­bior­cy to ser­ce ame­ry­kań­skiej ide­olo­gii. Updi­ke, Lon­don, Von­ne­gut i He­min­gway po­świę­ci­li mu swo­je ar­cy­dzie­ła. W każ­de Bo­że Na­ro­dze­nie któ­ryś z ame­ry­kań­skich ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych po­wta­rza film Fran­ka Ca­pry To wspa­nia­łe ży­cie. Nie­za­po­mnia­ny Ja­mes Ste­wart gra w nim ma­ło­mia­stecz­ko­we­go biz­nes­me­na, któ­re­go złe wy­ro­ki for­tu­ny do­pro­wa­dzi­ły na kra­wędź sa­mo­bój­stwa, ale je­go Anioł Stróż po­wstrzy­mu­je go przed tą de­cy­zją, po­ka­zu­jąc bo­ha­te­ro­wi Ma­in Stre­et w fik­cyj­nym mia­stecz­ku Bed­ford Falls. Oka­zu­je się, że tyl­ko mrów­czy wy­si­łek głów­ne­go bo­ha­te­ra po­wstrzy­mu­je Ma­in Stre­et przed osta­tecz­ną de­gren­go­la­dą. Na ra­zie jest to uro­cza ulicz­ka mniej wię­cej ta­ka jak jej di­sney­ow­skie si­mu­la­crum, ale nie­wie­le bra­ku­je, że­by ca­ła wpa­dła w łap­ska chci­we­go ban­kie­ra, któ­re­go gra Lio­nel Bar­ry­mo­re. A gdy już w te łap­ska wpad­nie, to nie bę­dzie na niej miej­sca dla uczci­wych, cięż­ko pra­cu­ją­cych drob­nych biz­nes­me­nów – wszyst­ko słu­żyć bę­dzie za­spo­ka­ja­niu in­te­re­sów ban­ko­we­go mo­lo­cha. Któ­ry z na­tu­ry rze­czy wo­li ro­bić in­te­re­sy z in­ny­mi mo­lo­cha­mi – dla­te­go na przy­kład ma­ły punkt ga­stro­no­micz­ny na ro­gu za­stą­pi lo­kal na­le­żą­cy do jed­nej z wiel­kich sie­ci fa­st­fo­odo­wych. Tak prze­cież wy­glą­da dzi­siej­sza Ame­ry­ka, do­kład­nie na tym po­le­ga „mak­do­nal­dy­za­cja spo­łe­czeń­stwa” opi­sa­na przez Geo­r­ge’a Rit­ze­ra. Ży­cie to nie film, w ży­ciu nie ma anio­łów.

W praw­dzi­wym ży­ciu chci­wy ban­kier za­wsze wy­gry­wa (na­wet – a wła­ści­wie zwłasz­cza – gdy bank ban­kru­tu­je, bo tra­cą­ce­mu pra­cę pre­ze­so­wi, zgod­nie z umo­wą, na­le­ży się gi­gan­tycz­ne od­szko­do­wa­nie). Di­sney­ow­skie „Ma­in Stre­et USA” od­zwier­cie­dla opo­zy­cję za­ry­so­wa­ną w tym fil­mie: tak na­praw­dę, to jest ulicz­ka rzą­dzo­na przez chci­wą kor­po­ra­cję, w któ­rej in­ne chci­we kor­po­ra­cje sprze­da­ją swo­je ma­so­wo wy­twa­rza­ne pro­duk­ty. De­ko­ra­cje ma­ją jed­nak wy­two­rzyć wra­że­nie, że oto u pro­win­cjo­nal­ne­go ap­te­ka­rza po­pi­ja­my wy­two­rzo­ny we­dług je­go wła­snej re­cep­tu­ry na­pój – sy­rop z li­ści ko­ki i orzesz­ków ko­li roz­cień­czo­ny wo­dą so­do­wą.

Wróć­my do te­zy Bau­dril­lar­da o nie­rze­czy­wi­sto­ści Ame­ry­ki. Te­raz mo­że­my ją sfor­mu­ło­wać tak: Ame­ry­ka­nie śnią o Ame­ry­ce Ja­me­sa Ste­war­ta, w rze­czy­wi­sto­ści ca­łe swo­je ży­cie spo­łecz­ne i za­wo­do­we spę­dza­jąc w Ame­ry­ce Lio­ne­la Bar­ry­mo­re. To wy­ja­śnia, dla­cze­go są go­to­wi za­pła­cić sło­ną ce­nę za zwie­dza­nie di­sney­ow­skiej sy­mu­la­cji Ame­ry­ki: w grun­cie rze­czy, ta sy­mu­la­cja po­ka­zu­je kra­inę, któ­ra jest dla nich rów­nie ba­śnio­wa i nie­re­al­na jak dla Eu­ro­pej­czy­ków. Mo­że na­wet bar­dziej, bo oni le­piej od nas wie­dzą, jak bar­dzo jest nie­re­al­na.

Za­baw­nym pa­ra­dok­sem jest tu­taj to, że w 1947 ro­ku obaj fil­mow­cy ope­ru­ją­cy po­dob­ną wi­zją Ma­in Stre­et ja­ko ustro­jo­we­go ide­ału – Walt Di­sney i Frank Ca­pra – spo­tka­li się po prze­ciw­nych stro­nach ba­ry­ka­dy. Gdy Ko­mi­sja ds. Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej za­czę­ła po­szu­ki­wa­nia ko­mu­ni­stów w Hol­ly­wo­od, Walt Di­sney był wśród naj­bar­dziej gor­li­wych świad­ków – je­go do­bro­wol­ne ze­zna­nia po­zwo­li­ły ode­brać pra­cę wie­lu wy­wro­to­wym fil­mow­com, w tym zwłasz­cza ani­ma­to­rom za­kła­da­ją­cym związ­ki za­wo­do­we w kon­cer­nie Mysz­ki Mi­ki.

Ko­mi­sja ty­po­wa­ła swo­je ofia­ry mię­dzy in­ny­mi na pod­sta­wie ra­por­tów FBI i ana­li­ty­cy owej agen­cji za­kla­sy­fi­ko­wa­li ja­ko kryp­to­ko­mu­ni­stę wła­śnie Fran­ka Ca­prę, do­kład­nie za ide­ali­zo­wa­nie drob­ne­go przed­się­bior­cy w kon­flik­cie z chci­wym ban­kie­rem. „Ten film to oczy­wi­sta pró­ba pod­wa­że­nia za­ufa­nia do ban­kie­rów po­przez ob­sa­dze­nie Lio­ne­la Bar­ry­mo­re’a ja­ko bez­li­to­śnie chci­we­go ku­twy, tak aby stał się naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ną po­sta­cią w fil­mie. Zgod­nie z na­szy­mi źró­dła­mi, to ty­po­wa ko­mu­ni­stycz­na sztucz­ka” – na­pi­sa­ła agen­cja w pi­śmie do kon­gres­me­nów, od­taj­nio­nym po pół wie­ku w 1997 ro­ku. Jak to by­wa z ide­olo­gicz­ny­mi sy­mu­la­kra­mi, łat­kę wro­ga sys­te­mu moż­na do­stać po pro­stu za to, że trak­tu­je się ofi­cjal­ne ha­sła zbyt se­rio.

Wy­ide­ali­zo­wa­ne mia­stecz­ko Ca­pry ma le­żeć gdzieś w pro­win­cjo­nal­nej czę­ści sta­nu No­wy Jork – choć tak na­praw­dę fil­mo­wa­no je w Los An­ge­les w stu­diu En­ci­no Ranch, na te­re­nie któ­re­go wy­bu­do­wa­no sta­łą de­ko­ra­cję od­gry­wa­ją­cą naj­roz­ma­it­sze mia­sta, a to Pa­ryż na uży­tek Dzwon­ni­ka z No­tre Da­me, a to róż­ne we­ster­no­we mia­stecz­ka m.in. w Dy­li­żan­sie i Pra­wie pre­rii, a to sto­łecz­ny Wa­szyng­ton w fil­mie Dzień, w któ­rym zie­mia za­mar­ła. Stu­dio En­ci­no Ranch (ra­zem z wszel­ki­mi wspo­mnie­nia­mi po Ma­in Stre­et z fil­mu Ca­pry) bul­do­że­ry zrów­na­ły z zie­mią w 1954 ro­ku. Wy­twór­nia RKO w la­tach 50. po­śpiesz­nie wy­zby­wa­ła się ma­jąt­ku, wpa­dła bo­wiem w ła­py chci­we­go mi­lio­ne­ra Ho­war­da Hu­ghe­sa, któ­ry ją za­rżnął swo­imi eks­cen­trycz­ny­mi po­my­sła­mi. Za­miast ide­ali­stycz­ne­go mia­stecz­ka, dziś ma­my tam osie­dle iden­tycz­nych szkie­le­to­wych dom­ków jed­no­ro­dzin­nych – jed­no z wie­lu po­wsta­ją­cych w la­tach 50. jak grzy­by po desz­czu. W tym sa­mym cza­sie bul­do­że­ry wy­rów­ny­wa­ły już te­ren daw­ne­go sa­du w Ana­he­im pod Los An­ge­les, by wy­bu­do­wać udo­sko­na­lo­ną wer­sję mi­to­lo­gicz­nej Ma­in Stre­et. Walt Di­sney wzo­ro­wał ją na swo­ich wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa z mia­stecz­ka Mar­ce­li­ne w sta­nie Mis­so­uri, w któ­rym ja­ko na­sto­let­ni syn wią­żą­ce­go z tru­dem ko­niec z koń­cem far­me­ra, sam za­znał sma­ku upra­wia­nia ame­ry­kań­skie­go sty­lu ży­cia na Ma­in Stre­et, pra­cu­jąc ja­ko ro­we­ro­wy ku­rier. Wspo­mnie­nia z te­go okre­su Di­sney wy­ko­rzy­sty­wał w swo­ich fil­mach. Za­rów­no Mic­key (The De­li­ve­ry Boy, 1931) jak i Do­nald (Do­nalds’ Luc­ky Day, 1939) po­ka­zy­wa­ni są w ro­li ro­we­ro­wych ku­rie­rów, do­star­cza­ją­cych prze­sył­ki na prze­kór naj­roz­ma­it­szym ży­cio­wym prze­ci­wień­stwom. Nic w tych fil­mach nie su­ge­ru­je, że au­tor wspo­mi­na te cza­sy ze szcze­gól­ną no­stal­gią – prze­ciw­nie, pra­ca mło­de­go do­rę­czy­cie­la po­ka­zy­wa­na jest ja­ko ani­mo­wa­ne pie­kło.

Wie­lu Ame­ry­ka­nów ma za so­bą… . . .

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Purytanie i Przerażająco Wielki Cthulhu

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Dziki Zachód i wizyta w Brokeback Mountain

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Highway 61, czyli gdzie jest niegdysiejszy Ku-Klux-Klan?

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Route 66,

czy­li dro­ga, któ­rej nie ma

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Nowy Jork, czyli rasiści, finansiści i intelektualiści

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Los Angeles, czyli miasto, które nie istnieje

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Las Vegas,

czy­li mi­raż na pu­sty­ni

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Dolina Krzemowa,

czy­li o hi­pi­sach-in­ży­nie­rach

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Obcy w Roswell, czyli amerykańska teoria spisku

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Indeks nazwisk

(fragment)…

.

.

.

Dostępny w wersji pełnej

Indeks dzieł

(fragment)…

.

.

.

Dostępne w wersji pełnej

Literatura

(fragment)…

.

.

.

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Zdjęcia

Podziękowania

Zamiast wstępu: Disneyland

Purytanie i Przerażająco Wielki Cthulhu

Dziki Zachód i wizyta w Brokeback Mountain

Highway 61, czyli gdzie jest niegdysiejszy Ku-Klux-Klan?

Route 66, czyli droga, której nie ma

Nowy Jork, czyli rasiści, finansiści i intelektualiści

Los Angeles, czyli miasto, które nie istnieje

Las Vegas, czyli miraż na pustyni

Dolina Krzemowa, czyli o hipisach-inżynierach

Obcy w Roswell, czyli amerykańska teoria spisku

Indeks nazwisk

Indeks dzieł

Literatura

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Lem. Życie nie z tej ziemi 10 lat emocji Sztokholm Stiega Larssona Route 66 nie istnieje Ameryka nie istnieje Internet 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka