Czerwona jaskółka

Czerwona jaskółka

Autorzy: Jason Matthews

Wydawnictwo: Świat Książki

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 528

Cena książki papierowej: 40.00 zł

cena od: 19.90 zł

Powieść sensacyjna pióra byłego agenta CIA. Takiej historii szpiegowskiej jeszcze nie czytaliście!

Rosja Putina. Piękne agentki wywiadu wbrew ich woli szkoli się do zadań specjalnych. Korzystając z technik miłosnych, wyniesionych z położonej pod Moskwą „szkoły jaskółek”, Dominika Jegorowa stara się przetrwać w dżungli, jaką współcześnie stał się rosyjski wywiad. Rosja, Finlandia, Grecja, Włochy czy Stany Zjednoczone – wszędzie będzie musiała toczyć walkę nie tylko z wrogiem, ale również z zakazanym, śmiertelnie niebezpiecznym uczuciem. Wyrafinowana gra, którą podejmie z Nathanielem Nashem, agentem CIA, przyprawi o ból głowy pracowników wywiadów od Moskwy po Waszyngton.

JASON MATTHEWS

CZERWONA JASKÓŁKA

Przełożył

Krzysztof Puławski

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Tytuł oryginału: RED SPARROW

Wydawca: GRAŻYNA SMOSNA

Redaktor prowadzący: KATARZYNA KRAWCZYK

Redakcja: SYLWIA BARTKOWSKA

Korekta: IRENA KULCZYCKA, MARIANNA FILIPKOWSKA

Łamanie: JOANNA DUCHNOWSKA

Copyright © 2013 by Jason Matthews

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Puławski 2014

Wszystkie postaci w tej książce, wyjąwszy osoby publiczne, są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-7943-881-5

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1

Dwanaście godzin trasy sprawdzeniowej sprawiło, że Nathaniel Nash nie czuł nóg. Były jak z drewna, kiedy szedł po kocich łbach jednej z moskiewskich uliczek. Zdążyło się już ściemnić, a Nate wciąż przemierzał miasto, sprawdzając, czy nie puszczono za nim obserwacji; próbował podrażnić agentów, zaniepokoić ich, zmusić, by się ujawnili. Nic jednak nie mógł dostrzec, żadnego poruszenia, żadnej wymiany agentów, żadnego krycia się gdzieś z tyłu za rogiem, zero reakcji na jego kolejne ruchy. Jest czysty? A może zajmuje się nim jakiś wielki zespół? Reguły gry mówiły, że lepiej widzieć dziesiątki ogonów niż nie widzieć nikogo.

Początek września, ale w ciągu trzech pierwszych godzin trasy padał śnieg, co pomogło mu w ucieczce z wozu. Późnym rankiem Nate wyskoczył w biegu z łady kombi, prowadzonej przez Leavitta z rezydentury, który, kiedy Nate obliczał czas przerwy w obserwacji przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa, bez słowa uniósł w górę trzy palce, gdy skręcili w przemysłową uliczkę, a następnie klepnął go po ramieniu. Przerwa wynosiła trzy sekundy i agenci przejechali tuż obok schowanego za zaspą Nate’a, wciąż podążając za Leavittem. Nate zostawił w wozie włączony swój oficjalny telefon, więc FSB mogła go sobie namierzać przez następne trzy godziny. W czasie skoku uderzył kolanem o chodnik, więc w ciągu pierwszych godzin marszu zesztywniała mu noga. Teraz cały już był sztywny. Do zmroku, ślizgając się i przedzierając przez śnieg, przeszedł niemal pół Moskwy, nie wykrył jednak ogona. Miał więc wrażenie, że jest czysty.

Nate należał do niewielkiej grupy agentów wewnętrznych CIA, wywiadowców przeszkolonych do działań pod czujnym okiem nieprzyjaciela na jego własnym terenie. Gdy pracował na ulicy, nie miał wątpliwości, nad niczym się nie zastanawiał. Znikał strach przed tym, że zawiedzie lub nie okaże się doskonały. Dzisiaj bez trudu radził sobie w bardzo różnych sytuacjach. „Nie przejmuj się zimnem, które cię otacza i ściska kleszczami ciało. Pozostań w bezczuciowej bańce i pozwól, by stres ją jeszcze wzmocnił”. Wzrok mu się wyostrzył. „Skoncentruj się na drugim planie, szukaj powtarzających się pieszych i pojazdów. Zapamiętuj kolory i kształty”. Nie myślał o tym za dużo, ale jednocześnie rejestrował dźwięki miasta, które stopniowo pogrążało się w mroku. Szum trolejbusów i pisk opon samochodowych na mokrej jezdni, skrzypienie węglowego miału pod stopami. Wciągnął do płuc gorzki zapach dieslowskich spalin i węglowego dymu, a także bogaty aromat barszczu z jakiegoś otworu wentylacyjnego. Był jak kamerton, reagujący na każdy dźwięk w mroźnym powietrzu, nastrojony i gotowy, ale dziwnie spokojny. Po dwunastu godzinach zyskał niemal pewność, że jest czysty.

Kontrola czasu: 22.17. Dwudziestosiedmioletni Nate Nash miał za dwie minuty spotkać się z legendą, klejnotem w koronie, najcenniejszym współpracownikiem CIA. Znajdował się zaledwie trzysta metrów od uliczki, gdzie umówił się z Marmurem – wykształconym, obytym mężczyzną po sześćdziesiątce, generałem Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), będącej spadkobierczynią I Zarządu Głównego KGB, w którym pracowali najlepsi kremlowscy szpiedzy. Marmur chodził w zaprzęgu CIA od czternastu lat, co było wyjątkowym wynikiem, zważywszy na średnią, która w przypadku informatorów jeszcze z okresu zimnej wojny wynosiła półtora roku. Nate rozglądał się dookoła, a przed oczami stanęły mu ziarniste zdjęcia utraconych agentów: Pieńkowski, Motorin, Tołkaczew, Poliakow i wszyscy inni, których już nie było. „Nie ten, nie w czasie mojej służby”. Nie mógł zawieść.

Marmur był teraz szefem Wydziału Ameryki SWR, dzięki czemu miał dostęp do najtajniejszych informacji, ale należał też do starej szkoły KGB i zdobył doświadczenie (oraz generalskie szlify) w czasie służby zagranicznej, w której wyróżnił się nie tylko sukcesami zawodowymi, ale też umiejętnością przetrwania czystek, reform i wewnętrznych gier. Nie miał złudzeń co do systemu, któremu służył, nie znosił jego kaprysów, ale był ze wszech miar profesjonalny i lojalny. Kiedy miał czterdzieści lat i już jako pułkownik pracował w Nowym Jorku, centrala odmówiła jego żonie leczenia onkologicznego w Ameryce, w wyniku czego żona zmarła na wózku w szpitalnym korytarzu w Moskwie. Był to przejaw bezmyślnej sowieckiej bezkompromisowości. Marmur potrzebował aż ośmiu lat, by podjąć decyzję, a następnie przygotować i wreszcie nawiązać bezpieczną współpracę z Amerykanami.

Kiedy został szpiegiem lub też – mówiąc profesjonalnym językiem – agentem, przepraszał pokornie swoich oficerów prowadzących z CIA za to, że przekazuje im tak mało informacji. Ludzie z Langley byli zadziwieni. Marmur stanowił nieocenione źródło informacji o operacjach KGB i SWR, związanych z penetracją obcych rządów, a także co jakiś czas, gdy nadarzała się okazja, na temat Amerykanów pracujących dla Rosji, co stanowiło ukoronowanie wszystkiego. Był nadzwyczajnym, nieocenionym wprost współpracownikiem.

22.18. Nate skręcił na rogu i po nierównym chodniku ruszył w dół wąskiej uliczki z kamienicami po obu stronach i gołymi, przysypanymi śniegiem drzewami. Na końcu uliczki na tle świateł ze skrzyżowania zauważył znajomą sylwetkę, która wyłoniła się zza rogu i ruszyła w jego stronę. Stary był prawdziwym zawodowcem – zmieścił się w czterominutowej luce czasowej.

Zmęczenie opadło z niego niczym stary łach i Nate poczuł przypływ adrenaliny. Odruchowo sprawdził, czy na ulicy wszystko wygląda normalnie. „Nie ma samochodów. Teraz w górę. Okna pozamykane i ciemne. Za mną – spokój. Teraz cienie. Nie ma śmieciarzy ani włóczących się meneli”. Mały błąd – mimo tylu godzin trasy sprawdzeniowej, prowokacji, czekania na śniegu i mrozie, obserwacji – mógł skutkować tylko jednym: śmiercią Marmura. Dla Nate’a nie byłaby to utrata informatora czy też porażka dyplomatyczna, ale śmierć jego człowieka. Dlatego nie mógł zawieść.

Marmur szedł niespiesznie przed siebie. Widzieli się wcześniej dwukrotnie. Marmur miał różnych oficerów prowadzących z CIA i wszystkich ich uczył zasad postępowania. Niektórzy byli naprawdę utalentowani. U kilku podejrzewał postępujący debilizm. Zdarzyło się też ze dwóch na tyle apatycznych i niezainteresowanych pracą, że stanowili prawdziwe zagrożenie. Nate wydawał się inny, ciekawy. Była w nim jakaś potencja i wyczuwalna potrzeba profesjonalizmu. Może jeszcze zbyt mało obyty, zbyt impulsywny, ale Marmur przyznawał, że niewielu mogło się pochwalić takimi predyspozycjami.

Teraz aż zmrużył z przyjemnością oczy na widok młodego Amerykanina: średniego wzrostu, szczupły, z ciemnymi włosami zaczesanymi na czoło nad prostym nosem. Czujne brązowe oczy Nate’a nie zaprzestawały obserwacji; zbliżając się, spoglądał za jego ramię, ale nie sprawiał wrażenia podenerwowanego.

– Witaj, Nathanielu – zaczął z lekkim brytyjskim akcentem, który pozostał mu po pracy w Londynie, co później zmienił jednak pobyt w Nowym Jorku. Marmur chciał mówić po angielsku, by bardziej zbliżyć się do swojego oficera prowadzącego, chociaż Nate niemal równie dobrze mówił po rosyjsku.

Rosjanin był niski, krępy, miał ciemnobrązowe oczy i mięsisty nos. Krzaczaste siwe brwi pasowały do falujących siwych włosów, które nadawały mu wygląd bon vivanta.

Przepisy nakazywały im używać pseudonimów, co tylko budziło śmiech. Marmur miał dostęp do albumu fotograficznego SWR i doskonale wiedział, z kim ma do czynienia.

– Miło cię widzieć. Wszystko w porządku? – Przyjrzał się uważnie twarzy Nate’a. – Zmęczony? Jak długo jesteś na ulicy? – Były to zwykłe grzecznościowe pytania, ale Marmur naprawdę się tym interesował. Nigdy nie uważał niczego za pewne.

– Dobryj wieczer, diadia – odrzekł Nate. Zwracał się tak do niego po trosze, by okazać szacunek, a po trosze z prawdziwej sympatii. Spojrzał na zegarek. – Dwanaście godzin. Wygląda na to, że ulice są czyste. – Obaj wiedzieli, o co mu chodzi. Nate rozumiał też, że Marmur chce sprawdzić, jak bardzo przyłożył się do tego, by zgubić wszelkie ogony.

Marmur nie skomentował jego słów. Ruszyli razem w cieniu rosnących na chodniku drzew. Było mroźno, ale spokojnie. Mieli mniej więcej siedem minut na rozmowę. Nate mówił mało i słuchał uważnie. Marmur mówił szybko, ale bez pośpiechu, mieszał plotki z polityką, opowiadał o tym, kto poszedł w górę, a kto w dół. Streścił szczegóły nowej akcji SWR, pomyślnego zwerbowania kogoś z obcego kraju. Szczegóły na płytce. Nie przypominało to zwykłej rozmowy, lecz raczej przekaz informacji. Brzmienie ich głosów, kontakt wzrokowy, chichot Marmura. To było najważniejsze.

W trakcie spaceru obaj musieli się powstrzymywać, by nie wziąć się pod ręce, jak ojciec i syn. Wiedzieli, że nawet ich ubrania nie mogą się zetknąć, w obawie przed „metką”, szpiegowskim proszkiem. Marmur sam dostarczył informacji na temat tajnego programu rozpylania metki na przypuszczalnych agentach CIA pracujących w Ambasadzie USA w Moskwie. Był to żółty, pienisty związek chemiczny nitrofenyl-pentadienal, znany jako NPPD. Wystarczyło, że paru dziobatych techników rozpyliło tę substancję za pomocą gumowych gruszek, a pokrywała ona ubrania, wycieraczki i kierownice. Zaprojektowano ją tak, by rozprzestrzeniała się niczym kleiste pyłki żonkili, z uścisku ręki na kartkę, a potem klapę kurtki. Niewidoczna dla oka, oznaczała wszystko, czego dotknęli oficerowie CIA. Dlatego podejrzewani o szpiegostwo przedstawiciele rosyjskich władz byli skończeni, gdy badanie lampą fluorescencyjną ujawniało NPPD na ich dłoniach czy ubraniach. Raporty Marmura informujące o tym, że do metki dodawane są różne substancje znaczące, pozwalające ujawnić kontakty z konkretnymi agentami, zdenerwowały Langley.

W czasie spaceru Nate sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zapieczętowaną plastikową torebkę. Były w niej zapasowe baterie do kryptokomunikatora Marmura – trzy stalowoszare i niezwykle ciężkie pudełka papierosów. Kryptokomunikatorów używali do przekazywania gorących informacji w przerwach między spotkaniami i dla podtrzymania kontaktu. Ale krótkie osobiste spotkania, choć śmiertelnie niebezpieczne, dawały im znacznie więcej. W ich trakcie Marmur przekazywał mnóstwo informacji, płytki, pendrive’y, a dostawał wyposażenie i ruble. Liczył się też kontakt z drugim człowiekiem, możliwość wymiany paru słów i wzmocnienie partnerstwa, które nabrało niemal religijnego charakteru.

Nate ostrożnie otworzył plastikową torbę i wyciągnął ją w stronę Marmura, a ten wyjął zapakowane sterylnie w laboratorium w Wirginii baterie. Następnie wrzucił je do swojej torby.

– Na płytce jest około pięciu metrów bieżących dokumentów – powiedział. – Przyjemnej lektury.

Nate zauważył, że Marmur wciąż myśli w starych kategoriach, chociaż wykrada dane cyfrowe.

– Dzięki. Dałeś streszczenie? – Agenci zajmujący się tymi informacjami błagali Nate’a, by przypomniał Marmurowi o streszczeniach. Dzięki nim mogli szybciej zlecić tłumaczenia ważniejszych dokumentów i w ogóle przyspieszyć proces ich obróbki.

– Tak, tym razem pamiętałem. Na drugiej płytce znajdziesz też nową książkę telefoniczną biura. Parę zmian, ale nic szczególnego. I moje plany zagranicznych wyjazdów na przyszły rok. Szukam operacyjnych powodów do wyjazdu, tam znajdziesz szczegóły. – Wskazał płytkę.

– Z przyjemnością spotkam się z tobą poza Moskwą – rzekł Nate. – Gdziekolwiek zechcesz.

Czas biegł szybko, dotarli już do końca uliczki, zawrócili i ruszyli z powrotem. Marmur się zamyślił.

– Wiesz, zastanawiałem się nad swoją pracą, związkami z Amerykanami i tym, co mnie czeka – zaczął. – Prawdopodobnie zostało mi tylko parę lat do emerytury. Polityka, starość, niewybaczalny błąd. Trzy, cztery, a może tylko dwa lata. Pomyślałem, że wtedy chętnie zamieszkałbym w Nowym Jorku. I co ty na to, Nathanielu?

Nate przystanął i obrócił się lekko w jego stronę. Przestały do niego docierać uliczne hałasy. O co chodzi? Czy jego agent ma kłopoty? Marmur uniósł dłoń, jakby chciał uścisnąć jego ramię, ale tego nie zrobił.

– Nie ma powodów do obaw. Po prostu głośno myślę.

Nate przyglądał mu się z boku. Stary był spokojny, pewny siebie. To normalne, że agenci też myślą o emeryturze, marzą o końcu wiecznego zagrożenia, podwójnego życia i nasłuchiwania, czy ktoś nie zapuka natarczywie do drzwi. Życie w końcu zaczyna męczyć, a to prowadzi do błędów. Czy w głosie Marmura pobrzmiewa zmęczenie? Nate będzie musiał opisać szczegóły dzisiejszej rozmowy w jutrzejszej depeszy operacyjnej. Wszystkie problemy zawsze uderzały w oficera prowadzącego, a on wcale nie potrzebował problemów.

– Coś się dzieje? Wyczuwasz niebezpieczeństwo? – spytał. – Wiesz, że konto już na ciebie czeka. Możesz zamieszkać, gdzie zechcesz, i będziesz miał nasze pełne wsparcie.

– Nie, wszystko w porządku – odparł Marmur. – Mamy jeszcze zadanie do wykonania, a potem będzie można odpocząć.

– Praca z tobą to dla mnie prawdziwy zaszczyt – rzekł z przekonaniem Nate. – Trudno przecenić informacje, które od ciebie uzyskaliśmy.

Stary rozejrzał się po ciemnej uliczce. Ich spotkanie trwało aż sześć minut. Powinni się już żegnać.

– Potrzebujesz czegoś? – Nate zamknął oczy, żeby się skoncentrować. Przekazał baterie, odebrał płytki z informacjami, streszczeniem i planami wyjazdów. Teraz musiał się tylko umówić na kolejne spotkanie. – To jak, za trzy miesiące? To będzie już prawdziwa zima. Nowe miejsce, Orzeł, nad rzeką.

– Tak, Orieł – mruknął Marmur. – Potwierdzę to jeszcze na tydzień przed spotkaniem.

Znowu zbliżali się do końca uliczki i jaśniej oświetlonego skrzyżowania. Po drugiej stronie ulicy znajdował się neon, wskazujący przejście do metra. Nate poczuł nagle, jak po plecach przebiega mu ostrzegawczy dreszcz.

Przez skrzyżowanie przejeżdżała zniszczona łada sedan, w której siedziało dwóch mężczyzn. Nate i Marmur przywarli do pogrążonej w mroku ściany budynku. Marmur też zauważył samochód, gdyż podobnie jak Nate był profesjonalistą w każdym calu. Kolejny wóz, tym razem nowszy opel, przejechał w drugą stronę. Mężczyźni w środku obserwowali inne miejsce. Nate zauważył kolejny samochód, który skręcił w uliczkę po skosie za nimi. Jechał wolno na światłach postojowych.

– Szukają w ciemno – syknął Marmur. – Nie zostawiłeś tu przypadkiem swojego wozu?

Nate pokręcił głową. Nie, kurwa! Nie! Serce biło mu mocno. Znaleźli się w prawdziwych opałach. Przez moment patrzył na Marmura, a potem zaczęli wspólnie działać. Zapomnieli o proszku, zapomnieli o wszystkim – Nate pomógł Marmurowi zdjąć ciemne palto, wywracając go jednocześnie na drugą stronę. Miał teraz w rękach jasny płaszcz o innym kroju, poplamiony i postrzępiony na rękawach i na dole. Pomógł Marmurowi go włożyć, a następnie sięgnął do swojej kieszeni, wyciągnął z niej nadjedzoną przez mole uszankę – stanowiącą część jego własnego przebrania – i szybko nałożył ją na głowę starego. Marmur wyjął okulary w grubej, sklejonej z jednej strony białą taśmą oprawie i założył je na nos. Z innej kieszeni Nate wyjął krótką laskę, potrząsnął nią, a ona błyskawicznie się rozłożyła. Wcisnął ją w dłoń Marmura.

Dostatnio ubrany mężczyzna w średnim wieku zniknął nagle, a zastąpił go zmarniały staruch, który szedł niepewnie, podpierając się laską. Nate pchnął go lekko w stronę skrzyżowania i wejścia do metra. Było to sprzeczne z zasadami, zamknięte metro stanowiło spore zagrożenie, ale warto było zaryzykować, żeby Marmur mógł się wydostać z tego rejonu. Jego przebranie wystarczy jako zabezpieczenie przed licznymi kamerami.

– Skieruję na siebie ich uwagę – rzucił jeszcze Nate, kiedy przygarbiony Marmur oddalał się w stronę skrzyżowania. Stary spojrzał na niego poważnie, ale spokojnie, i mrugnął.

Ten człowiek to legenda, pomyślał Nate. Teraz jednak powinien się skupić na tym, by odciągnąć uwagę wywiadowców od Marmura. Nie może tylko dać się aresztować. Płytka, którą miał w kieszeni, stanowiłaby jawne świadectwo winy starego, gorsze niż samo zatrzymanie.

Nie, to się nie może zdarzyć. Nie w czasie jego służby. Poczuł w głowie i gardle lodowate pieczenie. Uniósł kołnierz kurtki. Wiedział, co ma robić. Przeszedł szybko przed ładą wywiadowców, zaparkowaną mniej więcej pół przecznicy dalej. To pewnie agenci Federalnej Służby Bezpieczeństwa, odpowiedzialnej za walkę ze szpiegostwem na terenie Rosji. To był ich teren.

Silnik o pojemności tysiąca dwustu centymetrów sześciennych zawył, kiedy dostrzegli jego sylwetkę w odbitych od mokrej ulicy światłach swoich reflektorów. Nate ruszył biegiem w stronę następnej przecznicy, skręcił w prowadzącą do sutereny, cuchnącą moczem i wódką klatkę. Za nim rozległ się pisk opon, więc pomyślał, że musi czekać, czekać na następny ruch, a potem znowu biegł alejkami, przemykał niczym duch przez przejścia dla pieszych, następnie zbiegał po schodach w stronę rzeki. „Korzystaj z przeszkód, przechodź przez tory, zmieniaj kierunek, kiedy tracą cię z oczu, spraw, by podejmowali błędne decyzje, prześlizguj się wokół ich posterunków”. Kontrola czasu: prawie dwie godziny.

Drżał ze zmęczenia, ale biegł, potem szedł, w końcu przykucnął za samochodami. Wokół słyszał wycie silników, które najpierw się przybliżało, potem oddalało, a później znowu przybliżało. Agenci próbowali zbliżyć się doń na tyle, by rozpoznać jego twarz, złapać go, przycisnąć do mokrego asfaltu i wsadzić łapy do jego kieszeni. Słyszał rozbryzgującą się przy hamowaniu wodę, słyszał, jak wrzeszczeli do mikrofonu, byli coraz bardziej zdesperowani.

Pierwszy agent, który uczył go obserwacji, powtarzał: „Musi pan poczuć ulicę, panie Nash, niezależnie od tego, czy jest to Wisconsin Avenue, czy Twerska. Musi ją pan poczuć”. I Nate ją czuł, ale wiedział, że wrogowie są liczni, nawet jeśli nie wiedzą dokładnie, gdzie go szukać. Opony piszczały na mokrym bruku, kiedy jeździli tam i z powrotem. Na szczęście wiedzieli za mało, by rozesłać piesze patrole, ale niestety czas działał na ich korzyść. Bogu dzięki, skierowali na niego całą swoją uwagę, co znaczyło, że zdołał ją skutecznie odwrócić od Marmura. Nate pomodlił się w duchu, by stary spokojnie dotarł do metra i żeby nie okazało się, że od początku był pod obserwacją, bo to znaczyłoby, że musi się teraz zmagać z drugim zespołem wywiadowców. Nie mogli dorwać jego agenta, jego agenta, a tym bardziej torebki z płytką, która tkwiła niczym bomba zegarowa w jego kieszeni. Pisk opon ucichł, na ulicach zrobiło się spokojnie.

Kontrola czasu: dwie godziny z minutami, ból nogi i kręgosłupa, pole widzenia zamazane na brzegach. Nate szedł wąską alejką tuż przy ciemnych ścianach, z nadzieją, że wszystkie te stare, ociekające błotem wozy stoją już w garażu, że wszyscy ci ludzie zgromadzili się w pokoju odpraw, a wściekły dowódca krzyczy na nich i im wygraża. Nie widział samochodu od ładnych paru minut i miał nadzieję, że uszedł pogoni. Znowu zaczął padać śnieg.

Nagle jakiś wóz zatrzymał się przed nim gwałtownie, następnie cofnął się i skręcił w alejkę. Płatki śniegu zalśniły w świetle reflektorów. Nate obrócił się w stronę ściany domu, próbował się niemal w nią wcisnąć, ale wiedział, że tamci musieli go zobaczyć, a kiedy światła przesunęły się po jego ciemnej sylwetce, wóz przyspieszył i zjechał na jego stronę. Nate patrzył z fascynacją i niedowierzaniem na nadjeżdżający samochód, bok od strony pasażera sunął tuż przy ścianie, widoczne za szybą z pracującymi wycieraczkami dwie pary oczu wbijały się w niego niczym sztylety. Czy te bestie z FSB w ogóle go nie widzą? Nagle zrozumiał, że widzą go doskonale i że chcą go rozgnieść o ścianę. „Niepisana reguła grup obserwacyjnych mówi, że nigdy nie stosują one przemocy wobec zagranicznych dyplomatów”, powtarzali jego instruktorzy. Więc co, do kurwy nędzy, chcieli zrobić ci faceci?! Nate obejrzał się za siebie i stwierdził, że wylot alejki jest zbyt daleko.

„Musi pan poczuć ulicę, panie Nash”. A jeśli nie ulicę, to przynajmniej żelazną rynnę, przytwierdzoną do ściany zardzewiałymi metalowymi klamrami. I kiedy wóz był tuż-tuż, Nate wspiął się po tych klamrach wyżej. Samochód uderzył w ścianę i roztrzaskał rynnę, poszarzały dach znajdował się tuż pod uniesionymi nogami Nate’a. Wóz przesunął się wzdłuż ściany z potwornym chrobotem, a potem się zatrzymał. Silnik zgasł, a jemu zabrakło już siły; zwalił się na dach wozu, a potem na chodnik. Drzwiczki od strony kierowcy uchyliły się, zobaczył wielkiego faceta w futrzanej czapce, który właśnie wysiadał, ale oni przecież nigdy nie używają przemocy, Nate naparł więc barkiem na drzwiczki, przycinając szyję faceta, usłyszał krzyk i zobaczył wykrzywioną bólem twarz. Szybko doprawił go jeszcze dwa razy drzwiczkami i facet opadł na fotel. Drugą stronę blokowała ściana, Nate zobaczył drugiego zbira, który próbował przeleźć do tylnych drzwiczek; był więc czas na ucieczkę. Przebiegł alejką do końca, skręcił i po chwili skrył się w cieniu.

Trzy domy dalej znajdowała się brudna, otwarta mimo późnej pory jadłodajnia, której światła sączyły się na zaśnieżony chodnik. Nate usłyszał wycie silnika cofającego się samochodu. Wszedł pospiesznie do środka i zamknął za sobą drzwi.

Jadłodajnia składała się z jednego pomieszczenia: w odległym końcu znajdowała się lada, gdzie wydawano jedzenie, w środku stało kilka stolików i ław, ściany pokrywała poplamiona tapeta, a w oknach wisiały pożółkłe firanki. Za ladą siedziała starucha z widocznymi dwoma siekaczami, słuchała odrapanego radia i jednocześnie czytała gazetę. Na elektrycznej kuchence grzały się dwa aluminiowe garnki z zupą. Powietrze przesycał zapach gotowanej cebuli.

Nate podszedł do lady, starając się opanować drżenie rąk, i zamówił po rosyjsku talerz barszczu. Starucha patrzyła na niego obojętnie. Usiadł tyłem do okna i nasłuchiwał. Obok przejechał jeden samochód, drugi, a potem zapanowała cisza. W radiu jakiś satyryk opowiadał dowcip o Chruszczowie:

Chruszczow odwiedził chlewnię, gdzie zrobiono mu zdjęcie. Następnie w lokalnej gazecie odbyła się gorąca dyskusja, jak je podpisać: „Towarzysz Chruszczow wśród świń”, „Towarzysz Chruszczow i świnie”, „Świnie i towarzysz Chruszczow”. Wszystkie tytuły wydawały się nieodpowiednie. W końcu redaktor prowadzący podjął decyzję: „Towarzysz Chruszczow – trzeci od lewej”.

Kobieta za ladą zachichotała.

Nate od kilkunastu godzin nie miał nic w ustach, jadł więc z wilczym apetytem, choć ręka wciąż mu drżała. Starucha popatrzyła na niego, wstała i podeszła do drzwi. Nate obserwował ją kątem oka. Otworzyła drzwi i poczuł zimny powiew z dworu. Kobieta rozejrzała się po ulicy, a następnie zatrzasnęła drzwi. Wróciła na stołek i sięgnęła po gazetę. Kiedy zjadł już zupę i chleb, podszedł do starej i odliczył parę kopiejek, a ona zgarnęła pieniądze do szuflady, którą zamknęła.

– Cisza i spokój – powiedziała. – Z Bogiem.

Nate wyszedł, unikając jej wzroku.

Po godzinie spocony i drżący przeszedł koło budki strażników przy mieszkalnej części ambasady. Płytka była w końcu bezpieczna. Nie tak należało kończyć operację, ale spóźnił się parę godzin na podstawiony specjalnie dla niego samochód. Oczywiście to wejście nie uszło uwagi i wkrótce FSB, a zaraz potem SWR wiedziały, że to młody pan Nash z sekcji ekonomicznej pozostawał poza ich zasięgiem przez większą część wieczoru. W dodatku domyślały się dlaczego.

BARSZCZ STARUCHY

W dużym garnku topimy masło, dodajemy pokrojoną w kostkę cebulę i prażymy do zeszklenia. Dodajemy trzy starte na tarce buraki oraz jeden pokrojony pomidor. Dolewamy rosołu wołowego i dodajemy octu, cukru i pieprzu do smaku. Zupa powinna być jednocześnie cierpka i słodka. Należy ją doprowadzić do wrzenia, a potem przez godzinę gotować na wolnym ogniu. Barszcz podajemy gorący z odrobiną kwaśnej śmietany i pokrojonym koperkiem.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czerwona jaskółka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer