Oślepienie

Oślepienie

Autorzy: Robin Cook

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 32.90 zł

cena od: 21.00 zł

Laurie Montgomery, patolog z nowojorskiego zakładu medycyny sądowej, jest przerażona mnogością zgonów na skutek przedawkowania kokainy. Na jej stół trafiają kolejne ofiary – młodzi, świetnie zapowiadający się ludzie. Przekonana, że ma do czynienia z serią – wbrew opinii i sprzeciwowi przełożonych – zaczyna badać tę sprawę. Tymczasem przez Nowy Jork przetacza się fala egzekucji w stylu gangsterskim, a jedynym elementem łączącym wszystkie ofiary jest... Jordan Scheffield, znany okulista. Prywatne śledztwo Laurie Montgomery i oficjalne dochodzenie w sprawie morderstw, prowadzone przez porucznika Lou Soldana, spotykają się. Powstaje iście diaboliczny czworokąt, który oprócz Montgomery i Soldana tworzą Scheffield i... mafia.

Robin Cook uważany jest za mistrza thrillera medycznego. Ukończył medycynę na Uniwersytecie Columbia, a także studia podyplomowe na Harvardzie. Jest autorem wielu powieści, w tym takich bestsellerów, jak: Coma, Mutant, Epidemia, Chromosom 6, Inwazja, Toksyna, Nano czy Wstrząs.

Dla Davida i Laurel,

na ich nowe, wspólne życie

Podziękowania

Chcę podziękować pracownikom Zakładu Medycyny Sądowej hrabstwa Dade za poświęcony mi tydzień, w szczególności zaś doktorowi Charlesowi Wetliemu, który nad wyraz cierpliwie rozmawiał ze mną, okulistą i chirurgiem, o medycynie sądowej. Pragnę również wyrazić wdzięczność doktorowi Charlesowi Hirshowi, głównemu inspektorowi medycyny sądowej dla miasta Nowy Jork, za jego gościnność, a także doktor Jackie Lee – za gotowość do dzielenia się bardziej osobistymi wrażeniami dotyczącymi zawodu patologa sądowego.

W końcu chcę też podziękować Jean Reeds, której wsparcie, rady i krytyczne uwagi są – za sprawą jej wyczucia psychologicznego – nadzwyczaj cenne.

Kolosalna dawka stężonej kokainy pod naciskiem tłoka wydostała się ze strzykawki do żyły łokciowej Duncana Andrewsa. Natychmiast odezwały się alarmy chemiczne. Niektóre komórki krwi i enzymy osocza rozpoznały cząsteczki kokainy jako część grupy związków zwanych alkaloidami; związki te wytwarzane są przez rośliny i należą do nich takie fizjologicznie czynne substancje, jak kofeina, morfina, strychnina i nikotyna.

Podejmując rozpaczliwą, choć daremną próbę obrony przed tą gwałtowną inwazją, enzymy osocza znane jako cholesterazy zaatakowały kokainę, rozkładając część obcych cząsteczek na fizjologicznie nieczynne fragmenty. Dawka była jednak przytłaczająca. W ciągu paru sekund kokaina przemknęła przez prawą stronę serca do płuc, a następnie do innych części ciała Duncana.

Farmakologiczne skutki działania narkotyku zaczęły się pojawiać niemal natychmiast. Część cząsteczek kokainy dostała się do tętnic wieńcowych, powodując ich zwężenie i zmniejszenie dopływu krwi do serca. Jednocześnie rozpoczęło się przenikanie kokainy z naczyń wieńcowych do płynu zewnątrzkomórkowego otaczającego ciężko pracujące włókna mięśnia sercowego. Obcy związek zaczął tam zakłócać ruch jonów sodowych przez błony komórkowe, mający kluczowe znaczenie dla funkcji skurczowych mięśnia sercowego. W wyniku tego zdolność przewodzenia bodźców w sercu oraz jego kurczliwość zaczęły się zmniejszać.

W tym samym czasie cząsteczki kokainy dotarły tętnicami szyjnymi do mózgu i bez najmniejszego trudu przeniknęły barierę krew–mózg. Zaczęły krążyć między bezbronnymi komórkami mózgowymi, skupiając się w miejscach zwanych synapsami, przez które komórki nerwowe utrzymują łączność między sobą.

Właśnie w synapsach działanie kokainy było najbardziej perfidne. Przejmowała ona nie swoją rolę. Chemiczne właściwości cząsteczki kokainy sprawiały, że jej zewnętrzna część była błędnie rozpoznawana przez komórki nerwowe jako neurotransmiter, czyli adrenalina, noradrenalina lub dopamina. Działając na zasadzie wytrycha, cząsteczki kokainy wnikały do molekularnych pomp absorbujących te neurotransmitery i blokując je, nagle zatrzymywały ich pracę.

Wynik był łatwy do przewidzenia. Ponieważ reabsorpcja neurotransmiterów została zablokowana, utrzymywał się ich efekt stymulujący. A stymulacja prowadziła do dalszego wyzwalania neurotransmiterów w ramach swoistej spirali pobudzenia. Komórki nerwowe, które normalnie wróciłyby do stanu uspokojenia, zaczynały reagować seriami impulsów.

Aktywność komórek mózgowych stopniowo wzrastała, zwłaszcza w ośrodkach przyjemności położonych głęboko pod korą mózgową. Tutaj głównym neurotransmiterem była dopamina. Z przewrotnym upodobaniem kokaina zablokowała pompy dopaminowe, doprowadzając do gwałtownego wzrostu stężenia neurotransmitera. Obwody nerwowe w cudowny sposób połączone dla zapewnienia przetrwania gatunku znalazły się w stanie silnego pobudzenia, wypełniając ekstatycznymi bodźcami linie przesyłowe do kory mózgowej.

Ale ośrodki przyjemności nie były jedynymi zaatakowanymi częściami mózgu Duncana, tylko jednymi z pierwszych. Wkrótce pojawiły się bardziej ponure efekty inwazji kokainy. Dotyczyły one filogenetycznie starszych ośrodków mózgu regulujących takie funkcje, jak oddychanie i koordynacja mięśni. Pobudzone zostały nawet obszary kontrolujące termoregulację i odruch wymiotny.

Sytuacja nie była więc dobra. Wśród gwałtownego napływu przyjemnych bodźców wytwarzał się stan złowróżbny. Na horyzoncie zbierała się ciemna chmura zapowiadająca straszliwą burzę neurologiczną. Kokaina miała ujawnić swe prawdziwe, zwodnicze oblicze: sługi śmierci otaczającego się aurą oszukańczej rozkoszy.

Prolog

Myśli w głowie Duncana Andrewsa pędziły niczym pociąg bez maszynisty. Jeszcze przed momentem znajdował się w stanie tępego, narkotycznego stuporu. Zawroty głowy i ociężałość zniknęły w ciągu paru sekund jak kropla wody padająca na skwierczącą patelnię. Poczuł napływ rozradowania i energii dający nagle wrażenie siły i nieograniczonych możliwości. Ta nowa przenikliwość pozwoliła mu zorientować się, że jest nieskończenie silniejszy i mądrzejszy, niż kiedykolwiek to sobie uświadamiał. I właśnie gdy rozsmakował się w tej kaskadzie euforycznych myśli i skorygowanej ocenie swoich możliwości, ogarnęły go fale intensywnej rozkoszy dającej się określić jedynie jako czysta ekstaza. Krzyczałby z radości, gdyby tylko jego usta mogły wypowiedzieć odpowiednie słowa. Ale nie mogły. Myśli i uczucia kłębiły się w jego umyśle zbyt szybko, aby można je było wyrazić słowami. Wszelkie odczuwane jeszcze parę minut wcześniej obawy i wątpliwości rozpłynęły się w nowym uniesieniu i zachwycie.

Ale podobnie jak otępienie, przyjemność była krótkotrwała. Rozanielony uśmiech na twarzy Duncana wykrzywił się w grymas przerażenia. Odezwał się głos zapowiadający powrót ludzi, których się obawiał. W panice rozejrzał się po pokoju. Nie było w nim nikogo, lecz głos dalej mówił swoje. Spojrzał przez ramię do kuchni – była pusta. Odwrócił się w stronę korytarza i sypialni. I tam nie było nikogo, ale głos wciąż nie milkł. Teraz szeptał groźniejszą przepowiednię: czekała go śmierć.

– Kim jesteś? – krzyknął Andrews i przycisnął dłonie do uszu, jakby chciał nie dopuścić głosu do siebie. – Gdzie jesteś? Jak się tu dostałeś? – Jego oczy ponownie omiotły pokój.

Głos nie odpowiadał. Duncan nie wiedział, że wydobywa się z jego głowy.

Z trudem się podniósł. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że leżał na podłodze. Wstając, potrącił ramieniem stolik do kawy. Na podłogę spadła z brzękiem strzykawka, która tak niedawno przekłuła jego ramię. Spojrzał na nią z żalem i nienawiścią, po czym wyciągnął rękę, aby ją zgnieść.

Tuż przed strzykawką ręka Andrewsa się zatrzymała. W jego szeroko otwartych oczach malowała się dezorientacja zmieszana z nowym strachem. Nagle poczuł wyraźnie, że setki robaków pełzają mu po rękach. Zapominając o strzykawce, podniósł otwarte dłonie. Czuł, jak robactwo wije mu się na przedramionach, ale mimo usilnych starań nie dostrzegł niczego. Skóra wydawała się zupełnie czysta. Tymczasem świerzbienie objęło także nogi.

– Aaaaaa! – wrzasnął. Próbował wytrzeć ramiona, przypuszczając, że robaki są zbyt małe, aby można je było zobaczyć, ale świerzbienie tylko się wzmogło. Ciarki przeszły go ze strachu, gdy przyszło mu na myśl, że robaki muszą być pod skórą. Jakoś udało się im przeniknąć w głąb jego ciała. Może były w tej strzykawce...

Gorączkowo zaczął się drapać, próbując umożliwić robakom wyjście. Czuł, jak pożerają go od środka. Rozpaczliwie drapał się coraz mocniej, zagłębiając paznokcie w skórze, aż pojawiła się krew. Odczuwał dotkliwy ból, ale świerzbienie było jeszcze gorsze.

Mimo strachu przed robakami przestał się drapać, kiedy wystąpił nowy objaw. Gdy podniósł swą zakrwawioną rękę, zauważył, że się trzęsie. Spojrzawszy w dół, zobaczył, że całe jego ciało dygocze i że stan ten się pogarsza. Przez moment pomyślał o wezwaniu pogotowia, ale właśnie wtedy zauważył jeszcze coś. Był rozgrzany. Nie, był gorący!

– O Boże! – zdołał wykrztusić, gdy uświadomił sobie, że twarz ma zlaną potem. Przyłożył drżącą dłoń do czoła: było rozpalone! Spróbował rozpiąć koszulę, ale roztrzęsione ręce nie dały rady. Rozdrażniony i zdesperowany rozerwał koszulę i zrzucił ją z siebie. Guziki rozprysnęły się na wszystkie strony. To samo zrobił ze spodniami, które rzucił na podłogę. Rozebrany do spodenek nadal dusił się z gorąca. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, kaszlnął, zakrztusił się i zwymiotował silnym strumieniem, obryzgując ścianę poniżej litografii podpisanej przez Salvadora Dali.

Wtoczył się do łazienki. Wyłącznie siłą woli ustawił swe rozdygotane ciało pod prysznicem i puścił zimną wodę na pełny regulator. Łapiąc powietrze, stał pod kaskadą lodowatych strumieni.

Ulga trwała krótko. Z ust Duncana bezwiednie wydobył się żałosny krzyk, gdy palący ból przeszył mu lewą stronę klatki piersiowej, promieniując wzdłuż lewej ręki. Intuicyjnie wiedział, że to zawał serca.

Prawą dłonią złapał się za pierś. Krew z rozdrapanych rąk mieszała się z wodą z prysznica i wirując, znikała w odpływie. Zataczając się, Andrews ruszył w stronę drzwi mieszkania. Nieważne, że był prawie nagi – potrzebował powietrza. Gotujący się mózg chciał eksplodować. Ostatkiem sił chwycił klamkę i otworzył drzwi.

– Duncan! – krzyknęła Sara Wetherbee. Nie mogła być bardziej zaskoczona. Właśnie chciała zapukać do drzwi, gdy Andrews gwałtownie je otworzył. Nie miał na sobie niczego poza mokrymi spodenkami. – Mój Boże! – zawołała. – Co się z tobą dzieje?

Duncan nie poznał swej kochanki, z którą był związany dwa i pół roku. Potrzebował powietrza. Przygniatający ból w piersiach rozszerzył się na płuca. Miał wrażenie, jak gdyby otrzymywał kolejne ciosy nożem. Chwiejnie zrobił krok do przodu, próbując odsunąć Sarę z drogi.

– Duncan! – krzyknęła znów Sara, uświadamiając sobie jego niemal całkowitą nagość, krwawiące zadrapania na rękach, szeroko rozwarte, obłędne oczy i grymas bólu na twarzy. Nie pozwoliwszy się odepchnąć, chwyciła go za ramiona i powstrzymała. – Co się dzieje? Dokąd idziesz?

Andrews zawahał się. Na krótką chwilę głos kochanki przebił się przez jego obłęd. Otworzył usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć. Ale nie zdołał. Zamiast tego wydobył z siebie żałosny jęk zakończony sapnięciem, gdy dygot przeistoczył się w spazmatyczne drgawki, a oczy wywróciły się, ukazując białka. Na szczęście już nieprzytomny osunął się w ramiona Sary.

Początkowo Sara daremnie usiłowała utrzymać go w pozycji pionowej. Nie była jednak w stanie tego zrobić, zwłaszcza że drgawki stawały się coraz gwałtowniejsze. Możliwie najłagodniej opuściła powykręcane ciało Duncana na próg, pozostawiając je w połowie na korytarzu. Gdy plecy Andrewsa dotknęły podłogi, niemal natychmiast wygięły się w łuk, a drgawki szybko przeszły w rytmiczne skurcze charakterystyczne dla napadu padaczki.

– Ratunku! – krzyknęła Sara, rozglądając się po korytarzu.

Jak można było oczekiwać, nikt się nie pojawił. Poza odgłosami wydawanymi przez Duncana słychać było jedynie perkusyjny rytm grającego w pobliżu sprzętu stereo.

Rozpaczliwie poszukując pomocy, niezgrabnie przestąpiła nad wstrząsanym konwulsjami ciałem kochanka. Krew i piana na jego ustach budziły w niej odrazę i strach. Desperacko chciała mu pomóc, ale poza wezwaniem pogotowia nie wiedziała, co robić. Drżącym palcem wystukała numer 911 na telefonie w pokoju. Niecierpliwie czekając na połączenie, słyszała, jak głowa Duncana uderza o parkiet. Mogła jedynie krzywić się przy każdym okropnym odgłosie i modlić, aby pomoc nadeszła jak najszybciej.

Sara oderwała ręce od twarzy i spojrzała na zegarek. Była prawie trzecia nad ranem. Od przeszło trzech godzin siedziała na tym samym pokrytym winylem krześle w poczekalni Manhattan General Hospital.

Po raz nie wiadomo który rozejrzała się po zatłoczonym pomieszczeniu przesiąkniętym zapachem papierosowego dymu, potu, alkoholu i wilgotnej wełny. Na wprost niej widniał duży i notorycznie ignorowany napis PALENIE WZBRONIONE.

Obok poszkodowanych siedziały osoby towarzyszące. Były tam płaczące niemowlęta i przedszkolaki, pobici pijacy, a także ludzie przyciskający ręczniki do skaleczonych palców lub podbródków. Większość patrzyła bez wyrazu przed siebie, zobojętniała na przedłużające się czekanie. Niektórzy byli wyraźnie chorzy, a nawet z bólami. Pewien dobrze ubrany mężczyzna obejmował ramieniem swą równie dobrze ubraną towarzyszkę. Jeszcze przed paroma minutami zawzięcie kłócił się z pielęgniarką o budzącej respekt posturze, która wcale nie przejęła się groźbami wezwania adwokata, jeśli jego towarzyszka nie zostanie natychmiast przyjęta. W końcu i on zobojętniał i patrzył przed siebie zrezygnowany.

Sara znów zamknęła oczy. Wciąż czuła pulsowanie w skroniach. Prześladował ją wyrazisty obraz Andrewsa wstrząsanego drgawkami na progu mieszkania. Niezależnie od tego, co jeszcze miało się zdarzyć, wiedziała, że nigdy nie zapomni tego widoku.

Po wezwaniu pogotowia wróciła do Duncana. Przypomniała sobie, że przy napadzie konwulsji należy choremu włożyć coś do ust, aby zapobiec przygryzieniu języka. Mimo usilnych starań nie udało jej się jednak rozewrzeć ściśniętych szczęk Andrewsa.

Tuż przed przyjazdem karetki drgawki wreszcie ustały. Sara najpierw poczuła ulgę, lecz wkrótce z rosnącym niepokojem zauważyła, że Duncan nie oddycha. Wytarłszy pianę i krew z jego warg, próbowała zastosować sztuczne oddychanie metodą usta-usta, ale poczuła mdłości. Wówczas pojawili się sąsiedzi z korytarza. Jeden z nich powiedział, że był w służbie medycznej marynarki, i podjął się wraz z kolegą dalszych zabiegów reanimacyjnych aż do przybycia pogotowia. Przyjęła to z ulgą.

Nie potrafiła pojąć, co się stało z Duncanem. Zaledwie godzinę wcześniej zatelefonował do niej i poprosił, by przyszła. Wydawało się jej, że jest trochę spięty i ma dziwny głos, ale mimo to była całkowicie nieprzygotowana na stan, w jakim go znalazła. Raz jeszcze wzdrygnęła się na myśl o tym, jak zobaczyła go stojącego w drzwiach z pokrwawionymi rękami i szeroko rozwartymi, nieprzytomnymi oczami. Wyglądał jak szaleniec.

Po raz ostatni widziała go, gdy przyjechali do Manhattan General. Obsługa karetki pozwoliła jej pojechać z nimi do szpitala. Przez całą tę okropną drogę kontynuowali reanimację. Po przyjeździe widziała jeszcze, jak wwozili go przez białe wahadłowe drzwi do sali przyjęć ostrego dyżuru. Wciąż miała w oczach sanitariusza klęczącego na wózku i uciskającego klatkę piersiową Duncana.

– Sara Wetherbee? – zapytał jakiś głos, wyrywając ją z zadumy.

– Tak? – odpowiedziała, podnosząc głowę.

Przed nią stał młody lekarz w białym kitlu lekko spryskanym krwią. Na jego twarzy rysował się cień wyraźnego już o tej porze zarostu.

– Jestem doktor Murray – przedstawił się. – Mogłaby pani pójść ze mną? Chciałbym z panią chwilę porozmawiać.

– Oczywiście – powiedziała nerwowo.

Wstała i podciągnęła pasek torebki na ramieniu, po czym pospieszyła za lekarzem, który obrócił się na pięcie, zanim jeszcze zdążyła odpowiedzieć. Weszła przez te same białe drzwi, które przed trzema godzinami pochłonęły Duncana. Doktor Murray zatrzymał się tuż za nimi i odwrócił do niej. Z lękiem spojrzała mu w oczy. Był wyczerpany. Chciała dostrzec jakiś promyk nadziei, ale nie było żadnego.

– Rozumiem, że jest pani przyjaciółką pana Andrewsa – powiedział lekarz głosem pełnym znużenia.

Sara skinęła głową.

– Normalnie najpierw rozmawiamy z rodziną – kontynuował. – Ale wiem, że przyjechała pani z pacjentem i od tego czasu czeka. Przykro mi, że dopiero teraz rozmawiam z panią, lecz tuż po panu Andrewsie przywieziono kilka osób z ranami postrzałowymi.

– Rozumiem – powiedziała Sara. – Co z Duncanem? – Musiała zadać to pytanie, choć nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź.

– No cóż – odpowiedział Murray. – Może być pani pewna, że nasi sanitariusze próbowali wszystkiego. Niestety, mimo to Duncan zmarł. Nie żył już w momencie przyjęcia. Przykro mi.

Sara popatrzyła lekarzowi w oczy. Pragnęła dostrzec w nich przebłysk tego żalu, jaki właśnie w niej wzbierał. Ale dostrzegła tylko zmęczenie. Ten pozorny brak współczucia pomógł jej zachować spokój.

– Co się stało? – zapytała niemal szeptem.

– Jesteśmy w dziewięćdziesięciu procentach pewni, że bezpośrednią przyczyną był rozległy zawał mięśnia sercowego, czyli atak serca – odparł doktor, najwyraźniej preferując słownictwo medyczne. – Ale wydaje się, że pierwotną przyczyną było przedawkowanie lub zatrucie narkotykiem. Nie znamy jeszcze poziomu toksyn we krwi. Na to potrzeba trochę czasu.

– Narkotyki? – spytała z niedowierzaniem Sara. – Jaki narkotyk?

– Kokaina – odparł lekarz. – Sanitariusze przywieźli nawet strzykawkę, której użył.

– Nie wiedziałam, że Duncan zażywał kokainę. Mówił, że nie bierze narkotyków.

– Ludzie zawsze kłamią na temat seksu i narkotyków – powiedział doktor Murray. – A w przypadku kokainy czasem wystarczy jeden raz. Mało kto zdaje sobie sprawę, jaka potrafi być niebezpieczna. Popularność kokainy sprawiła, że wytworzyło się fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Tak czy inaczej, musimy skontaktować się z rodziną. Zna pani może numer telefonu?

Wstrząśnięta śmiercią Duncana i wiadomością, że najwyraźniej zażywał kokainę, Sara monotonnym głosem wyrecytowała numer Andrewsów. Myślenie o narkotykach pozwalało jej uniknąć myślenia o śmierci. Zastanawiała się, od jak dawna Duncan brał kokainę. Jakże trudno było to wszystko zrozumieć. Wydawało się jej, że znała go tak dobrze.

Rozdział 1

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 2

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Blindsight

Copyright © 1992 by Robin Cook

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2013

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Błażej Kemnitz

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce: © Richard Price/The Image Bank/Getty Images

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Oślepienie, wyd. VI poprawione, dodruk, Poznań 2014)

ISBN 978-83-7818-293-1

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Szarlatani Polisa śmierci Ciało obce Kryzys Znieczulenie Dewiacja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer