Zbaw nas ode Złego

Zbaw nas ode Złego

Autorzy: Lisa Collier Cool Ralph Sarchie

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 23.20 zł

Książka oparta na faktach - prawdziwa relacja nowojorskiego policjanta.

Autor książki, Ralph Sarchie, jest weteranem nowojorskiej policji. Pracuje na 46. posterunku w południowym Bronxie. Walczy na co dzień z najbardziej brutalnymi przestępcami, czasem nie przebierając w środkach. Zbrodnie popełniane przez ludzi nazywa jednak tylko „złem wtórnym”. Według niego istnieje też „zło pierwotne”.

Po godzinach pracy policyjnej zajmuje się inną służbą – bada przypadki opętań i asystuje przy egzorcyzmach katolickiego księdza oraz współpracuje z małżeństwem Warrenów, demonologami znanymi z filmu Obecność. Z biegiem czasu staje się świadkiem straszliwych zbrodni i nieludzkiego zła, którego nikt nie jest w stanie wyjaśnić czy zrozumieć, opierając się na racjonalnych przesłankach. Sarchie staje oko w oko ze światem demonicznym, który dokumentuje i opisuje, rzucając nowe światło na to, co mroczne i niewytłumaczalne.

Autor zabiera nas w podróż do najniższych kręgów piekieł. Odsłania makabryczne szczegóły mrocznych rytuałów, opowiada historię młodej niewinnej dziewczyny opanowanej przez demona, czy też domu rzekomo nawiedzonego przez ducha zamordowanej w XIX w. panny młodej, oraz wielu innych mrożących krew w żyłach przypadków działania mocy zła.

We wspomnieniach Ralpha Sarchiego możemy obserwować przerażające spotkanie zbrodni popełnianych przez ludzi ze światem nadnaturalnego zła, w którego istnienie często nie wierzymy, a które mimo to wpływa na nasze życie.

Na podstawie książki zrealizowano film pod tytułem Zbaw nas ode złego (prod. Jerry Bruckheimer, w roli głównej Eric Bana).

Moim ślicz­nym cór­kom, Chri­sti­nie Ma­rii i Da­niel­li Ann – mi­łość i wspar­cie, któ­re od was do­sta­ję, po­zwa­la­ją mi iść na­przód. Cały mój świat krę­ci się wo­kół wa­szej dwój­ki i mam głę­bo­kie po­czu­cie, że je­ste­ście dla mnie Bo­żym bło­go­sła­wień­stwem. Ni­g­dy nie prze­sta­nę was ko­chać. Rów­nież mo­je­mu wnu­ko­wi, Ja­co­bo­wi Mi­cha­elo­wi – Bóg nie usta­je w swych bło­go­sła­wień­stwach, ko­cham cię, szkra­bie.

Ralph Sar­chie

Joh­no­wi, Ali­son Geo­r­gii i Ro­sa­lie – moje ser­ca wzra­sta od wa­sze­go śmie­chu i wa­szej mi­ło­ści.

Lisa Col­lier Cool

Ze spe­cjal­ną de­dy­ka­cją dla świę­tej pa­mię­ci ojca Ma­la­chie­go Mar­ti­na, jed­ne­go z wiel­kich wo­jow­ni­ków ar­mii Boga.

SŁO­WO WSTĘP­NE

NIE MOŻE NA­ZY­WAĆ SIE­BIE CHRZE­ŚCI­JA­NI­NEM, a już na pew­no nie ka­to­li­kiem ten, kto wąt­pi bądź nie wie­rzy w ist­nie­nie dia­bła. Chry­stus zo­stał ze­sła­ny, aby wy­zwo­lić ludz­kość spod wła­dzy sza­ta­na i jego re­ne­gac­kich le­gio­nów upa­dłych anio­łów. „Te­raz od­by­wa się sąd nad tym świa­tem. Te­raz wład­ca tego świa­ta zo­sta­nie precz wy­rzu­co­ny. A Ja, gdy zo­sta­nę nad zie­mię wy­wyż­szo­ny, przy­cią­gnę wszyst­kich do sie­bie” (J 12, 31–32). Opi­sy­wa­ne w Ewan­ge­liach sce­ny, w któ­rych Je­zus wy­pę­dza dia­bły z opę­ta­nych, po­ka­zu­ją, jak bar­dzo re­al­ne są te nie­wi­dzial­ne byty, któ­re – mó­wiąc sło­wa­mi tra­dy­cyj­nej Mo­dli­twy do świę­te­go Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła – „na zgu­bę dusz ludz­kich po tym świe­cie krą­żą”.

A dziś jest ich wię­cej niż kie­dy­kol­wiek! Sta­le po­głę­bia się ot­chłań ze­psu­cia, a wraz z nią świat co­raz bar­dziej ule­ga nad­na­tu­ral­nej de­mo­nicz­nej za­ra­zie. Je­ste­śmy oswo­je­ni z tym, że ze­psu­cie to dzie­ło sza­ta­na – jest on wszak bez­sprzecz­nie opie­ku­nem grzesz­ni­ków – lecz 1mu­si­my pa­mię­tać, że de­mo­nicz­na za­ra­za po­zwa­la mu ata­ko­wać za­rów­no umysł, jak i cia­ło. Gdy przyj­mo­wa­łem świę­ce­nia, ja­kieś czter­dzie­ści lat temu, o opę­ta­niu przez dia­bła czy prze­ję­ciu przez nie­go kon­tro­li nad czło­wie­kiem nie­mal się nie sły­sza­ło. Prze­cięt­ny ksiądz, na­wet je­śli go wy­świę­co­no na eg­zor­cy­stę, mógł przez całe ży­cie nie ze­tknąć się z ta­kim przy­pad­kiem. Czy­ta­no o tym je­dy­nie w pod­ręcz­ni­kach teo­lo­gii. Lecz obec­nie, dla tych, któ­rzy mają oczy zdol­ne do wi­dze­nia, jest to zja­wi­sko nie­mal po­wszech­ne.

Eg­zor­cyzm czę­sto – o ile nie naj­czę­ściej – ujaw­nia dia­bła ukry­te­go w „przy­pad­ku psy­chia­trycz­nym”. Dia­beł do nas prze­ma­wia, pro­wo­ku­je nas i nam gro­zi. Drę­czy swo­ją ofia­rę na na­szych oczach i po­tra­fi pod­dać pró­bie każ­dą cząst­kę du­szy tego, któ­ry pró­bu­je go okieł­znać. Nie za­wsze tak jest – cza­sem bo­wiem uda­je głu­che­go i głu­pie­go – lecz ma­ni­fe­stu­je się na tyle czę­sto, że moż­na usta­lić jego me­to­dę dzia­ła­nia.

Skąd ta epi­de­mia? Jej źró­dłem jest roz­po­wszech­nia­nie się – a ra­czej pla­ga – okul­ty­zmu. W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć ofia­ra opę­ta­nia przez dia­bła mia­ła ja­kiś, bez­po­śred­ni bądź po­śred­ni, w po­sta­ci jaw­nej lub ukry­tej, zwią­zek z czar­ną ma­gią. Mo­gła być w po­sia­da­niu przed­mio­tów zwią­za­nych z okul­ty­zmem, jak plan­sze Ouija czy po­zor­nie nie­win­ne wi­sior­ki, albo wręcz brać udział w jaw­nie sa­ta­ni­stycz­nych ob­rzę­dach. Gdzieś po­mię­dzy tymi skraj­no­ścia­mi umiej­sco­wić na­le­ży naj­róż­niej­sze ru­chy pseu­do-re­li­gij­ne i new age. Sa­ta­nizm jako taki zo­stał uzna­ny za re­li­gię i ist­nie­je na­wet „Bi­blia sza­ta­na”. Ci, któ­rzy chcą po­siąść wie­dzę i wła­dzę wy­kra­cza­ją­cą poza po­rzą­dek usta­lo­ny przez Boga, mogą wszyst­ko to zna­leźć u Jego wro­gów, i aby mo­gli na­pra­wić swój błąd, trze­ba ich prze­ka­zać w Jego wła­da­nie i po­zwo­lić im po­nieść wszel­kie kon­se­kwen­cje.

Ralph Sar­chie, au­tor tej książ­ki, po­sia­da do­sko­na­łe kwa­li­fi­ka­cje do wy­po­wia­da­nia się na te­mat dia­bła. Przez lata ba­dał przy­pad­ki, w któ­rych siły zła mia­ły swój udział i nie­raz był jed­nym z tych, któ­rzy po­ma­ga­li mi pod­czas eg­zor­cy­zmów. Bez po­mo­cy lu­dzi, któ­rzy są w sta­nie po­wstrzy­mać ko­goś zdol­ne­go do za­cho­wań skraj­nie agre­syw­nych, wy­pę­dza­nie de­mo­nów z oso­by opę­ta­nej, jak wspo­mnia­łem, może być dla eg­zor­cy­sty śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne. Po­wie­dział­bym wręcz, że nie ma te­ma­tu, któ­re­go omó­wie­nie by­ło­by bar­dziej ce­lo­we, a może na­wet pil­niej­sze niż ten. Oby ta książ­ka speł­ni­ła swój hu­ma­ni­tar­ny cel, dla któ­re­go po­wsta­ła.

Bi­skup Ro­bert F. McKen­na OP

Ka­pli­ca Mat­ki Bo­skiej Ró­żań­co­wej, Mon­roe, Con­nec­ti­cut

WPRO­WA­DZE­NIE

NI­G­DY NIE SĄ­DZI­ŁEM, ŻE NA­PI­SZĘ KSIĄŻ­KĘ o zja­wi­skach nad­przy­ro­dzo­nych. Je­stem sier­żan­tem no­wo­jor­skiej po­li­cji, więc po­wi­nie­nem pi­sać o dziel­nych po­li­cjan­tach i ich pra­cy na uli­cach, a nie o de­mo­nach, du­chach i eg­zor­cy­zmach. Lecz żyję jak­by w dwóch świa­tach: w jed­nym je­stem ty­po­wym gli­ną po­ru­sza­ją­cym się w miej­skim szla­mie i krwi, z re­al­ną, cią­głą świa­do­mo­ścią bli­sko­ści śmier­ci, a w dru­gim mu­szę się mie­rzyć ze zbrod­nią zu­peł­nie in­nej na­tu­ry, zbrod­nią do­ko­ny­wa­ną przez siły tak złe, że wy­kra­cza­ją poza na­sze poj­mo­wa­nie. Więk­szość lu­dzi są­dzi, że te świa­ty są od sie­bie bar­dzo od­le­głe. Lu­dzie czę­sto py­ta­ją: „Jak to moż­li­we, że po szes­na­stu la­tach ob­co­wa­nia z twar­dą, bru­tal­ną rze­czy­wi­sto­ścią po­tra­fi­łeś uwie­rzyć w du­chy?”. Ja jed­nak prze­ko­na­łem się, że więk­szość po­li­cjan­tów w nie wie­rzy i – co waż­niej­sze – ogrom­na więk­szość z nich wie­rzy rów­nież w Boga i jest bar­dzo re­li­gij­na. To mnie cie­szy, po­nie­waż rze­czy, z ja­ki­mi po­li­cjan­ci sty­ka­ją się na co dzień, mogą być dla du­szy nisz­czą­ce. Wiem to z au­top­sji.

My­ślę, że wła­śnie pra­ca w po­li­cji po­ma­ga mi od­róż­nić oba te świa­ty od sie­bie i prze­ko­nać się, że ist­nie­ją zja­wi­ska nad­przy­ro­dzo­ne i siły nad­na­tu­ral­ne. Funk­cjo­nu­jąc na co dzień w po­rząd­ku zbrod­ni i kary, na­uczy­łem się ra­dzić so­bie w sy­tu­acjach, w któ­rych bar­dzo praw­dzi­we zło w naj­czyst­szej po­sta­ci ata­ku­je lu­dzi rów­nie praw­dzi­wym prze­ra­że­niem. Jak mą­drze ma­wia Joe For­re­ster, mój part­ner w śledz­twach do­ty­czą­cych zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych, ist­nie­ją dwa ro­dza­je zła: zło pier­wot­ne, któ­re po­cho­dzi od dia­bła, i zło wtór­ne, któ­re wy­rzą­dza­ją lu­dzie. I choć każ­de zło po­cho­dzi od sza­ta­na, nie za­wsze wi­nię go za okru­cień­stwo, do któ­re­go czło­wiek jest zdol­ny wo­bec dru­gie­go czło­wie­ka. Sty­ka­jąc się ze złem, po­tra­fię orzec, czy ma ono cha­rak­ter ludz­ki czy nie­ludz­ki.

Nie mia­łem po­ję­cia, na co się po­ry­wam, kie­dy przed dzie­się­ciu laty roz­po­czą­łem „Pra­cę” po­le­ga­ją­cą na wy­ja­śnia­niu przy­pad­ków na­wie­dza­nia do­mów przez du­chy i opę­ta­nia lu­dzi przez de­mo­ny. Po­dob­nie jak pra­ca w po­li­cji, rów­nież ta Pra­ca wy­nisz­cza czło­wie­ka, lecz nie ża­łu­ję, że się jej pod­ją­łem. Pra­ca umoc­ni­ła we mnie wia­rę, a moja mi­łość do Je­zu­sa Chry­stu­sa jest te­raz tak re­al­na jak uczu­cie, któ­rym da­rzę żonę i dzie­ci. Czy­ta­jąc tę książ­kę, pa­mię­taj­cie o jed­nym: to nie jest książ­ka o ja­kimś gli­nia­rzu ani o sza­ta­nie – to jest książ­ka o Bogu. Czy­ta­jąc o hi­sto­riach, któ­re uwi­kła­nym w nie lu­dziom wy­da­ją się bez­na­dziej­ne, nie za­po­mi­naj­cie, że z Bo­giem nic nie jest nie­moż­li­we. I choć nie­któ­re z opi­sa­nych tu osób na­dal zma­ga­ją się ze swy­mi pro­ble­ma­mi, jed­no się w ich ży­ciu zmie­ni­ło: wpu­ści­li do swo­je­go ży­cia Boga, a On spra­wił, że ła­twiej im zno­sić du­cho­we męki.

Za­nim po­dzię­ku­ję tym wszyst­kim, z któ­ry­mi się za­przy­jaź­ni­łem dzię­ki mo­jej Pra­cy – przy­ja­cio­łom, któ­rych na mój wła­sny spo­sób uczy­ni­łem bli­ski­mi memu ser­cu – pra­gnę pod­kre­ślić, że każ­dą spra­wę pro­wa­dzę w spo­sób szcze­ry, bez­po­śred­ni i w peł­ni pro­fe­sjo­nal­ny. Wszyst­kie wy­da­rze­nia, o któ­rych prze­czy­ta­cie w tej książ­ce, po­cho­dzą ze spraw, któ­re ba­da­łem i opi­sa­łem je do­kład­nie tak, jak opi­sa­li mi je na­ocz­ni świad­ko­wie, albo jak sam je wi­dzia­łem. Wszyst­kie są udo­ku­men­to­wa­ne w mo­ich no­tat­kach oraz na ta­śmach wi­deo i au­dio, któ­re na­gry­wa­łem pod­czas do­cho­dze­nia. W ża­den spo­sób nie pró­bo­wa­łem upięk­szać czy prze­ry­so­wy­wać mo­ich do­świad­czeń. Chcąc chro­nić pry­wat­ność ro­dzin bądź osób, któ­re zwró­ci­ły się do mnie o po­moc, zmie­ni­łem nie­któ­re imio­na i pew­ne szcze­gó­ły po­zwa­la­ją­ce zi­den­ty­fi­ko­wać świad­ków.

Do mo­ich có­rek – Chri­sti­ny i Da­niel­li – nie po­tra­fię wy­ra­zić sło­wa­mi, jak bar­dzo ko­cham was obie, i nie ma dnia, bym nie dzię­ko­wał Bogu za szcze­gól­ny dar, ja­kim dla mnie je­ste­ście. Je­ste­ście moją dumą i ra­do­ścią i będę was ko­chał po wsze cza­sy.

Do mo­jej mamy, Lil­lian, któ­ra w każ­dej sy­tu­acji była dla mnie źró­dłem ra­do­ści i in­spi­ra­cji – niech uśmiech za­wsze roz­świe­tla two­ją twarz. Do mo­je­go ojca, Ral­pha Se­nio­ra, któ­ry na­uczył mnie wię­cej, niż mu się wy­da­je – to ty po­mo­głeś mi dojść w ży­ciu do miej­sca, w któ­rym te­raz je­stem. Do mo­jej sio­stry, Lisy – choć wiem, że Pra­ca prze­ra­ża cię do głę­bi, wiem rów­nież, że mnie wspie­rasz, a two­ja tro­ska i życz­li­wość pły­ną z głę­bi ser­ca. Do mo­je­go chrze­śnia­ka, Jo­se­pha, mo­ich sio­strze­nic Ste­pha­nie i Jes­si­ki i sio­strzeń­ca Vin­cen­ta – niech do­bry Bóg strze­że was i ob­da­rza każ­dy wasz dzień uśmie­chem. Moim ko­le­gom i ko­le­żan­kom z Wy­dzia­łu Po­li­cji Mia­sta Nowy Jork – od­wa­la­cie ka­wał świet­nej ro­bo­ty w służ­bie miesz­kań­com tego mia­sta.

Do bi­sku­pa McKen­ny– wie­lu zroz­pa­czo­nych nie pod­nio­sło­by się z cier­pie­nia, gdy­by nie two­ja mi­łość do Boga i lu­dzi. Mnie i nie­zli­czo­nym rze­szom in­nych po­ma­gasz iść da­lej. Do sio­stry Mary Phi­lo­me­ny – je­stem sio­strze wi­nien szcze­gól­ną wdzięcz­ność za to, że mnie sio­stra mi­ło­sier­nie za­pro­wa­dzi­ła do Naj­święt­szej Dzie­wi­cy i po­ka­za­ła, że ró­ża­niec po­wi­nien na za­wsze stać się czę­ścią mo­je­go ży­cia. Wszyst­kim sio­strom z Ka­pli­cy Mat­ki Bo­skiej Ró­żań­co­wej dzię­ku­ję za życz­li­wość i mo­dli­twę. Do Jego Emi­nen­cji Ri­char­da M. – dzię­ku­ję Wa­szej Wie­leb­no­ści za szczo­drość i ogrom­nie so­bie ce­nię na­szą przy­jaźń. Do ojca Mike’a S., ojca Mike’a T., ojca Fran­ka P. i ojca Joh­na F. – ra­du­ją mnie wa­sza przy­jaźń i wa­sze mo­dli­twy. Bra­cie An­drew – nie po­tra­fię sło­wa­mi wy­ra­zić mo­je­go sza­cun­ku do bra­ta i po­dzi­wu dla wszyst­kie­go, co brat dla mnie zro­bił, za­rów­no w mo­jej Pra­cy, jak i ży­ciu oso­bi­stym. Nie wiem, jak by się to dla mnie skoń­czy­ło bez bra­ta, zresz­tą sam brat wie naj­le­piej, ile mu za­wdzię­czam.

Bez tych wszyst­kich osób Pra­ca nie mo­gła­by stać się rze­czy­wi­sto­ścią. Dzię­ku­ję im wszyst­kim za to, ile z sie­bie dają i za za­an­ga­żo­wa­nie w służ­bę dzie­ciom Bo­żym: Phi­lo­wi W., Rose W., Chri­so­wi W., Tony’emu B., An­to­nio­wi i Vic­ky B., Ka­thy D., Fre­do­wi K., Den­ni­so­wi M., Mil­lie M., Ma­rie P. (niech spo­czy­wa w po­ko­ju), Scot­to­wi S., Joh­no­wi Z., Jo­emu Z., De­ano­wi L., Ste­ce I., Da­vi­do­wi A. i Mat­to­wi M. . Choć z nie­któ­ry­mi z was stra­ci­łem kon­takt, na za­wsze po­zo­sta­nie­cie w mo­jej pa­mię­ci i mo­dli­twie.

Do Lisy Col­lier Cool – dzię­ku­ję, że wy­trwa­łaś ze mną w tej po­dró­ży. Nie mo­głem tra­fić na lep­szą oso­bę zdol­ną do na­pi­sa­nia ze mną tej książ­ki. Jim­my Vi­nes – to wszyst­ko to był twój po­mysł i dzię­ku­ję ci, że we mnie uwie­rzy­łeś. Doug Mon­te­ro – two­je nie­słab­ną­ce za­in­te­re­so­wa­nie po­zwo­li­ło nam nie usta­wać w pra­cy i za to je­stem ci wdzięcz­ny. Joe Vel­tre i Joe Cle­emann – wa­sza wie­dza re­dak­tor­ska była nie­za­stą­pio­na dla prze­sła­nia tej książ­ki do pu­bli­ka­cji.

I wresz­cie – ostat­ni w ko­lej­no­ści, lecz nie co do zna­cze­nia – mój wy­jąt­ko­wy przy­ja­ciel i part­ner, Joe For­re­ster: od sa­me­go po­cząt­ku to od cie­bie naj­wię­cej się uczę o Pra­cy, a two­ja wier­na przy­jaźń jest dla mnie cen­nym da­rem. Już tyle razy bez wa­ha­nia za­wie­rzy­łem ci swo­je ży­cie. Dzię­ku­ję ci za wszyst­kie wska­zów­ki i po­moc przy pi­sa­niu tej książ­ki. Z Bożą ła­ską na­sza przy­jaźń bę­dzie trwać wie­ki, w tym ży­ciu i w na­stęp­nym.

Nim cię opusz­czę, Czy­tel­ni­ku, chciał­bym Ci pod­dać jed­ną rzecz pod roz­wa­gę. Otóż mo­żesz po­wie­dzieć, że nie wie­rzysz w ani jed­no moje sło­wo o do­cho­dze­niach, któ­re pro­wa­dzi­łem i nie­czy­stych si­łach, z któ­ry­mi się ze­tkną­łem. Je­śli po lek­tu­rze tej książ­ki po­zo­sta­niesz scep­tycz­ny, to trud­no, masz do tego pra­wo. Lecz je­śli choć jed­na oso­ba po prze­czy­ta­niu tych opo­wie­ści po­wie, że uwie­rzy­ła w Boga, będę mógł do­koń­czyć ten pro­jekt z uśmie­chem. Wiem, że je­śli je­steś tą oso­bą, to two­ja wal­ka w po­ło­wie jest już wy­gra­na.

Niech Bóg ma w opie­ce Was wszyst­kich,

Ralph Sar­chie

Be­th­pa­ge, New York

Roz­dział pierw­szy

KOSZ­MAR W HAL­LO­WE­EN

NIE CIER­PIĘ HAL­LO­WE­EN. Ale nie za­wsze tak było. Kie­dy by­łem mały, lu­bi­łem się prze­bie­rać i pro­sić są­sia­dów o cu­kier­ki. A kie­dy by­łem tro­chę star­szy, ga­nia­łem z chło­pa­ka­mi po oko­li­cy, uzbro­jo­ny w jaj­ka i pian­kę do go­le­nia, go­to­wy do świ­tu ro­bić lu­dziom zło­śli­we psi­ku­sy. Do­pie­ro gdy jako po­li­cjant pa­tro­lo­wa­łem nie­bez­piecz­ne dziel­ni­ce mo­je­go mia­sta, po­zna­łem mrocz­ną stro­nę tego świę­ta: każ­dy no­wo­jor­ski zbo­cze­niec i wa­riat do­cho­dzi do wnio­sku, że tej nocy otwie­ra się se­zon po­lo­wań na dzie­ci. W okrę­gu Czter­dzie­stym Szó­stym w Po­łu­dnio­wym Bro­nxie, gdzie pra­cu­ję jako sier­żant, za­czy­na­ją na­pły­wać te­le­fo­ny z alar­mo­we­go nu­me­ru 911. Pę­dzi­my z jed­ne­go miej­sca prze­stęp­stwa na dru­gie przy roz­dzie­ra­ją­cym wy­ciu sy­ren i pró­bu­je­my naj­szyb­ciej, jak się da, wy­ła­pać be­stie, któ­re wy­szły że­ro­wać na bez­tro­skiej dzie­cię­cej na­iw­no­ści. Jak­kol­wiek ohyd­ne by nie były zbrod­nie do­ko­ny­wa­ne przez lu­dzi – a w cią­gu szes­na­stu lat w po­li­cji wi­dzia­łem wię­cej krwi i wy­pru­tych wnętrz­no­ści, niż bym chciał – to nie są one je­dy­nym złem, któ­re na­si­la się w dniu 31 paź­dzier­ni­ka.

Hal­lo­we­en ma nie­chlub­ną hi­sto­rię: zgod­nie z li­czą­cy­mi dwa ty­sią­ce lat po­da­nia­mi tej nocy du­sze zmar­łych na­wie­dza­ją świat, aby siać za­męt swo­imi prze­ra­ża­ją­cy­mi sztucz­ka­mi. Aby je ob­ła­ska­wić, nasi przod­ko­wie zo­sta­wia­li przed do­ma­mi dary z je­dze­nia i skła­da­li ofia­ry ze zwie­rząt. Pierw­si miesz­kań­cy Eu­ro­py oba­wia­li się, że nę­ka­ją­ce ich du­chy mogą mieć znacz­nie bar­dziej zło­wro­gie za­mia­ry: że po­lu­ją na cia­ła ży­wych, aby w nich za­miesz­kać. Chcąc się uchro­nić przed za­wład­nię­ciem przez du­cha, lu­dzie w Dniu Zmar­łych – jak w nie­któ­rych kra­jach na­zy­wa się to świę­to – za­kła­da­li ma­ski albo się prze­bie­ra­li. Kie­dy za­czą­łem zaj­mo­wać się tym, co dziś na­zy­wam Pra­cą – czy­li ba­dać przy­pad­ki na­wie­dza­nia do­mów i de­mo­nicz­ne­go opę­ta­nia – od­kry­łem, że pra­sta­ry lęk przed tą datą ma jed­nak swo­je źró­dła w czymś wię­cej niż lu­do­we po­da­nia czy prze­są­dy. Nie­mal za­wsze pod ko­niec paź­dzier­ni­ka – albo w samo Hal­lo­we­en, albo dzień wcze­śniej, w dniu, któ­ry traf­nie na­zy­wa się Nocą Dia­bła albo Mi­schief Ni­ght1 – na­gle do­sta­je­my wy­jąt­ko­wo dużo zgło­szeń.

Jed­na z mo­ich naj­bar­dziej wstrzą­sa­ją­cych spraw zwią­za­nych z dzia­łal­no­ścią sił nad­przy­ro­dzo­nych za­czę­ła się w Hal­lo­we­en 1991 roku. Mój part­ner w Pra­cy, Joe For­re­ster, czę­sto­wał aku­rat cu­kier­ka­mi grup­kę ma­ło­let­nich łow­ców ła­ko­ci, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Oj­ciec Hay­es, eg­zor­cy­sta z ka­to­lic­kiej die­ce­zji w są­sied­nim sta­nie, otrzy­mał zgło­sze­nie o obec­no­ści sił nie­czy­stych w Wes­t­che­ster Co­un­ty, bo­ga­tym hrab­stwie na pół­no­cy, nie­da­le­ko No­we­go Jor­ku, i chciał, aby­śmy się tym za­ję­li. Choć pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z ro­dzi­ną, któ­ra się do nie­go zwró­ci­ła, ksiądz roz­po­znał nie­któ­re ozna­ki obec­no­ści dia­bła, to, roz­ma­wia­jąc z Joem, nie ujaw­nił żad­nych szcze­gó­łów. Obo­je z moim part­ne­rem zna­li­śmy jed­nak ojca Hay­esa z wcze­śniej­szych do­cho­dzeń i wie­dzie­li­śmy, że nie wzy­wał­by nas, gdy­by nie wi­dział ku temu re­al­nych prze­sła­nek.

***

Joe, po­dob­nie jak ja, pra­cu­je w służ­bach po­rząd­ko­wych, lecz stoi po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy – dla To­wa­rzy­stwa Po­mo­cy Praw­nej prze­słu­chu­je z uży­ciem wa­rio­gra­fu po­dej­rza­nych i świad­ków. I choć ze swo­ją okrą­głą, po­god­ną twa­rzą i pa­skiem brą­zo­wych wło­sów do­oko­ła ły­sie­ją­cej gło­wy wy­glą­da ra­czej jak ru­basz­ny mnich w śred­nim wie­ku, w rze­czy­wi­sto­ści jest nie­zwy­kle zdol­nym de­mo­no­lo­giem. Joe nie tyl­ko jest cho­dzą­cą en­cy­klo­pe­dią okul­ty­zmu – w każ­dej chwi­li jest w sta­nie za­pre­zen­to­wać krót­kie ze­sta­wie­nie ni­ge­ryj­skich kul­tów czczą­cych kro­ko­dy­le czy bra­zy­lij­skie ob­rzę­dy czar­nej ma­gii, ale rów­nież, jako od­zna­czo­ny or­de­rem we­te­ran woj­ny w Wiet­na­mie, ma wy­star­cza­ją­co dużo zim­nej krwi, by sta­wić czo­ła pa­ra­nor­mal­ne­mu prze­ra­że­niu. Je­śli do­dać do tego wbu­do­wa­ny wy­kry­wacz kłamstw, któ­ry wy­kształ­cił się u nie­go przez lata kon­fron­ta­cji z naj­róż­niej­szym ele­men­tem: od kan­cia­rzy, ban­dzio­rów i wszel­kiej ma­ści opry­chów aż po nie­win­nych lu­dzi nie­słusz­nie oskar­żo­nych o po­peł­nie­nie prze­stęp­stwa. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że Joe jest de­tek­ty­wem naj­wyż­sze­go sor­tu.

Joe i ja pra­cu­je­my jako de­mo­no­lo­go­wie w cza­sie wol­nym od pra­cy za­wo­do­wej i nie bie­rze­my za to wy­na­gro­dze­nia. Nie­sie­nie po­mo­cy lu­dziom, któ­rzy mają pro­ble­my ze świa­tem du­cho­wym, trak­tu­je­my jak po­wo­ła­nie. Je­ste­śmy żar­li­wy­mi ka­to­li­ka­mi i do­słow­nie ro­zu­mie­my bi­blij­ne we­zwa­nie Chry­stu­sa, aby „w Jego imię złe du­chy wy­rzu­cać”.

Gdy mamy je­chać w te­ren, od­kła­dam broń i od­zna­kę po­li­cyj­ną i zbro­ję się w wodę świę­co­ną i re­li­kwię z Krzy­ża Świę­te­go.

Nie chciał­bym, aby to zo­sta­ło źle zro­zu­mia­ne. Nie je­stem fa­na­ty­kiem re­li­gij­nym i z całą pew­no­ścią nie je­stem świę­ty, co po­twier­dzi każ­dy z chło­pa­ków, któ­ry pra­cu­je ze mną w okrę­gu Czter­dzie­stym Szó­stym. Je­stem gli­ną i ła­twiej mi przy­cho­dzi kop­nia­kiem wy­wa­żyć drzwi i go­ły­mi rę­ko­ma skuć dzie­się­ciu uzbro­jo­nych opry­chów, niż brać się za bary z de­mo­na­mi. Mó­wiąc wprost, dia­beł prze­ra­ża mnie bar­dziej niż wszyst­ko, co kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem, pa­tro­lu­jąc uli­ce – a w cią­gu tych wszyst­kich lat w po­li­cji wi­dzia­łem nie­mal każ­dy po­twor­ny akt prze­mo­cy, do któ­re­go jest zdol­ny czło­wiek wo­bec czło­wie­ka. Nie­zli­czo­ną ilość razy wzy­wa­no mnie do strze­la­nin czy pchnięć no­żem. Sku­wa­łem lu­dzi, któ­rzy do­ko­na­li gwał­tu bądź mor­der­stwa, a za­cho­wy­wa­li się tak, jak­by to, cze­go się do­pu­ści­li, nie ro­bi­ło na nich wra­że­nia.

Mu­sia­łem in­for­mo­wać lu­dzi, że ich bli­scy zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym albo pa­dli ofia­rą naj­po­twor­niej­szych zbrod­ni, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić. Wi­dzia­łem po­ła­ma­ne cia­ła ma­łych dzie­ci, któ­re ucier­pia­ły w bez­sen­sow­nych wy­pad­kach, bo ro­dzi­ce byli zbyt na­ćpa­ni, aby się nimi za­opie­ko­wać. Aresz­to­wa­łem di­le­rów sprze­da­ją­cych tru­ci­znę, od któ­rej ich bliź­ni zmie­nia­ją się w zom­bie, i aresz­to­wa­łem mat­kę, któ­ra pro­sty­tu­owa­ła swo­ją dzie­się­cio­let­nią có­recz­kę, żeby mieć na dział­kę crac­ku. Nie­daw­no we­zwa­no mnie do miesz­ka­nia, w któ­rym za­sta­łem ko­bie­tę kom­plet­nie za­mro­czo­ną nar­ko­ty­ka­mi. Samo w so­bie nie by­ło­by to ni­czym nie­zwy­kłym w dziel­ni­cy, któ­rą pa­tro­lu­ję, lecz ta ko­bie­ta obi­ja­ła się od ścian, cią­gnąc za sobą no­wo­rod­ka po­łą­czo­ne­go z nią pę­po­wi­ną. Była w ta­kim sta­nie, że nie wie­dzia­ła na­wet, że uro­dzi­ła dziec­ko. Dziec­ko oka­za­ło się być jej dzie­sią­tym – star­sze zo­sta­ły jej ode­bra­ne przez opie­kę spo­łecz­ną, bo była uza­leż­nio­na od ko­ka­iny.

Tak w prak­ty­ce wy­glą­da każ­dej nocy moja pra­ca. I do pew­ne­go stop­nia ob­co­wa­nie z tra­ge­dią i znisz­cze­nia­mi, któ­re po­wo­du­je zbrod­nia, po­ma­ga mi w Pra­cy. W po­li­cji na­uczy­łem się już na pierw­szy rzut oka roz­po­zna­wać zło. Kie­dy moi ko­le­dzy do­wia­du­ją się, że po­ma­gam przy wy­pę­dza­niu de­mo­nów i ba­dam dzia­ła­nie sił nie­czy­stych, wie­lu z nich pyta: „Co to­bie, go­ścio­wi nie­stro­nią­ce­mu od prze­mo­cy i chwi­la­mi na­praw­dę nie­przy­jem­ne­mu, daje pra­wo po­dej­mo­wać się tak zboż­nej mi­sji?”. Od­po­wia­dam im py­ta­niem: „A czy to nie pięk­ne, że Bóg wy­ko­rzy­stu­je ta­kie­go grzesz­ni­ka jak ja do zwal­cza­nia zła na świe­cie?”. Praw­da na­to­miast jest taka, że lu­bię po­ma­gać lu­dziom. Wstę­pu­jąc do po­li­cji, zło­ży­łem przy­się­gę, że będę prze­ga­niał z ulic mo­je­go mia­sta tych, któ­rzy czy­nią zło, i póki co aresz­to­wa­łem ich po­nad trzy­stu. A jako zde­kla­ro­wa­ny chrze­ści­ja­nin mam jesz­cze jed­ną mi­sję do wy­peł­nie­nia: nisz­czyć sza­ta­na i jego de­mo­ny.

Ofi­cjal­nie ni­g­dy nie pro­wa­dzi­łem żad­nej spra­wy na zle­ce­nie Ko­ścio­ła rzym­sko­ka­to­lic­kie­go, lecz na ży­cze­nie po­szcze­gól­nych księ­ży zda­rza­ło mi się pra­co­wać nad spra­wa­mi, któ­re były ofi­cjal­nie pro­wa­dzo­ne przez Ko­ściół ka­to­lic­ki. Spo­ro z nich pro­wa­dzi­łem we współ­pra­cy z bi­sku­pem Ro­ber­tem McKen­ną, gor­li­wym ka­pła­nem i eg­zor­cy­stą, któ­ry ni­g­dy nie uni­ka kon­fron­ta­cji z sza­ta­nem i jego ar­mią ciem­no­ści. Asy­stu­jąc mu przy po­nad dwu­dzie­stu eg­zor­cy­zmach w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat, na­bra­łem naj­wyż­sze­go sza­cun­ku dla tego świę­te­go słu­gi Bo­że­go. Je­śli kie­dy­kol­wiek bę­dzie po­trze­bo­wał, że­bym wraz z nim zszedł do pie­kiel­nej ot­chła­ni, pój­dę za nim bez wa­ha­nia.

W więk­szo­ści głów­nych re­li­gii ist­nie­ją ob­rzę­dy wy­pę­dza­nia złych du­chów. Rzym­ski ob­rzą­dek eg­zor­cy­zmu swy­mi po­cząt­ka­mi się­ga nie­mal czte­ry­stu lat wstecz. Wie­le lat temu ka­to­lic­cy księ­ża otrzy­ma­li świę­ce­nia mniej­sze, sta­jąc się eg­zor­cy­sta­mi i za zgo­dą bi­sku­pów ze swo­ich die­ce­zji mo­gli wy­ko­ny­wać czyn­no­ści zwią­za­ne z tą funk­cją. Dziś duży pro­blem sta­no­wi fakt, iż wie­lu księ­ży, du­chow­nych in­nych wy­znań, a na­wet bi­sku­pów Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go nie wie­rzy w dia­bła, mimo że sam Je­zus do­ko­ny­wał eg­zor­cy­zmów. Kie­dy pe­wien zna­jo­my ksiądz opo­wia­dał o sza­ta­nie w jed­nym ze swo­ich ka­zań, czuł się zmu­szo­ny po­wie­dzieć swo­jej kon­gre­ga­cji: „Dia­beł na­praw­dę ist­nie­je. Prze­pra­szam, moi dro­dzy”. Obo­je z żoną wy­glą­da­li­śmy, jak­by­śmy mie­li wy­sko­czyć z ła­wek. Gdy­bym to ja stał przy ka­zal­ni­cy, nie prze­pra­szał­bym, że mu­szę lu­dziom po­wie­dzieć, że dia­beł jest re­al­nym by­tem. Na wła­sne oczy wi­dzia­łem sza­tań­skie dzie­ło jego ar­mii de­mo­nów.

Lu­dzie, któ­rzy pro­szą Jo­ego i mnie o po­moc, naj­czę­ściej rów­nież nie wie­rzy­li w dia­bła – do cza­su, gdy dziw­ne, nie­da­ją­ce się wy­tłu­ma­czyć ni­czym in­nym zda­rze­nia nie zmie­ni­ły ich ży­cia w kosz­mar. Po­nie­waż w ża­den spo­sób się nie ogła­sza­my ani nie roz­po­wia­da­my o na­szej Pra­cy, lu­dzie zwy­kle tra­fia­ją do nas z po­le­ce­nia. Obaj wie­rzy­my, że je­śli Bóg chce, aby lu­dzie otrzy­ma­li po­moc, to do­pil­nu­je, aby ją otrzy­ma­li – od nas albo od ko­goś in­ne­go. Szu­ka­nie po­mo­cy u de­mo­no­lo­ga rzad­ko jest pierw­szym, co przy­cho­dzi do gło­wy zroz­pa­czo­nym ro­dzi­nom, któ­re do nas tra­fia­ją. Prze­waż­nie je­ste­śmy dla nich ostat­nią de­ską ra­tun­ku po tym, jak wy­czer­pa­li wszel­kie moż­li­wo­ści ra­cjo­nal­ne­go wy­ja­śnie­nia prze­ra­ża­ją­cych zja­wisk, któ­rych do­świad­cza­ją, i nie­rzad­ko za­czy­na­ją po­dej­rze­wać, że mogą tra­cić ro­zum. W chwi­li, gdy wy­krę­ca­ją nu­mer Jo­ego bądź mój, są na kra­wę­dzi obłę­du i nie mają już do kogo się zwró­cić. Albo zo­sta­li do nas skie­ro­wa­ni przez któ­re­goś z na­szych licz­nych zna­jo­mych księ­ży – jak to mia­ło miej­sce w Hal­lo­we­en 1991 roku.

***

Po te­le­fo­nie od ojca Hay­esa po­sta­no­wi­li­śmy z Joem od­wie­dzić ro­dzi­nę Vil­la­no­va 2 li­sto­pa­da. W ka­to­lic­kim ka­len­da­rzu li­tur­gicz­nym jest do Dzień Za­dusz­ny, w któ­rym księ­ża od­pra­wia­ją Ofi­cjum Zmar­łych, a wier­ni mo­dlą się o ła­skę dla dusz cier­pią­cych w czyść­cu. Po­nie­waż nie mie­li­śmy po­ję­cia, z czym przyj­dzie nam się zmie­rzyć, po­peł­ni­li­śmy parę po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych błę­dów. Po pierw­sze, po­pro­szo­no nas je­dy­nie o na­gra­nie ka­me­rą wi­deo wy­wia­du, któ­ry miał oce­nić eg­zor­cy­sta, i za­pew­nio­no, że póź­niej do­łą­czy do nas ksiądz z po­bli­skiej pa­ra­fii. Dla­te­go we­szli­śmy do domu sami, bez to­wa­rzy­szą­cej nam zwy­kle eki­py śled­czych. I po­nie­waż nie za­kła­da­li­śmy, że ja­kie­kol­wiek ob­rzę­dy re­li­gij­ne bę­dzie­my wy­ko­ny­wać sami, za­bra­li­śmy ze sobą je­dy­nie odro­bi­nę wody świę­co­nej i in­nych sa­kra­men­ta­liów. Pa­trząc wstecz, przy­po­mi­na­ło to pa­tro­lo­wa­nie nie­bez­piecz­nej oko­li­cy z tyl­ko jed­ną kulą w bro­ni.

Na szczę­ście – jak się po­tem oka­za­ło – mia­łem przy so­bie moją naj­po­tęż­niej­szą broń, drza­zgę z Krzy­ża Praw­dzi­we­go.

Za­par­ko­wa­li­śmy przed skrom­nym, dwu­ro­dzin­nym do­mem Do­mi­nic­ka Vil­la­no­vy w Yon­kers i od razu rzu­ci­ło mi się w oczy, że ka­wa­łek da­lej na tej sa­mej uli­cy sta­ła ka­pli­ca ka­to­lic­ka. Ed War­ren, zna­ny de­mo­no­log, z któ­rym mia­łem oka­zję pra­co­wać, ma­wiał, że dia­beł chęt­nie dzia­ła w cie­niu ko­ścio­ła i wie­lo­krot­nie prze­ko­na­łem się, że Ed ma ra­cję. Zdu­mie­wa­ją­ce, jak czę­sto na­wie­dza­ne domy znaj­du­ją się w za­się­gu wzro­ku od miejsc kul­tu. Nie wy­cią­gaj­cie jed­nak po­chop­nych wnio­sków: to, że w po­bli­żu wa­sze­go domu znaj­du­je się ko­ściół, nie czy­ni was au­to­ma­tycz­nie po­ten­cjal­nym ce­lem ata­ku sza­ta­na. Mnó­stwo lu­dzi miesz­ka w po­bli­żu ośrod­ków re­li­gij­nych i ni­g­dy nie spo­ty­ka się z tym pro­ble­mem. Lecz je­śli coś in­ne­go – klą­twa albo sa­ta­ni­stycz­ne ob­rzę­dy – skie­ru­je moce pie­kła w wa­szą stro­nę, to obec­ność miej­sca świę­te­go w naj­bliż­szym oto­cze­niu może na­si­lać nie­na­wiść i wście­kłość nę­ka­ją­ce­go was du­cha.

Choć sztyw­no trzy­mam się za­sa­dy, aby nie przy­wią­zy­wać się emo­cjo­nal­nie do osób, któ­rym po­ma­gam, nie­mal się roz­kle­iłem, wi­dząc w drzwiach Do­mi­nic­ka z jego pię­cio­let­nim syn­kiem przy boku. Pierw­sze, co mnie ude­rzy­ło, to prze­ra­że­nie w oczach dziec­ka. Chło­piec pa­trzył na mnie tym męt­nym, oszo­ło­mio­nym wzro­kiem, któ­re mie­wa­ją dzie­ci, kie­dy z krzy­kiem bu­dzą się z kosz­ma­ru. Tyle, że to dziec­ko się nie obu­dzi­ło, wi­dok zna­nych, bez­piecz­nych kształ­tów wo­kół nie ukoi jego lęku ani nie po­zwo­li zna­leźć spo­ko­ju w ra­mio­nach mat­ki czy ojca. Pa­trząc na jego chu­dą po­stać o za­ska­ku­ją­co du­żych sto­pach, po­my­śla­łem: ten dzie­ciak po­wi­nien ga­niać z ko­le­ga­mi i grać w pił­kę, za­miast od­cho­dzić od zmy­słów ze zgro­zy we wła­snym domu!

Jego oj­ciec rów­nież miał twarz za­sty­głą w prze­ra­że­niu. Miał oko­ło czter­dzie­stu pię­ciu lat, był wy­so­ki, łysy i no­sił gru­be oku­la­ry. Cała jego zgar­bio­na po­stać wy­ra­ża­ła re­zy­gna­cję – przy­po­mi­nał mi bro­czą­ce­go krwią bok­se­ra, któ­ry na chwiej­nych no­gach pró­bu­je utrzy­mać się w rin­gu, cze­ka­jąc już tyl­ko na na­stęp­ny cios. Jego bez­sil­ność i strach bu­dzi­ły współ­czu­cie. Jako męż­czy­zna mogę tyl­ko pró­bo­wać so­bie wy­obra­zić, jak mu­siał się czuć, gdy jego ro­dzi­na pa­dła ofia­rą nie­na­zwa­ne­go, bez­cie­le­sne­go zła, wo­bec któ­re­go on sam był cał­ko­wi­cie bez­sil­ny.

Za­pro­wa­dził nas do sa­lo­nu, któ­ry wy­glą­dał jak obóz uchodź­ców. W środ­ku tło­czy­li się smut­ni, po­sęp­ni lu­dzie, wy­glą­da­ją­cy na cho­rych i wy­cień­czo­nych, a pod ścia­na­mi pię­trzy­ły się ubra­nia i zwi­nię­te ma­te­ra­ce. „Czyż­by cała ro­dzi­na spa­ła w tym jed­nym po­ko­ju?”. Wi­dzia­łem już po­dob­ne sce­ny w do­mach, w któ­rych zja­wi­ska pa­ra­nor­mal­ne były tak prze­ra­ża­ją­ce, że lu­dzie w koń­cu prze­sta­wa­li funk­cjo­no­wać jako jed­nost­ki i ni­g­dzie, na­wet do ła­zien­ki, nie od­wa­ża­li się cho­dzić w po­je­dyn­kę. Dom po­wi­nien być bez­piecz­ną przy­sta­nią, w któ­rej czło­wiek może od­po­cząć po cięż­kim dniu, miej­scem spo­koj­nym, w któ­rym wszy­scy czu­ją się swo­bod­nie. Ewi­dent­nie żad­ne z po­miesz­czeń w tym domu nie peł­ni­ło już po­dob­nej roli. I, jak się mia­łem wkrót­ce prze­ko­nać, w piw­ni­cy cza­ił się szcze­gól­ny ro­dzaj stra­chu.

– Prze­pra­szam za ba­ła­gan – po­wie­dział Do­mi­nick. Szu­ka­jąc przez chwi­lę słów na wy­ra­że­nie tego, co nie­wy­ra­żal­ne, do­dał – ostat­nio mie­li­śmy tu spo­ro… pro­ble­mów.

Od­wie­dza­my tych lu­dzi, jako oso­by zu­peł­nie obce, dla­te­go tak waż­ne jest na­wią­za­nie po­ro­zu­mie­nia i zbu­do­wa­nie za­ufa­nia. Wie­dząc o tym, Joe prze­jął kon­tro­lę nad roz­mo­wą w przy­ja­ciel­ski, lecz rze­czo­wy spo­sób. To znacz­nie lep­sze, niż po­zwo­lić ojcu ro­dzi­ny na cha­otycz­ne re­la­cjo­no­wa­nie ostat­nich wy­da­rzeń. Wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie w ba­da­niach z wa­rio­gra­fem na­uczy­ło Jo­ego do­sko­na­le od­czy­ty­wać ludz­kie za­cho­wa­nia, ha­mo­wać w lu­dziach ulot­ne emo­cje i do­cie­rać do sed­na spra­wy.

– Pa­nie Vil­la­no­va, na­zy­wam się Joe For­re­ster, a to mój part­ner, Ralph Sar­chie. Jak pan wie, je­ste­śmy tu na proś­bę ojca Hay­esa i mamy zba­dać isto­tę pro­ble­mów, któ­re pana do­ty­ka­ją. Zgo­dził się pan tu z nami spo­tkać i zo­stał pan po­in­for­mo­wa­ny, że swo­je usłu­gi świad­czy­my bez­płat­nie.

– Pro­szę mi mó­wić Do­mi­nick – po­wie­dział już znacz­nie spo­koj­niej­szym to­nem. Na­stęp­nie przed­sta­wił nam swo­ją żonę, Gab­by, ko­bie­tę tuż po czter­dzie­st­ce o ude­rza­ją­cej uro­dzie. Mia­ła gę­ste czar­ne wło­sy z bia­ły­mi pa­sma­mi po obu stro­nach twa­rzy, a jej rysy były tak wy­ra­zi­ste, że przy­po­mi­na­ła pro­fil wy­bi­ty na awer­sie mo­ne­ty. Nad­wa­ga nie prze­szka­dza­ła jej ubie­rać się dość eks­tra­wa­ganc­ko – mia­ła na so­bie su­kien­kę z wście­kle czer­wo­ne­go ma­te­ria­łu w ko­lo­ro­we pta­ki, a na każ­dym nad­garst­ku po­brzę­ki­wa­ło mnó­stwo wiel­kich, srebr­nych bran­so­le­tek. W daw­nych, bar­dziej ra­do­snych cza­sach, była pew­nie gwiaz­dą każ­dej im­pre­zy, lecz te­raz, po­mi­mo krzy­kli­we­go stro­ju, wy­da­wa­ła się bar­dzo spię­ta i drżą­cą ręką od­pa­la­ła jed­ne­go pa­pie­ro­sa od dru­gie­go. Za­nim za­pro­si­li­śmy obo­je ro­dzi­ców, czwór­kę ich dzie­ci i tro­je przy­ja­ciół, któ­rzy ze­bra­li się, by po­dzie­lić się swo­imi opo­wie­ścia­mi, każ­de­mu z nich wrę­czy­li­śmy me­da­lik ze świę­tym Be­ne­dyk­tem, pro­sząc, by je so­bie za­wie­si­li na szyi. Świę­ty Be­ne­dykt do­ko­nał wie­lu cu­dów i miał ogrom­ną moc zwal­cza­nia de­mo­nów.

Gdy na­kła­da­łem me­da­lik DJ-owi (Do­mi­nic­ko­wi Ju­nio­ro­wi), chłop­cu, któ­re­go po­zna­łem w drzwiach, sta­ło się coś bar­dzo dziw­ne­go. Po za­le­d­wie kil­ku se­kun­dach me­da­lik spadł na pod­ło­gę, mimo że rze­myk, na któ­rym był za­wie­szo­ny, był cały. Do­kład­nie go obej­rza­łem i po­now­nie wło­ży­łem chłop­cu na szy­ję. I me­da­lik zno­wu upadł na zie­mię, i to samo po­wtó­rzy­ło się po raz trze­ci. „To musi być wy­jąt­ko­wo bez­czel­ny de­mon, sko­ro tak so­bie po­czy­na z me­da­li­kiem, któ­ry na mo­ich oczach po­bło­go­sła­wił sam bi­skup”. Więk­szość złych du­chów tchórz­li­wie ucie­ka przed wodą świę­co­ną, świę­ty­mi me­da­li­ka­mi i re­li­kwia­mi. Tyl­ko naj­po­tęż­niej­sze z sza­tań­skich mocy, praw­dzi­we dia­bły są w sta­nie do­ty­kać przed­mio­tów po­świę­co­nych.

Pod­czas roz­mo­wy stop­nio­wo do­cie­ra­ło do nas, z jak groź­nym de­mo­nem mie­li­śmy do czy­nie­nia. Po­cząt­ko­wo ata­ko­wał z ukry­cia, po­ja­wia­jąc się któ­re­goś je­sien­ne­go wie­czo­ru w swo­istym pie­kiel­nym prze­bra­niu hal­lo­we­eno­wym w sy­pial­ni Gab­by i Do­mi­nic­ka:

– W po­ko­ju na­gle zro­bi­ło się bar­dzo zim­no, mimo że noc była cie­pła – po­wie­dzia­ła Gab­by, moc­no ge­sty­ku­lu­jąc i po­brzę­ku­jąc bran­so­let­ka­mi. – W ką­cie zo­ba­czy­łam bia­ły dym, a z nie­go wy­ło­ni­ła się ko­bie­ta. Wi­dzia­łam ją tyl­ko od pasa w górę. Nie od­ry­wa­jąc od niej wzro­ku, za­wo­ła­łam ko­le­żan­kę i męża, któ­rzy wbie­gli do po­ko­ju: „Wi­dzi­cie ją?”. Lecz oni po­wie­dzie­li, że ni­cze­go nie wi­dzą. Zja­wa po­wie­dzia­ła, że na­zy­wa się Vir­gi­nia Tay­lor. Nic wię­cej nie pa­mię­tam.

Lecz Do­mi­nick za­pa­mię­tał nie­co wię­cej:

– Przez ja­kieś trzy mi­nu­ty moja żona znaj­do­wa­ła się w tran­sie i w tym cza­sie Vir­gi­nia prze­ma­wia­ła przez nią: „Żad­nej krzyw­dy, żad­ne­go stra­chu” – po­wie­dzia­ła – czy­li, że nie po­win­ni­śmy się bać. „Chcę tyl­ko pro­sić was o po­moc” – po­wie­dzia­ła, lecz nie wy­ja­śni­ła, dla­cze­go po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy. Po­trzą­sa­łem Gab­by, aż się obu­dzi­ła, a ostat­nie, co po­wie­dzia­ła, za­nim w peł­ni do­szła do sie­bie, to: „Po­moc, ro­dzi­ce”.

Mimo, że to, co mó­wi­ła „Vir­gi­nia”, mia­ło nas uspo­ko­ić, Joe i ja już wie­dzie­li­śmy, kim na­praw­dę była zja­wa – de­mo­nem, któ­ry po­słu­gi­wał się alia­sem. W swej ma­ska­ra­dzie po­peł­nił jed­nak błąd, dzię­ki któ­re­mu wie­dzie­li­śmy, że ta niby-ludz­ka du­sza do­słow­nie zio­nę­ła pie­kiel­nym dy­mem – zja­wa uka­za­ła się jako ko­bie­ta tyl­ko od pasa w górę. To ty­po­we dla de­mo­nów – gdy chcą się po­ka­zać jako isto­ty ludz­kie, w ich wy­glą­dzie za­wsze wy­stę­pu­je ja­kaś ano­ma­lia.

Inną ce­chą zdra­dza­ją­cą, że mamy do czy­nie­nia z wy­słan­ni­kiem sił pie­kiel­nych, było za­sto­so­wa­nie za­sa­dy „dziel i rządź”. Uka­zu­jąc się tyl­ko jed­nej oso­bie, de­mon za­siał ziar­no nie­pew­no­ści, dez­orien­to­wał spa­ni­ko­wa­ną Gab­by i spra­wił, że nie­do­wie­rza­ła już wła­snym zmy­słom. „Czy to się dzie­je na­praw­dę, czy tyl­ko to so­bie wy­obra­żam?” – za­da­ją so­bie py­ta­nie lu­dzie w ta­kich wy­pad­kach. Czę­sto oba­wia­ją się opo­wie­dzieć zna­jo­mym bądź ro­dzi­nie o tym, co ich spo­tka­ło, bo­jąc się, że inni po­my­ślą, że stra­ci­li ro­zum. Wolą za­mknąć się w so­bie, przez co czu­ją się co­raz bar­dziej sa­mot­ni w swej dzi­wacz­nej, po­kręt­nej męce. Na­tu­ral­nie o to wła­śnie cho­dzi de­mo­no­wi – zwąt­pie­nie w sie­bie i cier­pie­nie emo­cjo­nal­ne nisz­czą w czło­wie­ku, któ­ry padł ich ofia­rą, wolę wal­ki, po­zwa­la­jąc de­mo­no­wi po­siąść jego du­szę.

Jak do­tąd wszyst­ko, co usły­sze­li­śmy, było ty­po­wym spo­so­bem po­stę­po­wa­nia sił nie­czy­stych – w tej spra­wie na­stą­pił jed­nak pe­wien nie­spo­dzie­wa­ny zwrot. Duch sza­tań­ski, za­miast stop­nio­wo prze­ła­my­wać opór Gab­by, ata­ku­jąc ją co­raz bar­dziej nie­po­ko­ją­cy­mi sztucz­ka­mi, co na ogół sta­no­wi pierw­szy etap dzia­łal­no­ści dia­bła i po­le­ga na stra­sze­niu ofia­ry stu­ka­niem w środ­ku nocy, dziw­ny­mi te­le­fo­na­mi czy wy­ciem zwie­rząt – naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił z miej­sca przy­stą­pić do prze­śla­do­wa­nia z całą swo­ją nisz­czy­ciel­ską mocą. Prze­śla­do­wa­nie to dru­gi etap dzia­łal­no­ści dia­bła i po­le­ga na prze­ra­ża­ją­cych ata­kach na umysł i cia­ło ofia­ry. To, jak de­mon za­cho­wy­wał się w sy­pial­ni Gab­by, przy­po­mi­na­ło mi tro­chę nie­któ­re z we­zwań, któ­re otrzy­my­wa­łem w po­li­cji, gdzie lu­dzie do­słow­nie sta­wa­li się więź­nia­mi w swo­im domu po tym, jak przy­ję­li ko­goś pod swój dach na pe­wien, nie­zbyt dłu­gi czas, a ich gość osta­tecz­nie przej­mo­wał kon­tro­lę nad ca­łym do­mem.

Ten „gość” był po­cząt­ko­wo nad­zwy­czaj uro­czy. We­dług re­la­cji Gab­by duch wkrót­ce po­wró­cił w środ­ku dnia, kie­dy aku­rat była w piw­ni­cy.

– Coś ka­za­ło mi spoj­rzeć na duże lu­stro, któ­re tam wisi, a w nim zo­ba­czy­łam Vir­gi­nię – opo­wia­da­ła. – I znów do mnie prze­mó­wi­ła: „Ro­dzi­ce, po­moc”, a po­tem opo­wie­dzia­ła, że skoń­czy­ła wła­śnie na­ukę za gra­ni­cą i przy­je­cha­ła tu do swo­ich ro­dzi­ców. Po­słu­gu­jąc się dziw­nym, sta­ro­świec­kim ję­zy­kiem, za­py­ta­ła: „Ja­kież to może być miej­sce?”, a po chwi­li, ro­zej­rzaw­szy się wo­kół i zmie­rzyw­szy mnie wzro­kiem, za­py­ta­ła: „Czy taki strój ucho­dzi za oby­czaj­ny?”. Wy­ja­śni­łam jej, że tak się ubie­ra­my w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku, ale ona upie­ra­ła się, że jest rok 1901. Ani tro­chę się jej nie ba­łam i dłu­go wte­dy roz­ma­wia­ły­śmy.

By­li­śmy z Joe pod wra­że­niem tego, jak spryt­nie zły duch z wol­na snuł swą opo­wieść ni­czym pa­jąk, któ­ry przy­go­to­wu­je sieć dla ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­cej zdo­by­czy. De­mon bez tru­du uśpił czuj­ność Gab­by – go­spo­dy­ni do­mo­wej z przed­mieść – wcią­ga­jąc ją w ko­bie­ce roz­mo­wy o tren­dach w mo­dzie i o tym, jak to jest być mło­dym i wła­śnie skoń­czyć na­ukę; ta prze­bie­gła stra­te­gia wska­zu­je, że mamy do czy­nie­nia z du­chem wy­jąt­ko­wo wy­ra­fi­no­wa­nym. W re­la­cji Gab­by rzu­ci­ło mi się w oczy rów­nież to, jak de­mon w nie­mal nie­do­strze­gal­ny spo­sób pró­bo­wał wy­móc na niej mat­czy­ne współ­czu­cie: ów niby-duch w ja­kiś spo­sób utra­cił kon­takt z ro­dzi­ca­mi i te­raz pró­bu­je ich od­na­leźć.

Gab­by była za­fa­scy­no­wa­na Vir­gi­nią i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­ła na ko­lej­ne od­cin­ki po­ry­wa­ją­cej ope­ry my­dla­nej, któ­rą kar­mi­ła ją zja­wa. Jed­no­cze­śnie in­tu­icja za­czę­ła już ostrze­gać ją przed praw­dzi­wą na­tu­rą no­wej zna­jo­mo­ści.

– Za trze­cim ra­zem rów­nież od­wie­dzi­ła mnie w piw­ni­cy. Po­czu­łam jej obec­ność i po­wie­dzia­łam: „Je­śli ze­chcesz prze­mó­wić, nie wstę­puj we mnie. Ja po­wtó­rzę każ­de two­je sło­wo”. Zi­gno­ro­wa­ła moją proś­bę i od razu we mnie wnik­nę­ła. Bę­dąc we mnie, po­wta­rza­ła w kół­ko, ją­ka­jąc się: „Ro­dzi­ce, po­moc”.

Choć Gab­by nie zda­wa­ła so­bie w peł­ni spra­wy z tego, co się z nią dzie­je – a jej oba­wy były re­gu­lar­nie usy­pia­ne przez po­wta­rza­ne przez zja­wę za­pew­nie­nia: „żad­na krzyw­da i ża­den lęk” – gdzieś w środ­ku czu­ła, że jej umysł i cia­ło są w sta­nie ob­lę­że­nia. In­stynk­tow­nie opie­ra­ła się wni­ka­niu du­cha do jej cia­ła – lecz nie ro­bi­ła tego dość sta­now­czo. De­mon nie zwa­ża na ludz­kie proś­by, bła­ga­nia czy na­wet roz­ka­zy, by opu­ścić cia­ło swo­jej ofia­ry – chy­ba że roz­ka­zu­je mu się w imię Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Choć mia­ła złe prze­czu­cia wzglę­dem du­cha, któ­ry na­rzu­cał jej się wbrew jej woli, głos zja­wy wy­da­wał się Gab­by tak po­cią­ga­ją­cy, że mi­mo­wol­nie się w nie­go wsłu­chi­wa­ła. Tym­cza­sem fał­szy­wy duch, wy­czu­wa­jąc naj­wy­raź­niej, że naj­wyż­sza pora pod­krę­cić tem­po, wró­cił z te­atral­nym roz­ma­chem w chwi­li, gdy Gab­by roz­ma­wia­ła z inną miesz­kan­ką domu, Ruth.

Ruth była ko­bie­tą w śred­nim wie­ku i nie­daw­no wpro­wa­dzi­ła się do domu ra­zem ze swo­im dwu­dzie­sto­pię­cio­let­nim sy­nem, Car­lem, któ­ry nie­daw­no za­rę­czył się z naj­star­szą cór­ką ro­dzi­ny Vil­la­no­va, Lu­cia­ną. Obie mat­ki sie­dzia­ły w sy­pial­ni przy­szłej pan­ny mło­dej, oma­wia­jąc zbli­ża­ją­ce się we­se­le, kie­dy duch przy­szedł, by opo­wie­dzieć o swej chwy­ta­ją­cej za ser­ce tra­ge­dii.

Tym ra­zem zja­wa nie ba­wi­ła się już w żad­ne fi­zycz­ne ak­ce­so­ria dla pod­kre­śle­nia swo­jej obec­no­ści, jak dym czy zwier­cia­dło, lecz od razu za­wład­nę­ła umy­słem Gab­by i po­ro­zu­mie­wa­ła się z nią te­le­pa­tycz­nie, a Gab­by gło­śno jej od­po­wia­da­ła.

– Vir­gi­nia szlo­cha­ła hi­ste­rycz­nie, a ja w kół­ko pró­bo­wa­łam się do­wie­dzieć, co się sta­ło. W koń­cu po­wie­dzia­ła, że zo­sta­ła za­mor­do­wa­na w dniu swo­je­go ślu­bu! O zbrod­nię nie­słusz­nie oskar­żo­no jej na­rze­czo­ne­go, któ­ry z roz­pa­czy po­peł­nił sa­mo­bój­stwo w wię­zien­nej celi. Do­pie­ro po jego śmier­ci zo­rien­to­wa­no się, że aresz­to­wa­no nie­wła­ści­we­go czło­wie­ka. Za­py­ta­łam Vir­gi­nię, kto w ta­kim ra­zie ją za­bił, lecz ona po­wie­dzia­ła tyl­ko: „Nie wol­no zdra­dzić”.

Wir­tu­ozi kan­ciar­stwa, któ­rych zda­rzy­ło mi się aresz­to­wać, nie byli na­wet w po­ło­wie tak spryt­ni jak ta zja­wa – i pew­nie dla­te­go są dziś w wię­zie­niu. Pa­mię­tam go­ścia, któ­ry po­da­jąc się za po­li­cjan­ta, pró­bo­wał wy­łu­dzić od pew­nej ko­bie­ty kil­ka ty­się­cy do­la­rów. Ra­dość ze zwy­cię­stwa zmie­ni­ła się w go­rycz po­raż­ki, gdy ko­bie­ta już mia­ła mu wrę­czyć pie­nią­dze, lecz w ostat­niej chwi­li się roz­my­śli­ła. Dra­nio­wi pu­ści­ły ner­wy. Ude­rzył ją i po­rwał łup – miał pe­cha, bo wła­śnie w tym mo­men­cie mi­ja­łem ich w dro­dze do pra­cy. Pół­au­to­ma­tem ka­li­bru dzie­więć dość szyb­ko prze­ko­na­łem go do za­nie­cha­nia na­pa­ści, od­da­nia go­tów­ki i pod­su­nię­cia mi nad­garst­ków, bym mógł na­ło­żyć na nie kaj­dan­ki. Chciał­bym, aby wal­ka z de­mo­na­mi była tak pro­sta.

To zdu­mie­wa­ją­ce, lecz Gab­by nie za­uwa­ży­ła zbież­no­ści opo­wie­ści zja­wy ze swo­im wła­snym ży­ciem. Czę­sto zresz­tą ze zdzi­wie­niem od­kry­wam, jak do­sko­na­le złe moce po­tra­fią wy­ko­rzy­stać do­bro­dusz­ność czło­wie­ka. Moż­na by po­my­śleć, że lu­dzie po­win­ni być bar­dziej scep­tycz­ni wo­bec isto­ty nad­przy­ro­dzo­nej, któ­ra się zja­wia w chmu­rze dymu aku­rat, gdy oni pla­nu­ją we­se­le swo­jej cór­ki, i ogła­sza, że jest – ta­dam! – du­chem za­mor­do­wa­nej przy­szłej pan­ny mło­dej! Ale tak już jest, że de­mo­ny do­sko­na­le zna­ją ludz­ką psy­chi­kę – i po­sia­da­ją in­for­ma­cje o fak­tycz­nych wy­da­rze­niach – dla­te­go do­kład­nie wie­dzą, któ­re gu­zi­ki wci­skać, aby zjed­nać so­bie ludz­kie ser­ca i umy­sły.

W tym wy­pad­ku naj­wy­raź­niej wą­tek z we­se­lem, któ­re mia­ło dra­ma­tycz­ny fi­nał, oka­zał się strza­łem w dzie­siąt­kę – za­rów­no mat­ka przy­szłe­go pana mło­de­go, jak i Gab­by do­słow­nie za­la­ły się łza­mi, sły­sząc tra­gicz­ną opo­wieść Vir­gi­nii. Ruth szcze­gól­nie wstrzą­snę­ło sa­mo­bój­stwo nie­słusz­nie oskar­żo­ne­go chło­pa­ka. Je­den z jej krew­nych rów­nież zo­stał kie­dyś aresz­to­wa­ny i spę­dził krót­ki czas w wię­zie­niu za prze­stęp­stwo, któ­re­go nie po­peł­nił. Wkrót­ce nie­mal wszy­scy do­mow­ni­cy byli bez resz­ty za­fa­scy­no­wa­ni opo­wie­ścią du­cha i nie mo­gli się do­cze­kać, aż usły­szą, co da­lej. Tyl­ko Do­mi­nick wi­dział w tym wszyst­kim coś zło­wiesz­cze­go. Na co dzień pra­co­wał w księ­go­wo­ści, był prag­ma­ty­kiem i miał po­czu­cie, że mnó­stwo z tego, co sły­szy, po pro­stu nie trzy­ma się kupy.

– Mimo, że żona w ogó­le nie wy­glą­da­ła na prze­ra­żo­ną, ja zde­cy­do­wa­nie by­łem. Ab­so­lut­nie mi się nie po­do­ba­ło to, co się dzia­ło! Vir­gi­nia przy­cho­dzi­ła do mo­jej żony co­raz czę­ściej i za­czy­na­łem mieć wra­że­nie, że zja­wa ją tak jak­by… po­sia­dła, je­śli tak to moż­na na­zwać.

Spoj­rzał na nas spe­szo­nym wzro­kiem chłop­ca, któ­ry wy­wo­ła­ny do ta­bli­cy po­wie­dział coś nie­wia­ry­god­nie głu­pie­go i za chwi­lę zo­sta­nie wy­śmia­ny przez całą kla­sę.

– Co masz na my­śli, mó­wiąc „po­sia­dła” – za­py­tał Joe to­nem ce­lo­wo moż­li­we naj­bar­dziej obo­jęt­nym. Po­nie­waż obaj wy­wo­dzi­li­śmy się ze służb po­rząd­ko­wych, uczo­no nas, aby nie kie­ro­wać ze­zna­nia­mi świad­ków ani nie pod­su­wać im żad­nych wy­ja­śnień, gdy do­cho­dze­nie jest na eta­pie zdo­by­wa­nia in­for­ma­cji.

– No… do­słow­nie: duch wni­kał w moją żonę i pró­bo­wał mó­wić jej usta­mi – wy­tłu­ma­czył. – Czę­sto na przy­kład się ją­ka­ła, choć nor­mal­nie się jej to nie zda­rza. Albo beł­ko­ta­ła tak, że nie mo­gli­śmy zro­zu­mieć ani sło­wa. Pod­czas tych trans­ów – czy jak to się na­zy­wa – sta­wa­ła się sztyw­na jak de­ska. Była cał­ko­wi­cie nie­obec­na, ale gdy za­pa­la­łem świa­tło albo wo­ła­łem ją po imie­niu, Vir­gi­nia zwy­kle opusz­cza­ła jej cia­ło. Cza­sem mu­sia­łem nią po­trzą­snąć, a na­wet ude­rzyć ją w twarz, żeby się obu­dzi­ła. Duch mó­wił: „żad­nej krzyw­dy, żad­ne­go stra­chu”, ale kie­dy wi­dzia­łem moją żonę w ta­kim sta­nie – ze­sztyw­nia­łą, mam­ro­czą­cą i nie­ma­ją­cą po­ję­cia, co się z nią dzie­je – czu­łem, że to coś wy­rzą­dza nam krzyw­dę i że mamy wszel­kie po­wo­dy się bać.

Był to ko­lej­ny do­wód prze­śla­do­wa­nia – in­ten­syw­na kam­pa­nia stra­chu, któ­rą de­mon to­ru­je so­bie dro­gę do swo­je­go osta­tecz­ne­go celu: za­wład­nię­cia ofia­rą i jej opę­ta­nia. I choć w krót­kich okre­sach do­cho­dzi­ło już do na­wie­dze­nia, de­mon nie zła­mał jesz­cze Gab­by na tyle, aby w peł­ni nią za­wład­nąć. Nie po­dej­rze­wa­jąc, w jak wiel­kim są nie­bez­pie­czeń­stwie, Gab­by i jej licz­na ro­dzi­na igno­ro­wa­ła złe prze­czu­cia Do­mi­nic­ka. Jak moż­na się do­my­śleć, pro­wa­dzi­ło to do co­raz częst­szych kłót­ni i wro­go­ści po­mię­dzy mał­żon­ka­mi, co oczy­wi­ście było zgod­ne z in­ten­cja­mi de­mo­na. Każ­de­go wie­czo­ra Do­mi­nick – ko­cha­ją­cy po­rzą­dek księ­go­wy – za­sta­wał po pra­cy dom w nie­ła­dzie i pu­stą lo­dów­kę, po­nie­waż jego żona i Ruth ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­dy­wa­ły w bi­blio­te­ce i pró­bo­wa­ły roz­wią­zy­wać ta­jem­ni­cze za­gad­ki, o któ­rych opo­wia­da­ła im zja­wa. Rów­nież Joe i ja wy­czu­wa­li­śmy ist­nie­ją­ce mię­dzy mał­żon­ka­mi na­pię­cie, kie­dy sie­dząc u nich, za­uwa­ży­li­śmy, że czę­sto so­bie prze­ry­wa­ją albo pro­stu­ją nie­istot­ne szcze­gó­ły opi­sy­wa­nych wy­da­rzeń.

Tym­cza­sem dla obu ma­tek opo­wieść zja­wy była wspa­nia­łą od­skocz­nią od co­dzien­ne­go do­mo­we­go kie­ra­tu i bez­tro­ską za­ba­wą w de­tek­ty­wów. Vir­gi­nia pod­sy­ca­ła jesz­cze en­tu­zjazm ko­biet, opo­wia­da­jąc, że jej ro­dzi­ce – Na­tha­niel i Sa­rah – znik­nę­li w ta­jem­ni­czych oko­licz­no­ściach nie­dłu­go po sa­mo­bój­stwie na­rze­czo­ne­go. „Mam oba­wy, że i oni mo­gli zo­stać za­bi­ci – wy­zna­ła ze łza­mi w oczach – gdy­bym tyl­ko wie­dzia­ła, jaki los ich spo­tkał, być może wte­dy wresz­cie mo­gła­bym spo­cząć w spo­ko­ju”. Nie­mal co­dzien­nie duch pod­su­wał ko­bie­tom nowe wska­zów­ki, któ­re rze­ko­mo mia­ły je na­pro­wa­dzić na trop jej ro­dzi­ców: przy­je­cha­li do Ame­ry­ki mniej wię­cej na po­cząt­ku wie­ku, z ja­kie­goś nie­okre­ślo­ne­go kra­ju w Eu­ro­pie, i za­miesz­ka­li ze swo­imi ku­zy­na­mi – ro­dzi­ną Clar­ke’ów, a Vir­gi­nia zo­sta­ła w oj­czyź­nie, by tam skoń­czyć szko­łę.

Aby za­ostrzyć cie­ka­wość Gab­by i Ruth i wzbu­dzić w nich jesz­cze więk­sze współ­czu­cie, Vir­gi­nia, szlo­cha­jąc, zdra­dzi­ła kil­ka no­wych szcze­gó­łów, któ­re po­ru­szy­ły­by ser­ce każ­dej mat­ki. Otóż Clar­ke’ów rów­nież do­tknę­ła tra­ge­dia – ich syn przy­szedł na świat mar­twy. Nie mo­gąc mieć wię­cej dzie­ci, ad­op­to­wa­li syn­ka, Oli­ve­ra, któ­ry po­tem za­ko­chał się w Vir­gi­nii i po­pro­sił ją o rękę.

Joe, nie­co już znie­cier­pli­wio­ny za­wi­ło­ścia­mi sza­tań­skie­go prze­krę­tu, prze­rwał Gab­by py­ta­niem o me­ri­tum:

– I co? Czy hi­sto­ria opo­wie­dzia­na przez zja­wę się po­twier­dzi­ła?

– Nie­zu­peł­nie – od­par­ła Gab­by. – Przej­rza­ły­śmy sta­re ga­ze­ty, książ­ki te­le­fo­nicz­ne i księ­gi w urzę­dzie mia­sta. Ni­g­dzie nie zna­la­zły­śmy ani sło­wa o Vir­gi­nii, ani o jej ro­dzi­cach. Tyl­ko ja­kieś wzmian­ki o ro­dzi­nie, u któ­rej się za­trzy­ma­li. Wy­glą­da na to, że ci Clar­ke’owie kie­dyś po­sia­da­li zie­mię w tej oko­li­cy, ale nie było żad­nych in­for­ma­cji, aby mie­li syna o imie­niu Oli­ver.

Choć ciem­ne moce do­kład­nie zna­ją wy­da­rze­nia z prze­szło­ści, a ży­cie lu­dzi, któ­rzy ode­szli, mogą oglą­dać jak film na wi­deo, kłam­li­we be­stie za­wsze mie­sza­ją fak­ty z ob­łud­ną, szy­der­czą fik­cją w do­kład­nie ta­kich pro­por­cjach, żeby uza­leż­nić swo­je ofia­ry od opo­wie­ści, któ­rą im ser­wu­ją. Gab­by i Ruth uda­ło się po­twier­dzić tyl­ko to, że ktoś o bar­dzo prze­cież po­pu­lar­nym na­zwi­sku Clar­ke miesz­kał kie­dyś w Wes­t­che­ster. A gdy­by spę­dzi­ły w bi­blio­te­ce jesz­cze wię­cej cza­su, nie­wąt­pli­wie zna­la­zły­by rów­nież nie­ja­kie­go Tay­lo­ra.

To, że ni­g­dzie nie było na­wet wzmian­ki o tra­ge­dii, któ­ra prze­cież mu­sia­ła­by tra­fić na pierw­sze stro­ny ga­zet – pan­na mło­da za­mor­do­wa­na w dniu ślu­bu, a pan mło­dy aresz­to­wa­ny! – nie za­chwia­ło wia­ry, z jaką cała ro­dzi­na chło­nę­ła snu­tą przez Vir­gi­nię opo­wieść. Zja­wa wkrót­ce po­sta­wi­ła przed nimi jesz­cze jed­ną za­gad­kę do roz­wią­za­nia:

– Chcia­ła, aby­śmy zna­la­zły grób jej na­rze­czo­ne­go – po­wie­dzia­ła Gab­by. – Po jego śmier­ci całą spra­wę za­mie­cio­no pod dy­wan i nikt nie wie­dział, gdzie go po­cho­wa­no.

Tu wtrą­cił się Do­mi­nick:

– Do­pro­wa­dzi­ła moją żonę do łez. Gab­by czu­ła, że za­wio­dła Vir­gi­nię, po­nie­waż nie do­wie­dzia­ła się ni­cze­go o lo­sie jej ro­dzi­ców, a te­raz duch płacz­li­wym gło­sem mó­wił o gro­bie na­rze­czo­ne­go, któ­ry nie wia­do­mo gdzie się znaj­du­je.

Rów­nież tym ra­zem mara pod­su­nę­ła ko­bie­tom wska­zów­kę: cia­ło po­cho­wa­no praw­do­po­dob­nie na cmen­ta­rzu Sle­epy Hol­low. Po­nie­waż na­stęp­ny dzień był dniem wol­nym od szko­ły, Gab­by, Ruth i piąt­ka ich dzie­ci wsia­dły w sa­mo­chód i po­je­cha­ły na pięk­ny, sta­ry cmen­tarz w North Tar­ry­town, gdzie spo­czy­wa Wa­shing­ton Irving i jego przy­ja­cie­le, któ­rzy byli pier­wo­wzo­ra­mi po­sta­ci z Le­gen­dy o Sen­nej Ko­tli­nie. Po wie­lu go­dzi­nach bez­owoc­nej wę­drów­ki po­mię­dzy współ­cze­sny­mi i daw­ny­mi na­grob­ka­mi obie wy­mę­czo­ne ro­dzi­ny dały za wy­gra­ną i po­sta­no­wi­ły wra­cać do domu.

Gdy całą gru­pą zbli­ża­ły się do ko­ścio­ła znaj­du­ją­ce­go się przy cmen­ta­rzu, Gab­by wpa­dła w trans.

– Coś mną szar­pa­ło i za­cią­gnę­ło mnie ścież­ką z po­wro­tem na cmen­tarz. Za­trzy­ma­łam się przy na­grob­ku z in­skryp­cją: „Ca­the­ri­ne Clar­ke, 1859–1926”. Vir­gi­nia była ogrom­nie wzru­szo­na i po­wie­dzia­ła, że zna­la­zły­śmy mat­kę Oli­ve­ra. Obok stał jesz­cze je­den, mniej­szy na­gro­bek, lecz był tak znisz­czo­ny, że nie mo­głam od­czy­tać wy­pi­sa­ne­go na nim imie­nia. Może to był grób Oli­ve­ra? Vir­gi­nia nic nie po­wie­dzia­ła.

Ten dia­beł na­praw­dę za­czął mnie in­try­go­wać. Wy­pra­wa na cmen­tarz była po­su­nię­ciem wprost ge­nial­nym: po­nie­waż duch za­cią­gnął Gab­by na grób w po­bli­żu ko­ścio­ła, wszy­scy lo­gicz­nie uzna­li, że mają do czy­nie­nia z życz­li­wym, chrze­ści­jań­skim du­chem. To cał­ko­wi­cie uśpi­ło ich czuj­ność, a tym­cza­sem znaj­do­wa­li się w ulu­bio­nym miej­scu ło­wów dia­bła!

Gab­by prze­sta­ła opie­rać się du­cho­wi i wręcz po­zwo­li­ła, by zja­wa w nią wni­ka­ła, aby w ten spo­sób do­mow­ni­cy mo­gli po­znać dal­szy ciąg jej hi­sto­rii.

– Moja naj­star­sza cór­ka po­szła do to­wa­rzy­stwa hi­sto­rycz­ne­go i zna­la­zła tam sta­re mapy Wes­t­che­ster. Roz­ło­ży­łam je na na­szym sto­le, wzię­łam ołó­wek i po­pro­si­łam Vir­gi­nię, żeby mi wska­za­ła, gdzie miesz­ka­ła. Ręka za­czę­ła mi się trząść z le­wej na pra­wą, a na ko­niec coś prze­su­nę­ło ją w okre­ślo­ne miej­sce. Ołów­kiem na­pi­sa­ła li­te­rę, któ­rą uzna­li­śmy za „M” bądź „W”.

Wszyst­ko to pa­so­wa­ło do zna­ne­go nam dia­bel­skie­go mo­dus ope­ran­di. Dzia­łal­ność de­mo­nów to od­wrot­ność świę­to­ści, ale nie tyl­ko – dia­bły rów­nież pi­szą wspak, dla­te­go ich pi­smo trze­ba czy­tać z lu­ster­kiem, albo do­łem do góry. Ich pi­smo czę­sto jest nie­rów­ne, jak­by ktoś pra­wo­ręcz­ny pi­sał lewą ręką. Dziw­ne sło­wa, cza­sem ob­sce­nicz­ne, pro­fa­nu­ją­ce Boga, albo zwro­ty w ta­jem­ni­czych, sła­bo zna­nych ję­zy­kach to rów­nież zna­ki roz­po­znaw­cze nę­ka­nia przez siły zła. Tu dia­beł ce­lo­wo po­słu­żył się nie­skład­ną ba­zgra­ni­ną, któ­ra była tym sa­mym co pusz­cza­nie dymu i mia­ła jesz­cze bar­dziej zdez­o­rien­to­wać Gab­by.

Ko­bie­ta, któ­ra była na­dal wy­raź­nie za­fa­scy­no­wa­na Vi­ri­gnią, za­pro­po­no­wa­ła Jo­emu, by obej­rzał mapę i sam spró­bo­wał od­gad­nąć ukry­te zna­cze­nie po­zo­sta­wio­ne­go przez de­mo­na zna­ku. Joe po­trzą­snął jed­nak gło­wą – nie przy­je­chał tu po to, by roz­szy­fro­wy­wać dia­bel­skie ko­mu­ni­ka­ty ani przy­spa­rzać złym mo­com, któ­re opa­no­wa­ły ten dom, ja­kiej­kol­wiek nie­po­trzeb­nej sła­wy.

Nad­szedł czas, by wy­ja­śnić tym lu­dziom, z czym mają do czy­nie­nia.

– Gab­by, wy­ja­śnij­my so­bie jed­no. Nie bę­dzie­my już na­zy­wać tego du­cha Vir­gi­nią, po­nie­waż on nie za­słu­gu­je na ludz­kie imię. To nie jest ludz­ki duch ani zja­wa – to de­mon.

Joe wy­ja­śnił na­tu­rę ta­kich du­chów, a po­tem za­czął de­ma­sko­wać opo­wieść dia­bła.

– Hi­sto­ria z we­se­lem to buj­da, za po­mo­cą któ­rej de­mon wzbu­dził w to­bie współ­czu­cie i wkro­czył psy­chicz­nie do wa­sze­go ży­cia. Od tej chwi­li, mó­wiąc o wszyst­kim, co zro­bił duch, bę­dzie­my mó­wić, że zro­bił to de­mon.

Ła­god­na i nie­co otę­pia­ła twarz Do­mi­nic­ka wy­raź­nie się oży­wi­ła i przy­bra­ła wy­raz trium­fu, któ­ry nie­mal krzy­czał: „A nie mó­wi­łem!”.

Gab­by zresz­tą rów­nież nie trze­ba było dłu­go prze­ko­ny­wać. Ze szcze­gó­ła­mi opi­sa­ła, co de­mon zro­bił w Hal­lo­we­en, za­raz po tym, jak Do­mi­nick za­dzwo­nił do księ­dza, ojca Wil­liam­sa, z proś­bą o po­moc.

– Vir­gi­nia – to zna­czy de­mon – po­wie­dział mi, że nie jest zły.

Kie­dy do spra­wy włą­czo­no księ­dza, de­mon wie­dział już, że jest kwe­stią cza­su, kie­dy zo­sta­nie ujaw­nio­na jego praw­dzi­wa na­tu­ra. Dla­te­go wy­da­rze­nia na­bra­ły tem­pa.

Jesz­cze tego sa­me­go dnia duch pró­bo­wał zwa­bić Gab­by do swo­jej sie­dzi­by w piw­ni­cy. Gab­by do­da­ła:

– Za­pew­ni­ła, że nie zro­bi mi krzyw­dy. Gdy jed­nak na­dal nie chcia­łam zejść na dół, po­wie­dzia­ła: mia­łam już do czy­nie­nia z oj­cem Hay­esem i tym ra­zem to ja będę górą!

Na­wet Gab­by przy­zna­ła, że za­brzmia­ło to co naj­mniej zło­wiesz­czo, kie­dy duch naj­pierw twier­dzi, że nie chce ni­ko­go skrzyw­dzić – i że ma wy­łącz­nie po­ko­jo­we za­mia­ry – a po chwi­li ostrze­ga, że go­tów jest wal­czyć z po­słań­cem Bo­żym. Jesz­cze dziw­niej­sze było jed­nak na­zwi­sko księ­dza, o któ­rym mó­wił duch. Nie był to ksiądz, z któ­rym kon­tak­to­wał się Do­mi­nick, lecz eg­zor­cy­sta z in­ne­go sta­nu, któ­ry zo­stał po­wia­do­mio­ny, lecz ro­dzi­na Vil­la­no­va jesz­cze o tym nie wie­dzia­ła.

Ją­ka­jąc się i beł­ko­cząc, de­mon wy­gło­sił swe osta­tecz­ne ul­ti­ma­tum: „Ś-ś-świę­ci nie mogą wejść!”.

Po­wi­nie­nem był od­czy­tać to ostrze­że­nie, lecz go nie od­czy­ta­łem. Wi­dząc, że Joe nie po­trze­bu­je mo­jej po­mo­cy przy wy­wia­dzie z człon­ka­mi ro­dzi­ny, po­sta­no­wi­łem zro­bić to, co za­wsze: przejść się po domu i po­czuć, ja­kie wra­że­nie robi na mnie to miej­sce. Wie­le mogę po­wie­dzieć o miesz­kań­cach, kie­dy tro­chę się ro­zej­rzę po miej­scu, w któ­rym żyją. Szu­kam rze­czy, któ­re mo­gły­by wska­zy­wać na za­in­te­re­so­wa­nie czar­ną ma­gią, pa­trzę, ja­kie przed­mio­ty re­li­gij­ne mają w domu, ja­kie książ­ki czy­ta­ją jego miesz­kań­cy, szu­kam oznak uży­wa­nia nar­ko­ty­ków, cze­go­kol­wiek, co mo­gło­by wska­zy­wać na styl ży­cia od­bie­ga­ją­cy od ide­ału. Je­śli znaj­dę coś, co mnie za­nie­po­koi, to póź­niej py­tam o to człon­ków ro­dzi­ny.

Pod­czas oglę­dzin domu cza­sem po­tra­fię wy­czuć wi­bra­cje wo­kół sy­tu­acji, jaka w nim pa­nu­je. Nie je­stem ja­sno­wi­dzem, więc nie mogę w stu pro­cen­tach po­le­gać na swo­jej in­tu­icji, lecz każ­dy czło­wiek od uro­dze­nia po­sia­da w ja­kimś stop­niu szó­sty zmysł – jako dar od Boga. W tym przy­pad­ku moim wiel­kim błę­dem było cho­dze­nie po domu w po­je­dyn­kę. Za­czą­łem od góry, gdzie nie­daw­no zwol­ni­ło się miesz­ka­nie, któ­re nor­mal­nie ro­dzi­na wy­naj­mo­wa­ła. Kie­dy wsze­dłem do środ­ka, gał­ka w drzwiach jed­ne­go z po­koi za­czę­ła się trząść. Ze­tkną­łem się już z po­dob­ny­mi ta­ni­mi sztucz­ka­mi de­mo­nów, więc za­pa­mię­ta­łem so­bie te drzwi i po­sta­no­wi­łem uważ­niej się im przyj­rzeć.

W po­miesz­cze­niach pa­no­wał nie­na­tu­ral­ny mrok. Kie­dy za­pa­li­łem świa­tło, zro­zu­mia­łem dla­cze­go: wszyst­ko po­ma­lo­wa­no na głę­bo­ką, in­ten­syw­ną czerń. Na­wet okna były za­ma­lo­wa­ne tak szczel­nie, że ża­den pro­mień świa­tła nie prze­ni­kał do środ­ka. Prze­szu­ka­łem po­kój, lecz po­przed­ni lo­ka­tor nie zo­sta­wił po so­bie ab­so­lut­nie nic. A szko­da – chęt­nie bym so­bie obej­rzał rze­czy tego je­go­mo­ścia, po­nie­waż by­łem go­tów za­ło­żyć się o na­stęp­ną wy­pła­tę, że ten czło­wiek – kim­kol­wiek był – na pew­no nie spę­dzał wol­ne­go cza­su na mo­dli­twie ró­żań­co­wej. Po­my­śla­łem, że ko­niecz­nie mu­szę wy­py­tać ro­dzi­nę o ich by­łe­go lo­ka­to­ra.

W miesz­ka­niu na pierw­szym pię­trze, któ­re zaj­mo­wa­ła ro­dzi­na Vil­la­no­va, w sy­pial­ni Gab­by i Do­mi­nic­ka nie zna­la­złem ni­cze­go nie­zwy­kłe­go, po­dob­nie w po­ko­jach trój­ki ich młod­szych dzie­ci. W po­ko­ju przy­szłej pan­ny mło­dej zo­ba­czy­łem nie­skoń­cze­nie ja­sną, lśnią­cą kulę świa­tła, któ­ra ze świ­stem prze­mknę­ła obok mnie i znik­nę­ła na koń­cu ko­ry­ta­rza. Wi­dzia­łem już coś po­dob­ne­go, kie­dy pra­co­wa­łem nad inną spra­wą, dla­te­go nie­szcze­gól­nie się prze­stra­szy­łem. Wró­ci­łem do sa­lo­nu, by za­py­tać ro­dzi­nę, czy kto­kol­wiek z nich tak­że ze­tknął się z tym dziw­nym zja­wi­skiem.

Moje py­ta­nie wzbu­dzi­ło po­ru­sze­nie:

– Tak, wi­dzia­łam to świa­tło – krzyk­nę­ła Lu­cia­na.

– Ja też – do­da­ła Gab­by. – Wy­da­ło mi się strasz­ne.

Je­den po dru­gim po­zo­sta­li człon­ko­wie ro­dzi­ny opi­sa­li sy­tu­acje, w któ­rych uka­za­ła się im kula świa­tła.

Tyl­ko Do­mi­nick mil­czał. Wy­glą­dał na roz­ża­lo­ne­go. W koń­cu nie wy­trzy­mał i prze­rwał roz­mo­wę o kuli, mó­wiąc z wy­rzu­tem:

– A ja tego nie wi­dzia­łem! Jak to moż­li­we, że pan, pa­nie Sar­chie, może to zo­ba­czyć, a ja nie? – Brzmia­ło to tak, jak­by się po­czuł au­ten­tycz­nie ura­żo­ny, że jemu zły duch się nie po­ka­zał.

– Pro­szę się tym nie mar­twić – po­wie­dzia­łem. – Po­wi­nien pan ra­czej być wdzięcz­ny, że pan tego nie wi­dzi.

Nie­chęt­nie ski­nął gło­wą, a ja wró­ci­łem do oglą­da­nia resz­ty domu. Po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia wy­glą­da­ły zu­peł­nie nor­mal­nie, choć w kuch­ni pa­no­wał spo­ry ba­ła­gan, a w zle­wie pię­trzy­ły się brud­ne na­czy­nia. Przy­szła pora obej­rzeć dół. W pierw­szej chwi­li, gdy wsze­dłem do piw­ni­cy, nie po­czu­łem w niej obec­no­ści złe­go du­cha. Gdy jed­nak skie­ro­wa­łem się w stro­nę skła­dzi­ku, do któ­re­go pro­wa­dzi­ły po­dwój­ne drzwi, z od­le­gło­ści pię­ciu me­trów mo­głem wy­czuć siły ciem­no­ści. To uczu­cie było tak sil­ne, że za­sty­głem z prze­ra­że­nia. Pra­co­wa­łem w po­li­cji na tyle dłu­go, że strach nie był mi obcy, zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach re­ago­wa­łem agre­sją – na­uczy­łem się tak re­ago­wać. W tam­tej piw­ni­cy na­to­miast sta­ło się ina­czej – nie by­łem w sta­nie ode­rwać wzro­ku od po­dwój­nych drzwi, ser­ce wa­li­ło mi jak osza­la­łe i nie po­tra­fi­łem zła­pać od­de­chu. Po­tem za­czę­ła mnie bo­leć gło­wa i nie był to zwy­kły ból gło­wy, lecz prze­szy­wa­ją­cy ból w pra­wej skro­ni, któ­ry już wcze­śniej od­czu­wa­łem pod­czas in­nych do­cho­dzeń albo w cza­sie eg­zor­cy­zmów.

W mia­rę jak na­si­lał się ból, któ­ry roz­sa­dzał mi czasz­kę, czu­łem co­raz więk­sze skur­cze w żo­łąd­ku i my­śla­łem, że zwy­mio­tu­ję. Nie od­no­to­wa­łem żad­nych ze­wnętrz­nych fi­zycz­nych oznak, że coś jest nie tak, jak być po­win­no – prócz pie­kiel­ne­go prze­ra­że­nia i po­czu­cia obec­no­ści zła ab­so­lut­ne­go. Sta­łem jak spa­ra­li­żo­wa­ny, nie mo­gąc po­ru­szyć usta­mi, by co­kol­wiek po­wie­dzieć, je­dy­nie w my­ślach roz­ka­zy­wa­łem de­mo­no­wi, by w imię Je­zu­sa Chry­stu­sa opu­ścił to miej­sce. I rze­czy­wi­ście – na chwi­lę roz­luź­nił że­la­zny uścisk wo­kół mego cia­ła aku­rat na tyle, że uda­ło mi się się­gnąć do kie­sze­ni po bu­tel­kę wody świę­co­nej. Rzu­ci­łem nią w drzwi i mo­głem już wy­co­fać się w kie­run­ku scho­dów – wciąż nie ma­jąc od­wa­gi ode­rwać wzro­ku od tych prze­klę­tych drzwi.

Gdy zna­la­złem się w sa­lo­nie, gdzie wszy­scy sie­dzie­li, ból i mdło­ści mi­nę­ły cał­ko­wi­cie. Wzią­łem Joe na stro­nę i po­wie­dzia­łem, co za­szło przed chwi­lą.

– Ralph, my­ślę, że po­wi­nie­neś to zo­ba­czyć – po­wie­dział, wrę­cza­jąc mi no­tat­kę, któ­rą „duch” po­dyk­to­wał Gab­by po­przed­niej nocy.

Na kart­ce wid­nia­ło jed­no zda­nie: „Nie­szczę­ście spo­tka tych, co na dole” i ostrze­że­nie: „Strzeż­cie się nocy!”.

Roz­dział dru­gi

KO­NIEC KOSZ­MA­RU

KIE­DY W PIW­NI­CY DE­MON TRZY­MAŁ MNIE w swych szpo­nach, Joe od­krył nowy, nie­po­ko­ją­cy szcze­gół na­szej spra­wy. Dwa ty­go­dnie po tym, jak de­mon roz­po­czął swą grę oszustw i złu­dzeń, naj­star­sza cór­ka Gab­by, Lu­cia­na, pa­dła ofia­rą se­rii wy­jąt­ko­wo okrut­nych ata­ków. Choć była bar­dzo ład­na, mia­ła dłu­gie, fa­lu­ją­ce czar­ne wło­sy, oliw­ko­wą cerą, ogni­ste spoj­rze­nie czar­nych oczu i nie­wąt­pli­wie mo­gła­by być ozdo­bą ca­łej ro­dzi­ny, to jej twarz była po­nu­ra, nie­mal wro­ga. Ota­cza­ła ją tak in­ten­syw­na aura nie­szczę­ścia, że mia­ło się wra­że­nie, jak­by spo­wi­ja­ła ją gę­sta, czar­na mgła. Czu­ło się, że wy­star­czy jed­no nie­ostroż­ne sło­wo, a za­ata­ku­je i po­sy­pią się gro­my.

Kie­dy Joe grzecz­nie po­pro­sił, by za­ło­ży­ła me­da­lik ze świę­tym Be­ne­dyk­tem, któ­ry po­ło­ży­ła przed sobą na sto­le, od­fuk­nę­ła z wście­kło­ścią:

– No­si­łam na szyi me­da­lik z Mat­ką Bo­ską, ale dziś rano znik­nął – i ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju, jak­by po­dej­rze­wa­ła, że ktoś z ro­dzi­ny ukradł go, gdy spa­ła – a był z praw­dzi­we­go zło­ta!

– Nie martw się – po­wie­dział Joe po­jed­naw­czym to­nem. – De­mon mógł spra­wić, że me­da­lik znik­nął, aby pod­bu­rzyć cię prze­ciw­ko po­zo­sta­łym człon­kom ro­dzi­ny. Te du­chy chcą, aby­ście ska­ka­li so­bie do oczu. Może więc za­ło­żysz ten dru­gi me­da­lik?

– Rze­myk jest za dłu­gi – ma­ru­dzi­ła. Po­da­ła me­da­lik Car­lo­wi, któ­ry sie­dział za nią i wy­glą­dał, jak­by pró­bo­wał chro­nić swo­ją wście­kłą na­rze­czo­ną, a jed­no­cze­śnie się jej bał. Mimo że miał do­pie­ro dwa­dzie­ścia pięć lat, już miał duże za­ko­la, przez co jego sze­ro­kie czo­ło i wiel­ki, orli nos sta­wa­ły się jesz­cze bar­dziej wy­dat­ne. Cały był ubra­ny na czar­no, a w le­wym uchu miał zło­ty kol­czyk. Wy­jął z kie­sze­ni szwaj­car­ski scy­zo­ryk i ostroż­nie przy­ciął rze­myk.

– Coś ty zro­bił?! Te­raz jest za krót­ki!

Pod ostrza­łem groź­ne­go spoj­rze­nia Lu­cia­ny, Carl od­ciął nowy ka­wa­łek z mot­ka, któ­ry ze sobą przy­wieź­li­śmy.

– Taki wy­star­czy?

Wy­rwa­ła mu me­da­lik i na­ło­ży­ła na gło­wę, uwa­ża­jąc, by nie za­ha­czyć o gru­by koń­ski ogon.

– Chy­ba tak – przy­zna­ła nie­chęt­nie. Po czym do­da­ła, jak­by na­gle za­wsty­dził ją wła­sny wy­buch zło­ści – prze­pra­szam, za­cho­wu­ję się jak zoł­za. Ale dziś w nocy spa­łam góra pół go­dzi­ny.

– Nic się nie sta­ło – po­cie­szał ją Joe. – Ro­zu­miem, jak bar­dzo się mar­twisz i bo­isz. Opo­wiedz Ral­pho­wi o pro­ble­mach, któ­re cię nę­ka­ją.

Lu­cia­nie wy­raź­nie mi­nę­ła złość i osu­nę­ła się cięż­ko w fo­te­lu, jak­by na swo­ich wą­tłych ra­mio­nach no­si­ła ogrom­ny cię­żar.

– Kil­ka ty­go­dni temu, oko­ło dru­giej w nocy, czy­ta­łam u sie­bie w po­ko­ju. Sio­stra była na im­pre­zie, dla­te­go wsta­łam, żeby za­pa­lić jej świa­tło w ko­ry­ta­rzu, i wte­dy szklan­ka z wodą, któ­ra sta­ła koło łóż­ka, prze­le­cia­ła tuż obok mo­jej gło­wy.

Był to pierw­szy atak na jej oso­bę i Lu­cia­na swo­im krzy­kiem po­sta­wi­ła na nogi cały dom. Po tym bała się spać sama, więc na­stęp­ną noc spę­dzi­ła w po­ko­ju sio­stry. W środ­ku nocy, pię­tro­we łóż­ko, na któ­rym spa­ły dziew­czę­ta, za­czę­ło się moc­no trząść i ska­kać po pod­ło­dze. I znów ich krzy­ki obu­dzi­ły do­mow­ni­ków, lecz gdy wpa­dli do po­ko­ju i za­pa­li­li świa­tło, trzę­sie­nie usta­ło.

To jed­na z cech wy­róż­nia­ją­cych atak – pierw­szy etap opę­ta­nia przez siły nie­czy­ste. To, co prze­ra­ża ofia­rę, dzie­je się w ciem­no­ści i usta­je, gdy za­pa­la się świa­tło. Ty­po­wa gra złu­dy, któ­rej ce­lem jest wzbu­dze­nie w ofie­rze stra­chu i nie­do­wie­rza­nia, żeby sama sie­bie py­ta­ła: „Czy łóż­ko stu­ka­ło na­praw­dę, czy tyl­ko mi się to przy­śni­ło? Czy to moż­li­we, że obie to so­bie wy­obra­zi­ły­śmy?”. Choć zły dych po­cząt­ko­wo dzia­łał po­ta­jem­nie, z każ­dym dniem po­czy­nał so­bie śmie­lej. Atak szyb­ko prze­szedł w jaw­ne prze­śla­do­wa­nie: złe moce nie ucie­ka­ły już po wci­śnię­ciu kon­tak­tu i za­czę­ły ata­ko­wać rów­nież w bia­ły dzień.

I za każ­dym ra­zem na swą ofia­rę de­mon wy­bie­rał tę samą oso­bę: Lu­cia­nę.

– Co­dzien­nie mam ja­kieś za­dra­pa­nia – po­wie­dzia­ła. – Naj­czę­ściej są to sze­ro­kie, czer­wo­ne śla­dy wzdłuż ra­mion, któ­re bar­dzo szyb­ko zni­ka­ją, cza­sem w cią­gu kil­ku mi­nut. Któ­rejś nocy oko­ło dru­giej nad ra­nem po­czu­łam sil­ny pie­ką­cy ból na skó­rze, a gdy się obu­dzi­łam, na brzu­chu mia­łam wy­dra­pa­ny pen­ta­gram. In­nym ra­zem ra­mię za­czę­ło mnie szczy­pać i pa­lić, jak­bym je wło­ży­ła w ogień. Kie­dy spoj­rza­łam w lu­stro, wid­nia­ła na nim licz­ba sza­ta­na, 666, wy­pi­sa­na wiel­ki­mi czer­wo­ny­mi cy­fra­mi.

Za­gad­ką jest, dla­cze­go de­mon wy­brał aku­rat Lu­cia­nę – obie jej na­sto­let­nie sio­stry mó­wi­ły, że jest z nich wszyst­kich naj­sil­niej­sza; że jest dla nich kimś w ro­dza­ju pięk­nej, peł­nej ener­gii i dość wo­jow­ni­czej przy­wód­czy­ni. Mimo to w mo­jej Pra­cy nie­raz już się prze­ko­na­łem, że nie da się okre­ślić re­gu­ły, we­dług któ­rej dia­beł wy­bie­ra na swo­ją ofia­rę tego, a nie in­ne­go człon­ka ro­dzi­ny, poza tym, że lu­dzie są ata­ko­wa­ni przez swo­je sła­bo­ści, zręcz­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ne przez dia­bła. De­mo­ny bar­dzo czę­sto kon­cen­tru­ją swo­je ata­ki na dzie­ciach – jako drę­czy­cie­le uwiel­bia­ją nę­kać dzie­ci. Ta stra­te­gia jest okrut­na, lecz nad wy­raz sku­tecz­na: sko­ro de­mon chce po­siąść mat­kę, to czy ist­nie­je lep­szy spo­sób na zła­ma­nie jej du­cha – i osła­bie­nie opo­ru przed opę­ta­niem – niż wy­rzą­dze­nie krzyw­dy jej dziec­ku?

Choć de­mon mógł się uwziąć na któ­re­kol­wiek z czwór­ki dzie­ci Gab­by, uku­łem teo­rię, dla­cze­go wła­śnie Lu­cia­na pa­dła ofia­rą prze­mo­cy. W tym, że siła nie­czy­sta ob­ja­wi­ła się ro­dzi­nie jako bu­dzą­ca li­tość zja­wa ko­bie­ty za­mor­do­wa­nej w dniu swo­je­go ślu­bu, była ja­kaś per­wer­syj­na lo­gi­ka, po­nie­waż wzbu­dzi­ła w Gab­by więk­sze współ­czu­cie wła­śnie dla­te­go, że jej wła­sna cór­ka – praw­dzi­wa przy­szła pan­na mło­da – rów­nież do­zna­ła cier­pie­nia.

Je­śli tak było, to plan się po­wiódł: Gab­by od razu za­py­ta­ła „Vir­gi­nię”, ja­kie jesz­cze du­chy znaj­do­wa­ły się w ich domu. I de­mon oczy­wi­ście miał go­to­wą od­po­wiedź:

– Po­wie­dzia­ła, że w domu znaj­du­ją się dwa po­lter­ge­isty – opo­wia­da­ła Gab­by. – Je­den do­bry, a dru­gi wy­jąt­ko­wo zło­śli­wy i groź­ny.

Joe się skrzy­wił – obaj nie zno­si­li­śmy tego okre­śle­nia, któ­re sta­ło się bar­dzo mod­ne wśród lu­dzi zaj­mu­ją­cych się pa­rap­sy­cho­lo­gią – przy­naj­mniej wśród tych, któ­rzy wie­rzą w du­chy. Przy­pad­ki ata­ków, prze­śla­do­wa­nia bądź fak­tycz­ne­go opę­ta­nia przez de­mo­ny tłu­ma­czą jed­nym, zręcz­nym ha­słem: „zja­wi­sko po­lter­ge­ist”. Sło­wo po­cho­dzi z nie­miec­kie­go i ozna­cza ha­ła­su­ją­ce­go lub zło­śli­we­go du­cha. (Inni twier­dzą, że po­lter­ge­isty po­wsta­ją w wy­ni­ku dzia­ła­nia sił na­tu­ry ta­kich jak pole elek­tro­ma­gne­tycz­ne albo pod­ziem­ne cie­ki wod­ne – i nie mają nic wspól­ne­go z de­mo­na­mi). To okre­śle­nie spra­wia, że siły nie­czy­ste ja­wią się jako gru­pa żar­tow­ni­siów, ot, ta­kie tam stra­chy na la­chy. Tym­cza­sem to tak, jak­by po­wie­dzieć, że ci, któ­rzy gwał­cą i na­pa­da­ją, po pro­stu lu­bią się za­ba­wić i choć po­win­ni być może po­pra­co­wać nad swy­mi kom­pe­ten­cja­mi spo­łecz­ny­mi, to nie są re­al­nym za­gro­że­niem dla po­rząd­ku pu­blicz­ne­go.

Nie ob­cho­dzi mnie, czy wie­rzy­cie w dia­bła – i tak będę się mo­dlił, aby­ście wy i wa­sze ro­dzi­ny ni­g­dy nie do­świad­czy­li jego gnie­wu i nie­słab­ną­cej nie­na­wi­ści. Prze­szka­dza mi na­to­miast bar­dzo, gdy pa­rap­sy­cho­lo­go­wie „wy­ja­śnia­ją” przy­pad­ki na­wie­dza­nia z na­uko­we­go punk­tu wi­dze­nia, wcho­dząc do do­mów z ka­me­ra­mi i ma­gne­to­me­tra­mi za­miast wody świę­co­nej i re­li­kwii. Ro­bią po­mia­ry, strze­la­ją parę efek­tow­nych fo­tek ener­gii du­cho­wej i bar­dzo z sie­bie za­do­wo­le­ni idą da­lej, a miesz­kań­cy na­wie­dza­ne­go domu zo­sta­ją ze swo­im kosz­ma­rem. Sza­tan musi być za­chwy­co­ny! Czy co­kol­wiek mo­gło­by bar­dziej przy­słu­żyć się jego mi­sji znisz­cze­nia ludz­ko­ści niż stwier­dze­nie, że jego ar­mia to nic in­ne­go jak zbie­ra­ni­na nie­groź­nych, psot­nych po­lter­ge­istów?

Joe po­sta­no­wił za­re­ago­wać.

– De­mon chciał się po­ba­wić w do­bre­go i złe­go gli­nę, czy ra­czej do­bre­go i złe­go po­lter­ge­ista. Tyle, że nie ist­nie­ją do­bre po­lter­ge­isty. To sło­wo to eu­fe­mizm, któ­rym lu­dzie na­zy­wa­ją de­mo­ny. Nie daj się zwieść – je­dy­ne du­chy prze­by­wa­ją­ce w wa­szym domu to złe du­chy, na­praw­dę groź­ne de­mo­ny.

Gdy Gab­by na po­waż­nie prze­stra­szy­ła się zło­wiesz­czej prze­stro­gi, de­mon prze­szedł do dru­gie­go eta­pu swo­jej oszu­kań­czej gry i ofia­ro­wał ro­dzi­nie „po­moc” w roz­wią­za­niu pro­ble­mu, któ­ry sam na nią spro­wa­dził. Przy­po­mi­na mi to za­cho­wa­nie prze­stęp­ców, któ­rzy po­ta­jem­nie tłu­ką skle­po­wą wi­try­nę, a po kil­ku go­dzi­nach ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­ce­mu skle­pi­ka­rzo­wi pro­po­nu­ją wy­gó­ro­wa­ną cenę za jej po­now­ne wsta­wie­nie.

De­mon na tym nie po­prze­stał. Jesz­cze tego dnia wy­słał in­ne­go „du­cha”, aby za­świad­czył o jego do­brych in­ten­cjach.

– Sta­nął przede mną mój zmar­ły przed dwo­ma laty oj­ciec – wy­ja­śni­ła Gab­by. – Na­zy­wał Vir­gi­nię „pa­nią” i za­pew­niał, że to do­bra oso­ba. Uka­zał mi się czte­ry albo pięć razy i za każ­dym ra­zem dłu­go roz­ma­wia­li­śmy. Któ­rejś nocy DJ rów­nież go zo­ba­czył i roz­ma­wiał z nim do­brą go­dzi­nę.

– Czy za­uwa­ży­łaś w jego wy­glą­dzie coś nie­zwy­kłe­go? – za­py­tał Joe.

– Nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że to mój oj­ciec – pod­kre­śli­ła Gab­by. – Opo­wia­dał o wy­da­rze­niach z mo­je­go dzie­ciń­stwa, o któ­rych wie­dzie­li­śmy tyl­ko ja i on. Ty go wi­dzia­łeś, DJ, two­im zda­niem jak wy­glą­dał?

Chło­piec przez chwi­lę się wa­hał, ale zde­cy­do­wał się po­wie­dzieć praw­dę:

– Nie gnie­waj się, mamo, ale nie za do­brze pa­mię­tam dziad­ka z cza­su, kie­dy był, no wiesz, żywy. Kie­dy sie­dzia­łem z nim na ka­na­pie, twarz miał całą w zmarszcz­kach i wy­glą­dał na­praw­dę sta­ro. Miał brą­zo­wy gar­ni­tur i bi­żu­te­rię. Mó­wił mi pro­sto do ucha, do­syć gło­śno i po­wie­dział, że mama po­win­na słu­chać „tej mi­łej pani”.

Wi­dać było, że chło­piec czu­je się nie­kom­for­to­wo i nie wie, co ze sobą zro­bić, uni­kał pa­trze­nia mat­ce w oczy.

– Raz roz­ma­wiał ze mną w szko­le i na­uczy­ciel­ka na­krzy­cza­ła na mnie, że nie uwa­żam – prze­rwał na chwi­lę, po czym rzu­cił ze zło­ścią. – Wca­le mi się nie po­do­ba­ło, kie­dy dzia­dek przy­cho­dził. Za­wsze się wte­dy ro­bi­ło strasz­nie zim­no i mia­łem w brzu­chu ta­kie dziw­ne uczu­cie.

Choć ani DJ, ani jego mat­ka nie za­uwa­ży­li ni­cze­go dziw­ne­go w po­sta­ci sta­rusz­ka, by­łem pe­wien, że było to ko­lej­ne oszu­stwo sza­ta­na, aby przy­dać „Vir­gi­nii” wia­ry­god­no­ści drob­ny­mi na­po­mknię­cia­mi o jej do­brych in­ten­cjach. Zna­jo­mość szcze­gó­łów z dzie­ciń­stwa Gab­by ni­cze­go nie do­wo­dzi­ła – miesz­kań­cy pie­kła mają do­stęp do ludz­kich ży­cio­ry­sów i mogą z nich czer­pać wszyst­ko, co może się przy­słu­żyć ich de­mo­nicz­nym ce­lom. To nie­win­ne dziec­ko naj­wy­raź­niej wy­czu­ło jed­nak coś nie­po­ko­ją­ce­go w du­chu dziad­ka, któ­ry mu się uka­zał, mimo że nie po­tra­fi­ło po­wie­dzieć do­kład­nie co. Sza­tan za­wsze zdra­dza swo­ją obec­ność, choć nie za­wsze w spo­sób tak oczy­wi­sty jak śla­dy ko­pyt.

Mimo że de­mon może przy­brać do­wol­ną po­stać – na­wet oso­by świę­tej – za­wsze jest ja­kiś znak, któ­ry go zdra­dzi, coś, co nie pa­su­je do resz­ty, trze­ba tyl­ko wie­dzieć, jak tego szu­kać. Dia­beł wie­lo­krot­nie uka­zy­wał się pod róż­ny­mi po­sta­cia­mi jed­ne­mu z uczniów świę­te­go Fran­cisz­ka z Asy­żu i pró­bo­wał zła­mać jego wia­rę. Za każ­dym ra­zem ucznio­wi uda­wa­ło się przej­rzeć jego in­ten­cje, aż sza­tan przy­szedł pod po­sta­cią kru­cy­fik­su. Po­da­jąc się za Syna Bo­że­go, po­wie­dział po­boż­ne­mu mni­cho­wi, że jego mo­dli­twy i po­ku­ta są bez­ce­lo­we, po­nie­waż za­rów­no on jak i świę­ty Fran­ci­szek zo­sta­li już na­zna­cze­ni jako prze­klę­ci. Męż­czy­zna dał się oszu­kać i stra­cił wia­rę w swo­je­go du­cho­we­go przy­wód­cę, do­pó­ki ten nie przy­po­mniał mu, że Je­zus swo­im sło­wem ni­g­dy by nie po­grą­żył czło­wie­ka w roz­pa­czy i roz­go­ry­cze­niu, lecz za­wsze go na­peł­nia mi­ło­ścią i ra­do­ścią.

Świę­ty Fran­ci­szek wy­ja­śnił na­stęp­nie bra­tu, jak zde­ma­sko­wać wro­ga jego du­szy. Na­stęp­nym ra­zem pod­czas uka­za­nia się mu fał­szy­we­go kru­cy­fik­su mnich miał roz­ka­zać po­sta­ci Chry­stu­sa, aby otwar­ła usta. Po­nie­waż dia­beł nie może prze­ma­wiać przez usta Je­zu­sa, zo­stał ob­na­żo­ny jako pod­ły kłam­ca, któ­rym był w isto­cie, i uciekł z taką wście­kło­ścią, że ogrom­ne gła­zy za­czę­ły się sta­czać ze zbo­cza po­bli­skiej góry, a ude­rza­jąc o sie­bie, krze­sa­ły iskry, za­mie­nia­jąc kra­jo­braz w pło­ną­ce in­fer­no. Brat po­pro­sił Boga o wy­ba­cze­nie, że po­słu­chał dia­bel­skich pod­szep­tów. Wte­dy sta­nął przed nim praw­dzi­wy Syn Boży i po­wie­dział: „Do­brześ zro­bił, synu, żeś za­wie­rzył świę­te­mu Fran­cisz­ko­wi, bo ten, któ­ry cię uczy­nił nie­szczę­śli­wym, był dia­błem”. Sło­wa te na­peł­ni­ły ser­ce męż­czy­zny taką sło­dy­czą, że na nowo za­chwy­cił się Bo­giem i ni­g­dy już nie zwąt­pił, że zo­sta­nie zba­wio­ny.

Po­dob­nie ra­dzę lu­dziom, któ­rym dia­beł uka­zu­je się pod po­sta­cią zmar­łych krew­nych, bu­dzą­cych li­tość zjaw, świę­tych, a na­wet sa­me­go Je­zu­sa Chry­stu­sa – mó­wię im, aby po­pro­si­li zja­wę, by po­wie­dzia­ła: „Ko­cham Boga”. Dia­beł ni­g­dy, prze­nig­dy nie wy­po­wie tych słów, dla­te­go to po­le­ce­nie jest pew­nym spo­so­bem na zde­ma­sko­wa­nie sił zła. Moż­na też roz­ka­zać du­cho­wi, aby nas opu­ścił w imię Je­zu­sa – to po­le­ce­nie dzia­ła tyl­ko na siły ciem­no­ści, na­to­miast du­chy lu­dzi na nie nie re­agu­ją. Waż­ne jest rów­nież, aby­śmy pa­mię­ta­li, co po­wie­dział świę­ty Fran­ci­szek swo­je­mu bra­tu: świę­te du­chy nio­są ra­dość, a de­mo­ny spro­wa­dza­ją na lu­dzi nie­szczę­ścia, kon­flik­ty, prze­ra­że­nie i nie­na­wiść.

Tak było nie­wąt­pli­wie rów­nież w tym przy­pad­ku: po tym, jak po­ja­wił się duch dziad­ka, ata­ki na Lu­cia­nę na­si­li­ły się i sta­ła się ona ofia­rą wie­lu na­pa­ści w cią­gu dnia w od­stę­pach, któ­rych nie spo­sób było prze­wi­dzieć. Przy­szła pan­na mło­da ni­g­dy nie mo­gła wie­dzieć, kie­dy coś kop­nie ją brzuch, rzu­ci nią o ścia­nę, wy­wle­cze z łóż­ka, po­gry­zie czy po­szar­pie za wło­sy. Jej ży­cie zmie­ni­ło się w kosz­mar, w któ­rym do­zna­wa­ła każ­dej wy­obra­żal­nej for­my prze­mo­cy. Na po­cząt­ku na­szej roz­mo­wy prze­ko­na­li­śmy się, że jest strzęp­kiem ner­wów, a te­raz wie­dzie­li­śmy już dla­cze­go. De­mon ata­ko­wał ją każ­dej nocy, kar­miąc się jej stra­chem i przez nią zdo­by­wa­jąc wła­dzę nad jej mat­ką. Nic dziw­ne­go, że dziew­czy­na była zła, wy­czer­pa­na i po­pa­da­ła w skraj­ną roz­pacz.

Spró­buj­cie so­bie przez chwi­lę wy­obra­zić, że je­ste­ście w tym domu i po­my­śl­cie, jak mu­sia­ła się czuć ta mło­da ko­bie­ta i jej ro­dzi­na. Wy­obraź­cie so­bie, że jest póź­no i le­ży­cie so­bie wy­god­nie w swo­im łóż­ku, lecz wie­cie, że w wa­szym domu czai się zło, więc nie mo­że­cie zmru­żyć oka. Le­ży­cie w prze­ra­że­niu, cze­ka­jąc, co się wy­da­rzy za mo­ment – czy zło za­ata­ku­je was, czy któ­re­goś z wa­szych naj­bliż­szych. I na­gle sły­szy­cie roz­dzie­ra­ją­cy krzyk cór­ki. Zry­wa­cie się i pę­dzi­cie co sił w no­gach, ser­ce wali jak mło­tem i z tru­dem ła­pie­cie po­wie­trze. W ta­kim kosz­ma­rze, przez okrą­głą dobę od nie­mal trzech upior­nych mie­się­cy żyła cała ta ro­dzi­na.

Dla­te­go prze­sta­li spać w swo­ich po­ko­jach i tło­czy­li się w sa­lo­nie w śpi­wo­rach, na pro­wi­zo­rycz­nych po­sła­niach. Na­wet taki od­po­czy­nek był nie­ustan­nie prze­ry­wa­ny i nie po­zwa­lał zre­ge­ne­ro­wać sił. Prze­ra­żo­ne krzy­ki w środ­ku nocy nie da­wa­ły chwi­li wy­tchnie­nia, a od­ra­ża­ją­cy de­mon zo­sta­wiał na cie­le Lu­cia­ny krwa­we śla­dy szpo­nów, ter­ro­ry­zu­jąc całą ro­dzi­nę. Przed­mio­ty w ich domu fru­wa­ły jak śmie­ci uno­szo­ne wia­trem. Za­baw­ko­we klau­ny, sta­ran­nie ko­lek­cjo­no­wa­ne przez przy­szłą pan­nę mło­dą, raz po raz lą­do­wa­ły na pod­ło­dze, a jej książ­ki cią­gle spa­da­ły z pó­łek, ude­rza­jąc cza­sem o ścia­ny z taką siłą, że w tyn­ku zo­sta­wa­ło wgnie­ce­nie. Jesz­cze dziw­niej­sze było, gdy Gab­by zo­ba­czy­ła, że je­dwab­ne kwia­ty, któ­re trzy­ma­ła na to­a­let­ce, ta­jem­ni­czym spo­so­bem opu­ści­ły wa­zon i uło­ży­ły się na łóż­ku w znak krzy­ża.

Cięż­kie me­ble za­czę­ły się same prze­su­wać, pod­ska­ku­jąc jak pod­czas trzę­sie­nia zie­mi albo uno­sząc się nad pod­ło­gą. Wiel­kie fo­te­le – a raz na­wet łóż­ko Lu­cia­ny – za­czę­ły fru­wać po po­ko­ju, ude­rzać o ścia­ny i strą­cać na pod­ło­gę ro­dzin­ne zdję­cia w ka­ska­dach po­tłu­czo­ne­go szkła. De­mon sto­so­wał tak­że inne stra­te­gie ter­ro­ru: jed­ną z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych sztu­czek było nie­spo­dzie­wa­ne włą­cza­nie na cały re­gu­la­tor te­le­wi­zo­ra albo wie­ży ste­reo w środ­ku nocy. Z piw­ni­cy do­bie­ga­ły po­twor­ne jęki i wy­cie, a Ruth po­wie­dzia­ła, że cza­sem rano na lu­strze w ła­zien­ce wid­nia­ły bu­dzą­ce gro­zę wia­do­mo­ści.

– Wie­lo­krot­nie wi­dzie­li­śmy na lu­strze sło­wo „po­móż” na­pi­sa­ne wspak.

Człon­ko­wie ro­dzi­ny za­czę­li cho­dzić do ła­zien­ki w gru­pach, po­nie­waż bali się zo­sta­wać sami na­wet pod­czas ko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty czy ką­pie­li. Ruth tłu­ma­czy­ła, że ra­zem czu­li się bez­piecz­niej. Po tym, jak dwu­krot­nie za­ata­ko­wa­ły ją fru­wa­ją­ce przed­mio­ty – raz pu­deł­ko chu­s­te­czek ude­rzy­ło ją w twarz, kie­dy sama ze­szła do piw­ni­cy, a in­nym ra­zem w kuch­ni pusz­ka grosz­ku po­de­rwa­ła się z pół­ki i prze­fru­nę­ła o mi­li­me­try obok jej gło­wy – po­pro­si­ła przy­szłą sy­no­wą, aby sta­ła na stra­ży, kie­dy bę­dzie bra­ła prysz­nic.

– Wy­cie­ra­łam się, gdy Lu­cia­na krzyk­nę­ła: „Uwa­żaj!”. Po­chy­li­łam się i w tym mo­men­cie cięż­ka my­del­nicz­ka prze­le­cia­ła nad drzwia­mi prysz­ni­co­wy­mi i ude­rzy­ła w ścia­nę tuż za mną. Gdy­by Lu­cia­na mnie nie ostrze­gła, bez wąt­pie­nia by mnie tra­fi­ła! Czym­kol­wiek jest to coś, ma ogrom­ną siłę!

Ruth za­uwa­ży­ła rów­nież, że siła nie­czy­sta w spo­sób szcze­gól­ny wpły­wa na jej cia­ło:

– Kie­dy jest w po­bli­żu, mnie jako jed­nej z pierw­szych robi się zim­no i za­czy­nam nie­kon­tro­lo­wa­nie się trząść. Kie­dy coś za­czy­na się dziać z Lu­cia­ną, czu­ję, jak­by igły wbi­ja­ły mi się w uda i mię­śnie nóg za­czy­na­ją wa­rio­wać. Coś ta­kie­go wie­lo­krot­nie zda­rza­ło się, kie­dy Lu­cia­na była w in­nym po­miesz­cze­niu i nie mo­głam wie­dzieć, że coś ją dra­pie albo gry­zie. Na chwi­lę przed tym, jak coś za wło­sy wy­tar­ga­ło ją z łóż­ka, wi­dzia­łam prze­my­ka­ją­cy bia­ły po­cisk albo kulę.

– Wła­ści­wie był tyl­ko je­den sche­mat, któ­ry się po­wta­rzał – do­da­ła przy­szła pan­na mło­da. – Kie­dy coś się dzia­ło mo­jej mat­ce, zwy­kle ude­rza­ło to we mnie.

Wy­rzu­ce­nie z sie­bie tych słów wie­le ją kosz­to­wa­ło i te­raz cięż­ko osu­nę­ła się w fo­te­lu. Wi­dać było, jak po­nu­re żni­wo zbie­ra kosz­mar na ja­wie, w któ­rym nie­ustan­nie żyła – siń­ce pod ocza­mi były tak ciem­ne, że wy­glą­da­ła jak ofia­ra po­bi­cia, a jej mowa była prze­ry­wa­na, jak u oso­by star­szej i prze­wle­kle cho­rej. Na­rze­czo­ny pró­bo­wał do­dać jej otu­chy, bio­rąc ją za rękę, lecz od­trą­ci­ła go jak na­tręt­ną mu­chę.

I choć wi­dać było, że po­czuł się nie­co ura­żo­ny tym od­trą­ce­niem, Carl nic nie po­wie­dział. Za­miast tego po­mógł nam na­brać nie­co lep­sze­go po­ję­cia o tym, przez co prze­cho­dzi Lu­cia­na, po­ka­zu­jąc nam dzien­nik ata­ków, któ­ry za­czął pro­wa­dzić za­raz po tym, jak Do­mi­nick we­zwał eg­zor­cy­stę. Miał na­dzie­ję, że spi­sa­ne wy­da­rze­nia po­mo­gą nam w śledz­twie.

Oto jak jego udrę­czo­na na­rze­czo­na i jej ro­dzi­na spę­dzi­li Hal­lo­we­en:

18.20 Coś dwu­krot­nie ude­rzy­ło Lu­cia­nę w twarz.

20.03 Po­piel­nicz­ka prze­fru­nę­ła przez po­kój.

23.28 L. ma za­dra­pa­nie na brzu­chu – kształt li­te­ry „N”.

23.31 L. po­pchnię­ta na ścia­nę.

23.39 Na twa­rzy L. po­ja­wia się wy­dra­pa­ny krąg.

23.46 Gło­wa L. ude­rzy­ła sil­nie o stół.

23.48 L. zwle­czo­na z krze­sła.

23.52 Sły­chać jęki.

23.56 Krze­sło prze­su­wa się przez całą ja­dal­nię.

00.05 L. po­pchnię­ta na Ruth.

2.14 L. bru­tal­nie wy­cią­gnię­ta z łóż­ka.

2.16 L. kop­nię­ta w brzuch.

2.17 L. po­now­nie ze­pchnię­ta z krze­sła.

2.18 Błysk świa­tła, za­pach zgni­łe­go jaj­ka.

3.15 L. ude­rzo­na bu­tem w gło­wę.

3.56 Coś przy­trza­snę­ło L. pal­ce.

Kie­dy czy­ta­li­śmy tę li­stę, Lu­cia­na wpa­dła nie­mal w stan otę­pie­nia, po czym prze­bu­dzi­ła się i po­wie­dzia­ła, że wczo­raj było jesz­cze go­rzej.

– Na­praw­dę się prze­stra­szy­łam. Ma­te­rac, na któ­rym spa­łam, uniósł się na pół me­tra albo metr i coś zrzu­ci­ło mnie na pod­ło­gę. Zo­ba­czy­łam wte­dy coś upior­ne­go, to coś sie­dzia­ło i śmia­ło się ze mnie. Już raz to wi­dzia­łam: bia­ły stwór, cały wło­cha­ty, wpa­tru­ją­cy się we mnie in­ten­syw­nie pu­sty­mi, czar­ny­mi oczo­do­ła­mi. Pró­bo­wa­łam go prze­pę­dzić, a on po­ka­zał mi środ­ko­wy pa­lec! A po­tem znik­nął.

Po­twór – te­raz nie­wi­dzial­ny – po­now­nie się ro­ze­śmiał – prze­ra­ża­ją­cy chi­chot, od któ­re­go naj­mniej­szy wło­sek sta­nął Lu­cia­nie dę­bem.

– Wte­dy coś roz­su­nę­ło mi nogi. Pró­bo­wa­łam wo­łać o po­moc, ale nie po­tra­fi­łam wy­du­sić sło­wa. To było jak strasz­ny sen. Mój oj­ciec, Carl i Ruth pró­bo­wa­li w trój­kę złą­czyć mi nogi, ale nie po­tra­fi­li. I wte­dy to coś na­gle znik­nę­ło – wie­dząc, jak nie­wia­ry­god­nie brzmi jej opo­wieść, Lu­cia­na ze łza­mi w oczach zwró­ci­ła się do swo­je­go chło­pa­ka – Carl, ty też to wi­dzia­łeś! Na krót­ko za­nim znik­nę­ło.

Uświa­do­mi­łem so­bie, że przy­je­cha­li­śmy w samą porę. To cho­re, per­wer­syj­ne mon­strum pla­no­wa­ło zbrod­nię naj­gor­szą z moż­li­wych – de­mon chciał zgwał­cić żywą ko­bie­tę. Ta mło­da, nie­win­na dziew­czy­na nie zda­wa­ła so­bie na­wet spra­wy, że omal nie pa­dła ofia­rą na­pa­ści wręcz nie­do­rzecz­nej w swo­jej po­twor­no­ści. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że gdy­by­śmy nie przy­je­cha­li wła­śnie te­raz, Lu­cia­na w koń­cu zo­sta­ła­by wy­ko­rzy­sta­na w spo­sób tak pod­ły, że aż trud­ny do opi­sa­nia.

Carl po­twier­dził wszyst­ko, co po­wie­dzia­ła, a po­tem do­dał, że w wie­czór Hal­lo­we­en do­szło do jesz­cze jed­ne­go kosz­ma­ru. Od­wró­cił kart­kę w swo­im dzien­ni­ku i opi­sał, jak ra­zem z na­rze­czo­ną, oko­ło 4.00 wy­szli po pa­pie­ro­sy, któ­re skoń­czy­ły się Gab­by. Nikt w domu nie spał, de­mon ata­ko­wał nie­ustan­nie, przez całą dobę, bez chwi­li prze­rwy. Tak dzia­ła dia­beł – po­zba­wio­ne snu ofia­ry są sta­le po­de­ner­wo­wa­ne i dia­beł bez tru­du może na­sta­wiać lu­dzi prze­ciw­ko so­bie. Ta tak­ty­ka po­ma­ga rów­nież zła­mać wolę wal­ki i wy­wo­łu­je wa­run­ki ko­niecz­ne do opę­ta­nia.

Carl wszedł do skle­pu, a Lu­cia­na cze­ka­ła w sa­mo­cho­dzie. Na­gle gu­mo­wa pi­łecz­ka, któ­ra wi­sia­ła na lu­ster­ku, sta­nę­ła w pło­mie­niach. Lu­cia­na naj­pierw pró­bo­wa­ła zga­sić ogień, a po­tem za­czę­ła w pa­ni­ce wci­skać klak­son, aż przy­biegł Carl, ze­rwał pi­łecz­kę i wdep­tał ją w zie­mię.

Po po­wro­cie do domu Carl po­ło­żył się i nie­spo­koj­nie cze­kał na sen. I gdy wresz­cie udrę­czo­na świa­do­mość za­czy­na­ła za­pa­dać w sen, Carl po­czuł, że ktoś – albo coś – czai się tuż obok.

– Pró­bo­wa­łem nie zwra­cać na to uwa­gi, bo by­łem na­praw­dę zmę­czo­ny i roz­pacz­li­wie po­trze­bo­wa­łem od­po­cząć. Moje cia­ło było jak spa­ra­li­żo­wa­ne i nie mo­głem się ru­szyć. Usły­sza­łem, jak Lu­cia­na woła: „Co się dzie­je, Carl? Czy to coś z tobą robi?”. W koń­cu od­pu­ści­ło i znów za­pa­dłem w nie­spo­koj­ny sen. Wró­ci­ło jed­nak póź­niej i za­ata­ko­wa­ło z jesz­cze więk­szą siłą. Czu­łem, jak prze­su­wa się po mo­jej pra­wej no­dze, a po­tem we mnie „wcho­dzi”. Cały się trzą­słem, zwłasz­cza dło­nie, kie­dy pró­bo­wa­łem to z sie­bie zrzu­cić.

Carl do­słow­nie czuł w swo­im cie­le czy­jąś obec­ność. Wie­le osób opi­sy­wa­ło mi, ja­kie to uczu­cie. Nie­któ­rzy opo­wia­da­li, że za­czy­na­ją wów­czas z tru­dem od­dy­chać, jak­by ktoś przy­ci­skał im do twa­rzy go­rą­cą ścier­kę, inni mó­wi­li o sil­nym uci­sku na klat­ce pier­sio­wej, pa­ra­li­żu ca­łe­go cia­ła albo wra­że­niu, jak­by prze­szedł ich prąd. Jesz­cze inni do­świad­czy­li po­łą­cze­nia tych wra­żeń. Tym, co łą­czy­ło wszyst­kie opi­sy, było skraj­ne prze­ra­że­nie wy­wo­ła­ne obec­no­ścią de­mo­na – prze­ra­że­nie, któ­re do­da­je siły złym du­chom.

Kie­dy Carl opo­wia­dał o ata­ku, któ­re­go padł ofia­rą, zro­zu­mia­łem, że prze­żył to, cze­go sta­ro­żyt­ni dru­idzi tak bar­dzo się bali w Hal­lo­we­en: że za­wład­nie nimi któ­ryś z dra­pież­nych du­chów błą­ka­ją­cych się po zie­mi w po­szu­ki­wa­niu ludz­kie­go cia­ła, któ­re mo­gły­by za­miesz­kać.

– Po chwi­li to coś mnie wy­pu­ści­ło i po­my­śla­łem, że już po wszyst­kim – jak się oka­za­ło, przed­wcze­śnie. To wró­ci­ło i unio­sło moje cia­ło nad łóż­kiem. Kie­dy po­now­nie od­zy­ska­łem świa­do­mość, mó­wi­łem róż­ny­mi ję­zy­ka­mi i wal­czy­łem z wszyst­kich sił. Po­tem znów od­pły­ną­łem i pa­mię­tam tyl­ko, że gdy się obu­dzi­łem, to coś znik­nę­ło.

Wstrzą­śnię­ty do głę­bi po­pro­sił Gab­by, aby za­py­ta­ła „Vir­gi­nię”, czy wie co­kol­wiek o po­twor­nej na­pa­ści, któ­rej padł ofia­rą. Pie­kiel­ny duch udzie­lił ko­bie­cie moż­li­wej do prze­wi­dze­nia, zło­wiesz­czej od­po­wie­dzi: w domu prze­by­wa­ło obec­nie pięć de­mo­nów.

– Po­wie­dzia­ła, że nie odej­dą, do­pó­ki nie po­le­je się krew! Naj­wy­raź­niej po­zby­ły się „do­bre­go po­lter­ge­ista” i chcia­ły do­stać „dziec­ko płci żeń­skiej” – moją Lu­cia­nę!

Na­wet Joe, któ­ry zwy­kle po­tra­fi za­cho­wać zim­ną krew, wy­glą­dał na po­ru­szo­ne­go. Z nie­ty­po­wą dla sie­bie zło­ścią za­grzmiał:

– Nikt nie od­bie­rze wam Lu­cia­ny, więc o to nie mu­si­cie się mar­twić!

Skąd jed­nak bra­ły się te wszyst­kie złe du­chy? Kie­dy roz­ma­wia­li­śmy z człon­ka­mi ro­dzi­ny, z pu­stych po­ko­jów sta­le do­bie­ga­ły nas od­gło­sy szar­pa­nia kla­mek. Za każ­dym ra­zem cała, skraj­nie wy­czer­pa­na ro­dzi­na, oży­wia­ła się, do­wo­dząc po raz ko­lej­ny, że to, co się tu dzie­je, to nie zbio­ro­wa hi­ste­ria, jak mo­gli­by są­dzić scep­ty­cy, lecz praw­dzi­we miej­sce ata­ku de­mo­na, przed któ­rym nie uchro­nił się nikt, na­wet pies, któ­ry sły­sząc upior­ne dźwię­ki, zry­wał się, sko­wy­czał i wył.

Joe za­py­tał ro­dzi­nę, czy kto­kol­wiek z nich ba­wił się kie­dyś plan­szą Ouija. Obie na­sto­lat­ki przy­zna­ły, że kie­dyś na im­pre­zie tro­chę się wy­głu­pia­ły, za­da­jąc du­chom nie­po­waż­ne py­ta­nia o to, czy wpa­dły w oko temu albo in­ne­mu chło­pa­ko­wi.

– Plan­sza od­po­wia­da­ła „tak” lub „nie” i nic poza tym, więc szyb­ko nam się znu­dzi­ło i ją odło­ży­ły­śmy – po­wie­dzia­ła śred­nia sio­stra, szczu­pła bru­net­ka o imie­niu Mo­ni­ca. – To był je­dy­ny raz, przy­się­gam.

Joe zmarsz­czył czo­ło i po­wie­dział, że to był je­den raz za dużo.

– Kie­dy się wkra­cza na te­ren pa­rap­sy­cho­lo­gii, ni­g­dy nie wia­do­mo, co się może stać. To nie wa­sza wina, że nie mia­ły­ście o tym po­ję­cia, lecz ba­wiąc się ta­bli­cą Ouija, otwie­ra się drzwi, za któ­ry­mi moż­na tra­fić na zło w naj­czyst­szej po­sta­ci.

Sły­sząc to, Lu­cia­na wście­kle za­ata­ko­wa­ła sio­stry:

– Jak mo­gły­ście się tak za­ba­wiać?! To wy spro­wa­dzi­ły­ście na nas to coś!

Wy­obra­żam so­bie te­raz, że nie­któ­rzy z was my­ślą: „Za­raz za­raz, ja też się kie­dyś ba­wi­łem w wy­wo­ły­wa­nie du­chów i nic strasz­ne­go się nie sta­ło”. Sko­ro tak, to mo­że­cie uwa­żać się za szczę­ścia­rzy. Bo to jest jak gra w ro­syj­ską ru­let­kę. Kie­dy przy­kła­dasz so­bie broń do gło­wy i nie usły­szysz wy­strza­łu, to ci się uda­ło. Po­dob­nie z tą za­ba­wą: im czę­ściej po­cią­gasz za spust, tym więk­sze ry­zy­ko, że po na­stęp­nym strza­le wo­kół za­pa­nu­je ciem­ność. Mia­łem raz do czy­nie­nia z przy­pad­kiem pew­nej mło­dej mat­ki, któ­ra ba­wi­ła się plan­szą Ouija na im­pre­zie i skut­ki tej za­ba­wy były prze­ra­ża­ją­ce – i tra­gicz­ne.

Wkrót­ce uza­leż­ni­ła się od tej za­ba­wy, ku­pi­ła wła­sną plan­szę i co­dzien­nie z nią roz­ma­wia­ła. Któ­re­goś razu po­ka­zał się „duch-prze­wod­nik” i przed­sta­wił się jako duch sie­dem­na­sto­let­nie­go chłop­ca, któ­ry po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Upiór pod­su­nął ko­bie­cie wy­szu­ka­ną baj­kę o nie­ozna­czo­nym gro­bie, któ­ry mia­ła dla nie­go zna­leźć, i uda­ło mu się do tego stop­nia za­wład­nąć jej umy­słem, że za­czę­ła za­nie­dby­wać męża i ma­leń­kie dzie­ci. To nie­uchron­nie do­pro­wa­dzi­ło do in­spi­ro­wa­nych si­ła­mi pie­kiel­ny­mi kłót­ni po­mię­dzy mał­żon­ka­mi, lecz żonę na­dal ob­cho­dzi­ła tyl­ko plan­sza i duch, któ­ry zda­wał się ro­zu­mieć ją le­piej niż wła­sny mąż.I wte­dy spra­wy przy­bra­ły strasz­li­wy ob­rót. Któ­rejś nocy mat­ce przy­śnił się naj­gor­szy kosz­mar w ży­ciu o tym, że go­nił ją po­tęż­ny męż­czy­zna z ma­cze­tą, któ­ry chciał ją za­bić. Wszyst­ko wy­da­ło jej się tak re­al­ne, że obu­dzi­ła się z krzy­kiem, zla­na po­tem. Tak, wiem, każ­de­mu cza­sem zda­rza się taki sen, lecz nie każ­dej nocy, jak to było w przy­pad­ku tam­tej ko­bie­ty. Praw­dzi­wy kosz­mar za­czął się po tym, jak skoń­czy­ły się sny. Na ja­wie za­czę­ła sły­szeć pe­wien głos. Głos mó­wił jej rze­czy per­wer­syj­ne, ob­sce­nicz­ne aż w koń­cu wy­dał jej po­le­ce­nie, któ­re ją zmro­zi­ło – ka­zał jej wziąć nóż i za­dźgać dzie­ci. Prze­ra­żo­na opo­wie­dzia­ła o wszyst­kim mę­żo­wi, a po­tem zgło­si­ła się do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go, bo­jąc się, że może skrzyw­dzić swo­ją ro­dzi­nę.

Szcze­gó­ło­we te­sty psy­cho­lo­gicz­ne i neu­ro­lo­gicz­ne nie wy­ka­za­ły żad­nych moż­li­wych do zdia­gno­zo­wa­nia za­bu­rzeń. Ko­bie­ta zo­sta­ła wy­pi­sa­na i pierw­sze kro­ki skie­ro­wa­ła do bi­sku­pa McKen­ny, aby po­pro­sić o eg­zor­cyzm. W cza­sie ob­rzę­du nic szcze­gól­ne­go nie dzia­ło się do mo­men­tu, gdy bi­skup przy­tknął do czo­ła ko­bie­ty re­li­kwię i wy­po­wie­dział sło­wa: „Dia­ble, je­śli prze­by­wasz w tej ko­bie­cie, na­ka­zu­ję ci w imię Je­zu­sa Chry­stu­sa, Pana Na­sze­go, byś się ujaw­nił”.

De­mon prze­mó­wił na­tu­ral­nym gło­sem ko­bie­ty: „Je­stem du­chem czło­wie­ka”. To go zdra­dzi­ło – ludz­kie du­chy nie re­agu­ją na eg­zor­cy­zmy.

Bi­skup zi­gno­ro­wał sło­wa de­mo­na i za­py­tał: „Dla­cze­go w nią wnik­ną­łeś?”.

Od­po­wiedź wie­le tłu­ma­czy­ła: „Za­ofia­ro­wa­ła mi się przez plan­szę Ouija”. Do dziś pa­mię­tam, jak ko­bie­ta przez cały czas ob­rzę­du sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo jak po­sąg i tyl­ko ocza­mi wy­ko­ny­wa­ła dziw­ne, okręż­ne ru­chy. To w isto­cie bar­dzo smut­na hi­sto­ria, po­nie­waż osta­tecz­nie tam­ten eg­zor­cyzm się nie po­wiódł. Ni­g­dy wię­cej nie wi­dzie­li­śmy tej ko­bie­ty i mogę się tyl­ko mo­dlić, aby się nie pod­da­ła w wal­ce z de­mo­nem, któ­ry ją znie­wo­lił za po­mo­cą „plan­szy do za­ba­wy”.

W spra­wie z Wes­t­che­ster obaj z Joem czu­li­śmy jed­nak, że nie­mą­dre za­ba­wy dwóch na­sto­la­tek praw­do­po­dob­nie nie spro­wa­dzi­ły na ich ro­dzi­nę tego nie­szczę­ścia. Ich kon­takt z plan­szą Ouija mógł wpraw­dzie przy­wo­łać de­mo­na, lecz nie chcie­li­śmy wpę­dzać dziew­czy­nek w po­czu­cie winy, zwłasz­cza że mie­li­śmy in­ne­go po­dej­rza­ne­go. W trak­cie roz­mo­wy oka­za­ło się, że ta­jem­ni­czy były lo­ka­tor miał mrocz­ną stro­nę, któ­ra prze­ja­wia­ła się nie tyl­ko upodo­ba­niem do czer­ni. Choć nikt z ro­dzi­ny Vil­la­no­va nie był w sta­nie po­wie­dzieć o nim zbyt wie­le, nie­daw­no wy­szło na jaw, że Pan Po­ma­luj­my-wszyst­ko-na-czar­no był wcze­śniej ka­ra­ny i mó­wio­no, że in­te­re­su­ją go naj­róż­niej­sze dziw­ne kli­ma­ty, nie wy­łą­cza­jąc okul­ty­zmu. Co praw­da, do­wo­dy prze­ciw­ko nie­mu były po­szla­ko­we, lecz obaj czu­li­śmy, że to on spro­wa­dził po­tęż­ne­go de­mo­na – bądź de­mo­ny – do tego domu.

Koń­czy­li­śmy wła­śnie za­da­wa­nie py­tań, kie­dy Lu­cia­na wy­da­ła z sie­bie po­twor­ny pisk. De­mon wście­kle za­ata­ko­wał – na na­szych oczach! Na jej gład­kim po­licz­ku po­ja­wi­ło się okrą­głe cię­cie, jak­by dia­beł zo­sta­wił nam po­ra­ża­ją­cą wi­zy­tów­kę. I kie­dy fil­mo­wa­li­śmy ślad na twa­rzy dziew­czy­ny, znów krzyk­nę­ła. Nie­wi­dzial­na siła szarp­nę­ła ją za wło­sy tak, że gło­wa prze­chy­li­ła się jej na bok.

To prze­są­dzi­ło o spra­wie: choć po­wia­do­mio­no eg­zor­cy­stę, zło obec­ne w tym domu było tak sil­ne, że po­sta­no­wi­li­śmy jesz­cze tej nocy wy­ko­nać nasz wła­sny ob­rzęd. Nie by­li­śmy przy­go­to­wa­ni tak do­brze, jak by­śmy chcie­li, ale nie po to za­czę­li­śmy na­szą Pra­cę, aby po­rzu­cać lu­dzi w po­trze­bie. Zo­sta­wie­nie ich sa­mym so­bie w tej sy­tu­acji by­ło­by zbrod­nią.

Za­czę­li­śmy od­ma­wiać mo­dli­twę pa­pie­ża Le­ona XIII, bę­dą­cą mniej­szą for­mą eg­zor­cy­zmu, z któ­rej ko­rzy­sta­my w cza­sie Pra­cy, i chwi­lę póź­niej wszyst­kie psy w oko­li­cy, włącz­nie z psem ro­dzi­ny Vil­la­no­va, któ­ry cho­dził za nami od po­ko­ju do po­ko­ju z wła­snym me­da­li­kiem świę­te­go Be­ne­dyk­ta przy ob­ro­ży – nad­zwy­czaj­nie się po­bu­dzi­ły. Ani Joe ani ja ni­g­dy jesz­cze nie sły­sze­li­śmy tak ogłu­sza­ją­ce­go szcze­ka­nia i wy­cia, więc za­py­ta­li­śmy ro­dzi­nę, czy coś po­dob­ne­go zda­rzy­ło się wcze­śniej. Gdy po­wie­dzie­li, że nie, wie­dzie­li­śmy już, że do­kład­nie te­raz de­mo­ny ucie­ka­ją z domu.

Naj­po­tęż­niej­szy z nich nie dał się jed­nak tak ła­two spło­szyć. Wie­dział, że jest bli­ski peł­ne­go opę­ta­nia, dla­te­go zde­cy­do­wał się zo­stać i wal­czyć, gdy słab­sze de­mo­ny pierz­cha­ły przed na­szy­mi re­li­kwia­mi i świę­co­ną wodą. Kie­dy by­li­śmy w piw­ni­cy, nie­da­le­ko drzwi, spod któ­rych wcze­śniej tego dnia się wy­co­fa­łem, de­mon przy­pu­ścił ko­lej­ny śmia­ły atak.

Scho­da­mi zbiegł do nas Carl:

– Chodź­cie szyb­ko, coś się dzie­je z Gab­by!

W sa­lo­nie mat­ka trzę­sła się nie­kon­tro­lo­wa­nie, jak­by do­sta­ła ata­ku. De­mon pró­bo­wał ją opę­tać – tu i te­raz. Dy­sząc, po­wie­dzia­ła, że czu­je, jak wni­ka w jej cia­ło. A po­tem zu­peł­nie ze­sztyw­nia­ła. Jej usta otwar­ły się me­cha­nicz­nie, jak u ma­rio­net­ki i wy­ją­ka­ła: „Ś-ś-świę­ci, precz! K-k-krzyw­da spad­nie na wszyst­kich!”.

Nie wie­rzy­li­śmy wła­snym oczom – wi­dzie­li­śmy już lu­dzi opę­ta­nych, le­czy ni­g­dy jesz­cze moc dia­bel­ska nie za­wład­nę­ła czło­wie­kiem w na­szej obec­no­ści, kie­dy z wodą świę­co­ną w ręku od­pra­wia­li­śmy eg­zor­cyzm. Wie­dzie­li­śmy już, że mamy przed sobą jed­ne­go z naj­groź­niej­szych de­mo­nów, ja­kie skry­wa pie­kło.

Nie za­mie­rza­li­śmy jed­nak dać się spło­szyć żad­ne­mu z nich, jaką strasz­li­wą mocą by nie dys­po­no­wał. Sta­nę­li­śmy przed nim sil­ni i z bro­nią go­to­wą do uży­cia. Do­by­li­śmy re­li­kwie z Praw­dzi­we­go Krzy­ża – Jo­ego i moją, i przy­ło­ży­li­śmy cen­ne drza­zgi do gło­wy Gab­by, uży­wa­jąc jed­no­cze­śnie naj­po­tęż­niej­szej z wszyst­kich bro­ni – imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa – roz­ka­zu­jąc sile nie­czy­stej, by opu­ści­ła cia­ło tej ko­bie­ty i po­zo­sta­wi­ła ją w spo­ko­ju. I choć duch był na­praw­dę po­tęż­ny, tej skraj­nej męki nie zdo­łał wy­trzy­mać i nie­chęt­nie wy­pu­ścił Gab­by ze swo­ich szpo­nów. Ko­bie­ta po­wo­li do­cho­dzi­ła do sie­bie i wy­glą­da­ła, jak­by się bu­dzi­ła ze snu, nie pa­mię­ta­jąc nic z tego, co się wy­da­rzy­ło.

W po­miesz­cze­niu wciąż było śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nie, dla­te­go spraw­dzi­li­śmy, czy wszy­scy mają na szyi me­da­li­ki ze świę­tym Be­ne­dyk­tem, a po­tem na­ma­ści­li­śmy ko­lej­no każ­de­go po­świę­co­nym ole­jem. Te­raz, gdy cała ro­dzi­na była bez­piecz­na, wró­ci­li­śmy do prze­rwa­ne­go ob­rzę­du, nie­zli­czo­ną licz­bę razy od­ma­wia­jąc mo­dli­twę pa­pie­ża Le­ona XIII w każ­dym z po­miesz­czeń tego domu, aż obaj nie­mal stra­ci­li­śmy głos. Lecz to nie wy­star­czy­ło, by za­mknąć spra­wę – wie­dzie­li­śmy, że uda­ło nam się je­dy­nie osła­bić de­mo­na i po­wstrzy­mać jego pró­bę za­wład­nię­cia czło­wie­kiem, ale żeby po­zbyć się go cał­ko­wi­cie, po­trzeb­ny był wy­świę­co­ny ka­płan bie­gły w eg­zor­cy­zmach albo przy­naj­mniej pe­łen ze­spół śled­czych.

Na­praw­dę nie chcie­li­śmy opusz­czać tego domu, wie­dzie­li­śmy bo­wiem, że zja­wi­ska drę­czą­ce jego miesz­kań­ców nie usta­ną, choć ich in­ten­syw­ność po­win­na nie­co osłab­nąć. Po­cie­sza­li­śmy się jed­nak my­ślą, że ro­dzi­na Vil­la­no­va już wie, jak wal­czyć ze złem. Ob­na­ży­li­śmy de­mo­nicz­ną sza­ra­dę i po­ło­ży­li­śmy kres wszel­kiej ko­mu­ni­ka­cji ze złym du­chem. Zo­sta­wi­li­śmy im rów­nież za­pas bro­ni: wodę świę­co­ną, po­bło­go­sła­wio­ną sól i – nade wszyst­ko – imię Je­zu­sa Chry­stu­sa.

Nie prze­sta­wa­li­śmy się mo­dlić aż do przy­jaz­du ojca Wil­liam­sa. Kie­dy go wpro­wa­dzi­li­śmy w na­sze do­cho­dze­nie, zgo­dził się oto­czyć tę ro­dzi­nę opie­ką, do­pó­ki oj­ciec Hay­es nie bę­dzie mógł prze­pro­wa­dzić eg­zor­cy­zmu. Kie­dy się pa­ko­wa­li­śmy, wy­raz twa­rzy chłop­ca był dla mnie jak cios w samo ser­ce.

– Ta­tu­siu – krzyk­nął – nie po­zwól, żeby ci pa­no­wie so­bie po­szli!

Nie chcie­li­śmy wy­jeż­dżać, ale mie­li­śmy pew­ność, że zo­sta­wia­my ro­dzi­nę w do­brych rę­kach. Nie­ste­ty – my­li­li­śmy się. Wie­le mie­się­cy póź­niej ro­dzi­na Vil­la­no­va skon­tak­to­wa­ła się z nami po­now­nie, mó­wiąc, że na­dal znaj­du­ją się pod ostrza­łem sił nad­przy­ro­dzo­nych. Trze­ba od­dać spra­wie­dli­wość miej­sco­we­mu księ­dzu, że wy­wią­zał się ze swo­jej obiet­ni­cy, lecz eg­zor­cy­sta osta­tecz­nie nie mógł przy­je­chać z po­wo­du pro­ble­mów zdro­wot­nych.

Joe i ja do­sko­na­le za­pa­mię­ta­li­śmy lek­cję z po­przed­niej wi­zy­ty i tym ra­zem so­lid­nie się przy­go­to­wa­li­śmy. Któ­re­goś so­bot­nie­go po­po­łu­dnia wró­ci­li­śmy do Yon­kers z trój­ką śled­czych i za­pa­sa­mi, któ­re wy­star­czy­ły­by do wy­pę­dze­nia de­mo­na z ca­łej dziel­ni­cy. Od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia Do­mi­nick po­padł w po­waż­ne kło­po­ty fi­nan­so­we – przez pro­ble­my, któ­re nę­ka­ły jego ro­dzi­nę, opu­ścił zbyt wie­le dni w pra­cy i zo­stał zwol­nio­ny. Je­śli wkrót­ce nie znaj­dzie no­we­go za­ję­cia, bank zli­cy­tu­je jego dom. Gdy się o tym do­wie­dzie­li­śmy, z jesz­cze więk­szą de­ter­mi­na­cją przy­stą­pi­li­śmy do wy­pę­dza­nia de­mo­na, aby ten po­rząd­ny, przy­zwo­ity czło­wiek mógł się wresz­cie za­jąć swo­im ży­ciem.

Na po­czą­tek ko­bie­ty i dzie­ci wy­sła­li­śmy do po­bli­skie­go ko­ścio­ła z Chri­sem, jed­nym z na­szych śled­czych dla ochro­ny. Po­tem usie­dli­śmy z Do­mi­nic­kiem, żeby do­kład­nie opo­wie­dział nam, jak się przed­sta­wia sy­tu­acja. Po na­szym pierw­szym eg­zor­cy­zmie duch na dzień czy dwa prze­stał nę­kać ro­dzi­nę – to ich nor­mal­na tak­ty­ka; de­mo­ny uwiel­bia­ją psy­cho­lo­gicz­ne ma­ni­pu­la­cje. Aku­rat gdy wszy­scy uwie­rzy­li, że są bez­piecz­ni, ata­ki po­wró­ci­ły. Buty, książ­ki i sło­iki znów fru­wa­ły po domu, choć rzad­ko w ko­go­kol­wiek ude­rza­ły. Drzwi trza­ska­ły bez po­wo­du, a na su­fi­cie w ja­dal­ni po­ja­wił się od­cisk twa­rzy.

Ata­ki na Lu­cia­nę osła­bły, choć wciąż zda­rza­ły się po­je­dyn­cze za­dra­pa­nia – te­raz de­mon wy­ła­do­wy­wał swój gniew na trzy­ma­nych w domu de­wo­cjo­na­liach. Woda świę­co­na, któ­rą zo­sta­wi­li­śmy po po­przed­niej wi­zy­cie, w ta­jem­ni­czy spo­sób zmie­ni­ła ko­lor na brą­zo­wy, a z ró­żań­ca jed­ne­go z dzie­ci ode­rwa­no fi­gur­kę Je­zu­sa Chry­stu­sa. Po tym, jak dwaj księ­ża po­bło­go­sła­wi­li dom, na lu­strze w piw­ni­cy po­ja­wił się ry­su­nek zwie­rzę­cej czasz­ki. Ale jed­ną z naj­dziw­niej­szych form uka­za­nia się de­mo­na było bla­de ra­mię odłą­czo­ne od cia­ła, któ­re chwy­ci­ło Lu­cia­nę, kie­dy sie­dzia­ła na so­fie w sa­lo­nie, po czym ze scho­dów spły­nę­ła bez­kształt­na, czar­na zja­wa.

Być może za­sta­na­wia­cie się, dla­cze­go oj­ciec Wil­liams, ksiądz pa­ra­fial­ny, sam nie prze­pro­wa­dził eg­zor­cy­zmu. Otóż nie uda­ło mu się nie­ste­ty uzy­skać zgo­dy bi­sku­pa – Ko­ściół ka­to­lic­ki wy­ma­ga tego, za­nim księ­dzu wol­no bę­dzie prze­pro­wa­dzić ob­rzęd. Mimo wszyst­ko ro­bił, co w jego mocy, aby po­móc ro­dzi­nie i za­pew­nić jej wspar­cie, nie tyl­ko po­przez kie­row­nic­two du­cho­we, ale tak­że spę­dza­jąc wraz z in­nym księ­dzem całą noc w ich domu. Szcze­rze po­dzi­wiam ich od­wa­gę: mu­sia­ło im być na­praw­dę cięż­ko spę­dzić tyle cza­su w na­wie­dzo­nym przez dia­bła domu. W do­dat­ku prze­by­wa­jąc w domu, byli świad­ka­mi prze­ra­ża­ją­ce­go zda­rze­nia, gdy ko­mo­da w po­ko­ju za­czę­ła pod­ska­ki­wać na ich oczach.

Przez dwie go­dzi­ny wal­czy­li­śmy z dia­błem w ko­lej­nych po­miesz­cze­niach domu. Uzbro­je­ni w ka­dzi­dło, wodę świę­co­ną, po­bło­go­sła­wio­ną sól i naj­po­tęż­niej­szą z wszyst­kich bro­ni – re­li­kwie z Krzy­ża Praw­dzi­we­go, roz­mie­ści­li­śmy na­szych lu­dzi na każ­dym z po­zio­mów domu, aby­śmy mo­gli od­pra­wiać ob­rzęd rów­no­cze­śnie, ata­ku­jąc de­mo­na z góry i z dołu. Pra­co­wa­li­śmy w pa­rach, aby jed­na oso­ba mo­gła się sku­pić na prze­pro­wa­dza­niu ob­rzę­du, a dru­ga na wy­pa­try­wa­niu oznak dzia­łal­no­ści de­mo­na. Co waż­niej­sze, śled­czy trzy­ma­ją­cy war­tę miał się uważ­nie przy­glą­dać part­ne­ro­wi i pil­no­wać, aby przy do­ko­ny­wa­niu eg­zor­cy­zmu sam nie padł ofia­rą ata­ku. Taki atak nie za­wsze się uwi­dacz­nia: cza­sem de­mon ata­ku­je psy­chicz­nie, pa­ra­li­żu­jąc ofia­rę stra­chem, jak się to przy­tra­fi­ło mnie w piw­ni­cy przy pierw­szej wi­zy­cie. Je­śli oso­ba wal­czą­ca z de­mo­na­mi po­sia­da ja­kie­kol­wiek zdol­no­ści pa­rap­sy­chicz­ne, ciem­ne moce mogą je wy­ko­rzy­stać do ata­ku. A po­nie­waż atak może na­stą­pić w każ­dej chwi­li, a jego ofia­rą może paść któ­ry­kol­wiek z part­ne­rów, wszy­scy mu­szą cały czas za­cho­wy­wać naj­wyż­szą czuj­ność.

Naj­pierw w każ­dym z po­koi, w któ­rych do­ko­ny­wa­li­śmy eg­zor­cy­zmu, otwie­ra­li­śmy wszyst­kie sza­fy, szaf­ki i szu­fla­dy, aby nie było w nich miejsc ciem­nych i za­mknię­tych, w któ­rych de­mon mógł­by się ukryć. Po­nie­waż nie po­sia­da on cia­ła, może się scho­wać wszę­dzie. Po­tem za­pa­la­li­śmy ka­dzi­dło, co po­ma­ga roz­pra­szać at­mos­fe­rę zła i pło­szy złe du­chy, któ­re nie zno­szą wszyst­kie­go, co świę­te bądź bło­go­sła­wio­ne. Jak zwy­kle za­czę­li­śmy od mo­dli­twy świę­te­go Mi­cha­ła, jed­nej z dwóch, któ­re Bóg ob­ja­wił pa­pie­żo­wi Le­ono­wi XIII. W 1884 roku, gdy Oj­ciec Świę­ty od­pra­wiał mszę, na­gle do­stał tak sil­ne­go ata­ku, że osu­nął się na pod­ło­gę i nie da­wał zna­ku ży­cia. Gdy od­zy­skał świa­do­mość, opo­wie­dział kar­dy­na­łom o strasz­li­wej wi­zji, któ­rą miał, w któ­rej dia­beł szy­dził z Je­zu­sa, mó­wiąc, że je­śli bę­dzie miał wy­star­cza­ją­co dużo cza­su i siły, to może znisz­czyć ludz­kość. Zbaw­ca zgo­dził się, by sza­tan przez na­stęp­ne kil­ka de­kad pod­da­wał lu­dzi pró­bie. Pa­pież nie skoń­czył na­wet re­la­cjo­no­wać usły­sza­ne­go pro­roc­twa, gdy po­pro­sił o pió­ro i kart­kę, by za­pi­sać mo­dli­twy, któ­re po­ma­ga­ją po­ko­nać sza­ta­na.

Pa­pież Leon XIII na­ka­zał, aby pierw­szą z tych mo­dlitw, na­zy­wa­ną ofi­cjal­nie Mo­dli­twą do świę­te­go Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła, do­łą­czo­no do rytu mszy świę­tej. Mo­dli­twa wzy­wa ar­cha­nio­ła, by „prze­ciw nie­go­dzi­wo­ści i za­sadz­kom złe­go du­cha był na­szą obro­ną” i aby „złe du­chy, któ­re na zgu­bę dusz ludz­kich po tym świe­cie krą­żą, mocą Bożą strą­cił do pie­kła”. Ta mo­dli­twa koń­czy­ła mszę świę­tą do roku 1968, kie­dy po zmia­nach II So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go zo­sta­ła wy­co­fa­na. Na­dal jed­nak od­ma­wia się ją w ka­to­lic­kich ko­ścio­łach tra­dy­cyj­nych, a pa­pież Jan Pa­weł II po­stu­lo­wał jej po­now­ne wpro­wa­dze­nie do współ­cze­snej mszy ka­to­lic­kiej, po­nie­waż czuł, że świat stoi w ob­li­czu śmier­tel­ne­go za­gro­że­nia mo­ca­mi zła i po­trze­bu­je opie­ki świę­te­go Mi­cha­ła bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Dru­ga mo­dli­twa pa­pie­ża Le­ona XIII, Eg­zor­cyzm prze­ciw­ko sza­ta­no­wi i upa­dłym anio­łom, któ­ra w skró­cie na­zy­wa­na jest mo­dli­twą pa­pie­ża Le­ona XIII, jest nie­zwy­kle sil­ną bro­nią prze­ciw­ko si­łom nie­czy­stym. Oj­ciec Świę­ty wzy­wał księ­ży, by od­ma­wia­li ją jak naj­czę­ściej, aby osła­bić dia­bła i prze­szko­dzić mu w czy­nie­niu zła. Po­zwo­lił im od­ma­wiać mo­dli­twę we wła­snym imie­niu, po­dob­nie jak to ro­bią z każ­dą za­twier­dzo­ną mo­dli­twą, „kie­dy tyl­ko ist­nie­je po­dej­rze­nie dzia­łal­no­ści dia­bła, któ­ry sie­je w lu­dziach zło, gwał­tow­nie kusi do grze­chu, a na­wet spro­wa­dza na lu­dzi bu­rze i inne ka­ta­stro­fy”. Wła­śnie tak uczy­ni­li­śmy w domu ro­dzi­ny Vil­la­no­va, prze­cho­dząc w mo­dli­tew­nym sku­pie­niu od po­ko­ju do po­ko­ju. W każ­dym z po­koi kro­pi­li­śmy wodą świę­co­ną wszyst­kie czte­ry kąty i wnę­trze każ­dej sza­fy, aby po­świę­cić te miej­sca, a po­tem po­wta­rza­li­śmy świę­ce­nie solą, któ­ra peł­ni tę samą funk­cję, co woda, lecz dłu­żej się utrzy­mu­je.

Pod­czas ob­rzę­du wy­pa­li­li­śmy tyle bło­go­sła­wio­ne­go ka­dzi­dła, że dom wy­glą­dał, jak­by się pa­lił. Jest w tym ja­kaś iro­nia, że spra­wa, któ­rej po­cząt­kiem była zja­wa wy­ła­nia­ją­ca się z chmu­ry dymu, koń­czy­ła się po­śród wi­ją­cych się ku gó­rze, pach­ną­cych słod­ko ni­tek dymu świę­te­go ka­dzi­dła i dźwię­ków żar­li­wych mo­dlitw, od któ­rych miej­sce to sta­ło się dla de­mo­na tak wro­gie, że „pani” była zmu­szo­na do uciecz­ki – tym ra­zem na do­bre. W domu za­pa­no­wał ab­so­lut­ny spo­kój, co było dla nas zna­kiem, że uda­ło nam się prze­pę­dzić de­mo­na. Kie­dy ko­bie­ty z dzieć­mi wró­ci­ły z ko­ścio­ła, ogrom­nie się ura­do­wa­ły, że skoń­czy­ła się ich męka.

Wdzięcz­ność, jaką nam oka­za­ła cała ro­dzi­na, onie­śmie­la­ła nas, wie­dzie­li­śmy bo­wiem, że to nie nam na­le­ża­ły się sło­wa po­dzię­ki, lecz Bogu, któ­re­go Syn po­zwo­lił nam po­ko­nać zło w swo­im imie­niu, i to Jemu na­le­ża­ły się wszyst­kie po­chwa­ły. Ra­zem z ro­dzi­ną Vil­la­no­va od­mó­wi­li­śmy mo­dli­twę dzięk­czyn­ną do Tego, któ­ry stoi po­nad wszyst­kim.

Roz­dział trze­ci

PO­LI­CJAN­CI I ZŁO­DZIE­JE DUSZ

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział czwar­ty

DOM PRZY CMEN­TA­RZU

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział pią­ty

ATAK IN­KU­BA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział szó­sty

DIA­BEL­SKI STAL­KER

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział siód­my

W SI­DŁACH OKUL­TY­ZMU

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział ósmy

WIL­KO­ŁAK

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział dzie­wią­ty

AMA­TO­RZY WŚRÓD PO­TĘ­PIO­NYCH

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział dzie­sią­ty

ZA­PUSZ­KO­WAĆ DIA­BŁA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział je­de­na­sty

WRZE­ŚNIO­WA KLĄ­TWA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział dwu­na­sty

PRAW­DZI­WE HI­STO­RIE O DU­CHACH

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział trzy­na­sty

GRZECH ŚMIER­TEL­NY

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Roz­dział czter­na­sty

OPĘ­TA­NA PRZEZ TE­LE­FON

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

PO­SŁO­WIE

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

LIST DO CZY­TEL­NI­KA

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Za­łącz­nik I:

MO­DLI­TWY EG­ZOR­CY­ZMO­WE

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Za­łącz­nik II

RÓ­ŻA­NIEC

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

Za­łącz­nik III

AKT PO­ŚWIĘ­CE­NIA SIĘ NIE­PO­KA­LA­NEJ MA­RYI

Do­stęp­ne w wer­sji peł­nej

1 Noc Wy­stęp­ku [przyp. tłum.].

ORI­GI­NAL­LY PU­BLI­SHED UN­DER THE TI­TLE

Be­wa­re the Ni­ght by Ralph Sar­chie and Lisa Col­lier Cool

Co­py­ri­ght © 2001 by Ralph Sar­chie and Lisa Col­lier Cool

Pray­ers of Exor­cism are excerp­ted with per­mis­sion from the third edi­tion

of the Ca­tho­lic Lay­per­sons’ Exor­cism Pray­er Ma­nu­el by Jo­seph For­re­ster © 1999

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two Esprit 2014

All ri­ghts re­se­rved

Mo­tion Pic­tu­re Ar­twork © 2014 Co­lum­bia Tri­Star Mar­ke­ting Gro­up

All ri­ghts re­se­rved

RE­DAK­CJA:

Ka­ro­li­na Rost­kow­ska, Pau­li­na Bie­niek, Ka­zi­mierz Bo­cian

ISBN 978-83-64647-10-9

Wy­daw­nic­two Esprit sc

ul. św. Kin­gi 4, 30-528 Kra­ków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprze­daz@esprit.com.pl

ksie­gar­nia@esprit.com.pl

biu­ro@wy­daw­nic­two­esprit.com.pl

Księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.esprit.com.pl

Plik opra­co­wał i przy­go­to­wał Wo­blink

wo­blink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zbaw nas ode Złego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana