Dawca

Dawca

Autorzy: Tess Gerritsen

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 296

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 11.72 zł

Trzymający w napięciu thriller medyczny mistrzyni tematu, głównej konkurentki Robina Cooka i Michaela Palmera. Doskonała lektura zwłaszcza dla tych, którzy mają wątpliwości co do funkcjonowania służby zdrowia... Dwie osoby gotowe do operacji i tylko jedno serce, które można przeszczepić. Gdy doktor Abby DiMatteo podejmowała decyzję, by dokonać przeszczepu u umierającego siedemnastolatka, nie przypuszczała, że wywoła tym lawinę wydarzeń. Kim jest czterdziestosześcioletnia, bogata kobieta, która, wedle przełożonych, winna była otrzymać narząd? Tego Abby nie wie. Wie jednak, że coś jest nie w porządku - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się drugie serce i operacja może się odbyć. Cud? To mało prawdopodobne. W wyniku podjętych decyzji, pracę traci przełożona kobiety, a sama Abby zaczyna stawiać sobie niewygodne pytania. Czy to możliwe, że narządy do transplantacji pochodzą z nie do końca legalnych źródeł? Gdzie leżą granice etyki lekarskiej?

O książce

Dok­tor Abby Di­Mat­teo, stażyst­ka na od­dzia­le chi­rur­gii szpi­ta­la Bay­si­de w Bo­sto­nie po­dej­mu­je de­cyzję, która może zaważyć na jej przyszłej ka­rie­rze le­kar­skiej. Kie­dy pod­czas dyżuru do­wia­du­je się, że ser­ce prze­zna­czo­ne dla umie­rającego sie­dem­na­sto­lat­ka ma zo­stać poza ko­lej­nością wsz­cze­pio­ne żonie wpływo­we­go mi­lio­ne­ra, wbrew przełożonym ra­tu­je życie chłopca. Tym­cza­sem, jak za do­tknięciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, po­ja­wia się nowy daw­ca i pla­no­wa­na ope­ra­cja ko­bie­ty do­cho­dzi do skut­ku. Cud, czy tyl­ko przy­pa­dek? Abby za­czy­na sta­wiać nie­wy­god­ne py­ta­nia. Oka­zu­je się, że kar­to­te­ka daw­cy zo­stała sfałszo­wa­na. Skąd za­tem po­cho­dził narząd do trans­plan­ta­cji? Pod­da­na nie­ustającej pre­sji in­nych le­ka­rzy, by za­po­mnieć o spra­wie, do­cie­kli­wa stażyst­ka sta­je się obiek­tem za­pla­no­wa­nej kam­pa­nii mającej na celu znisz­cze­nie jej za­wo­do­wej re­pu­ta­cji. I nie tyl­ko re­pu­ta­cji – wkrótce również jej życie znaj­dzie się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeństwie

Wydanie elektroniczne

TESS GER­RIT­SEN

Współcze­sna pi­sar­ka ame­ry­kańska, z za­wo­du le­karz in­ter­ni­sta. Po stu­diach prak­ty­ko­wała w Ho­no­lu­lu na Ha­wa­jach, wraz z mężem, także le­karzem. W 1987 opu­bli­ko­wała pierwszą po­wieść, ro­mans z wątkiem kry­mi­nal­nym, a po­tem ko­lej­no kil­ka książek o po­dob­nej te­ma­ty­ce. Ka­rie­ra pi­sar­ska Ger­rit­sen na­brała rozpędu w 1996, gdy uka­zał się jej pierw­szy thril­ler me­dycz­ny Daw­ca (pra­wa fil­mo­we za­ku­pił Pa­ra­mo­unt). Dzięki od­nie­sio­ne­mu suk­ce­so­wi mogła zre­zy­gno­wać z prak­ty­ki le­kar­skiej. Ko­lej­no wyszły m.in. Gra­wi­ta­cja (1 mln do­larów za pra­wa fil­mo­we!) Grzesz­nik, So­bowtór, Klub Me­fi­sta, Ogród kości, Mu­mia, Do­li­na umarłych, Milcząca dziew­czy­na i Ostat­ni, który umrze. Książki Ger­rit­sen pu­bli­ko­wa­ne są w 20 języ­kach i re­gu­lar­nie po­ja­wiają się na li­stach be­st­sel­lerów w USA i Eu­ro­pie. Ste­phen King uznał ją za naj­cie­kawszą au­torkę thril­lerów me­dycz­nych – „lepszą od Co­oka, Pal­me­ra, a na­wet Mi­cha­ela Crich­to­na”.

www.tess­ger­rit­sen.com

Tej au­tor­ki

DAW­CA

CIAŁO

IN­FEK­CJA

NO­SI­CIEL

GRA­WI­TA­CJA

OGRÓD KOŚCI

Jane Riz­zo­li & Mau­ra Is­les

CHI­RURG

SKAL­PEL

GRZESZ­NIK

SO­BOWTÓR

AU­TOP­SJA

KLUB ME­FI­STA

MU­MIA

DO­LI­NA UMARŁYCH

MILCZĄCA DZIEW­CZY­NA

OSTAT­NI, KTÓRY UMRZE

RIZ­ZO­LI I IS­LES

Tytuł ory­gi­nału:

HA­RVEST

Co­py­ri­ght © Tess Ger­rit­sen 1996, 2006

All ri­ghts re­se­rved

First pu­bli­shed by Atria Bo­oks, an im­print of Si­mon & Schu­s­ter Inc.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2008

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Je­rzy Żebrow­ski 2008

Re­dak­cja: Lu­cy­na Le­wan­dow­ska

Kon­sul­ta­cja me­dycz­na: dr nauk med. Mar­cin Szulc

Ilu­stra­cja na okładce: The Ima­ge Bank/Get­ty Ima­ges/Flash Press Me­dia

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-008-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

O książce

O autorze

Tej autorki

Dedykacja

Podziękowania

Przedmowa

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Ja­co­bo­wi, mo­je­mu mężowi i naj­lep­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi

Po­dzięko­wa­nia

Dziękuję z całego ser­ca Emi­ly Be­stler za jej tak­towną i wni­kliwą pracę edy­torską; Da­vi­do­wi Bow­ma­no­wi za po­dzie­le­nie się swoją wiedzą na te­mat ro­syj­skiej ma­fii; trans­plan­to­lo­gom: Su­san Pratt z Cen­trum Me­dycz­ne­go w Pe­nob­scot Bay i Bru­ce’owi Whi­te’owi z Cen­trum Me­dycz­ne­go w Ma­ine za ich bez­cen­ne in­for­ma­cje na te­mat po­bie­ra­nia narządów do prze­szczepów; Pat­ty Kahn za po­moc w ko­rzy­sta­niu z kom­pu­te­ra w bi­blio­te­ce me­dycz­nej; Joh­no­wi Sar­gen­to­wi z Roc­kland, w sta­nie Ma­ine, za po­ra­dy ślu­sar­skie; Ro­ge­ro­wi Pep­pe­ro­wi za rze­tel­ne do­star­cza­nie ma­te­riałów niezbędnych do na­pi­sa­nia tej książki.

Przede wszyst­kim dziękuję jed­nak Meg Ru­ley i Do­no­wi Cle­ary’emu z agen­cji Jane Ro­tro­sen. Dzięki wam po­wstała ta po­wieść.

Przed­mo­wa

Przed Jane Riz­zo­li i Maurą Is­les była Abby Di­Mat­teo.

Abby to bo­ha­ter­ka mo­je­go pierw­sze­go thril­le­ra Daw­ca, od którego w tysiąc dzie­więćset dzie­więćdzie­siątym szóstym roku roz­poczęłam ka­rierę pi­sar­ki po­wieści sen­sa­cyj­nych i który od razu tra­fił na listę be­st­sel­lerów „New York Ti­me­sa”. Po­mysł fabuły przy­szedł mi do głowy pod­czas po­ru­szającej roz­mo­wy z eme­ry­to­wa­nym po­li­cjan­tem, który podróżował po Ro­sji. Mo­skiew­scy ko­le­dzy opo­wia­da­li mu, że z ulic ich mia­sta zni­kają dzie­ci, a tam­tej­sze władze uważają, że są one sprze­da­wa­ne za gra­nicę jako daw­cy or­ganów.

Byłam wstrząśnięta. Kil­ka ty­go­dni później, wciąż myśląc o tych dzie­ciach, wie­działam już, że będzie to te­mat mo­jej następnej książki. Je­stem le­karką i w Daw­cy wy­ko­rzy­stałam całą moją wiedzę na te­mat świa­ta me­dy­cy­ny. Opi­suję w niej ku­li­sy trans­plan­to­lo­gii i przeżycia młodej stażyst­ki, Abby Di­Mat­teo. Zdo­by­cie umiejętności ko­niecz­nych w za­wo­dzie chi­rur­ga kosz­tu­je wie­le wysiłku, ale Abby jest za­chwy­co­na, że pra­cu­je w szpi­ta­lu Bay­si­de wraz z eli­tar­nym ze­społem le­ka­rzy, zaj­mujących się prze­szcze­pa­mi ser­ca. Wkrótce jed­nak od­kry­wa prze­rażającą ta­jem­nicę. Ujaw­niając ją, może zapłacić naj­wyższą cenę.

W książce tej opo­wia­dam również hi­sto­rię Ja­ko­wa, dziel­ne­go je­de­na­sto­lat­ka z Ro­sji, który tra­fia na pokład frach­tow­ca płynącego do Ame­ry­ki. Chłopcu po­wie­dzia­no, że ma zo­stać ad­op­to­wa­ny. Ale gdy sta­tek prze­mie­rza wody Atlan­ty­ku, do­cie­kli­wy Ja­kow za­czy­na po­dej­rze­wać, że za­miast no­wej ro­dzi­ny cze­ka go tam coś strasz­ne­go.

Jeśli w książkach, których bo­ha­terką jest Jane Riz­zo­li, za­in­te­re­so­wała Państwa te­ma­ty­ka me­dy­cy­ny sądo­wej, także i w tej po­wieści znaj­dzie­cie opi­sy cięć skal­pe­la chi­rur­ga i noża pa­to­lo­ga, kli­ma­tu napięcia pa­nującego na ostrym dyżurze oraz wi­doków i za­pachów pro­sek­to­rium.

Wszyst­ko zaczęło się od Daw­cy.

Tess Ger­rit­sen, Ma­ine, rok 2006

Roz­dział pierw­szy

Był drob­ny jak na swój wiek, drob­niej­szy niż inni chłopcy, którzy żebra­li w pod­ziem­nym przejściu na uli­cy Ar­bat­ska­ja, ale mając je­de­naście lat, po­tra­fił już wszyst­ko. Od czte­rech lat palił pa­pie­ro­sy, od po­nad trzech kradł, a od dwóch lat sprze­da­wał się klien­tom. Tego ostat­nie­go zajęcia nie lubił, ale kazał mu to robić wu­jek Mi­sza. Skąd by in­a­czej bra­li pie­niądze na chleb i pa­pie­ro­sy? Ja­kow, jako naj­mniej­szy i naj­bar­dziej ja­snowłosy spośród wszyst­kich chłopców wuj­ka Mi­szy, miał naj­większe po­wo­dze­nie. Klien­ci za­wsze pre­fe­ro­wa­li młod­ziut­kich blon­dynów. Naj­wy­raźniej wca­le im nie prze­szka­dzało, że Ja­kow nie ma le­wej dłoni. Najczęściej w ogóle nie za­uważali uschniętego ki­ku­ta jego ręki, byli zbyt ocza­ro­wa­ni drob­nym blon­dynkiem o błękit­nych oczach.

Ja­kow bar­dzo chciał być duży i ma­rzył o tym, by zo­stać kie­szon­kow­cem, jak star­si chłopcy. Co rano, gdy bu­dził się w miesz­ka­niu wuj­ka Mi­szy, i każdego wie­czo­ru, za­nim zasnął, chwy­tał zdrową ręką za poręcz łóżka nad głową i roz­ciągał się, mając na­dzieję, że przybędzie mu cho­ciaż cen­ty­metr. Wu­jek Mi­sza twier­dził, że to bez­ce­lo­we. Według nie­go Ja­kow był ni­ski, bo po­cho­dził ze zde­ge­ne­ro­wa­nej ro­dzi­ny. Ko­bie­ta, która sie­dem lat wcześniej po­rzu­ciła go w Mo­skwie, też była karłowa­ta. Ja­kow pra­wie jej nie pamiętał. Nie przy­po­mi­nał też so­bie nie­mal wca­le, jak wyglądało jego życie, za­nim zna­lazł się w mieście. Wie­dział tyl­ko tyle, ile usłyszał od wuj­ka Mi­szy, i tyl­ko w połowie w to wie­rzył. Mając za­le­d­wie je­de­naście lat, był drob­ny jak na swój wiek, ale by­stry.

Z nie­uf­nością przyglądał się więc te­raz mężczyźnie i ko­bie­cie, którzy załatwia­li z wuj­kiem Miszą in­te­re­sy przy sto­le w ja­dal­ni.

Przy­je­cha­li dużym czar­nym sa­mo­cho­dem z przy­ciem­nio­ny­mi szy­ba­mi. Mężczy­zna, który na­zy­wał się Gre­gor, miał na so­bie gar­ni­tur i kra­wat oraz buty z praw­dzi­wej skóry. Ko­bie­ta o ja­snych włosach, Nad­ia, była ubra­na w spódniczkę i gar­sonkę z de­li­kat­nej wełny. Trzy­mała w rękach małą wa­li­zeczkę. Nie była Ro­sjanką–wszy­scy czte­rej obec­ni w miesz­ka­niu chłopcy na­tych­miast to spo­strze­gli. Mogła być Ame­ry­kanką albo An­gielką. Mówiła po ro­syj­sku płyn­nie, ale z wyraźnym ob­cym ak­cen­tem.

Gdy obaj mężczyźni oma­wia­li in­te­re­sy przy wódce, ko­bie­ta ro­zej­rzała się po małym miesz­ka­niu, po­pa­trzyła na stojące pod ścianą sta­re woj­sko­we łóżka, ster­ty brud­nej poście­li i czte­rech przy­tu­lo­nych do sie­bie, zalęknio­nych chłopców. Miała piękne ja­sno­sza­re oczy, którymi przy­pa­try­wała się po ko­lei każdemu z nich – naj­pierw naj­star­sze­mu z całej czwórki, piętna­sto­let­nie­mu Pie­tii, a po­tem trzy­na­sto­let­nie­mu Stie­pa­no­wi i dzie­sięcio­let­nie­mu Alek­sie­jo­wi.

Na ko­niec spoj­rzała na Ja­ko­wa.

Chłopiec przy­wykł do tego, że dorośli go oglądają, więc spo­koj­nie pa­trzył jej w oczy. Nie był jed­nak przy­zwy­cza­jo­ny do tego, że nie poświęcano mu większej uwa­gi. Zwy­kle dorośli nie in­te­re­so­wa­li się po­zo­stałymi chłopca­mi. Tym ra­zem jed­nak uwagę ko­bie­ty przy­ciągnął nie on, ale chu­dy i prysz­cza­ty Pie­tia.

– Słusznie pan robi, Mi­cha­ile Isa­je­wi­czu – po­wie­działa do Mi­szy. – Te dzie­cia­ki nie mają tu przyszłości. A my możemy dać im wielką szansę – dodała i uśmiechnęła się do chłopców.

Stie­pan wy­szcze­rzył zęby jak za­ko­cha­ny idio­ta.

– Jest jed­nak pe­wien pro­blem… żaden z nich nie mówi po an­giel­sku – zmar­twił się wu­jek Mi­sza. – Znają tyl­ko po­je­dyn­cze słowa.

– Dzie­ci szyb­ko się uczą.

– Ale po­win­ny mieć na to czas. Żeby na­uczyć się języka, przy­wyknąć do in­ne­go je­dze­nia…

– Na­sza agen­cja wie, że muszą się za­adap­to­wać. Pra­cu­je­my z wie­lo­ma dziećmi z Ro­sji, z sie­ro­ta­mi ta­ki­mi jak ci chłopcy. Przez kil­ka mie­sięcy będą prze­by­wać w spe­cjal­nej szko­le, żeby mie­li czas się przy­sto­so­wać.

– A jeśli im się to nie uda?

Nad­ia mil­czała przez chwilę.

– Cóż, cza­sem zda­rzają się wyjątki. Najczęściej do­ty­czy to dzie­ci z pro­ble­ma­mi emo­cjo­nal­ny­mi. – Po­pa­trzyła na chłopców. – Czy myśli pan o którymś z nich?

Ja­kow wie­dział, że to właśnie on ma pro­ble­my, o których mówili. Rzad­ko się śmiał, nig­dy nie płakał i wu­jek Mi­sza na­zy­wał go „chłopczy­kiem z ka­mie­nia”. Ja­kow nie wie­dział, dla­cze­go nig­dy nie płacze. Inni chłopcy, gdy spo­tkało ich coś złego, za­le­wa­li się łzami. A on po pro­stu się wyłączał. Jego umysł przy­po­mi­nał ekran te­le­wi­zo­ra, który późną nocą, gdy kończy się pro­gram, po pro­stu robi się biały. Nie ma na nim nic, żad­ne­go ob­ra­zu, tyl­ko drgające białe krop­ki.

– To wspa­nia­li chłopcy – po­wie­dział wu­jek Mi­sza. – Wszy­scy czte­rej.

Ja­kow spoj­rzał na po­zo­stałą trójkę. Piotr miał wy­stającą szczękę i po­chy­lo­ne do przo­du ra­mio­na, co upo­dab­niało go do go­ry­la. Uszy Stie­pa­na były dziw­nie małe i po­marsz­czo­ne, a między nimi tkwił mózg wiel­kości orze­cha. Alek­siej ciągle ssał kciuk.

A ja, pomyślał Ja­kow, patrząc na swój ki­kut, mam tyl­ko jedną rękę. Dla­cze­go mówią, że je­steśmy wspa­nia­li? Ale wu­jek Mi­sza właśnie tak twier­dził, a ko­bie­ta kiwała głową. Byli do­bry­mi, zdro­wy­mi chłopca­mi.

– Mają na­wet zdro­we zęby! – oświad­czył Mi­sza. – I spójrz­cie, jaki mój Piotr jest wy­so­ki.

– Tam­ten wygląda na nie­dożywio­ne­go – mruknął Gre­gor, wska­zując Ja­ko­wa. – W jaki sposób stra­cił rękę?

– Taki się uro­dził, ale poza tym jest całkiem nor­mal­ny. Brak mu tyl­ko dłoni.

– To nie po­win­no sta­no­wić pro­ble­mu – stwier­dziła Nad­ia i wstała z krzesła. – Mu­si­my je­chać. Już pora.

– Tak szyb­ko?

– Mamy swój har­mo­no­gram.

– Ale… ich ubra­nia…

– Agen­cja za­pew­ni im odzież. Lepszą, niż mają te­raz.

– Tak szyb­ko? – powtórzył wu­jek Mi­sza. – Nie będzie­my mie­li na­wet cza­su na to, by się pożegnać?

W oczach ko­bie­ty po­ja­wił się cień roz­drażnie­nia.

– Ma­cie tyl­ko chwilę. Nie możemy się spóźnić.

Wu­jek Mi­sza spoj­rzał na swo­ich chłopców, swo­ich czte­rech chłopców, związa­nych z nim nie po­kre­wieństwem ani na­wet uczu­cia­mi, lecz wza­jemną zależnością. Tym, że sie­bie po­trze­bo­wa­li. Obej­mo­wał każdego z nich po ko­lei. Ja­ko­wa ści­skał nie­co dłużej i nie­co moc­niej. Pach­niał zna­jo­mo ce­bulą i pa­pie­ro­sa­mi. Były to swoj­skie za­pa­chy, ale Ja­kow za­wsze uni­kał bli­skie­go kon­tak­tu. Nie lubił, by kto­kol­wiek go obej­mo­wał lub do­ty­kał.

– Nie za­po­mnij o swo­im wuj­ku – szepnął Mi­sza. – Kie­dy wzbo­ga­cisz się w tej Ame­ry­ce, pamiętaj, że o cie­bie dbałem.

– Nie chcę je­chać do Ame­ry­ki – burknął Ja­kow.

– To dla two­je­go do­bra. Dla do­bra was wszyst­kich.

– Chcę zo­stać z tobą, wuj­ku. Chcę być tu­taj.

– Mu­sisz je­chać.

– Dla­cze­go?

– Bo tak po­sta­no­wiłem. – Wu­jek Mi­sza chwy­cił go za ra­mio­na i moc­no nim potrząsnął. – Tak po­sta­no­wiłem.

Ja­kow spoj­rzał na po­zo­stałych chłopców, którzy uśmie­cha­li się radośnie, i pomyślał: oni są szczęśliwi. Dla­cze­go tyl­ko ja mam wątpli­wości?

Ko­bie­ta wzięła Ja­ko­wa za rękę.

– Za­pro­wadzę ich do sa­mo­cho­du, a Gre­gor dokończy for­mal­ności.

– Wuj­ku! – zawołał Ja­kow.

Ale Mi­sza odwrócił się już i spoglądał w okno.

Nad­ia wy­pro­wa­dziła czwórkę chłopców na ko­ry­tarz i zeszła z nimi po scho­dach. Stu­ka­nie ich butów i odgłosy roz­sa­dzającej ich ener­gii roz­brzmie­wały głośnym echem w pu­stej klat­ce scho­do­wej.

Byli już na par­te­rze, gdy Alek­siej na­gle się za­trzy­mał.

– Za­cze­kaj­cie! Za­po­mniałem wziąć Szu-Szu! – krzyknął i ru­szył z po­wro­tem na górę.

– Wra­caj! – zawołała Nad­ia. – Nie wol­no ci tam wcho­dzić!

– Nie mogę go zo­sta­wić! – wrzasnął Alek­siej.

– Na­tych­miast wra­caj!

Alek­siej da­lej pędził po scho­dach. Pie­tia wzru­szył ra­mio­na­mi i po­wie­dział:

– On nie po­je­dzie bez Szu-Szu.

– Kto to jest Szu-Szu, do diabła?

– Plu­szo­wy pies. Ma go od za­wsze.

Ko­bie­ta spoj­rzała na scho­dy pro­wadzące na trze­cie piętro i w tym mo­men­cie Ja­kow do­strzegł w jej oczach coś dziw­ne­go.

Nie­pokój.

Wyglądała, jak­by za chwilę miała stra­cić Alek­sie­ja. Kie­dy chłopiec zbiegł z po­wro­tem po scho­dach, trzy­mając w objęciach swo­je­go wystrzępio­ne­go Szu-Szu, z wyraźną ulgą oparła się ple­ca­mi o poręcz.

– Mam go! – zawołał z trium­fem Alek­siej, tuląc do sie­bie plu­szo­we­go zwie­rza­ka.

– Po­spiesz­cie się! – po­wie­działa ko­bie­ta, wy­pro­wa­dzając ich na zewnątrz.

Czte­rej chłopcy we­pchnęli się na tyl­ne sie­dze­nie sa­mo­cho­du. Nie mieścili się na nim i Ja­kow mu­siał usiąść Pie­tii na ko­la­nach.

– Nie możesz za­brać ze mnie swo­je­go kości­ste­go tyłka? – burknął Pie­tia.

– Wo­lisz go mieć na twa­rzy? – od­pa­ro­wał Ja­kow.

Pie­tia szturchnął go łokciem, a Ja­kow na­tych­miast mu się zre­wanżował.

– Prze­stańcie! – ode­zwała się z przed­nie­go sie­dze­nia ko­bie­ta.

– Ale tu jest za cia­sno – po­skarżył się Pie­tia.

– Mu­si­cie so­bie jakoś po­ra­dzić. I za­cho­wuj­cie się ci­szej – po­wie­działa ko­bie­ta i spoj­rzała w okna miesz­ka­nia Mi­szy.

– Na co cze­ka­my? – spy­tał Alek­siej.

– Na Gre­go­ra, który pod­pi­su­je pa­pie­ry.

– Ile to po­trwa?

Ko­bie­ta oparła się ple­ca­mi o fo­tel.

– Niedługo – od­parła.

□ □ □

Nie­wie­le bra­ko­wało, pomyślał Gre­gor, gdy Alek­siej wy­szedł po raz dru­gi z miesz­ka­nia, za­trza­skując za sobą drzwi. Gdy­by ten gówniarz zja­wił się chwilę później, byłaby wpad­ka. Co ta kre­tyn­ka wy­pra­wia, cze­mu po­zwo­liła smar­ka­czo­wi wrócić na górę? Od początku był prze­ciw­ny temu, żeby ją do tego włączać. Ale Reu­ben uważał, że po­trzeb­na im ko­bie­ta, bo ko­bie­tom lu­dzie bar­dziej ufają.

Odgłos kroków chłopca ucichł na klat­ce scho­do­wej, a po­tem roz­legł się łoskot za­my­ka­nych fron­to­wych drzwi.

Gre­gor odwrócił się do su­te­ne­ra.

Mi­sza stał przy oknie, patrząc w dół na ulicę, na sa­mochód, w którym sie­dzie­li jego czte­rej chłopcy. Przy­tknął dłoń do szy­by w geście pożegna­nia. Kie­dy spoj­rzał na Gre­go­ra, miał oczy za­mglo­ne łzami.

Ale jego pierw­sze słowa do­ty­czyły pie­niędzy.

– Są w wa­liz­ce?

– Tak – od­parł Gre­gor.

– Cała suma?

– Dwa­dzieścia tysięcy ame­ry­kańskich do­larów. Pięć tysięcy za każdego dzie­cia­ka. Na taką cenę się zgo­dziłeś.

– Tak. – Mi­sza wes­tchnął i prze­ciągnął dłonią po po­brużdżonej, przed­wcześnie po­sta­rzałej twa­rzy. Był to niewątpli­wie efekt zbyt dużej ilości wódki i zbyt wie­lu pa­pie­rosów. – Na pew­no tra­fią do od­po­wied­nich ro­dzin?

– Nad­ia się tym zaj­mie. Ko­cha dzie­ci. Dla­te­go wy­brała tę pracę.

Mi­sza zdo­był się na słaby uśmiech.

– Może zna­lazłaby też jakąś ame­ry­kańską ro­dzinę dla mnie…

Gre­gor wska­zał wa­li­zeczkę, która leżała na sto­li­ku.

– Sprawdź, jeśli chcesz.

Mi­sza pod­szedł do wa­li­zecz­ki i otwo­rzył za­trzask. Wewnątrz były sta­ran­nie ułożone pli­ki ame­ry­kańskich bank­notów. Dwa­dzieścia tysięcy do­larów. Będzie mógł kupić za nie wy­star­czającą ilość wódki, by zruj­no­wać so­bie wątrobę.

Jak nie­wie­le kosz­tu­je dziś ludz­ka du­sza, pomyślał Gre­gor. Na uli­cach no­wej Ro­sji można było kupić wszyst­ko. Skrzynkę izra­el­skich po­ma­rańczy, ame­ry­kański te­le­wi­zor, roz­ko­sze ko­bie­ce­go ciała. Wszędzie ist­niały możliwości dla tych, którzy po­tra­fi­li z nich ko­rzy­stać.

Mi­sza wpa­try­wał się w pie­niądze, ale za­miast za­do­wo­le­nia czuł od­razę do sa­me­go sie­bie. Za­mknął wa­li­zeczkę i stał ze spusz­czoną głową, z dłońmi na twar­dym czar­nym pla­sti­ku.

Gre­gor pod­szedł do nie­go od tyłu, uniósł lufę pi­sto­le­tu z tłumi­kiem i strze­lił dwa razy w jego łysiejącą po­ty­licę.

Krew i mózg obry­zgały ścianę. Mi­sza zwa­lił się na podłogę, prze­wra­cając sto­lik. Wa­li­zecz­ka upadła na dy­wan obok nie­go.

Gre­gor chwy­cił ją szyb­ko, by nie zalała jej krew. Była za­bru­dzo­na z boku mózgiem Ro­sja­ni­na. Po­szedł do łazien­ki, wy­tarł pla­stik pa­pie­rem to­a­le­to­wym i spuścił wodę. Gdy wrócił do po­ko­ju, w którym leżał Mi­sza, kałuża krwi roz­lała się już po podłodze i wsiąkała w dy­wan.

Gre­gor ro­zej­rzał się wokół, by się upew­nić, czy zro­bił wszyst­ko jak należy i nie po­zo­sta­wił żad­nych śladów. Kusiło go, żeby wziąć także stojącą na oknie bu­telkę wódki, ale się po­wstrzy­mał. Mu­siałby tłuma­czyć, dla­cze­go ją za­brał Mi­szy, a nie miał cier­pli­wości od­po­wia­dać na py­ta­nia dzie­ciaków. To było za­da­nie Nad­ii.

Opuścił miesz­ka­nie i zszedł na dół.

Nad­ia i jej pod­opiecz­ni cze­ka­li w sa­mo­cho­dzie. Rzu­ciła mu py­tające spoj­rze­nie, gdy sia­dał za kie­row­nicą.

– Wszyst­kie pa­pie­ry pod­pi­sa­ne?

– Tak. Wszyst­kie.

Usiadła wy­god­nie, od­dy­chając z wyraźną ulgą. Za bar­dzo się de­ner­wu­je, pomyślał Gre­gor, uru­cha­miając sil­nik. Bez względu na to, co sądził Reu­ben, ko­bie­ta była ba­la­stem.

Z tyl­ne­go sie­dze­nia do­cho­dziły odgłosy prze­py­chan­ki. Gre­gor zerknął we wstecz­ne lu­ster­ko i zo­ba­czył, że chłopcy ciągle się sztur­chają. Wszy­scy, z wyjątkiem naj­mniej­sze­go, Ja­ko­wa, który w mil­cze­niu pa­trzył przed sie­bie. Ich spoj­rze­nia ze­tknęły się w lu­ster­ku i Gre­gor odniósł wrażenie, że z tej dzie­cin­nej twa­rzy spoglądają na nie­go oczy do­rosłego człowie­ka.

Na­gle chłopiec odwrócił się i ude­rzył w ramię swo­je­go sąsia­da. Tyl­ne sie­dze­nie w jed­nej chwi­li za­mie­niło się w kłębo­wi­sko spląta­nych ciał i kończyn.

– Za­cho­wuj­cie się jak należy! –krzyknęła Nad­ia. –Nie możecie sie­dzieć ci­cho? Przed nami długa dro­ga do Rygi.

Jej pod­opiecz­ni się uspo­ko­ili i na tyl­nym sie­dze­niu za­pa­no­wała ci­sza. Ale po chwi­li Gre­gor zo­ba­czył we wstecz­nym lu­ster­ku, że mały chłopiec z ocza­mi jak u do­rosłego znów sztur­cha łokciem swo­je­go sąsia­da.

Uśmiechnął się do sie­bie. Nie ma po­wo­du się mar­twić, pomyślał. To w końcu tyl­ko dzie­ci.

Roz­dział dru­gi

Była północ i Ka­ren Ter­rio oczy same się za­my­kały. Wal­czyła z sen­nością, by nie stra­cić kon­tro­li nad kie­row­nicą. Pro­wa­dziła sa­mochód pra­wie od dwóch dni. Wy­ru­szyła w drogę za­raz po po­grze­bie ciot­ki Do­ro­thy i za­trzy­my­wała się tyl­ko na krótką drzemkę lub ham­bur­ge­ra i kawę. Wypiła mnóstwo kawy. Z po­grze­bu po­zo­stały jej w pamięci je­dy­nie za­mglo­ne ob­ra­zy. Więdnące gla­dio­le. Nie­zna­ni ku­zy­ni. Czer­stwe tar­tin­ki. I to, co jesz­cze musi zro­bić. Było tego cho­ler­nie dużo.

Jed­nak te­raz chciała tyl­ko do­trzeć do domu.

Wie­działa, że po­win­na znów się za­trzy­mać i spróbować trochę się zdrzemnąć, za­nim po­je­dzie da­lej, ale była już tak bli­sko – za­le­d­wie sie­dem­dzie­siąt parę ki­lo­metrów od Bo­sto­nu. W ostat­nim ba­rze Dun­kin Do­nuts wlała w sie­bie trzy filiżanki kawy, co dało jej dość ener­gii, by do­je­chać ze Spring­field do Stur­brid­ge. Te­raz jed­nak ko­fe­ina prze­sta­wała działać i choć Ka­ren myślała, że jest przy­tom­na, co jakiś czas głowa jej opa­dała, a oczy same się za­my­kały.

Z mro­ku wyłonił się znak Bur­ger Kin­ga. Zje­chała z au­to­stra­dy.

Zamówiw­szy kawę i ba­beczkę z ja­go­da­mi, usiadła przy sto­le. O tej po­rze na sali było tyl­ko kil­ku klientów. Wszy­scy mie­li równie zmęczo­ne twa­rze. Wid­ma au­to­stra­dy, pomyślała Ka­ren. Udręczo­ne du­sze, które stra­szyły w każdym przy­drożnym ba­rze. Wokół pa­no­wała dziw­na ci­sza. Wszy­scy kon­cen­tro­wa­li się tyl­ko na tym, by nie zasnąć i móc ru­szyć w dalszą drogę.

Przy sąsied­nim sto­li­ku sie­działa ko­bie­ta z dwójką małych dzie­ci, które spo­koj­nie jadły cia­stecz­ka. Na wi­dok tych grzecz­nych ja­snowłosych malców Ka­ren pomyślała o swo­ich córecz­kach. Ju­tro mają uro­dzi­ny. Już tyl­ko ta noc dzie­li je od ukończe­nia trzy­na­stu lat.

Kie­dy się obu­dzi­cie, pomyślała, będę już w domu.

Po­now­nie napełniła ku­bek kawą, za­mknęła go pla­sti­kową po­krywką i poszła do sa­mo­cho­du.

Sen­ność ją opuściła. Da radę. Go­dzi­na jaz­dy, sie­dem­dzie­siąt ki­lo­metrów i znaj­dzie się przed swo­im do­mem. Włączyła sil­nik i wy­je­chała z par­kin­gu.

Sie­dem­dzie­siąt ki­lo­metrów, pomyślała. Tyl­ko sie­dem­dzie­siąt ki­lo­metrów.

□ □ □

Trzy­dzieści ki­lo­metrów da­lej Vin­ce Law­ry i Chuck Se­rvis, siedząc w sa­mo­cho­dzie za­par­ko­wa­nym za re­stau­racją 7-Ele­ven, kończy­li ostat­ni sześcio­pak piwa. Pili już od czte­rech go­dzin. Cho­dziło o to, który z nich po­tra­fi wlać w sie­bie więcej i nie po­rzy­gać się. Chuck był o jedną puszkę lep­szy. Stra­ci­li już ra­chubę, ile w su­mie wy­pi­li. Do­wiedzą się tego rano, gdy po­liczą pu­ste pusz­ki na tyl­nym sie­dze­niu.

Ale kie­dy Chuck zaczął wy­gry­wać i chełpić się tym, wku­rzyło to Vin­ce’a, bo uważał, że kum­pel nie gra uczci­wie. Gotów był na jesz­cze jedną rundkę, ale skończyło im się piwo, i Chuck uśmie­chał się cy­nicz­nie, cho­ciaż wie­dział, że gra nie fair.

Vin­ce pchnął drzwicz­ki sa­mo­cho­du i wy­gra­mo­lił się zza kie­row­ni­cy.

– Dokąd idziesz? – spy­tał Chuck.

– Przy­niosę jesz­cze piwa.

– Więcej już nie dasz rady wypić.

– Pieprz się! – warknął Vin­ce i chwiej­nym kro­kiem ru­szył przez par­king w stronę drzwi re­stau­ra­cji.

Chuck zaśmiał się.

– Nie możesz na­wet iść! – krzyknął przez okno sa­mo­cho­du.

Du­pek, pomyślał Vin­ce. Prze­cież idzie, kur­wa. Wej­dzie do 7-Ele­ven i kupi jesz­cze dwa sześcio­pa­ki. Albo trzy. Ja­sne, mogą być na­wet trzy. Ma żołądek z żela­za i poza tym, że musi sikać co parę mi­nut, piwo wca­le mu nie szko­dzi.

Po­tknął się w drzwiach i upadł na ko­la­na – cho­le­ra, za taki wy­so­ki próg po­win­no się ich za­skarżyć! – ale za­raz się pod­niósł. Wyjął z lodówki trzy sześcio­pa­ki i słaniając się na no­gach, pod­szedł do kasy. Rzu­cił na ladę dwu­dzie­sto­do­la­ro­wy bank­not.

Sprze­daw­ca spoj­rzał na pie­niądze i pokręcił głową.

– Nie mogę pana obsłużyć.

– Jak to?

– Nie mogę sprze­da­wać piwa nie­trzeźwym klien­tom.

– Twier­dzi pan, że je­stem pi­ja­ny?

– Właśnie.

– Płacę, praw­da? Nie chce pan mo­ich pie­przo­nych pie­niędzy?

– Nie chcę od­po­wia­dać przed sądem. Od­staw to piwo z po­wro­tem, synu, do­brze? Naj­le­piej kup so­bie kawę albo coś in­ne­go. Może hot doga.

– Nie po­trze­buję żad­ne­go pie­przo­ne­go hot doga.

– Więc po pro­stu stąd wyjdź, chłopcze. I to za­raz.

Vin­ce ze­pchnął je­den z sześcio­paków z lady. Pusz­ki z łosko­tem upadły na podłogę. Miał za­miar strącić także dru­gi, ale sprze­daw­ca wyciągnął broń.

– Wynoś się, do cho­le­ry – po­wie­dział.

– W porządku – wy­mam­ro­tał Vin­ce i cofnął się, pod­nosząc ręce.

Wy­chodząc, zno­wu po­tknął się na pro­gu.

– Nic nie kupiłeś? – spy­tał Chuck, gdy kum­pel z po­wro­tem wgra­mo­lił się do wozu.

– Skończyło im się piwo.

– Nie­możliwe.

– Mówię prze­cież, że się skończyło – warknął Vin­ce.

Uru­cho­mił sil­nik i wcisnął pedał gazu. Ru­szy­li ostro z par­kin­gu.

– Dokąd te­raz je­dzie­my? – spy­tał Chuck.

– Znaj­dzie­my inny sklep. – Vin­ce wpa­try­wał się w mrok, mrużąc oczy. – Gdzie jest wjazd na au­to­stradę? Musi tu gdzieś być.

– Człowie­ku, daj spokój. Jeśli wle­jesz w sie­bie jesz­cze jed­no piwo, po­rzy­gasz się.

– Gdzie ten pie­przo­ny wjazd?

– Chy­ba go minąłeś.

– Nie, jest tu­taj – od­parł Vin­ce i z pi­skiem opon skręcił w lewo.

– Hej! – po­wie­dział Chuck. – Chy­ba…

– Zo­stało mi jesz­cze dwa­dzieścia dolców. Ktoś je prze­cież weźmie.

– Vin­ce, je­dziesz w złym kie­run­ku!

– Co?

– Je­dziesz pod prąd! – krzyknął Chuck.

Vin­ce potrząsnął głową i próbował skon­cen­tro­wać się na dro­dze, ale światła re­flek­torów były zbyt ja­sne i raziły go w oczy. Świe­ciły co­raz moc­niej.

– Skręć w pra­wo! – wrzasnął Chuck. – To sa­mochód! Skręcaj!

Vin­ce skręcił w pra­wo.

Światła re­flek­torów również.

Usłyszał prze­raźliwy krzyk. Nie był to jed­nak krzyk Chuc­ka, lecz jego własny.

□ □ □

Dok­tor Abby Di­Mat­teo była zmęczo­na jak jesz­cze nig­dy w życiu. Nie spała od dwu­dzie­stu dzie­więciu go­dzin, jeśli nie li­czyć dzie­sięcio­mi­nu­to­wej drzem­ki w po­cze­kal­ni rent­ge­na, i wie­działa, że to po niej widać. Kie­dy, myjąc ręce w umy­wal­ce na od­dzia­le in­ten­syw­nej te­ra­pii, zerknęła w lu­stro, zo­ba­czyła swo­je podkrążone oczy i czar­ne po­tar­ga­ne włosy z oklap­niętą grzywką. Była już dzie­siąta rano, a ona nie wzięła jesz­cze prysz­ni­ca ani na­wet nie umyła zębów. Na śnia­da­nie zjadła jaj­ko na twar­do i wypiła słodką kawę, którą go­dzinę temu przy­niosła jej pielęgniar­ka z chi­rur­gii. Będzie miała szczęście, jeśli znaj­dzie czas na lunch. A będzie miała jesz­cze większe szczęście, gdy uda jej się wyjść ze szpi­ta­la o piątej i do­trzeć na szóstą do domu. Te­raz jed­nak ma­rzyła tyl­ko o tym, by choć na chwilę opaść na krzesło.

Ale pod­czas po­ran­ne­go po­nie­działko­we­go ob­cho­du ni­ko­mu to się nie mogło udać. Zwłasz­cza gdy brał w nim udział dok­tor Co­lin Wet­tig, szef stażystów na od­dzia­le chi­rur­gii w Bay­si­de Ho­spi­tal. Dok­tor Wet­tig, eme­ry­to­wa­ny ge­ne­rał, zna­ny był z pod­chwy­tli­wych, bez­li­to­snych pytań i Abby po­twor­nie się go bała. Po­dob­nie jak wszy­scy inni stażyści.

Je­de­naścio­ro z nich stało te­raz półko­lem na od­dzia­le in­ten­syw­nej te­ra­pii, w białych far­tu­chach i zie­lo­nych ope­ra­cyj­nych uni­for­mach. Wszy­scy wpa­try­wa­li się w Wet­ti­ga. Wie­dzie­li, że w każdej chwi­li może ich za­sko­czyć ja­kimś py­ta­niem. Kto nie po­tra­fił na nie od­po­wie­dzieć, pod­da­wa­ny był długo­tr­wałemu, upo­ka­rzającemu eg­za­mi­no­wi.

Od­wie­dzi­li już czte­rech pa­cjentów, którzy nie­daw­no prze­szli ope­ra­cje, i te­raz ze­bra­li się przy łóżku nu­mer je­de­naście. Była to nowa pa­cjentka Abby. Przy­pa­dek, który mu­siała przed­sta­wić ge­ne­rałowi.

Miała ze sobą no­tat­ki, ale do nich nie zaglądała. Patrząc na poważną twarz dok­to­ra Wet­ti­ga, zaczęła mówić:

– Pa­cjent­ka jest trzy­dzie­stocz­te­ro­let­nią białą ko­bietą. Zo­stała przyjęta o pierw­szej w nocy. Jej sa­mochód zde­rzył się czołowo przy dużej prędkości z in­nym po­jaz­dem na au­to­stra­dzie nu­mer dzie­więćdzie­siąt. Na miej­scu wy­pad­ku pa­cjentkę za­in­tu­bo­wa­no i w sta­nie sta­bil­nym do­star­czo­no do nas śmigłowcem. Po przyjęciu jej na ostry dyżur stwier­dzo­no roz­ległe ura­zy. Licz­ne wgnie­ce­nia czasz­ki, złama­nie le­we­go oboj­czy­ka i ra­mie­nia oraz poważne rany twa­rzy. Wstępne ba­da­nie wy­ka­zało, że jest do­brze odżywioną ko­bietą śred­niej bu­do­wy. Nie re­agu­je na żadne bodźce, jeśli nie li­czyć wątpli­wej re­ak­cji mięśni pro­stujących…

– Wątpli­wej? – powtórzył dok­tor Wet­tig. – Co pani przez to ro­zu­mie? Czy mięśnie re­ago­wały, czy nie?

Abby czuła, jak wali jej ser­ce. Cho­le­ra, już się do niej przy­cze­pił. Przełknęła ślinę i wyjaśniła:

– Cza­sem kończy­ny pa­cjent­ki pro­sto­wały się pod wpływem bodźca bólo­we­go, a cza­sem nie.

– Jak pani myśli, ile to będzie w ska­li Glas­gow, określającej od­ru­chy pa­cjentów w sta­nie śpiączki?

– Cóż, po­nie­waż brak re­ak­cji to je­den punkt, a wy­prost mięśni dwa, sądzę, że tej pa­cjent­ce można dać… półtora.

Kil­ku stażystów zaśmiało się nie­pew­nie.

– Nie ma ta­kiej punk­ta­cji – oświad­czył dok­tor Wet­tig.

– Wiem o tym – od­parła Abby. – Ale re­ak­cje tej pa­cjent­ki nie od­po­wia­dają…

– Proszę kon­ty­nu­ować ra­port – prze­rwał jej Wet­tig.

Abby spoj­rzała na wpa­trzo­ne w nią twa­rze. Czyżby zdążyła już spie­przyć sprawę? Nie była tego pew­na. Za­czerpnęła po­wie­trza i podjęła:

– Pa­cjent­ka miała ciśnie­nie dzie­więćdzie­siąt na sześćdzie­siąt i tętno sto. Nie od­dy­chała sa­mo­dziel­nie, podłączo­no ją do re­spi­ra­to­ra. Dwa­dzieścia pięć od­dechów na mi­nutę.

– Dla­cze­go wy­bra­no taką często­tli­wość?

– Żeby za­pew­nić hi­per­wen­ty­lację płuc.

– W ja­kim celu?

– Aby obniżyć po­ziom dwu­tlen­ku węgla we krwi. To zmniej­sza obrzęk mózgu.

– Proszę mówić da­lej.

– Ba­da­nie głowy, jak wspo­mniałam, wy­ka­zało roz­ległe wgnie­ce­nia czasz­ki po le­wej stro­nie, w oko­li­cach kości cie­mie­nio­wej i skro­nio­wej. Sil­ne obrzmie­nia i rany twa­rzy utrud­niały dia­gno­zo­wa­nie złamań. Źre­ni­ce były w po­zy­cji cen­tral­nej i nie re­ago­wały na bodźce. Nos i gardło…

– Od­ru­chy oczno-mózgo­we?

– Nie badałam ich.

– Nie?

– Nie, pa­nie dok­to­rze. Nie chciałam po­ru­szać szyi. Oba­wiałam się uszko­dze­nia kręgosłupa.

Wet­tig lek­ko kiwnął głową, ak­cep­tując jej od­po­wiedź.

Opi­sała następnie stan narządów pa­cjent­ki. Zdro­we płuca i ser­ce, żołądek również w porządku. Dok­tor Wet­tig nie prze­ry­wał jej. Gdy skończyła oma­wiać wy­ni­ki badań neu­ro­lo­gicz­nych, czuła się znacz­nie pew­niej – nie­mal trium­fo­wała. A dla­cze­go nie? Prze­cież do­brze wie­działa, co robi.

– Co pani po­dej­rze­wała przed obej­rze­niem zdjęć rent­ge­now­skich? – spy­tał dok­tor Wet­tig.

– Zważyw­szy na po­zycję źre­nic i brak ich re­ak­cji na bodźce – po­wie­działa Abby – przy­pusz­czałam, że doszło do uci­sku mózgu. Naj­praw­do­po­dob­niej z po­wo­du sil­ne­go krwa­wie­nia pod­twardówko­we­go lub nad­twardówko­we­go.

– Prze­rwała na chwilę, po czym dodała ze spo­kojną pew­nością sie­bie: – To­mo­gra­fia to po­twier­dziła. Duży po­do­po­no­wy krwiak po le­wej stro­nie. Ko­niecz­ny był za­bieg neu­ro­chi­rur­gicz­ny. Do­ko­na­no ope­ra­cyj­ne­go usu­nięcia skrze­pu.

– Za­tem pani wstępne przy­pusz­cze­nia oka­zały się słuszne?

Kiwnęła głową.

– Zo­bacz­my, jak mają się spra­wy dzi­siaj – mruknął dok­tor Wet­tig, pod­chodząc do łóżka pa­cjent­ki i świecąc jej mi­nia­tu­rową la­tarką w oczy. – Źre­ni­ce nie re­agują – stwier­dził. Moc­no przy­cisnął kny­kieć do most­ka pa­cjent­ki. – Nie ma re­ak­cji na ból. Ani ze stro­ny mięśni pro­stujących, ani żad­nych in­nych.

Stażyści przy­sunęli się bliżej, ale Abby po­zo­stała w no­gach łóżka, wpa­trując się w oban­dażowaną głowę ko­bie­ty. Gdy Wet­tig kon­ty­nu­ował ba­da­nie, opu­kując jej ścięgna gu­mo­wym młotecz­kiem, zgi­nając łokcie i ko­la­na, Abby przyglądała się ogo­lo­nej głowie pa­cjent­ki. Pamiętała, że ko­bie­ta miała gęste ciem­ne włosy, po­kry­te za­krzepłą krwią i odłam­ka­mi szkła. Szkło po­wbi­jało się również w jej ubra­nie. Abby po­ma­gała roz­ci­nać jej je­dwabną, nie­bie­sko-białą bluzkę z metką Don­ny Ka­ran. Ten szczegół naj­bar­dziej utkwił jej w pamięci. Nie krew, złama­ne kości czy po­ra­nio­na twarz, tyl­ko ta met­ka. Don­na Ka­ran. Mar­ka, którą sama chętnie ku­po­wała. Ta ko­bie­ta też kie­dyś stała w ja­kimś skle­pie, oglądając bluz­ki, słysząc skrzy­pie­nie prze­su­wa­nych po pręcie wie­szaków.

Dok­tor Wet­tig wy­pro­sto­wał się i spoj­rzał na pielęgniarkę z od­działu in­ten­syw­nej te­ra­pii.

– Kie­dy usu­nięto krwiak? – za­py­tał.

– Wróciła z sali po­ope­ra­cyj­nej około czwar­tej nad ra­nem.

– Sześć go­dzin temu?

– Tak, mniej więcej.

Wet­tig zwrócił się do Abby.

– Więc dla­cze­go nic się nie zmie­niło?

Abby ocknęła się z zamyśle­nia i zo­ba­czyła, że wszy­scy jej się przyglądają. Spoj­rzała na pa­cjentkę. Wi­działa, jak jej klat­ka pier­sio­wa na prze­mian uno­si się i opa­da, po­ru­sza­na apa­ra­turą.

– Mógł wystąpić obrzęk po­ope­ra­cyj­ny – od­parła, patrząc na mo­ni­tor. – Ciśnie­nie wewnątrzczasz­ko­we jest nie­co pod­wyższo­ne. Dwa­dzieścia mi­li­metrów.

– Sądzi pani, że jest dość wy­so­kie, by po­wo­do­wać brak re­ak­cji źre­nic?

– Nie, ale…

– Badała ją pani za­raz po ope­ra­cji?

– Nie, pa­nie dok­to­rze. Prze­wie­zio­no ją na od­dział neu­ro­chi­rur­gii. Roz­ma­wiałam po ope­ra­cji z ich stażystą i po­wie­dział mi…

– Nie py­tam o jego opi­nię, ale o pani, dok­tor Di­Mat­teo. Stwier­dziła pani krwo­tok po­do­po­no­wy. Zo­stał zli­kwi­do­wa­ny.

Więc dla­cze­go sześć go­dzin po ope­ra­cji źre­ni­ce pa­cjent­ki nadal są w cen­tral­nej po­zy­cji, a jej mięśnie nie re­agują na bodźce?

Abby za­wa­hała się. Ge­ne­rał uważnie się jej przyglądał. Wszy­scy inni także. Upo­ka­rzającą ciszę zakłócał tyl­ko szum re­spi­ra­to­ra.

Dok­tor Wet­tig powiódł wzro­kiem po ota­czających go stażystach.

– Czy ktoś pomoże dok­tor Di­Mat­teo od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie?

Abby wy­pro­sto­wała się.

– Sama mogę na nie od­po­wie­dzieć – oświad­czyła.

Dok­tor Wet­tig odwrócił się do niej, unosząc brew.

– Wo­bec tego słucham.

– Brak re­ak­cji źre­nic i pro­stow­ników kończyn to ozna­ki dys­funk­cji śródmózgo­wia. Ubiegłej nocy zakładałam, że po­wo­dem tego jest ucisk krwia­ka po­do­po­no­we­go. Ale sko­ro stan pa­cjent­ki się nie po­pra­wił, ozna­cza to chy­ba, że się po­my­liłam.

– Chy­ba?

Wes­tchnęła.

– Po­my­liłam się.

– Jaka jest te­raz pani dia­gno­za?

– Krwa­wie­nie śródmózgo­we, spo­wo­do­wa­ne wy­pad­kiem albo uszko­dze­nia­mi po­zo­stałymi po krwia­ku. To­mo­gra­fia mogła nie wy­ka­zać tych zmian.

Dok­tor Wet­tig przyglądał się jej przez chwilę z nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy. Po­tem zwrócił się do po­zo­stałych stażystów.

– Krwa­wie­nie śródmózgo­we to rozsądne założenie. Przy łącznej licz­bie trzech punktów. i pół – dodał, patrząc na Abby – w ska­li Glas­gow, pro­gno­zy są ze­ro­we. Pa­cjent­ka nie od­dy­cha sa­mo­dziel­nie, nie po­ru­sza się, jej mózg nie re­agu­je na bodźce. W tej chwi­li po­zo­sta­je nam tyl­ko sztucz­ne utrzy­my­wa­nie jej przy życiu. I roz­ważenie możliwości po­bra­nia or­ganów do prze­szcze­pu.

Skinął lek­ko głową i prze­szedł do następne­go pa­cjen­ta.

Je­den ze stażystów ścisnął Abby za ramię.

– Hej, Di­Mat­teo! – szepnął. – Gra­tu­luję!

– Dzięki – od­parła ze znużeniem Abby.

□ □ □

Dok­tor Vi­vian Chao, or­dy­na­tor od­działu chi­rur­gicz­ne­go, była le­gendą wśród le­ka­rzy w Bay­si­de Ho­spi­tal. Dwa dni po roz­poczęciu przez Vi­vian stażu, pra­cująca ra­zem z nią koleżanka przeżyła załama­nie ner­wo­we i zo­stała prze­wie­zio­na na psy­chia­trię, więc Vi­vian sama mu­siała się wszyst­kim zająć. Była je­dy­nym or­to­pedą, dyżurującym w szpi­ta­lu przez całą dobę. Prze­niosła swo­je rze­czy do dyżurki i szyb­ko stra­ciła dwa i pół ki­lo­gra­ma, żywiąc się w ka­fej­ce. Przez dwa­dzieścia dzie­więć dni nie opusz­czała szpi­ta­la. Gdy trzy­dzie­ste­go dnia wyszła na par­king, za­mie­rzając wresz­cie wrócić do domu, stwier­dziła, że nie ma tam jej sa­mo­cho­du. Od­ho­lo­wa­no go ty­dzień wcześniej, uznając, że zo­stał po­rzu­co­ny.

Po czte­rech dniach jej ko­lej­nej prak­ty­ki, na chi­rur­gii na­czy­nio­wej, koleżankę, z którą od­by­wała staż, potrącił miej­ski au­to­bus i tra­fiła do szpi­ta­la z pękniętą mied­nicą. Zno­wu ktoś mu­siał się wszyst­kim zająć.

Vi­vian Chao z po­wro­tem prze­niosła się do szpi­tal­nej dyżurki.

W ten sposób uzy­skała w społecz­ności le­kar­skiej ho­no­ro­wy sta­tus mężczy­zny, który po­twier­dzo­no ofi­cjal­nie, wręczając jej, pod­czas uro­czy­stości przy­zna­wa­nia do­rocz­nych nagród, dwie sta­lo­we kul­ki w ele­ganc­kim pudełecz­ku.

Gdy Abby po raz pierw­szy usłyszała o Vi­vian Chao, trud­no jej było uwie­rzyć, że ta nie­po­zor­na, drob­na Chin­ka, która pod­czas ope­ra­cji mu­siała ko­rzy­stać z podnóżka, cie­szy się taką re­pu­tacją. Pod­czas ob­chodów rzad­ko się od­zy­wała, ale jej opi­nie i dia­gno­zy za­wsze były traf­ne.

Tego popołudnia na od­dzia­le in­ten­syw­nej te­ra­pii po­deszła do po­twor­nie zmęczo­nej Abby, która na­wet nie za­uważyła, że stoi obok niej, dopóki Chin­ka się nie ode­zwała.

– Po­dob­no przyjęła pani pa­cjentkę z ura­zem głowy, z grupą krwi AB plus?

Abby pod­niosła wzrok znad kar­ty, na której robiła no­tat­ki.

– Tak. Ubiegłej nocy.

– Czy ona nadal żyje?

Abby spoj­rzała w stronę izo­lat­ki, w której stało łóżko nu­mer je­de­naście.

– Zależy, co pani przez to ro­zu­mie.

– Ser­ce i płuca są w do­brym sta­nie?

– Wciąż funk­cjo­nują.

– Ile ta pa­cjent­ka ma lat?

– Trzy­dzieści czte­ry. Dla­cze­go pani pyta?

– Mam pod opieką pa­cjen­ta z nie­wy­dol­nością krążenia. Gru­pa krwi AB plus. Cze­ka na nowe ser­ce – wyjaśniła Vi­vian i po­deszła do sto­ja­ka z kar­ta­mi pa­cjentów. – Który nu­mer łóżka?

– Je­de­naście.

Chin­ka wyjęła do­ku­men­tację cho­ro­by i zaczęła ją przeglądać. Gdy to robiła, jej twarz nie zdra­dzała żad­nych emo­cji.

– Ta ko­bie­ta nie jest już moją pa­cjentką – po­wie­działa Abby. – Prze­niosłam ją na neu­ro­chi­rur­gię. Usunęli jej krwiak po­do­po­no­wy.

Vi­vian da­lej czy­tała kartę.

– Upłynęło do­pie­ro dzie­sięć go­dzin od ope­ra­cji – za­uważyła Abby. – Chy­ba trochę za wcześnie mówić o po­bie­ra­niu or­ganów.

– Jak widzę, nie ma na ra­zie zmian neu­ro­lo­gicz­nych.

– Nie. Ale ist­nie­je szan­sa…

– Przy trzech punk­tach ska­li Glas­gow? Nie sądzę. – Vi­vian wsunęła kartę z po­wro­tem do przegródki i po­deszła do łóżka nu­mer je­de­naście.

Abby podążyła za nią.

Stanąwszy w drzwiach izo­lat­ki, przyglądała się, jak Vi­vian szyb­ko i zręcznie bada pa­cjentkę. W ten sam sposób działała na sali ope­ra­cyj­nej, nie tracąc cza­su ani ener­gii na żaden zbędny ruch. W ciągu pierw­sze­go roku swo­jej pra­cy Abby często ob­ser­wo­wała Chinkę pod­czas za­biegów i po­dzi­wiała jej drob­ne, zwin­ne dłonie i de­li­kat­ne pal­ce, bezbłędnie wiążące węzły chi­rur­gicz­ne. Czuła się przy niej okrop­nie nie­zdar­na i ćwi­czyła całymi go­dzi­na­mi, ucząc się wiązać węzły na uchwy­tach szu­flad. W końcu opa­no­wała to całkiem nieźle, ale wie­działa, że nig­dy nie dorówna Vi­vian Chao.

Jed­nak te­raz, gdy ob­ser­wo­wała ją pod­czas ba­da­nia Ka­ren Ter­rio, spraw­ność tych dłoni przy­pra­wiała ją o dreszcz.

– Brak re­ak­cji na bodźce bólowe – stwier­dziła Vi­vian.

– Jesz­cze za wcześnie.

– Możliwe. A może nie. – Vi­vian wyjęła z kie­sze­ni gu­mo­wy młote­czek i zaczęła ude­rzać nim w ścięgna leżącej na łóżku ko­bie­ty. – Chy­ba do­brze się składa…

– Jak pani może tak mówić?

– Mój pa­cjent ma krew gru­py AB plus i od roku cze­ka na prze­szczep ser­ca. Myślę, że ser­ce tej ko­bie­ty będzie ide­al­nie pa­so­wało.

Abby spoj­rzała na Ka­ren Ter­rio i po­now­nie przy­po­mniała so­bie jej nie­bie­sko-białą bluzkę. Za­sta­na­wiała się, o czym myślała ta młoda ko­bie­ta, wkładając ją po raz ostat­ni. Praw­do­po­dob­nie o zwykłych, co­dzien­nych spra­wach. Z pew­nością nie o śmier­ci. Nie o szpi­tal­nym łóżku, kroplówce i apa­ra­tu­rze pom­pującej po­wie­trze do jej płuc.

– Chciałabym wy­ko­nać próbę krzyżową. Upew­nić się, czy są zgod­ne – oznaj­miła Vi­vian. – Mo­gli­byśmy też zacząć robić te­sty zgod­ności tkan­ko­wej. EEG już zro­bio­no, praw­da?

– Ona nie jest pod moją opieką – powtórzyła Abby. – Zresztą uważam, że to przed­wcze­sne działania. Nikt nie roz­ma­wiał o tym jesz­cze z jej mężem.

– Ktoś będzie mu­siał.

– Ma dzie­ci. Po­trze­bują cza­su, żeby się z tym oswoić.

– Narządy nie mogą cze­kać zbyt długo.

– Zdaję so­bie z tego sprawę. Wiem, że trze­ba to zro­bić. Ale, jak po­wie­działam, minęło do­pie­ro dzie­sięć go­dzin od ope­ra­cji.

Vi­vian po­deszła do umy­wal­ki i umyła ręce.

– Nie spo­dzie­wa się pani cudu, praw­da?

W drzwiach izo­lat­ki po­ja­wiła się pielęgniar­ka z od­działu in­ten­syw­nej te­ra­pii.

– Przy­szedł jej mąż z dziećmi. Chcą ją zo­ba­czyć. Długo jesz­cze tu pa­nie będzie­cie?

– Ja już skończyłam – od­parła Vi­vian, rzu­ciła do ko­sza zgnie­cio­ny pa­pie­ro­wy ręcznik i wyszła.

– Mogę ich wpuścić? – spy­tała pielęgniar­ka.

Abby spoj­rzała na Ka­ren Ter­rio i z bo­lesną wy­ra­zi­stością uświa­do­miła so­bie, co zo­ba­czy dziec­ko, patrząc na to łóżko.

– Proszę za­cze­kać – po­wie­działa. – Jesz­cze chwilę.

Po­deszła do łóżka i szyb­ko wygładziła pościel. Za­mo­czyw­szy w umy­wal­ce pa­pie­ro­wy ręcznik, starła ko­bie­cie z po­licz­ka za­schniętą ślinę. Położyła wo­rek na mocz z boku łóżka, gdzie nie był tak wi­docz­ny. Po­tem, cofnąwszy się o krok, spoj­rzała raz jesz­cze na pa­cjentkę i pomyślała, że bez względu na to, co by uczy­niła, nie ulży tym dzie­ciom w cier­pie­niu.

Wes­tchnęła i kiwnęła głową.

– Te­raz mogą wejść.

□ □ □

O wpół do piątej po południu z tru­dem kon­cen­tro­wała się na pi­sa­niu i le­d­wo wi­działa na oczy. Pra­co­wała już trzy­dzieści trzy i pół go­dzi­ny. Skończyła popołudnio­wy obchód. Wresz­cie mogła wrócić do domu.

Ale gdy za­mknęła ostat­nią kartę, znów pomyślała o ko­bie­cie z łóżka nu­mer je­de­naście. Weszła do izo­lat­ki. Stanęła w no­gach łóżka, wpa­trując się w Ka­ren Ter­rio i za­sta­na­wiając się, co jesz­cze można by zro­bić.

Nie słyszała kroków za swo­imi ple­ca­mi.

Do­pie­ro gdy jakiś głos po­wie­dział: „Cześć, ślicz­not­ko!”, odwróciła się i zo­ba­czyła ciem­ne włosy i nie­bie­skie oczy dok­to­ra Mar­ka Ho­del­la, który się do niej sze­ro­ko uśmie­chał.

Był to uśmiech prze­zna­czo­ny spe­cjal­nie dla Abby, uśmiech, którego bar­dzo jej tego dnia bra­ko­wało. Zwy­kle obo­je je­dli ra­zem szyb­ki lunch albo przy­najm­niej mi­ja­li się na ko­ry­ta­rzu, ale dzi­siaj w ogóle się nie spo­tka­li i te­raz bar­dzo się ucie­szyła na jego wi­dok. Mark po­chy­lił się, by ją pocałować, a po­tem cofnął się i spoj­rzał na jej roz­czo­chra­ne włosy i wymięty ki­tel.

– Mu­siałaś mieć ciężką noc – mruknął współczująco. – Ile spałaś?

– Nie wiem. Może pół go­dzi­ny.

– Chodzą plot­ki, że rano wy­grałaś bitwę z ge­ne­rałem.

Wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Po­wiedz­my, że nie wy­tarł mną podłogi.

– To z pew­nością można uznać za suk­ces.

Uśmiechnęła się. A po­tem zno­wu spoj­rzała na łóżko nu­mer je­de­naście i jej uśmiech przy­gasł. Ka­ren Ter­rio nie­mal zupełnie ginęła wśród tej całej apa­ra­tu­ry. Re­spi­ra­tor, pom­py in­fu­zyj­ne, dre­ny, mo­ni­to­ry EKG, ciśnie­nia krwi i ciśnie­nia wewnątrzczasz­ko­we­go. Wszyst­kie funk­cje or­ga­ni­zmu były pod­da­ne kon­tro­li. Po co badać ręką puls albo kłaść dłonie na pier­si pa­cjen­ta? Po w ogóle są le­ka­rze, sko­ro całą pracę może za nich wy­ko­nać apa­ra­tu­ra?

– Przyjęłam ją zeszłej nocy – po­wie­działa. – Mężatka, trzy­dzieści czte­ry lata. Ma dwie córki. Bliźniacz­ki. Były tu­taj przed chwilą. To dziw­ne, ale nie chciały jej do­tknąć. Stały i pa­trzyły. Tyl­ko na nią pa­trzyły. Myślałam: mu­si­cie ją do­tknąć, bo to być może wa­sza ostat­nia szan­sa. Ostat­nia na za­wsze. Nie zro­biły tego jed­nak. I pew­nie kie­dyś będą żałowały… – Pokręciła głową i po­spiesz­nie prze­tarła dłonią oczy. – Po­dob­no fa­cet, który się z nią zde­rzył, był pi­ja­ny i je­chał pod prąd. Wiesz, co mnie naj­bar­dziej wku­rza, Mark? To, że on będzie żył. Sie­dzi te­raz na górze na or­to­pe­dii i skam­le z po­wo­du kil­ku połama­nych kości. – Znów głęboko wciągnęła po­wie­trze i ciężko wes­tchnęła, jak­by w ten sposób chciała wy­rzu­cić z sie­bie całą złość. – Chry­ste, prze­cież ja mam ra­to­wać lu­dziom życie, a tym­cza­sem chciałabym, żeby z tego fa­ceta zo­stała tyl­ko mo­kra pla­ma na au­to­stra­dzie. – Odwróciła się od łóżka. – Chy­ba już pora iść do domu.

Mark prze­sunął dłonią po jej ple­cach. Był to za­ra­zem gest po­cie­sze­nia i do­mi­na­cji.

– Chodź – po­wie­dział. – Od­pro­wadzę cię.

Wy­szli z od­działu do win­dy. Gdy drzwi ka­bi­ny się za­sunęły, przy­tu­liła się do nie­go. Oto­czył ją ra­mio­na­mi. Tak do­brze znała ten ciepły uścisk. Po­czuła się bez­piecz­nie.

Rok wcześniej Mark Ho­dell by­najm­niej nie działał na nią uspo­ka­jająco. Abby była prak­ty­kantką, a on spe­cja­listą w dzie­dzi­nie chi­rur­gii klat­ki pier­sio­wej, głównym chi­rur­giem w ze­spo­le wy­ko­nującym prze­szcze­py ser­ca. Spo­tka­li się na sali ope­ra­cyj­nej. Leżący na sole pa­cjent, dzie­sięcio­let­ni chłopiec, zo­stał przy­wie­zio­ny do szpi­ta­la ze strzałą w klat­ce pier­sio­wej. Efekt sprzecz­ki między braćmi i niewłaści­we­go do­bo­ru pre­zentów uro­dzi­no­wych. Gdy Abby weszła na salę, Mark już tam był, prze­bra­ny do ope­ra­cji. Był to pierw­szy ty­dzień jej prak­ty­ki. Czuła zde­ner­wo­wa­nie i lęk na samą myśl, że ma asy­sto­wać zna­ko­mi­te­mu dok­to­ro­wi Ho­dellowi. Po­deszła do stołu ope­ra­cyj­ne­go i nieśmiało spoj­rzała na stojącego po dru­giej stro­nie mężczyznę. Zo­ba­czyła nad maską sze­ro­kie, in­te­li­gent­ne czoło i parę pięknych błękit­nych oczu. Bar­dzo szcze­rych i prze­ni­kli­wych.

Wy­ko­na­li ra­zem ope­rację. Chłopiec przeżył.

Mie­siąc później Mark za­pro­sił Abby na randkę, ale mu odmówiła. Nie dla­te­go, że nie chciała się z nim uma­wiać. Po pro­stu sądziła, że nie po­win­na.

Po mie­siącu za­pro­sił ją po­now­nie. Tym ra­zem się zgo­dziła.

Pięć i pół mie­siąca później prze­pro­wa­dziła się do miesz­ka­nia Mar­ka w Cam­brid­ge. Na początku nie było łatwo. Mu­siała na­uczyć się żyć z czter­dzie­sto­jed­no­let­nim ka­wa­le­rem, który nig­dy przed­tem nie dzie­lił życia – ani domu – z żadną ko­bietą. Jed­nak te­raz, czując, jak Mark ją obej­mu­je, nie wy­obrażała so­bie, by mogła miesz­kać z ja­kim­kol­wiek in­nym mężczyzną, ko­chać kogoś in­ne­go.

– Bie­dac­two – mruknął, mu­skając ciepłym od­de­chem jej włosy. – Życie jest bru­tal­ne, praw­da?

– Chy­ba nie na­daję się do tego. Co ja tu robię, do cho­le­ry?

– To, o czym za­wsze ma­rzyłaś. Tak mi mówiłaś.

– Nie pamiętam już na­wet, jak wyglądało to ma­rze­nie. Tracę je z oczu.

– Chy­ba cho­dziło o ra­to­wa­nie lu­dziom życia?

– Właśnie. A tym­cza­sem żałuję, że pi­ja­ny kie­row­ca sa­mo­cho­du nie zginął – mruknęła i pokręciła głową, czując od­razę do sa­mej sie­bie.

– Abby, przeżywasz te­raz naj­trud­niej­sze chwi­le. Po­zo­stały ci jesz­cze tyl­ko dwa dni na urazówce. Mu­sisz wy­trzy­mać.

– Ja­sne. A po­tem tra­fię na chi­rur­gię klat­ki pier­sio­wej i…

– To już pest­ka. Urazówka za­wsze była naj­gor­sza. Prze­trzy­maj to jak wszy­scy.

Przy­lgnęła do nie­go moc­niej.

– Czy gdy­bym prze­niosła się na psy­chia­trię, stra­ciłbyś dla mnie cały sza­cu­nek?

– Ab­so­lut­nie. Bez wątpie­nia.

– Ależ z cie­bie drań.

Śmiejąc się, pocałował ją w czu­bek głowy.

– Wie­lu lu­dzi tak myśli, ale tyl­ko to­bie wol­no to głośno mówić.

Zje­cha­li windą na par­ter i wy­szli ze szpi­ta­la. Był już ko­niec września, jed­nak Bo­ston od sześciu dni dręczyła fala upałów. Gdy szli przez par­king, Abby czuła, jak opusz­czają ją reszt­ki sił. Kie­dy do­tar­li do jej sa­mo­cho­du, nie była już nie­mal w sta­nie po­ru­szać no­ga­mi. Oto, do cze­go nas do­pro­wa­dza to wszyst­ko, przez co mu­si­my przejść, żeby zo­stać chi­rur­ga­mi, pomyślała. Pra­ca od świtu do nocy, psy­chicz­ne i emo­cjo­nal­ne wy­pa­le­nie, wie­lo­go­dzin­ny wysiłek. Ale wie­działa, że ten pro­ces jest ko­nieczny. Mark go prze­trwał, więc i ona da radę.

Jesz­cze raz uścisnął ją i pocałował.

– Na pew­no czu­jesz się na siłach pro­wa­dzić sa­mochód? – spy­tał.

– Włączę au­to­ma­tycz­ne­go pi­lo­ta.

– Będę w domu za go­dzinę. Mam przy­wieźć pizzę? Zie­wając, wsunęła się za kie­row­nicę.

– Dla mnie nie.

– Nie chcesz jeść ko­la­cji?

Uru­cho­miła sil­nik.

– Marzę tyl­ko o łóżku – od­parła z wes­tchnie­niem.

Roz­dział trze­ci

Myśl o śmier­ci przyszła do Niny Voss nocą i była jak de­li­kat­ny szept albo muśnięcie skrzy­deł wróżki po po­licz­ku. Nie czuła prze­rażenia. Oto­czo­na tro­skliwą opieką trzech pra­cujących na zmianę pry­wat­nych pielęgnia­rek i od­wie­dza­na co­dzien­nie przez dok­to­ra Mor­ri­seya, który apli­ko­wał jej co­raz większe daw­ki fu­ro­se­mi­du, wciąż za­cho­wy­wała po­godę du­cha. Zresztą, dla­cze­go miałoby być in­a­czej? Los oka­zał się dla niej łaska­wy. Za­znała miłości i przeżyła wie­le pięknych chwil. Miała czter­dzieści sześć lat i wi­działa wschód słońca nad świąty­nia­mi w Kar­na­ku, zwie­dziła ru­iny Delf, wędro­wała po górach Ne­pa­lu. Prze­ko­nała się, jaki spokój umysłu daje człowie­ko­wi za­ak­cep­to­wa­nie swo­je­go miej­sca w bo­skim porządku Wszechświa­ta. Żałowała tyl­ko dwóch rze­czy.

Tego, że nig­dy nie uro­dziła dziec­ka.

I że zo­sta­wi Vic­to­ra sa­me­go.

Mąż czu­wał przez całą noc przy jej łóżku i trzy­mał ją za rękę, gdy całymi go­dzi­na­mi za­no­siła się kasz­lem, gdy zmie­nia­no jej bu­tle z tle­nem i gdy od­wie­dzał ją dok­tor Mor­ri­sey. Na­wet pod­czas snu czuła obec­ność Vic­to­ra. Cza­sem przed świ­tem, półprzy­tom­na, słyszała, jak mówi: „Ona jest taka młoda. Tak bar­dzo młoda. Czy nie da się cze­goś jesz­cze zro­bić?”.

To był cały Vic­tor. Nie chciał uwie­rzyć w to, co nie­unik­nio­ne.

Ale ona wie­rzyła.

Otwo­rzyw­szy oczy, zo­ba­czyła, że noc w końcu minęła i przez okno sy­pial­ni wpa­dają pro­mie­nie słońca. Za oknem roz­ciągał się wi­dok na jej uko­chaną cieśninę Rho­de Is­land. Za­nim za­cho­ro­wała, za­nim cho­ro­ba mięśnia ser­co­we­go po­zba­wiła ją sił, o świ­cie była już zwy­kle na no­gach. Wy­cho­dziła z sy­pial­ni na bal­kon i oglądała wschód słońca. Na­wet gdy cieśninę przesłaniała jesz­cze mgła, gdy po­wierzch­nia wody wy­da­wała się je­dy­nie drżącą srebrną taflą, czuła, jak ob­ra­ca się Zie­mia, jak otwie­ra się przed nią nowy dzień. Po­dob­nie jak dzi­siaj.

Przeżyłam tyle pięknych świtów, pomyślała. Dziękuję ci, Boże, za każdy z nich.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie – szepnął Vic­tor.

Nina sku­piła wzrok na twa­rzy męża, który uśmie­chał się do niej z góry. Dla niektórych Vic­tor Voss był uoso­bie­niem władzy. Inni wi­dzie­li w nim przede wszyst­kim bez­względność. Ale Nina wi­działa w jego twa­rzy tyl­ko miłość. I zmęcze­nie. Wyciągnęła do nie­go rękę, a on ucałował jej dłoń.

– Mu­sisz się prze­spać, Vic­to­rze – po­wie­działa.

– Nie je­stem zmęczo­ny.

– Prze­cież widzę, że je­steś.

– Wca­le nie. – Po­now­nie ucałował jej dłoń. Czuła na chod­nej skórze ciepło jego warg. Pa­trzy­li na sie­bie przez chwilę. Tlen sy­czał ci­cho w rur­kach wsu­niętych w jej noz­drza. Przez otwar­te okno słychać było szum ude­rzających o skały fal oce­anu.

Przy­mknęła oczy.

– Pamiętasz ten dzień… – zaczęła, ale za­raz mu­siała prze­rwać, by za­czerpnąć tchu.

– Jaki dzień? – spy­tał łagod­nie.

– Kie­dy… złamałam nogę… – dodała z uśmie­chem. Po­zna­li się w Gsta­ad. Wy­znał jej później, że gdy zo­ba­czył, jak szu­su­je po stro­mym zbo­czu, zje­chał za nią na dół, po­tem znów tak jak ona wrócił na górę wyciągiem i zje­chał jesz­cze raz. To było dwa­dzieścia pięć lat temu.

Od tam­tej pory byli już za­wsze ra­zem.

– Wie­działam… – wy­szep­tała. – Już wte­dy, w tym szpi­ta­lu, gdy sie­działeś przy moim łóżku, wie­działam…

– Co wie­działaś, ko­cha­nie?

– Że je­steś moim prze­zna­cze­niem – od­parła.

Otwo­rzyła oczy i znów się do nie­go uśmiechnęła. Do­strzegła łzę na jego po­licz­ku. Och, prze­cież Vic­tor nig­dy nie płakał! Nie zda­rzyło mu się to ani razu w ciągu dwu­dzie­stu pięciu lat ich wspólne­go życia. Za­wsze sądziła, że jest sil­ny i dziel­ny. Te­raz, patrząc na jego twarz, uświa­do­miła so­bie, jak bar­dzo się myliła.

– Vic­to­rze, nie wol­no ci się bać – po­wie­działa, ści­skając jego dłoń.

Nie­mal ze złością otarł twarz.

– Nie po­zwolę, żeby to się stało. Nie mogę cię stra­cić.

– Prze­cież mnie nie stra­cisz.

– Nie. To mi nie wy­star­czy! Chcę, żebyś zo­stała tu, na zie­mi. Przy mnie.

– Vic­to­rze… – z tru­dem wciągnęła po­wie­trze – czas, który jest nam dany… to tyl­ko nie­wiel­ki frag­ment… na­szej eg­zy­sten­cji…

Wy­czuła jego znie­cier­pli­wie­nie i roz­drażnie­nie. Wstał z krzesła, pod­szedł do okna i przez chwilę wpa­try­wał się w cieśninę. Skóra Niny, po­zba­wio­na ciepła jego ręki, znów stała się zim­na.

– Zajmę się tym, ko­cha­nie – oświad­czył.

– Są w życiu rze­czy… na które nie mamy wpływu.

– Podjąłem już od­po­wied­nie kro­ki.

– Posłuchaj, Vic­to­rze…

Odwrócił się i spoj­rzał na nią. Jego ry­sujące się na tle okna ra­mio­na przesłaniały światło po­ran­ka.

– Wszyst­ko będzie załatwio­ne, ko­cha­nie – po­wie­dział. – O nic się nie martw.

□ □ □

Był to je­den z tych pięknych ciepłych wie­czorów z za­chodzącym słońcem, za­pa­cha­mi lata, dzwo­niącymi w kie­lisz­kach kost­ka­mi lodu i prze­cha­dzającymi się po alej­kach wy­per­fu­mo­wa­ny­mi da­ma­mi w je­dwa­biach. Stojąc w oto­czo­nym mu­rem ogro­dzie dok­to­ra Bil­la Ar­che­ra, Abby miała wrażenie, że na­wet w po­wie­trzu jest coś ma­gicz­ne­go. Kle­ma­ti­sy i róże pięły się po łuko­wa­tej per­go­li, a na wiel­kim traw­ni­ku pysz­niły się dy­wa­ny kwiatów. Ten ogród był dumą i radością Ma­ri­lee Ar­cher, która opro­wa­dzała po nim żony in­nych le­ka­rzy, donośnym kontr­al­tem wy­krzy­kując bo­ta­nicz­ne na­zwy cie­kaw­szych okazów.

Ar­cher, stojący na pa­tio z kie­lisz­kiem w ręce, zaśmiał się i stwier­dził:

– Ma­ri­lee zna łacinę le­piej niż ja.

– Ja uczyłem się jej przez trzy lata – po­wie­dział Mark. – Ale pamiętam tyl­ko to, co do­ty­czy me­dy­cy­ny.

Ze­bra­li się wszy­scy przy ce­gla­nym gril­lu: Bill Ar­cher, Mark, Wet­tig i dwo­je młod­szych chi­rurgów. Abby była je­dyną ko­bietą w tym gro­nie. To było coś, do cze­go nig­dy nie po­tra­fiła przy­wyknąć. Cza­sem na chwilę o tym za­po­mi­nała, jed­nak po­tem, rozglądając się po sali, czuła skrępo­wa­nie, gdy uświa­da­miała so­bie, że ota­czają ją sami mężczyźni.

Tego wie­czo­ru na przyjęciu u Ar­che­ra były oczy­wiście także żony le­ka­rzy, ale te ko­bie­ty żyły w swo­im świe­cie, mającym nie­wie­le wspólne­go ze świa­tem ich mężów. Do Abby do­bie­gały strzępy pro­wa­dzo­nych przez nie rozmów. Dys­ku­to­wały o różach da­ma­sceńskich, wy­ciecz­kach do Paryża i in­nych tego typu spra­wach. To wszyst­ko także ją in­te­re­so­wało. Miała wrażenie, że stoi okra­kiem między świa­tem mężczyzn i ko­biet, nie należąc do żad­ne­go z nich, ale do obu czując pociąg.

To Mark wpro­wa­dził ją w krąg mężczyzn. On i Bill Ar­cher, również spe­cja­li­zujący się w chi­rur­gii klat­ki pier­sio­wej, bar­dzo się ze sobą za­przy­jaźnili. Bill, szef ze­społu wy­ko­nującego prze­szcze­py ser­ca, był jed­nym z le­ka­rzy, którzy przed sied­miu laty ściągnęli Mar­ka do Bay­si­de. Do­sko­na­le się ro­zu­mie­li.

Obaj byli twar­dzi, wy­spor­to­wa­ni i bar­dzo am­bit­ni. Na sali ope­ra­cyj­nej two­rzy­li zgra­ny zespół, ale poza szpi­ta­lem ry­wa­li­zo­wa­li ze sobą po przy­ja­ciel­sku zarówno na tra­sach nar­ciar­skich w Ver­mon­cie, jak i na wo­dach za­to­ki Mas­sa­chu­setts. Obaj mie­li za­cu­mo­wa­ne na przy­sta­ni Mar­ble­he­ad Ma­ri­na żaglówki kla­sy J-35. W tym se­zo­nie Czer­wo­ne Oko Ar­che­ra wy­gry­wało w re­ga­tach sześć do pięciu z Ci­chym Por­tem Mar­ka, ale Mark za­mie­rzał do­pro­wa­dzić do re­mi­su w naj­bliższy week­end.

Co mężczyzn tak pociąga w łodziach? – za­sta­na­wiała się Abby, słuchając ich rozmów o sprzęcie i naj­now­szych tech­no­lo­giach. W tym gro­nie główne role gra­li fa­ce­ci o si­wych włosach: Ar­cher ze swoją szpa­ko­watą czu­pryną, wyraźnie już po­si­wiały Co­lin Wet­tig i Mark, który w wie­ku czter­dzie­stu je­den lat za­czy­nał si­wieć na skro­niach.

Gdy zaczęli dys­ku­to­wać o me­to­dach kon­ser­wa­cji kadłuba i skan­da­licz­nych ce­nach spi­na­kerów, Abby prze­stała się nimi in­te­re­so­wać i za­uważyła dwo­je spóźnio­nych gości: dok­to­ra Aaro­na Le­vie­go i jego żonę Ela­ine. Aaron, kar­dio­log z ze­społu trans­plan­to­logów, był cho­ro­bli­wie nieśmiały. Zdążył już ukryć się z drin­kiem w głębi ogro­du i stał tam przy­gar­bio­ny i milczący, a Ela­ine rozglądała się wokół, szu­kając to­wa­rzy­stwa.

Abby sko­rzy­stała z oka­zji, wy­mknęła się Mar­ko­wi i po­deszła do nich.

– Pani Levi? Jak miło znów panią wi­dzieć!

Ela­ine od­wza­jem­niła jej uśmiech.

– Je­steś… Abby, praw­da?

– Tak, Abby Di­Mat­teo. Chy­ba spo­tkałyśmy się na pik­ni­ku stażystów.

– Zga­dza się. Jest was tylu, że trud­no wszyst­kich za­pa­miętać. Ale cie­bie so­bie przy­po­mi­nam.

Abby zaśmiała się.

– Na chi­rur­gii są tyl­ko trzy stażyst­ki, więc trud­no nas nie za­uważyć.

– Daw­niej w ogóle nie było tam ko­biet. Gdzie te­raz je­steś?

– Ju­tro za­czy­nam staż na chi­rur­gii klat­ki pier­sio­wej.

– Więc będziesz pra­co­wała z Aaro­nem.

– Jeśli będę miała szczęście tra­fić na jakiś prze­szczep.

– Na pew­no tra­fisz. Mają ostat­nio mnóstwo pra­cy. Do­stają na­wet zle­ce­nia ze szpi­ta­la… – Ela­ine po­chy­liła się do Abby. – Parę lat temu odmówili mu sty­pen­dium, a te­raz przy­syłają do nie­go pa­cjentów.

– Bay­si­de w ni­czym nie ustępuje szpi­ta­lo­wi w Mas­sa­chu­setts – stwier­dziła Abby. – Zna pani Vi­vian Chao, praw­da?

– Oczy­wiście.

– Ukończyła z wyróżnie­niem stu­dia me­dycz­ne w Ha­rvar­dzie, ale kie­dy mu­siała odbyć staż, wy­brała Bay­si­de.

Ela­ine zwróciła się do męża.

– Słyszałeś, Aaro­nie?

Niechętnie pod­niósł wzrok znad swo­jej szklan­ki.

– Co miałem słyszeć?

– Vi­vian Chao wolała Bay­si­de od Mas­sa­chu­setts Ge­ne­ral. Aaro­nie, to na­prawdę naj­lep­szy szpi­tal. Cze­mu chcesz wyjeżdżać?

– Wyjeżdżać? – powtórzyła Abby i py­tająco spoj­rzała na Aaro­na, ale kar­dio­log w mil­cze­niu wpa­try­wał się w żonę.

Z dru­giej stro­ny ogro­du do­cho­dziły śmie­chy i odgłosy rozmów, lecz w kącie, w którym sta­li, za­pa­no­wała ci­sza.

Po chwi­li Aaron odchrząknął i po­wie­dział:

– Pomyślałem so­bie, że może do­brze byłoby prze­nieść się na pro­wincję. Wszy­scy o tym myślą, ale nikt nie po­tra­fi się zde­cy­do­wać.

– Ja na pew­no nie – od­parła Ela­ine.

– Do­ra­stałam w małym mia­stecz­ku – po­wie­działa Abby. – W Bel­faście, w sta­nie Ma­ine. Nie mogłam się do­cze­kać, kie­dy stamtąd ucieknę.

– Do­sko­na­le to ro­zu­miem – od­parła Ela­ine. – Wszy­scy ciągną do cy­wi­li­za­cji.

– Nie było tam aż tak źle.

– Ale nie za­mie­rzasz wra­cać, praw­da?

Abby za­wa­hała się.

– Moi ro­dzi­ce nie żyją, a obie sio­stry prze­pro­wa­dziły się do in­ne­go sta­nu. Nie mam po co tam wra­cać. Za to mam bar­dzo wie­le po­wodów, by zo­stać tu­taj.

– To tyl­ko fan­ta­zje – mruknął Aaron, pociągając so­lid­ny łyk ze szklan­ki. – Nie myślałem o tym poważnie.

Za­padła niezręczna ci­sza. Na­gle Abby usłyszała, że woła ją Mark. Odwróciw­szy się, uj­rzała, że ma­cha do niej.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa i ru­szyła przez traw­nik w jego stronę.

– Ar­cher chce nam po­ka­zać swo­je sank­tu­arium – po­wie­dział Mark, kie­dy do nie­go po­deszła.

– Ja­kie sank­tu­arium?

– Chodź ze mną, to zo­ba­czysz.

Wziął ją za rękę i po­pro­wa­dził przez ta­ras do domu. We­szli po scho­dach na górę. Abby tyl­ko raz była wcześniej na piętrze domu Ar­che­ra.

Tego wie­czo­ru po raz pierw­szy zo­stała za­pro­szo­na do po­ko­ju na końcu ko­ry­ta­rza.

Go­spo­darz cze­kał już na nich w środ­ku. Na skórza­nych fo­te­lach sie­dzie­li dok­to­rzy Frank Zwick i Raj Mo­han­das, lecz Abby pra­wie ich nie do­strzegła, bo pokój oka­zał się tak nie­zwykły, że sku­pił całą jej uwagę.

Znaj­do­wała się w mu­zeum daw­nych narzędzi le­kar­skich. Wy­sta­wio­ne w ga­blo­tach przed­mio­ty były równie fa­scy­nujące jak prze­rażające. Skal­pe­le i ba­se­ny do upusz­cza­nia krwi, słoje na pi­jaw­ki, klesz­cze gi­ne­ko­lo­gicz­ne ze szczyp­ca­mi, które mogłyby zmiażdżyć czaszkę nie­mowlęcia. Nad ko­min­kiem wi­siał olej­ny ob­raz, przed­sta­wiający walkę Śmier­ci z Le­ka­rzem o życie młodej ko­bie­ty. W po­ko­ju roz­brzmie­wał Kon­cert Bran­den­bur­ski.

Ar­cher ści­szył na­gra­nie, tak że mu­zy­ka stała się le­d­wo słyszal­na.

– Czy Aaron nie przyj­dzie? – spy­tał.

– Wie, że tu je­steśmy. Pew­nie już idzie – od­parł Mark.

– W porządku. – Ar­cher uśmiechnął się do Abby. – Co pani sądzi o mo­jej małej ko­lek­cji?

Przyj­rzała się za­war­tości jed­nej z ga­blot.

– Jest fa­scy­nująca… Ale na­wet nie po­tra­fię po­wie­dzieć, do cze­go niektóre z tych rze­czy służyły.

Ar­cher wska­zał dziw­ny przyrząd, składający się z kół zęba­tych i bloków.

– To bar­dzo cie­ka­wy in­stru­ment. Miał ge­ne­ro­wać słaby prąd elek­trycz­ny, sto­so­wa­ny do le­cze­nia różnych części ciała. Po­dob­no po­ma­gał na wie­le do­le­gli­wości, po­czy­nając od pro­blemów ko­bie­cych, a na cu­krzy­cy kończąc. Za­baw­ne, w ja­kie bzdu­ry każe nam wie­rzyć me­dy­cy­na, praw­da?

Abby przy­stanęła przed ob­ra­zem olej­nym i spoj­rzała na po­stać Śmier­ci w czar­nej sza­cie. Le­karz jako bo­ha­ter i zwy­cięzca, pomyślała. I oczy­wiście ra­tu­je ko­bietę. Piękną ko­bietę.

W tym mo­men­cie drzwi się otwo­rzyły.

– Je­steś! – zawołał Mark. – Za­sta­na­wia­liśmy się, czy nie za­po­mniałeś o na­szym spo­tka­niu.

Aaron wszedł do po­ko­ju, w mil­cze­niu skinął głową i usiadł w fo­te­lu.

– Mogę jesz­cze pani nalać, Abby? – spy­tał go­spo­darz, wska­zując jej pu­sty kie­li­szek.

– Już mi wy­star­czy.

– Może jed­nak sku­si się pani na odro­binę bran­dy? Mark pro­wa­dzi, praw­da?

Abby uśmiechnęła się.

– No do­brze, po­proszę.

Ar­cher napełnił jej kie­li­szek. W po­ko­ju za­legła ci­sza, jak­by wszy­scy cze­ka­li na dopełnie­nie tej for­mal­ności. Abby uświa­do­miła so­bie na­gle, że jest je­dyną stażystką wśród nich. Bill Ar­cher wy­da­wał ta­kie przyjęcia co parę mie­sięcy, aby po­wi­tać nowy per­so­nel na od­dzia­le chi­rur­gii klat­ki pier­sio­wej i chi­rur­gii ura­zo­wej i po ogro­dzie kręciło się jesz­cze sześcio­ro in­nych stażystów, ale w jego pry­wat­nych apar­ta­men­tach ze­brał się tyl­ko zespół trans­plan­to­logów.

A także ona – nie wia­do­mo dla­cze­go i po co.

Sie­działa na ka­na­pie obok Mar­ka, sącząc drin­ka. Pa­trzyła na tych pięciu zna­ko­mi­tych le­ka­rzy z po­dzi­wem i wie­działa, jak wiel­kim przy­wi­le­jem jest możność asy­sto­wa­nia Ar­che­ro­wi i Mo­han­da­so­wi przy ope­ra­cjach. Choć dzięki swo­je­mu związko­wi z Mar­kiem zna­lazła się w ich to­wa­rzy­skim kręgu, nig­dy nie za­po­mniała, kim są ci lu­dzie ani w ja­kim stop­niu zależy od nich jej ka­rie­ra.

Go­spo­darz usiadł na­prze­ciw­ko niej.

– Słyszałem wie­le do­bre­go na pani te­mat, Abby. Od ge­ne­rała. Za­nim stąd dziś wy­szedł, wyrażał się o pani z dużym uzna­niem.

– Dok­tor Wet­tig? – zdzi­wiła się Abby. – Prawdę mówiąc, nig­dy nie wiem, co sądzi o mo­jej pra­cy.

– Cóż, taki już jest. Lubi trzy­mać wszyst­kich w nie­pew­ności, ale sza­nuję jego zda­nie – dodał Ar­cher. – A według nie­go jest pani jedną z naj­lep­szych stażystek na dru­gim roku. Pra­co­wałem z panią, więc wiem, że ma rację.

Abby po­ru­szyła się nie­spo­koj­nie. Mark ujął jej dłoń i uścisnął lek­ko. Ar­cher do­strzegł ten gest i uśmiechnął się.

– Mark też naj­wy­raźniej uważa, że jest pani nie­zwykła – po­wie­dział. – To je­den z po­wodów, dla których się tu dziś spo­ty­ka­my. Może na­sza roz­mo­wa będzie trochę przed­wcze­sna, ale wo­li­my robić pla­ny z dużym wy­prze­dze­niem. Nig­dy nie za­szko­dzi wcześniej zba­dać te­ren.

– Oba­wiam się, że nie bar­dzo ro­zu­miem, do cze­go pan zmie­rza – od­parła Abby.

Ar­cher sięgnął po ka­rafkę i dolał so­bie bran­dy.

– Nasz zespół trans­plan­to­logów in­te­re­su­je się tyl­ko tym, co naj­lep­sze. Naj­lep­szy­mi re­fe­ren­cja­mi i wy­ni­ka­mi. Za­wsze sta­ra­my się po­ma­gać uzdol­nio­nym stażystom. Och, mamy oczy­wiście także i swo­je własne, ego­istycz­ne po­wo­dy. Przy­go­to­wu­je­my kadrę dla na­sze­go ze­społu. – Za­milkł na chwilę. – Za­sta­na­wia­liśmy się, czy nie chciałaby pani zaj­mo­wać się prze­szcze­pa­mi.

Abby rzu­ciła zdu­mio­ne spoj­rze­nie Mar­ko­wi, który lek­ko kiwnął głową.

– Nie musi pani od razu po­dej­mo­wać de­cy­zji – dodał Ar­cher – ale proszę o tym pomyśleć. Mamy kil­ka lat, żeby się le­piej po­znać. Być może w tym cza­sie zre­zy­gnu­je pani ze spe­cja­li­za­cji albo się okaże, że trans­plan­to­lo­gia wca­le pani nie in­te­re­su­je.

– Wprost prze­ciw­nie. – Abby po­chy­liła się do przo­du. – Chy­ba je­stem po pro­stu… za­sko­czo­na. To wiel­ki za­szczyt. Mamy tylu zdol­nych stażystów i le­ka­rzy. Na przykład Vi­vian Chao.

– Owszem, Vi­vian rze­czy­wiście jest do­bra.

– Myślę, że w przyszłym roku będzie ubie­gać się o sty­pen­dium.

– Dok­tor Chao jest bez wątpie­nia wy­bit­nym chi­rur­giem – przy­znał Mo­han­das. – Kil­ku stażystów też ma świet­nie opa­no­waną tech­nikę. Ale zna pani po­wie­dze­nie, że na­wet małpę można na­uczyć ope­ro­wać? Pro­blem po­le­ga na tym, żeby wie­dzieć, kie­dy to robić.

– Raj chce po­wie­dzieć, że szu­ka­my kogoś, kto po­tra­fi sta­wiać właściwe dia­gno­zy – wyjaśnił Ar­cher. – I po­tra­fi pra­co­wać w ze­spo­le. Na­szym zda­niem i z jed­nym, i z dru­gim do­brze so­bie pani ra­dzi. Nie jest pani kon­flik­to­wa. Na to kładzie­my szczególny na­cisk, Abby. Pra­ca w gru­pie. Pod­czas ope­ra­cji wie­le rze­czy może się nie udać. Za­wo­dzi sprzęt. Wyśli­zgu­je się skal­pel. W dro­dze do szpi­ta­la gi­nie ser­ce. Mu­si­my umieć wy­brnąć z każdej opre­sji. I ro­bi­my to.

– Po­ma­ga­my też so­bie wza­jem­nie – dodał Frank Zwick. – W sali ope­ra­cyj­nej i poza nią.

– Właśnie – po­twier­dził Ar­cher i spoj­rzał na Aaro­na. – Zgo­dzisz się z tym, praw­da?

Aaron odchrząknął.

– Tak, oczy­wiście. To jed­na z ko­rzyści wy­ni­kających z przy­na­leżności do ze­społu.

– Jed­na z wie­lu ko­rzyści – pod­kreślił Mo­han­das.

Przez chwilę nikt się nie od­zy­wał. W tle roz­brzmie­wały ci­che tony Kon­cer­tu Bran­den­bur­skie­go.

– Lubię ten frag­ment – stwier­dził go­spo­darz i zro­bił głośniej.

Gdy z ko­lumn popłynęły dźwięki skrzy­piec, Abby po­now­nie spoj­rzała na ob­raz przed­sta­wiający walkę Śmier­ci i Le­ka­rza o życie pa­cjen­ta.

– Wspo­mniał pan o in­nych ko­rzyściach – za­uważyła.

– Cóż… ja na przykład miałem wie­le długów, kie­dy kończyłem staż na chi­rur­gii – po­wie­dział Mo­han­das. – Bay­si­de pomógł mi je spłacić w ra­mach pa­kie­tu re­kru­ta­cyj­ne­go.

– Możemy o tym po­roz­ma­wiać, Abby – rzekł Ar­cher.

– W dzi­siej­szych cza­sach młodzi chi­rur­dzy kończą staż w wie­ku trzy­dzie­stu lat. Na ogół są już żona­ci i mają dzie­ci.

1 sto tysięcy do­larów długu za stu­dia, a jesz­cze na­wet nie mają domu! Spłata zadłużenia zaj­mu­je im dzie­sięć lat. Do­bie­gająjuż wte­dy czter­dziest­ki i mar­twią się o wy­kształce­nie swo­ich dzie­ci. – Pokręcił głową. – Nie wiem, po co kto­kol­wiek idzie dziś na me­dy­cynę. Na pew­no nie dla pie­niędzy.

– Rze­czy­wiście ciężko związać ko­niec z końcem – przy­znała Abby.

– A prze­cież wca­le nie musi tak być. Mark wspo­mniał nam, że w cza­sie na­uki ko­rzy­stała pani z po­mo­cy fi­nan­so­wej.

– Ze sty­pen­diów i kre­dytów. Głównie z kre­dytów.

– Och… To brzmi boleśnie.

Abby po­ki­wała głową.

– Właśnie za­czy­nam to od­czu­wać.

– Brała pani też kre­dy­ty na stu­dia?

– Tak. Moja ro­dzi­na miała pro­ble­my fi­nan­so­we – od­parła Abby.

– Mówi to pani tak, jak­by się tego wsty­dziła.

– Mie­liśmy pe­cha… Mój młod­szy brat mu­siał spędzić kil­ka mie­sięcy w szpi­ta­lu, a nie byliśmy ubez­pie­cze­ni. Ale w mia­stecz­ku, w którym do­ra­stałam, wie­lu lu­dzi nie miało ubez­pie­cze­nia.

– To tyl­ko po­twier­dza, jak bar­dzo było pani ciężko. Wszy­scy to zna­my. Raj jest imi­gran­tem i aż do ukończe­nia dzie­sięciu lat nie mówił po an­giel­sku. Ja jako pierw­szy w mo­jej ro­dzi­nie do­stałem się na stu­dia. Proszę mi wie­rzyć, w tym po­ko­ju nie ma żad­nych pie­przo­nych bo­stońskich bra­minów. Nie mie­liśmy bo­ga­tych ta­tu­siów ani fun­du­szy po­wier­ni­czych. Wie­my, co to zna­czy wal­czyć z prze­ciw­nościa­mi losu, bo sami też to ro­bi­liśmy. I szu­ka­my do na­sze­go ze­społu lu­dzi, którzy również to wiedzą.

Roz­brzmiały ostat­nie tony mu­zy­ki, ucichły końcowe akor­dy trąbek i smyczków. Ar­cher wyłączył ste­reo i spoj­rzał na Abby.

– Tak czy in­a­czej, niech pani prze­myśli tę sprawę – po­wie­dział. – W tej chwi­li nie składa­my pani żad­nych wiążących pro­po­zy­cji. Po­trak­tuj­my to jako… hm… – Ar­cher uśmiechnął się sze­ro­ko i po­pa­trzył na Mar­ka – …pierwszą randkę.

– Ro­zu­miem – od­parła Abby.

– Po­win­na pani wie­dzieć jesz­cze o czymś… Jest pani je­dyną stażystką, do której się zwróciliśmy. Tyl­ko panią bie­rze­my poważnie pod uwagę. Byłoby rozsądnie, gdy­by nie mówiła pani o tym swo­im ko­le­gom. Nie chce­my wzbu­dzać ni­czy­jej zawiści.

– Oczy­wiście.

– No do­brze. – Ar­cher ro­zej­rzał się po po­ko­ju. – Chy­ba wszy­scy je­steśmy co do tego zgod­ni. Praw­da, pa­no­wie?

Ze­bra­ni w po­ko­ju le­ka­rze po­ki­wa­li głowa­mi.

– To się na­zy­wa praw­dzi­wy zespół – stwier­dził Ar­cher i, uśmie­chając się, po­now­nie sięgnął po ka­rafkę z bran­dy.

□ □ □

– I co o tym sądzisz? – spy­tał Mark, gdy wra­ca­li sa­mo­cho­dem do domu.

Abby od­rzu­ciła głowę do tyłu.

– Czuję się jak naćpana! Boże, co za noc!

– Cie­szysz się, praw­da?

– Żar­tu­jesz chy­ba! Je­stem prze­rażona.

– Czym?

– Że na­walę i wszyst­ko spieprzę.

Mark zaśmiał się i ścisnął ją za ko­la­no.

– Hej, prze­cież pra­co­wa­liśmy również z in­ny­mi stażysta­mi. Wie­my, że wer­bu­je­my naj­lep­szych.

– Czy miał pan jakiś wpływ na de­cyzję Ar­che­ra, dok­to­rze Ho­dell?

– Och, wtrąciłem swo­je trzy gro­sze. Po­zo­sta­li nie mie­li żad­nych za­strzeżeń.

– Oczy­wiście.

– Na­prawdę. Wierz mi, Abby, je­steś naszą główną kan­dy­datką. I sadzę, że otrzy­masz fan­ta­styczną ofertę.

Oparła się wy­god­nie, z uśmie­chem myśląc o swo­jej przyszłości. Do tej pory miała je­dy­nie mgli­ste pojęcie, gdzie będzie pra­co­wała za trzy i pół roku. Naj­praw­do­po­dob­niej cze­kała ją ciężka harówka w pu­blicz­nej służbie zdro­wia, bo pry­wat­ne prak­ty­ki wy­mie­rały. Nie wi­działa dla sie­bie per­spek­tyw, zwłasz­cza w Bo­sto­nie. A właśnie w tym mieście chciała zo­stać.

Tam, gdzie był Mark.

– Bar­dzo mi na tym zależy – od­parła. – Mam tyl­ko na­dzieję, że was nie za­wiodę.

– Na pew­no nie. Wie­my, cze­go chce­my. Two­rzy­my zgraną ekipę.

Mil­czała przez chwilę, po czym spy­tała:

– Na­wet Aaron Levi?

– Aaron? Dla­cze­go o to py­tasz?

– Nie wiem. Roz­ma­wiałam dziś wie­czo­rem z jego żoną Ela­ine. Chy­ba uważa, że nie jest zbyt za­do­wo­lo­ny. Wie­działeś, że myślał o odejściu?

Mark spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny.

– Co ta­kie­go?

– Wspo­mniał o prze­pro­wadz­ce na pro­wincję.

Zaśmiał się.

– Nie ma szans. Ela­ine jest dziew­czyną z Bo­sto­nu.

– To nie ona o tym myślała, tyl­ko on.

Przez chwilę Mark w mil­cze­niu pro­wa­dził sa­mochód.

– Mu­siałaś się przesłyszeć – stwier­dził w końcu.

Wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Możliwe.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sekret, którego nie zdradzę Igrając z ogniem Ogród kości Umrzeć po raz drugi Mumia Czarna loteria 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer