Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Autorzy: Carney Scott

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 22.66 zł

Dziennikarz śledczy Scott Carney spędził pięć lat, badając przynoszący krocie handel ludzkimi ciałami – nielegalny, krwawy i brutalny „czerwony rynek”. Odnalazł indyjską wioskę zwaną Kidneyvakkam, gdyż większość jej mieszkańców dawno posprzedawała już nerki; rozmawiał z hienami cmentarnymi, ludźmi, którzy kradną ciała z grobów, kostnic i stosów pogrzebowych, by produkować szkielety anatomiczne; odwiedził starożytną świątynię, która eksportuje włosy swoich wyznawców do Ameryki, zarabiając na tym miliony dolarów.

W XXI wieku ciało ludzkie znów stało się towarem, regulacje prawne sprzyjają nadużyciom. W sytuacji zagrożenia życia nie chcemy zadawać niewygodnych pytań o pochodzenie krwi czy narządów do przeszczepu. Gdy możemy wybierać, kupujemy perukę z naturalnych włosów. Medycyny zalecamy uczyć się tylko na prawdziwych preparatach. Czy w naszym pragnieniu wiedzy, nieśmiertelności i piękna nie uznajemy już granic, których nie wolno przekroczyć?

To wstrząsająca książka. Uświadamia bowiem czytelnikowi z przerażającą jasnością kilka oczywistych faktów. Po pierwsze, nasze martwe ciało i wszystkie jego elementy są towarem i mają swoją cenę. Po drugie, towarem jest także ciało żywe. Można sprzedać i kupić dziecko. Można sprzedać i kupić krew, nerkę lub komórkę jajową. Można wynająć całe ciało do testowania leków lub za odpowiednią opłatą zaoferować swoje łono kobietom, które nie chcą lub nie mogą być w ciąży. Po trzecie, medycyna bez względu na to, co sądzi się o jej cudotwórczych mocach, ma także swoją ciemną stronę. Jest to brutalny rynek materiałów i usług biologicznych – tytułowy czerwony rynek, którego cechą jest bezlitosny wyzysk ludzi biednych i słabych, pozbawionych ochrony prawa i moralności. Czy powinniśmy zalegalizować swobodny handel dziećmi, komórkami, tkankami, organami ludzkimi, czy też go zabronić? Czy możliwy jest kompromis? Nie ma dobrej odpowiedzi na te pytania. Myślę jednak, że po przeczytaniu tej książki każdy inteligentny i wrażliwy czytelnik powinien zadać sobie pytanie – ile i przede wszystkim komu gotów jest zapłacić za przedłużenie swego życia o dzień, tydzień, miesiąc lub rok? Ile i komu gotów jest zapłacić za spełnienie marzenia o szczęśliwiej rodzinie? Wiele wskazuje na to, że oszałamiający postęp technologiczny medycyny oznacza zarazem postępującą dehumanizację lekarzy. Głównym motywem ich postępowania staje się zysk. To lekarze i ich pacjenci są głównymi klientami czerwonego rynku.

prof. Zbigniew Szawarski, Przewodniczący Komitetu Bioetyki przy Prezydium PAN

Scott Carney ukazuje globalny rynek handlu narządami bezkompromisowo i na wskroś prawdziwie; to wstrząsająca relacja o nowym i nielegalnym procederze, który dla jednych jest szansą na ocalenie zdrowia i życia, a dla innych sposobem na zarobienie dużych pieniędzy.

Maciej Grabysa, reżyser i scenarzysta filmu „Mitzvah. Podziel się swoją nerką”, Grand Prix dla najlepszego polskiego filmu na HumanDoc Festiwal,Warszawa 2013

Scott Car­ney

Czer­wo­ny ry­nek

Na tro­pie han­dla­rzy or­ga­nów, zło­dziei ko­ści,

pro­du­cen­tów krwi i po­ry­wa­czy dzie­ci

Prze­ło­żył Ja­nusz Ochab

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go THE RED MAR­KET: ON THE TRA­IL OF THE WORLD’S OR­GAN BRO­KERS, BONE THIE­VES, BLO­OD FAR­MERS,

AND CHILD TRAF­FIC­KERS

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by MAR­TI­NE FRANCK / MA­GNUM PHO­TOS / FO­RUM

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Co­py­ri­ght © 2011 by SCOTT CAR­NEY. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2014

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by JA­NUSZ OCHAB, 2014

Re­dak­cja ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL

Ko­rek­ta EDWARD RUT­KOW­SKI / D2D.PL, IWO­NA ŁA­SKA­WIEC / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-720-1

Spis treści

Dedykacja

Motto

Przedmowa Ślepy zaułek

Wstęp Człowiek kontra mięso

1 Alchemia ciała

2 Fabryka kości

3 Poszukiwanie nerek

4 Poznaj rodziców

5 Niepokalane poczęcie

6 Płatne przy odbiorze

7 Krew i pieniądze

8 Kliniczny trud królików doświadczalnych

9 Obietnice nieśmiertelności

10 Czarne złoto

Posłowie Oda do Loretty Hardesty

Bibliografia

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla mo­ich ro­dzi­ców,

Lin­dy Haas Car­ney

i Wil­fre­da Igna­tiu­sa Car­neya Jra

Je­śli krew jako żywa ludz­ka tkan­ka co­raz czę­ściej sta­je się przed­mio­tem kup­na i sprze­da­ży, a więc ob­ro­tów han­dlo­wych, któ­re przy­no­szą okre­ślo­ny zysk, to wy­da­je się oczy­wi­ste, że w koń­cu ta­kie trans­ak­cje po­win­ny zo­stać ob­ję­te od­po­wied­ni­mi pra­wa­mi han­dlo­wy­mi.

Ri­chard Tit­muss, The Gift Re­la­tion­ship

W in­nych re­gio­nach In­dii lu­dzie mó­wią o wy­jeź­dzie do Ma­le­zji lub Sta­nów Zjed­no­czo­nych z bły­skiem na­dziei w oku. W Tsu­na­mi Na­gar mó­wią tak o sprze­da­ży swo­ich ne­rek.

Ma­ria Se­lvam, ak­ty­wi­sta, In­die

Przedmowa

Ślepy zaułek

Pod­in­spek­tor za­cią­ga się po raz ostat­ni pa­pie­ro­sem i wy­rzu­ca go przez okno. Nie­do­pa­łek lą­du­je na ob­cej zie­mi. Przy­sa­dzi­sty be­to­no­wy po­ste­ru­nek po­li­cji, któ­rym do­wo­dzi pod­in­spek­tor, stoi na sa­mej gra­ni­cy, teo­re­tycz­nie wy­star­czy więc przejść na dru­gi ko­niec po­ko­ju, by zna­leźć się na te­re­nie in­ne­go kra­ju. Funk­cjo­na­riusz od­po­wie­dzial­ny za blo­ko­wa­nie kon­tra­ban­dy mię­dzy naj­więk­szą de­mo­kra­cją świa­ta a ostat­nią mo­nar­chią ab­so­lut­ną więk­szość cza­su spę­dza na czy­ta­niu ga­zet i ob­li­cza­niu sur­re­ali­stycz­nej od­le­gło­ści mię­dzy po­ste­run­kiem a Del­hi. Się­ga do kie­sze­ni po na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa, ale pacz­ka jest już pu­sta. Marsz­cząc brwi, pod­no­si wzrok znad biur­ka i za­sta­na­wia się nad moją proś­bą.

– Więc chce pan zo­ba­czyć szkie­le­ty.

Nie wiem, czy to py­ta­nie, czy też stwier­dze­nie. Po­pra­wiam się na drew­nia­nym stoł­ku, któ­ry skrzy­pi gło­śno, kie­dy prze­su­wam go do przo­du. Ki­wam gło­wą.

Przez dwa ty­go­dnie prze­cze­sy­wa­łem stan Ben­gal Za­chod­ni, by spraw­dzić, ile jest praw­dy w do­nie­sie­niach o tak zwa­nych fa­bry­kach ko­ści. Od po­nad wie­ku na te­re­nie ca­łych In­dii do­cho­dzi do okra­da­nia gro­bów, a wyj­mo­wa­ne z nich cia­ła sprze­da­wa­ne są w po­sta­ci szkie­le­tów ana­to­micz­nych. Moż­na śmia­ło za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że ze wzglę­du na ska­lę tego zja­wi­ska jesz­cze do nie­daw­na pra­wie wszyst­kie szkie­le­ty sto­ją­ce w ame­ry­kań­skich sa­lach lek­cyj­nych po­cho­dzi­ły z In­dii. W 1985 roku rząd In­dii za­ka­zał han­dlu ludz­ki­mi szcząt­ka­mi, a wie­lu han­dla­rzy ko­ści mu­sia­ło zre­zy­gno­wać z tego za­ję­cia. Nie­któ­rzy dzia­ła­li jed­nak da­lej, tyle że w ukry­ciu – i, po­dob­nie jak przed­sta­wi­cie­le in­nych branż czer­wo­ne­go ryn­ku, zna­ko­mi­cie pro­spe­ro­wa­li.

Przy­je­cha­łem na gra­ni­cę in­dyj­sko-bhu­tań­ską, by prze­śle­dzić i opi­sać łań­cuch do­staw pew­ne­go szcze­gól­nie od­ra­ża­ją­ce­go ana­to­ma, któ­ry po­dob­no nadal ma po­wią­za­nia z za­chod­ni­mi fir­ma­mi. Choć han­del ludz­ki­mi szcząt­ka­mi to bar­dzo do­cho­do­wy in­te­res, miej­sca, w któ­rych cia­ła za­mie­nia­ją się w błysz­czą­ce szkie­le­ty, wy­glą­da­ją dość nie­po­zor­nie. Osła­wio­ne fa­bry­ki ko­ści to zwy­kle pro­wi­zo­rycz­ne na­mio­ty z bre­zen­to­wych płacht, roz­bi­te na brze­gach rzek. Tu wła­śnie pły­ną nie­koń­czą­cym się stru­mie­niem zwło­ki, któ­re zo­sta­ją na­stęp­nie zre­du­ko­wa­ne do ukła­du kost­ne­go. Han­dla­rze za­trud­nia­ją hie­ny cmen­tar­ne i do­mo­ro­słych ana­to­mów, któ­rzy od­dzie­la­ją cia­ło od ko­ści, a po­tem czysz­czą je, po­le­ru­ją i przy­go­to­wu­ją do wy­sył­ki. Ten ma­ka­brycz­ny pro­ce­der nie spo­ty­ka się z uzna­niem po­li­cji i oko­licz­nych miesz­kań­ców, więc fa­bry­ki ko­ści dzia­ła­ją w ukry­ciu. Po­trze­bo­wa­łem aż trzech ty­go­dni, żeby na­tra­fić na trop jed­nej z nich.

Uda­ło mi się to, gdy prze­czy­ta­łem w ga­ze­cie wzmian­kę o pew­nym po­ste­run­ku po­li­cji, któ­ry przy­pad­kiem na­tknął się na taj­ny skład ludz­kich cza­szek i in­nych ko­ści. Po­je­cha­łem więc do przej­ścia gra­nicz­ne­go w Ja­iga­on, mia­sta, któ­re co­dzien­nie przyj­mu­je ty­sią­ce prze­jezd­nych, ale nie sły­nie z go­ścin­no­ści.

– Więc chce pan zo­ba­czyć czasz­ki – mówi po­li­cjant ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem. – To ża­den pro­blem.

Wsta­je od biur­ka i ge­stem pro­si, bym pod­szedł z nim do otwar­te­go okna, wy­cho­dzą­ce­go na in­dyj­ską stro­nę gra­ni­cy. Wska­zu­je na przy­sa­dzi­sty be­to­no­wy bu­dy­nek są­sia­du­ją­cy z ko­mi­sa­ria­tem.

– Tu była ich kry­jów­ka i ma­ga­zyn. Trzy po­ko­je peł­ne ko­ści.

Han­dla­rze nie mu­sie­li się przej­mo­wać stra­żą gra­nicz­ną, po pro­stu prze­rzu­ca­li wor­ki z kon­tra­ban­dą do są­sied­nie­go kra­ju. Mimo to ra­czej nie naj­lep­szym po­my­słem było urzą­dza­nie tego ro­dza­ju kry­jów­ki tuż obok po­ste­run­ku po­li­cji.

– Praw­dę mó­wiąc – kon­ty­nu­uje po­li­cjant – nie jest to ja­kiś szcze­gól­nie po­waż­ny pro­blem. Ba­li­śmy się tyl­ko, że mogą to być cia­ła ofiar mor­derstw. W tym kra­ju nie ma chy­ba żad­ne­go pra­wa, któ­re za­bra­nia­ło­by okra­dać gro­by. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy wyj­dą na wol­ność.

Han­dla­rzy nie moż­na na­wet oskar­żyć o kra­dzież, bo wszy­scy wła­ści­cie­le ko­ści już nie żyją.

Po aresz­to­wa­niu han­dla­rzy po­li­cja prze­ję­ła ko­ści jako ma­te­riał do­wo­do­wy na wy­pa­dek, gdy­by jed­nak sąd zde­cy­do­wał się roz­pa­trzyć oskar­że­nie. Po­moc­nik ko­men­dan­ta pro­wa­dzi mnie do brud­nej celi, któ­ra peł­ni rów­no­cze­śnie funk­cję po­ko­ju prze­słu­chań i schow­ka na do­wo­dy. Wy­cią­ga z szaf­ki kil­ka sta­rych ny­lo­no­wych wor­ków po ce­men­cie. Kie­dy je­den z nich spa­da na pod­ło­gę, sły­chać grze­chot ko­ści. Po­li­cjant zma­ga się przez chwi­lę z wę­złem, a po­tem ścią­ga war­stwę prze­zro­czy­stej fo­lii ochron­nej.

Pierw­szy wo­rek wy­peł­nia­ją ko­ści nóg. Mu­sia­ły le­żeć pod zie­mią przez dłu­gi czas, bo więk­szość z nich ob­le­pio­na jest ciem­ny­mi grud­ka­mi. Na kil­ku pisz­cze­lach wi­dać śla­dy pi­ło­wa­nia w miej­scach, gdzie gu­zo­wa­te za­koń­cze­nie zo­sta­ło przy­cię­te, tak by utwo­rzy­ło coś w ro­dza­ju ust­ni­ka. Ku­lis po­cią­ga za sza­ry ko­nop­ny sznu­rek, któ­rym za­wią­za­ny jest dru­gi wo­rek. Tym ra­zem na­szym oczom uka­zu­ją się ludz­kie czasz­ki, a wła­ści­wie tyl­ko jed­na ich część – zło­dzie­je prze­cię­li je tuż nad oczo­do­ła­mi, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie pusz­kę mó­zgo­wą, resz­tę zaś wy­rzu­ci­li.

Przy­glą­dam się ko­ściom, marsz­cząc brwi. To nie są ta­kie czasz­ki, ja­kich szu­kam. Są za sta­re, zbyt oka­le­czo­ne. Do­bry szkie­let ana­to­micz­ny na­le­ży przy­go­to­wać szyb­ko, a ko­ści sta­ran­nie i sys­te­ma­tycz­nie oczy­ścić. Je­śli zbyt dłu­go le­ża­ły w zie­mi, nie na­da­ją się na po­moc na­uko­wą. Poza tym jaki stu­dent me­dy­cy­ny czy le­karz nie chciał­by zo­ba­czyć po­zo­sta­łej czę­ści szkie­le­tu? Uświa­da­miam so­bie, że tra­fi­łem na nie­wła­ści­wych han­dla­rzy. Lu­dzie, któ­rzy ukra­dli te ko­ści, mie­li inny biz­ne­splan. Nie za­mie­rza­li sprze­dać ich le­ka­rzom, lecz mni­chom.

Wy­znaw­cy nie­któ­rych odła­mów bhu­tań­skie­go bud­dy­zmu wie­rzą, że śmier­tel­ność moż­na zro­zu­mieć tyl­ko dzię­ki kon­tem­pla­cji ludz­kich szcząt­ków. Dla­te­go też nie­mal każ­dy gor­li­wy bud­dy­sta po­trze­bu­je sta­ran­nie przy­go­to­wa­nych przy­rzą­dów ry­tu­al­nych wy­ko­na­nych z ludz­kich ko­ści. Zwy­kle są to fle­ty wy­rzeź­bio­ne z pisz­cze­li i mi­ski mo­dli­tew­ne z cza­szek, wła­śnie ta­kie, ja­kie przed chwi­lą zo­ba­czy­łem w wor­ku.

Przy­wy­kłem już do ta­kich roz­cza­ro­wań, ale mimo wszyst­ko je­stem za­sko­czo­ny. Nie przy­pusz­cza­łem, że skra­dzio­ne szkie­le­ty moż­na pre­pa­ro­wać i sprze­da­wać na róż­ne spo­so­by. Ro­bię kil­ka zdjęć i dzię­ku­ję po­li­cjan­tom za czas, któ­ry ze­chcie­li mi po­świę­cić. Stra­ci­łem pół­to­ra dnia na do­jazd do tego miej­sca.

Mój kie­row­ca uru­cha­mia sil­nik i od­jeż­dża spod ko­mi­sa­ria­tu, zo­sta­wia­jąc za sobą ob­łok sza­re­go pyłu. Przy­go­to­wu­ję się w du­chu na ko­lej­ną wie­lo­go­dzin­ną po­dróż po dziu­ra­wych dro­gach peł­nych sza­leń­ców, któ­rzy wolą ra­czej do­pro­wa­dzić do czo­ło­we­go zde­rze­nia, niż ustą­pić ko­muś miej­sca. Ogar­nię­ty dziw­ną bez­tro­ską, któ­ra to­wa­rzy­szy za­gro­że­niu ry­chłą śmier­cią, roz­my­ślam o tym nie­praw­do­po­dob­nym zja­wi­sku, ja­kim jest ry­wa­li­za­cja dwóch grup zło­dziei ko­ści dzia­ła­ją­cych na in­dyj­skiej wsi. Czy ryn­ki zby­tu na czę­ści ludz­kich ciał ist­nie­ją tyl­ko na obrze­żach mię­dzy­na­ro­do­we­go han­dlu? Na ile spo­so­bów moż­na sprze­dać ludz­kie cia­ło?

Je­śli w tym od­le­głym za­kąt­ku świa­ta lu­dzie wal­czą o cia­ła i eks­por­tu­ją ludz­kie szcząt­ki, to zna­czy, że w in­nych czę­ściach pla­ne­ty inni lu­dzie też za­ra­bia­ją na ta­kim pro­ce­de­rze. Może każ­da z czę­ści na­sze­go cia­ła – od ko­ści, ścię­gien, ser­ca i krwi po całe or­ga­ni­zmy – co­dzien­nie zmie­nia wła­ści­cie­la.

Nie­wie­le jesz­cze wiem na ten te­mat, ale to do­pie­ro po­czą­tek mo­jej po­dró­ży po czer­wo­nym ryn­ku świa­ta. Prze­ja­dę przez całe In­die, Eu­ro­pę, Afry­kę i Sta­ny Zjed­no­czo­ne, znaj­du­jąc wszę­dzie fir­my – za­rów­no le­gal­ne, jak i nie­le­gal­ne – któ­re zaj­mu­ją się kup­nem i sprze­da­żą czę­ści ludz­kich ciał. To ludz­kie tar­go­wi­sko jest znacz­nie więk­sze, niż kie­dy­kol­wiek przy­pusz­cza­łem.

Wstęp

Człowiek kontra mięso

Ważę pra­wie dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów, mam brą­zo­we wło­sy, nie­bie­skie oczy i peł­ne uzę­bie­nie. O ile mi wia­do­mo, moja tar­czy­ca wy­dzie­la wła­ści­we hor­mo­ny i wtła­cza je do sze­ściu li­trów krwi, któ­re krą­żą po mo­ich ży­łach i tęt­ni­cach. Mie­rzę sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów, mam więc dłu­gie ko­ści udo­we i pisz­cze­le zbu­do­wa­ne ze zdro­wej, gę­stej tkan­ki łącz­nej. Obie moje ner­ki funk­cjo­nu­ją pra­wi­dło­wo, a ser­ce pra­cu­je w sta­łym tem­pie osiem­dzie­się­ciu sied­miu ude­rzeń na mi­nu­tę. Sza­cu­ję, że w su­mie je­stem wart oko­ło dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy do­la­rów.

Moja krew roz­kła­da się ła­two na oso­cze, czer­wo­ne krwin­ki, płyt­ki krwi i czyn­nik an­ty­he­mo­fi­lo­wy; mo­gła­by ura­to­wać ży­cie ko­muś le­żą­ce­mu na sto­le ope­ra­cyj­nym albo za­trzy­mać nie­kon­tro­lo­wa­ny krwo­tok u czło­wie­ka cho­re­go na he­mo­fi­lię. Wią­za­dła, któ­re utrzy­mu­ją w ca­ło­ści moje cia­ło, moż­na od­dzie­lić od ko­ści i wsz­cze­pić w ko­la­no kon­tu­zjo­wa­ne­go olim­pij­czy­ka. Z wło­sów ro­sną­cych na mo­jej gło­wie moż­na zro­bić pe­ru­kę albo wy­ko­rzy­stać za­war­te w nich ami­no­kwa­sy i sprze­da­wać jako za­czyn do pie­czy­wa. Mój szkie­let świet­nie pre­zen­to­wał­by się w każ­dej sali lek­cyj­nej. Moje naj­waż­niej­sze or­ga­ny – ser­ce, wą­tro­ba i ner­ki – mo­gły­by prze­dłu­żyć ży­cie lu­dziom, któ­rych wła­sne na­rzą­dy prze­sta­ły funk­cjo­no­wać na sku­tek cho­ro­by albo wy­pad­ku. Ro­gów­ki od­dzie­lo­ne od mo­ich oczu mo­gły­by przy­wró­cić wzrok ociem­nia­łym. Na­wet gdy­bym już umarł, zde­ter­mi­no­wa­ny pa­to­log mógł­by po­brać na­sie­nie z mo­je­go cia­ła i za­płod­nić nim ko­bie­tę. Dziec­ko tej ko­bie­ty też mia­ło­by okre­ślo­ną war­tość.

Po­nie­waż je­stem Ame­ry­ka­ni­nem, moje cia­ło wy­ce­nia­ne jest bar­dzo wy­so­ko – gdy­bym po­cho­dził z Chin, był­bym wart znacz­nie, znacz­nie mniej. Le­ka­rze i po­śred­ni­cy, któ­rzy ob­ra­ca­li­by na świa­to­wych ryn­kach moim cia­łem, za­ro­bi­li­by na swo­ich usłu­gach o wie­le wię­cej niż ja sam, gdy­bym zde­cy­do­wał się han­dlo­wać wła­sny­mi or­ga­na­mi sa­mo­dziel­nie. Oka­zu­je się, że ogól­no­świa­to­we pra­wa po­py­tu i po­da­ży do­ty­czą ryn­ku or­ga­nów w ta­kim sa­mym stop­niu jak sprze­da­ży bu­tów czy elek­tro­ni­ki.

Po­dob­nie jak me­cha­nik może wy­mie­nić zu­ży­te czę­ści na­sze­go sa­mo­cho­du na nowe i na­oli­wić skrzy­pią­ce złą­cza, by zwięk­szyć spraw­ność sil­ni­ka, tak le­karz może prze­dłu­żyć ko­muś ży­cie, wy­mie­nia­jąc wa­dli­we or­ga­ny na zdro­we. Z każ­dym ro­kiem ko­lej­ne ba­rie­ry tech­no­lo­gicz­ne do­ty­czą­ce ta­kich za­bie­gów zo­sta­ją prze­kro­czo­ne, a sam pro­ces sta­je się co­raz tań­szy. Nie ist­nie­ją jed­nak zło­mo­wi­ska ludz­kich czę­ści wy­so­kiej ja­ko­ści. Naj­lep­sze ze skon­stru­owa­nych do tej pory sztucz­nych serc, ne­rek i krwi nie mogą się rów­nać pod żad­nym wzglę­dem z praw­dzi­wy­mi. Ludz­kie cia­ło jest po pro­stu zbyt skom­pli­ko­wa­ne. Obec­nie nie da się stwo­rzyć ludz­kie­go or­ga­ni­zmu w fa­bry­ce czy w la­bo­ra­to­rium, co ozna­cza, że aby spro­stać po­py­to­wi na ludz­kie czę­ści, na­le­ży szu­kać od­po­wied­nich ma­te­ria­łów wśród ży­wych i nie­daw­no zmar­łych lu­dzi.

Po­trze­bu­je­my ogrom­nych ilo­ści ludz­kie­go ma­te­ria­łu, by do­star­czyć uczel­niom me­dycz­nym zwłok, dzię­ki któ­rym przy­szli le­ka­rze do­brze po­zna­ją ana­to­mię czło­wie­ka. Agen­cje ad­op­cyj­ne wy­sy­ła­ją ty­sią­ce dzie­ci z Trze­cie­go Świa­ta na bo­ga­tą Pół­noc, by wy­peł­nić luki w ame­ry­kań­skich ro­dzi­nach. Fir­my far­ma­ceu­tycz­ne po­trze­bu­ją ży­wych lu­dzi do te­sto­wa­nia ko­lej­nych su­per­le­ków, a prze­mysł ko­sme­tycz­ny prze­twa­rza mi­lio­ny ki­lo­gra­mów ludz­kich wło­sów rocz­nie, żeby za­spo­ko­ić nie­ga­sną­ce za­po­trze­bo­wa­nie na nowe fry­zu­ry. Cza­sy odzia­nych w spód­nicz­ki z tra­wy lu­do­żer­ców z tro­pi­kal­nych wysp to już za­mierz­chła prze­szłość – nasz ape­tyt na ludz­kie cia­ło jest te­raz więk­szy niż kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii świa­ta.

Świa­do­mość, że na­sze cia­ła mogą być przed­mio­tem zwy­kłe­go han­dlu, bu­dzi w nas dziw­ne i mie­sza­ne uczu­cia. Więk­szość lu­dzi wy­czu­wa in­stynk­tow­nie, że o wy­jąt­ko­wo­ści każ­de­go czło­wie­ka de­cy­du­je coś wię­cej niż tyl­ko fi­zycz­na obec­ność – od elek­tro­nów i kwar­ków, któ­re two­rzą na­sze tkan­ki, po skom­pli­ko­wa­ne struk­tu­ry bio­lo­gicz­ne, pod­trzy­mu­ją­ce każ­dy nasz od­dech. Oprócz niej ist­nie­je rów­nież in­ne­go ro­dza­ju obec­ność, któ­ra to­wa­rzy­szy ży­ciu. Na po­trze­by tej książ­ki, a tak­że dla wła­snej wy­go­dy, gdyż uła­twi mi to pi­sa­nie, za­kła­dam, że isto­ta ludz­ka ma rów­nież du­szę1. Utra­ta du­szy za­mie­nia cia­ło w ka­wa­łek ma­te­rii.

Choć nie­mal każ­dy z nas uwa­ża swo­je cia­ło za rzecz świę­tą, któ­ra nie pod­le­ga pro­za­icz­nym pra­wom ryn­ku, mu­si­my po­go­dzić się z fak­tem, że han­del ludz­ki­mi or­ga­na­mi roz­kwi­ta. Co roku wła­ści­cie­li zmie­nia­ją frag­men­ty ludz­kich or­ga­ni­zmów o war­to­ści co naj­mniej kil­ku mi­liar­dów do­la­rów. Na świe­cie żyje po­nad sześć mi­liar­dów lu­dzi2, więc za­so­by są na­praw­dę spo­re. Mo­że­my za­ło­żyć, że glo­bal­na po­daż ne­rek to po­nad sześć mi­liar­dów (albo po­nad dwa­na­ście, je­śli je­ste­śmy na­praw­dę bez­li­to­śni), prze­szło sześć­dzie­siąt mi­liar­dów li­trów krwi i dość ro­gó­wek, by wy­peł­nić nimi sta­dion pił­kar­ski. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra po­wstrzy­mu­je han­dla­rzy od się­gnię­cia po nie­wy­obra­żal­ne zy­ski, są pra­wa do eks­plo­ato­wa­nia tych za­so­bów.

Spójrz­my na przy­kład na ry­nek ad­op­to­wa­nych dzie­ci. W mo­men­cie gdy ja­kaś ro­dzi­na zde­cy­du­je, że chce przy­jąć do sie­bie ubo­gie dziec­ko z in­ne­go kra­ju, nie zna jesz­cze toż­sa­mo­ści tego dziec­ka, jego wy­glą­du ani cha­rak­te­ru. Szu­ka­jąc dziec­ka ide­al­ne­go, pre­cy­zu­je swo­je po­trze­by na pod­sta­wie tego, co ofe­ru­je jej ry­nek dzie­ci. Prze­glą­da ka­ta­lo­gi za­miesz­cza­ne w in­ter­ne­cie przez mię­dzy­na­ro­do­we agen­cje ad­op­cyj­ne, czy­ta ar­ty­ku­ły pra­so­we o zroz­pa­czo­nych mal­cach z sie­ro­ciń­ców i po­dej­mu­je trud­ne de­cy­zje, okre­śla­jąc ce­chy dziec­ka, któ­re chcia­ła­by przy­gar­nąć.

Oczy­wi­ście ja­kiś czas po­tem ad­op­to­wa­ne dziec­ko sta­nie się praw­dzi­wym człon­kiem ro­dzi­ny, lecz aby do nie­go do­trzeć, przy­bra­ni ro­dzi­ce mu­szą po­znać cały łań­cuch do­staw, zło­żo­ny czę­sto z po­dej­rza­nych po­śred­ni­ków i sko­rum­po­wa­nych urzęd­ni­ków, któ­rzy w wie­lu wy­pad­kach po­strze­ga­ją dzie­ci je­dy­nie jako małe cia­ła. Do­pie­ro gdy dziec­ko znaj­dzie się w domu no­wej ro­dzi­ny, sta­nie się praw­dzi­wą, rze­czy­wi­stą oso­bą, a nie abs­trak­tem.

Bez wzglę­du na to, ja­kie są na­sze za­pa­try­wa­nia mo­ral­ne na tę kwe­stię, cia­ła nie­wąt­pli­wie już od daw­na są to­wa­rem – choć to­wa­rem nie­wy­god­nym. Nie po­wsta­ją w fa­bry­kach jako cał­kiem nowe pro­duk­ty, mon­to­wa­ne przez pra­cow­ni­ków w ste­ryl­nych ubra­niach – zbie­ra się je ra­czej jak uży­wa­ne sa­mo­cho­dy po­zo­sta­wio­ne na zło­mo­wi­skach. Za­nim bę­dzie­my mo­gli za­pła­cić ra­chu­nek i za­brać ze sobą ludz­ką tkan­kę, ktoś bę­dzie mu­siał zmie­nić ją z ka­wał­ka czło­wie­ka w przed­miot o war­to­ści ryn­ko­wej. W od­róż­nie­niu od uży­wa­nych sa­mo­cho­dów i ich czę­ści cenę ludz­kie­go cia­ła okre­śla się nie tyl­ko w do­la­rach. Mie­rzy się ją rów­nież krwią i trud­ną do osza­co­wa­nia war­to­ścią ży­cia, za­rów­no oca­lo­ne­go, jak i utra­co­ne­go. Ku­pu­jąc frag­ment ludz­kie­go cia­ła, bie­rze­my na sie­bie mo­ral­ną od­po­wie­dzial­ność zwią­za­ną z jego po­cho­dze­niem, a tak­że przej­mu­je­my bio­lo­gicz­ną i ge­ne­tycz­ną hi­sto­rię by­łe­go wła­ści­cie­la. To trans­ak­cja, któ­ra nig­dy się nie koń­czy.

Pra­wo i go­spo­dar­ka roz­róż­nia­ją trzy ro­dza­je ryn­ku: bia­ły, sza­ry i czar­ny. Na czar­nym ryn­ku han­dlu­je się nie­le­gal­ny­mi to­wa­ra­mi i usłu­ga­mi, na przy­kład bro­nią i nar­ko­ty­ka­mi, pod­czas gdy pi­rac­kie pły­ty czy nie­opo­dat­ko­wa­ne do­cho­dy to do­me­na sza­re­go ryn­ku, czy też sza­rej stre­fy. Bia­ły ry­nek jest te­ry­to­rium pro­duk­tów le­gal­nych – od żyw­no­ści ku­po­wa­nej w skle­pie na rogu po po­dat­ki do­cho­do­we od­pro­wa­dza­ne uczci­wie każ­de­go mie­sią­ca. Wszyst­kie te ryn­ki łą­czą dwie ce­chy: sprze­da­wa­ne tam to­wa­ry mają ja­sno okre­ślo­ną war­tość, któ­rą moż­na wy­ra­zić w do­la­rach lub cen­tach, a trans­ak­cje koń­czą się w mo­men­cie, gdy pie­nią­dze zmie­nią wła­ści­cie­la. Ry­nek, na któ­rym han­dlu­je się ludz­ki­mi cia­ła­mi, jest inny, bo jego klien­ci za­wdzię­cza­ją ży­cie i szczę­ście ro­dzin­ne łań­cu­cho­wi do­staw.

Wi­taj­cie na czer­wo­nym ryn­ku.

Czer­wo­ny ry­nek to wy­twór sprzecz­no­ści, któ­re po­wsta­ją tam, gdzie spo­łecz­ne tabu ota­cza­ją­ce ludz­kie cia­ło zde­rza się z pra­gnie­niem dłu­gie­go i szczę­śli­we­go ży­cia. War­tość trans­ak­cji i pro­duk­tów na nor­mal­nym ryn­ku moż­na osza­co­wać na pod­sta­wie zwy­kłych dzia­łań al­ge­bra­icz­nych, czer­wo­ny ry­nek zaś wy­my­ka się pro­stym kal­ku­la­cjom – tu­taj w każ­dym rów­na­niu znaj­dzie­my za­rów­no zero, jak i nie­skoń­czo­ność. Czer­wo­ny ry­nek po­ja­wia się tam, gdzie w ży­ciu kup­ca lub sprze­da­ją­ce­go za­cho­dzą bar­dzo istot­ne zmia­ny. Ku­piec może być tego świa­dom lub nie, ale na­by­te przez nie­go cia­ło czy­ni zeń do­zgon­ne­go wie­rzy­cie­la czło­wie­ka, któ­ry mu je do­star­czył.

Ze wzglę­du na tę więź oraz na­szą skłon­ność do uni­ka­nia wy­ra­żeń han­dlo­wych w od­nie­sie­niu do ciał trans­ak­cje na czer­wo­nym ryn­ku za­wie­ra się przy uży­ciu dziw­ne­go ję­zy­ka al­tru­izmu. Nikt nie sprze­da­je ne­rek, krwi czy ko­mó­rek ja­jo­wych, lecz je „od­da­je”. Ro­dzi­ce ad­op­cyj­ni „przy­gar­nia­ją” ubo­gie dzie­ci, a nie po­więk­sza­ją ro­dzi­nę.

Jed­nak po­mi­mo ca­łej tej otocz­ki ludz­kie cia­ła i ich ele­men­ty mają swo­ją okre­ślo­ną cenę w do­la­rach lub in­nej wa­lu­cie, a za­so­by są – po czę­ści dzię­ki ro­sną­cej licz­bie lud­no­ści w ubo­gich re­jo­nach świa­ta – prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­ne.

W Egip­cie, In­diach, Pa­ki­sta­nie i na Fi­li­pi­nach miesz­kań­cy ca­łych wio­sek sprze­da­ją or­ga­ny, wy­naj­mu­ją ma­ci­ce lub za­pi­su­ją ko­muś swo­je cia­ło – czę­sto nie ro­bią tego wca­le pod przy­mu­sem, lecz za­wie­ra­ją trans­ak­cje, z któ­rych za­do­wo­lo­ne są obie stro­ny. Po­śred­ni­cy w han­dlu ludz­kim cia­łem – nie­rzad­ko szpi­ta­le lub in­sty­tu­cje rzą­do­we, a cza­sem po­zba­wie­ni skru­pu­łów prze­stęp­cy – po­zy­sku­ją swój to­war za naj­niż­szą moż­li­wą cenę, za­pew­nia­jąc rów­no­cze­śnie kup­ców, że po­cho­dze­nie or­ga­nów nie bu­dzi żad­nych wąt­pli­wo­ści etycz­nych. Choć zda­rza się, że han­dlarz zdo­by­wa to­war w od­ra­ża­ją­cy spo­sób, sprze­daż zwy­kle jest le­gal­na i uświę­co­na mo­ral­nym na­ka­zem ra­to­wa­nia ludz­kie­go ży­cia. Zbrod­nia zo­sta­je ukry­ta za za­sło­ną al­tru­istycz­nych ide­ałów.

W od­róż­nie­niu od nie­mal wszel­kich in­nych trans­ak­cji za­kup na czer­wo­nym ryn­ku czy­ni ku­pu­ją­ce­go dłuż­ni­kiem wszyst­kich ogniw łą­czą­cych go ze źró­dłem to­wa­ru. Tyl­ko nie­licz­ne ope­ra­cje han­dlo­we bu­dzą tyle wąt­pli­wo­ści na­tu­ry mo­ral­nej co ku­po­wa­nie czę­ści ludz­kich ciał. Każ­dy be­ne­fi­cjent trans­ak­cji prze­pro­wa­dzo­nej na czer­wo­nym ryn­ku po­wi­nien po­waż­nie za­sta­no­wić się nad py­ta­niem, co ozna­cza „etycz­ne po­cho­dze­nie”.

Sko­ro po­trze­bu­je­my na­sze­go cia­ła do ży­cia, to jak któ­ra­kol­wiek z jego czę­ści może być zbęd­na? Ja­kie pra­wo ma cho­ra oso­ba do ży­wych or­ga­nów oso­by zdro­wej? Ja­kie kry­te­ria na­le­ży speł­nić, by spro­wa­dzić do sie­bie dziec­ko z Trze­cie­go Świa­ta? Nie­uchron­nym, choć okrop­nym efek­tem ubocz­nym funk­cjo­no­wa­nia czer­wo­ne­go ryn­ku jest prze­su­wa­nie ludz­kie­go cia­ła w górę – nig­dy w dół – dra­bi­ny spo­łecz­nej. Na­wet bez udzia­łu ele­men­tów prze­stęp­czych nie­kon­tro­lo­wa­ny wol­ny ry­nek za­cho­wu­je się jak wam­pir, wy­sy­sa­jąc zdro­wie i siłę z gett bied­nych daw­ców i prze­ka­zu­jąc je bo­ga­czom.

Orę­dow­ni­cy nie­ogra­ni­czo­ne­go czer­wo­ne­go ryn­ku czę­sto pod­no­szą ar­gu­ment, że lu­dzie, któ­rzy do­bro­wol­nie sprze­da­ją swo­ją tkan­kę, od­no­szą ko­rzyść z ta­kich trans­ak­cji. Za­ro­bio­ne w ten spo­sób pie­nią­dze mogą wy­rwać ich z bie­dy i wy­nieść na wyż­szą po­zy­cję spo­łecz­ną. Po­win­ni­śmy chy­ba mieć pra­wo do de­cy­do­wa­nia o wła­snym cie­le, praw­da? Tego ro­dza­ju lo­gi­ka za­kła­da, że ludz­ka tkan­ka to ostat­nia de­ska ra­tun­ku dla osób za­gro­żo­nych skraj­nym ubó­stwem i że dzię­ki sprze­da­ży tej tkan­ki wy­do­bę­dą się z trud­nej sy­tu­acji. W rze­czy­wi­sto­ści lu­dzie, któ­rzy sprze­da­ją swe cia­ła i or­ga­ny, bar­dzo rzad­ko w zna­czą­cym stop­niu po­pra­wia­ją swo­ją sy­tu­ację ży­cio­wą. So­cjo­lo­go­wie od daw­na już wie­dzą, że to mrzon­ka3. Sprze­daż wła­snych or­ga­nów nie daje żad­nych dłu­go­ter­mi­no­wych ko­rzy­ści, stwa­rza je­dy­nie za­gro­że­nia.

Tyl­ko w jed­nym wy­pad­ku czy­jaś po­zy­cja spo­łecz­na może pod­nieść się rów­nie szyb­ko jak cena cia­ła. I dzie­je się to wy­łącz­nie wte­dy, gdy sprze­da­ży pod­le­ga całe cia­ło – kie­dy na mię­dzy­na­ro­do­wy ry­nek ad­op­cyj­ny tra­fia małe dziec­ko.

Wła­ści­wie moż­na po­wie­dzieć, że po­nie­waż na świe­cie żyją mi­lio­ny sie­rot, ad­op­cja roz­wią­zu­je do pew­ne­go stop­nia waż­ny pro­blem spo­łecz­ny. Ad­op­to­wa­ne dzie­ci za­wsze prze­no­szą się z nie­bez­piecz­nych obrze­ży spo­łe­czeń­stwa do sta­bil­nych fi­nan­so­wo, tro­skli­wych ro­dzin. Jed­nak jak każ­dym ryn­kiem ad­op­cja­mi rzą­dzą pra­wa po­py­tu i po­da­ży. Za­chód, któ­ry re­ali­zu­je więk­szość mię­dzy­na­ro­do­wych ad­op­cji, do­ma­ga się dzie­ci o ja­śniej­szej skó­rze, co pro­wa­dzi do wy­pa­czeń ra­so­wych w sie­ro­ciń­cach. Domy dziec­ka od­zwier­cie­dla­ją ska­lę uprze­dzeń ra­so­wych Ame­ry­ki. Bia­łe dzie­ci nie­mal na­tych­miast znaj­du­ją no­wych ro­dzi­ców, a czar­ne czę­sto zo­sta­ją wy­cho­wan­ka­mi sys­te­mu opie­ki spo­łecz­nej.

Jesz­cze go­rzej wy­glą­da sy­tu­acja na in­nych kon­ty­nen­tach, gdzie głów­nym kry­te­rium wy­bo­ru nie jest po­cho­dze­nie dziec­ka, lecz stan jego zdro­wia. Wia­do­mo po­wszech­nie, że dzie­ci z wy­jąt­ko­wo bied­nych sie­ro­ciń­ców w In­diach, Chi­nach, Sa­moa, Za­mbii, Gwa­te­ma­li, Ru­mu­nii i Ko­rei za­trzy­mu­ją się w roz­wo­ju. Choć brzmi to okrop­nie, mo­del ad­op­cyj­ny w tych kra­jach – i w znacz­nej czę­ści Trze­cie­go Świa­ta – przy­po­mi­na ry­nek ba­na­nów. Je­śli dziec­ko lub owoc spę­dzą zbyt dużo cza­su w prze­cho­wal­ni, są już nie­wie­le war­te na ryn­ku. Tyl­ko dzie­ci, któ­re krót­ko prze­by­wa­ły w tych in­sty­tu­cjach, mają szan­sę na zna­le­zie­nie no­we­go domu, a sie­ro­ciń­ce czę­sto ścią­ga­ją spo­re opła­ty za każ­dą mię­dzy­na­ro­do­wą ad­op­cję. Mimo iż dzię­ki ad­op­cjom dzie­ci rze­czy­wi­ście pną się w górę dra­bi­ny spo­łecz­nej, za­leż­ność mię­dzy okre­sem ich po­by­tu w domu dziec­ka a szan­są na ży­cie w no­wej ro­dzi­nie ozna­cza, że agen­cje ad­op­cyj­ne mu­szą zwięk­szyć tem­po ob­ro­tów albo zna­leźć spo­sób na szyb­sze po­zy­ski­wa­nie dzie­ci. Ist­nie­ją za­rów­no le­gal­ne, jak i nie­le­gal­ne roz­wią­za­nia tego pro­ble­mu.

Aż do lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku han­del ludz­ki­mi or­ga­na­mi funk­cjo­no­wał prak­tycz­nie bez ogra­ni­czeń. Pierw­szy i naj­sku­tecz­niej roz­wią­za­ny spór o le­ga­li­za­cję sprze­da­ży tkan­ki ludz­kiej do­ty­czył krwi. W 1901 roku wie­deń­ski na­uko­wiec Karl Land­ste­iner wy­róż­nił pod­sta­wo­we gru­py krwi, da­jąc tym sa­mym po­czą­tek erze bez­piecz­nych trans­fu­zji. Wcze­śniej każ­da pró­ba prze­to­cze­nia krwi była ni­czym gra w ro­syj­ską ru­let­kę. Pa­cjent miał szan­sę prze­żyć albo mógł umrzeć w kon­wul­sjach na sto­le ope­ra­cyj­nym, gdy krew nie­kom­pa­ty­bil­nej gru­py krze­pła mu w ży­łach, a skon­ster­no­wa­ni le­ka­rze dra­pa­li się po gło­wach. Od­kry­cie Land­ste­ine­ra na­bra­ło szcze­gól­ne­go zna­cze­nia pod­czas I woj­ny świa­to­wej, kie­dy set­ki ty­się­cy trans­fu­zji ra­to­wa­ły ży­cie żoł­nie­rzom ran­nym na polu bi­twy. Nim wy­bu­chła II woj­na świa­to­wa, roz­wój ban­ków krwi spra­wił, że krew sta­ła się jed­nym z naj­waż­niej­szych ro­dza­jów bro­ni, utrzy­my­wa­ła bo­wiem żoł­nie­rzy przy ży­ciu i po­zwa­la­ła im nadal uczest­ni­czyć w wal­ce. Sta­cje krwio­daw­stwa sta­ra­ły się za­spo­ko­ić ro­sną­cy po­pyt, pła­cąc każ­de­mu, kto chciał od­dać li­czą­cą nie­ca­łe pół li­tra por­cję krwi. Dzię­ki do­stęp­no­ści du­żych za­so­bów tego pły­nu le­ka­rze mo­gli prze­pro­wa­dzać znacz­nie roz­le­glej­sze i dłuż­sze ope­ra­cje niż do tej pory. Utra­ta krwi nie utrud­nia­ła już le­cze­nia, co do­pro­wa­dzi­ło do szyb­kie­go roz­wo­ju róż­nych ga­łę­zi me­dy­cy­ny.

Upo­wszech­nie­nie od­da­wa­nia krwi ozna­cza­ło rów­nież, że ban­ki krwi i sta­cje krwio­daw­stwa za­mie­ni­ły się w duże, do­brze pro­spe­ru­ją­ce fir­my. W po­ło­wie lat pięć­dzie­sią­tych tego ro­dza­ju in­sty­tu­cje w sa­mych tyl­ko Sta­nach Zjed­no­czo­nych pła­ci­ły za po­nad dwa i pół mi­lio­na li­trów krwi rocz­nie. Dzie­sięć lat póź­niej za­so­by tej tkan­ki prze­kro­czy­ły trzy mi­lio­ny li­trów. Sta­cje krwio­daw­stwa wy­ra­sta­ły jak grzy­by po desz­czu w dziel­ni­cach nę­dzy każ­de­go więk­sze­go mia­sta. Były tam wów­czas rów­nie licz­ne i po­pu­lar­ne, jak dziś punk­ty re­ali­za­cji cze­ków i lom­bar­dy. W In­diach związ­ki za­wo­do­we ne­go­cjo­wa­ły ceny krwi z rzą­dem, a wkrót­ce w ca­łym kra­ju po­ja­wi­li się za­wo­do­wi daw­cy.

Cały ten krwa­wy biz­nes ra­to­wał lu­dziom ży­cie i mało kto za­wra­cał so­bie gło­wę jego etycz­nym aspek­tem. Do­pie­ro w roku 1970 bry­tyj­ski an­tro­po­log kul­tu­ro­wy Ri­chard Tit­muss zwró­cił uwa­gę na fakt, że ry­nek ludz­kich tka­nek two­rzy nie­rów­no­ści w do­stę­pie do no­wo­cze­snej me­dy­cy­ny. Po­glą­dy Tit­mus­sa z pew­no­ścią były w du­żej mie­rze zbież­ne ze sta­no­wi­skiem, ja­kie pre­zen­to­wa­ła w tej kwe­stii jego oj­czy­zna. W cza­sie II woj­ny świa­to­wej An­gli­cy wy­my­śli­li ak­cję ho­no­ro­we­go od­da­wa­nia krwi. Mi­lio­ny lu­dzi od­da­wa­ły wów­czas krew za dar­mo, by wspo­móc swo­ich żoł­nie­rzy. Tak­że po woj­nie szpi­ta­le pra­wie nig­dy nie pła­ci­ły za krew – Bry­tyj­czy­cy uwa­ża­li krwio­daw­stwo za swój pa­trio­tycz­ny obo­wią­zek. W książ­ce za­ty­tu­ło­wa­nej The Gift Re­la­tion­ship. From Hu­man Blo­od to So­cial Po­li­cy [Dar po­kre­wień­stwa. Od ludz­kiej krwi do po­li­ty­ki spo­łecz­nej] Tit­muss po­rów­nał ko­mer­cyj­ny sys­tem krwio­daw­stwa w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z al­tru­istycz­nym an­giel­skim sys­te­mem i wy­snuł z tego po­rów­na­nia dwa istot­ne wnio­ski.

Po pierw­sze, wy­ka­zał, że w ku­po­wa­nej krwi znacz­nie czę­ściej tra­fia­ją się por­cje za­ka­żo­ne wi­ru­sem za­pa­le­nia wą­tro­by i że ban­ki krwi ucie­ka­ją się do co­raz dra­stycz­niej­szych środ­ków przy­mu­su, byle tyl­ko zwięk­szyć swo­je za­pa­sy. Ku­po­wa­na krew była nie­bez­piecz­na, a przy tym czę­sto zdo­by­wa­no ją za po­mo­cą róż­nych form wy­zy­sku. Po­nie­waż krwio­daw­stwem rzą­dzi­ły zwy­kłe pra­wa ryn­ku, szu­ka­no naj­tań­szych źró­deł do­cho­do­we­go to­wa­ru. Po ja­kimś cza­sie za­czę­to zmu­szać do od­da­wa­nia krwi więź­niów, co Tit­muss na­zwał współ­cze­sną for­mą nie­wol­nic­twa. Pi­sał rów­nież, że do po­dob­ne­go zja­wi­ska może dojść na ryn­ku in­nych ro­dza­jów ludz­kiej tkan­ki.

Po dru­gie, au­tor twier­dził, że je­dy­nym spo­so­bem roz­wią­za­nia tego pro­ble­mu jest stwo­rze­nie sys­te­mu opar­te­go wy­łącz­nie na bez­płat­nym krwio­daw­stwie. Uwa­żał, że taki sys­tem bę­dzie nie tyl­ko ra­to­wał ludz­kie ży­cie i po­zwa­lał szpi­ta­lom oszczę­dzić spo­ro środ­ków, ale tak­że two­rzył spo­łecz­no­ści. Pi­sał: „Ci, któ­rzy od­da­ją krew jako człon­ko­wie spo­łe­czeń­stwa ob­cym lu­dziom, sami w koń­cu rów­nież od­nio­są z tego ko­rzyść jako człon­ko­wie spo­łe­czeń­stwa (albo ko­rzyść taką od­nio­są ich ro­dzi­ny)”4. Zda­niem Tit­mus­sa cia­ła i czę­ści ciał na­le­ży od­da­wać wy­łącz­nie za dar­mo, jako dar. Moż­na to po­trak­to­wać jako swe­go ro­dza­ju so­cja­lizm krwi.

Co zdu­mie­wa­ją­ce, po­mi­mo po­tęż­ne­go sprze­ci­wu lob­by han­dla­rzy krwią lu­dzie wzię­li so­bie do ser­ca ar­gu­men­ty Tit­mus­sa. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­ję­to pra­wo, któ­re wpro­wa­dza­ło ho­no­ro­we krwio­daw­stwo jako nor­mę. Od­tąd pła­ce­nie za krew uzna­wa­no za prze­stęp­stwo rów­no­znacz­ne ze sto­so­wa­niem przy­mu­su i su­ro­wo ka­ra­no. (Na­le­ży za­uwa­żyć, że pra­wo to nie obej­mu­je ca­łej krwi. Zro­bio­no wy­ją­tek dla oso­cza, któ­re or­ga­nizm od­twa­rza szyb­ciej niż inne skład­ni­ki krwi. Do tej pory od­da­wa­nie oso­cza jest źró­dłem do­dat­ko­we­go do­cho­du dla wie­lu lu­dzi w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych). Po­dob­ną za­sa­dę za­czę­to sto­so­wać rów­nież w od­nie­sie­niu do wszyst­kich in­nych ro­dza­jów ludz­kiej tkan­ki.

W 1984 roku w ame­ry­kań­skim se­na­cie Al Gore po­wie­dział, że „cia­ło nie po­win­no być je­dy­nie zbie­ra­ni­ną za­pa­so­wych czę­ści”. Wy­gło­sił te słyn­ne sło­wa, gdy po­ma­gał w uchwa­le­niu usta­wy za­bra­nia­ją­cej pła­ce­nia za ja­ki­kol­wiek ro­dzaj ludz­kiej tkan­ki. Od­wo­ław­szy się do ar­gu­men­tów Tit­mus­sa, se­nat prze­gło­so­wał usta­wę o na­zwie Na­tio­nal Or­gan Trans­plant Act, któ­ra za­ka­zy­wa­ła han­dlu ludz­ką tkan­ką i or­ga­na­mi. Świat po­szedł za przy­kła­dem USA. Dziś, z kil­ko­ma nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi, w żad­nym kra­ju nie moż­na le­gal­nie sprze­dać krwi, ku­pić ner­ki, ku­pić dziec­ka do ad­op­cji ani sprze­dać swo­je­go szkie­le­tu przed śmier­cią. Po­wstał skom­pli­ko­wa­ny sys­tem umoż­li­wia­ją­cy do­bro­wol­ne prze­ka­zy­wa­nie róż­nych czę­ści cia­ła. Od­da­je­my więc krew do ban­ków krwi, pod­pi­su­je­my kar­ty ze zgo­dą na po­bra­nie na­szych or­ga­nów, za­pi­su­je­my na­sze cia­ła róż­nym in­sty­tu­cjom na­uko­wym. Wszyst­ko za dar­mo. Teo­re­tycz­nie każ­dy, kto bie­rze pie­nią­dze w za­mian za część cia­ła, po­wi­nien tra­fić do wię­zie­nia. Pra­wo jest w tej kwe­stii jed­no­znacz­ne: ku­po­wa­nie cia­ła to prze­stęp­stwo.

Nie­ste­ty, pra­wo nie zdo­ła­ło za­po­biec czer­pa­niu pro­fi­tów z han­dlu cia­łem. Sys­tem wy­my­ślo­ny przez Tit­mus­sa i przy­ję­ty nie­mal przez cały świat ma dwie za­sad­ni­cze wady. Po pierw­sze, choć teo­re­tycz­nie nie moż­na bez­po­śred­nio ku­po­wać i sprze­da­wać ciał, le­ka­rze, pie­lę­gniar­ki, kie­row­cy ka­re­tek, praw­ni­cy i dy­rek­to­rzy szpi­ta­li mogą wy­sta­wiać ra­chun­ki za swo­je usłu­gi. Nie pła­cisz za ser­ce, ale mu­sisz za­pła­cić za prze­szczep. W re­zul­ta­cie koszt ser­ca zo­sta­je wli­czo­ny w koszt usług zwią­za­nych z po­zy­ska­niem tego or­ga­nu. Szpi­ta­le i inne in­sty­tu­cje me­dycz­ne za­ra­bia­ją co­raz wię­cej na prze­szcze­pach or­ga­nów – nie­któ­re przy­no­szą cał­kiem spo­re zy­ski swo­im udzia­łow­com. Za­ra­bia­ją wszyst­kie ogni­wa łań­cu­cha do­staw z wy­jąt­kiem sa­me­go daw­cy. Za­kaz ku­po­wa­nia czę­ści cia­ła spra­wił, że szpi­ta­le do­sta­ją je prak­tycz­nie za dar­mo.

Z punk­tu wi­dze­nia klien­ta ry­nek trans­plan­ta­cji or­ga­nów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­po­mi­na słyn­ny mo­del biz­ne­so­wy fir­my Gil­let­te, któ­ra sprze­da­je prak­tycz­nie za bez­cen samą ma­szyn­kę do go­le­nia, lecz każe so­bie dro­go pła­cić za wy­mien­ne ostrza. Han­del ner­ka­mi wy­glą­da po­dob­nie. Oczy­wi­ście nie moż­na jej ku­pić, ale koszt prze­szcze­pu cer­ty­fi­ko­wa­nej uży­wa­nej ner­ki może się­gnąć nie­mal pół mi­lio­na do­la­rów.

Jak w każ­dym sys­te­mie go­spo­dar­czym, dar­mo­we za­pa­sy su­row­ców pro­wo­ku­ją do tego, by zna­leźć nowe spo­so­by ich wy­ko­rzy­sta­nia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ogól­nie rzecz bio­rąc, zga­dza­my się co do tego, że po­pyt na prze­szcze­pial­ne or­ga­ny jest war­to­ścią sta­łą, zwią­za­ną z licz­bą sy­tu­acji wy­ma­ga­ją­cych trans­plan­ta­cji, ta­kich jak nie­wy­dol­ność ne­rek. Fakt, iż na prze­szczep ner­ki trze­ba cze­kać aż pięć lat, wy­da­je się po­twier­dzać, że po­pyt znacz­nie prze­wyż­sza po­daż. Ale być może wca­le tak nie jest.

Od po­nad trzy­dzie­stu lat or­ga­ni­za­cja Sieć Wy­mia­ny Na­rzą­dów (Uni­ted Ne­twork for Or­gan Sha­ring) sta­le po­sze­rza li­stę daw­ców, a mimo to wciąż nie uda­je jej się na­dą­żyć za po­py­tem. Co wię­cej, ko­lej­ka ocze­ku­ją­cych się wy­dłu­ża. W mia­rę jak zwięk­sza się licz­ba do­stęp­nych or­ga­nów, le­ka­rze do­da­ją do li­sty kan­dy­da­tów do prze­szcze­pu no­wych pa­cjen­tów, któ­rzy wcze­śniej nie zo­sta­li za­kwa­li­fi­ko­wa­ni do ta­kie­go za­bie­gu. Tech­ni­ki oraz sku­tecz­ność trans­plan­ta­cji po­lep­sza­ją się z roku na rok, le­ka­rze zaś od­kry­wa­ją, że tkan­ki i na­rzą­dy prze­szcze­pial­ne mogą po­móc co­raz więk­szej licz­bie lu­dzi. Li­sty ocze­ku­ją­cych na prze­szczep fał­szu­ją rze­czy­wi­sty ob­raz i ukry­wa­ją fakt, że po­pyt wca­le nie jest tu war­to­ścią sta­łą. Dłu­gość ta­kiej li­sty za­le­ży od cał­ko­wi­tej po­da­ży do­stęp­nych or­ga­nów. In­ny­mi sło­wy, po­pyt jest w tym wy­pad­ku funk­cją po­da­ży. Do­bra wia­do­mość jest taka, że dzię­ki temu uda­je się prze­dłu­żyć ży­cie wie­lu lu­dziom. Jed­nak­że nie­ogra­ni­czo­ny po­ten­cjał roz­wo­ju tego ryn­ku ozna­cza, że nie na­le­ży sku­piać się je­dy­nie na pro­fi­tach pły­ną­cych z wy­ko­rzy­sta­nia or­ga­nów, ale mu­si­my so­bie tak­że uzmy­sło­wić, jak duży i bez­względ­ny może stać się sys­tem ich po­zy­ski­wa­nia.

Za ana­lo­gię niech po­słu­ży nam nie­mal bez­gra­nicz­ny po­pyt na pro­duk­ty naf­to­we na ca­łym świe­cie. Wy­na­laz­ki i in­no­wa­cje zwią­za­ne z ener­gią po­zy­ski­wa­ną z ropy przy­nio­sły ogrom­ne ko­rzy­ści go­spo­dar­cze, tech­no­lo­gicz­ne i spo­łecz­ne. Dzię­ki sa­mo­cho­dom od­le­gło­ści znacz­nie się skur­czy­ły, mamy świa­tło w nocy i cie­pło w zi­mie. To jed­nak nie ozna­cza, że wy­do­by­wa­nie i spa­la­nie tego pro­duk­tu aż do cał­ko­wi­te­go wy­czer­pa­nia za­so­bów rze­czy­wi­ście do­brze przy­słu­ży się ludz­ko­ści.

Dru­gi błąd mo­de­lu Tit­mus­sa to brak od­nie­sie­nia do pod­sta­wo­wych stan­dar­dów me­dycz­nej po­uf­no­ści. Choć wła­dze mogą na pod­sta­wie do­ku­men­ta­cji do­trzeć do daw­cy, opi­nia pu­blicz­na nie ma żad­nej kon­tro­li nad tymi do­ku­men­ta­mi. Je­śli ktoś nie pra­cu­je w szpi­ta­lu, to nie ma żad­nych szans, by po­znać toż­sa­mość krwio­daw­cy, któ­re­go po­świę­ce­nie ura­to­wa­ło ko­muś ży­cie pod­czas ope­ra­cji. Krew zo­sta­je po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek związ­ku z kon­kret­ną oso­bą, ozna­czo­na ko­dem kre­sko­wym i roz­la­na do her­me­tycz­nie za­mknię­tych wo­recz­ków. Ku­pu­je­my por­cje krwi, a nie część czło­wie­ka. Głów­ny ar­gu­ment na obro­nę tej za­sa­dy gło­si, że umoż­li­wie­nie kon­tak­tu mię­dzy daw­cą i bior­cą mo­gło­by na­ra­zić na szwank cały sys­tem, być może na­wet spra­wić, że lu­dzie prze­sta­li­by od­da­wać swo­ją tkan­kę.

Oso­ba, któ­ra przyj­mu­je krew, nie czu­je się zo­bo­wią­za­na wo­bec kon­kret­ne­go daw­cy, ale wo­bec ca­łe­go sys­te­mu krwio­daw­stwa, a w szcze­gól­no­ści wo­bec le­ka­rza prze­pro­wa­dza­ją­ce­go za­bieg. Ktoś, kto otrzy­mu­je ner­kę, czy to od ży­wej oso­by, czy też po­bra­ną ze zwłok, rzad­ko zna toż­sa­mość czło­wie­ka, od któ­re­go po­cho­dzi ten or­gan. Choć ano­ni­mo­wość ma chro­nić in­te­re­sy daw­cy, prze­sła­nia rów­nież cały łań­cuch do­staw. Pa­cjen­ci, ku­pu­jąc tkan­kę, nie mu­szą się wca­le za­sta­na­wiać nad tym, jak ją po­zy­ska­no. Tego ro­dza­ju po­li­ty­ka pry­wat­no­ści jest ostat­nim ele­men­tem pro­ce­su, któ­ry za­mie­nia ludz­kie cia­ło w to­war.

Za­ta­ja­nie źró­dła su­row­ców na ja­kim­kol­wiek ryn­ku to pra­wie za­wsze kiep­ski po­mysł. Nig­dy nie po­zwo­li­li­by­śmy, żeby kor­po­ra­cja naf­to­wa ukry­wa­ła lo­ka­li­za­cję swo­ich szy­bów naf­to­wych albo trzy­ma­ła w ta­jem­ni­cy swo­ją po­li­ty­kę ochro­ny śro­do­wi­ska. Kie­dy ze­psu­je się plat­for­ma wiert­ni­cza, a do oce­anu wy­ciek­ną mi­lio­ny ba­ry­łek ropy, do­ma­ga­my się kon­se­kwen­cji. Przej­rzy­stość to pod­sta­wo­wy ele­ment za­bez­pie­cza­ją­cy ka­pi­ta­li­zmu.

Z per­spek­ty­wy nie­uczci­we­go przed­się­bior­cy obec­ny sys­tem po­zy­ski­wa­nia tkan­ki sta­no­wi do­sko­na­łą przy­kryw­kę dla nie­ogra­ni­czo­ne­go i bez­względ­ne­go wy­zy­sku. Za­sa­da ho­no­ro­we­go daw­stwa za­bra­nia pła­cić za tkan­kę i pod­czas gdy fir­my in­we­stu­ją ogrom­ne środ­ki w in­fra­struk­tu­rę zwią­za­ną z prze­szcze­pa­mi – po­dob­nie jak kon­cer­ny naf­to­we in­we­stu­ją w szy­by wiert­ni­cze – cena su­row­ca wy­no­si prak­tycz­nie zero. Rów­no­cze­śnie re­to­ry­ka pry­wat­no­ści nie po­zwa­la prze­śle­dzić dro­gi, jaką cia­ła i ich czę­ści tra­fia­ją na ry­nek. Ano­ni­mo­wość ozna­cza, że ku­pu­ją­cy na­rzą­dy nie musi się mar­twić tym, skąd po­cho­dzą. Nikt nie bę­dzie za­da­wał żad­nych py­tań. Struk­tu­ra daw­stwa spraw­nie wy­głu­sza wszel­kie pro­te­sty i za­strze­że­nia, skry­wa­jąc źró­dło na­rzą­dów za za­sło­ną ety­ki. Za­sa­da ano­ni­mo­wo­ści daw­cy spra­wia, że re­ali­zu­ją­cy zy­ski po­śred­ni­cy kon­tro­lu­ją cały łań­cuch do­staw, a ku­po­wa­nie ludz­kich or­ga­nów jest rów­nie ła­twe jak wy­pi­sy­wa­nie cze­ków.

Po czę­ści ni­niej­sza książ­ka jest pró­bą zna­le­zie­nia od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co złe­go sta­ło się z obec­nym sys­te­mem gro­ma­dze­nia tkan­ki i po­zy­ski­wa­nia ciał. Czer­wo­ny ry­nek jest te­raz więk­szy, agre­syw­niej­szy i bar­dziej zy­skow­ny niż kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii. W cią­gu czter­dzie­stu lat, któ­re upły­nę­ły od pu­bli­ka­cji książ­ki Tit­mus­sa, za spra­wą glo­ba­li­za­cji ry­nek han­dlu na­rzą­da­mi roz­wi­jał się w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie, osią­ga­jąc nie­zwy­kły sto­pień zło­żo­no­ści. Nie za­mie­rzam tu po­tę­piać w czam­buł tego zja­wi­ska, na­rze­kać na wszech­obec­ną ko­mer­cja­li­za­cję. Ży­je­my w ob­rę­bie czer­wo­ne­go ryn­ku. Nie jest to coś, co po pro­stu znik­nie, je­śli od­rzu­ci­my prze­ko­na­nie, że ludz­ka tkan­ka pod­le­ga pra­wom go­spo­dar­ki. Czy nam się to po­do­ba, czy też nie, ludz­kie cia­ła będą ku­po­wa­ne i sprze­da­wa­ne za­rów­no otwar­cie, jak i po kry­jo­mu – na­wet w naj­bar­dziej sza­no­wa­nych in­sty­tu­cjach świa­ta. Po­zo­sta­je tyl­ko py­ta­nie: jak?

Nie sku­piam się tu­taj na mi­lio­nach trans­ak­cji do­ko­ny­wa­nych co­dzien­nie na czer­wo­nym ryn­ku. Oczy­wi­ście, bez tech­no­lo­gii trans­plan­ta­cji, bez krwio­daw­stwa i pro­gra­mów ad­op­cyj­nych nie uda­ło­by się nieść po­mo­cy wie­lu lu­dziom. Nie mu­si­my śle­dzić hi­sto­rii tych, któ­rzy pro­wa­dzą szczę­śli­we ży­cie dzię­ki cze­muś, co ku­pi­li na czer­wo­nym ryn­ku. To hi­sto­ria po­py­tu na ludz­ką tkan­kę. Znacz­nie bar­dziej za­le­ży mi na tym, by zro­zu­mieć, jak owa tkan­ka tra­fia na czer­wo­ny ry­nek, niż jak ją się wy­ko­rzy­stu­je. Ni­niej­sza książ­ka to spoj­rze­nie na dru­gą stro­nę tego eko­no­micz­ne­go rów­na­nia, na stro­nę po­da­ży. Je­śli jej nie zro­zu­mie­my, nie uświa­do­mi­my so­bie, jak szyb­ko czer­wo­ny ry­nek może stać się po­lem dzia­ła­nia świa­to­wych or­ga­ni­za­cji prze­stęp­czych.

Zde­rze­nie al­tru­izmu i pry­wat­no­ści nisz­czy szla­chet­ne ide­ały, któ­re mia­ły być chro­nio­ne przez obie te war­to­ści. Każ­dy krok wzdłuż łań­cu­cha do­staw czer­wo­ne­go ryn­ku za­mie­nia lu­dzi w mię­so. Han­dla­rze, któ­rzy ku­pu­ją i sprze­da­ją cia­ła, od­gry­wa­ją rolę rzeź­ni­ków po­strze­ga­ją­cych ży­we­go czło­wie­ka wy­łącz­nie jako sumę jego czę­ści skła­do­wych.

Jak to się wszyst­ko za­czę­ło

Od roku 2006 do 2009 miesz­ka­łem w mie­ście Ma­dras, zwa­nym też Sen­naj, wiel­kiej nad­mor­skiej me­tro­po­lii w po­łu­dnio­wych In­diach, od­le­głej za­le­d­wie o kil­ka­set ki­lo­me­trów na pół­noc od Sri Lan­ki. Wcze­śniej spę­dzi­łem w In­diach kil­ka lat, ba­da­jąc dzię­ki pro­gra­mom uni­wer­sy­tec­kim folk­lor i ję­zyk w pu­styn­nym sta­nie Ra­dża­stan i w po­bli­żu Dha­ram­sa­li, mia­sta, w któ­rym żyje na wy­gna­niu Da­laj­la­ma. Wie­dzia­łem, że chcę spę­dzić wię­cej cza­su w po­łu­dnio­wej Azji, choć po­cząt­ko­wo nie by­łem pe­wien, czy będę się zaj­mo­wał dzien­ni­kar­stwem. Jako świe­żo upie­czo­ny ab­sol­went an­tro­po­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Wi­scon­sin-Ma­di­son roz­po­czą­łem swo­ją krót­ką ka­rie­rę aka­de­mic­ką, na­ucza­jąc ame­ry­kań­skich stu­den­tów, któ­rzy przy­jeż­dża­li na je­den se­mestr do In­dii.

Opie­ko­wa­łem się dwu­na­sto­ma stu­den­ta­mi pod­czas po­dró­ży z Del­hi do świę­te­go mia­sta Wa­ra­na­si i ośrod­ka piel­grzym­ko­we­go Bodh Gaja. Na ostat­nim po­sto­ju zmar­ła jed­na z mo­ich stu­den­tek, a ja mu­sia­łem zor­ga­ni­zo­wać trans­port jej zwłok do ro­dzi­ny w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Spę­dzi­łem przy jej cie­le trzy dni, sta­ra­jąc się za­ha­mo­wać nie­uchron­ny pro­ces roz­kła­du. Nig­dy wcze­śniej nie prze­by­wa­łem tak bli­sko zmar­łe­go czło­wie­ka, a ob­ser­wu­jąc, jak zwło­ki sty­gną i zmie­nia­ją bar­wę, mu­sia­łem sta­nąć twa­rzą w twarz z fi­zycz­ną na­tu­rą śmier­tel­no­ści.

Ten smut­ny wy­pa­dek na­uczył mnie przede wszyst­kim, że każ­da śmierć i zwło­ki mają swo­ich udzia­łow­ców. Gdy moja stu­dent­ka za­mie­ni­ła się z ży­wej oso­by w mar­twy przed­miot, po­ja­wi­ło się na­gle mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy ro­ści­li so­bie pra­wa do tego, co z niej zo­sta­ło. Spę­dzi­łem wów­czas wie­le cza­su na ne­go­cja­cjach z po­li­cją, fir­ma­mi ubez­pie­cze­nio­wy­mi, za­kła­da­mi po­grze­bo­wy­mi, człon­ka­mi ro­dzi­ny i przed­sta­wi­cie­la­mi li­nii lot­ni­czych, któ­re mia­ły prze­wieźć ją do kra­ju.

Choć wów­czas nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy, za­czy­na­łem po­zna­wać mię­dzy­na­ro­do­wy ry­nek mar­twych ciał. W pew­nym sen­sie zo­sta­łem wrzu­co­ny w ten te­mat przez wy­da­rze­nia, na któ­re nie mia­łem żad­ne­go wpły­wu. Ich wła­śnie do­ty­czy pierw­sza część książ­ki. Nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy mogą uznać ją za dra­stycz­ną.

Po tych wy­pad­kach zro­zu­mia­łem, że nie mogę już dłu­żej uczyć. W koń­cu za­czą­łem pi­sać do cza­so­pism „Wi­red” i „Mo­ther Jo­nes”, przy­go­to­wy­wa­łem rów­nież ko­re­spon­den­cje dla ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych i ra­dio­wych ze swo­jej bazy w Ma­dra­sie. Opi­sy­wa­łem głów­nie prak­ty­ki biz­ne­so­we han­dla­rzy ne­rek, zło­dziei szkie­le­tów, pi­ra­tów krwi i po­ry­wa­czy dzie­ci w Azji Po­łu­dnio­wej. Po­tem po­dró­żo­wa­łem po Eu­ro­pie i Sta­nach Zjed­no­czo­nych, do­ku­men­tu­jąc naj­cie­kaw­sze i naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce przy­pad­ki. Za każ­dym ra­zem stwier­dza­łem ze zdu­mie­niem, że więk­szość osób ku­pu­ją­cych ludz­kie na­rzą­dy nie ma po­ję­cia, ja­kie zda­rze­nia do­pro­wa­dzi­ły do tego, że na­rzą­dy te tra­fi­ły na ry­nek.

Za­czą­łem uzmy­sła­wiać so­bie, że czer­wo­ny ry­nek jest czymś wy­jąt­ko­wym, in­nym od zwy­kłych sys­te­mów eko­no­micz­nych, gdy zaj­mo­wa­łem się te­ma­tem han­dla­rzy ko­ść­mi i zło­dziei ne­rek w In­diach, choć po­ję­cie czer­wo­ne­go ryn­ku obej­mu­je nie tyl­ko cia­ła wy­ko­rzy­sty­wa­ne jako ma­ga­zyn czę­ści za­mien­nych. Po­mie­sza­nie źle po­ję­te­go al­tru­izmu i pry­wat­no­ści w znacz­nym stop­niu wpły­nę­ło rów­nież na kształt in­te­re­sów zwią­za­nych z po­chów­kiem i ad­op­cją. Co za­dzi­wia­ją­ce, kie­dy cho­dzi o ludz­kie cia­ło, łań­cuch do­staw wy­glą­da nie­mal za­wsze tak samo.

Kie­dy za­czą­łem się za­sta­na­wiać nad ze­bra­niem wszyst­kich swo­ich ob­ser­wa­cji i ba­dań w jed­nej książ­ce, uświa­do­mi­łem so­bie, że nig­dy nie zdo­łam opi­sać ogrom­nej licz­by ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, któ­re ist­nie­ją na świe­cie. Zre­zy­gno­wa­łem z ana­li­zy zna­mien­nych przy­pad­ków kra­dzie­ży ciał z kost­nic, do któ­rych do­cho­dzi­ło w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych. (Za­kła­dy po­grze­bo­we sprze­da­wa­ły po­wie­rzo­ne im zwło­ki fir­mom han­dlu­ją­cym or­ga­na­mi – ze zbez­czesz­czo­nych ciał wy­ci­na­no mię­dzy in­ny­mi skó­rę i ścię­gna, prze­ka­zy­wa­ne po­tem do prze­szcze­pów). Zi­gno­ro­wa­łem skan­da­le to­wa­rzy­szą­ce ob­jaz­do­wym wy­sta­wom po­ka­zu­ją­cym cia­ła ska­zań­ców, któ­re po śmier­ci pod­da­no pla­sty­na­cji. Wspo­mnia­łem le­d­wie o ra­por­cie, z któ­re­go wy­ni­ka, że w An­glii skra­dzio­no po­nad sto ty­się­cy przy­sa­dek mó­zgo­wych wy­ko­rzy­sty­wa­nych do wy­twa­rza­nia ludz­kie­go hor­mo­nu wzro­stu. Nie zaj­mo­wa­łem się nie­daw­ny­mi do­nie­sie­nia­mi o bo­li­wij­skich se­ryj­nych mor­der­cach, któ­rzy sprze­da­wa­li tłuszcz swo­ich ofiar eu­ro­pej­skim fir­mom ko­sme­tycz­nym pro­du­ku­ją­cym luk­su­so­we kre­my do twa­rzy. Każ­de­go dnia ta li­sta się wy­dłu­ża. Od po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych do roku 2000 izra­el­scy żoł­nie­rze zbie­ra­li ro­gów­ki pa­le­styń­skich bo­jow­ni­ków za­bi­tych w wal­ce. Znacz­nie wcze­śniej, na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku, ro­sną­cy po­pyt na zmniej­szo­ne ludz­kie gło­wy w Eu­ro­pie do­pro­wa­dził do wo­jen mię­dzy­ple­mien­nych w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Krót­ko mó­wiąc, szcze­gó­ło­we opi­sa­nie wszyst­kich ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku prze­kra­cza moje moż­li­wo­ści.

Mam jed­nak na­dzie­ję, że ta książ­ka po­zwo­li czy­tel­ni­kom spoj­rzeć w nowy spo­sób na han­del ludz­ki­mi cia­ła­mi. Je­śli znaj­dzie­my wspól­ne ce­chy róż­nych ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, być może uda nam się stwo­rzyć roz­wią­za­nia pro­ble­mów do­ty­ka­ją­cych tego ryn­ku. W naj­ciem­niej­szych za­kąt­kach go­spo­dar­ki na­sze­go świa­ta dzia­ła­ją prze­stęp­cy, ale dzie­je się tak tyl­ko dla­te­go, że na to po­zwa­la­my. Han­dla­rze, z któ­ry­mi się ze­tkną­łem pod­czas mo­ich ba­dań, mie­li bar­dzo mało skru­pu­łów co do spo­so­bów zdo­by­wa­nia przez sie­bie ludz­kie­go su­row­ca. Kie­ru­ją się pro­stą ka­pi­ta­li­stycz­ną za­sa­dą: ku­puj ta­nio, sprze­da­waj dro­go. Han­dla­rze sta­ran­nie ukry­wa­ją łań­cuch do­staw przed wścib­ski­mi spoj­rze­nia­mi.

Choć prze­ka­zy­wa­nie ludz­kiej tkan­ki i na­rzą­dów przy­no­si wie­le ko­rzy­ści, po­śred­ni­cy otwie­ra­ją dro­gę do nie­bez­piecz­nych nad­użyć. Je­dy­ny spo­sób, aby się ich po­zbyć, to wpu­ścić świa­tło do tych mrocz­nych za­ka­mar­ków i ujaw­nić cały łań­cuch do­staw, od po­cząt­ku do koń­ca. Każ­dy wo­re­czek krwi po­wi­nien być za­opa­trzo­ny w in­for­ma­cje umoż­li­wia­ją­ce do­tar­cie do daw­cy, każ­da ner­ka opi­sa­na na­zwi­skiem po­przed­nie­go wła­ści­cie­la, każ­da mat­ka za­stęp­cza moż­li­wa do od­na­le­zie­nia, każ­da ad­op­cja pro­wa­dzo­na w przej­rzy­sty spo­sób. W po­szcze­gól­nych roz­dzia­łach ni­niej­szej książ­ki opi­su­ję inny ro­dzaj czer­wo­ne­go ryn­ku. Każ­dy z nich przed­sta­wia naj­waż­niej­sze, naj­zy­skow­niej­sze lub naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce sce­na­riu­sze, ja­kie uda­ło mi się od­kryć – ra­zem two­rzą ogól­ny ob­raz czer­wo­ne­go ryn­ku na świe­cie.

Obec­nie moż­li­wość prze­śle­dze­nia dro­gi ludz­kie­go ma­te­ria­łu wzdłuż ca­łe­go łań­cu­cha do­staw mają je­dy­nie od­po­wied­nie or­ga­ny ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Zwy­kle in­sty­tu­cje te są nie­do­fi­nan­so­wa­ne i współ­pra­cu­ją bli­sko ze szpi­ta­la­mi oraz han­dla­rza­mi, któ­rych po­win­ny kon­tro­lo­wać. Czę­sto mię­dzy­na­ro­do­we trans­ak­cje prze­pro­wa­dza się bez żad­ne­go nad­zo­ru. Błę­dy po­peł­nia­ne przez ta­kie in­sty­tu­cje są do­brze udo­ku­men­to­wa­ne i po­wszech­ne na każ­dym z ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, któ­re tu opi­su­ję. Moim zda­niem nie po­win­ni­śmy śle­po wie­rzyć, że uczci­wie i bez­piecz­nie prze­pro­wa­dzą pro­ces, któ­ry prze­mie­ni ludz­kie cia­ło w pro­duk­ty, a do­ku­men­ta­cję opi­su­ją­cą ich dzia­ła­nia na­le­ży ujaw­nić.

Cał­ko­wi­ta przej­rzy­stość wy­wo­łu­je jed­nak inne pro­ble­my, może rów­nież pro­wa­dzić do zmniej­sze­nia po­da­ży ciał. Na przy­kład w Wiel­kiej Bry­ta­nii nowa ini­cja­ty­wa po­le­ga­ją­ca na ujaw­nie­niu akt daw­czyń ko­mó­rek ja­jo­wych spo­wo­do­wa­ła, że ko­bie­ty prze­sta­ły od­da­wać swo­je ga­me­ty. Te­raz pary, któ­re same nie mogą do­pro­wa­dzić do po­czę­cia, ku­pu­ją ta­kie ko­mór­ki w Hisz­pa­nii albo na Cy­prze.

Mimo to przej­rzy­stość na czer­wo­nym ryn­ku po­wstrzy­ma­ła­by han­dla­rzy, któ­rzy nie cof­ną się przed ni­czym, byle tyl­ko zdo­być ludz­kie cia­ło. Nikt nie za­bi­jał­by ani nie po­ry­wał lu­dzi dla ich ne­rek, je­śli na­byw­ca znał­by dane ro­dzi­ny daw­cy, choć­by po to, by wy­słać jej list z po­dzię­ko­wa­niem. Nikt nie po­ry­wał­by dzie­ci, je­śli pro­ces ad­op­cji był­by cał­ko­wi­cie jaw­ny. Ża­den krwio­daw­ca nie spę­dzał­by kil­ku lat w za­mknię­ciu tyl­ko po to, by mi­ni­mal­nie zwięk­szyć miej­sco­we za­so­by krwi.

Czas już prze­stać igno­ro­wać czer­wo­ny ry­nek i wziąć za nie­go od­po­wie­dzial­ność.

1

Alchemia ciała

Na krót­ką chwi­lę Emi­ly5 jak­by za­trzy­mu­je się w po­wie­trzu, za­wie­szo­na w punk­cie, gdzie ruch w górę, spo­wo­do­wa­ny siłą jej koń­czyn, ustą­pi miej­sca gra­wi­ta­cji. Tu­taj, w naj­wyż­szym punk­cie jej krót­kie­go lotu, pra­wa fi­zy­ki przy­pie­czę­to­wa­ły jej los – lecz cia­ło Emi­ly nadal na­le­ży do niej. Za chwi­lę zde­rze­nie z zie­mią da po­czą­tek ca­łej se­rii smut­nych wy­da­rzeń, Emi­ly prze­sta­nie ist­nieć jako oso­ba, a od­po­wie­dzial­ność za jej fi­zycz­ną po­stać spad­nie na bar­ki in­nych lu­dzi. Te­raz jed­nak, w punk­cie dzie­lą­cym wzno­sze­nie od opa­da­nia, jest nie­osią­gal­na. Może na­wet pięk­na. Kie­dy za­czy­na le­cieć w dół, wiatr ob­my­wa­ją­cy jej twarz przy­bie­ra na sile.

Ude­rza o be­ton, głu­chy od­głos nie­sie się po ca­łym dzie­dziń­cu klasz­to­ru, lecz ża­den z nie­licz­nych stu­den­tów, któ­rzy nie śpią jesz­cze o trze­ciej w nocy, nie re­agu­je. Kil­ka go­dzin wcze­śniej Emi­ly sie­dzia­ła z nimi. Nie­wie­le mó­wi­ła, wy­szła bez po­że­gna­nia. Nikt nie sko­ja­rzył tego dźwię­ku z jej nie­obec­no­ścią. W In­diach ta­kie ha­ła­sy to rzecz zwy­czaj­na. Nie wy­szli na dzie­dzi­niec, by spraw­dzić, co się wy­da­rzy­ło, więc cia­ło Emi­ly leży nie­ru­cho­mo, ob­la­ne nie­bie­ska­wym bla­skiem księ­ży­ca. Stu­den­ci są szczę­śli­wi, że mogą me­dy­to­wać w miej­scu, gdzie przed trze­ma ty­sią­ca­mi lat Bud­da do­stą­pił prze­bu­dze­nia. Mia­sto nosi na­zwę Bodh Gaja na jego cześć – tłu­ma­czy się ją do­słow­nie jako „tam, gdzie udał się Bud­da”. Przez ostat­nie dzie­sięć dni sie­dzie­li w mil­cze­niu i me­dy­to­wa­li przed zło­tym po­są­giem Bud­dy, co­raz bar­dziej spra­gnie­ni kon­tak­tu z in­ny­mi. Su­ro­wy za­kaz pro­wa­dze­nia roz­mów wpra­wiał ich w co­raz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie. Gdy w koń­cu mo­gli zro­bić uży­tek ze swo­ich ję­zy­ków, sie­dzie­li ra­zem do póź­nej nocy i traj­ko­ta­li jak dzie­ci w ostat­ni dzień let­nie­go obo­zu.

Przez go­dzi­nę śpię głę­bo­ko za­le­d­wie kil­ka me­trów od jej cia­ła, osło­nię­ty bia­łą mo­ski­tie­rą, i śnię spo­koj­nie o po­wro­cie do domu, do żony. Na­gle ktoś szar­pie mnie za ra­mię, otwie­ram oczy i wi­dzę nad sobą bro­da­tą twarz jed­ne­go z mo­ich stu­den­tów, no­wo­jor­czy­ka. Jest prze­ra­żo­ny.

– Emi­ly leży na bru­ku, nie od­dy­cha.

Kie­ro­wa­ny je­dy­nie in­stynk­tem, zry­wam się na­tych­miast z łóż­ka, wcią­gam dżin­sy i wy­pło­wia­łą ko­szul­kę i wy­bie­gam na dzie­dzi­niec.

Ste­pha­nie, dru­ga kie­row­nicz­ka pro­gra­mu, prze­ta­cza cia­ło na po­ma­rań­czo­wą ka­ri­ma­tę. Pra­we oko Emi­ly jest pod­bi­te i opuch­nię­te, jej wło­sy są lep­kie od krwi. Zbyt zszo­ko­wa­na, by za­uwa­żyć moją obec­ność, Ste­pha­nie pró­bu­je przy­wró­cić Emi­ly do ży­cia. Uci­ska jej klat­kę pier­sio­wą. Na wil­got­nej od rosy tra­wie leży za­war­tość ap­tecz­ki, roz­rzu­co­ne bez­ład­nie strzy­kaw­ki i opa­trun­ki. Twarz Ste­pha­nie wy­krzy­wia się w gry­ma­sie prze­ra­że­nia, gdy do­strze­ga, że po każ­dym uci­śnię­ciu most­ka z ust dziew­czy­ny wy­pły­wa­ją struż­ki krwi. Nie ma pul­su.

Wszy­scy go­ście prze­by­wa­ją­cy w klasz­to­rze są już na no­gach, tło­czą się wo­kół cia­ła. Ja­kaś ko­bie­ta z dłu­gi­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i au­striac­kim ak­cen­tem mdle­je na wi­dok krwi. Wy­bie­ram na ko­mór­ce nu­mer dy­rek­to­rów pro­gra­mu w USA, by prze­ka­zać im wstrzą­sa­ją­ce wie­ści.

Po chwi­li się roz­łą­czam, spo­rzą­dzam no­tat­ki i pla­nu­ję roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne z ro­dzi­ną Emi­ly, pod­czas gdy trzech stu­den­tów po­ma­ga prze­nieść ją do za­rdze­wia­łe­go am­bu­lan­su, z któ­re­go ko­rzy­sta klasz­tor, świad­cząc usłu­gi me­dycz­ne miesz­kań­com po­bli­skich wio­sek. Tej nocy ka­ret­ka wie­zie cia­ło dziew­czy­ny przez spa­lo­ne słoń­cem pola i tłocz­ny obóz woj­sko­wy w kie­run­ku je­dy­ne­go szpi­ta­la w oko­li­cy. Emi­ly do­cie­ra do szpi­ta­la uczel­nia­ne­go Gaya Me­di­cal Col­le­ge 12 mar­ca 2006 roku po go­dzi­nie czwar­tej, a o 4.26 le­ka­rze ofi­cjal­nie stwier­dza­ją jej zgon.

O 10.26 mam wra­że­nie, że po­sta­rza­łem się w cią­gu tych kil­ku go­dzin co naj­mniej o rok. Pa­mięt­nik Emi­ly, po­zo­sta­wio­ny na bal­ko­nie jej po­ko­ju, pe­łen jest ob­ra­zów i my­śli, któ­re każą mi przy­pusz­czać, że było to sa­mo­bój­stwo. Dzie­sięć dni me­dy­ta­cji i mil­cze­nia po­łą­czo­nych z szo­kiem kul­tu­ro­wym, cał­kiem zro­zu­mia­łym w sy­tu­acji, gdy od­wie­dza się kraj po­ło­żo­ny na dru­gim koń­cu świa­ta, naj­wy­raź­niej oka­za­ło się dla niej zbyt wiel­kim cię­ża­rem. Lecz przy­czy­ny jej śmier­ci nie wy­da­ją mi się w tej chwi­li tak istot­ne jak brze­mię za­dań, któ­re cze­ka­ją mnie w naj­bliż­szej przy­szło­ści. Jej ro­dzin­ne mia­sto, Nowy Or­le­an, leży w od­le­gło­ści po­nad trzy­na­stu ty­się­cy ki­lo­me­trów od tego miej­sca, a pierw­szy etap po­dró­ży pro­wa­dzi przez spa­lo­ne, ja­ło­we zie­mie wiej­skich ob­sza­rów In­dii. Po­przed­nie­go dnia wy­pa­dek na węź­le ko­mu­ni­ka­cyj­nym w świę­tym mie­ście Wa­ra­na­si prze­rwał po­łą­cze­nie ko­le­jo­we z Gają, a miej­sco­wy port lot­ni­czy nie jest za­in­te­re­so­wa­ny trans­por­tem cia­ła.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.

www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­ce

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,

to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl,

ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­wa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta.kur@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­wa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,

do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl

tel. 504 564 092, 605 955 550

agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2014

Wy­da­nie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Co nas nie zabije Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary