Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy

Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy

Autorzy: James Bowen

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 288

Cena książki papierowej: 29.90 zł

cena od: 20.95 zł

Wzruszająca opowieść obdarzona mocą przywracania nadziei.

"Daily Mail"

Największy bestseller ostatnich lat - prawdziwa historia niezwykłego rudego kocura i zagubionego człowieka, który odzyskał dzięki niemu nadzieję na szczęście...

Pewnego chłodnego dnia James Bowen, uliczny muzyk, znalazł bezdomnego rudego kocura skulonego na wycieraczce. James był wtedy niemalże na dnie - nie miał pracy i leczył się z uzależnienia od narkotyków. Nic dziwnego, że bał się wziąć odpowiedzialność za inne stworzenie. Zrobił to jednak - i zdobył najwierniejszego przyjaciela, który w zdumiewający sposób odmienił życie swojego pana... a potem poruszył ludzi na całym świecie.

James Bowen

Kot Bob i ja

Fragment

Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy

Przełożył Andrzej Wajs

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Kot Bob i ja Fragment

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

***

Dedykacja

Rozdział 1 Towarzysze podróży

Rozdział 2 Jak się staje na nogi

Rozdział 3 Cięcie

Rozdział 4 Bilet na drogę

Rozdział 5 W centrum uwagi

Rozdział 6 Mężczyzna i jego kot

Rozdział 7 Dwaj muszkieterowie

Rozdział 8 Zalegalizujmy to!

Rozdział 9 Mistrz brawurowych ucieczek

Rozdział 10 Kot Świętego Mikołaja

Rozdział 11 Błędna identyfikacja

Rozdział 12 Numer 683

Rozdział 13 Idealna miejscówka

Rozdział 14 Pod psem

Rozdział 15 Na czarnej liście

Rozdział 16 Anielskie serca z Angel

Rozdział 17 Czterdzieści osiem godzin

Rozdział 18 Do domu!

Rozdział 19 Zawiadowca stacji

Rozdział 20 Najdłuższa noc

Rozdział 21 Bob, gwiazda pop

Podziękowania

Linki do stron

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.wnk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

http://www.kotbob.nk.com.pl

James Bowen, londyński muzyk uliczny, w 2007 roku znalazł kota, którego nazwał Bob. Od tamtej pory James i Bob są nierozłączni.

Dla Bryna Foxa... i każdego, kto kiedyś stracił przyjaciela

Rozdział 1

Towarzysze podróży

Przeczytałem gdzieś takie słynne zdanie: każdego dnia dostajemy drugą szansę. Wystarczy tylko po nią sięgnąć – ale zwykle tego nie robimy.

Spora część mojego życia potwierdza tę prawdę. Szczęśliwych trafów nie brakowało, zdarzały się niemal codziennie. Długo nie potrafiłem wykorzystać żadnego z nich, aż tu nagle, wczesną wiosną 2007 roku, coś zaczęło się zmieniać. To właśnie wtedy zakumplowałem się z Bobem. Kiedy teraz o tym myślę, mam wrażenie, że on także dostał wówczas drugą szansę od losu.

Spotkałem go w ponury czwartkowy wieczór. Marcowy Londyn nie otrząsnął się jeszcze z zimy i na ulicach wciąż panował lodowaty ziąb, szczególnie gdy wiało znad Tamizy. Tej nocy czuło się wręcz ostatnie ukłucia mrozu i dlatego po całym dniu muzykowania za grosze w Covent Garden trochę wcześniej niż zwykle wróciłem do mieszkania przydzielonego mi niedawno przez opiekę społeczną w Tottenham, w północnej części Londynu.

Jak zawsze miałem z sobą czarny futerał z gitarą i plecak, ale tego wieczoru nie byłem sam. Towarzyszyła mi moja najlepsza przyjaciółka Belle. Przed laty byliśmy parą, potem zaś staliśmy się po prostu dobrymi kumplami. Razem wsuwaliśmy tanie curry na wynos i oglądaliśmy filmy na małym czarno-białym telewizorze, który udało mi się wyszukać w sklepie dla ubogich za rogiem.

W bloku winda jak zwykle nie działała, ruszyliśmy więc z rezygnacją w stronę schodów, żeby zacząć wspinaczkę na piąte piętro.

Jarzeniówka w korytarzu była rozbita i część parteru tonęła w mroku, ale po drodze nie mogłem nie zauważyć płonącej w ciemnościach pary oczu. Kiedy usłyszałem ciche miauczenie, w którym pobrzmiewała delikatna nuta skargi, od razu wiedziałem, co to takiego.

Podszedłem bliżej i w półmroku zdołałem dostrzec rudego kota zwiniętego na wycieraczce jednego z mieszkań na parterze, przy samym wejściu na klatkę schodową.

Dorastałem z kotami i zawsze miałem do nich słabość. Kiedy zrobiłem kilka kroków w stronę zwierzaka i uważniej mu się przyjrzałem, uznałem, że to kocur.

Nawet po ciemku widać było, że jest w nim coś niezwykłego. Od razu wiedziałem, że to gość z charakterem. Nie okazywał najmniejszego zaniepokojenia, wręcz przeciwnie. Biła od niego spokojna, niezachwiana pewność siebie. Zachowywał się tak, jakby ten ciemny korytarz był jego domem, a sądząc po spojrzeniu, jakie mi posyłał – niewzruszone, zaciekawione i rozumne – to ja wtargnąłem na jego terytorium, nie odwrotnie. Spojrzał na mnie, jak gdyby pytał: „Coś ty za jeden i czego tutaj szukasz?”.

Co miałem robić? Musiałem przyklęknąć i się przedstawić.

– Cześć, stary. Nie widziałem cię tu przedtem. To twoja meta? – zapytałem.

Obrzucił mnie tym samym badawczym, lekko wyniosłym spojrzeniem, jakby nadal się zastanawiał, czy warto mi odpowiadać.

W końcu się odważyłem i pogłaskałem go po szyi – po części, by mu pokazać, że możemy być kumplami, a po części, by sprawdzić, czy nosi obróżkę albo identyfikator. Niewiele mogłem dostrzec, ale od razu się połapałem, że nic takiego nie ma i że pewnie jest włóczęgą. W Londynie roiło się od bezdomnych kotów.

Pieszczoty chyba przypadły mu do gustu, bo zaczął lekko czochrać się o moje nogi. Głaszcząc go, wyczułem, że sierść kocura jest w raczej kiepskim stanie, i odkryłem kilka wyliniałych miejsc. Było jasne, że potrzebuje porządnego posiłku. A ze sposobu, w jaki się o mnie ocierał, wywnioskowałem, że nie zawadziłaby też odrobina miłości.

– Biedak. Chyba nie ma domu. Jest bez obróżki. I wychudzony jak nieszczęście – powiedziałem, przenosząc wzrok na Belle, która cierpliwie czekała przy pierwszym schodku.

Wiedziała, że wymiękam, kiedy w grę wchodzą koty.

– Nie, James, nie możesz go zabrać – odparła, wskazując ruchem głowy mieszkanie, przed którym przycupnął. – Nie przyszedłby ot tak sobie pod te drzwi. Musi należeć do kogoś, kto tu mieszka. Pewnie czeka, aż ten ktoś wróci i wpuści go do środka.

Chcąc nie chcąc, musiałem się z nią zgodzić. Nie mogłem go po prostu podnieść i wziąć do domu, nawet jeśli wszystkie znaki wskazywały na to, że jest bezdomny. Sam dopiero się wprowadziłem i jeszcze nie całkiem byłem w nowym miejscu urządzony. A co, jeśli kocur rzeczywiście mieszka za tymi drzwiami? Jego państwo na pewno nie byliby zachwyceni, gdyby po powrocie stwierdzili, że ktoś zwinął ich zwierzaka, prawda?

Zresztą branie sobie na głowę kota to ostatnia rzecz, jakiej potrzebowałem. Byłem niedoszłym zawodowym muzykiem i narkomanem na odwyku, ledwo wiążącym koniec z końcem w mieszkaniu należącym do opieki społecznej. Już wzięcie odpowiedzialności za samego siebie niemalże przekraczało moje możliwości.

Kiedy nazajutrz rano, w piątek, zbiegłem w dół klatki schodowej, rudzielec nadal tkwił na wycieraczce. Wyglądało na to, że przez dobre dwanaście godzin nie opuścił posterunku.

Znów przyklęknąłem na jedno kolano i pogłaskałem go po grzbiecie. I znów zauważyłem, że kocur to uwielbia. Mruczał cicho, zadowolony z uwagi, jaką mu okazywałem. Nie zaufał mi jeszcze na sto procent. Ale widziałem, że mnie lubi.

Dopiero w świetle dnia mogłem docenić jego urodę. Uderzały zwłaszcza przeszywające mnie na wylot zielone ślepia, choć kiedy przyjrzałem się bliżej, stwierdziłem, że musiał brać udział w jakiejś bójce albo ulec wypadkowi, bo na pyszczku i łapach odkryłem skaleczenia. Sierść rzeczywiście miał bardzo mizerną: miejscami przerzedzoną i skołtunioną, z co najmniej półtuzinem łysych placków odsłaniających nagą skórę. Było mi go teraz zwyczajnie żal, ale zaraz znów sobie powiedziałem, że i bez kota mam dosyć kłopotów: przecież dopiero wychodziłem na prostą. A zatem, bardzo niechętnie, ruszyłem na przystanek, żeby złapać autobus z Tottenham do śródmieścia i Covent Garden, gdzie jak co dzień planowałem zarobić kilka funtów, grając na chodnikach.

Do domu dotarłem dosyć późno, przed dziesiątą wieczorem. Od razu podszedłem do ciemnego zakamarka, gdzie przedtem siedział rudy, ale już go nie było. Poczułem duże rozczarowanie, a jednocześnie jeszcze większą ulgę. Doszedłem do wniosku, że właściciel w końcu wpuścił go do środka, kiedy Bóg wie skąd wrócił.

Podłamałem się, bo następnego dnia zobaczyłem kota w tym samym miejscu. Wydawał się jeszcze bardziej bezbronny i zaniedbany. Wyglądał na zmarzniętego i głodnego, drżał lekko na całym ciele.

– Ciągle tutaj? – zapytałem, gładząc go po grzbiecie. – Nie miewamy się dziś najlepiej, co?

Zdecydowałem, że nie można tego tak ciągnąć.

Zapukałem do drzwi. Czułem, że muszę coś powiedzieć. Jeśli kot miał właścicieli, nie wolno im było traktować go w taki sposób. Potrzebował picia i jedzenia – i kto wie, może nawet lekarza.

W drzwiach stanął jakiś facet. Był nieogolony, miał na sobie T-shirt i gacie od dresu. Wyglądał, jakbym wyrwał go ze snu, choć dawno minęło południe.

– Nie chcę ci przeszkadzać, stary, ale czy to twój kot? – rzuciłem.

Przez chwilę patrzył na mnie, jakbym urwał się z choinki.

– Jaki kot? – spytał, zanim spojrzał w dół i zobaczył zwiniętego w kulkę rudego. – Ten? Nie, to nie mój – powiedział, wzruszając obojętnie ramionami. – Pomyliłeś adres, człowieku.

– Siedzi tu od kilku dni – oznajmiłem, znowu ściągając na siebie nieprzytomny wzrok kolesia.

– Serio? Musiał zwąchać jakiś zapach z kuchni albo co. Dobra, jak powiedziałem, nie ten adres.

I zatrzasnął za sobą drzwi.

Nie zastanawiałem się dłużej.

– Okej, kolego. Idziemy – zwróciłem się do rudzielca, sięgając do plecaka po pudełko przysmaków, którymi podczas muzykowania na ulicy częstowałem podchodzące do mnie psy i koty.

Potrząsnąłem mu przed nosem pudełkiem, a on natychmiast zerwał się na równe nogi i ruszył za mną.

Trochę się chwiał i lekko powłóczył jedną z tylnych łap, więc wdrapywaliśmy się na piąte piętro bardzo powoli. Ale wreszcie dotarliśmy szczęśliwie do mojego mieszkania.

Było w nim dość nędznie i goło: telewizor, sofa z second-handu, materac w kącie małej sypialni, a w aneksie kuchennym nawalająca wciąż lodówka, mikrofala, czajnik i opiekacz. Nie dorobiłem się kuchenki. Poza tymi gratami miałem jeszcze książki, filmy i jakieś durnostojki.

Jestem trochę jak sroka: zgarniam z ulicy wszystko jak leci. W tamtym czasie trzymałem więc w jednym kącie zepsuty parkometr, a w innym przetrąconego sklepowego manekina w kowbojskim kapeluszu. Któryś z kumpli nazwał kiedyś moją chatę kramem z osobliwościami. Jednak gdy kocisko rozeznało się jako tako w nowym otoczeniu, naprawdę je zaciekawiła jedynie kuchnia.

Wyłowiłem z lodówki karton mleka, które przelałem na spodek, a potem rozcieńczyłem wodą, bo wbrew popularnej opinii koty źle reagują na laktozę. Rudy opróżnił swój spodeczek błyskawicznie.

Miałem jeszcze trochę tuńczyka, więc zmieszałem go z rozkruszonymi przysmakami, robiąc coś w rodzaju pasty. Rudy rozprawił się z nią równie szybko jak z mlekiem. „Biedaczysko. Musiał umierać z głodu” – pomyślałem.

Po chłodzie i ciemnościach korytarza moje mieszkanie było dla kocura luksusowym apartamentem w pięciogwiazdkowym hotelu. Zwierzak wydawał się bardzo zadowolony, a gdy już sobie podjadł, poszedł do dużego pokoju, gdzie zwinął się w kłębek na podłodze przy kaloryferze.

Usiadłem obok i przyjrzałem mu się uważniej. Nie miałem już żadnych wątpliwości: coś było nie tak z jego prawą tylną łapą. Kiedy przykucnąłem i zacząłem uważnie ją oglądać, zobaczyłem ogromny ropień. Rana odpowiadała wielkości potężnego kła, więc od razu zrozumiałem, jak się jej dorobił. Zaatakował go pewnie jakiś pies lub lis, złapał za nogę, a gdy biedak próbował uciec, zacisnął zęby. Kot miał też sporo skaleczeń, jedno na pyszczku, obok oka, resztę na łapach i na grzbiecie.

Zdezynfekowałem ranę najlepiej, jak umiałem: wsadziłem zwierzaka do wanny i przemyłem ranę tonikiem bezalkoholowym, a potem położyłem trochę wazeliny. Większość kotów zrobiłaby piekło i demolkę, gdybym potraktował je w ten sposób, ale rudy był uosobieniem dobrych manier.

Prawie całą resztę dnia spędził zwinięty w kłębek obok kaloryfera: zaklepał sobie tę miejscówkę. Trochę też pobuszował po mieszkaniu, wskakując, na co się dało, i ostrząc o wszystko pazury. Odkąd wyczaił stojącego w kącie manekina, ciągnął do niego jak niedźwiedź do miodu. Nie protestowałem. Mógł robić, co tylko chciał.

Wiedziałem, że rude kocury są bardzo żywe, a ten nie pokazał jeszcze, co potrafi. Kiedy się pochyliłem, żeby go pogłaskać, nagle skoczył w górę i zaczął machać łapami. W pewnym momencie tak się rozochocił, że omal mnie nie smagnął pazurem.

– W porządku, stary, wyluzuj – napomniałem go i postawiłem na podłodze. Wiedziałem, że młode niewykastrowane samce są wulkanami energii. Uznałem, że nie przeszedł jeszcze zabiegu kastracji i że musi być bardzo młody. Nie miałem, rzecz jasna, stuprocentowej pewności, ale nadal nie opuszczało mnie wrażenie, że trafił tu z ulicy, a nie z czyjejś kanapy.

Wieczór spędziłem przed telewizorem, natomiast kot znów ułożył się przy grzejniku, najwyraźniej zadowolony z obrotu spraw. Wstał dopiero wtedy, gdy poszedłem spać. Podreptał za mną aż do sypialni, gdzie zwinął się w kłębek przy moich stopach na samym brzegu posłania.

Słysząc, jak cicho mruczy w ciemności, poczułem się szczęśliwy. Pewnie chodziło o towarzystwo. Ostatnio mi go brakowało.

W niedzielę wstałem trochę wcześniej, żeby rozejrzeć się po okolicy i spróbować odnaleźć właściciela rudego. Może ktoś porozwieszał ogłoszenia o zaginionym kocie? Niemal codziennie widywałem takie plakaty na latarniach, tablicach informacyjnych, nawet na przystankach. Opiekunowie błagali o zwrot swoich ulubieńców, a zagubionych zwierząt było już tak wiele, że czasem się zastanawiałem, czy w dzielnicy nie działa aby jakiś gang porywaczy.

Na wypadek gdyby szybko mi się powiodło, zabrałem kota z sobą – na smyczy zrobionej ze sznurowadła. Tak było bezpieczniej. Wydawał się szczęśliwy, krocząc u mojego boku, kiedy razem schodziliśmy na parter.

Na ulicy jednak zaczął mocno ciągnąć, jakby chciał się wyrwać. Zrozumiałem, że pilno mu załatwić kocią sprawę. I faktycznie pociągnął mnie od razu w stronę trawnika i krzaków pod sąsiednim blokiem, gdzie zniknął na minutę czy dwie. Zaraz potem wrócił i na szczęście bez protestów dał sobie znów założyć smycz.

„Chyba naprawdę mi ufa” – zauważyłem. Poczułem, że trzeba mu za to zaufanie odpłacić i pomóc wydostać się z kłopotów.

Pierwszym portem, do jakiego przybiliśmy, był próg domu pewnej pani mieszkającej po drugiej stronie ulicy. Znali ją tu wszyscy jako osobę czułą na biedę dzikich kotów, które karmiła i sterylizowała. Kiedy stanęła w drzwiach, za jej plecami zobaczyłem co najmniej pięć znajd. Jeden Bóg wie, ile ich tam było naprawdę. Wyglądało to tak, jakby wszystkie zwierzaki w promieniu wielu kilometrów waliły prosto do niej, wiedząc, że prowadzi najlepszą darmową jadłodajnię. Nie miałem pojęcia, skąd ona bierze środki na wyżywienie tylu głodomorów.

Od razu polubiła mojego kocura i poczęstowała go jakimś smakołykiem. Jednak nawet ta przemiła kobieta nie wiedziała, skąd się tu wziął. Nie widziała rudzielca nigdy przedtem.

– Założę się, że jest z innej dzielnicy. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś go podrzucił – oznajmiła. Obiecała mieć oczy i uszy otwarte.

Czułem, że się nie myli. Kot najwyraźniej pochodził z innej części Londynu, nie z Tottenham. Z czystej ciekawości zdjąłem mu smycz, żeby sprawdzić, czy wie, dokąd iść. Nie wiedział. Stało się to oczywiste, gdy tylko wyszliśmy na ulicę. Wydawał się kompletnie zagubiony. Spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć: „Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Chciałbym zostać z tobą”.

Wałęsaliśmy się razem jeszcze kilka godzin. W pewnym momencie dał drapaka w krzaki, bo znów go przypiliło, a ja skorzystałem z okazji, by popytać o rudego przechodniów. Odpowiadali zawsze tak samo – pustym spojrzeniem i wzruszeniem ramion.

Było jasne, że kot nie chce się ze mną rozstawać. A ja, kręcąc się z nim po ulicach, dalej rozmyślałem o jego przeszłości. Co mu się właściwie przytrafiło? Co porabiał, zanim wylądował na wycieraczce?

Niewykluczone, że rzeczywiście miał wcześniej jakiś dom. Był pięknym stworzeniem, więc pewnie kupiono go pod choinkę albo na czyjeś urodziny. Rude koty bywają nieco narwane, zwłaszcza gdy się ich nie wykastruje (czego doświadczyłem już na własnej skórze), a niektóre z czasem stają się bardzo dominujące. Czułem, że gdy kocur trochę się rozkręci, nie zdołam nad nim zapanować.

Oczami wyobraźni zobaczyłem jego opiekunów mówiących: „Miarka się przebrała”, pakujących go na tylne siedzenie auta i wyrzucających nieszczęśnika z samochodu prosto na chodnik albo na pobocze drogi, zamiast oddać zwierzaka do schroniska czy RSPCA[1].

Koty mają wspaniały zmysł orientacji, ale tego najwyraźniej wywieziono zbyt daleko i nie dał rady wrócić. Albo zrozumiał, że tamten dom nie był domem z prawdziwego zdarzenia, i postanowił znaleźć sobie inny.

Miałem też drugą teorię. Może należał do starszej osoby, która nagle zmarła?

Oczywiście oba przypuszczenia mogły być fałszywe. Zwłaszcza fakt, że rudy załatwiał swoje potrzeby na dworze, przeczył założeniu, że jest kotem domowym. Ale im lepiej go znałem, tym bardziej byłem przekonany, że miał wcześniej pana lub panią. Momentalnie przywiązywał się do ludzi okazujących mu życzliwość. Tak właśnie postąpił ze mną.

Najwięcej mogłaby powiedzieć jego rana, która, szczerze mówiąc, wyglądała paskudnie. Na pewno dorobił się jej w jakiejś bójce. Ze skaleczenia sączyła się ropa, czyli musiało pochodzić sprzed paru dni, może sprzed tygodnia. To podsunęło mi jeszcze inną myśl.

Londyn zawsze był pełen dachowców: włóczęg szukających śmietnikowych resztek, zdanych na łaskę i niełaskę ludzi. Pięćset czy sześćset lat temu miejsca takie jak Gresham Street w City, Clerkenwell Green czy Drury Lane nazywano „kocimi ulicami”, bo rzeczywiście pękały w szwach od kotów. Te bezpańskie zwierzaki były rozbitkami na wezbranej fali miasta, dzień w dzień walczącymi o przetrwanie. Wiele z nich wyglądało jak ten rudy kocur – wynędzniały, poobijany.

Może rozpoznał we mnie pokrewną duszę.

* * *

[1] Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals – Królewskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. (Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).

Rozdział 2

Jak się staje na nogi

Już w dzieciństwie szukałem towarzystwa kotów i czułem, że dobrze je rozumiem. Przez nasz dom przewinęło się kilka syjamów, mieliśmy również piękną szylkretkę. Wspominam je wszystkie z czułością, choć najlepiej pamiętam tego, z którym wiąże się najsmutniejsza historia.

Dorastałem w Anglii, a potem w Australii, gdzie przez jakiś czas mieszkaliśmy w miasteczku Craigie, w zachodniej części kontynentu. Mieliśmy wtedy ślicznego kociaka z puchatą białą sierścią. Nie pamiętam już, skąd się wziął; możliwe, że dostaliśmy go od jakiegoś farmera. Skądkolwiek do nas przyszedł, to miejsce musiało być koszmarne. A że z jakichś powodów poprzedni właściciel nie zabrał go do weterynarza, dość późno się okazało, że malec jest zjadany przez pchły.

Z początku nic nie zauważyliśmy. Kociak miał gęste białe futro i pchły mogły w nim buszować zupełnie niepostrzeżenie. Pchły, oczywiście, są pasożytami. Wysysają życie z innych stworzeń, żeby przedłużyć własne. Zorientowaliśmy się w sytuacji dopiero wtedy, gdy wysączyły z niego prawie całą krew – za późno, żeby mu pomóc. Mama natychmiast zabrała go do weterynarza, ale usłyszała, że nie powinna robić sobie żadnych nadziei. Kotek cierpiał już na wszelkie możliwe infekcje. Umarł kilka tygodni po tym, jak do nas trafił. Miałem wówczas pięć czy sześć lat i byłem załamany. Moja mama również.

Często o nim potem myślałem, zwłaszcza gdy na mojej drodze stawał biały kot. A to wspomnienie powróciło szczególnie silnie podczas weekendu, który spędzałem z rudzielcem. Wiecie już, że jego sierść, miejscami wyliniała, wyglądała okropnie. Miałem okropne przeczucie, że rudy podzieli los białego kociaka.

Siedząc z nim w moim mieszkaniu tamtego niedzielnego wieczoru, podjąłem decyzję: nie pozwolę, żeby sytuacja się powtórzyła. Nie zamierzałem sobie wmawiać, że zapewniłem mu świetną opiekę. Niczego nie mogłem być pewien.

Musiałem zabrać go do weterynarza. Wiedziałem, że pierwsza pomoc, jakiej mu udzieliłem, nie spowoduje, że rana się zagoi. A poza tym nie miałem pojęcia, co jeszcze dolega rudemu. Nie chciałem ryzykować i czekać z założonymi rękami na rozwój wypadków, toteż postanowiłem z samego rana, w poniedziałek, wziąć go do najbliższego ośrodka RSPCA, na końcu Seven Sisters Road, nieopodal parku Finsbury.

Nastawiłem budzik na bardzo wczesną porę, a gdy wstałem, dałem rudemu śniadanie: miskę rozkruszonych chrupek z tuńczykiem. Był kolejny brzydki poranek, ale wiedziałem, że nie mogę szukać wymówek.

Biorąc pod uwagę poharataną łapę, nie wydawało się możliwe, że rudy zdoła znieść półtoragodzinny spacer, zdecydowałem więc, że zabiorę go w zielonym pojemniku do recyklingu. Nie było to idealne rozwiązanie, ale nie miałem nic innego. Już po pierwszych krokach stało się jasne, że mój pomysł nie przypadł kotu do gustu. Rudzielec kręcił się w środku i próbował wyskoczyć. W końcu dałem za wygraną.

– Wyłaź, wezmę cię na ręce – powiedziałem, wyjmując go. Natychmiast wskoczył mi na ramię, a ja, niosąc pusty pojemnik, pozwoliłem rudemu jechać na barana przez całą drogę do RSPCA.

Kiedy wszedłem do ośrodka, odniosłem wrażenie, że przekroczyłem bramy piekła. W niemiłosiernym ścisku tłoczyły się zwierzęta – głównie psy w towarzystwie opiekunów, wśród których przeważali nastoletni chłopcy ogoleni jak skinheadzi i z wyzywającymi tatuażami. Prawie trzy czwarte psów stanowiły staffordshire bulteriery. Swoje obrażenia niemal na pewno odniosły w walkach z innymi psami, prawdopodobnie podjudzane przez właścicieli.

Ciągle słyszę, że Brytyjczycy to „miłośnicy zwierząt”. Nie widziałem tu za wiele tej miłości, słowo daję. Sposób, w jaki niektórzy traktują czworonogi, przyprawia mnie o mdłości.

Kot siedział mi na kolanach albo na ramieniu. Wyglądał na zdenerwowanego i nie mogłem mieć mu tego za złe. Większość psów w poczekalni warczała. Jednego lub dwa ściągnięto mocno smyczą, kiedy usiłowały się do niego zbliżyć.

Właścicieli wzywano po kolei do gabinetu. Ale zawsze gdy w drzwiach pojawiała się techniczka, chodziło nie o nas. W końcu, po czterech i pół godzinie oczekiwania, poproszono mnie do środka.

– Pan Bowen? Proszę, pańska kolej.

Wewnątrz siedział weterynarz w średnim wieku. Na jego twarzy dostrzegłem wyraz znużenia światem i zobojętnienia, charakterystyczny dla niektórych ludzi. Może udzieliła mi się agresja z poczekalni... dość, że od razu powziąłem do niego niechęć.

– No więc? Jaki mamy problem? – zapytał.

Wiedziałem, że facet po prostu wykonuje swoją pracę, ale korciło mnie, by odpowiedzieć: „Gdybym wiedział, tobym tu chyba nie przychodził, nie?”. Na szczęście oparłem się pokusie.

Opisałem, jak znalazłem kota na klatce schodowej, i pokazałem ropień na łapie rudego.

– W porządku, rzućmy na niego okiem – powiedział lekarz.

Zorientował się, że kot cierpi, więc uśmierzył jego ból odrobiną diazepamu. Potem oznajmił, że przepisuje mu lek, który mam podawać przez dwa tygodnie. Była to amoksycylina.

– Jeśli w ciągu dwóch tygodni nie stwierdzi pan poprawy, proszę przyjść ponownie – dodał.

Pomyślałem, że przy okazji zapytam o pchły. Weterynarz przejrzał pobieżnie sierść rudego i oświadczył, że nic nie znalazł.

– Ale preparat na pchły i robaki nie zawadzi. U młodego kota to czasem problem – stwierdził.

Znowu ledwo się powstrzymałem, by nie powiedzieć, że sam o tym wiem. Patrzyłem, jak wypisuje drugą receptę, na środki przeciwko pchłom i robakom.

Muszę mu jednak oddać sprawiedliwość: z własnej inicjatywy sprawdził, czy kot jest zaczipowany. Nie był, co znowu nasunęło mi myśl, że jednak dorastał na ulicy.

– Przy najbliższej okazji powinien pan to załatwić – powiedział weterynarz. – Poza tym należy go wykastrować, i to szybko – dodał, wręczając mi broszurę informacyjną oraz druczek uprawniający do bezpłatnego zabiegu dla bezdomnych kotów. Pamiętałem, jak rudy rozrabiał w mieszkaniu, więc pokiwałem głową.

– Myślę, że to dobry pomysł – odparłem z uśmiechem. Oczekiwałem, że w odpowiedzi usłyszę przynajmniej uprzejme, podtrzymujące rozmowę: „Tak?”, ale weterynarz miał to gdzieś. Pochłonęło go już wklepywanie w komputer wypisu z wizyty i drukowanie recept. Ja i kot byliśmy tylko towarem na taśmie produkcyjnej, który należało jak najszybciej zapuszkować i wypchnąć za drzwi, żeby zwolnić miejsce dla następnych. To nie wina lekarza – tak działał system.

Kilka minut i po sprawie. Opuściwszy gabinet zabiegowy, skierowałem się w stronę recepcji.

Siedząca za kontuarem kobieta w białym kitlu okazała się nieco sympatyczniejsza.

– Ale przystojniak – powiedziała. – Moja mama miała kiedyś podobnego. To był jej najlepszy kumpel. A jaki charakterek! Siadywał u jej stóp i tylko obserwował, co się dzieje. Obok mogła spaść bomba, a i tak nie odstąpiłby jej na krok.

Wystukała wszystkie cyfry i podała mi rachunek.

– To będzie dwadzieścia pięć funtów, złociutki – zaćwierkała.

Zamarłem.

– Dwadzieścia pięć funtów! O rany – jęknąłem. Trochę ponad trzydzieści funtów to był w tej chwili cały mój majątek.

– Niestety, złociutki – potwierdziła kobieta, a na jej twarzy współczucie mieszało się z nieprzejednaniem.

Podałem jej trzydzieści funtów gotówką i odebrałem resztę.

To była dla mnie kupa forsy. Cała dniówka. Ale wiedziałem, że nie mam wyjścia: nie mogłem zawieść przyjaciela.

Udaliśmy się do wyjścia i ruszyliśmy w stronę domu.

– Wygląda na to, że będziemy zdani na siebie przez całe dwa tygodnie – powiedziałem kotu.

I rzeczywiście: musiałem mieć go na oku przez co najmniej pół miesiąca, aż skończy brać swoje lekarstwo. Kto inny przypilnowałby jego antybiotyku? A zostawienie rudego na ulicy z infekcją w ogóle nie wchodziło w grę.

Sam nie wiem dlaczego, ale przyjęcie odpowiedzialności i podjęcie się opieki nad kocurem wyrwało mnie z odrętwienia. Czułem się, jakbym miał teraz nowy cel w życiu – mogłem zrobić coś dobrego nie dla siebie, lecz dla innej istoty.

Tego popołudnia poszedłem do sklepu zoologicznego i kupiłem zapas kociego jedzenia. W RSPCA dali mi próbkę karmy weterynaryjnej, którą od razu poczęstowałem rudego. Tak mu podpasowała, że wziąłem tego całą paczkę. I sporo zwykłego żarcia dla kotów. Kosztowało mnie to prawie dziewięć funtów, czyli ostatnie pieniądze.

Wieczorem musiałem zostawić kota samego i pojechać z gitarą do Covent Garden. Miałem teraz dwie gęby do wyżywienia.

W ciągu kilku następnych dni, kiedy to robiłem za kocią pielęgniarkę, udało mi się lepiej poznać mojego podopiecznego. Wymyśliłem mu nawet imię: Bob. Wpadłem na ten pomysł, oglądając na DVD jeden z moich ulubionych seriali, Miasteczko Twin Peaks. Ważną postacią w serialu był niejaki Bob, demon żyjący w ciele zwykłego faceta. Za sprawą Boba ten gość, Leland, był kimś w rodzaju doktora Jekylla i pana Hyde’a w jednej osobie. Czasami sprawiał wrażenie zupełnie normalnego, zdrowego na umyśle, a zaraz potem zmieniał się w niebezpiecznego szaleńca. Mój kocur trochę go przypominał. Gdy tryskał szczęściem, trudno było sobie wyobrazić zwierzę spokojniejsze i milsze. Ale kiedy nachodziła go chandra, odlatywał na maksa, miotając się po całej chacie.

Podzieliłem się tym odkryciem z moją przyjaciółką Belle.

– On jest trochę jak Bob z Miasteczka Twin Peaks – powiedziałem, ściągając na siebie jej pytające spojrzenie. Nie wiedziała, o co mi chodzi.

Ale ja się tym nie przejąłem.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział 3

Cięcie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Bilet na drogę

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

W centrum uwagi

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Mężczyzna i jego kot

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dwaj muszkieterowie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Zalegalizujmy to!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Mistrz brawurowych ucieczek

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Kot Świętego Mikołaja

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Błędna identyfikacja

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Numer 683

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Idealna miejscówka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Pod psem

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Na czarnej liście

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Anielskie serca z Angel[2]

Dostępne w wersji pełnej

* * *

[2] Angel (ang.) – anioł.

Rozdział 17

Czterdzieści osiem godzin

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Do domu!

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Zawiadowca stacji

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Najdłuższa noc

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Bob, gwiazda pop

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału angielskiego

A Street Cat Named Bob: How One Man and His Cat Found Hope on the Streets

Copyright: © James Bowen and Garry Jenkins, 2012

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2014

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Wajs, Warszawa 2014

Cover photograph © Clint Images

Cover design © Hayley Chamberlain

Back cover photograph © Hachette UK

Redaktor prowadzący Joanna Wajs

Opieka redakcyjna Magdalena Korobkiewicz

Redakcja Magdalena Adamska

Korekta Ewa Mościcka

Redakcja techniczna Agnieszka Matulka

Korekta pliku po konwersji Irmina Garlej

ISBN 978-83-10-12665-8

Plik wyprodukowany na podstawie Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy, Warszawa 2014

www.wnk.com.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: wnk@wnk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kot Bob i ja Kot Bob i jego podarunek Świat według Boba. Dalsze przygody ulicznego kota i jego człowieka Kot Bob i ja. Jak kocur i człowiek znaleźli szczęście na ulicy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia