Soczi. Igrzyska Putina

Soczi. Igrzyska Putina

Autorzy: Wacław Radziwinowicz

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 168

cena od: 23.68 zł

Reporterski przewodnik po Soczi i zarazem opowieść o współczesnej Rosji, która „cierpi na kompleks niższości zmieszany z manią wielkości”, jednego z największych znawców rosyjskiej duszy i polityki.

Kolejna książka Wacława Radziwinowicza, autora bestsellerowego „Gogola w czasach Google’a”, wieloletniego korespondenta „Gazety Wyborczej” w Moskwie, to reporterski przewodnik po Soczi, mieście, które powstało na ziemi należącej niegdyś do najdzielniejszych wojowników Kaukazu, gdzie swoją ukochaną willę miał Stalin i gdzie wabiono czerwonych generałów, by ich potem aresztować i wywieźć na Łubiankę. To również opowieść o współczesnej Rosji walczącej o uratowanie wizerunku imperium, o wojnie wciąż toczącej się po drugiej stronie stoków, na których ścigać się będą narciarze, i o władcy Rosji, którego od losu ulicznika ocalił sport.

„Rosja Władimira Putina staje się sportowym centrum świata. Bije się o prawo organizowania wszelkich mistrzostw czy igrzysk, nawet tych, o które bić się nie ma z kim, bo konkurenci machnęli na nie ręką. I nic w tym dziwnego. Mając tak usportowionego przywódcę jak Władimir Putin, którego życzenie staje się rozkazem, inaczej być nie może.
Po rosyjskim internecie hula teoria, zgodnie z którą wrogowie Moskwy starają się jej „wcisnąć” jak najwięcej imprez sportowych. Bo chytry przeciwnik wie, że Rosja (…) bez mrugnięcia okiem się zastawi. Aż do bankructwa. Tak będzie i w Soczi, gdzie w lutym odbędą się najdroższe w dziejach zimowe igrzyska olimpijskie. Ale kurort, w którym zima (góry Kaukazu) spotyka się z latem (Morze Czarne), zanim stał się areną Igrzysk, miał swoją długą, fascynującą historię”. Fragment wstępu<
Redakcja: Roman Imielski

Korekta: Bartosz Choroszewski

Projekt okładki: Magdalena Mamajek-Mich

Rysunek na okładce: Albert Łukasiak

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Mapa: Lech Mazurczyk

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Przygotowanie zdjęć do druku: Michał Odolczyk

Zdjęcia: Alexei Nikolsky/RIA Novosti/Reuters/Forum (1), Ilya Naymushin/Reuters/Forum (2), PhotoXpress/BE&W (3), Sochi 2014 Organizing Committee/AFP/East News (4), Yuri Kozyrev/NOOR/Czarny Kot (5), Kai Pfaffenbach/Reuters/Forum (6), Sergei Kivrin/PhotoXpress/ZUMA Press /Alamy/BE&W (7)

Wydawca:

Agora SA

ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

Redaktor naczelny:

Paweł Goźliński

Producenci wydawniczy:

Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak

Koordynacja projektu:

Joanna Cieślewska

© Copyright by Agora SA 2014

© Copyright by Wacław Radziwinowicz 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2014

ISBN: 978-83-268-1540-9 (epub); 978-83-268-1541-6 (mobi)

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Wstęp. Olimpiada Władimirowna

Lodowisko w Gwatemali

Znikający płomień

Igrzyska na cmentarzu

Trzecia stolica

Studnia bez dna

Walec olimpijski

Zmiażdżona przyroda

Pełzające domy

Czystka etniczna

Tęcza zakazana

Wołanie o pomoc

Wielki Brat

Złapać dywersanta

Kpić nie można

Zakorkowany kurort

Hale do wzięcia

Będzie dobrze

Misza Olimpisza

Aneks. Wyprawa w nieznane

XXII Zimowe Igrzyska Olimpijskie

WSTĘP. Olimpiada Władimirowna

Zaraz po ogłoszeniu przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, że Soczi będzie gospodarzem XXII Zimowych Igrzysk, w Rosji bardzo popularne stało się imię Olimpiada. Prawosławni duchowni krzywili się na to pogaństwo, ale pracownicy urzędów rejestracji stanu cywilnego (ZAGS-ów) chętnie nadawali je urodzonym właśnie córkom uniesionych entuzjazmem obywateli.

Tutaj to nic nadzwyczajnego. W Rosji, jak i w ZSRR, raz za razem pojawiają się mody na dziwne imiona. Kiedy Związek Radziecki był najlepszym przyjacielem uciskanych ludów Afryki, chłopcom nadawano imiona takie jak Kokos. Z kolei urodzone przed Świętem Pracy dziewczynki przez długi czas dostawały imiona takie jak Dazdrawpierma – to skrót od „Da zdrastwujet pierwoje maja” (Niech się święci pierwszy maja). Jeśli tak nazwana pani miała do tego ojca internacjonalistę, to przez całe życie zwracano się do niej po imieniu i „otczestwu” Dazdrawpiermo Kokosowna.

Igrzyskom w Soczi zgodnie z rosyjskimi zwyczajami Rosjanie nadali też patronimik. Dla nich jest ona Olimpiadą Władimirowną – bo za jej ojca uważają Władimira Władimirowicza Putina. I słusznie.

Bo gdzie, jeśli nie w kraju rządzonym przez niego, mogliby urządzić zimowe igrzyska w uzdrowisku położonym nad ciepłym morzem w strefie klimatu subtropikalnego? To spore ryzyko. Przecież w Krasnej Polanie, gdzie 7 lutego 2014 roku będą rozgrywane konkurencje narciarskie, rok wcześniej było 9 stopni, a w samym Soczi – plus 23.

Kto ośmieliłby się zaprosić sportowców i kibiców w góry, w których od ponad dwudziestu lat toczy się walka z terrorystycznym podziemiem?

Kto mógłby nakazać bez obaw o protesty i sądowe procesy budowę ogromnego stadionu i wielkich hal sportowych na błotach Niziny Imeretyńskiej kosztem bezpowrotnego zniszczenia tamtejszych unikatowych rezerwatów przyrody?

Kto mógłby nie zwracać uwagi na skargi ludzi wyrzucanych z ich domów, stojących na terenie wielkiej olimpijskiej budowy? I gdzie pokrzywdzeni nie mogliby szukać sprawiedliwości w sądach, liczyć na pomoc mediów ani polityków?

Jaki wreszcie przywódca mógłby wydać ponad 50 miliardów dolarów z budżetu państwa i kas różnych firm na stadiony, trasy, hale sportowe bez obawy, że ktoś spróbuje rozliczyć go z tej astronomicznej sumy, domagać się uzasadnienia celowości takich wydatków?

Znany ekonomista Michaił Dielagin twierdzi, że jedynym człowiekiem w Rosji, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że organizowanie igrzysk niesie ze sobą wielkie ryzyko, jest właśnie „ojciec olimpiady” – Putin. To jednak nieprawda.

Gospodarz Kremla, uznany niedawno przez tygodnik „Forbes” za najbardziej wpływowego polityka globu, ryzykuje świadomie. Pokazuje światu, że w przeciwieństwie do swoich kolegów z Zachodu nie musi patyczkować się z opozycjonistami w parlamencie, obawiać się krytyki mediów czy protestów ekologów stających w obronie jakichś żabek, wreszcie obrońców praw człowieka protestujących przeciw szykanowaniu gejów. Słowem, nie musi cackać się z tymi, których w Moskwie nazywają „liberastami”.

Putin zbudował porządek, nazywany tu „pionem władzy”, w którym kremlowskiej górze podporządkowane jest wszystko – od parlamentu, który nie ośmieli się kontrolować wydatków na igrzyska, po telewizje niezmiennie zachwycające się rozmachem wielkiej sportowej budowy. „Pion władzy” ma jeszcze tę zaletę, że z jego wysokości można nakazać prywatnemu przedsiębiorcy, by jego firma zajęła się nie tym, co do niej należy, tylko budową kurortu narciarskiego za 2 miliardy dolarów. Miliarder oczywiście mógłby odmówić, ale niewykluczone, że znalazłby się – tak jak nieposłuszny Michaił Chodorkowski – w dalekim łagrze, gdzie warunki pogodowe bardziej sprzyjają uprawianiu sportów zimowych niż subtropiki.

„Pion” działa również w ten sposób, że tymi, którzy ośmielają się krytykować olimpijskie plany, zajmują się służby specjalne. A one z przeciwników igrzysk potrafią zrobić wrogów Rosji.

Oświecony, jak uważają w Moskwie, autorytaryzm dowodzi swej wyższości nad rozlazłymi i niezdolnymi do realizacji wielkich celów demokracjami. Przywódcy zachodni mogą tylko z zazdrością przyglądać się temu, jak w Rosji tryumfuje wola władz.

Olimpiada ma też – zdaniem ludzi rządzących Rosją – wyciągnąć naród z kompleksów. Jej wspaniałość dowiedzie, że kraj, jak lubią to powtarzać w państwowych mediach, „podniósł się z kolan” po czasach upadku w latach 90. XX wieku i znów jest potęgą.

Dlatego w Moskwie ze zdziwieniem przyjęli wiadomości z Bawarii, której mieszkańcy w niedawnym referendum zdecydowanie odrzucili propozycję zorganizowania u nich zimowych igrzysk w 2022 roku. – Nasi ludzie nie zrozumieli, czemu bogaci Niemcy, którzy mają u siebie gotowe wszystkie potrzebne obiekty sportowe, nie chcą się nimi pochwalić – ocenił znajomy socjolog, pracujący dla rosyjskich instytucji rządowych.

Jego rodacy nie zdają sobie sprawy z tego, że mieszkańcom Bawarii igrzyska nie są potrzebne. – Niemcy nie muszą już telewizyjnymi relacjami ze wspaniałych imprez udowadniać światu, że mają solidne państwo, że są solidnym społeczeństwem. To akurat widać właściwie na każdej ulicy każdego miasta. A co świat widzi rosyjskiego? Gaz i ropę, których przerwaniem dostaw szantażujemy naszych kontrahentów. I jeszcze to, że u nas siedzieli Chodorkowski, Pussy Riot, ekolodzy z Greenpeace’u i opozycjoniści, którzy wyszli na plac Bołot w Moskwie, bo nie chcieli Putina na Kremlu. I jeszcze kumpli prezydenta, wydających za granicą na jachty ukradzione w kraju miliardy. Rosja to dziś, jakkolwiek by patrzeć, kiepski i coraz gorszy brand. Moskwa stara się więc kupić szacunek i podziw świata, biorąc sobie na głowę coraz to nowe „białe słonie” – drwi ekspert.

To pojęcie do rosyjskiego leksykonu trafiło niedawno z Indii, gdzie takim właśnie rzadkim zwierzęciem maharadżowie „nagradzali” poddanych, którym chcieli zaszkodzić. Biały słoń był piękny, ale święty. Nie wolno go więc było zaprzęgać do ciężkich robót ani używać na wojnie. A karmić to cudo „nagrodzony” musiał. W sumie więc otrzymać takiego słonia to wielki honor, ale w praktyce czysta strata prowadząca wprost do finansowej ruiny.

A tymczasem Moskwa, jak zauważają sceptycy, sama wyciąga rękę po coraz to nowe „białe słonie”, czyli wielkie światowe, a przy tym bardzo drogie imprezy. Tylko po to, by podnieść swój prestiż w oczach świata. W 2012 roku kosztem 20 miliardów dolarów zorganizowała spotkanie przywódców krajów Azji i Pacyfiku we Władywostoku. Rok później za 7 miliardów przyjmowała gości uniwersjady w Kazaniu. Igrzyska w Soczi będą pewnie kosztować ponad 50 miliardów, a mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2018 roku – co najmniej 17 miliardów. Rok później Krasnojarsk ma gościć jeszcze jedną uniwersjadę, tym razem zimową.

Rozmach wydatków na powyższe „białe słonie” jest imponujący. Wydanych na nie pieniędzy wystarczyłoby na to, by wszystkich Rosjan mieszkających w domach, jak tu się mówi, „awaryjnych” – czyli takich, które mogą się w każdej chwili zawalić – przenieść do nowych mieszkań. Ale przecież przeprowadzki rodziny Iwanowów czy Sidorowych ze zbutwiałego, prawie stuletniego baraku do mieszkania w nowym bloku pięknie sprzedać w telewizjach na całym świecie się nie da – w przeciwieństwie do fascynującego spektaklu z igrzysk.

Gdyby jednak spróbować, to należałoby się przyznać, że miliony obywateli bogatego w ropę, gaz czy złoto państwa, w dodatku rządzonego przez „najbardziej wpływowego polityka globu”, żyją w ruderach.

W rosyjskim internecie hula teoria, zgodnie z którą wrogowie Moskwy starają się jej wszelkimi sposobami „wcisnąć” jak najwięcej prestiżowych imprez sportowych. Bo chytry przeciwnik wie, że Rosja zgodnie z diagnozą, jaką tutejsi inteligenci stawiają swemu krajowi, „cierpiąca na kompleks niższości zmieszany z manią wielkości”, by się postawić i nie skompromitować, bez mrugnięcia okiem za każdym razem się zastawi. A jak już ze swojej kasy wypompuje na wszelkie spartakiady, uniwersjady czy olimpiady wszystko to, co do niej wpompowała dzięki naftowej hossie ostatnich kilkunastu lat, to zbankrutuje.

A przecież igrzyska w Soczi i mistrzostwa świata w piłce nożnej to jeszcze nie koniec. Władze Sankt Petersburga, rodzinnego miasta Władimira Putina, starają się zaprosić do siebie letnie igrzyska olimpijskie w 2024 roku. To byłaby efektowna oprawa przejścia bardzo sportowego prezydenta kraju na emeryturę – Putinowi bowiem w tym akurat roku kończyć się będzie jego czwarta już i pewnie ostatnia kadencja gospodarza Kremla. Odszedłby więc, jak na najlepszego przyjaciela sportowców przystało, w blasku znicza olimpijskiego.

I w takiej chwili odchodziłby pewnie bardzo wzruszony. Bo sport i to, co się z nim wiąże, budzi w prezydencie wielkie emocje.

Pokazał to w sierpniu ubiegłego roku, kiedy przyszedł do swojego dawnego klubu sportowego w Sankt Petersburgu pożegnać się ze swoim pierwszym trenerem judo i sambo Anatolijem Rachlinem. Złożył kwiaty, postał przez chwilę przy trumnie, a potem wyszedł i odprawiwszy ochronę, sam ze swoimi wspomnieniami szedł pustym zaułkiem Kondratiewskim.

Media wyśmiewały potem tę scenę w udziałem jednego aktora. Niesłusznie, bo Putin akurat w tym momencie był chyba po prostu sobą. Przecież nigdy nie stałby się tym, kim się stał, gdyby nie ten klub, ten trener, ten sport.

Pierwszy raz przyszedł do klubu Turbostroitiel, kiedy miał trzynaście lat. Był wtedy, jak sam przyznał w jednym z wywiadów, „szpaną”, czyli zadziornym podwórkowym łobuzem z niezłymi widokami na karierę bandyty.

Anatolij Salomonowicz (w antysemickim ZSRR podawał się za „Siemionowicza”, bo ten słowiański patronimik nie przypominał o jego „nieprawidłowym” pochodzeniu etnicznym) Rachlin był trenerem dzieci, jak to określają Rosjanie, „od Boga”. Dostrzegł w chuliganie, który uczył się tak kiepsko, że nawet nie przyjęli go do pionierów, „wojownika o wielkim sercu do walki”.

Poznał się z jego rodzicami. Chwalił chłopaka za talent i zwinność. A przede wszystkim za odwagę. – Pierwsze, co rzucało się w oczy, to jego niesamowita śmiałość i wytrzymałość. Nigdy nie unikał walki – ani na macie, ani wtedy, kiedy graliśmy w piłkę. Bez strachu stawał przeciwko znacznie cięższym, silniejszym chłopakom. Bywało, że na macie przegrał. Od razu rwał się do walki z tym, kto go pokonał. Zawsze w takich sytuacjach zastanawiał się, jakie błędy popełnił, i zawsze brał rewanż – mówił po latach trener o swym wychowanku.

A wygląda na to, że się nie podlizywał prezydentowi. Rachlin zawsze powtarzał, że niczego mu nie trzeba, o nic nie prosi.

Wydaje się, że Putin jako sportowiec miał jeszcze jedną wielką zaletę – walczył ostro, ale zawsze uczciwie. O tym opowiadają ci, którzy zmierzyli się z nim na tatami. Wspominają, że nigdy nie próbował niezauważalnych dla sędziego zakazanych sztuczek, takich jak wepchnięcie palca do oka przeciwnika czy „przypadkowe” uderzenie łokciem w nos, co przy spotkaniach z innymi przeciwnikami zdarzało się często.

Nie bardzo natomiast jest pewne to, czy przyszły prezydent czysto uzyskał przypisywane mu dziś tytuły. Jako 21-latek został uznany za „mistrza sportu” w sambo, sztuce walki wręcz stworzonej w ZSRR dla armii i milicji. Nazwa tej dyscypliny to skrót od „samozaszczita bez orużja”, czyli samoobrona bez broni. Kiedy Putin skończył dwadzieścia cztery lata, został też „mistrzem sportu” w judo.

Wścibscy internauci próbują ustalić, za jakie sukcesy sportowe go tak wyróżniono. I nic się im nie zgadza.

Mistrzem w sportach walki zostawało się w ZSRR po zwycięstwie w ważnych zawodach, a Putin takich sukcesów na koncie, jak wywęszyli użytkownicy sieci, nie miał.

Tytuł w sambo miała mu przynieść wygrana w ogólnorosyjskich zawodach w Kołomnie w 1973 roku. Jednak Władimir Pak z Saratowa, który zmierzył się z przyszłym prezydentem i pokonał go na tamtym turnieju, temu zaprzecza – na potwierdzenie ma zdjęcia, na których sędzia po zakończeniu pojedynku podnosi rękę jemu, a nie Putinowi.

Jako judoka przyszły gospodarz Kremla okazał się – i to dwukrotnie – najlepszy w swym rodzinnym mieście, które wtedy nazywało się Leningrad. Jednak na mistrza sportu w tej dziedzinie zarabiało się wygraną w zawodach rangi nie lokalnej, lecz co najmniej na poziomie jednej z republik Związku Radzieckiego.

Jako wychowawca Putin już bezspornie zasłużył na tytuł „zasłużonego trenera ZSRR” – to on wyszkolił między innymi Tagira Abdułłajewa, mistrza świata w sambo. Miał więc pełne prawo 7 października 2008 roku, w swoje 56. urodziny, podarować rodakom film „Uczymy się judo z W.W. Putinem”. Opowiadał w nim, czym dla niego są sztuki walki. – Miałem to szczęście, że w swoich dziecięcych jeszcze latach trafiłem do wspaniałego świata męstwa, szczerości i szlachetności, do świata, gdzie największą wartością okazuje się nie tylko siła fizyczna, ale i zalety charakteru. Szkoła judo to lekcje wzajemnej pomocy i współpracy. Tu ceni się pewność siebie, zdecydowanie, szacunek dla starszych, dla kolegów z drużyny i przeciwnika. Judo to filozofia – podkreślał w przesłaniu dla widzów „przywódca narodu”.

Putin, choć już skończył sześćdziesiąt jeden lat, o ulubionym sporcie nie zapomina. Starych kolegów z klubu, kiedy odwiedzają go w domu, zaprasza na tatami i tam swym ulubionym chwytem rzuca ich przez biodro. Rzuca dosłownie, ale w żadnym wypadku nie w przenośni. O nich pamięta, przy nim doszli do wielkich fortun.

Dowodem na to, że warto było z młodym Putinem zapisać się do klubu Turbostroitiel, jest los Arkadija Rotenberga. Ten multimiliarder wzbogacił się, bo ma jakąś dziwną łatwość wygrywania wszelkich przetargów na finansowane z kasy państwa inwestycje. Jego firmy tylko w szykującym się do igrzysk Soczi dostały zamówienia na roboty warte 7,5 miliarda dolarów.

Zainteresowania prezydenta nie kończą się na judo czy sambo. Dbający o formę prezydent ma też u siebie w podmoskiewskim Nowo-Ogariowo basen, a w rezydencji Boczarow Ruczej w Soczi nawet dwa baseny. I pływa, jak zapewnia jego lekarz, regularnie godzinę dziennie. W wodzie i nad nią daje się fotografować, pokazując narodowi mocne ramiona i atletyczny tors.

Już jako prezydent Putin nauczył się całkiem nieźle jeździć na nartach. Szusował najpierw w mroźnych górach na Syberii, a potem odkrył kaukaskie stoki w pobliżu Soczi, czego efektem jest ulokowanie tam olimpiady zimowej.

Nauczył się też nurkować. Przy okazji znajduje na dnie starożytne amfory, które, jak się potem okazuje, podłożyli mu usłużni archeolodzy.

I jeszcze poluje, wędkuje... W lipcu złowił rekordowego 21-kilowego szczupaka. Ryba nie bardzo wyglądała na taką ciężką, a według modnej dziś w Moskwie teorii ludzie ze świty prezydenta przestawili skalę wagi, na której ważyli zdobycz, z kilogramów na funty. Dzięki tej sztuczce szczupak od razu stał się dwa razy cięższy.

Putin ze swymi przyjaciółmi bajkerami z klubu Nocne Wilki lubi również pognać na motocyklu. Szybko opanował też pilotowanie motolotni, żeby uczyć latać młode syberyjskie żurawie. Tu jednak mistrzem się nie okazał, bo tak rąbnął w ziemię, że nabawił się kontuzji kręgosłupa. Na tyle poważnej, że w Moskwie zaczęto się zastanawiać, kto po nim może odziedziczyć Kreml. Nadzieje żywiono, a intrygi snuto na próżno, bo prezydent szybko stanął na nogi i znów jest w idealnej formie. Szykuje się do kolejnych eskapad.

Putin, popisując się swoją kondycją, próbuje namówić rodaków, by i oni wzięli się za siebie. Chce, by co najmniej 70 procent obywateli kraju regularnie uprawiało jakąś dyscyplinę, a publicznie ubolewa nad tym, że dziś formę szlifuje tylko co siódmy Rosjanin.

Z tak lubiącym sport i tak sprawnym prezydentem niezbyt sportowa dziś Rosja nie mogła nie dostać mistrzostw, uniwersjad czy igrzysk zimowych, a pewnie w przyszłości i letnich.

LODOWISKO W GWATEMALI

4 lipca 2007 roku, Gwatemala, stolica Gwatemali. Na mównicę 119. sesji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, która ma zdecydować, u kogo za siedem lat odbędą się zimowe igrzyska, wchodzi prezydent Rosji Władimir Putin. Towarzyszą mu patetyczne dźwięki I Koncertu fortepianowego Piotra Czajkowskiego. Prezydent – a raczej jego otoczenie – wybrali więc muzykę kompozytora skłaniającego się ku, jak to się dziś określa w Rosji, „nietradycyjnym formom zachowań seksualnych”. Nie przewidzieli zapewne, że kwestia łamania praw rosyjskich gejów i lesbijek stanie się jednym z najważniejszych źródeł sporów wokół olimpiady w Soczi. Cóż, przy wyborze muzyki padło na tego akurat kompozytora, o którym Rosjanie, w tym i sam Putin, mówią, że „Czajkowski gejem był, ale kochamy go nie tylko za to”.

W Gwatemali Rosja rzuciła do walki o prawo do organizacji XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich wszystko, co miała. W stolicy tego środkowoamerykańskiego państwa Kreml kupił spory budynek. 120-osobowa ekipa sprowadzonych z Moskwy fachowców wykonała tam ekspresowo „jewroremont”, czyli solidny remont, jak to w Europie. Wstawiła też luksusowe meble, a we wspaniałych wnętrzach zaczął działać „Ruski Dom”, w którym karmiono kogo trzeba, pojono, a rosyjscy artyści tańczyli i śpiewali. Przede wszystkim jednak przekonywali, że Rosja jest w stanie na czas z niczego zbudować w letnim kurorcie nad Morzem Czarnym i na pobliskich stokach Kaukazu stadiony, hale z lodowiskami, tory zjazdowe i skocznie.

Po to, by członkowie MKOl-u naocznie przekonali się, że Rosjanie mogą czynić cuda, na lotnisku w mieście Gwatemala wylądował wielki transportowy AN-124 Rusłan wiozący, jak pisała rosyjska prasa, 150 ton specjalnego sprzętu. Tu akurat koledzy z Moskwy przesadzili, bo ten gigantyczny samolot może unieść nie więcej niż 120 ton, a nad oceanem, gdy w czasie przelotu zżera dużo paliwa, jeszcze mniej.

Do Gwatemali rusłan przetransportował aparaturę do produkcji lodu i śniegu. Pod „Ruskim Domem” pojawiła się ślizgawka, na której w 30-stopniowym upale, w krajobrazie rosyjskiej zimy przeniesionym pod palące zwrotnikowe słońce, kręcił piruety mistrz świata w łyżwiarstwie figurowym Jewgienij Pluszczenko. Zdaniem Rosjan to absolutny faworyt przyszłych igrzysk, dla którego zdobycie złota w Soczi ma być formalnością.

Ale nie znakomity łyżwiarz i nie kucharze szczodrze karmiący gości czarnym kawiorem w „Ruskim Domu” byli głównym atutem Rosjan w rozgrywce o olimpiadę. Jak to wtedy wyartykułował mistrz Pluszczenko, „naszym kapitanem jest Putin”.

„Kapitan”, gdy na posiedzeniu MKOl-u wybrzmiał już koncert fortepianowy Czajkowskiego, przez nieco ponad pięć minut czytał angielski tekst wystąpienia, które skończył kilkoma frazami po francusku. Angielski, który Putin zna bardziej z widzenia, wyszedł mu całkiem nieźle.

Nie można jednak tego powiedzieć o autorach jego przemówienia. Widać na Kremlu szykowali je w tak wielkiej tajemnicy, że do pracy nad nim nie dopuścili osób na co dzień mówiących w języku Szekspira. Pisali je wyłącznie Rosjanie, którzy nie uniknęli kilku kompromitujących potknięć.

W tekście pojawił się na przykład dziwny passus, w którym Putin obiecał specjalną ustawę przewidującą, że w Rosji nie zostanie „ograniczony minimalny czas przebywania tam zagranicznych delegacji olimpijskich”. Wyszło na to, że gospodarze, niezbyt radzi przybyszom, chcieliby jak najszybciej pozbyć się gości. I jeszcze im obiecywali, że na mocy specjalnie w tym celu przyjętego prawa zatrzymywać ich u siebie nie będą.

Prezydent przekonywał członków MKOl-u, że Soczi to najlepszy wybór, bo akurat tam „morze spotyka się z górami”, a „zima z latem”. Prezentowane wcześniej w Gwatemali filmy reklamujące ofertę Rosji dowodziły tego samego, pokazując, jak turyści wprost z gorącej plaży, wciąż w kąpielówkach i okularach słonecznych, przenoszą się w zaśnieżone góry.

Widzom, którzy znają historię Rosji, takie sztuczki reklamowe mogły kojarzyć się niezbyt przyjemnie, bo z nie tak dawnymi czasami, kiedy ludzie szybko i nie z własnej woli byli przerzucani z miejsc, gdzie przywykli żyć, w okolice śnieżne i mroźne. A przy tym w odzieży też absolutnie niedostosowanej do warunków klimatycznych w miejscach zsyłek.

Putin obiecywał gościom, że w jego kraju „rodzina olimpijska będzie się czuła jak u siebie w domu”, a w Soczi „na pewno” nie będzie korków. W Gwatemali, już nie w swym wystąpieniu, prezydent zapowiedział też ważne wydarzenie polityczne. To była tylko aluzja, ale obserwatorzy zwrócili na nią uwagę i odczytali prawidłowo. Wymknęło mu się, że za siedem lat chciałby otworzyć igrzyska, a przecież wtedy, w 2007 roku, został mu tylko rok do zakończenia drugiej i zgodnie z konstytucją ostatniej kadencji prezydenckiej. Ale widocznie już wtedy planował, że po czterech latach, kiedy głowę państwa udawał wyznaczony przez niego strażnik monarszego tronu Dmitrij Miedwiediew, wróci „na carstwo”.

Rosja, co w praktyce „rodziny olimpijskiej” nie jest nowością, działała na członków MKOl-u nie tylko nieodpartym męskim czarem swego prezydenta, kuchnią, wódką z lodem i Pluszczenką na lodzie. Jak pisał tygodnik „Newsweek”, kupowanie życzliwości działaczy dla Soczi, konkurującego z austriackim Salzburgiem i południowokoreańskim Pyeongchangiem (tam igrzyska odbędą się w 2018 roku), kosztowało Moskwę 50 milionów dolarów. Wspólny język udało się ponoć znaleźć Rosjanom z przedstawicielami szesnastu państw Afryki, i to dzięki ich nagle zrodzonej gorącej sympatii w finałowym starciu Soczi pokonało Pyeongchang stosunkiem głosów 51 do 47.

„Newsweek” nie zdobył, a przynajmniej nie podał konkretnych informacji o tym, kto i za ile poparł miejsce „spotkania zimy z latem”. Natomiast dosyć zabawny mechanizm kupowania przychylności całych państw obnażyła przy innej okazji niezależna moskiewska „Nowaja Gazieta”. Rzecz szła o to, kto będzie gościć u siebie w 2020 roku światową wystawę Expo. Rosja, no i Putin oczywiście też, bardzo starali się o to, by szczęście uśmiechnęło się do uralskiego Jekaterynburga. Moskwa pomagała losowi, czym mogła, hurtem kupując głosy małych państw. Taki na przykład Timor Wschodni (15 tysięcy kilometrów kwadratowych, około 1,2 miliona mieszkańców) okazał się tani – premierowi tego państwa Xananie Gusmão wystarczyło to, że Rosjanie przetłumaczyli i wydali tomik jego wierszy „Moje morze”.

Drożej sprzedawało się położone na rajskim archipelagu w zachodniej Polinezji państwo Tuvalu (26 kilometrów kwadratowych i 9,5 tysiąca ludności). W zamian za poparcie kandydatury Jekaterynburga zażądało dostawy radiostacji i paralizatorów dla policji oraz dentysty (jak podkreślała złośliwie „Nowaja”, nie do zjedzenia, ale żeby zęby leczył). Rosjanie zobowiązali się też, że wyremontują wyspiarzom dwie szkoły oraz komendę policji.

Tym razem jednak Rosję, mimo jej wysiłków, przechytrzyły Zjednoczone Emiraty Arabskie – Expo 2020 odbędzie się nie w Jekaterynburgu, lecz w Dubaju.

Rosjanie przy okazji przegranej bitwy o Expo 2020 przypomnieli sobie starą anegdotę o tym, jak to na mistrzostwach świata w korupcji ich kraj zdobył srebrny medal. Reprezentantom Rosji bowiem, choć zdecydowanie prowadzili przez całe zawody, udało się w ostatniej chwili sprzedać pierwsze miejsce drużynie Wenezueli.

Z Gwatemali w lipcu 2007 roku Putin, pewnie nie chcąc zapeszyć, odleciał, zanim MKOl ogłosił swoją ostateczną decyzję.

Mimo to, a może dzięki temu, w „Ruskim Domu”, gdzie zapasy kawioru, wobły (suszona ryba) i trunków były chyba niewyczerpane, zwycięstwo świętowano hucznie. Kozacki chór i jazzband raz za razem wykonywały hymn Rosji, a dygnitarze padali sobie w ramiona.

Na miejscu powstała też pieśń, którą nazwano nieoficjalnym hymnem olimpiady w Soczi. Zgromadzeni ze wzruszeniem intonowali jej refren: „Wsio. Piz...ec. Wsio. Piz...ec. My tiepier włastiliny kolec” („Wszystko. Przejeb... Wszystko. Przejeb... Teraz my jesteśmy władcami pierścieni” – w tym przypadku kółek olimpijskich).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Crème de la Kreml Soczi. Igrzyska Putina Gogol w czasach Google’a 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI